Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mięso. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mięso. Pokaż wszystkie posty

sobota, 12 października 2019

O szkodliwym micie mięsożerstwa

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Wkurza mnie mit mięsożernego społeczeństwa i mięsożernej ludzkości. Opartej na mięsie prehistorii, historii i współczesności. I nie, nie zamierzam tego mitu zwalczać przeciwstawnym mitem o roślinożerności. Interesuje mnie za to szkodliwość mitu mięsożerności i korzyści płynące z innych cech naszego gatunku: zdolności do refleksji etycznej, empatii i elastyczności.

Pewne jest to, że jako gatunek jesteśmy wszystkożerni, a więc elastyczni, co mogło się przyczynić do naszej zdolności adaptacyjnej do różnych warunków życia, w których musieliśmy sobie radzić z dostępnością różnego rodzaju pokarmu – raz mięsnego, raz roślinnego, innym razem mieszanego. Ta elastyczność może przydać się i dziś, w obliczu współczesnych wyzwań.

Jeśli chodzi o wpływ odżywiania na zdrowie, konsensus naukowy jest dziś taki, że dieta powinna być oparta na warzywach, owocach i zbożach. Oparta, czyli większość, niekoniecznie 100 procent, diety powinny stanowić rośliny. Innymi słowy konsensus dietetyczny akcentuje rośliny i nie wyklucza produktów pochodzenia zwierzęcego, ale zachęca do ograniczenia tych ostatnich.

Odnośnie diety stuprocentowo roślinnej, to również mamy konsensus dietetyczny, który mówi, że taka dieta prawidłowo ułożona jest odpowiednia na każdym etapie życia. Zatem mogą ją stosować kobiety w ciąży, kobiety karmiące piersią, dzieci od momentu wprowadzania pokarmów innych niż mleko matki lub karmione roślinnym zastępnikiem mleka matki, nastolatki, dorośli i osoby starsze. Czy oznacza to, że dieta roślinna jest najlepsza z możliwych? Nie, oznacza to tyle, że dieta roślinna jest ok. Dlaczego podkreśla się, że dieta ma być odpowiednio ułożona? Każda dieta powinna być oczywiście odpowiednio ułożona, ale z dietami 100% roślinnymi mamy niewiele doświadczenia, więc prawdopodobnie dlatego podkreśla się ich układanie, i słusznie, bo na przykład brak wiedzy o suplementacji B12 czy o sposobie na odpowiednią podaż białka mogą odbić się na zdrowiu.

W dzisiejszych czasach, diety nie rozpatruje się już tylko w kontekście zdrowia indywidualnych osób, ale także w kontekście wpływu, jaki na środowisko ma produkcja, która daną dietę zapewnia dla całych populacji. I tutaj też mamy raporty, takie jak „Livestock’s Long Shadow” (FAO 2006) czy Assessing the Environmental Impacts of Consumption and Production: Priority Products and Materials (UNEP 2010), które wskazują, że produkcja zwierzęca (konglomerat produkcji paszy dla zwierząt + produkcji mleka, mięsa i jaj z/od zwierząt) jest bardzo obciążający dla środowiska zarówno pod względem wykorzystania zasobów (ziemia, woda, paliwa kopalne) jak i zanieczyszczenia środowiska a także wpływu na ocieplenie klimatu. 

Kiedy myślimy o oszczędzaniu wody, najczęściej zamykamy wodę w kranie myjąc zęby, bo wodę tę widzimy. Nie widzimy za to ile wody wykorzystać trzeba do produkcji mięsa, mleka czy jaj, a jest jej całkiem sporo. Kiedy myślimy o gazach cieplarnianych, dwutlenek węgla przychodzi na myśl jako pierwszy. Trzeba pamiętać także o metanie, który jest związany z hodowlą bydła. Dieta uwzględniająca produkty odzwierzęce, szczególnie taka, w której tych produktów jest sporo (jak w diecie krajów uprzemysłowionych) będzie zatem dietą niekorzystną dla środowiska, a więc pośrednio dla nas samych. Dieta oparta na roślinach będzie dla środowiska, a więc i dla nas, zdecydowanie lepsza.

W dzisiejszych czasach mówi się też coraz więcej o cierpieniu zwierząt – tych wykorzystywanych i zabijanych dla diety: na mięso i w związku z produkcją mleka i jaj. Dyskusja dotyczy najczęściej regulacji przepisów, które wskazują jak zwierzęta te mają być wykorzystywane i zabijane. W zasadzie nigdy nie mówi się, że wdrożenie dobrych, a nawet znośnych, warunków hodowli, transportu i zabijania jest praktycznie niewykonalne. Masowość produkcji, niski status zwierząt (jako surowca i maszyn do produkcji surowca), a także odosobnienie zwierząt, które żyją i umierają sam na sam z hodowcą, kierowcą ciężarówki i rzeźnikiem skutecznie uniemożliwia realizację tego „dobrostanu”. 

Jeszcze mniej chętnie łączy się dwa tematy: wykorzystywanie/zabijanie zwierząt i fakt, że dieta roślinna jest odpowiednia dla ludzi. Nie łączy się tych tematów, bo wniosek byłby prosty: trzeba by zakwestionować cierpienie i zabijanie zwierząt nie w ramach określonej produkcji mięsa, mleka i jaj, ale w ramach takiej produkcji w ogóle. Konsumenci mięsa, mleka i jaj zazwyczaj nie są konfrontowani z taką refleksją i mogą przeżyć większość życia nie zastanawiając się nad tym w ogóle. Tak jest skonstruowane życie w społeczeństwie, które zabijanie (pewnych) zwierząt uznało za normę. Ci, którzy w końcu zastanowią się nad losem tych zwierząt często żyją dalej bez zmiany, żywiąc się (od czasu do czasu) jakąś formą racjonalizacji swojej postawy. Wciąż niewielki odsetek takich osób (z mniejszym lub większym entuzjazmem) wybiera weganizm.

I tu wkracza mit mięsożerności, propagowany na wiele sposobów, zarówno w sposób bezpośredni, często agresywny, szczególnie w reklamie, jak i pośredni, poprzez ustawienie mięsa i innych produktów odzwierzęcych jako opcji domyślnej i podstawowej, której nie trzeba wybierać, bo ona po prostu jest dostępna w pierwszej kolejności. Mit szkodliwy, bo utwierdzający nas w przekonaniu, że mięso było i jest podstawą kuchni i prowadzący do przekonania, że tak trzeba i do roszczeniowej postawy, że tak ma pozostać. Mit, dzięki któremu nie przyglądamy się jak sprawa się ma na świecie dziś i jak krótką tradycją jest codzienne  jedzenie mięsa i wędlin. Mit, który przeszkadza nam w dostrzeżeniu faktu, że to elastyczność jest naszą podstawową cechą, i że dziś możemy ją wykorzystać dla siebie, środowiska i przeciwko dręczeniu zwierząt.  

W Polsce mit mięsożerności można chyba łączyć z naszą narodową skłonnością do pochodzenia od szlachty. Wszyscy zdają się pochodzić od tej właśnie grupy społecznej, choć źródła historyczne wskazują, że na przykład w XVI wieku szlachta i magnateria stanowiły zaledwie 4,5 procent ludności na terenach obecnie zajmowanych przez Polskę. Czy oni rozmnażali się tak intensywnie, że dziś wszyscy jesteśmy ich potomkami? A co stało się z potomkami chłopów? Ciekawe, prawda? 

To właśnie szlachta, uwieczniona w ulubionych lekturach, takich jak „Trylogia” Henryka Sienkiewicza czy „Pan Tadeusz” Adama Mickiewicza, urządzała biesiady, na których podawano olbrzymie ilości mięsa. Faktycznie ta grupa społeczna chyba nie charakteryzowała się umiarkowaniem przy stole, jednak w porównaniu z nią inne stany społeczeństwa kalorii i mięsa jadły znacznie mniej, i co ciekawe, pracowały przy tym fizycznie. W książce „Społeczeństwo bez mięsa” polski socjolog Jarosław Urbański przedstawia szereg statystyk dotyczących produkcji i konsumpcji mięsa, potwierdzając miłośnictwo mięsa warstw bogatych i rozwiewając mit propagowany przez restauracje typu „Chłopskie jadło” o podobnym zamiłowaniu do jedzenia mięsa u chłopów.

Spójrzmy na statystykę: 


Jak już wspomniałam, nasze wyobrażenia na temat "jak to Polacy dawniej żyli" czerpiemy często z takich lektur jak "Trylogia" Henryka Sienkiewicza (akcja - XVII w) czy "Pan Tadeusz" Adama Mickiewicza (akcja - początek XIX w). Sportretowaną szlachtę i jej obyczaje, w tym obyczaje żywieniowe, utożsamiamy więc z tym jak żyli i jedli wszyscy Polacy, zapominając jak niewielki odsetek ludzi żyjących na tych ziemiach stanowiła szlachta, nie mówiąc już o najwyższej warstwie szlachty - magnaterii. Powyższa tabela pokazuje, że pod koniec XVI wieku szlachta stanowiła zaledwie 4,1% mieszkańców Wielkopolski i 5,3% mieszkańców Małopolski. I to ta garstka jadła porównywalną ilość mięsa do współczesnego Polaka. 

Menu "Chłopskiego jadła" stawia na mięso i odwołuje się do rzekomej chłopskiej tradycji, choć dane historyczne malują inny obraz. W XVI wieku chłopi stanowili ponad 80% ludności w Wielkopolsce i Małopolsce (- dwóch prowincjach, na które podzielona była Korona Królestwa Polskiego). Jedli 21 kg mięsa rocznie. Biorąc za jednostkę miary kotlet schabowy (230 g) z "tradycyjnego", obfitującego w mięso jadłospisu restauracji Chłopskie Jadło, ówczesny chłop mógł zjeść niecałe dwa kotlety (1,75) w tygodniu (21kg rocznie). Jeśli weźmiemy za za dobrą monetę wyliczenia Urbańskiego, ta częstotliwość byłaby jeszcze mniejsza: chłop bogatszy (10 kg rocznie) - 1 kotlet na 8 dni, chłop biedniejszy (2 kg rocznie) - 1 kotlet na 42 dni. Jak widać, nawet w złotym wieku, za jaki uważany był dla Polski wiek XVI chłopi jedli znacznie mniej mięsa niż zdaje się sugerować menu naszej restauracji. Gdyby "Chłopskie Jadło" odwoływało się do rzeczywistości, a nie mitu, inaczej ułożyłoby swój jadłospis: proporcja najwyżej 2 dań mięsnych na 5 dań jarskich byłaby znacznie odpowiedniejsza. 

Kolejna tabela pokazuje spożycie mięsa w Polsce w XIX i na początku XX wieku, a więc czasy akcji „Pana Tadeusza” oraz później.


Jak widać, do lat 50. XX wieku, średnie spożycie było stosunkowo niskie – zarówno w porównaniu do tego, co potrafiła zjeść szlachta w XVI wieku, bohaterowie Trylogii czy Pana Tadeusza, czy współczesny Polak. Konsumpcja mięsa w krajach zachodnich mocno wzrosła dopiero wiele lat po drugiej wojnie światowej. Jak widać, za współczesnym przyzwyczajeniem do codziennego jedzenia mięsa (1 kotlet z „Chłopskiego jadła” dziennie daje około 83 kg mięsa rocznie) nie stoi żadna długa tradycja, chyba że wszyscy pochodzimy od polskiej szlachty, co z oczywistych względów nie jest możliwe. 

Czy brak tradycji działania X jest argumentem, żeby działania X nie podejmować dzisiaj? Oczywiście, że nie. Mój argument jest inny: Po pierwsze, nie twórzmy tradycji tam, gdzie jej po prostu nie ma (w rzeczywistości chłopi jedli mięso niezbyt często lub rzadko). Po drugie, nie udawajmy, że Polacy są spadkobiercami tradycji szlacheckiej (w rzeczywistości znakomita większość nas pochodzi od chłopów).  
  
Spójrzmy na jeszcze jedno ciekawe porównanie:

Podział z roku 1927 i 1932 na rodziny robotnicze i pracowników umysłowych znowu pokazuje, że ilość spożywanego mięsa zwiększa się wraz z sumą rocznych wydatków budżetu domowego, a więc im rodzina bogatsza, tym jej członkowie jedli więcej mięsa. Najwyraźniej, zarobki robotników były niższe niż pracowników umysłowych, więc z reguły ludzie pracujący fizycznie jedli mniej mięsa.W porównaniu do pracowników umysłowych robotnicy wypadali więc pod tym względem podobnie jak pracujący fizycznie chłopi do szlachty. Dla przypomnienia, żeby nie zwiodły nas ilości mięsa spożywane przez najbardziej zamożnych (tabela nr 6), spójrzmy jeszcze raz na tabelę nr 4: średnie roczne spożycie mięsa na osobę w Polsce w 1930 roku określono na poziomie 33,7 kg.

Przy okazji, przytoczę także dane z FAO dotyczące spożycia mięsa na świecie w 2015 roku.
  • Średnia rocznego spożycia mięsa na osobę na świecie w 2015 r.: 41,3 kg rocznego 
  • Najwyższe spożycie występuje, co niezaskakujące, w krajach uprzemysłowionych: 95,7 kg. Za nimi plasuje się w Ameryka Łacińska i Karaiby 65,3 kg, następnie państwa Europy Środkowej i Wschodniej (tzw. kraje transformacji gospodarczej) – 53,8 kg i Azja wschodnia (Chiny, Hong-Kong, Japonia, Korea Płn, Korea Płd, Tajwan, Mongolia) – 50 kg.
  • W krajach rozwijających się średnia roczna spożycia mięsa na osobę wynosi 31,6 kg. Mieszkaniec Afryki subsaharyjskiej zjada rocznie 10,9 kg mięsa, a mieszkaniec Azji południowej (Indie, Bangladesz, Pakistan) – 7,6 kg. 

Czy te statystyki dowodzą, że ludzie powinni jeść mięso lub, że nie powinni tego robić? Nie. Statystyki, czyli to jak wygląda sytuacja, nie przesądzają kwestii etycznych. Moim celem nie jest tutaj wiązanie statystyki z etyką. Bardziej zależało mi na pokazaniu dużego zróżnicowania w zakresie spożywania mięsa i korelacji między poziomem zamożności a spożyciem mięsa. To prawdopodobnie najbardziej widoczny trend, również w przeszłości. Nie jest to więc żadna wielowiekowa tradycja ludzkości, na kontynuowanie której jesteśmy skazani, by kultywować pamięć przodków. Nie jest to też niezbędny składnik diety (podobnie jak nabiał i jaja), bez którego niechybnie byśmy pochorowali się i umarli. 

Narracje "mięsocentryczne", choć silne, mijają się z prawdą, a co gorsza, wspierają trend, który nie tylko szkodzi eksploatowanym zwierzętom, ale i środowisku i zwierzętom dzikim. Szkodzi też nam samym. Jak? Po pierwsze skupienie się na produktach odzwierzęcych (co dziś na obiad? Kurczak) utrudnia nam skupienie się na warzywach i owocach, które powinny stanowić większość naszej diety. Po drugie, skupienie się na produktach odzwierzęcych utrudnia nam zachowanie zgodne z deklarowanymi wartościami: mówimy przecież, że nie chcemy krzywdy zwierząt, a jedząc mięso, nabiał i jaja im szkodzimy. Po trzecie, skupienie na produktach odzwierzęcych utrudnia nam zauważenie (tak, uwaga jest selektywna i zależy od naszych upodobań) jak bardzo produkcja zwierzęca zanieczyszcza środowisko, drenuje zasoby (ziemia, woda) i przyczynia się do zmian klimatycznych. 

Czas więc zwrócić uwagę na dziedzictwo naszego gatunku, które w przeciwieństwie do mięsa towarzyszy nam nieodmiennie, niezależnie od grubości portfela: to elastyczność, zdolność do adaptacji do różnych warunków i diet oraz empatia, nie tylko wobec własnego gatunku. Korzystajmy.


Czytaj dalej:
  • Jarosław Urbański „Społeczeństwo bez mięsa” (link)
  • Książkę "Społeczeństwo bez mięsa" można wypożyczyć w Bibliotece Praw Zwierząt w Warszawie (link)
  • FAO (2006) Livestock’s Long Shadow (link)  
  • UNEP (2010) Assessing the Environmental Impacts of Consumption and Production: Priority Products and Materials, A Report of the Working Group on the Environmental Impacts of Products and Materials to the International Panel for Sustainable Resource Management. Hertwich, E., van der Voet, E., Suh, S., Tukker, A., Huijbregts M., Kazmierczyk, P., Lenzen, M., McNeely, J., Moriguchi, Y. (link)
  • Dieta roślinna odpowiednia na każdym etapie życia - Stanowisko największej amerykańskiej organizacji skupiającej dietetyków Academy of Nutrition and Dietetics (link)
  • Zestawienie danych światowych dotycząch konsumpcji mięsa z raportu World agriculture: towards 2015/2030. An FAO perspective) (link do podrozdziału), (link do raportu)



sobota, 25 maja 2019

Nie je czy ogranicza - co mówi ta statystyka?

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Dla portali internetowych podstawa to kuszący tytuł. Taki, któremu żadna myszka się nie oprze. Zaskakujący i intrygujący. Niekoniecznie językowo wyszukany. Ani mądry. Wystarczy, że pobudzi emocje, zaciekawi i skłoni użytkownika do kliknięcia w link, a portal dostanie kolejne wyświetlenie znajdujących się na nim treści. I reklam. 

Taką pełną emocji niecierpliwość wywołał (nie tylko we mnie) tytuł chętnie udostępnianego na Facebooku artykułu „Już 4 na 10 Polaków ogranicza lub nie je mięsa”. Zaraz, 4 na 10, czyli 40 procent? To blisko połowa! Blisko połowa kochającego schabowe narodu nie je mięsa lub je ogranicza?! Trzeba to sprawdzić. Nie oparłam się i kliknęłam. Muszę przyznać, że mimo rosnącej ekscytacji, od razu przeczuwałam, że z tą statystyką coś jest nie tak. Faktycznie, to rozum bronił się przed falą obezwładniającego optymizmu. 

Co znalazłam w artykule?

W artykule podano nazwę agencji, która przeprowadziła badanie (IQS), nazwisko jednej z osób tam pracujących i wypowiadających się na temat badania, metodę badania (CAWI –ankieta elektroniczna wypełniana samodzielnie przez badanego; do badania wykorzystano także platformę analizy treści netdive) oraz liczbę badanych (500). 

Tekst przedstawił definicję fleksitarianizmu jako „diety polegającej na spożywaniu ograniczonej ilości posiłków mięsnych” i trochę demograficznych danych statystycznych (zakładam, że wszystkie pochodzą z badania). Choć sposób podania informacji był niestety dość chaotyczny, to parę stwierdzeń nawet zastanawiających. Postanowiłam jednak skupić się tylko na tytułowej statystyce i jej składowych – niejedzeniu mięsa i jego ograniczaniu (fleksitarianizmie). 

W artykule na temat tytułowej statystyki mamy dwie wzmianki:

  • "43 proc. Polaków deklaruje, że nie je w ogóle lub stara się ograniczać jedzenie mięsa - wynika z raportu agencji IQS." oraz
  • "39 proc. badanych nie je mięsa bądź ogranicza je ze względów etycznych."

Czy te 39 procent to pomyłka czy dodatkowa informacja? Jeśli dodatkowa informacja, to można zinterpretować ją tak, że znacząca większość z tych 43 procent to osoby motywowane etyką. Podkreślę, że biorąc pod uwagę chaotyczność tekstu i brak skomentowania tej dodatkowej statystyki (39 proc), biorę pod uwagę, że może to jednak być pomyłka i żadnego wniosku o etyce wyciągnąć nie można. 

Czego w artykule nie znalazłam?

BRAK AUTORA
Zacznijmy od tego, że nie wiadomo kto jest autorem artykułu. To zazwyczaj nie wróży dobrze wiarygodności treści, za którą w końcu nikt nie bierze osobistej odpowiedzialności.

BRAK NAZWY BADANIA
Artykuł nie podaje też nazwy badania ani czasu jego przeprowadzenia. Nie można więc łatwo zidentyfikować, o które badanie chodzi, by poszukać go w sieci. Nie wiadomo, czy jakiś klient zlecił badanie czy też agencja IQS zrobiła je z własnej inicjatywy. To bywa istotne.

BRAK REFLEKSJI NAD TERMINEM FLEKSITARIANIZM
W artykule nie zwrócono uwagi na fakt, że podana definicja fleksitarianizmu jest tak ogólna, że może pasować do ogromnej populacji – w zasadzie każdego, kto będzie skłonny myśleć o sobie, że ogranicza spożycie mięsa, bo jest w stanie przypomnieć sobie ze dwie okazje, w których nie zjadł mięsa (choć mógł). Termin „ograniczenie” nie jest przecież w tej definicji ograniczony. Nie wpisano go w żadne obiektywne ramy ilościowe. Nie ma na przykład obiektywnie określonej górnej granicy wyrażonej choćby w liczbie posiłków tygodniowo, od której to ograniczanie by się zaczynało. Niech by nawet górna granica wynosiła 20 posiłków tygodniowo. Wtedy wiedzielibyśmy, że ten kto ogranicza je co najwyżej 19 posiłków. Nie ma tym bardziej szczegółowych zakresów (np. 15-19 posiłków tygodniowo, 10-14 posiłków tygodniowo, 1-9 posiłków tygodniowo), w które konsumenci mogli by się wpisać. 

BRAK REFLEKSJI NAD TERMINEM MIĘSO
 Co więcej, termin „mięso” bywa przez ludzi różnie interpretowany. Najszerszą definicję mięsa mają wegetarianie, dla których jest to jakakolwiek część ciała jakiegokolwiek zwierzęcia (a więc nie tylko stek wołowy czy kotlet schabowy, ale także pierś z kurczaka, filet z ryby, ośmiornice, małże, owady) na ciepło, ale i na zimno (wędliny), mięśnie i organy (wątróbka, itp.) w ilości dużej i małej (np. skwarki). Dla wielu osób jednak mięso najczęściej oznacza produkty z ssaków i ptaków. Ryby w tradycji kulinarnej to nie mięso, co doskonale widać w niezliczonych książkach kucharskich i menu restauracji. Podobnie rzecz się ma z tzw.  owocami morza. Dla jeszcze innych mięsem nie jest kurczak czy indyk. Część osób zapytana o jedzenie mięsa będzie przypominać sobie tylko okoliczności jedzenia go na ciepło i nie pomyślą o wędlinach. Wiele osób nie zawraca sobie nawet głowy myśleniem, że zupa ugotowana na kościach ma coś wspólnego z mięsem. Skwarki czy kawałki kurczaka w sałatce też będą pomijalne.

BRAK REFLEKSJI NAD WIARYGODNOŚCIĄ DEKLARACJI LUDZI
Jednak nawet gdybyśmy pokonali powyższe trudności dookreślając ilość posiłków i kategorie produktów zaliczanych jako mięsne, to dalej musielibyśmy stawić czoła jednej dość nieprzyjemnej dla nas (jako gatunku) informacji: mamy tendencję do niedoszacowywania ilości konsumowanego jedzenia. Być może zapominamy, albo się sami oszukujemy.   

BRAK INFORMACJI JAKI PROCENT POLAKÓW NIE JE MIĘSA
No i rzecz podstawowa, artykuł ostatecznie nie podaje nam jaki procent Polaków nie je mięsa!  Czy autora to nie interesowało?



Czego się dowiaduję szukając badania w sieci?
Kiedy poszukałam trochę w internecie, znalazłam stronę agencji badań rynku IQS i dotarłam na jej stronie do darmowego fragmentu raportu „Fleksitarianie nadchodzą (trend ograniczania konsumpcji mięsa)” opracowanego na podstawie badania, o którym mówił artykuł przyciągający czytelników (użytkowników) do portalu wirtualne media.

Warto zaznaczyć, że agencja przytoczyła szerszą definicję fleksitarianizmu, która trochę dokładniej opisuje, co fleksitarianizm miałby oznaczać w odniesieniu do spożycia mięsa:

Fleksitarianizm to dieta polegająca na spożywaniu ograniczonej ilości posiłków mięsnych. Dodatkowo, za fleksitarian uznaje się osoby spożywające mięso tylko okazjonalnie (np. poza domem), a stosujące w swoim domu dietę wegetariańską lub wegańską. Pojęcie to zostało użyte po raz pierwszy przez Lindę Anthony w 1992r.
Oczywiście problematycznym nadal jest fakt, że fleksitarianizm pozostaje terminem słabo określonym. Furtką dla jego różnego rozumienia jest tutaj słowo „okazjonalnie”, które może znaczyć różne rzeczy dla różnych ludzi. 

Podobnie jak w artykule, także w dostępnym fragmencie raportu nie znalazłam informacji, czy do ankiety przyjęto jakąś definicję mięsa. Szczegółowe wyniki ankiety przedstawione na poniższym slajdzie mogą nam sugerować, że jednak wykluczono z definicji mięsa ryby (wegetarianie nie będą zachwyceni), ale nie ma pewności co do innych kwestii, o których wspomniałam powyżej. 

slajd z raportu "Fleksitarianie nadchodzą" opracowanego przez agencję IQS
Sprawę komplikuje także fakt, o którym już wspomniałam, że wszyscy mamy tendencję do niedoszacowywania ilości jedzenia w kontekście produktów, których (rzekomo) chcemy unikać. W zetknięciu z dość ogólnymi pytaniami, możemy „popłynąć” w naszych odpowiedziach. Rezultaty takiej ankiety będą tym mniej miarodajne. 

Interesujący nas slajd, z atrakcyjną statystyką „43 procent Polaków je mniej lub w ogóle nie je mięsa” faktycznie pojawia się w raporcie, ale spójrzmy co się na te 43 procent składa:

Pod kątem spożycia mięsa występują tu tylko dwie dość dobrze określone i zarazem mikroskopijne  ilościowo kategorie:
  • 1 procent Polaków deklaruje "nie jem w ogóle mięsa oraz produktów pochodzenia zwierzęcego" (to będą w takim razie weganie)
  • 1 procent Polaków deklaruje "nie jem w ogóle mięsa, ale jem ryby" (oj, ankieta o niejedzeniu mięsa pominęła wegetarian!)
Pozostałe kategorie, jak można się było spodziewać, są mniej precyzyjne:
  • 9 procent Polaków deklaruje "Bardzo ograniczam jedzenie mięsa" (możemy kibicować, ale nie wiemy tak naprawdę czy przyklaskujemy dobrym intencjom czy faktycznym działaniom, a jeśli tym drugim, to co one dokładnie oznaczają?)
  • 31 procent Polaków mówi "ograniczam trochę jedzenie mięsa"  (najszersza  i zarazem najbardziej rozmyta znaczeniowo kategoria)
Jak widać wrzucenie do jednego worka kategorii konkretnej i rozmytej może dać bardzo atrakcyjną, klikalną statystykę. Najprawdopodobniej większość czytelników lajkuje i z radością udostępnia link do artykułu, który podnosi na duchu. Jak widać raczej bezpodstawnie! 

Wnioski:
  1. Kiedy oglądamy statystyki, zwracajmy uwagę na to, czy mówią one o jasno sprecyzowanych kategoriach. Im bardziej precyzyjne kategorie, tym bardziej konkretne informacje otrzymujemy. „Osoby niejedzące mięsa” – to kategoria dużo bardziej precyzyjna niż „Osoby ograniczające mięso”.
  2. Jeśli sklejono kategorię bardziej precyzyjną z kategorią rozmytą i uzyskano okazały procent, zachowajmy zachwyt na chwilę, kiedy przyjrzymy się sprawie bliżej (może już nie będzie się czym zachwycać. W końcu 2 procent w garści to już nie 43 procent, niestety na dachu!).
  3. Nowe nazwy niekoniecznie oznaczają nowe trendy. Fleksitarianizm to być może modne słowo, ale o ludziach deklarujących ograniczanie mięsa wiemy nie od dziś.
  4. Ograniczanie czegokolwiek niepożądanego brzmi dobrze tylko na pierwszy rzut oka. Problem polega na tym, że najczęściej „ograniczanie” jest terminem rozmytym znaczeniowo i na to nakłada się dodatkowo tendencja ludzi do niepamiętania ile jedzą lub samooszukiwania się szczególnie jeśli ograniczanie podpowiada im rozsądek, a produkt konsumują chętnie. Jeśli więc mówimy o fleksitarianizmie, to tak naprawdę … nie wiemy o czym mówimy. 
  5. Zastanówmy się czy używane w statystyce terminy są dobrze zdefiniowane. Czy opisano je na potrzeby ankiety, albo czy w języku potocznym ich znaczenie jest dobrze znane. Jak widać w praktyce termin „mięso” jest rozumiany różnie i bez doprecyzowania, będziemy mieć poważne nieścisłości. Jak widać również „fleksitarianizm” jest pojęciem bardzo pojemnym, do tego stopnia, że prawie każdy może się pod niego podpiąć.
  6. Jeśli leży nam na sercu  dobro zwierząt, pamiętajmy, że mięso nie wyczerpuje problemu eksploatacji zwierząt w przemyśle spożywczym. Osoby niejedzące mięsa mogą jeść ryby, a niejedzące mięsa i ryb wciąż spożywają (być może więcej) nabiału i jaj. Myślmy nie tylko o rzeczach, które są przedstawione, ale też o tych, które wypadły poza ramy przedstawionego obrazka. 

Czytaj dalej:

  • artykuł omawiany w moim tekście [LINK]
  • strona agencji IQS, gdzie można znaleźć fragment raportu „Fleksitarianie nadchodzą (trend ograniczania konsumpcji mięsa)” [LINK]
  • o fleksitarianizmie w aktywizmie prozwierzęcym , krytycznie pisze socjolożka Corey Lee Wrenn [LINK]



niedziela, 2 grudnia 2018

Dlaczego wegetarianie mogą dostać rybę na obiad i nie powinni się temu dziwić

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Wegetarianie pytani, dlaczego nie jedzą mięsa odpowiadają najczęściej, że mięso jest niezdrowe, albo że nie chcą krzywdzić zwierząt. Czasem podają obie przyczyny łącznie. 

Nie zadają sobie przy tym trudu, by uściślić, co w ich mniemaniu znaczy „mięso”. Z tego powodu ściągają na swoją głowę same, głównie rybne, kłopoty, a kiedy te się pojawią, wegetarianie utyskują na głupotę i/lub ignorancję kelnerów, kucharzy i właścicieli restauracji. Czy słusznie?



Kiedy wegetarianie mówią, że nie jedzą mięsa, „w praniu” okazuje się, że nie jedzą ciał zwierząt. Nie jedzą zatem ssaków, ptaków, gadów, płazów, ryb, owadów i wszelkich innych organizmów, które zaliczają się do Królestwa zwierząt.

W zderzeniu z tradycją kulinarną Polski i wielu innych krajów, stwierdzenie, że nie je się mięsa, nie wystarczy, żeby na talerzu nie wylądowały przyrządzone fragmenty zwierząt. Przyczyna jest prosta: w języku kulinarnym „mięso” oznacza tylko ciała lub części ciała ssaków i ptaków. Nie trzeba być szczególnie bystrym, żeby się w tym zorientować. Wystarczy przeczytać spisy treści paru tradycyjnych książek kucharskich i przekartkować przepisy. 

Na wcale nie tak wąskim marginesie naszych rozważań zauważyć należy, że zdarzają się także hardkorowi zwolennicy mięsa, którzy za mięso uważać będą tylko ciała ssaków. W takiej sytuacji wegetarianin może spodziewać się nie tylko ryby, ale i kurczaka. Są też i tacy kucharze, czy gotujący członkowie rodziny, którzy za mięso uznają dopiero konkretny jego kawałek w postaci kotleta czy sznycla. Kostka rosołowa, na której ugotowali zupę lub skwarki, którymi okrasili pierogi, nie będą im się kojarzyły z mięsem i  zostaną zaproponowane wegetarianinowi z czystym sumieniem i bez złośliwości.

Jeśli niewegetarianie nie są wystarczająco bystrzy, by załapać o co chodzi w wegetarianizmie, to niestety tym bardziej ten sam zarzut można sformułować pod adresem wegetarian, którzy - nie wiedzieć czemu - dziwią się sposobowi myślenia powielanemu przez lata tradycji i tysiące tradycyjnych książek kucharskich i miliony ludzi wokół nich. Może zamiast przewracania oczami na kolejną propozycję ryby, mogliby przestać mówić, że nie jedzą mięsa, tylko unikając łatwego nieporozumienia, wyjaśnić innymi słowami co jedzą, a czego nie jedzą. 

Swoją drogą, jeśli twierdzą, że nie chcą krzywdzić zwierząt, to zamiast stronić od samych ciał zwierząt, mogliby przyjrzeć się produkcji mleka i jajek. Wtedy wyjaśnienie w restauracji mogłoby być jeszcze łatwiejsze (choć nie zawsze) i brzmiałoby: jem same rośliny.



wtorek, 22 listopada 2016

Pieśń słowika, piersi z kury

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Precz z tym z naszej grupy!
Koleżanka z fundacji promującej prawa zwierząt udostępniła na grupie na Facebooku o nazwie “Ptaki” link do tekstu z bloga fundacji pt. 12 porad jak z wegetarianizmu przejść na weganizm. Wydawałoby się, że w grupie interesującej się ptakami (a więc zwierzętami) może znaleźć się sporo osób, które nie jedzą mięsa (czyli zwierząt) ze względu na zwierzęta. Wydawałoby się, że mogły słyszeć o weganizmie, bo w ciągu ostatnich paru lat sporo się o nim mówi i pisze (choć bardzo różnie i nie zawsze w związku ze zwierzętami). Wydawałoby się, że jeśli nawet ktoś o weganizmie ma mgliste pojęcie, może po prostu sprawdzić o co chodzi czytając tekst, lub – w najgorszym razie – tekst ten zignorować. No właśnie, wydawałoby się.

Komunikacja przez komputer
Parę osób polubiło udostępnienie, ale komentarze pod postem były wrogie, prześmiewcze, chamskie i wulgarne, albo świadczyły o braku wiedzy. Owszem, niekulturalne czy nienawistne komentarze to niestety specyfika tzw. komunikacji zapośredniczonej przez komputery (CMC). Ułatwia ona luzowanie hamulców, które narzucamy sobie w bezpośrednim kontakcie z drugim człowiekiem. W internecie nie porozumiewamy się z osobami, lecz bardziej z postaciami/awatarami. Brakuje tu komunikacji pozawerbalnej. Mamy więc ograniczony dostęp do naszej empatii, którą w kontakcie bezpośrednim pobudza obserwacja min i gestów naszego rozmówcy czy rozmówczyni. Dlatego mamy większe szanse na zetknięcie się z agresją i na bycie bardziej agresywnym niż w realu. Na Facebooku nie ma takiego lęku przed ewentualnym odwetem, ani takiego zawstydzenia; takie uczucia często towarzyszą nam w kontaktach twarzą w twarz. Dlatego z pewnością trzeba brać  poprawkę na ograniczenia CMC, kiedy uprawia się aktywizm w mediach społecznościowych.

Stosunek do zwierząt mamy skomplikowany
O ile CMC ma zasadniczy wpływ na formę wypowiedzi, to treści z jakimi się spotykamy są spowodowane czym innym. Dlaczego w grupie dotyczącej zwierząt udostępnienie postu o szacunku wobec zwierząt wzbudza sprzeciw i agresję? Dotykamy bardzo złożonego tematu jakim jest nasz stosunek do zwierząt. Nas – indywidualnych ludzi, nas – społeczeństwa, nas – grupy deklarującej pozytywny stosunek do zwierząt, lecz przejawiającej zadziwiający rozdźwięk pomiędzy deklaracją a praktyką.

Szczytne deklaracje i ich granice
Nasze deklaracje są szczytne – wiemy, że wiele zwierząt (bez wątpienia ssaki i ptaki) jest zdolnych do odczuwania bólu i do przeżywania strachu. Z tego względu jesteśmy przekonani, że są zdolne do cierpienia i deklarujemy, że jesteśmy przeciwni zadawaniu niepotrzebnego cierpienia. Są zwierzęta, które traktujemy jak członków rodziny - najczęściej psy i koty. Wiemy, że trzeba uważać, żeby nie nadepnąć na łapę, wiemy, że trzeba dać pić i jeść, wiemy, że trzeba opatrzyć ranę, leczyć choroby i uśmierzać ból. I robimy to. Otaczamy opieką, chronimy, leczymy. Zwierzęta udomowione, takie jak pies czy kot, traktujemy w zasadzie tak jak małe dzieci, przy czym większość dzieci dorasta i opuszcza dom rodzinny, a zwierzęta pozostają od nas uzależnione na zawsze. Uzależnienie w dobrym, troskliwym domu to jednak scenariusz najlepszy z możliwych, bo bywają gorsze: zaniedbanie, nieleczenie chorób, izolowanie zwierzęcia (np. w kojcu), czy porzucenie. Zasadniczo  jednak, jako społeczeństwo, potępiamy takie przypadki, podobnie jak zaniedbanie, nieleczenie czy porzucenie dziecka.

Nasze szczytne deklaracje najczęściej kończą się jednak na psach i kotach (i paru innych gatunkach , które krótsza lub dłuższa tradycja przypisuje do grupy “pupili”). Kiedy mówimy “kocham zwierzęta” właśnie te gatunki mamy na myśli. Do głowy przychodzi parę podręcznych przykładów tej miłości: nasz pies Ares, przemiła suczka sąsiadów Maja, czy kot Gienek rodziców. Kiedy słyszymy, że psy są wykorzystywane w laboratoriach, jesteśmy niemile zaskoczeni albo źli. Myśl, że obszycie kaptura zimowej kurtki może pochodzić z psa zabitego w Chinach napawa nas przerażeniem i odrazą. Równocześnie jemy hamburgery, jajecznicę, pijemy krowie mleko, choć w zdolności do odczuwania bólu, przeżywania strachu i cierpienia krowy, świnie i kury nie ustępują psom i kotom, też są zwierzętami, a pozyskiwanie produktów mięsa, nabiału i jaj wiąże się z zadawaniem bólu, cierpienia i z zabijaniem zwierząt. Gdyby te produkty były nam niezbędne, nie mielibyśmy wyjścia i bylibyśmy jak lwica na sawannie, która musi zabić, by przeżyć i nakarmić swoje dzieci. My jednak tych produktów nie potrzebujemy. One nie służą nam do podtrzymania życia, lecz do kontynuowania stylu życia, do którego jesteśmy przyzwyczajeni.

“Schizofrenia moralna”
Amerykański prawnik i filozof praw zwierząt, Gary Francione ukuł określenie “schizofrenia moralna”, by nazwać tę rozbieżność pomiędzy deklaracją sprzeciwu wobec zadawania niepotrzebnego cierpienia a zachowaniem, które to niepotrzebne cierpienie regularnie powoduje.

A może zaufać przepisom?
Większość z nas jest w tej komfortowej psychicznie sytuacji, że nie musi myśleć o tym, za co tak naprawdę płacimy jeśli kupujemy mięso, nabiał czy jaja. Możemy całkowicie wyeliminować myślenie o zwierzętach, które są w tym celu eksploatowane i zabijane. Owszem, widzimy zdjęcia fioletowej krowy Milki, postać kogucika ubranego w kucharski fartuszek czy schemat świni z opisanymi kulinarnie częściami ciała, ale te zwierzęta nie kojarzą nam się z czującymi istotami, nie są tak realne i indywidualne jak pies Ares czy kot Gienek. Wiele mechanizmów psychologicznych i czynników kulturowych sprawia, że zwierzęta te są w najlepszym razie dwuwymiarowymi postaciami, których kształt i kolor jesteśmy w stanie przywołać jak postaci z kreskówki.
Jeśli już jednak myśl o ewentualnym cierpieniu takich zwierząt przyjdzie nam do głowy, możemy przekonywać samych siebie, że one wcale nie cierpią, bo zakładamy, że przepisy prawa i kontrole wdrażania tych przepisów zapewniają zwierzętom bezbolesną hodowlę i humanitarną śmierć. Jednak nie zastanawiamy się co czyni nas takimi optymistami w odniesieniu do sytuacji na fermach i w rzeźniach, skoro równocześnie nie daje się uchronić przed cierpieniem, często znacznym, psów i kotów przebywających w schroniskach. A przecież mają one dużo wyższy status w społeczeństwie niż krowy, świnie i kury.

Okazuje się, że przepisy dotyczące opieki nad bezdomnymi zwierzętami są wciąż niezadowalające. Jest też kłopot z wdrażaniem przepisów i ich kontrolą. Dochodzi do poważnych zaniedbań, a nawet do maltretowania psów i kotów w schroniskach, choć takie miejsca są dostępne dla inspektorów, wolontariuszy, ludzi przychodzących adoptować zwierzęta. W porównaniu ze schroniskiem, ferma i rzeźnia to miejsce dużo bardziej hermetyczne, dużo mniej dostępne. Krowy, świnie i kury (i parę innych gatunków) mają niski status w społeczeństwie wyrażającym automatyczną zgodę na pozbawianie ich życia. Jeśli nawet doszło do zaniedbań (np. głodzenia, nieleczenia ran czy złamań), wszelkie dowody znikną na dobre, gdy ciała pokrojone w zgrabne porcje wyjadą z ubojni. Skąd więc bierze się nasz optymizm?

A może przestać jeść mięso?

Niektórzy z nas postanawiają nie kupować mięsa, bo ono wymaga zabijania. Równocześnie decydują, że będą nadal kupować jaja i nabiał, bo to nie ich wina, że w końcu i tak rolnik te zwierzęta zabije. Są przecież organizacje prozwierzęce, które promują wegetarianizm i skupiają się przede wszystkim na mięsie. Dają do zrozumienia, że “mięso to morderstwo”, a mleko i jaja to taka opcjonalna sprawa – ktoś chce dalej jeść, niech robi co uważa, ktoś chce przestać je jeść, to ładnie z jego strony. Nie mówią wyraźnie, że mleko i jajka też są ściśle związane z zabijaniem zarówno przed sprzedażą produktu przez rolnika jak i po tym, gdy produkt trafi do sklepu.

W produkcji mleka najpierw giną cielęta płci męskiej urodzone, by krowa rozpoczęła laktację, a po paru latach ginie krowa, której płodność lub laktacje się zmniejszyły. W produkcji jaj najpierw giną jednodniowe kurczęta płci męskiej, które wykluły się obok kurcząt płci żeńskiej – przyszłych kur niosek, potem giną kury nioski, których produkcja się obniżyła i wreszcie giną też ich matki i ojcowie (w końcu kury nioski skądś się też wziąć muszą).

A może kupować produkty z certyfikatem?
Możemy wreszcie uwierzyć certyfikatom typu “jajka dwójki”, do czego namawiają nas hodowcy, reklamy, a nawet organizacje deklarujące działanie na rzecz zwierząt. Kupując produkty odzwierzęce z takim oznaczeniem możemy żyć w przekonaniu, że ograniczamy nasz udział w najgorszych praktykach wobec zwierząt. Z pewnością pomagają nam w tym materiały działające kojąco na nasze sumienie – zdjęcia zrelaksowanych kur z trawą w tle, czy cieląt leżących na czystej słomie. Nie wnikamy, czy pochodzą one rzeczywiście z ferm, które produkują żywność opatrując ją takimi certyfikatami. W większości przypadków jednak, okazuje się, że warunki życia zwierząt, z których powstały certyfikowane produkty, wyglądają zgoła inaczej niż sugerują to zdjęcia podsuwane nam pod nos.

Podsumowując, mamy wiele możliwości uprawiania schizofrenii moralnej. I to robimy. Chyba że ktoś uderzy w stół i powie: sprawdzam, albo gdy sami/same to zrobimy. Część z nas złapie się wtedy za głowę i powie: faktycznie, to co robię nie zgadza się z tym co myślę, co deklaruję. Z tego dylematu są dwa wyjścia: albo dopasowujemy deklarację do zachowania znajdując jakąś racjonalizację swojego zachowania (wierzymy ślepo w dobre przepisy prawa, w certyfikaty, “zapominamy” o tym, że zwierzęta są zabijane, rezygnujemy z jakiegoś produktu, np. mięsa i uważamy, że to załatwia sprawę) albo dopasowujemy swoje zachowanie do deklaracji i wybieramy weganizm.

Różne twarze szowinizmu gatunkowego
W dopasowaniu zachowania do deklaracji bardzo przeszkadza nam kulturowo mocno zakorzeniony szowinizm gatunkowy. Pojęcie to (“speciesism”) stworzył angielski psycholog Richard Ryder w 1970 roku, aby opisać postawę istniejącą od dawien dawna polegającą na przyzwoleniu na traktowanie zwierząt pozaludzkich gorzej niż ludzi tylko ze względu na fakt, że nie należą do naszego gatunku. W praktyce to “gorzej” oznacza najczęściej “bardzo, bardzo źle”. W praktyce zwierzę zostaje zepchnięte do roli przedmiotu czy maszyny, która ma służyć naszym celom.  Teoria ewolucji Darwina podpowiada nam co prawda, że my też jesteśmy zwierzętami, a biologia i etologia poznawcza, oraz własne doświadczenie mówią nam, że przynajmniej niektóre zwierzęta (bez wątpienia kręgowce – a więc, oprócz ssaków i ptaków, także płazy, gady i ryby) są zdolne do odczuwania bólu, strachu i cierpienia (nie mówiąc już o tym, że ich życie umysłowe jest dużo bogatsze niż te podstawowe kwestie), więc zdajemy sobie oczywiście sprawę, że jest różnica między świnią a fasolą, czy między krową a samochodem, ale wychowanie w szowinizmie sprawia, że albo nie wychodzimy poza naszą deklarację o niezadawaniu niepotrzebnego cierpienia, albo uzupełniamy ją sympatią kierowaną bardzo wybiórczo wobec niektórych zwierząt.

Zresztą i wobec zwierząt domowych potrafimy mieć bardzo przedmiotowy stosunek. Jeśli dla niektórych z nas pies Ares czy kot Gienek są rzeczywiście członkami rodziny, o których się troszczymy, to dla wielu takie zwierzęta będą kolejnym elementem wyposażenia, zabawką, gadżetem lub hobby. Wtedy zwierzęta będą dzielić się na przedmiot zainteresowania (domowe i dzikie) i przedmiot eksploatacji (gospodarskie, laboratoryjne). Pierwsza grupa będzie posiadana, obserwowana, podziwiana na żywo, druga będzie posiadana, konsumowana i podziwiana jako produkt spożywczy. Szowinizm gatunkowy będzie mieć wtedy dwie twarze – łagodną, protekcjonalną (która czasem może się skrzywić – gdy pozbywamy się gadżetu, który się zestarzał lub, gdy podziw dla dzikich zwierząt połączymy z polowaniem na nie i podziwianiem ich w formie trofeów na ścianie), oraz twarz obojętną wobec tych zwierząt, z których eksploatacji regularnie korzystamy (która musi mieć wsparcie ze strony dyskretnego zaplecza fermy i rzeźni, gdzie realna przemoc nie będzie męczyć naszych oczu i uszu). To ta obojętna twarz szowinizmu czyni największe spustoszenie. Uczymy się jej od dzieciństwa, dlatego ta postawa wydaje się tak naturalna i oczywista, a sprzeciw wobec niej wyolbrzymiony, radykalny i niepotrzebnie zakłócający spokój.

Uzgodnić deklarację z zachowaniem

Spokój ten jest jednak pozorny, a ofiary takiego podejścia realne i liczne. W samej Polsce to 800 milionów ptaków i ssaków rocznie i trudna do oszacowania liczba ryb (brutalne w rzeczywistości wędkarstwo też jawi się jako przyjemna forma spędzania czasu). Jeśli jednak przyjmiemy, że pies Ares i kot Gienek nie zasługuje na cierpienie i zabicie go z byle powodu, to trudno uciec przed wnioskiem, że krowy, świnie czy kury także na to nie zasługują. Podtrzymanie naszego stylu życia nie można uznać za wystarczająco ważny powód. Nasza deklaracja niezadawania niepotrzebnego cierpienia domaga się poważnego potraktowania. W rzeczywistości, domaga się weganizmu. Widać jak na dłoni, że nie jest on wyolbrzymioną czy niepotrzebną reakcją. Weganizm jest adekwatną odpowiedzią, wzięciem odpowiedzialności za własne słowa i za to, by nie płacić za cudze, niezawinione i niepotrzebne cierpienie.


 _____________________
Chcesz wiedzieć więcej?

- Na temat CMC - computer mediated communication przeczytałam ciekawą książkę M.Kamińskiej "Niecne memy. 12 wykładów o kulturze internetu" (link)