Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemoc. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemoc. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 lipca 2018

Ile praw zwierząt w prawach zwierząt?

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Na X Ogólnopolskim Kongresie Kobiet w czerwcu 2018 roku zostało zorganizowane „Centrum zwierząt”. Nie była to premiera tego tematu, bo Na Kongresie Kobiet o zwierzętach mówiono już wcześniej, na przykład podczas dyskusji w ramach „Centrum Zielone” w 2017 roku. Niemniej, w tym roku, spośród czterech paneli dyskusyjnych, szczególnie zainteresował mnie jeden, gdyż miał w swoim tytule prawa zwierząt. 

Kiedy słyszę lub widzę termin prawa zwierząt w głowie zapalają mi się dwa światła – zielone i pomarańczowe. Zielony to kolor nadziei, że wreszcie mówimy o zwierzętach na poważnie. Prawa zwierząt to przecież koncepcja rozwinięta w różny sposób przez filozofa Toma Regana i prawnika i filozofa Gary’ego Francione’a – w jednym i w drugim przypadku mająca wspólny mianownik: sprzeciw wobec eksploatacji zwierząt i, co za tym idzie, weganizm. Pomarańczowy to ostrzeżenie „Uważaj z tą nadzieją”, bo, jak pokazuje już wieloletnia praktyka, termin prawa zwierząt jest regularnie nadużywany: stosuje się go tam, gdzie w ogóle nikt nie sprzeciwia się eksploatacji. O „prawach zwierząt” mówi się bardzo często tam, gdzie de facto rozmowa dotyczy regulowania warunków eksploatacji, np. przeniesienia kur eksploatowanych dla jaj z klatek do budynków bez klatek, skrócenia transportu zwierząt wiezionych do rzeźni itp. 

Byłam zatem ciekawa ale i ostrożna w swoich oczekiwaniach, kiedy postanowiłam obejrzeć udostępniony na Facebooku panel pt. „Dlaczego feministki powinny walczyć o prawa zwierząt”. 

Organizatorem Centrum Zwierząt, a więc i tego panelu, była Fundacja Alberta Schweitzera, która na swojej stronie internetowej deklaruje, że jej celem długoterminowym jest „doprowadzenie do zakończenia chowu przemysłowego i popularyzacja wegańskiego stylu życia”, a strategia skupia się na dwóch filarach: (1) współpracy z firmami polegającej na zachęcaniu ich, by przestały sprzedawać „produkty, które są wynikiem szczególnie okrutnych procedur (na przykład jaja z chowu bateryjnego), ale by także rozszerzały i ulepszały swój asortyment produktów roślinnych.” oraz na (2) edukacji konsumentów, dla których uruchomiono kampanię Vegan Taste Week, „aby dotrzeć do możliwie największej liczby osób i skutecznie nakłonić je do ponownego przemyślenia ich wyborów”.  Fundacja działa więc w temacie zwierząt hodowanych na mięso, mleko, jaja i futra, jednak nie sprzeciwia się jednoznacznie eksploatacji zwierząt (tylko jej przemysłowej formie), nie postuluje weganizmu tylko chce go popularyzować (moralny obowiązek a popularny styl życia to jednak różne sprawy), zaś na swojej stronie w ogóle nie odwołuje się do teorii praw zwierząt. 

Tyle organizator. A jak wyglądał panel? Udział wzięły: prowadząca spotkanie przedstawicielka fundacji Karolina Skowron, pisarka, autorka „Prowadź swój pług przez kości umarłych” Olga Tokarczuk, adwokatka zajmująca się sprawami łamania Ustawy o ochronie zwierząt i sprawami przemocy domowej Karolina Kuszlewicz, historyczka sztuki, autorka bloga „Nie-zła sztuka” zajmująca się animal studies na Wydziale Artes Liberales Uniwersytetu Warszawskiego Dorota Łagodzka oraz dr Justyna Włodarczyk - z Zakładu Literatury Amerykańskiej Uniwersytetu Warszawskiego, zajmująca się m.in. animal studies i teorią feministyczną.

Rozmawiano o ciekawych i istotnych sprawach.
Olga Tokarczuk mówiła, że odchodzi w przeszłość hierarchiczny model traktowania przyrody. Choć nie zgadzam się, że taki trend ma miejsce – jest to zbyt optymistyczne twierdzenie – to myślę, że zdecydowanie i ludziom i zwierzętom pozaludzkim przydałoby się, gdyby ludzie przyjęli taką antyhierarchiczną, bardziej egalitarną perspektywę. Być może czując się bardziej braćmi i siostrami zwierząt, czy po prostu współmieszkańcami tej samej planety, bylibyśmy bardziej skłonni przyjąć jako właściwą i zdroworozsądkową postawę samoograniczenia, o której wspominała pisarka. 

Dodałabym, że powinno to w pierwszym rzędzie dotyczyć Europy i Ameryki Północnej, gdzie styl życia oparty na konsumpcji, szczególnie produktów pochodzenia zwierzęcego, krzywdzi bezpośrednio eksploatowane zwierzęta, ale także zabiera miejsce do życia dzikim zwierzętom zamieniając ich dom w pola upraw przeznaczane na paszę, a także zatruwa środowisko i napędza produkcję gazów cieplarnianych. Cierpimy z tego powodu wszyscy i nie ma w tym cierpieniu sprawiedliwości, bo choć najbardziej szkodzą bogaci, to największy ciężar muszą nieść na swoich barkach ludzie najbiedniejsi i niczemu winne zwierzęta.

Karolina Kuszlewicz mówiła o tym, że przemoc ma uniwersalny charakter przejawiający się poczuciem władzy sprawcy nad słabszą od niego ofiarą, a także o tym, że zdarza się i to nie rzadko, że przemoc domowa (najczęściej mężczyzn wobec kobiet i dzieci) łączy się z przemocą tych samych sprawców wobec zwierząt. Zdarza się – jak potwierdziły to badania w USA – że przemoc wobec zwierząt poprzedza przemoc wobec dzieci. 

Przemoc fizyczna wobec zwierząt domowych jest też realizowana przez sprawcę jako przemoc psychiczna wobec kobiety, która jest opiekunką zwierzęcia. Wreszcie kobiety bywają też zmuszane do seksu ze zwierzętami. Kuszlewicz podkreśliła, że w Polsce związki między przemocą domową a przemocą wobec zwierząt nie są dostrzegane: jeśli odkryta zostanie przemoc wobec zwierzęcia domowego, to policja nie interesuje się, czy przypadkiem nie kryje się za tym także przemoc wobec ludzkich członków rodziny sprawcy. Z kolei kobiety uciekające przed przemocą do schronisk nie są tam przyjmowane ze zwierzętami.

Dorota Łagodzka zwróciła uwagę zebranych na język jako narzędzie dewaluacji nie tylko kobiet ale i zwierząt. Kiedy używamy słów oznaczających zwierzęta (np. wredna suka, kura domowa, stara krowa, głupia kwoka) wyrażamy nie tylko patriarchalne uprzedzenia redukujące kobiety do istot bardziej biologicznych, mniej refleksyjnych, ale tym samym pokazujemy nasz brak szacunku do zwierząt pozaludzkich. Ponadto, kiedy chcemy wyrazić oburzenie złem wyrządzanym przez ludzi, lubimy używać metafor i porównań związanych ze zwierzętami: gwałciciel zachował się „jak zwierzę”, jego czyn był „nieludzki”. Jak zauważyła Łagodzka, paradoksalne jest to, że mianem „nieludzkich” określamy czyny, do których zdolni są tylko ludzie. 

Justyna Włodarczyk dodała do dyskusji perspektywę historyczną, w której ukazała jak idee praw kobiet i lepszego traktowania zwierząt spotykały się już w działaniach sufrażystek XIX wieku. Podczas zebrania Ligii Humanitarnej przeciwnej zadawaniu niepotrzebnego cierpienia istotom czującym, Lizzy Lind zachęcała do połączenia ruchów humanitarnych – sufrażystek, przeciwników wiwisekcji, przeciwników kar cielesnych i kary śmierci, pacyfistów i wegetarian. 

Włodarczyk poczyniła ciekawą obserwację, że choć w pewnym okresie ruch prozwierzęcy zajmował się intensywnie cierpieniem zwierząt wykorzystywanych przez ludzi klasy pracującej, to po pewnym czasie zajął się także przewinieniami klasy wyższej.  Najpierw walczono o zakaz walk psów czy o zakaz ciągnięcia wózków przez psy, - to drugie dla wielu ludzi nie było fanaberią lecz sposobem na utrzymanie się. Wyglądało to trochę jak oświecanie „ciemnego ludu” przez bogatych, którzy wcale nie mieli czystego konta jeśli chodzi o stosunek do zwierząt. Natomiast pod koniec wieku XIX, gdy w ruchu prozwierzęcym pojawiło się więcej kobiet i część z nich zaczęła studiować medycynę, większą uwagę zaczęto zwracać na wiwisekcję. Ostrze krytyki zwróciło się wówczas przeciwko naukowcom i lekarzom, którzy do tej pory sami mówili innym jak żyć. Justyna Włodarczyk zwróciła też uwagę, że nie powinniśmy tworzyć dychotomii: pomoc ludziom vs pomoc zwierzętom, gdy tak naprawdę możemy robić jedno i drugie. 

Co mnie zaskoczyło i czego zabrakło.
W debacie było parę kwestii, które mnie zaskoczyły, zdziwiły lub zirytowały. Pierwsza prelegentka Olga Tokarczuk rozwijając myśl o samoograniczeniu stwierdziła, że oznacza to ograniczenie jedzenia mięsa. W publicznych dyskusjach o krzywdzeniu zwierząt, raz za razem dokonuje się tej arbitralnej koncentracji na jedzeniu mięsa i równocześnie spycha się na margines, albo całkowicie poza ramy dyskusji, picie mleka, jedzenie nabiału i jaj i inne formy krzywdzenia zwierząt. Rozmowa schodzi wówczas na ograniczanie lub niejedzenie mięsa, a nie na weganizm. 

Dyskusje te raz za razem stanowią krok wstecz, zamiast w przód. Skupiając naszą uwagę na mięsie, oddalają rozmowę o eksploatacji zwierząt, której dokładnie takim samym przykładem jak produkcja mięsa jest produkcja jaj i mleka. We wszystkich rodzajach eksploatacji, zwierzę, jego ciało i jego życie jest traktowane przedmiotowo – jako surowiec (zwierzęta hodowane na mięso) lub maszyna (zwierzęta używane do produkcji jaj, mleka czy do „produkcji” zwierząt, np. matki prosiąt czy matki kur niosek). Ciało poddane selekcji hodowlanej ma być dobrym surowcem lub sprawną maszyną, ma służyć producentom i konsumentom. Życie jest dawane i odbierane zgodnie z planem produkcji, cięcia kosztów, generowania zysków i konkurencyjnej ceny. 

Jak mówi filozof praw zwierząt Gary Francione, wegetarianizm (a więc wybieranie niejedzenia mięsa, podczas gdy je się nabiał i jaja) nie jest postawą bardziej spójną, niż twierdzenie, że moralnie złe jest jedzenie mięsa z łaciatych krów, ale nie jest moralnie złe jedzenie mięsa z krów, które łaciate nie są. Nie ma zatem prawdziwej dyskusji o niepotrzebnym cierpieniu zwierząt, ich krzywdzeniu i eksploatacji, a szczególnie o prawach zwierząt, gdy dowolnie wybieramy sobie jakąś formę krzywdzenia (na mięso) i pomijamy inne. Taka dyskusja z założenia jest niewłaściwa, niesłusznie okrojona, nieuczciwa.

Druga kwestia wypowiedziana przez Tokarczuk jeszcze bardziej mnie zdziwiła. Przytoczę ją jednak dlatego, że wpisuje się w pewien szerszy trend obecny w ruchu prozwierzęcym, więc warto się do niej odnieść. Olga Tokarczuk powiedziała, że oprócz ograniczenia jedzenia mięsa powinniśmy wrócić do „tradycyjnych sposobów pozyskiwania mięsa”. Muszę powiedzieć, że trochę wbiło mnie w krzesło, tym bardziej, że żadna z panelistek na to nie zareagowała. Nie sądzę, żeby Tokarczuk, autorka antymyśliwskiej książki „Prowadź swój pług przez kości umarłych” sugerowała, że wszyscy powinni ruszyć do lasu na polowanie. Druga opcja, która wydała mi się znacznie bardziej prawdopodobna, to tradycyjne gospodarstwa rolne przeciwstawiane przemysłowym fermom. 

Faktycznie w ruchu prozwierzęcym jest silny trend do krytykowania nie eksploatacji zwierząt jako takiej tylko właśnie ferm przemysłowych, a więc sposobu, w jaki eksploatuje się zwierzęta. Szereg organizacji, w tym organizator debaty,  prowadzi kampanie mające na celu reformę przemysłowej hodowli zwierząt. 

Kampanie te mają na celu ograniczenie najbardziej „przemysłowych” form i metod chowu zwierząt (obecnie np. jajek „trójek” od kur trzymanych w klatkach). Równocześnie jednak promują inne, rzekomo lepsze formy chowu zwierząt. Takim kampaniom towarzyszą dwa rodzaje obrazów – zdjęcia i filmy krytykowanej formy chowu – odstręczające, pokazujące urazy, rany, cierpienie i nieżywe zwierzęta, oraz zdjęcia zwierząt zadbanych w przyjemnym, rustykalnym otoczeniu w bliżej niezidentyfikowanych okolicznościach. Jako że pierwsza seria obrazów dotyczyła krytykowanej formy chowu, to te przyjemne, niepodpisane obrazy poprzez skojarzenie, sugerują nam, że oto widzimy zwierzęta żyjące w tej drugiej, niekrytykowanej formie chowu. Odbiorca dostaje komunikat, że po wyeliminowaniu formy zwalczanej przez kampanię, zwierzęta będą szczęśliwe, a on będzie mógł nadal być konsumentem zwierząt, tym razem z czystym sumieniem.  

Być może więc stwierdzenie o „powrocie do tradycyjnych sposobów pozyskiwania mięsa” jest echem takich kampanii chcących reformować przemysłową hodowlę zwierząt.  Problem w tym, że znowu nie dotykamy tu w ogóle praw zwierząt (do niebycia przedmiotem eksploatacji), a sugerowane rozwiązania, poprzez swoją zmniejszoną wydajność (choćby potrzebę większej powierzchni dla hodowanych zwierząt) nie są rozwiązaniem dla planety, na której ludzka populacja nie maleje, ale wciąż rośnie. 

Co więcej, mamy już sporo przykładów jak kończy się reformowanie przemysłowej hodowli:  powstają kolejne formy przemysłowej hodowli, gdzie zwierzęta też cierpią, tylko w nieco innych okolicznościach. Pokazuje to wiele zdjęć i filmów realizowanych na „eko” fermach. Dlaczego tak się dzieje? Nieodmiennie składa się na to parę czynników: masowość produkcji (fermy „eko” też mają dużo zwierząt, szczególnie jeśli są to małe zwierzęta, takie jak kury), chęć zarobku, konkurencja na rynku i klienci nie zamierzający jednak płacić zbyt wiele za swoje czyste sumienie.

Mówiąc o  przemocy wobec ludzi i zwierząt Karolina Kuszlewicz poruszała się przede wszystkim w obrębie przemocy nielegalnej i karalnej. Nawet nawiązując do sprawy sprzedaży żywych karpi bez wody, w której Sąd Najwyższy postanowił o kasacji prawomocnego wyroku uniewinniającego sprzedawców od zarzutu znęcania się nad zwierzętami, adwokatka wciąż mówiła o przemocy, która - choć ewidentnie kontrowersyjna – ma szansę jednak zostać uznana za karalną. Mam duży problem z tym podejściem, szczególnie jeśli spotkanie nazywa się debatą o prawach zwierząt. Dlaczego? Bo znakomita większość przemocy wobec zwierząt jest legalna. Żyjemy w społeczeństwie (i w świecie), w którym normą jest szowinizm gatunkowy (analogiczna do seksizmu i rasizmu forma dyskryminacji – ze względu na gatunek), a jego przejawem jest powszechna eksploatacja zwierząt – traktowanie ich jak surowca, narzędzia i maszyny, których narodziny, sposób życia i śmierć są podporządkowane naszym celom, które wycierpią się tyle ile trzeba i zostaną zabite wtedy, kiedy trzeba, żeby na półkach było mięso, nabiał, jaja a na sklepowych wieszakach skórzane kurtki i wełniane płaszcze, itp. 

Owszem, przemoc wobec zwierząt domowych jest bardziej widoczna, bo bardziej emocjonalnie na nią reagujemy i chętniej o niej rozmawiamy, ale jest tak właśnie dlatego, że wychowujemy się do życia w świecie, w którym zwierzęta domowe do pewnego stopnia stanowią wyjątek od reguły. Regułą zaś jest akceptacja przemocy tak powszechna, że aż oczywista i tak oczywista, że kompletnie dla nas, jako społeczeństwa, przezroczysta.  To ponad 800 milionów zwierząt „gospodarskich” hodowanych na fermach i zabijanych w rzeźniach rocznie. To tony ryb zabijanych w ramach rybołówstwa. To ta przemoc jest legalna, niekaralna, oczywista i przezroczysta. 

Nasza obojętność na tę legalną przemoc nie jest jednak wrodzona, lecz wyuczona, a więc i odwracalna, o czym świadczy rosnąca liczba wegan. Dlatego szczególnie na spotkaniach, które w swojej nazwie mają prawa zwierząt, rozmowy o tym nie tylko nie powinno zabraknąć, ale powinien być to temat centralny. Tutaj absolutnie nie był. Gdzieś pobocznie, dość nieśmiało była mowa o zmianie diety. To za mało, zdecydowanie za mało!

Wielkim nieobecnym w debacie o prawach zwierząt były więc prawa zwierząt i weganizm. Wydaje się, że prawa zwierząt stały się atrakcyjną frazą, której używa się, żeby zasugerować, że debata, film, książka czy organizacja poważnie podejmuje temat zwierząt. Jednak bardzo często taka debata, film, książka czy organizacja wcale prawami zwierząt się nie zajmują: nie odwołują się w ogóle do najważniejszych twórców teorii praw zwierząt – do profesora Toma Regana czy profesora Gary’ego Francione’a, nie sprzeciwiają się (albo robią to bardzo niejednoznacznie) eksploatacji zwierząt i nie mówią o weganizmie jako podstawowym obowiązku moralnym wynikającym z poszanowania praw zwierząt. Nieżyjący już Tom Regan pisał, że prawa zwierząt to prawo zwierząt do szacunku. Gary Francione pisze i mówi, że prawa zwierząt to prawo do niebycia traktowanym jak czyjaś własność. Każde z tych podejść wyklucza eksploatację zwierząt. Nie da się bowiem szanować i eksploatować. Nie da się traktować podmiotowo i równocześnie eksploatować, nawet jeśli eksploatację zreformuje się w taki czy inny sposób. Nie da się też szanować zwierzęta, traktować je podmiotowo i równocześnie być konsumentem produktów pochodzących z eksploatacji. 

W świecie opartym na eksploatacji zwierząt weganizm musi być w centrum debaty o prawach zwierząt, a nie na jej obrzeżach. Tak się często nie dzieje, bo taka debata musiałaby być o nas – zwykłych obywatelach i obywatelkach, o naszych zaniechaniach, o naszej odpowiedzialności, o codziennych wyborach, o instytucjonalnej formie szowinizmu gatunkowego. Łatwiej prowadzi się rozmowy, które są o innych – psychopatach, okrutnikach, o myśliwych, o Azjatach jedzących psy. W debacie zabrakło przedstawienia prelegentek właśnie pod tym kątem. Nie zadano prostego pytania: czy są Panie wegankami? W takiej debacie i w takim świecie, w jakim obecnie żyjemy, to ważna informacja. W debacie na temat praw zwierząt mogą oczywiście brać udział ich zwolennicy i przeciwnicy, ale powinniśmy, jako odbiorcy, znać odpowiedź na to podstawowe, sytuujące w debacie pytanie. Osoby deklarujące poparcie dla praw zwierząt a niebędące wegankami na wejściu tracą na wiarygodności i trącą hipokryzją.

Proporcje debaty o prawach zwierząt moglibyśmy  obrócić dopiero w świecie, w którym prawa zwierząt miałyby ugruntowaną pozycję i większość ludzi byłaby weganami. Nie jesteśmy jednak w takim momencie i nie zbliżymy się do niego poświęcając nieproporcjonalnie małą ilość czasu na rozmowę o szowinizmie gatunkowym i eksploatacji zwierząt dla przemysłu spożywczego i weganizmie. 




niedziela, 23 lipca 2017

To kolejna religia! - stereotypy o weganizmie

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Dlaczego wielu ludziom weganizm kojarzy się z religią? Być może dlatego, że najczęściej mówi się o nim w kontekście niejedzenia pewnych rzeczy. “Pewnych rzeczy” zaś, to mało powiedziane. Chodzi bowiem o rzeczy centralne dla doświadczenia smaku i sytości w standardowej, tradycyjnej polskiej diecie, rzeczy, od których potrawy mają nawet swoje nazwy: kurczak po takiemu czy owemu, bitki cielęce z czymś tam, śledź w czymś tam, i tak dalej. Mięso jest królem polskiego stołu. Dworem króla są ryby (w kulinarnej nomenklaturze nie są mięsem), nabiał i jaja. Jeśli więc znika król i jego świta, to wniosek jest prosty: albo ktoś jest bardzo biedny (mniej zamożni, ale nie bardzo biedni ludzie jedzą po prostu tańsze mięso, nabiał i jaja) albo chory, albo, i tu zmierzamy do stereotypu: religia nakazuje mu ascezę, wprowadza zakaz radowania się życiem w jego kulinarnej odsłonie.

W Polsce wszelkie ograniczenia w jedzeniu mięsa (ale nie ryb) wiodą ku religii katolickiej. Katolicy chcący być w zgodzie z przykazaniami kościelnymi nie jedzą mięsa ssaków i ptaków w piątki, Środę Popielcową i w Wielki Piątek, a podążając ścieżką tradycji – także w Wigilię. Część Polaków kojarzy też pewnie, że ograniczenia w jedzeniu mięsa dotyczą także judaizmu i islamu. Wiedzą to szczególnie ci, którzy rzucą pod meczet głowę świni (potocznie zwaną “świńską głową” - tak jakby “świńskość” była rodzajem materiału, jak jest to np. w złożeniach typu: plastikowa piłka), w nadziei, że urażą muzułmanów, którzy - właśnie ze względów religijnych - świń nie jedzą. Czasem zdarzają się też skojarzenia z religiami Wschodu, gdzie zaleca się (choć nie zawsze) niejedzenie zwierząt, a więc do listy pokarmów “zakazanych” lub niewskazanych wchodzi mięso ssaków, ptaków i ryby.

W zderzeniu z taką paletą religijnych skojarzeń, nietrudno o zaklasyfikowanie weganizmu (często mylonego z wegetarianizmem) do grupy religii, a jako że ma relatywnie mało zwolenników, to kolejnym logicznym krokiem wydaje się nazwanie go sektą i obśmianie, szczególnie że nie tylko wyłącza mięso ssaków i ptaków oraz ryby (jak wegetarianizm), ale także nabiał i  jaja. Co więcej, weganizm  nie zatrzymuje się na kuchni, lecz przetrzepuje mocno garderobę wyrzucając skóry, futro, wełnę i jedwab; grzebie także w naszych kosmetykach i chemii gospodarczej w poszukiwaniu alternatyw bez składników odzwierzęcych i nietestowanych na zwierzętach; nakłania do omijania cyrków ze zwierzętami, delfinariów czy stadnin. Słowem, weganizm wierci dziurę w całym, dobrze już poukładanym i oswojonym świecie. Jak tu nie myśleć o weganach jak o sekciarzach-masochistach, którzy lubią sobie poograniczać tu i tam. A może jeszcze w domu dodatkowo chłoszczą swoje ciała?

Choć skojarzeniom tym trudno odmówić logiki, to fakty są zgoła odmienne. Weganizm powstał nie z patrzenia w niebo, lecz z obserwacji tego, co robimy zwierzętom tu, na ziemi. Powstał też nie po to, by zaspokajać osobiste potrzeby rozwoju duchowego, ale by sprzeciwiać się krzywdzie i eksploatacji zwierząt, o których nauka (a nie Bóg) mówi, że są zdolne do odczuwania cierpienia i nie jest im wszystko jedno, co się z nimi dzieje. Założycielami ruchu byli ludzie świeccy, a wieloletni lider The Vegan Society,  Donald Watson, nigdy nie zabiegał o pozycję nieomylnego guru.

Warto dodać, że Towarzystwo Wegańskie powstało w 1944 roku, jeszcze przed rozwojem ferm przemysłowych. Nie było więc odpowiedzią na intensyfikację cierpienia jakie ma miejsce w masowej produkcji mięsa, mleka czy jajek, lecz po prostu ogólnym sprzeciwem wobec krzywdzenia zwierząt, które ma miejsce zawsze wtedy, gdy wykorzystujemy je jako narzędzia, maszyny czy surowiec, niezależnie od skali przedsięwzięcia. Odrywanie cieląt od matek w produkcji mleka ma przecież miejsce zawsze, niezależnie od wielkości gospodarstwa. Krowy, które przestały zachodzić w ciążę lub produkować dużo mleka są zabijane niezależnie od wielkości gospodarstwa. Podobnie jest z kurami, które nie znoszą “wystarczającej” liczby jaj. Nie mówiąc już o wszystkich zwierzętach hodowanych bezpośrednio na mięso.

Jeśli uważamy, że zabicie psa, by uzyskać smaczne mięso, jest krzywdą wobec psa, to trzeba niezłej akrobatyki umysłowej, żeby nie ujrzeć żadnej krzywdy w zabijaniu świń, krów czy kur. Wątpliwości w odniesieniu do krzywdy ryb rozwieje nam znowu nauka, nie fragmenty świętej księgi. Niedowiarkom polecam nieprzyjmowanie spraw na wiarę, lecz przyjrzenie się rzeczywistości, przeanalizowanie mechanizmów wykorzystywania zwierząt. Jeśli nie chcą czytać artykułów na stronach prowegańskich, niech zaczną od podręczników zootechniki.

Tak, weganizm zaleca mieć oczy szeroko otwarte i wbrew pozorom nie obiecuje raju na ziemi. No dobra, są weganie, którzy obiecują gruszki na wierzbie w odniesieniu do zdrowia i urody przekonując, że dieta roślinna jest najlepszą z diet i jeśli ktoś ją stosuje to (a) jest zdrowy, (b) nie zachoruje, (c) nie zestarzeje się, (d) ma ostre branie, ale podstawa weganizmu to sprzeciw wobec krzywdzenia zwierząt i faktycznie, ta postawa w praktyce najlepiej służy temu celowi, również pośrednio – bo produkcja żywności roślinnej jest najmniej obciążająca dla środowiska, zatem weganie mniej szkodzą terenom, które są domem dzikich zwierząt. Wracając do zdrowia, właściwie prowadzona dieta roślinna wpisuje się w spektrum tzw plant-based diets - jest to czołówka diet sprzyjających zdrowiu, więc tak czy owak skorzystamy.

Niektórzy nieweganie kojarzą weganizm z religią, gdy widzą, z jakim obrzydzeniem niektórzy weganie reagują na widok mięsa, lub, gdy nie chcą zjeść zupy ugotowanej na wyjętych przecież później z garnka kościach, albo gdy wahają się czy iść do restauracji, gdzie tych samych patelni używa się do robienia mięsnych i bezmięsnych potraw, czy wreszcie gdy nie chcą zjeść sałatki z odrobiną krowiego jogurtu. To kojarzy się z koszernością, a więc znowu mamy trop religijny. Czy jednak ci sami weganie kojarzyliby swoją postawę z religią, gdyby takie same odczucia i wątpliwości towarzyszyły im w restauracji, w której chcieliby zjeść coś roślinnego, bo serwowano by tam psie i kocie mięso i mleko? Co ciekawe, to bardziej sensowne i racjonalne (mniej arbitralne) wydaje się odczuwanie dyskomfortu wobec WSZYSTKICH produktów odzwierzęcych jeśli wiemy, że krowa, kura, pies i kot cierpią tak samo i tak samo chcą żyć. Zatem jeśli coś może się nam kojarzyć z koszernością (co nie znaczy, że skojarzenie jest właściwe) to właśnie wybiórcze obrzydzenie wobec psiego mięsa.

Szybkie skojarzenia łatwo wiodą na manowce. Szybkie skojarzenia weganizmu z sektą pozwalają łatwo go obśmiać i odrzucić. Jednak weganizm wskazuje nam coś ogromnie ważnego – nie jesteśmy jedynymi myślącymi, czującymi ból i chcącymi żyć istotami na Ziemi, zatem sprzeciw wobec przemocy nie może obejmować wyłącznie naszego gatunku, a mimo to wciąż tego nie zauważamy. Jest to wciąż ogromne i bolesne przeoczenie.




niedziela, 29 stycznia 2017

Solidarni przemocą?

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Zobaczyłam niedawno zapowiedź akcji "Branding 269” organizowanej przez grupę 269Life Śląsk - Poland. To skłoniło mnie do krótkiej refleksji na temat przemocy w aktywizmie na rzecz praw zwierząt. 

Branding, od którego bierze się „branding 269”, to wypalanie rozżarzonym żelazem znaku na ciele zwierząt (najczęściej bydła), aby oznaczyć do kogo zwierzę należy. Jest to akt przemocy i dominacji. Dosłownie przypieczętowuje się własność, której znak zwierzę będzie nosić aż do śmierci. Swój rodowód branding ma w Starożytności. Jest wciąż praktykowany m.in. w Stanach Zjednoczonych. 

W aktywizmie prozwierzęcym branding ludzi pojawił się w 2012 roku w Izraelu i polegał na wypaleniu paru aktywistom znaku 269 rozżarzonym żelazem. Liczba 269 widniała na plastikowym klipsie w uchu jednego z cieląt, które aktywiści widzieli wcześniej na fermie mlecznej. Akcję wypalania zainicjował Sasha Boojor, aby wyrazić solidarność z bezimiennymi ofiarami przemysłu mięsnego i mlecznego. Potem powieliło ją wielu aktywistów i aktywistek w różnych krajach. Odmianą tej akcji jest też robienie tatuażu 269. 

Branding zarówno krów jak i ludzi to zadanie intensywnego bólu, ciężkie oparzenie i trwałe uszkodzenie skóry.  W akcjach polegających na brandingu ludzi (w odróżnieniu od akcji pochodnej polegającej na zrobieniu tatuażu) niepokoi mnie kwestia dosłownego używania przemocy, bo ruch na rzecz praw zwierząt jest z zasady ruchem przeciwko przemocy. Dlatego nie powinien zgadzać się na jej używanie jako strategii działania i generować niepotrzebne cierpienie.

Choć akt dominacji jest symboliczny, bo tutaj ludzie, którzy się znakowaniu poddają nie są do tego zmuszeni i robią to z własnej woli, to branding jest jednocześnie dosłownym powtórzeniem aktu przemocy, tyle że obróconej ku samemu sobie. Niektórzy powiedzą, że nie ma czegoś takiego jak samogwałt. To prawda, ale jest coś takiego jak masochizm i raczej nie uznajemy go za coś korzystnego. Nie utożsamiam aktywistycznego brandingu z aktem masochistycznym, bo nie siedzę ludziom w głowach i nie wiem co dominuje jako powód takiej decyzji u poszczególnych osób. Jednak fakt, że wybierają taką formę jest moim zdaniem niepokojące, tym bardziej że osoby decydujące się na branding zazwyczaj korzystają z czyjejś pomocy, a tym samym, oprócz siecie, w akt przemocy wikłają drugą osobę.

Rozumiem cierpienie będące ceną lub skutkiem ubocznym działania w czyjejś obronie, przeciwko zadawanej mu przemocy: zostać pobitym przez agresywnego nacjonalistę w obronie zaatakowanego nie-Polaka, odmrozić sobie uszy pomagając uchodźcom na zimowym szlaku albo narazić się na niebezpieczeństwo ze strony mściwego „pana domu” przyjmując pod swój dach ofiarę przemocy domowej. 

W przypadku brandingu jest tak, jakby ktoś w geście solidarności z uchodźcami marznącymi na zimowym szlaku odmroził sobie uszy lodem z własnej zamrażarki. Jest też tak, jakby w geście solidarności z pobitymi nie-Polakami ktoś poprosił znajomego, żeby ten obił mu twarz albo w geście solidarności z ofiarami przemocy domowej poprosił znajomego, żeby ten przypalił mu/jej przedramię żelazkiem. 

To odtwarzanie aktów przemocy rodzących cierpienie, żeby …. sprzeciwiać się aktom przemocy, które odtwarzamy! To zachęcanie kogoś do zadawania przemocy w przypadku, gdy przemoc zadaje druga osoba. To, zatem, mnożenie przemocy, gdy w tym samym czasie można mnożyć gesty pokoju, edukować o złu przemocy lub bezpośrednio pomagać jej ofiarom. To zgoda na warunki jakie piszą dziś tabloidy: „Mówcie językiem przemocy, jeśli chcecie być usłyszani”, zamiast tworzenia nieprzemocowej alternatywy dla takiego języka. Jak mamy tworzyć świat pokoju z materiału, z którego zbudowany jest świat przemocy, wojny i dominacji?