Pokazywanie postów oznaczonych etykietą słowniczek brzydkich wyrazów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą słowniczek brzydkich wyrazów. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 3 listopada 2016

Dobrostan, czyli brzydkie słowo na D

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

„Należy pytać nie o to, czy zwierzęta mogą rozumować, ani czy mogą mówić, lecz czy mogą cierpieć.” – stwierdził w 1780 roku angielski prawnik i filozof Jeremy Bentham we „Wprowadzeniu do zasad moralności i prawodawstwa”. To znany cytat, szczególnie wśród osób, którym bliski jest los zwierząt, i które czytały „Wyzwolenie zwierząt” Petera Singera. Ten australijski filozof kontynuuje spuściznę Benthama w zakresie utylitaryzmu i zajmuje się etycznymi aspektami stosunku człowieka do innych zwierząt.

Bentham jako pierwszy w zachodnim świecie stwierdził, że zdolność do cierpienia jest kryterium istotnym moralnie, ważniejszym nawet niż zdolność do rozumowania czy mowy. Wcześniej typowano tylko rozum (lub duszę) i używanie języka uznając, że charakteryzują one wyłącznie człowieka. Tym samym nasz gatunek jako jedyny liczył się moralnie. Fajna sprawa, prawda? Bentham złamał tę hegemonię i do wspólnoty moralnej, która obejmowała dotąd tylko ludzi, włączył także zwierzęta pozaludzkie zdolne do cierpienia, np. psa, konia, krowę, świnię czy kurę.

Co to znaczy „włączył zwierzęta do wspólnoty moralnej”? Bentham stwierdził, że ludzie mają wobec nowych członków moralnego kręgu bezpośrednie obowiązki. W zasadzie ograniczył te obowiązki do jednego: skoro zwierzęta są zdolne do cierpienia, człowiek jest im winien humanitarne traktowanie. Innymi słowy, człowiekowi nie wolno zadawać zwierzętom niepotrzebnego cierpienia.

Obowiązek był bezpośredni, to znaczy zachodził między człowiekiem a zwierzęciem. Złośliwe bicie strudzonego konia było niemoralne, bo człowiek zadawał niepotrzebne cierpienie właśnie jemu - koniowi, a nie dlatego, że bicie miało miejsce w obecności dzieci (co czyniłoby szkodę dzieciom), ani dlatego, że zbity koń był własnością innego człowieka (co stanowiłoby szkodę dla właściciela konia), ani dlatego, że sprawca zepsułby sobie charakter (co wyrządziłoby szkodę jemu, a w przyszłości mogłoby być szkodliwe dla innych ludzi, gdyby zaczął stosować przemoc wobec nich). Obowiązek bezpośredni powstrzymania się od zadawania niepotrzebnego cierpienia wynikał po prostu i wyłącznie z faktu, że koń był zdolny do cierpienia.

Od czasów Benthama, wystarczyła zatem zdolność do cierpienia (bez dowodzenia zdolności do rozumowania czy mowy), żeby istoty ją posiadające liczyły się moralnie. Podejście to zaakceptowano i stało się ono podstawą wszystkich regulacji prawnych dotyczących stosunku człowieka do zwierząt. W tamtym czasie było to przełomowe podejście. Pozostaje standardem do dzisiaj. Podstawowym słowem z zakresu tego podejścia jest „dobrostan”. Dlaczego więc nazywam je brzydkim słowem na „D”?

Amerykański prawnik i filozof Gary Francione, w swojej książce „Introduction to Animal Rights. Your Child or the Dog” z 2000 roku poświęcił Benthamowi cały rozdział pt. „Mieć krowę i ją zjeść: Błąd Benthama”. Nie, Francione nie odmawia angielskiemu filozofowi dokonania przełomu, o którym napisałam powyżej. Uznaje go w pełni. Informuje nas jednak o dodatkowej rzeczy, którą Betham napisał, a która słynnym cytatem już się nie stała. Otóż w tym samym dziele (Wprowadzenie do zasad moralności i prawodawstwa), zanim wypowiedział się przeciwko dręczeniu zwierząt, Bentham sprytnie zabezpieczył tyły (i spiżarnię) twierdząc, że nie ma nic złego w jedzeniu zwierząt (a więc także w ich zabijaniu na jedzenie), bo nie mają one (jego zdaniem) oczekiwań wobec przyszłości i zostają (jego zdaniem) zabite z ręki człowieka sprawniej i szybciej niż dzieje się to w naturze. 

Dokładnie tak, Bentham nie zobowiązywał siebie ani nikogo innego do wegetarianizmu czy weganizmu. Nie apelował o zniesienie hodowli zwierząt. Stwierdził tylko, że cierpienie zwierząt liczy się moralnie w takim sensie, że nie należy go zadawać niepotrzebnie. Jednak istnienie niepotrzebnego cierpienia (na przykład bicie ze złości), które jest według Benthama złe moralnie,  oznaczać nieuchronnie musi istnienie cierpienia potrzebnego, które jest według Benthama moralnie dopuszczalne. Jakie to jest cierpienie? Ano takie, które jest potrzebne do uzyskania np. mięsa, mleka czy jajek, które jeden sprzeda, a drugi kupi. Mieć krowę (nie zadawać jej niepotrzebnego cierpienia) i ją zjeść (zadać jej tylko cierpienie potrzebne). Zgrabnie, ładnie i po krzyku. Dbamy, zabijamy i zjadamy. W czym więc tkwi błąd, o którym pisze Francione?

Francione, autor abolicjonistycznego podejścia do praw zwierząt, którego analizy bardzo cenię, zwraca nam uwagę, że Jeremy Bentham był przeciwnikiem niewolnictwa ludzi, bo zdawał sobie sprawę, że instytucja niewolnictwa, która jednego człowieka traktuje jak własność drugiego, degraduje człowieka zniewolonego do kategorii rzeczy i uniemożliwia realizację jego interesów wystawiając go na łaskę i niełaskę właściciela. Owszem jeden właściciel może być łaskawy, jedna forma niewolnictwa łagodniejsza od innej, ale bycie traktowanym jak rzecz rokuje bardzo źle dla niewolnika. Interesy właściciela zawsze będą bowiem mierzone z większą starannością niż interesy człowieka zniewolonego. Bentham nie zauważył jednak analogii między niewolnictwem ludzi, które odrzucał, a statusem zwierząt jako własności, który dopuszczał. Z jednej strony równe traktowanie interesów człowieka-niewolnika i człowieka-właściciela wydawało mu się niemożliwe w praktyce; z drugiej strony przeoczył, że jeszcze bardziej niewykonalne jest nadanie wagi interesowi, które posiada zwierzę, by nie cierpieć, gdy na drugiej szalce wagi położony zostanie interes właściciela, by oszczędnie zwierzę wyhodować, z zyskiem je sprzedać i być konkurencyjnym.

Dobrostan zwierząt jest kategorią regularnie używaną właśnie w kontekście warunków chowu i hodowli zwierząt, ze szczególnym uwzględnieniem zwierząt traktowanych jako żywy surowiec (przyszłe mięso, skóra i futro) czy jako żywe maszyny (produkcja mleka, jaj czy wełny). Mówi się o nim obecnie w kontekście zwierząt legalnie trzymanych całe życie w klatkach albo w zatłoczonych pomieszczeniach, stojących we własnych odchodach, oddzielanych siłą od własnego potomstwa, unieruchamianych na całe tygodnie, okaleczanych, nieleczonych z chorób czy urazów, których nie opłaca się leczyć. Dobrostan oznacza w praktyce warunki utrzymania eksploatowanych zwierząt. 

Konsumentowi oferuje się dziś różne poziomy dobrostanu, czyli stopniowalność potrzebnego cierpienia i dyskomfortu. Można wybrać jakie cierpienie jest według naszego mniemania „potrzebne” dla zapewnienia naszego moralnego komfortu. Istnieją na przykład certyfikaty dotyczące warunków utrzymania kur znoszących jaja – oznaczone cyframi od 0 do 3. Najwyraźniej niweluje się w ten sposób coś takiego jak obiektywnie „niepotrzebne cierpienie”, które potępiłby Bentham. Każdy konsument sam kalkuluje, od jakiej dawki zaczyna się niepotrzebne, a gdzie kończy potrzebne cierpienie. Można powiedzieć – dobrostan szyty na miarę.  Mówi się o dobrostanie także w kontekście zwierząt wykorzystywanych w rozrywce (np. dobrostan słonia tresowanego w cyrku do włażenia na taboret i zabawiania publiczności) jak i  o dobrostanie zwierząt między etapami eksperymentów, które sprawiają ból i okaleczają. Dobrostan jest nieodłącznym towarzyszem eksploatacji zwierząt do tego stopnia, że jest także obecny w rzeźni. Tam mówi się - nie żartuję – o ochronie podczas zabijania.

Według Francione’a błąd Benthama tkwi w tym, że powstrzymał się on od rozważenia sytuacji zwierząt będących własnością człowieka w podobny sposób jak zrobił to w przypadku ludzkich niewolników. Status własności – dobitnie powtarza Francione – jest jednym z najgorzej rokujących dla zwierząt czynników. Dopóki zwierzęta będą traktowane jak rzeczy, czyli wyłącznie jak zasób, rzecz, środek do celu, dopóty wszelkie postulaty rozważania na poważnie choćby ich zdolności do cierpienia będą skazane na niepowodzenie.

Francione pyta: Skoro postulat włączenia zwierząt do wspólnoty moralnej i zakaz zadawania im niepotrzebnego cierpienia były tak przełomowe i stanęły u podstaw wszystkich regulacji prawnych mających dbać o dobrostan zwierząt (tzw. welfare) jak to możliwe, że w XX wieku doszło do rozwinięcia ferm przemysłowych, gdzie zintensyfikowanie produkcji tak drastycznie zwiększyło cierpienie zwierząt? Francione odpowiada: Nie można mieć krowy (dbać o nią) i ją zjadać (krzywdzić ją). Nie można zarazem traktować zwierzęcia jako istoty zdolnej do cierpienia i jako żywca rzeźnego, czy maszyny do produkcji mleka. Ci, którzy myślą, że da się to robić, sami się oszukują. Ci, którzy wiedzą, że tego zrobić się nie da, ale twardo heblują kolejne przepisy, być może próbują pomóc zmartwionym konsumentom zwierząt podtrzymać konsumpcję i względnie czyste sumienie. Jednak projekt dobrostanu w eksploatacji po prostu nie działa. To oksymoron.

Prawodawstwo dobrostanowe robi jeszcze jedną rzecz, oprócz tego, że nie działa: tak bardzo skupia naszą uwagę na pytaniu W JAKI SPOSÓB eksploatować zwierzęta, że wyklucza z naszego horyzontu myślowego pytanie CZY MUSIMY eksploatować zwierzęta. Co więcej, nawet jeśli to drugie pytanie gdzieś się pojawia, od razu jest traktowane jako radykalne, utopijne, idealistyczne, albo – co gorsza – jako wstęp do zamachu na wolność do eksploatowania zwierząt. Prawodawstwo dobrostanowe współdziała z gospodarką opartą na traktowaniu zwierząt jak rzeczy i z naszym pragnieniem, by niewielkim kosztem, mieć wrażenie, że jesteśmy cywilizowanym społeczeństwem. W końcu miarą człowieczeństwa ma być stosunek do zwierząt. No to mamy. Dobrostanowy, szyty na taką miarę, jaką akurat właściciel, hodowca, czy konsument uzna za stosowną.   



Czytaj więcej:
- Jeśli mi nie wierzycie, że można "chronić" podczas zabijania, zobaczcie na własne oczy (link



niedziela, 2 października 2016

Brzydkie słowo na "H"

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Ha jak humanitarny. Pierwsze skojarzenie? Ładne: pomoc humanitarna. Jest niesiona ofiarom klęski żywiołowej czy wojny. Dotyczy ludzi. W Polsce najbardziej znaną organizacją angażującą się w takie działania jest Polska Akcja Humanitarna. Drugie skojarzenie? Brzydkie, karykatura pierwszego: ubój humanitarny. Jest uskuteczniany na zwierzętach wybranych gatunków. W Polsce realizują go liczne ubojnie, zwane też niekiedy zakładami mięsnymi.

Polska Akcja Humanitarna kopie studnie, by ludzie mieli wodę, prowadzi program dożywiania dzieci, dostarcza najpotrzebniejsze przedmioty – zestawy odzieży, środki higieny osobistej, koce, namioty, moskitiery. Zapewnia też pomoc medyczną. Ubojowcy zaś odbierają zwierzętom życie, czyli to, co najcenniejsze. Zadają nieodwracalną krzywdę. Ale jeśli zabijają zgodnie z odpowiednimi przepisami, nazywa się to „ubojem humanitarnym”.  Czy można sobie wyobrazić większe oddalenie od pierwotnego znaczenia słowa? Dlaczego z jednej strony wpłacamy na PAH,  z drugiej mówimy bez wysiłku: akceptuję ubój, byle robiono to humanitarnie?

”Ubój” to usankcjonowane prawem masowe zabijanie zwierząt hodowanych na mięso, skóry, futra i wełnę oraz dla mleka i jaj. Jest dozwolony przez Ustawę o ochronie zwierząt. Logicznie myślący kosmita zapoznający się z naszą kulturą i rozumiejący podstawowe znaczenia słów w języku polskim dojdzie zatem do wniosku, że ubój podpada pod ochronę zwierząt. Oczywiście, jak możemy się domyślić, Ustawa dodaje, że uśmiercanie, którego jedną z form jest ubój, może odbywać się wyłącznie w sposób „humanitarny polegający na zadawaniu przy tym minimum cierpienia fizycznego i psychicznego”. No i zajefajnie - myślimy sobie krojąc nożem i widelcem smażoną kurzą pierś lub tłukąc kotlet wieprzowy tłuczkiem do odpowiednich zwierząt, pardon, tłuczkiem do mięsa. Kosmita też póki co uspokojony. Mamy tu przecież do czynienia z … ochroną podczas zabijania. Ustawa chroni zwierzęta do samego końca. Hurra! Możemy spać i trawić spokojnie.

Zaraz, zaraz. Jeśli możemy mówić o humanitarnym uboju (tj. ochronie podczas zabijania), dlaczego akceptujemy go w odniesieniu do świni, kury czy krowy, ale już niekoniecznie wobec psa czy kota? Odpowiadamy krótko i zwięźle, my obywatele i obywatelki, oraz konsumenci i konsumentki, że pies i kot to zwierzęta domowe, a świnia, kura i krowa to zwierzęta gospodarskie. Tych pierwszych ubój nie dotyczy, dopiero tych drugich tak. Lekcja z dzieciństwa doskonale przyswojona. W ilu książeczkach człowiek się tego naczytał po tym, jak czytała nam mama (dziś coraz częściej też tata).  Masowość zabijania, widok wszystkich możliwych etapów rozcinania zwierząt „gospodarskich” na części pierwsze, a następnie pyszne z nich dania utwierdzają nas w przekonaniu, że możemy to zabijanie nazywać „ubojem”, oraz że państwo zadba o to, by ilość cierpienia fizycznego i psychicznego była minimalna. Minimalna w stosunku do czego? Ano w stosunku do tego, co trzeba zrobić, żeby zwierzę zabić.

A czy trzeba zwierzę zabić? To pytanie nie pada. Jesteśmy przecież przyzwyczajeni do zabijania, zapewnieni o jego humanitarności, działamy w kontekście ustawy o ochronie zwierząt, a ochrona ta obejmuje ubój zwierząt gospodarskich. Pytanie czy trzeba zwierzę zabić nie pada też dlatego, żeśmy już sobie na nie odpowiedzieli. Tak sprytnie, że bez zadawania. Ubój musi być przecież akceptowany na zasadzie domyślności przez społeczeństwo, które z niego na co dzień korzysta: konsumentów mięsa, mleka i jajek, sklepy, hurtownie, przetwórnie, rzeźnie i hodowców. Tak, również wegetarianie korzystają z uboju „zużytych” krów i kur, który załatwia problem karmienia i leczenia zwierząt „niewydajnych” i tym samym umożliwia masową sprzedaż nabiału i jaj w cenach ogólnodostępnych produktów żywnościowych.

Oczywiście ubój zwierząt nie dotyczy tych wegetarian, którzy zaopatrują się u dobrych i bogatych wiejskich kobiet trzymających krowy, ich potomstwo a także kury do naturalnej śmierci i opłacających rosnące rachunki za leczenie starzejących się zwierząt u zaprzyjaźnionych lekarzy weterynarii a następnie utylizujących zwłoki za dodatkową opłatą. Tacy wegetarianie oczywiście nie tykają półek z nabiałem i jajami w sklepie ani nie jedzą produktów z dodatkiem nabiału czy jaj w restauracjach.  Osobiście nie spotkałam takich wegetarian. Znam za to takich, którzy twierdzą, że kury i krowy przez nich wykorzystywane mają „dobre życie”. O śmierci jakoś nie wspominają, ale zapewne zwierzęta te dostają ochronę podczas zabijania. Wracamy zatem do uboju „humanitarnego”, który zgodnie z Ustawą o ochronie zwierząt ma dotyczyć rocznie około 800 milionów zwierząt lądowych w Polsce.

Pozostawię na chwilę bez odpowiedzi pytanie o odbieranie życia, żeby przyjrzeć się temu, co nas tak uspokaja, kiedy mówimy „byle to było humanitarnie”. Jak już wspomniałam, mamy Ustawę o ochronie zwierząt (pierwsze „uf”) i mamy akt wykonawczy do tej ustawy – rozporządzenie, które mówi kto może zajmować się ubojem i jak ubój ma przebiegać w przypadku poszczególnych gatunków zwierząt (drugie „uf’). Mamy nawet Parlamentarny Zespół Przyjaciół Zwierząt, którego członkowie korzystają z uboju. Muszą więc być przekonani, jako przyjaciele, że cierpienia jest tam tylko tyle ile trzeba, żeby zwierzę zabić. Wiadomo przecież, że przyjaciół zabija się tylko humanitarnie (trzecie „uf”). Muszą wierzyć, że osoba pełnoletnia po zawodówce i trzymiesięcznej praktyce w ubojni z pewnością będzie żywo zainteresowana tym, by zwierzęciu zadać ni mniej ni więcej tylko to minimum cierpienia, które będzie miała skrzętnie wyliczone. Muszą ufać, że nie tylko nastawienie pracowników będzie nosiło cechy ochrony podczas zabijania, ale że również cały sprzęt działać będzie bez zarzutu, a zwierzęta będą spokojne i z losem swym pogodzone. Rozporządzenie opiera się chyba na takim założeniu, gdyż drób i króliki, zgodnie z pkt 4 par 7, wolno podwieszać i ogłuszać pod warunkiem, że będą sobie wisieć „rozluźnione”. Kto był ze zwierzętami u weterynarza wie najlepiej jak bywają tam zrelaksowane, zatem w ubojni zapewne można uzyskać podobny efekt, szczególnie gdy zawisną głową w dół. Nie od dzisiaj wiadomo, że zwierzęta oddają nam się z ufnością (kolejne uf).

Nasze humanitarne przepisy, których najczęściej nie znamy, wydają nam się jeszcze bardziej humanitarne, gdy zestawimy je z inną, obcą praktyką zabijania. Tak było już wielokrotnie podczas kampanii przeciwko ubojowi rytualnemu, gdzie humanitaryzm polskiego uboju świecił jasnym światłem obnażając barbarzyński mrok tego gorszego, okrutnego uboju, podczas którego przekraczane jest minimum cierpienia potrzebnego do przerobienia zwierzęcia w porządny stek czy hamburgera. Humanitarny i niezawodny ubojowiec, humanitarne, zawsze udane ogłuszenie w 800 milionach przypadków rocznie – nasza cywilizacyjna zdobycz w ochronie zwierząt (podczas zabijania) starły się z cywilizacją, która za punkt honoru stawia sobie, by zwierzęta cierpiały parę minut dłużej.  Niejeden humanitarysta mógł dać upust antysemityzmowi, dla którego znalazł przecież namacalne podstawy.

Kampania przeciwko ubojowi rytualnemu, a także przepisy, które mają umożliwić nazywanie uboju humanitarnym skupiają się na odpowiedzi na pytanie: JAK należy zwierzęta zabijać. Równocześnie nie dopuszczają do stawiania pytania: CZY można zwierzęta zabijać? A dokładniej: czy można, z moralnego punktu widzenia, zabijać zwierzęta dla steku, hamburgera, mleka do kawy, jajecznicy? Czy można usprawiedliwić zabijanie, które służy podtrzymaniu mojego stylu życia? I rodzi to kolejne pytania: Jeśli odpowiadam sobie, że tak, można zabijać zwierzęta z wymienionych wyżej powodów,  to w jaki sposób dochodzę do wniosku, że krowom można to robić a psom już nie? Tylko na podstawie tradycyjnego podziału na domowe i gospodarskie? I nie jest to zachęta do zabijania także psów, lecz pytanie o to, dlaczego przechodzimy do porządku dziennego z zabijaniem krów (i innych zwierząt). Dla większości z nas nie jest to przecież kwestia naszego życia, bo możemy stosować dietę roślinną.

Humanitarny ubój to ściema podobnie jak byłby nią humanitarny rozbój, humanitarne włamanie lub humanitarny gwałt. Ubój, podobnie jak rozbój, włamanie i gwałt, jest zadaniem krzywdy - niezasłużonej i niekoniecznej. Etykieta „humanitarności” może więc służyć tylko jako jedno: wielka zasłona dymna. Gdyby pomoc humanitarna dawana przez PAH znaczyła tyle co „humanitarny” w kontekście uboju zwierząt należałoby przed taką pomocą przestrzegać.

Czytaj więcej:
- Ustawa o ochronie zwierząt (link)
- Rozporządzenie Ministra Rolnictwa i rozwoju wsi z 9 września 2004 roku w sprawie kwalifikacji osób uprawnionych do zawodowego uboju oraz warunków i metod uboju i uśmiercania zwierząt (link)



wtorek, 13 września 2016

Brzydkie słowo na "E"

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Dla przedsiębiorców i ekologów jest to przede wszystkim pozyskiwanie i używanie zasobów naturalnych. Firmy widzą w tym okazję do rozwoju i zarabiania pieniędzy, zaś organizacje ekologiczne dostrzegają nadużywanie, zanieczyszczanie i niszczenie środowiska naturalnego. Dla ludzi zaangażowanych w działania na rzecz praw człowieka będzie to często dotyczyć krajów rozwijających się i oznaczać wyzysk ludzi jako taniej siły roboczej w afrykańskich kopalniach czy fabrykach odzieży w Bangladeszu. Wreszcie dla tych, którzy działają na rzecz praw zwierząt i propagują weganizm to słowo będzie kojarzyć się z zabijaniem dzikich zwierząt, szczególnie rybołówstwem, a także – jeśli nie przede wszystkim – z hodowaniem zwierząt na mięso, skóry i futra oraz dla mleka i jaj. Nasze brzydkie słowo to "eksploatacja".

Słownik języka polskiego PWN przedstawia parę definicji tego pojęcia:

1. «wydobywanie bogactw naturalnych»
2. «użytkowanie maszyn, urządzeń itp.»
3. «maksymalne wykorzystanie kogoś albo czegoś»
4. «ciągnięcie zysków z cudzej pracy najemnej»
5. «wykorzystywanie czegoś w sposób racjonalny»

Zasoby/bogactwa naturalne mogą oznaczać wydobywane z ziemi za pomocą specjalistycznego sprzętu materiały takie jak węgiel, ropa, złoto czy diamenty. Zasobami są też rzeczy, które wydają się znajdować na wyciągnięcie ręki, choć nie są już tak odnawialne jak kiedyś, bo tempo ich zużywania wyprzedza odtwarzanie: słodka woda, ziemia czy drzewa. Pojęcie „zasobów naturalnych” bierze się z antropocentrycznej wizji życia na Ziemi, według której ludzie są posiadaczami, zarządcami i użytkownikami wszystkiego co napotkają. Konsumpcja zasobów naturalnych to szeroko pojęte ich używanie, przetwarzanie, przekształcanie, pochłanianie, zużywanie i wyrzucanie. Antropocentryczne podejście jest podzielane przez firmy i większość organizacji ekologicznych. Wspólnym mianownikiem jest koncentracja na człowieku jako konsumencie zasobów i jego niepodważalnym prawie do konsumowania. Różnica leży w podejściu do tej konsumpcji. Jedni chcą jak najwięcej zarobić, stawiają sobie krótkowzroczne cele, byle konsumować intensywnie; drudzy pragną, by zasobów starczyło na dłużej i namawiają do konsumpcji bardziej oszczędnej. Jedni skupiają się na obecnym pokoleniu konsumentów, drudzy pytają: Co konsumować będą wasze dzieci i wnuki?. 

W podejściu antropocentrycznym „zasobami naturalnymi” nazywane są także dzikie zwierzęta, z których korzysta się podobnie jak z paliw kopalnych, wody i roślin. Przykładem eksploatacji zwierząt jako zasobów naturalnych, na niewyobrażalną skalę, jest rybołówstwo. Relatywnie skromne jego dopełnienie stanowią polowania na lądzie, a także wędkarstwo. Zwierzęta gładko włącza się do kategorii „zasoby” dlatego, że antropocentryzm idzie w dość zgodnej parze z szowinizmem gatunkowym. Istoty zdolne do odczuwania i myślenia, którym nie jest wszystko jedno co się z nimi dzieje, uznajemy za surowiec do wykorzystania, materiał do używania, zadawaną krzywdę usprawiedliwiamy faktem, że dotyka ona istoty nienależące do naszego gatunku. Rybacy chcą łowić bez ograniczeń i zarabiają na życie zabijając ryby. Mogą mieć taką pracę, bo miliony ludzi jedzą ryby. Poza wyjątkowymi sytuacjami, wynika to z przyzwyczajenia i preferencji smakowych, nie z konieczności. Ryby to w oczach rybaków i konsumentów zasób i surowiec, jak chociażby grzyby.

Organizacje ekologiczne także traktują dzikie zwierzęta jako zasoby naturalne. Nie są w tym ani odrobinę mniej szowinistyczne niż reszta społeczeństwa. Zwracają tylko uwagę na fakt, że niektórych zasobów jest mniej niż innych. Obserwują dynamikę ich zużywania. Klasyfikują zwierzęta według gatunków i stopnia zagrożenia wyginięciem. Opracowują przewodniki po racjonalnej eksploatacji zwierzęcych „zasobów” doradzając konsumentom: jedz ryby „A”, ogranicz konsumpcję ryb „B”, nie jedz ryb „C” („Jaka ryba? Poradnik konsumenta” WWF, czy „Dobra ryba. Poradnik konsumencki” Greenpeace).

Gdybyśmy zastosowali analogiczne rozumowanie wobec ludzi, dzieląc ich na grupy mniej, bardziej lub w ogóle nie narażone na wyginięcie, moglibyśmy dojść do absurdalnych, rasistowskich wniosków w stylu: najbardziej trzeba oszczędzać Kaszubów, trochę mniej Norwegów, a ochroną Chińczyków na razie nie potrzeba zawracać sobie głowy. Nie mówiąc już o tym, że oprócz gradacji wartości życia według kryterium częstości występowania, należałoby dodać akceptację na zabijanie w zasadzie motywowane przyzwyczajeniem do określonego stylu życia (zarabiania na życie i konsumpcji).

No tak, aplikowanie takiego sposobu myślenia do ludzi powoduje dreszcze obrzydzenia. Natomiast do takiego myślenia o zwierzętach jako o zasobach, surowcu zdążyliśmy się przyzwyczaić. Czy przyzwyczajenie jest jednak dobrym uzasadnieniem? Tradycja eksploatacji ludzi, m.in. niewolnictwa, też ma długą brodę, ale nie zyskuje dzięki niej legitymizacji. Dlatego stosunek do zwierząt jak do zasobów trzeba przemyśleć, szczególnie jeśli zdamy sobie sprawę, że oprócz ludzi są jedynymi istotami na Ziemi zdolnymi do cierpienia, podatnymi na krzywdę. To kryterium odróżnia je w zasadniczy sposób od węgla, ropy naftowej, sosny czy dębu. Popierając tak formułowaną ochronę środowiska, popieramy szowinizm gatunkowy, tyle że w wydaniu oszczędnościowym: Marian, ogranicz konsumpcję pstrągów tęczowych, żeby twoje dzieci miały szansę nacieszyć się ich konsumpcją.

Jesteśmy też przyzwyczajeni, kulturowo wdrożeni od dziecka, do korzystania z eksploatacji zwierząt specjalnie w tym celu hodowanych na mięso, skóry, wełnę i futra oraz dla mleka i jajek. Do tego rodzaju eksploatacji szczególnie pasuje definicja „«maksymalne wykorzystanie kogoś albo czegoś» oraz wykorzystywanie czegoś w sposób racjonalny” (choć z racjonalnością należałoby tutaj trochę podyskutować). Hodowla polega na maksymalizacji wykorzystania. Należy w jak najkrótszym czasie, z wykorzystaniem jak najmniejszej ilości energii i jedzenia wyhodować jak największe kurczęta, które przełożą się w rzeźni na jak największą ilość mięsa. Należy od każdej krowy uzyskać jak największą laktację, tak by coraz mniej krów produkowało coraz więcej mleka. Należy tak podkręcić owulację u kur, żeby pracowała na jak najszybszych obrotach, produkując zawrotną jak na ptaka liczbę jaj rocznie. Kury są tanie, można je łatwo wymieniać, wysyłając „zużytą” partię do rzeźni, kupując partię nowych. Wystarczy, by oszalała owulacja trwała rok, dwa lata. Wystarczy, by odpowiednio duży odsetek zwierząt wytrzymał do końca cyklu produkcyjnego. Pozostałe mogą poumierać, to i tak się opłaca. Nazywam to eksploatacją w podobnym znaczeniu do eksploatacji ludzi w krajach trzeciego świata. Wspólnym mianownikiem jest przedmiotowe traktowanie i krzywda.

Racjonalność hodowli wydaje się opierać na dwóch filarach – maksymalizacji produkcji (nic nie ma się zmarnować: zadbamy o to, by sprzedać mleko, zabić cielęta na cielęcinę, a zużytą krowę mleczną przerobić na mięso i jej skórę na buty i torebki) i traktowaniu zwierząt jak surowce i maszyny, a więc poddaniu niesfornej natury uniformizacji dzięki selekcji hodowlanej, a następnie wykorzystywanie zwierząt zgodnie z „przeznaczeniem”. Podręczniki dla hodowców, uczelnie kształcące przyszłych rolników pomagają oceniać i traktować zwierzęta właśnie pod kątem parametrów i „użytkowania”. Racjonalny proces musi oczywiście być emocjonalnie neutralny, w czym w sukurs przychodzi język: żywiec rzeźny, mleczność krów, nieśność kur, wydajność, brakowanie (sprzedaż do rzeźni zwierząt np. niepłodnych krów), ubój.

Nieracjonalne w tym antropocentrycznym układzie jest dla hodowcy ponoszenie kosztów leczenia przekraczających zyski, czy trzymanie zwierząt niedochodowych. Nieracjonalne jest dla obywatela  czy obywatelki wychodzenie poza szowinistyczny paradygmat poprzez zadawanie pytań: czy mamy prawo zadawać cierpienie i zabijać skoro tego nie musimy robić? Dlaczego płacimy za krzywdzenie i zabijanie, skoro możemy żyć na diecie roślinnej? Czym zawiniła świnia, że spokojnie przytakujemy, gdy jedzie do rzeźni? Nieracjonalne ma być to, co mogłoby zbliżyć nas do zwątpienia, do zakwestionowania eksploatacji zwierząt, do zdania sobie sprawy z faktu, że nigdy nie zrobilibyśmy własnemu psu tego, za co płacimy w odniesieniu do świni, krowy czy kury. Nikt jednak nie chce być nazywany nieracjonalnym więc trzymamy dyscyplinę niezadawania niewygodnych pytań.


Nie lubimy jednak słowa „eksploatacja”, kiedy po prostu robimy zakupy na obiad. Ono jest takie duże i jakby na wyrost. Nie pasuje do zwykłego wózka, który pchamy przed sobą w supermarkecie i do ładnych opakowań parówek, mleka czy jajek. My zwykli obywatele jak moglibyśmy mieć coś wspólnego z eksploatacją zwierząt. Przecież my zwierzęta lubimy, a nawet kochamy. A jednak, nie wybierając weganizmu, wybieramy właśnie to: eksploatację zwierząt. Choć produkty takie jak warzywa, owoce, makaron, ryż, nieskórzane buty, swetry niezawierające wełny, czy kurtki bez futrzanych obszyć są na wyciągnięcie ręki.