Pokazywanie postów oznaczonych etykietą welfare. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą welfare. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 lipca 2018

Ile praw zwierząt w prawach zwierząt?

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Na X Ogólnopolskim Kongresie Kobiet w czerwcu 2018 roku zostało zorganizowane „Centrum zwierząt”. Nie była to premiera tego tematu, bo Na Kongresie Kobiet o zwierzętach mówiono już wcześniej, na przykład podczas dyskusji w ramach „Centrum Zielone” w 2017 roku. Niemniej, w tym roku, spośród czterech paneli dyskusyjnych, szczególnie zainteresował mnie jeden, gdyż miał w swoim tytule prawa zwierząt. 

Kiedy słyszę lub widzę termin prawa zwierząt w głowie zapalają mi się dwa światła – zielone i pomarańczowe. Zielony to kolor nadziei, że wreszcie mówimy o zwierzętach na poważnie. Prawa zwierząt to przecież koncepcja rozwinięta w różny sposób przez filozofa Toma Regana i prawnika i filozofa Gary’ego Francione’a – w jednym i w drugim przypadku mająca wspólny mianownik: sprzeciw wobec eksploatacji zwierząt i, co za tym idzie, weganizm. Pomarańczowy to ostrzeżenie „Uważaj z tą nadzieją”, bo, jak pokazuje już wieloletnia praktyka, termin prawa zwierząt jest regularnie nadużywany: stosuje się go tam, gdzie w ogóle nikt nie sprzeciwia się eksploatacji. O „prawach zwierząt” mówi się bardzo często tam, gdzie de facto rozmowa dotyczy regulowania warunków eksploatacji, np. przeniesienia kur eksploatowanych dla jaj z klatek do budynków bez klatek, skrócenia transportu zwierząt wiezionych do rzeźni itp. 

Byłam zatem ciekawa ale i ostrożna w swoich oczekiwaniach, kiedy postanowiłam obejrzeć udostępniony na Facebooku panel pt. „Dlaczego feministki powinny walczyć o prawa zwierząt”. 

Organizatorem Centrum Zwierząt, a więc i tego panelu, była Fundacja Alberta Schweitzera, która na swojej stronie internetowej deklaruje, że jej celem długoterminowym jest „doprowadzenie do zakończenia chowu przemysłowego i popularyzacja wegańskiego stylu życia”, a strategia skupia się na dwóch filarach: (1) współpracy z firmami polegającej na zachęcaniu ich, by przestały sprzedawać „produkty, które są wynikiem szczególnie okrutnych procedur (na przykład jaja z chowu bateryjnego), ale by także rozszerzały i ulepszały swój asortyment produktów roślinnych.” oraz na (2) edukacji konsumentów, dla których uruchomiono kampanię Vegan Taste Week, „aby dotrzeć do możliwie największej liczby osób i skutecznie nakłonić je do ponownego przemyślenia ich wyborów”.  Fundacja działa więc w temacie zwierząt hodowanych na mięso, mleko, jaja i futra, jednak nie sprzeciwia się jednoznacznie eksploatacji zwierząt (tylko jej przemysłowej formie), nie postuluje weganizmu tylko chce go popularyzować (moralny obowiązek a popularny styl życia to jednak różne sprawy), zaś na swojej stronie w ogóle nie odwołuje się do teorii praw zwierząt. 

Tyle organizator. A jak wyglądał panel? Udział wzięły: prowadząca spotkanie przedstawicielka fundacji Karolina Skowron, pisarka, autorka „Prowadź swój pług przez kości umarłych” Olga Tokarczuk, adwokatka zajmująca się sprawami łamania Ustawy o ochronie zwierząt i sprawami przemocy domowej Karolina Kuszlewicz, historyczka sztuki, autorka bloga „Nie-zła sztuka” zajmująca się animal studies na Wydziale Artes Liberales Uniwersytetu Warszawskiego Dorota Łagodzka oraz dr Justyna Włodarczyk - z Zakładu Literatury Amerykańskiej Uniwersytetu Warszawskiego, zajmująca się m.in. animal studies i teorią feministyczną.

Rozmawiano o ciekawych i istotnych sprawach.
Olga Tokarczuk mówiła, że odchodzi w przeszłość hierarchiczny model traktowania przyrody. Choć nie zgadzam się, że taki trend ma miejsce – jest to zbyt optymistyczne twierdzenie – to myślę, że zdecydowanie i ludziom i zwierzętom pozaludzkim przydałoby się, gdyby ludzie przyjęli taką antyhierarchiczną, bardziej egalitarną perspektywę. Być może czując się bardziej braćmi i siostrami zwierząt, czy po prostu współmieszkańcami tej samej planety, bylibyśmy bardziej skłonni przyjąć jako właściwą i zdroworozsądkową postawę samoograniczenia, o której wspominała pisarka. 

Dodałabym, że powinno to w pierwszym rzędzie dotyczyć Europy i Ameryki Północnej, gdzie styl życia oparty na konsumpcji, szczególnie produktów pochodzenia zwierzęcego, krzywdzi bezpośrednio eksploatowane zwierzęta, ale także zabiera miejsce do życia dzikim zwierzętom zamieniając ich dom w pola upraw przeznaczane na paszę, a także zatruwa środowisko i napędza produkcję gazów cieplarnianych. Cierpimy z tego powodu wszyscy i nie ma w tym cierpieniu sprawiedliwości, bo choć najbardziej szkodzą bogaci, to największy ciężar muszą nieść na swoich barkach ludzie najbiedniejsi i niczemu winne zwierzęta.

Karolina Kuszlewicz mówiła o tym, że przemoc ma uniwersalny charakter przejawiający się poczuciem władzy sprawcy nad słabszą od niego ofiarą, a także o tym, że zdarza się i to nie rzadko, że przemoc domowa (najczęściej mężczyzn wobec kobiet i dzieci) łączy się z przemocą tych samych sprawców wobec zwierząt. Zdarza się – jak potwierdziły to badania w USA – że przemoc wobec zwierząt poprzedza przemoc wobec dzieci. 

Przemoc fizyczna wobec zwierząt domowych jest też realizowana przez sprawcę jako przemoc psychiczna wobec kobiety, która jest opiekunką zwierzęcia. Wreszcie kobiety bywają też zmuszane do seksu ze zwierzętami. Kuszlewicz podkreśliła, że w Polsce związki między przemocą domową a przemocą wobec zwierząt nie są dostrzegane: jeśli odkryta zostanie przemoc wobec zwierzęcia domowego, to policja nie interesuje się, czy przypadkiem nie kryje się za tym także przemoc wobec ludzkich członków rodziny sprawcy. Z kolei kobiety uciekające przed przemocą do schronisk nie są tam przyjmowane ze zwierzętami.

Dorota Łagodzka zwróciła uwagę zebranych na język jako narzędzie dewaluacji nie tylko kobiet ale i zwierząt. Kiedy używamy słów oznaczających zwierzęta (np. wredna suka, kura domowa, stara krowa, głupia kwoka) wyrażamy nie tylko patriarchalne uprzedzenia redukujące kobiety do istot bardziej biologicznych, mniej refleksyjnych, ale tym samym pokazujemy nasz brak szacunku do zwierząt pozaludzkich. Ponadto, kiedy chcemy wyrazić oburzenie złem wyrządzanym przez ludzi, lubimy używać metafor i porównań związanych ze zwierzętami: gwałciciel zachował się „jak zwierzę”, jego czyn był „nieludzki”. Jak zauważyła Łagodzka, paradoksalne jest to, że mianem „nieludzkich” określamy czyny, do których zdolni są tylko ludzie. 

Justyna Włodarczyk dodała do dyskusji perspektywę historyczną, w której ukazała jak idee praw kobiet i lepszego traktowania zwierząt spotykały się już w działaniach sufrażystek XIX wieku. Podczas zebrania Ligii Humanitarnej przeciwnej zadawaniu niepotrzebnego cierpienia istotom czującym, Lizzy Lind zachęcała do połączenia ruchów humanitarnych – sufrażystek, przeciwników wiwisekcji, przeciwników kar cielesnych i kary śmierci, pacyfistów i wegetarian. 

Włodarczyk poczyniła ciekawą obserwację, że choć w pewnym okresie ruch prozwierzęcy zajmował się intensywnie cierpieniem zwierząt wykorzystywanych przez ludzi klasy pracującej, to po pewnym czasie zajął się także przewinieniami klasy wyższej.  Najpierw walczono o zakaz walk psów czy o zakaz ciągnięcia wózków przez psy, - to drugie dla wielu ludzi nie było fanaberią lecz sposobem na utrzymanie się. Wyglądało to trochę jak oświecanie „ciemnego ludu” przez bogatych, którzy wcale nie mieli czystego konta jeśli chodzi o stosunek do zwierząt. Natomiast pod koniec wieku XIX, gdy w ruchu prozwierzęcym pojawiło się więcej kobiet i część z nich zaczęła studiować medycynę, większą uwagę zaczęto zwracać na wiwisekcję. Ostrze krytyki zwróciło się wówczas przeciwko naukowcom i lekarzom, którzy do tej pory sami mówili innym jak żyć. Justyna Włodarczyk zwróciła też uwagę, że nie powinniśmy tworzyć dychotomii: pomoc ludziom vs pomoc zwierzętom, gdy tak naprawdę możemy robić jedno i drugie. 

Co mnie zaskoczyło i czego zabrakło.
W debacie było parę kwestii, które mnie zaskoczyły, zdziwiły lub zirytowały. Pierwsza prelegentka Olga Tokarczuk rozwijając myśl o samoograniczeniu stwierdziła, że oznacza to ograniczenie jedzenia mięsa. W publicznych dyskusjach o krzywdzeniu zwierząt, raz za razem dokonuje się tej arbitralnej koncentracji na jedzeniu mięsa i równocześnie spycha się na margines, albo całkowicie poza ramy dyskusji, picie mleka, jedzenie nabiału i jaj i inne formy krzywdzenia zwierząt. Rozmowa schodzi wówczas na ograniczanie lub niejedzenie mięsa, a nie na weganizm. 

Dyskusje te raz za razem stanowią krok wstecz, zamiast w przód. Skupiając naszą uwagę na mięsie, oddalają rozmowę o eksploatacji zwierząt, której dokładnie takim samym przykładem jak produkcja mięsa jest produkcja jaj i mleka. We wszystkich rodzajach eksploatacji, zwierzę, jego ciało i jego życie jest traktowane przedmiotowo – jako surowiec (zwierzęta hodowane na mięso) lub maszyna (zwierzęta używane do produkcji jaj, mleka czy do „produkcji” zwierząt, np. matki prosiąt czy matki kur niosek). Ciało poddane selekcji hodowlanej ma być dobrym surowcem lub sprawną maszyną, ma służyć producentom i konsumentom. Życie jest dawane i odbierane zgodnie z planem produkcji, cięcia kosztów, generowania zysków i konkurencyjnej ceny. 

Jak mówi filozof praw zwierząt Gary Francione, wegetarianizm (a więc wybieranie niejedzenia mięsa, podczas gdy je się nabiał i jaja) nie jest postawą bardziej spójną, niż twierdzenie, że moralnie złe jest jedzenie mięsa z łaciatych krów, ale nie jest moralnie złe jedzenie mięsa z krów, które łaciate nie są. Nie ma zatem prawdziwej dyskusji o niepotrzebnym cierpieniu zwierząt, ich krzywdzeniu i eksploatacji, a szczególnie o prawach zwierząt, gdy dowolnie wybieramy sobie jakąś formę krzywdzenia (na mięso) i pomijamy inne. Taka dyskusja z założenia jest niewłaściwa, niesłusznie okrojona, nieuczciwa.

Druga kwestia wypowiedziana przez Tokarczuk jeszcze bardziej mnie zdziwiła. Przytoczę ją jednak dlatego, że wpisuje się w pewien szerszy trend obecny w ruchu prozwierzęcym, więc warto się do niej odnieść. Olga Tokarczuk powiedziała, że oprócz ograniczenia jedzenia mięsa powinniśmy wrócić do „tradycyjnych sposobów pozyskiwania mięsa”. Muszę powiedzieć, że trochę wbiło mnie w krzesło, tym bardziej, że żadna z panelistek na to nie zareagowała. Nie sądzę, żeby Tokarczuk, autorka antymyśliwskiej książki „Prowadź swój pług przez kości umarłych” sugerowała, że wszyscy powinni ruszyć do lasu na polowanie. Druga opcja, która wydała mi się znacznie bardziej prawdopodobna, to tradycyjne gospodarstwa rolne przeciwstawiane przemysłowym fermom. 

Faktycznie w ruchu prozwierzęcym jest silny trend do krytykowania nie eksploatacji zwierząt jako takiej tylko właśnie ferm przemysłowych, a więc sposobu, w jaki eksploatuje się zwierzęta. Szereg organizacji, w tym organizator debaty,  prowadzi kampanie mające na celu reformę przemysłowej hodowli zwierząt. 

Kampanie te mają na celu ograniczenie najbardziej „przemysłowych” form i metod chowu zwierząt (obecnie np. jajek „trójek” od kur trzymanych w klatkach). Równocześnie jednak promują inne, rzekomo lepsze formy chowu zwierząt. Takim kampaniom towarzyszą dwa rodzaje obrazów – zdjęcia i filmy krytykowanej formy chowu – odstręczające, pokazujące urazy, rany, cierpienie i nieżywe zwierzęta, oraz zdjęcia zwierząt zadbanych w przyjemnym, rustykalnym otoczeniu w bliżej niezidentyfikowanych okolicznościach. Jako że pierwsza seria obrazów dotyczyła krytykowanej formy chowu, to te przyjemne, niepodpisane obrazy poprzez skojarzenie, sugerują nam, że oto widzimy zwierzęta żyjące w tej drugiej, niekrytykowanej formie chowu. Odbiorca dostaje komunikat, że po wyeliminowaniu formy zwalczanej przez kampanię, zwierzęta będą szczęśliwe, a on będzie mógł nadal być konsumentem zwierząt, tym razem z czystym sumieniem.  

Być może więc stwierdzenie o „powrocie do tradycyjnych sposobów pozyskiwania mięsa” jest echem takich kampanii chcących reformować przemysłową hodowlę zwierząt.  Problem w tym, że znowu nie dotykamy tu w ogóle praw zwierząt (do niebycia przedmiotem eksploatacji), a sugerowane rozwiązania, poprzez swoją zmniejszoną wydajność (choćby potrzebę większej powierzchni dla hodowanych zwierząt) nie są rozwiązaniem dla planety, na której ludzka populacja nie maleje, ale wciąż rośnie. 

Co więcej, mamy już sporo przykładów jak kończy się reformowanie przemysłowej hodowli:  powstają kolejne formy przemysłowej hodowli, gdzie zwierzęta też cierpią, tylko w nieco innych okolicznościach. Pokazuje to wiele zdjęć i filmów realizowanych na „eko” fermach. Dlaczego tak się dzieje? Nieodmiennie składa się na to parę czynników: masowość produkcji (fermy „eko” też mają dużo zwierząt, szczególnie jeśli są to małe zwierzęta, takie jak kury), chęć zarobku, konkurencja na rynku i klienci nie zamierzający jednak płacić zbyt wiele za swoje czyste sumienie.

Mówiąc o  przemocy wobec ludzi i zwierząt Karolina Kuszlewicz poruszała się przede wszystkim w obrębie przemocy nielegalnej i karalnej. Nawet nawiązując do sprawy sprzedaży żywych karpi bez wody, w której Sąd Najwyższy postanowił o kasacji prawomocnego wyroku uniewinniającego sprzedawców od zarzutu znęcania się nad zwierzętami, adwokatka wciąż mówiła o przemocy, która - choć ewidentnie kontrowersyjna – ma szansę jednak zostać uznana za karalną. Mam duży problem z tym podejściem, szczególnie jeśli spotkanie nazywa się debatą o prawach zwierząt. Dlaczego? Bo znakomita większość przemocy wobec zwierząt jest legalna. Żyjemy w społeczeństwie (i w świecie), w którym normą jest szowinizm gatunkowy (analogiczna do seksizmu i rasizmu forma dyskryminacji – ze względu na gatunek), a jego przejawem jest powszechna eksploatacja zwierząt – traktowanie ich jak surowca, narzędzia i maszyny, których narodziny, sposób życia i śmierć są podporządkowane naszym celom, które wycierpią się tyle ile trzeba i zostaną zabite wtedy, kiedy trzeba, żeby na półkach było mięso, nabiał, jaja a na sklepowych wieszakach skórzane kurtki i wełniane płaszcze, itp. 

Owszem, przemoc wobec zwierząt domowych jest bardziej widoczna, bo bardziej emocjonalnie na nią reagujemy i chętniej o niej rozmawiamy, ale jest tak właśnie dlatego, że wychowujemy się do życia w świecie, w którym zwierzęta domowe do pewnego stopnia stanowią wyjątek od reguły. Regułą zaś jest akceptacja przemocy tak powszechna, że aż oczywista i tak oczywista, że kompletnie dla nas, jako społeczeństwa, przezroczysta.  To ponad 800 milionów zwierząt „gospodarskich” hodowanych na fermach i zabijanych w rzeźniach rocznie. To tony ryb zabijanych w ramach rybołówstwa. To ta przemoc jest legalna, niekaralna, oczywista i przezroczysta. 

Nasza obojętność na tę legalną przemoc nie jest jednak wrodzona, lecz wyuczona, a więc i odwracalna, o czym świadczy rosnąca liczba wegan. Dlatego szczególnie na spotkaniach, które w swojej nazwie mają prawa zwierząt, rozmowy o tym nie tylko nie powinno zabraknąć, ale powinien być to temat centralny. Tutaj absolutnie nie był. Gdzieś pobocznie, dość nieśmiało była mowa o zmianie diety. To za mało, zdecydowanie za mało!

Wielkim nieobecnym w debacie o prawach zwierząt były więc prawa zwierząt i weganizm. Wydaje się, że prawa zwierząt stały się atrakcyjną frazą, której używa się, żeby zasugerować, że debata, film, książka czy organizacja poważnie podejmuje temat zwierząt. Jednak bardzo często taka debata, film, książka czy organizacja wcale prawami zwierząt się nie zajmują: nie odwołują się w ogóle do najważniejszych twórców teorii praw zwierząt – do profesora Toma Regana czy profesora Gary’ego Francione’a, nie sprzeciwiają się (albo robią to bardzo niejednoznacznie) eksploatacji zwierząt i nie mówią o weganizmie jako podstawowym obowiązku moralnym wynikającym z poszanowania praw zwierząt. Nieżyjący już Tom Regan pisał, że prawa zwierząt to prawo zwierząt do szacunku. Gary Francione pisze i mówi, że prawa zwierząt to prawo do niebycia traktowanym jak czyjaś własność. Każde z tych podejść wyklucza eksploatację zwierząt. Nie da się bowiem szanować i eksploatować. Nie da się traktować podmiotowo i równocześnie eksploatować, nawet jeśli eksploatację zreformuje się w taki czy inny sposób. Nie da się też szanować zwierzęta, traktować je podmiotowo i równocześnie być konsumentem produktów pochodzących z eksploatacji. 

W świecie opartym na eksploatacji zwierząt weganizm musi być w centrum debaty o prawach zwierząt, a nie na jej obrzeżach. Tak się często nie dzieje, bo taka debata musiałaby być o nas – zwykłych obywatelach i obywatelkach, o naszych zaniechaniach, o naszej odpowiedzialności, o codziennych wyborach, o instytucjonalnej formie szowinizmu gatunkowego. Łatwiej prowadzi się rozmowy, które są o innych – psychopatach, okrutnikach, o myśliwych, o Azjatach jedzących psy. W debacie zabrakło przedstawienia prelegentek właśnie pod tym kątem. Nie zadano prostego pytania: czy są Panie wegankami? W takiej debacie i w takim świecie, w jakim obecnie żyjemy, to ważna informacja. W debacie na temat praw zwierząt mogą oczywiście brać udział ich zwolennicy i przeciwnicy, ale powinniśmy, jako odbiorcy, znać odpowiedź na to podstawowe, sytuujące w debacie pytanie. Osoby deklarujące poparcie dla praw zwierząt a niebędące wegankami na wejściu tracą na wiarygodności i trącą hipokryzją.

Proporcje debaty o prawach zwierząt moglibyśmy  obrócić dopiero w świecie, w którym prawa zwierząt miałyby ugruntowaną pozycję i większość ludzi byłaby weganami. Nie jesteśmy jednak w takim momencie i nie zbliżymy się do niego poświęcając nieproporcjonalnie małą ilość czasu na rozmowę o szowinizmie gatunkowym i eksploatacji zwierząt dla przemysłu spożywczego i weganizmie. 




poniedziałek, 23 października 2017

Mcweganizm. Że co?

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Przy okazji testowego wprowadzenia wegańskiego burgera przez McDonald’sa w Tampere, jednym z największych miast w Finlandii, postanowiłam podjąć polemikę z paroma tezami tekstu na ten właśnie temat napisanego przez belgijskiego aktywistę Tobiasa Leenaerta, który jest postacią bardzo popularną w środowisku wegańskim oscylującym wokół pojęć takich jak pragmatyzm, racjonalność i twierdzących, że kształtują swoje podejście do aktywizmu w oparciu o badania naukowe.  

Oszołomy vs „pragmatycy” 
Tobias Leenaert zaczyna swój artykuł od krytyki tych, którzy są przeciwni kupowaniu jedzenia w McDonaldzie. Przypisuje im działanie na podstawie emocji, niepoddane refleksji, a nawet niepoddające się refleksji. Oczywiście w przeciwieństwie do niego samego, który w całości składa się z myśli refleksyjnej i pragmatycznej, która podpowiada mu konieczność chwalenia korporacji za próbę wprowadzenia do bardzo mięsno-nabiałowego menu jednego dania głównego złożonego tylko z roślin. Jako jedno ze źródeł nieracjonalnej jego zdaniem niechęci niektórych osób do wspomnianej korporacji Leenaert podaje pamflet z 1986 roku i kieruje czytelników do obskurnej strony internetowej, gdzie zapewne jacyś zacofani zapaleńcy, niewątpliwie odklejeni od pragmatycznych postępów cywilizacyjnych, obrzucają korporację wszystkimi możliwymi zarzutami. No tak, łatwo takie coś obśmiać. 

Trudniej byłoby wykazywać nieracjonalność niechęci do mięsno-nabiałowego imperium, gdyby zamiast wyciągać stary pamflet przyszło się zmierzyć z treścią raportów agend ONZ, choćby raportu „Livestock’s Long Shadow” z 2006 roku, czy „Assessing the Environmental Impacts of Consumption and Production: Priority Products and Materials” z 2010 roku. Tamże produkcja zwierzęca w kontekście zmian klimatycznych i zanieczyszczenia środowiska jest określana jako ogromny problem, a w raporcie z 2010 roku posunięto się do stwierdzenia, że aby poważnie zabrać się za rozwiązywanie tego problemu w kontekście globalnym potrzebny jest całkowity odwrót od produkcji zwierzęcej. Przypomnijmy, na czym według wszelkich racjonalnych przesłanek polega biznesowy model korporacji takiej jak McDonald’s? Na nieprzerwanej i najchętniej rosnącej sprzedaży wołowiny (burgerów) i nabiału (sera), a także innych mięs (np. burgerów z kurczaka czy wieprzowiny) oraz jajek (McMuffin). Co jest zatem bardziej racjonalne, unikanie kupowania produktów takiej mięsno-nabiałowej korporacji, czy pochwała finansowego potentata za to, że postanowił także zarobić na weganach?

Albo bojkot (oczywiście nieracjonalny) albo współpraca z przemysłem eksploatującym zwierzęta (oczywiście racjonalna)? To nie tak.
Leenaert podważa sprzeciw wobec jedzenia wegańskich burgerów w McDonaldsie twierdząc, że niczym się to nie różni od kupowania wegańskiego jedzenia w supermarkecie. Twierdzi, że niektórzy tak już mają, że muszą kogoś nienawidzić i z tego bierze się nierozsądne jego zdaniem negatywne wyróżnienie firm takich jak McDonald’s pod kątem krzywdzenia zwierząt. Popiera on natomiast entuzjazm wobec wprowadzenia wegańskiego burgera w mięsnej sieci fastfoodowej, co w jego mniemaniu oznacza rozsądne wspieranie "każdego ważnego kroku, ze świadomością, że nie wszystko da się zrobić naraz.", a także "jeśli McDonald's zastosuje znaczące środki w innych obszarach, to także można pochwalić, nawet jeśli firma jest wciąż odpowiedzialna za dużo cierpienia zwierząt."

Nie będę kruszyć kopii argumentując za całkowitym bojkotem tej czy innej firmy, szczególnie że zdaję sobie sprawę, że w dzisiejszych czasach, gdy regularnie dochodzi do połykania firm mniejszych przez większe, stosując konsekwentny bojkot sprowadzilibyśmy nasze życie do niemożliwego poszukiwania świętego Graala w postaci wyspy lub polany, na której uprawialibyśmy własne rośliny jadalne i nie korzystalibyśmy z żadnych zdobyczy cywilizacji, która przecież regularnie eksploatuje zwierzęta. 

Myślę jednak, że Leenaert zmierza do tego, by swojemu entuzjazmowi wobec wegańskich burgerów w Macu przeciwstawić nierealistyczną alternatywę, a tym samym sprawić, że jego entuzjazm wyda nam się rozsądny i pragmatyczny. Należy jednak zdać sobie sprawę, że możliwości, oprócz bojkotu i entuzjazmu, jest znacznie więcej. Dlatego uważam, że przedstawianie dychotomii „albo emocjonalny bojkot albo rozsądny entuzjazm” jest demagogiczne i służy zawężeniu pola naszych rozważań. 

Warto zdawać sobie sprawę, że możemy na przykład po prostu unikać chodzenia do mięsnych fast-foodów, zamiast przysięgać na głowę matki i ojca, że nasza stopa nigdy tam nie stanie. A w czasie, gdy unikamy chodzenia tam, możemy (a) gotować swoje własne jedzenie czy (b) chodzić do barów wegańskich, lub  (c)  do takich, gdzie wegańskich opcji jest więcej i które nie mają takiej marketingowej siły rażenia promięsną propagandą jak giganty w rodzaju McDonaldsa. 

Możemy także popierać działania organizacji/instytucji/państwa lub działania ponadpaństwowe mające na celu odejście od produkcji zwierzęcej, a więc promocję produkcji i konsumpcji roślinnej, a także utrudnianie produkcji zwierzęcej, bądź urealnianie jej kosztów poprzez np. podatek ekologiczny. Skupiając się na celu jakim jest odejście od produkcji zwierzęcej, zobaczymy jakim marnowaniem energii i czasu (a nie „ważnym krokiem do przodu”) jest entuzjazmowanie się roślinną kropką na mięsno-serowo-jajecznej mapie korporacji, której celem nigdy nie było i nie będzie odejście od produkcji zwierzęcej. 

„Pragmatyczna” pochwała firm eksploatujących zwierzęta
W tekście Leenaerta nie zabrakło bezpośredniej pochwały McDonaldsa za rzekome zmiany w dobrym kierunku. Leenaert przypomina nam, że McDonalds w USA ogłosił w 2012 roku, że przestanie kupować wieprzowinę od farmerów, którzy używają kojców indywidualnych (wąskich przegród z metalu, gdzie trzymane są świnie płci żeńskiej przez większą część dorosłego życia, kiedy są używane jako maszyny do produkcji prosiąt; takie przegrody praktycznie uniemożliwiają zwierzętom ruch). Ponieważ Leenaert nie dodaje, kiedy to nastąpi, sprawdziłam sama, że obietnica dotyczy 2022 roku. Zastanawiam się, już nie pierwszy raz, czy ktoś będzie to wtedy sprawdzał. W końcu minie 10 lat. Przy dzisiejszym zalewie newsów dekada to wieczność. Może będziemy wtedy zajęci oblewaniem „sukcesu” kolejnej obietnicy? 

Następna obietnica złożona przez korporację pochodzi z 2015 roku i dotyczy zaprzestania kupowania przez nią od swoich dostawców tzw. jajek klatkowych, które mają zostać zastąpione jajkami „cage-free”. Znowu Leenaert nie podaje terminu, zapewne słusznie. Nie ma to bowiem większego znaczenia. Warto zadać sobie (retoryczne) pytanie: kto pociągnie korporację do odpowiedzialności jeśli ta nie wywiąże się z obietnicy? Z prawnego punktu widzenia taka obietnica do niczego nie zobowiązuje. Jej złożenie zaś, zawsze z odległym terminem realizacji, bardzo się opłaca: zapewnia możliwość  budowania pozytywnego wizerunku już dziś bez martwienia się o konieczność szybkiej weryfikacji. Ponawiam zatem też pytanie, czy ktoś będzie to w ogóle sprawdzał, skoro organizacje welfare zapewniają nam stały dopływ newsów o podobnych „zwycięstwach”, którymi możemy się non-stop ekscytować. W New York Timesie przeczytałam, że firmie przejście na jajka „cage-free” może zająć w USA nawet 10 lat. 

Odkurzmy parę „starych” sukcesów z przeszłości. Czy ktoś dzisiaj pisze jak wygląda realizacja Proposition 2 w Kalifornii, której przegłosowanie fetowano w 2008 roku, a miała wejść w życie w 2015 roku? Kto zna dokładnie jej treść? Kto kojarzy sposób w jaki ją reklamowano i jak bardzo ta reklama odbiegała od faktycznych zapisów? Kto wie jakie kary grożą za niestosowanie się do nowego prawa, a w końcu to jest prawo, a nie jakaś korporacyjna obietnica. Naprawdę trudno jest znaleźć informacje na ten temat. Media po prostu mało interesują się ciągiem dalszym. Niestety organizacje prozwierzęce, które ogłaszają podobne sukcesy, także nie wydają się zainteresowane śledzeniem spełnienia korporacyjnych obietnic, czy wdrażania – jak w przypadku Proposition 2 – nowych przepisów (o zdecydowanie skromniejszym zakresie niż postulaty kampanii). Armani obiecał, że od 2016 roku nie będzie robić ubrań z futra. Ogłoszono sukces. Czy ktoś wypomina Armaniemu, że wciąż ma ubrania z futra w swojej kolekcji? Przyglądając się bliżej, okazuje się, że nikt nie powinien się dąsać, bo do dumnie brzmiącej deklaracji o kolekcjach wolnych od futra projektant dołączył definicję futra, która wyklucza futro zwierząt, których hodowla jest w pierwszym rzędzie nastawiona na coś innego (np. mięso).  Zatem np. futro z kóz jest jak najbardziej ok. Ponadto, nie powinno nas już w ogóle interesować, że projektant stosuje skóry i wełnę (tutaj cierpienie i śmierć zwierząt całkowicie wyparowywują – taki efekt mają kampanie jednotematyczne, trochę jak klapki na oczy mocno zawężające pole widzenia).

Wracając do bieżących obietnic: co ma być alternatywą dla kojców dla świń i klatek dla kur? Przypomnijmy, że korporacji potrzeba dużo wieprzowiny i jeszcze więcej jajek, tych ostatnich dlatego, bo McDonalds zamierzał w 2015 roku (i już to zrealizował) wprowadzić niektóre potrawy śniadaniowe na bazie jajek (McMuffin) do całodziennej sprzedaży w USA, a więc zwiększyć zakup jajek, których rocznie kupował około 2 miliardy. Zamiast w indywidualnych kojcach, ciężarne świnie mają być trzymane w zagrodach (okres porodu i karmienia tego nie dotyczy, bo wtedy świnie są trzymane w kojcach porodowych, które także praktycznie je unieruchamiają na parę tygodni. Jeśli gładko przełykacie tę informację, wyobraźcie sobie unieruchomienie suki karmiącej szczenięta na leżąco na miesiąc tak, że nie pozostaje jej nic innego niż robić pod siebie). Alternatywą dla klatek w przypadku kur mają być hale wielopoziomowe, w których kury przebywają całe życie. Podkreślę, że nie są to warunki sugerowane na fotoszopowanych zdjęciach z trawką w tle lub zdjęciach pochodzących np. ze schronisk, gdzie zwierzęta przebywają w optymalnych warunkach i nie są już traktowane jak towar. A takie właśnie zdjęcia widziałam nie raz dołączone do newsów o obietnicy „cage-free”.

Tak czy owak o alternatywach tak dużo się już nie opowiada, bo po co psuć dobre wrażenie, które odnoszą odbiorcy czytając "cage-free" ("wolny" kojarzy się tak dobrze), albo czytając "zakaz okrutnych praktyk" (i interpretując, że zwierzęta po wprowadzeniu zakazu już cierpieć nie będą). Tak wyglądają opisy praktycznie większości kampanii typu welfare, które proponują wprowadzenie zakazu określonej praktyki związanej z chowem zwierząt. 

Biorąc pod uwagę fakt, że obietnicę składa korporacja, której celem nadrzędnym jest rozwój przekładający się na zwiększanie sprzedaży swoich produktów, możemy z łatwością sobie wyobrazić, że podobne obietnice, wsparte pochwałami organizacji działających w zakresie dobrostanu zwierząt, niewątpliwie ocieplą wizerunek korporacji wywołując paradoksalne skojarzenie, że korporacja żywiąca się krzywdą zwierząt dba o dobro(stan) zwierząt. W jakim kierunku się udajemy ocieplając wizerunek takiej korporacji – ku zmniejszeniu produkcji odzwierzęcej, czy raczej ku jej zwiększeniu?



---
Czytaj dalej:
Tobias Leenaert "Should vegans support the McDonald’s vegan burger?" (link)
Raport FAO "Livestock's Long Shadow: Environmental issues and options", 2006 (link)
Raport UNEP "Assessing the Environmental Impacts of Consumption and Production: Priority Products and Materials", 2010 (link)
O jajkach w McDonaldzie - artykuł z New York Timesa z 2015 roku (link)
Proposition 2 - propagandowa reklamówka kampanii - filmik rysunkowy (link)
Proposition 2 - realia: np. na 1 kurę ma przypadać 116 cali kwadratowych (=niecałe 750cm2), a więc nieco więcej niż kartka A4 (link - patrz sekcja "Implementation)
Armani - ogłoszenie o sukcesie (link)
Armani - ograniczona definicja futra (link)



czwartek, 3 listopada 2016

Dobrostan, czyli brzydkie słowo na D

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

„Należy pytać nie o to, czy zwierzęta mogą rozumować, ani czy mogą mówić, lecz czy mogą cierpieć.” – stwierdził w 1780 roku angielski prawnik i filozof Jeremy Bentham we „Wprowadzeniu do zasad moralności i prawodawstwa”. To znany cytat, szczególnie wśród osób, którym bliski jest los zwierząt, i które czytały „Wyzwolenie zwierząt” Petera Singera. Ten australijski filozof kontynuuje spuściznę Benthama w zakresie utylitaryzmu i zajmuje się etycznymi aspektami stosunku człowieka do innych zwierząt.

Bentham jako pierwszy w zachodnim świecie stwierdził, że zdolność do cierpienia jest kryterium istotnym moralnie, ważniejszym nawet niż zdolność do rozumowania czy mowy. Wcześniej typowano tylko rozum (lub duszę) i używanie języka uznając, że charakteryzują one wyłącznie człowieka. Tym samym nasz gatunek jako jedyny liczył się moralnie. Fajna sprawa, prawda? Bentham złamał tę hegemonię i do wspólnoty moralnej, która obejmowała dotąd tylko ludzi, włączył także zwierzęta pozaludzkie zdolne do cierpienia, np. psa, konia, krowę, świnię czy kurę.

Co to znaczy „włączył zwierzęta do wspólnoty moralnej”? Bentham stwierdził, że ludzie mają wobec nowych członków moralnego kręgu bezpośrednie obowiązki. W zasadzie ograniczył te obowiązki do jednego: skoro zwierzęta są zdolne do cierpienia, człowiek jest im winien humanitarne traktowanie. Innymi słowy, człowiekowi nie wolno zadawać zwierzętom niepotrzebnego cierpienia.

Obowiązek był bezpośredni, to znaczy zachodził między człowiekiem a zwierzęciem. Złośliwe bicie strudzonego konia było niemoralne, bo człowiek zadawał niepotrzebne cierpienie właśnie jemu - koniowi, a nie dlatego, że bicie miało miejsce w obecności dzieci (co czyniłoby szkodę dzieciom), ani dlatego, że zbity koń był własnością innego człowieka (co stanowiłoby szkodę dla właściciela konia), ani dlatego, że sprawca zepsułby sobie charakter (co wyrządziłoby szkodę jemu, a w przyszłości mogłoby być szkodliwe dla innych ludzi, gdyby zaczął stosować przemoc wobec nich). Obowiązek bezpośredni powstrzymania się od zadawania niepotrzebnego cierpienia wynikał po prostu i wyłącznie z faktu, że koń był zdolny do cierpienia.

Od czasów Benthama, wystarczyła zatem zdolność do cierpienia (bez dowodzenia zdolności do rozumowania czy mowy), żeby istoty ją posiadające liczyły się moralnie. Podejście to zaakceptowano i stało się ono podstawą wszystkich regulacji prawnych dotyczących stosunku człowieka do zwierząt. W tamtym czasie było to przełomowe podejście. Pozostaje standardem do dzisiaj. Podstawowym słowem z zakresu tego podejścia jest „dobrostan”. Dlaczego więc nazywam je brzydkim słowem na „D”?

Amerykański prawnik i filozof Gary Francione, w swojej książce „Introduction to Animal Rights. Your Child or the Dog” z 2000 roku poświęcił Benthamowi cały rozdział pt. „Mieć krowę i ją zjeść: Błąd Benthama”. Nie, Francione nie odmawia angielskiemu filozofowi dokonania przełomu, o którym napisałam powyżej. Uznaje go w pełni. Informuje nas jednak o dodatkowej rzeczy, którą Betham napisał, a która słynnym cytatem już się nie stała. Otóż w tym samym dziele (Wprowadzenie do zasad moralności i prawodawstwa), zanim wypowiedział się przeciwko dręczeniu zwierząt, Bentham sprytnie zabezpieczył tyły (i spiżarnię) twierdząc, że nie ma nic złego w jedzeniu zwierząt (a więc także w ich zabijaniu na jedzenie), bo nie mają one (jego zdaniem) oczekiwań wobec przyszłości i zostają (jego zdaniem) zabite z ręki człowieka sprawniej i szybciej niż dzieje się to w naturze. 

Dokładnie tak, Bentham nie zobowiązywał siebie ani nikogo innego do wegetarianizmu czy weganizmu. Nie apelował o zniesienie hodowli zwierząt. Stwierdził tylko, że cierpienie zwierząt liczy się moralnie w takim sensie, że nie należy go zadawać niepotrzebnie. Jednak istnienie niepotrzebnego cierpienia (na przykład bicie ze złości), które jest według Benthama złe moralnie,  oznaczać nieuchronnie musi istnienie cierpienia potrzebnego, które jest według Benthama moralnie dopuszczalne. Jakie to jest cierpienie? Ano takie, które jest potrzebne do uzyskania np. mięsa, mleka czy jajek, które jeden sprzeda, a drugi kupi. Mieć krowę (nie zadawać jej niepotrzebnego cierpienia) i ją zjeść (zadać jej tylko cierpienie potrzebne). Zgrabnie, ładnie i po krzyku. Dbamy, zabijamy i zjadamy. W czym więc tkwi błąd, o którym pisze Francione?

Francione, autor abolicjonistycznego podejścia do praw zwierząt, którego analizy bardzo cenię, zwraca nam uwagę, że Jeremy Bentham był przeciwnikiem niewolnictwa ludzi, bo zdawał sobie sprawę, że instytucja niewolnictwa, która jednego człowieka traktuje jak własność drugiego, degraduje człowieka zniewolonego do kategorii rzeczy i uniemożliwia realizację jego interesów wystawiając go na łaskę i niełaskę właściciela. Owszem jeden właściciel może być łaskawy, jedna forma niewolnictwa łagodniejsza od innej, ale bycie traktowanym jak rzecz rokuje bardzo źle dla niewolnika. Interesy właściciela zawsze będą bowiem mierzone z większą starannością niż interesy człowieka zniewolonego. Bentham nie zauważył jednak analogii między niewolnictwem ludzi, które odrzucał, a statusem zwierząt jako własności, który dopuszczał. Z jednej strony równe traktowanie interesów człowieka-niewolnika i człowieka-właściciela wydawało mu się niemożliwe w praktyce; z drugiej strony przeoczył, że jeszcze bardziej niewykonalne jest nadanie wagi interesowi, które posiada zwierzę, by nie cierpieć, gdy na drugiej szalce wagi położony zostanie interes właściciela, by oszczędnie zwierzę wyhodować, z zyskiem je sprzedać i być konkurencyjnym.

Dobrostan zwierząt jest kategorią regularnie używaną właśnie w kontekście warunków chowu i hodowli zwierząt, ze szczególnym uwzględnieniem zwierząt traktowanych jako żywy surowiec (przyszłe mięso, skóra i futro) czy jako żywe maszyny (produkcja mleka, jaj czy wełny). Mówi się o nim obecnie w kontekście zwierząt legalnie trzymanych całe życie w klatkach albo w zatłoczonych pomieszczeniach, stojących we własnych odchodach, oddzielanych siłą od własnego potomstwa, unieruchamianych na całe tygodnie, okaleczanych, nieleczonych z chorób czy urazów, których nie opłaca się leczyć. Dobrostan oznacza w praktyce warunki utrzymania eksploatowanych zwierząt. 

Konsumentowi oferuje się dziś różne poziomy dobrostanu, czyli stopniowalność potrzebnego cierpienia i dyskomfortu. Można wybrać jakie cierpienie jest według naszego mniemania „potrzebne” dla zapewnienia naszego moralnego komfortu. Istnieją na przykład certyfikaty dotyczące warunków utrzymania kur znoszących jaja – oznaczone cyframi od 0 do 3. Najwyraźniej niweluje się w ten sposób coś takiego jak obiektywnie „niepotrzebne cierpienie”, które potępiłby Bentham. Każdy konsument sam kalkuluje, od jakiej dawki zaczyna się niepotrzebne, a gdzie kończy potrzebne cierpienie. Można powiedzieć – dobrostan szyty na miarę.  Mówi się o dobrostanie także w kontekście zwierząt wykorzystywanych w rozrywce (np. dobrostan słonia tresowanego w cyrku do włażenia na taboret i zabawiania publiczności) jak i  o dobrostanie zwierząt między etapami eksperymentów, które sprawiają ból i okaleczają. Dobrostan jest nieodłącznym towarzyszem eksploatacji zwierząt do tego stopnia, że jest także obecny w rzeźni. Tam mówi się - nie żartuję – o ochronie podczas zabijania.

Według Francione’a błąd Benthama tkwi w tym, że powstrzymał się on od rozważenia sytuacji zwierząt będących własnością człowieka w podobny sposób jak zrobił to w przypadku ludzkich niewolników. Status własności – dobitnie powtarza Francione – jest jednym z najgorzej rokujących dla zwierząt czynników. Dopóki zwierzęta będą traktowane jak rzeczy, czyli wyłącznie jak zasób, rzecz, środek do celu, dopóty wszelkie postulaty rozważania na poważnie choćby ich zdolności do cierpienia będą skazane na niepowodzenie.

Francione pyta: Skoro postulat włączenia zwierząt do wspólnoty moralnej i zakaz zadawania im niepotrzebnego cierpienia były tak przełomowe i stanęły u podstaw wszystkich regulacji prawnych mających dbać o dobrostan zwierząt (tzw. welfare) jak to możliwe, że w XX wieku doszło do rozwinięcia ferm przemysłowych, gdzie zintensyfikowanie produkcji tak drastycznie zwiększyło cierpienie zwierząt? Francione odpowiada: Nie można mieć krowy (dbać o nią) i ją zjadać (krzywdzić ją). Nie można zarazem traktować zwierzęcia jako istoty zdolnej do cierpienia i jako żywca rzeźnego, czy maszyny do produkcji mleka. Ci, którzy myślą, że da się to robić, sami się oszukują. Ci, którzy wiedzą, że tego zrobić się nie da, ale twardo heblują kolejne przepisy, być może próbują pomóc zmartwionym konsumentom zwierząt podtrzymać konsumpcję i względnie czyste sumienie. Jednak projekt dobrostanu w eksploatacji po prostu nie działa. To oksymoron.

Prawodawstwo dobrostanowe robi jeszcze jedną rzecz, oprócz tego, że nie działa: tak bardzo skupia naszą uwagę na pytaniu W JAKI SPOSÓB eksploatować zwierzęta, że wyklucza z naszego horyzontu myślowego pytanie CZY MUSIMY eksploatować zwierzęta. Co więcej, nawet jeśli to drugie pytanie gdzieś się pojawia, od razu jest traktowane jako radykalne, utopijne, idealistyczne, albo – co gorsza – jako wstęp do zamachu na wolność do eksploatowania zwierząt. Prawodawstwo dobrostanowe współdziała z gospodarką opartą na traktowaniu zwierząt jak rzeczy i z naszym pragnieniem, by niewielkim kosztem, mieć wrażenie, że jesteśmy cywilizowanym społeczeństwem. W końcu miarą człowieczeństwa ma być stosunek do zwierząt. No to mamy. Dobrostanowy, szyty na taką miarę, jaką akurat właściciel, hodowca, czy konsument uzna za stosowną.   



Czytaj więcej:
- Jeśli mi nie wierzycie, że można "chronić" podczas zabijania, zobaczcie na własne oczy (link