Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szowinizm gatunkowy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szowinizm gatunkowy. Pokaż wszystkie posty

sobota, 6 października 2018

Zwierzęta jednak umierają

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Ostatnio, przy okazji rozmowy o czymś zupełnie innym, wspomniałam komuś o śmierci mojego kota. Powiedziałam, że umarł. Dokładnie tak się wyraziłam. Natychmiast padła riposta: Kasiu, zwierzęta „zdychają”, nie „umierają”.

Czy była to uwaga lingwistyczna? Wiem, że dziennikarzom piszącym o zwierzętach, takie „błędy” się poprawia. Tak jakby była to kwestia tak samo oczywista jak to, że słowo but pisze się przez „u” otwarte. Tak jakby język w obecnym kształcie był taki od zawsze, więc jakiekolwiek zmiany nie są mile widziane. Tak jakby obecny swój kształt język zawdzięczał wysokiej komisji, która tylko poprawność językową miała na względzie. 

A przecież język jest żywy i cały czas się zmienia. Nie mówimy już nie tylko językiem Jana Kochanowskiego, ale różnice potrafią być odczuwalne nawet między bezpośrednio po sobie następującymi pokoleniami. Wrażenie niezmienności języka jest tak samo złudne jak niezmienność tradycji, a nawet jak niezmienność dogmatów w Kościele Katolickim. Najświeższy katolicki dogmat o wniebowzięciu Maryi został ogłoszony przez papieża dopiero w 1950 roku. Dwa lata wcześniej ówczesny polski minister  przemysłu Hilary Minc zainicjował projekt "karp na każdym wigilijnym stole". Jak widać, nawet niezmienna tradycja i wielowiekowa nauka Kościoła mogą mieć raptem około 70 lat. 

Język się zmienia, a jego kształt zależy również od światopoglądów i ideologii, tyle że światopogląd dominujący jest często uważany za tak oczywisty, że jego językowe przejawy są „przezroczyste” – nie dyskutuje się o nich, a jeśli ktoś je zakwestionuje, od razu większość stwierdza, że podważane jest to, co jest przecież normalne, naturalne i prawidłowe. W kulturze patriarchalnej to mężczyźni dominują w polityce, prestiżowych zawodach, kadrach kierowniczych spółek, nie mówiąc już o Kościele Katolickim. Język właśnie to odzwierciedla i męskie nazwy zawodów są „normalne”, szczególnie jeśli są to zawody lub stanowiska prestiżowe, takie jak profesor, chirurg, minister, prezes czy prezydent. Formy żeńskie są mile widziane w zawodach, w których tradycyjnie w kulturze patriarchalnej dominują kobiety – przedszkolanka, pielęgniarka, sekretarka, opiekunka czy sprzątaczka. Tych form nikt nie oprotestowuje. Ale jak ktoś zaczyna „kombinować” i używać słów takich jak „psycholożka, profesorka, biolożka, prezydentka, to podnosi się często bunt, w którym kpina przeplata się z oburzeniem i strachem, że już za chwilę zostanie to prawnie narzucone, czego – tak na marginesie – wcale się nie postuluje. 

Podobnie rzecz się ma z oczywistością dominującej ideologii szowinizmu gatunkowego, która udaje neutralne powietrze, a w rzeczywistości odbija się mocno na języku. „Zdychać” to tylko jeden z wielu przykładów, które spełniają zapotrzebowanie na uwypuklenie przyjętej hierarchii z człowiekiem na czele i oddzieleniem człowieka od innych zwierząt do tego stopnia, że zaprzecza się nawet teorii ewolucji Darwina. Słynny naukowiec podkreślał przecież, że różnica między człowiekiem a zwierzętami jest różnicą stopnia, a nie rodzaju. W świetle tej teorii nasza tożsamość nie kończy się na cechach charakterystycznych dla naszego gatunku. Oprócz tego, jesteśmy też ssakami, kręgowcami, zwierzętami. Bycie człowiekiem jest komplementarne wobec bycia zwierzęciem. 

W ideologii szowinizmu gatunkowego człowiek może brzmieć godnie tylko poprzez oddzielenie się od całego Królestwa zwierząt i dominację nad innymi zwierzętami. Człowiek musi więc zaprzeczyć swemu pochodzeniu i cechom, które współdzieli ze zwierzętami. Podobnie jak w patriarchacie, mężczyźni macho za wszelką cenę muszą zaprzeczać posiadaniu cech uznawanych za kobiece, bo uznają to za degradujące. Niestety do cech wciąż uważanych za kobiece należą empatia i współczucie, życzliwość. Patriarchat wspiera więc szowinizm gatunkowy, bo najwyraźniej wzniesienie się na wyżyny człowieczeństwa w patriarchalnym wydaniu musi oznaczać brutalną dominację, wodzostwo zamiast konsekwentnego wzmacniania empatii i wykorzystywania swojej siły do ochrony słabszych, nie tylko ludzi ale i czujących zwierząt nienależących do naszego gatunku.

Opanowany przez szowinistycznego człowieka świat jest oczywiście pełen eksploatacji zwierząt. Większość z nas została wychowana na gatunkowych szowinistów. Nie musieliśmy się w ogóle wysilać w tym kierunku. Ta ideologia jest dominująca i większościowa, dlatego jest dla większości przezroczysta. Patrzymy więc z oczywistą obojętnością, nieraz z pogardą, szczególnie na te zwierzęta,  z których eksploatacji korzystamy. 

Zarówno pod względem częstotliwości korzystania jak i liczby eksploatowanych zwierząt, najistotniejsza eksploatacja zwierząt to przerabianie ich na jedzenie – mięso, wędliny, mleko, jogurty, sery i jaja. Całe słownictwo kulinarne jest uprzedmiotowieniem zwierząt. Nigdzie nie jest to tak oczywiste jak właśnie w kuchni. Ciała zwierząt już nie należą do nich. Są własnością konsumentów. Naruszenie integralności cielesnej rozpoczęte w rzeźni, tu tylko się kontynuuje i jest zasadą naczelną. Język kulinarny odzwierciedla i utrwala procesy ćwiartowania jednostek, odzierania ich z bycia jednostkami, istotami. Zwierzęta kręgowe (ptaki, ssaki, ryby), w większości posiadające świadomość, pamięć, zdolność do myślenia, odczuwania emocji,  uczenia się, stają się kulinarną masą, wsadem do naszych garnków i piekarników. 

W języku kulinarnym są słowa specjalne, pokazujące zwierzęce ciało jako produkt spożywczy - wieprzowina, jagnięcina, karkówka, cynaderki, albo słowa zdrobniałe, które momentalnie kierują naszą uwagę ku konsumpcji - skrzydełka nie służą już do latania, nóżki do chodzenia, wątróbka do oczyszczania krwi z toksyn. Są też słowa występujące w podstawowej formie, ale pozbawione w kuchni ich pierwotnych znaczeń („jaja” już nie są związane z rozmnażaniem się ptaków, „krowie mleko” jest oddzielone od laktacji i cielęcia, „cały kurczak” nie jest już pełnym życia ciekawskim ptakiem - to korpus martwego zwierzęcia pozbawiony głowy, wnętrzności i piór, a „zdrowe” ryby nie są nawet żywe, o ich zdrowiu nie wspominając. 

Wszelkie odniesienia do anatomii zwierząt odnoszą się tylko do metod kulinarnej obróbki i smaku potraw. Wszelkie odniesienia do zdrowia dotyczą oczywiście zdrowia konsumentów, nie zabitych lub eksploatowanych dla mleka czy jaj zwierząt. Język kulinarny zamyka drzwi przed naszą empatią. Kiedy jemy zwierzęta, język kulinarny pomaga nam cieszyć się smakiem i odciąć od nieciekawych skojarzeń.

Większość ludzi nie poluje, więc szokuje ich język myśliwych, który pełen jest eufemizmów i zmyłek. Farba znaczy krew (książkę pod tym tytułem napisał były myśliwy), ambona to miejsce, z którego się strzela, a zwierzyna to zwierzęta „przeznaczone” do bycia celem polowania. Niemniej, język ten jest zbieżny z językiem kulinarnym w jednej, najistotniejszej kwestii – skutecznego uprzedmiotowienia zwierząt.

Język pogardy wobec zwierząt wdziera się również do naszej mowy, kiedy mówimy o negatywnych cechach ludzi. Lubimy wtedy porównania do zwierząt, tak jakby to krowy były źle wychowane (co za bydło), świnie lubiły robić innym krzywdę (co za świństwo) lub kojarzyć wszystko z seksem (ale świński dowcip), tak jakby wszystkie owce były głupie i myślały tak samo (co za barany), tak jakby człowiek nie był zdolny do okrucieństwa (co za bestialstwo) ,tak jakbyśmy nie chcieli po prostu przyjąć do wiadomości, że człowiek potrafi robić dobre i złe, mądre i głupie rzeczy.

Język jest realnym i mocnym narzędziem. Możemy go używać mniej lub bardziej świadomie. Jeśli odrzuciliśmy dominującą ideologię i nie chcemy już jej wspierać, na pewno wymaga to większej uwagi, często zmiany starych nawyków, czasem nawet odwagi. Ale bez „nowych” użytkowniczek i użytkowników, drzwi kuchni pozostaną szczelnie zamknięte, a w niej,  w piekarniku, nadal będą piec się czyjeś skrzydła, zaś w kartonie będzie stało odebrane komuś mleko. 

Dlatego odpierając zarzut powtórzyłam, że przynajmniej według mnie zwierzęta jednak umierają. 






poniedziałek, 23 lipca 2018

Szara strefa jaj i mleka, czyli dlaczego mam złe zdanie o wegetarianizmie

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Zwierzętom potrzebny jest nasz weganizm, a ze strony organizacji działających na rzecz wszystkich zwierząt - konsekwentna promocja weganizmu. Mówiłam to wiele razy i zamierzam powtarzać. O które zwierzęta chodzi? O te gnębione, krzywdzone i zabijane w ramach legalnej, społecznie wciąż akceptowanej, masowej eksploatacji. Nie tylko na przemysłowych fermach, ale także w średnich i małych gospodarstwach. Nie tylko na mięso, ale także dla mleka, jaj, skór i wełny. To przede wszystkim. Bo skala właśnie tej eksploatacji jest największa. Bo odpowiedzialni nie są jacyś tam oni, ale my wszyscy, którzy często mówimy, że lubimy zwierzęta i równocześnie kupujemy mleko, sery, jaja, mięso, skórzane buty, wełniane płaszcze. Złym standardem jest to, że lubimy psy i koty, a o tych eksploatowanych myśleć nie chcemy i nie musimy. Odpowiedzialne są też organizacje zajmujące się tematem zwierząt, które nie przeciwdziałają temu złemu standardowi – organizacje promujące wyższość jednych zwierząt nad innymi, niewyrażające sprzeciwu wobec eksploatacji zwierząt, czy pozornie krytykujące eksploatację poprzez atakowanie arbitralnie wybranej formy eksploatacji. W tym artykule zajmę się właśnie kwestią wybiórczego atakowania eksploatacji zwierząt - promocją wegetarianizmu.

Nasza równoległa sympatia wobec niewielu i obojętność, często pogarda, wobec większości zwierząt nie bierze się znikąd. Nie wynika też ze szczególnych cech kotów i psów i kompletnego braku takich cech u zwierząt poddawanych eksploatacji. Jesteśmy po prostu tak wychowywani. Zidentyfikowany przez angielskiego psychologa Richarda Rydera szowinizm gatunkowy to kolejna forma wyuczonej dyskryminacji, tym razem nie międzyludzkiej, lecz skierowanej od ludzi do zwierząt. Kryterium pozwalającym na zignorowanie podstawowych potrzeb, naruszanie integralności cielesnej, zniewolenie i odbieranie życia staje się tu gatunek, a dokładniej fakt, że czujące i myślące istoty nie należą do naszego gatunku. To otwiera przyzwolenie na eksploatację, zaś fakt, że niektóre psy i koty, będą w tym układzie dobrze traktowane, trzeba uznać za wyjątek od bezwzględnej, szowinistycznej reguły. Zresztą trochę głębsza analiza pozwala dostrzec, że hodowle zwierząt domowych również za cel mają przede wszystkim zaspokojenie potrzeb i pragnień człowieka, nawet za cenę zdrowia zwierząt.

Wychowani w szowinizmie gatunkowym, od dzieciństwa zostajemy zatopieni w stylu życia opartym na eksploatacji zwierząt. Dostajemy do jedzenia mięso, nabiał i jaja, a do ubrania skórzane buty, wełniane swetry, itp. Wcale nie musimy chodzić do cyrku ze zwierzętami, ani nosić futrzanych kurtek, żeby zanurzenie w eksploatacji zwierząt było pełne. Do zabawy dostajemy głównie zabawki przedstawiające zwierzęta domowe i dzikie, najchętniej niezamieszkujące naszej strefy klimatycznej (egzotyczne!). O zwierzętach eksploatowanych są specjalne książeczki („indyk daje mięso, krowa daje mleko). Wychowanie w tym zakresie jest jak staranna architektura krajobrazu: nasze pole widzenia i nasze horyzonty myślowe w odniesieniu do zwierząt zostają precyzyjnie wyznaczone. Niemniej, choć nasza empatia i myślenie w tym względzie wyglądają po latach jak dobrze przystrzyżony żywopłot (podobny do żywopłotów naszych sąsiadów), to – tak jak  jak rośliny – nasza empatia i myślenie mogą zacząć odrastać i przyjmować takie kształty, jakie sami postanowimy im nadać. Gdybyśmy przyjmowali 1:1 to, w jaki sposób wychowali nas rodzice, wszyscy rodzice byliby zadowoleni, że dzieci są takie jakie „miały być”. Tak jednak nie jest, nasze poglądy są często różne od poglądów naszych rodziców, a sprzeciw wobec wielu form dyskryminacji międzyludzkiej staje się coraz mocniejszy. Zauważalne stają się też krytyczne głosy na temat szowinizmu gatunkowego. Trzeba jednak o tym dużo mówić, krytykować eksploatację zwierząt jako taką i wyraźnie formułować postulat weganizmu.

Jak to jest z tym weganizmem? Często bywa kłopot nawet z jego definicją. Dziś przeżywamy coś na kształt mody na kuchnię roślinną, szczególnie w wersji bezglutenowej, i weganizm najczęściej kojarzy się z dietą. Padają pytania „Czy weganizm jest zdrowy?”, „Czy można zbudować masę mięśniową na weganizmie?” Jednak redukowanie weganizmu do diety jest szkodliwym uproszczeniem.

Podanie definicji weganizmu wymaga zawsze mini wycieczki w przeszłość. Pierwsze Towarzystwo Wegańskie powstało w 1944 roku przeciwstawiając się pozycji Towarzystwa Wegetariańskiego, które nie zamierzało rezygnować z jajek i mleka. Założyciele nowej grupy zdali sobie sprawę, że krzywda dzieje się nie tylko zwierzętom zabijanym na mięso, lecz także zwierzętom wykorzystywanym na różne inne sposoby przez człowieka. W 1976 roku, kiedy Towarzystwo zostało zarejestrowane jako organizacja charytatywna, powstała definicja, którą The Vegan Society posługuje się do dziś:

"Weganizm to filozofia i sposób życia, który stara się wykluczyć - w stopniu w jakim jest to możliwe i wykonalne - wszystkie formy eksploatacji i okrucieństwa wobec zwierząt w związku z produkcją żywności, ubrań czy w jakimkolwiek innym celu; co za tym idzie weganizm promuje rozwój i wykorzystywanie alternatyw wolnych od składników odzwierzęcych i niezwiązanych ze zwierzętami, które są korzystne dla ludzi, zwierząt i środowiska."

Tak jak napisałam wcześniej, promocja wegetarianizmu to wybiórcze atakowanie eksploatacji zwierząt. Chów zwierząt na mięso jest tylko jedną z wielu form eksploatacji zwierząt. Nawet jeśli pozostaniemy w sferze produkcji żywności, to chów zwierząt na mleko wiąże się tak samo ze zniewoleniem zwierząt, naruszaniem ich integralności cielesnej,  szkodzeniem ich zdrowiu fizycznemu i psychicznemu i zabijaniem. Krowy "mleczne" podlegają selekcji hodowlanej, której celem jest duża i intensywna produkcja mleka, co wiąże się z bolesnymi zapaleniami wymion i chorymi stawami. Produkcja mleka wymaga zapładniania (najczęściej sztucznego), ciąży i porodu i odrywania maleńkich cieląt od matek, które chcą się nimi zajmować i karmić. Warunki w jakich krowy żyją, jedzenie jakie dostają, ilość ruchu lub bezruchu jaki przychodzi im w udziale - wszystko jest podporządkowane produkcji mleka. Wreszcie "zużyte" krowy (niezdolne do dalszego rozmnażania i porodów lub zwyczajnie nie wyrabiający mlecznej "normy") są odwożone do rzeźni. Krowy są traktowane tak, jakby były maszynami. Używane, zużywane, wyrzucane. W czym to jest lepsze od produkcji mięsa? Nie potrafię powiedzieć.



Taki sam schemat selekcji hodowlanej, wykorzystaniu organizmów i pozbawienia życia ma miejsce w produkcji jajek. Nie ma żadnego powodu, by traktować lżej produkcję mleka i jajek, ani by uważać, że promocja diety bezmięsnej to działanie na rzecz zwierząt, jeśli tak to co najwyżej na rzecz świń.

Niemniej, promocja wegetarianizmu trwa i trudno mi zrozumieć jakie stoją za nią przesłanki. Niewątpliwie łatwiej wyobrazić sobie związek między krzywdzeniem zwierząt a mięsem, niż między krzywdzeniem zwierząt a pysznym serkiem czy jajecznicą. O ile jednak jest to zrozumiałe na poziomie indywidualnej osoby, o tyle przestaje to być zrozumiałe, gdy organizacje i grupy regularnie podchwytują to skojarzenie i wałkują je na wiele sposobów utrwalając tym samym podział na niedobre mięso i domyślnie lub dosłownie „spoko” nabiał i jaja. Często wegetarianizm zostaje też doklejony do weganizmu, jakby to były równorzędne postawy wobec zwierząt. Żeby nie być gołosłowną przytoczę parę przykładów.

Towarzystwo Wegetariańskie, z którego w 1944 roku wyłoniło się Towarzystwo Wegańskie, do dziś w swoich przepisach kulinarnych pozostawiło nabiał i jajka najwyraźniej odwracając się od rzeczywistości, negując krzywdę zwierząt na fermach mlecznych i jajecznych. Na stronie Towarzystwa Wegetariańskiego, w zakładce "Animals", czytamy, że "współczucie wobec zwierząt jest jednym z głównych powodów, dla których ludzie przechodzą na wegetarianizm", po czym następuje zestawienie informacji dotyczących zwierząt hodowanych na mięso (listę rozpoczynają świnie). Brakuje informacji o zwierzętach eksploatowanych dla mleka i jajek. Pozostają w szarej strefie może dlatego, że gdyby z tej strefy wyszły to trzeba by aktualizować hasło o współczuciu i przyznać rację tym, którzy głośno mówili już w 1944 roku, że odpowiedzią na krzywdę zwierząt jest weganizm, nie wegetarianizm.

Międzynarodowa Unia Wegetariańska, która ustanowiła Światowy Dzień Wegetarianizmu w 1977 roku, też wstawia nabiał i jaja do tej szarej strefy, pisząc, że z jednej strony nie promuje żadnych produktów odzwierzęcych, ale z drugiej strony rozumie, że wielu wegetarian ujmuje nabiał, jaja czy miód w swojej diecie. Dlaczego pobłażliwie patrzy na nabiał i jaja (nad miodem można by się jeszcze zastanawiać, skoro nie pochodzi od kręgowców), podczas gdy dla mięsa jest zdecydowany szlaban? Unia dokonuje też momentami sklejenia wegetarianizmu z weganizmem: pisze „wegetarianizm/weganizm” lub „weg*anizm”. W części pytania/odpowiedzi czytamy: „Dlaczego wegetarianizm/weganizm?” - "Horror okrutnych praktyk nieodłącznie związanych z chowem zwierząt gospodarskich, drobiu i z fermami mlecznymi jest prawdopodobnie najbardziej powszechnym powodem przyjęcia "weg*anizmu ...". Że jak? Straszne praktyki na tych wszystkich fermach mają prowadzić do musowego rzucenia mięsa i dowolnego potraktowania mleka i jajek? Coś tu głęboko nie gra. Albo stosuje się tu podwójne standardy dla porównywalnych form eksploatacji, albo – po raz kolejny – podsuwam swój wniosek: spycha się do szarej strefy eksploatację na mleko i jaja, a więc także wszystkie śmietanki do kawy, pizze z serem, jajecznice, itp.

Fundacja Viva od wielu lat organizuje Tydzień Wegetarianizmu. Od dawna się zastanawiam, dlaczego nie zdecydowali się wreszcie promować weganizmu, szczególnie że pokazują od czasu do czasu na czym polega eksploatacja na nabiał i jajka, a ostatnio nawet ruszyli z antymleczną kampanią bilbordową. Głównym programem w ramach Tygodnia Wegetarianizmu jest „Zostań wege na 30 dni”. Podobno przepisy przesyłane uczestnikom są roślinne, ale opis tego programu brzmi tak:

Lubisz smak mięsa? Nie wyobrażasz sobie bez niego porządnego obiadu? Nie rozumiesz wegetarian, którzy świadomie rezygnują z mięsa? Uważasz ich dietę za ubogą, prowadzącą do niedoborów?
A może wręcz przeciwnie? Nie chcesz dłużej przyczyniać się do krzywdy zwierząt, ale przyzwyczajenie bierze górę i nie potrafisz zrezygnować z mięsa? Nie wiesz, jak powinna wyglądać zbilansowana, pełnowartościowa dieta wegetariańska? Nie jesteś pewien, jak się do tego zabrać? Niezależnie od tego, czy lubisz smak mięsa, czy chciałbyś je wyrzucić ze swojej diety „zostań wege na 30 dni”!

Czego ma się spodziewać przeciętny uczestnik jak nie diety, w której nie będzie mięsa? W jaki sposób miałby dojść do wniosku, że czekająca go próba 30 dni będzie próbą diety również bez nabiału i jaj? Czy nie jest to ewidentne skierowanie uwagi na mięso i całkowite pominięcie kwestii nabiału i jaj? A więc zepchnięcie ich do szarej strefy? Niby nie będzie ich w przepisach, ale zapowiedź wcale nie sugeruje, że ktoś miałby z nich rezygnować. Jeśli będzie chciał zostać „wege” na 30 dni lub wegetarianinem, nic nie stoi na przeszkodzie, by do proponowanych dań dorzucił sobie jajko, plaster sera żółtego czy dodał do zupy krowią śmietanę. W końcu to próba diety bezmięsnej. Z jednej strony promocja „diety bezmięsnej”, z drugiej menu bez mięsa, nabiału i jaj, ale bez wskazania użytkownikowi, że cokolwiek jest z tymi produktami nie tak. Zabawa w kotka i myszkę? Po co, dlaczego?

Podczas ostatniego Tygodnia Wegetarianizmu, w debacie „W jak Wybór” wzięli udział sami wegetarianie, a kiedy na koniec spotkania z widowni padło pytanie „to kiedy weganizm”, trzy osoby wypowiedziały się wymijająco, jedna przyznała, że kiedyś to nastąpi, a ostatnia stwierdziła, że wegetarianizm jest dla niej głównie zdrowym stylem życia. A więc W jak wegetarianizm. Wybór niejedzenia mięsa i bycia spoko z jedzeniem nabiału i jaj. Szara strefa trzyma się mocno.

Lektura postów i regulaminów grup typu „wegetarianie i weganie” pokazuje jak dobrze ma się akceptacja dla nabiału i jaj.

Fragment regulaminu grupy typu „wegetarianie i weganie”:

Grupa ta docelowo jest grupą zrzeszającą wegetarian oraz wegan, jeśli znajdzie się tutaj przepis na potrawę z jajkiem czy mlekiem nie jest to zachęta do obrażania autora czy zachęcania go do odrzucenia tych produktów. Wypowiedzi tego typu będą usuwane, a autor otrzyma wyciszenie stosowne do przewinienia, dwa wyciszenia.

Grupa tego typu nie tylko potwierdza, że jajka i mleko to produkty akceptowane, ale zakazuje wręcz krytykowania takich produktów, a więc – de facto – zakazuje promocji weganizmu! Co mogą w tej grupie robić weganie? Siedzieć cicho, przynajmniej w odniesieniu do eksploatacji zwierząt na jajka i mleko. Ta eksploatacja ma – zgodnie z regulaminem grupy – pozostać przezroczysta. Wspólnym mianownikiem jest tylko brak akceptacji dla mięsa. Tylko mięso jest niemile widzianym produktem.

Kolejny fragment regulaminu podobnej grupy:

Do grupy zapraszamy osoby o ugruntowanym poglądzie na kwestię prawa zwierząt pozaludzkich do życia, bądź osoby szczerze zainteresowane weg(etari)ańską filozofią,
(…)
Zabronione jest promowanie produktów zawierających mięso w jakikolwiek sposób, również w formie linków do artykułów zawierających takie treści (wyjątkiem są akcje mające na celu odfałszowanie zakłamanych kampanii promujących produkty odzwierzęce). Przepisy kulinarne również nie mogą zawierać mięsa w żadnej postaci.

Co to jest „weg(etari)ańska filozofia”? Czy to podejście, w którym nie należy jeść mięsa, ale można jeść nabiał i jaja udając, że nie mają one nic wspólnego z eksploatacją zwierząt? W jaki sposób członkowie grupy mają „ugruntowany pogląd na kwestię praw zwierząt”, czy to znowu jest rodzaj wybiórczego gruntowania albo wybiórczych praw zwierząt, np. świń i kurcząt hodowanych na mięso, ale już nie krów eksploatowanych dla mleka czy kur hodowanych dla jajek? Dlaczego jednoznacznie zabronione jest promowanie produktów zawierających mięso, ale już nie ma takiego zakazu dla innych produktów czy usług możliwych do uzyskania tylko w wyniku eksploatacji zwierząt?

Różne wydarzenia typu „wege” dają pełną akceptację dla eksploatacji zwierząt dla mleka i jaj:

Menu wydarzenia „niedzielne wege śniadanie” w restauracji:

Szakszuka
Chili sin carne
Pieczone pomidory z ziołami
Zapiekanka jajeczna z ziemniakami francuskimi i pieczarkami
Quesadilla z oliwkami i suszonymi pomidorami
Grzanki z jajkiem sadzonym i rukolą
Chrupiące boczniaki z sosem czosnkowym
Karmelizowane młode marchewki z kozim serem i orzechami włoskimi
Sałatka z jarmużu z batatem, selerem, miętą i quinoą
Miks sałat ze szparagami i groszkiem cukrowym
Pasty — jajeczna, buraczana, z batata i z pieczonego kalafiora
Hummus z sezamem

Wege Festiwal w Lublinie!:

Lokalne restauracje z całej Polski chcące pokazać Wam wegetariańskie oraz wegańskie smakołyki.
Super okazja by pysznie zjeść oraz przekonać się do wegetariańskich oraz wegańskich dań! :)

Powtórzę zatem: zwierzętom potrzebna jest konsekwentna promocja weganizmu. Nie opartego na arbitralnym wyborze wegetarianizmu, nie rozmytego znaczeniowo „wege”, nie postaw redukcjonistycznych pod tytułem „dziś zjedz jedno skrzydełko zamiast dwóch i pokaż, że zależy Ci na zwierzętach”.  

Zwierzęta zasługują na to, byśmy poświęcili czas na edukowanie siebie i innych o złu eksploatacji, która zmienia zwierzęta w przedmioty, surowiec, maszyny i narzędzia. Zwierzęta zasługują na to, byśmy krytycznie przyjrzeli się własnemu szowinizmowi gatunkowemu, który sprawia, że mamy do tej eksploatacji obojętny stosunek. Wybiórcze skupianie się na mięsie nie tylko w żaden sposób tego nie załatwia, ale zamazuje ludziom rzeczywistość.



Nawet jeśli przyjmiemy założenie, że nie jest łatwo z dnia na dzień odrzucić eksploatację zwierząt w szowinistycznym gatunkowo świecie, który domyślnie serwuje nam produkty eksploatacji zwierząt każdego dnia, to jasne przedstawienie gdzie leży problem pomoże nam bardziej niż wodzenie nas za nos. Człowiek, który zrozumie znaczenie weganizmu wybierze go znacznie szybciej, niż ten, komu regularnie wbijać się będzie do głowy, że to mięso jest problemem. Mając na celu weganizm, osoba taka szybciej sięgnie po mleka roślinne, zainteresuje się wyłącznie roślinnymi pastami, zamiast kanapkę z szynką zastąpić kanapką z krowim serem, szybciej dowie się o wegańskim majonezie (i jak go tanio zrobić) zamiast zajadać się sałatkami z majonezem jajecznym. Przykładów jest wiele.

Zwierzętom potrzebny jest nasz weganizm, wybierajmy go i promujmy.



niedziela, 10 czerwca 2018

Dlaczego ciągle rozmawiamy o okrucieństwie

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Okrucieństwo najczęściej rozumiemy jako zadawanie komuś cierpienia dla własnej przyjemności. Sprawcą kierują sadystyczne skłonności.  – A masz! Kopnę cię i jak zawyjesz z bólu, to będę się z tego cieszył. 

W okrucieństwie najczęściej chodzi o zadawanie cierpienia fizycznego, ale można też być okrutnym powodując strach, przerażenie, grożąc i upokarzając. – Słuchaj mnie gówniarzu, bo jak nie, to popamiętasz! – Do niczego się nie nadajesz! Jak mogłem się ożenić z takim zerem!

Okrucieństwo to zatem tandem przemocowego działania i sadystycznej skłonności. Skoro tak, to nie możemy go stwierdzić tylko na podstawie tego, co stało się ofierze. Musimy znać stan umysłu sprawcy. Czy kopnął, bo się wystraszył, czy dlatego, by sprawić ból i się z tego cieszyć? Czy groził karą za nieposłuszeństwo z lęku o dziecko, czy dlatego, że chciał, by drżało przed nim ze strachu? Czy nazwał żonę zerem, bo był zmęczony i rozczarowany małżeństwem, czy dlatego, że chciał nad nią dominować poprzez upokarzanie i wprawianie w poczucie bezradności?

Kiedy mówimy o okrucieństwie, zazwyczaj myślimy także, że działanie jest podejmowane bezpośrednio przez sprawcę, bez pośredników, pomocników, czy najętych do tego wykonawców. Sprawca sam używa do okrutnego czynu własnej ręki, pasa, noża lub słowa lub wykorzystując relację podległości – przewagę finansową, status społeczny, pozycję władzy. Przemocowy rodzic, mąż, szef, szanowany urzędnik, polityk.

Okrucieństwo oczywiście odnosi się także do działań ludzi wobec zwierząt. Najczęściej będzie to przemoc fizyczna, ale jak najbardziej może być to także wzbudzanie strachu, drażnienie, wyuczanie bezradności. Ponieważ okrucieństwo kojarzymy ze stanem umysłu sprawcy i z działaniem bezpośrednim, przykłady, które od razu przychodzą na myśl to ludzie znęcający się nad zwierzętami domowymi, myśliwi, naukowcy przeprowadzający eksperymenty na zwierzętach i rzeźnicy. 

Skojarzenie z okrucieństwem nasuwa się natychmiast w zetknięciu ze „spektakularnymi” przypadkami zadawania cierpienia i śmierci psom czy kotom. Szczególnie jeśli sprawcy nie odnoszą korzyści finansowej z popełnianych czynów, to wniosek wyciąga się sam: muszą to robić dla przyjemności. Wszystko się zgadza: jest (domyślny) stan umysłu i działanie bezpośrednie. Diagnoza: okrucieństwo. Ponieważ sadyzm w czystej postaci wzbudza odrazę, doniesienia o takich czynach są bardzo „klikalne”, wywołują lawinę komentarzy nawołujących do zemsty i wyrażających regułę „oko za oko” i są potem łatwo przywoływane z pamięci jako sztandarowe przypadki okrucieństwa wobec zwierząt. 

Myślistwo jest postrzegane podobnie. Znowu mamy do czynienia z działaniem bezpośrednim (choć często sprawcę wyposażonego w nowoczesną broń palną może od ofiary dzielić całkiem spora odległość). Jeśli zaś chodzi o stan umysłu, czy skłonności polujących, to mocne wskazówki daje nam już sama branża preparowania trofeów myśliwskich i rytuał robienia sobie zdjęć z martwymi ofiarami upozowanymi na żywe, lecz ułożone w pozycji poddańczej. Czy jest to przyjemność płynąca z zadawania cierpienia, czy może ekscytacja zabijaniem jako najwyższą formą sprawowania kontroli nad czyimś życiem? Tak czy owak pewne tropy wiodą ku okrucieństwu. Gdyby chodziło tylko o przykry obowiązek regulowania przyrody (jeśli ktoś już wierzy w taką regulację), nie byłoby trofeów i zdjęć z zabitymi zwierzętami. I znowu, jeśli tak na to spojrzymy, to budzi się odraza. Co ciekawe, odrazy nie budzi raczej ani pokrewne myślistwu wędkarstwo, ani rybołówstwo - gałąź gospodarki polegająca na polowaniu na dzikie ryby.

Wielu zapyta retorycznie, kto chciałby zostać rzeźnikiem, gdyby nie odczuwał przyjemności z zabijania? Rzeczywiście, przeciętnemu człowiekowi trudno sobie wyobrazić wybór zawodu polegającego na zabijaniu od rana do wieczora. Dlatego rzeźnicy nie cieszą się społecznym szacunkiem i zaufaniem. Większość z nas nie zabija zwierząt kręgowych, a większość tych, którzy to robią (np. na wsi, albo w mieście przed Wigilią), nie robią tego aż tak często. Nasz brak szacunku do rzeźników przeradza się w odrazę, gdy oglądamy nagrania z rzeźni robione przez aktywistów, gdzie pracownicy rzeźni nie tylko wykonują legalne czynności niezbędne do odebrania zwierzęciu życia, ale także łamią prawo niejako nadprogramowo bijąc czy kopiąc zwierzęta. Szczególnie to cierpienie nazwane w kontekście rzeźni „niepotrzebnym” postrzegamy jako okrucieństwo.

Przez internet przewija się wiele zdjęć i filmów z eksperymentów na zwierzętach. Testowanie żrących substancji na skórze i oczach, podawanie dożołądkowo trucizny, by sprawdzić w jakim tempie zwierzęta będą umierać, oddzielanie młodych od matek, by obserwować rozwój choroby sierocej, wyuczanie bezradności poprzez pokazanie zwierzęciu, że cokolwiek by nie zrobiło, to i tak nie uniknie porażenia prądem. Słowem, scenariusze jak z horroru. Włosy stają dęba, wielu ludzi popiera kampanie przeciwko eksperymentom na zwierzętach i podejrzewa eksperymentatorów o skłonności do okrucieństwa. 

Filozof Tom Regan w książce „The Case for Animal Rights” pisze, że okrucieństwo może być nie tylko czynne, ale także bierne: można nie tylko bić ofiarę, ale np. powstrzymać się od jej karmienia. Głodzenie, choć mniej spektakularne niż okaleczanie, także prowadzi do cierpienia. Okrucieństwo, jak pisze Regan, może wynikać nie tylko z przyjemności z zadawania komuś cierpienia (sadyzm), ale także z obojętności na czyjeś cierpienie („nieludzki” brak litości). Przy tak poszerzonej definicji okrucieństwa wciąż skupiamy się na stanie umysłu sprawcy, ale zdajemy sobie sprawę, że nie każdy sprawca będzie sadystą. Będziemy mogli również zastanowić się, z czego wynika obojętność, czym jest brak litości.

Wydawałoby się, że rozprawiając się z okrucieństwem, zakończymy niepotrzebne cierpienie zwierząt. Jednak w zderzeniu z rzeczywistością, ta intuicja okazuje się błędem. Uważam, że dopóki rozmawiamy wyłącznie o okrucieństwie, rozumianym jako czyny wymagające określonego stanu umysłu sprawcy i jego bezpośredniego kontaktu z ofiarą, dopóty dotykamy tylko czubka góry lodowej problemu, jakim jest niepotrzebne krzywdzenie zwierząt. 

Czubek góry lodowej jest metaforą często używaną dla zobrazowania skali problemu i sposobu jego postrzegania. I faktycznie, skala krzywdzenia zwierząt jest ogromna, podczas gdy my skupiamy się na niewielkim ułamku problemu. Choć koncentrujemy się na okrucieństwie, to siłą napędową krzywdzenia zwierząt wcale nie jest ani sadystyczne okrucieństwo, ani nawet brak litości. 

Czym jest zatem góra lodowa, której tylko czubek dostrzegamy? Dowiemy się tego dopiero wtedy, gdy odłożymy na bok emocjonujące nas okrucieństwo dotyczące znęcania się nad zwierzętami domowymi, dzikimi i nadprogramowym zadawaniu cierpienia zwierzętom w rzeźni. W samej Polsce rocznie cierpi i umiera przedwcześnie ponad 800 milionów zwierząt gospodarskich i prawdopodobnie drugie tyle ryb. Nie jest to związane z okrucieństwem, którego dopuszcza się dla własnej przyjemności armia sadystów. To gałąź gospodarki oparta na legalnej eksploatacji i zabijaniu zwierząt, która pozwala pewnej grupie ludzi zarabiać na życie, a większości społeczeństwa prowadzić styl życia, którego stałym elementem jest konsumpcja produktów takie jak jaja, mleko i plejada produktów nabiałowych, mięso, wędliny, odzież skórzana, wełniana czy futrzana. Eksploatacja ta wiąże się z zadawaniem fizycznego i psychicznego cierpienia setkom milionów zwierząt i z przedwczesnym ich zabijaniem. Oto nasza góra lodowa, którą pomijamy milczeniem, skupiając nieproporcjonalną ilość uwagi na jej czubku – czyli okrucieństwie wobec zwierząt definiowanym przede wszystkim jako sadyzm lub brak litości.



Jeśli zdarza nam się spojrzeć na naszą, zazwyczaj niedostrzeganą, górę lodową to tylko na tę część, gdzie znajdują się szeroko rozumiani producenci – hodowcy, przewoźnicy i rzeźnicy. Spoglądamy na nich z odrazą głównie wtedy, gdy dopuszczają się zachowań, które wychodzą poza zapewnienie produktów, których obecności żądamy w sklepach z żywnością i odzieżą oraz w restauracjach i na stołówkach. Dopiero to nadmiarowe w naszym mniemaniu,  niepotrzebne cierpienie nazywamy  okrucieństwem. 

Natomiast każde cierpienie i śmierć zadane w ramach regularnej produkcji jest dla nas tak oczywiste, że nie pojawia się w polu widzenia. Gdyby ktoś nas przycisnął, musielibyśmy z lekkim zażenowaniem przyznać, że to jest właśnie „potrzebne” cierpienie i śmierć. Ale potrzebne do czego? Odpowiedzią nie ma się za bardzo czym chwalić, bo musielibyśmy przyznać, że chodzi o utrzymanie gałęzi gospodarki (choć można zamiast tego produkować żywność roślinną i odzież bez skóry, wełny i futra) i utrzymanie naszego stylu życia (choć do życia wystarczy nam dieta roślinna i odzież z włókien roślinnych lub sztucznych). Czy można to nazwać sadyzmem? Skąd! Przecież nikt nie odczuwa przyjemności z cierpienia zwierząt. Na pewno nie konsumenci. Czy można to nazwać brakiem litości? Być może bywa tak w przypadku producentów, ale przecież konsumentów o to  oskarżać nie można. Oni nie mają styczności ze zwierzętami, z których eksploatacji korzystają. Konsumując jaja, sery, mleko czy mięso, nosząc skórzane buty i kurtki czy wełniane swetry nie muszą nawet minuty poświęcić myśleniu o tych "niewidocznych" zwierzętach. 

Znam to z autopsji, nie musiałam o tym myśleć ani nikomu się z tego tłumaczyć. Tak działa systemowy szowinizm gatunkowy, czyli przekonanie, że zwierzęta są z założenia gorsze od człowieka i w związku z tym można je traktować instrumentalnie, jak zasoby, narzędzia, surowiec i maszyny. Ich interesy, nawet najważniejsze takie jak życie i zdrowie, mogą być podporządkowane naszym, nawet stosunkowo trywialnym, interesom takim jak styl życia. Mimo tego, że odrzucamy sadyzm, jako niezgodny z naszym stylem życia, to nie odrzucamy eksploatacji zwierząt. Okazuje się, że jest ona zgodna z naszym stylem życia, a nawet stanowi dla niego niezbędne zaplecze. Jaki mamy do niej stosunek, żyjąc w systemowym szowinizmie gatunkowym – utrwalanym przez wychowanie, edukację i kulturę? Obojętny. 

Jest to obojętność tak oczywista, że aż przezroczysta. Obojętność, której nie trzeba artykułować, definiować, usprawiedliwiać ani bronić. Paradoksalnie im bardziej oburzamy się aktami okrucieństwa, tym nasza obojętność wobec eksploatacji zwierząt pozostaje nienaruszona. Możemy podpisywać dziesiątki petycji w sprawie ukarania sprawcy brutalnego zabicia psa, jedzenia psów w Chinach, zabijania fok w Kanadzie (ostatnio też w Polsce), bicia słoni w cyrkach i równocześnie spokojnie jeść na śniadanie jajecznicę, iść do pracy w skórzanych butach, zamówić w restauracji kotleta schabowego, a na kolację zrobić sobie chleb z żółtym serem.

Dopóki będziemy się skupiać na cudzym okrucieństwie i nie zabierzemy się za nasz własny szowinizm gatunkowy i naszą obojętność wobec eksploatacji zwierząt, dopóty góra lodowa jaką jest krzywdzenie zwierząt nie zacznie topnieć i pozostanie wielka, twarda i niewzruszona. Weganizm nie jest żadnym heroicznym czynem ani niezwykłym przedsięwzięciem, którego realizacja zajmuje 20 lat. Jest przekroczeniem obojętności, wzięciem odpowiedzialności we własne ręce, a z praktycznego punktu widzenia – po prostu zestawem zmodyfikowanych nawyków. 



poniedziałek, 7 maja 2018

Efekt Lucyfera, efekt bohatera

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

W 2016 roku przeczytałam pasjonującą książkę amerykańskiego psychologa społecznego Philipa Zimbardo pt. „Efekt Lucyfera” i choć zainteresowania zawodowe naukowca obejmują wyłącznie stosunki międzyludzkie, od razu pomyślałam o analogiach, które można stworzyć opisując stosunek człowieka do zwierząt. 

PYTANIE O ZŁO W KAŻDYM Z NAS

Ale od początku. Jak sam to podkreśla, Zimbardo zawsze był zafascynowany szukaniem odpowiedzi na pytanie: Jak to się dzieje, że dobrzy ludzie robią złe rzeczy? Stąd tytuł książki – Lucyfer w myśli chrześcijańskiej to postać upadłego anioła. Przyznam, że mnie też bardzo interesuje to pytanie, bo obca jest mi wizja człowieczeństwa, która dzieli ludzi na dobrych ludzi postępujących zawsze właściwie i złych ludzi zawsze wybierających zło. Podobnie jak Zimbardo, uważam, że linia między dobrem a złem leży w każdym z nas, a zatem potencjał do dobra i zła także. 

STANFORDZKI EKSPERYMENT WIĘZIENNY

Swój słynny eksperyment więzienny Zimbardo przeprowadził w podziemiach Uniwersytetu Stanforda w 1971 roku, gdzie grupa studentów przyjęła role więźniów i strażników. Eksperyment miał trwać 14 dni, a zakończył się już w szóstej dobie ze względu na zły stan psychiczny paru „więźniów” wynikający z nasilającego się złego traktowania przez „strażników”. Studenci, którzy wzięli udział w eksperymencie byli wcześniej przebadani pod kątem zdrowia fizycznego i psychicznego i nie mieli na swoim koncie żadnego sądowego wyroku. Co więcej, role więźniów i strażników zostały im przydzielone losowo. Natomiast warunki, w jakich odbywał się eksperyment, obejmowały deindywidualizację zarówno więźniów jak i strażników – więźniowie byli ubrani jednakowo, a rozróżniały ich tylko numery naszyte na białych koszulach, zaś strażnicy posiadali takie same mundury i nosili czarne okulary. Warunki wyjściowe dawały strażnikom przewagę nad więźniami, ale nie wymagały od nich przemocy psychicznej i fizycznej, jakiej szybko zaczęli się dopuszczać. Skoro weszli w tę sytuację zdrowi na ciele i umyśle, i ci, którzy zostali strażnikami zaczęli zachowywać się podle, to można – i taka jest generalnie konkluzja eksperymentu – spodziewać się, że to parametry sytuacji były wyzwalaczem zachowania albo sprzyjały takiemu zachowaniu, którego sami badani by u siebie wcześniej nie podejrzewali. 

ELEKTRYCZNY EKSPERYMENT MILGRAMA

Eksperyment stanfordzki był jednak doświadczeniem pojedynczym, podczas gdy opisywany w książce Zimbardo eksperyment jego kolegi, psychologa społecznego Stanleya Milgrama był powtarzany wielokrotnie nie tylko przez Milgrama, ale wielu innych badaczy. W 1961 roku Milgram chciał sprawdzić czy ludzie są skłonni do wyrządzania krzywdy innym ludziom kierowani posłuszeństwem wobec autorytetu. Inspiracją dla eksperymentu było funkcjonowanie nazistowskich Niemiec i rozpoczęty w 1961 roku proces hitlerowskiego zbrodniarza Adolfa Eichmanna, który w swojej obronie twierdził, że „tylko” wypełniał rozkazy. 

Eksperyment Milgrama oficjalnie miał dotyczyć badania wpływu pamięci na uczenie się. Każdy zrekrutowy uczestnik odgrywał rolę nauczyciela, który za nieprawidłowo powtórzone wyrazy miał karać siedzącego w drugim pomieszczeniu ucznia aplikując mu wstrząs elektryczny za pomocą specjalnego urządzenia. Pierwsza kara oznaczała ledwo odczuwalny wstrząs 15 V, ale kolejne błędy miały być karane zadawaniem wstrząsów o rosnącej mocy, aż do 450 V. Guziki, które badany miał naciskać na stojącym przed nim urządzeniu posiadały nie tylko wartość podaną w woltach, ale także opis podany słownie: wstrząsy o najwyższej mocy opisano jako „wyjątkowo dotkliwy wstrząs” (315 V), „niebezpieczeństwo, ciężki wstrząs” (375 V), aż wreszcie 435 i 450 V oznaczono już tylko trzema iksami. W rzeczywistości, „uczeń” należał do zespołu badawczego i tylko udawał pomyłki w zapamiętywaniu wyrazów oraz odgrywał ból sprzeciwiając się kolejnym wstrząsom, krzycząc i błagając o ich zaprzestanie. „Nauczyciele” słyszeli odpowiedzi i protesty „ucznia” i byli zachęcani przez ubranego w biały fartuch badacza do kontynuowania „lekcji”. W odpowiedzi na wątpliwości wyrażane przez „nauczycieli” co do stanu ucznia i ich własnej odpowiedzialności za to, co z uczniem się dzieje, badacz prosił o kontynuowanie eksperymentu, mówił, że to dla dobra nauki i podkreślał, że to on, a nie uczestnik, ponosi całą odpowiedzialność za wyniki i skutki eksperymentu.

CZEGO SPODZIEWALI SIĘ PSYCHIATRZY

Przed rozpoczęciem eksperymentu, Milgram zapytał grupę 40 amerykańskich psychiatrów o przewidywany odsetek uczestników, którzy zdecydują się pójść do samego końca i wcisnąć wszystkie przyciski na urządzeniu. Psychiatrzy oscylowali w okolicy poniżej 1% twierdząc, że tylko sadyści byliby w stanie tak się zachować. Wyniki eksperymentu były dla nich szokujące, bo aż 65% uczestników wcisnęło ostatni guzik - 450 V.

CZEGO DOWIODŁY EKSPERYMENTY

Nie istnieje jedna interpretacja wyników eksperymentu stanfordzkiego ani eksperymentu Milgrama, ponieważ w grę może wchodzić więcej niż jedna przyczyna. Najczęściej wymieniane w przypadku eksperymentu więziennego są: deindywidualizacja „strażników” (jednakowe mundury, wejście w ściśle określoną rolę), dehumanizacja więźniów (pozbawienie ich cech indywidualnych i nadanie numerów zamiast imion), poczucie anonimowości (noszenie ciemnych okularów częściowo zasłaniających twarz, częstsze dopuszczanie się gorszych czynów nocą, gdy ma się wrażenie, że nikt nie obserwuje), a także wpływ autorytetu (badacza). W przypadku eksperymentu Milgrama, zgoda na zadawanie cierpienia wynikała najprawdopodobniej z  posłuszeństwa wobec autorytetu (eksperymentatora), braku poczucia osobistej odpowiedzialności (przeniesionej na eksperymentatora), bycia odseparowanym od osoby, której zadaje się cierpienie. Szereg eksperymentów, które wykonał Milgram, zmieniając nieco parametry sytuacji pokazał jak duży wpływ warunki miały na zachowanie badanych.

Milgram i Zimbardo pokazują, że aby odpowiedzieć na pytanie „jak to się dzieje, że dobrzy ludzie robią złe rzeczy?” nie wystarczy spojrzeć na człowieka, zbadać jego cechy osobowości, zdrowie, ocenić charakter. Przypisywanie przyczyn zachowania tylko lub głównie cechom sprawcy w psychologii nazywa się atrybucją wewnętrzną lub atrybucją dyspozycyjną. Ludzie mają nadmierną skłonność do takiego myślenia, co nazywamy podstawowym błędem atrybucji, gdyż psychologia eksperymentalna wykazuje jak istotne dla zachowania człowieka okazują się czynniki zewnętrzne – warunki, w jakich on działa, sytuacja, w jakiej się znajduje, zachowanie ludzi, którzy go otaczają. Innymi słowy, bardzo ważna jest atrybucja zewnętrzna, zwana też atrybucją sytuacyjną. 

CO POKAZAŁO ŻYCIE

W swojej książce Zimbardo opisuje także ciąg autentycznych zdarzeń, którego uczestnikami byli strażnicy i więźniowie. Tym razem nie był to eksperyment, lecz historia krzywdzenia i poniżenia, która rozegrała się w więzieniu Abu Ghraib w Iraku w 2003/2004 roku. Grupa amerykańskich strażników dopuściła się tortur na Irakijczykach przetrzymywanych w Abu Ghraib w areszcie przedprocesowym. Zimbardo został poproszony przez obrońcę jednego z oskarżonych, by wystąpił w procesie jako ekspert sądowy. Tym samym Zimbardo uzyskał dostęp do szczegółów sprawy.

Więźniowie byli rozbierani do naga, kazano im symulować masturbację lub seks oralny, zakładano worki lub majtki na głowę, zmuszano do stania godzinami w niewygodnej pozycji, związanych straszono psami policyjnymi, aresztowanemu kazano wejść na pudło, przywiązano do palców przewody elektryczne i straszono, że jeśli zejdzie lub spadnie na podłogę grozi mu porażenie prądem elektrycznym. Prześladujący więźniów strażnicy robili sobie z prześladowanymi zdjęcia, które Zimbardo określił mianem „zdjęć-trofeów”.

Nie odbierając im odpowiedzialności za czyny, które popełnili, Zimbardo zwraca jednak uwagę na warunki, w jakich doszło do znęcania się. W więzieniu panowały bardzo złe warunki bytowe: brak klimatyzacji przy bardzo wysokich temperaturach, brak kanalizacji, przepełnione toalety, życie w ciągłym smrodzie, racjonowana woda, strażnicy mieszkający w małych celach więziennych. Poziom bezpieczeństwa pozostawiał wiele do życzenia: więzienie było pod regularnym ostrzałem z moździerzy; cały czas realna była groźba buntu ze strony aresztowanych przetrzymywanych bez oficjalnego powodu w przepełnionych celach i poddawanych przesłuchaniom, podczas których nie stroniono od znęcania się. Warunki pracy strażników powodowały wzmożony stres: praca 40 dni pod rząd, 7 dni w tygodniu; wielu z nich nie miało wcześniej podobnego doświadczenia zawodowego. Wreszcie niejasne relacje zależności i słaby nadzór nad pracą strażników bardzo źle wpływały na ich morale: dowódczyni zarządzająca więzieniem była nieobecna, na kondygnacji (Centrum Przesłuchań), gdzie doszło do znęcania się przez strażników, hierarchia zależności nie została jasno określona – z jednej strony zarządzać kondygnacją miał dowódca nocnej zmiany strażników, z drugiej za dnia przychodzili tu zakontraktowani do przesłuchań cywile i wbrew zasadom wojskowym wydawali strażnikom polecenia „zmiękczania” więźniów nocą, tak by przesłuchania dzienne były bardziej skuteczne.

Badania psychologiczne Ivana Chipa Fredericka, dowódcy nocnej zmiany na dwóch kondygnacjach więzienia, gdzie doszło do znęcania się i tortur, nie potwierdziły żadnych nieprawidłowości jego osobowości czy zaburzeń psychicznych. Nie był więc sadystą czy psychopatą, który trafił do więzienia i wykorzystał sprzyjające warunki, by dać upust swoim żądzom. Zimbardo wskazuje, że  sytuacja, w której znalazł się Frederick i pozostali oskarżeni strażnicy, miała ogromny wpływ na ich zachowanie. Innymi słowy, psycholog dostrzegł ewidentne podobieństwa pomiędzy obserwacjami z eksperymentu więziennego a ciągiem zdarzeń w Abu Ghraib. 

NIE TYLKO ABU GHRAIB

Wkrótce po ukazaniu się reportażu nt Abu Ghraib w CBS w programie „60 Minutes II” w kwietniu 2004 roku, generał Richard B. Myers w wywiadzie zapewnił, że brakuje dowodów, by znęcanie to było systemowe. Zimbardo wyraził zdziwienie, jak w tak krótkim czasie od pojawienia się materiału wojskowy mógł mieć pewność, że podobne przypadki nie miały miejsca. Według psychologa była to po prostu próba wykazania, że z systemem nie ma żadnych problemów (armia jest w porządku) i że za całe zło odpowiedzialne są złe jednostki (oskarżeni strażnicy). W 2006 roku okazało się jednak, że oficjalnych dochodzeń dotyczących amerykańskiej armii jest już ponad 400, co świadczyłoby o tym, że bliższy prawdy jest psycholog Zimbardo, a nie generał Myers.

JABŁKO – KOSZ Z JABŁKAMI – PRODUCENT KOSZY

Co sprawia, że dobrzy ludzie robią złe rzeczy? Zimbardo, nie będąc gołosłownym, wskazuje, że olbrzymi wpływ na ludzi w eksperymentach psychologicznych ma sieć czynników sytuacyjnych, jakie stworzy eksperymentator. Strażnicy z więzienia w Abu Ghraib byli najprawdopodobniej przykładem takiego wpływu w eksperymencie, jaki sam się stworzył w irackim więzieniu. 


W wystąpieniu TED z 2008 roku, Zimbardo mówi o swoim dorobku zawodowym i podsumowuje podejścia psychologii do czynników wpływających na zachowanie człowieka.

Podejście dyspozycyjne szuka przyczyn wewnątrz człowieka, w jego predyspozycjach genetycznych, charakterze, osobowości, itd. Jeśli kierujemy się właśnie takim podejściem, to uważamy, że człowiek popełnił złe czyny, bo sam jest zły. Zimbardo mówi, że w takim podejściu człowiek, który popełnił złe czyny jest postrzegany jako zepsute jabłko. Podejście dyspozycyjne przyjmuje często psychiatria. Psychologia społeczna dowodzi, że ludzie zazwyczaj przeceniają wagę czynników dyspozycyjnych oceniając postępowanie innych ludzi.

Podejście sytuacyjne szuka przyczyn zachowania na zewnątrz człowieka, w środowisku, w jakim wzrastał, w warunkach, w jakich żyje, czy w okolicznościach, w jakich miało miejsce dane zachowanie. Jeśli kierujemy się takim podejściem, to zauważymy, że złe czyny popełniają bardzo różni ludzie. Jeśli człowiek jest jabłkiem, to badana sytuacja będzie koszem na jabłka, który może być czysty, lub brudny, wiklinowy lub plastikowy, postawiony w suchym lub wilgotnym miejscu. Podejście sytuacyjne jest charakterystyczne dla psychologii społecznej. 

Zimbardo zwraca uwagę, że można zastosować także podejście systemowe. Tutaj analizuje się szeroko pojęte okoliczności wpływające na człowieka – uwarunkowania polityczne, ekonomiczne, kulturowe, na które wpływ mają ludzie u władzy. Jeśli w podejściu dyspozycyjnym rozmawialiśmy o człowieku (jabłku), w sytuacyjnym o środowisku (koszu), to w podejściu systemowym będziemy mówić o stwarzaniu środowiska lub wielu środowisk (produkcji i producentach koszy). 

W Abu Ghraib ludzie u władzy usiłowali najpierw sprowadzić całe zajście do paru „zepsutych jabłek”. Kiedy to było niewystarczające, zaczęto przyglądać się panującej siatce zależności w Abu Ghraib (podejście sytuacyjne). Kiedy zaś wyszło na jaw, że podobne problemy występują w 400 innych przypadkach, sensowne (choć niekoniecznie wygodne) stało się rozważenie sprawy w kategoriach systemowych.  

Jeśli sytuacja ma wpływ na ludzi, nie możemy się od tego odciąć i twierdzić, że nam na pewno by się to nie przytrafiło. Zaprzeczalibyśmy albo wnioskom płynącym z eksperymentów albo własnemu człowieczeństwu. Tak, człowieczeństwo niesie ze sobą potencjał zarówno do dobrego i złego. Warto wiedzieć o wpływie sytuacji, by pewnych sytuacji unikać lub w nieuniknionych sytuacjach zachowywać wzmożoną czujność. Nie tylko, by nie stać się ofiarą, ale także, by nie zostać katem. Z kolei uwarunkowania systemowe mogą nam uświadomić, jak głęboko leży problem i jak szeroko zakrojonych, systemowych działań wymaga jego skuteczne rozwiązywanie. Przykładem niech będzie rasizm czy seksizm.

JAK TO SIĘ PRZEKŁADA NA ZWIERZĘTA I WEGANIZM?

Jak to się ma do głównych tematów, o których piszę na tym blogu, czyli do praw zwierząt i weganizmu? Czy zamierzam teraz przychylić się jednak do podejścia dyspozycyjnego i napisać coś o sadystach wsadzających żywe koty do włączonego piekarnika lub robiących inne, równie okrutne rzeczy, które wywołują oburzenie ogółu? Nie, nie zamierzam pisać o – mimo wszystko – wyjątkach, czyli o ludziach z poważnymi zaburzeniami psychiki/osobowości. Takich jest niewielu - jak słusznie zauważyli psychiatrzy zapytani przez Milgrama o prognozę wyników badania z prądem. Interesuje mnie za to wymiar sytuacyjny i systemowy stojący za zachowaniami zwykłych ludzi wobec innych ludzi, bo, jak sądzę, można dokonać pewnego porównania do zachowań zwykłych ludzi wobec zwierząt, szczególnie tych, od których jesteśmy najczęściej oddzieleni, tak jak w badaniu Milgrama nauczyciele od uczniów przegrodą, która ma wymiar nie tylko przestrzenny, ale na dodatek czasowy i kulturowy/ symboliczny – zwierząt, z których krzywdzenia korzystamy kupując i konsumując mięso, jaja, nabiał, a także inne produkty – choćby kupując i nosząc skóry (z włosem lub bez) czy wełnę. 

COŚ WIĘCEJ O TEJ KRZYWDZIE

Jaka to krzywda? To traktowanie zwierząt jak surowiec albo maszyny i wszystkie wynikające z tego podejścia konsekwencje: (1) selekcja hodowlana ukierunkowana na nasze korzyści (wydajna produkcja jaj, mleka, mięsa, skór, wełny i futer) bez względu na utratę zdrowia i cierpienie zwierząt, (2) utrzymywanie zwierząt w warunkach zapewniających wydajną produkcję bez względu na utratę zdrowia i cierpienie zwierząt, (3) pozbawienie życia, aby zapewnić wydajność produkcji (przerobić na mięso lub pozbyć się zwierząt niewydajnych) bez względu na to, że utrzymanie życia jest podstawowym interesem każdej żyjącej i czującej istoty, (4) wybór metody pozbawienia życia zapewniający szybkość, wydajność i dochodowość rzeźni bez względu na strach, ból i cierpienie zwierząt. Uprzedmiotowienie zwierząt ma wszystkie wady zniewolenia ludzi, a poprzez selekcję hodowlaną sprawia, że więzieniem zwierzęcia jest nie tylko klatka czy obora, w której zwierzę mieszka, ale także jego własne ciało. Szereg elementów uprzedmiotowienia zwierząt dotyka też zwierząt domowych, które też są hodowane pod kątem spełniania parametrów „miłośników ras”. Niemniej największe piętno odciska się na zwierzętach hodowanych na jaja, mleko i mięso oraz na wełnę, skóry i futra. 

SYTUACJE, SYTUACJE I JESZCZE RAZ SYTUACJE

Skoro ponad 90 procent społeczeństwa korzysta z bezwzględnej eksploatacji zwierząt, a tylko 1 procent społeczeństwa to sadyści/psychopaci, należy więc raczej odrzucić podejście dyspozycyjne i przejść do sytuacyjnego. Jakie to sytuacje i okoliczności sprawiają, że korzystamy chętnie z ewidentnej krzywdy zwierząt, a żeby tego było mało, lubimy mówić (z pełnym przekonaniem), że kochamy zwierzęta? Tych sytuacji jest całe mnóstwo. Zaczynają się od wczesnego dzieciństwa, kiedy rodzice podają nam „delikatnego kurczaka w słoiczku”, „leczo z mozarellą i kluseczkami” (danie po ósmym miesiącu życia), szykują nam jajeczniczkę, podają jogurcik z krowiego mleka (czasem z koziego, jak się okaże, że na krowie źle reagujemy) czy zaopatrują w skórzane buciki. Kiedy zaczynamy wymawiać słowa „kulczak”, „jajko” czy „mleczko”, są to już słowa związane z jedzeniem, a nie ze zwierzętami. Oglądamy mamę i tatę jedzących chleb z szynką, zabielających zupę śmietaną, rodzinę zajadającą się kiełbasą z grilla. W szkole utrwalamy „odpowiednie” skojarzenia łącząc kreskami w zeszycie ćwiczeń kurę z jajkiem, krowę z mlekiem, świnię z mięsem. Dział spożywczy w markecie wita nas tysiącem produktów z rysunkami uśmiechniętych kur, krówek i świnek. Reklamy w telewizji, radiu i na ulicy nie pozwalają nam zapomnieć o tych produktach. Sytuacja za sytuacją, przykład za przykładem, skojarzenie za skojarzeniem tworzą normę i zachętę, a w zasadzie rytmicznie pracujący walec, który wygładza i utwardza drogę, którą mamy się poruszać i którą się poruszamy. 



SYSTEM

Jak ma się do tego podejście systemowe? Otóż okazuje się, że to nie tylko moja matka, moja rodzina, moja szkoła i moja okolica tak funkcjonują. Tak funkcjonuje społeczeństwo: wiele matek, wiele rodzin, wiele szkół i wiele miejscowości. Tak funkcjonuje gospodarka, rząd, parlament, system edukacji i ustawodawstwo i sądownictwo. Eksploatacja zwierząt jest instytucjonalnie akceptowana, legalna i promowana. Nawet Ustawa o ochronie zwierząt jest tego świadectwem, bo de facto tylko reguluje eksploatację zwierząt. Powszechnie akceptowanym podejściem jest szowinizm gatunkowy, czyli lekceważenie interesów zwierząt pozaludzkich, nawet tych najbardziej podstawowych, tylko dlatego, że zwierzęta te nie są ludźmi. Listkiem figowym, którym przykrywamy tę bezwzględność i zachowujemy dobre mniemanie o sobie, jest nasz stosunek do zwierząt domowych. W praktyce nie zawsze jest się czym chwalić (ani hodowaniem ras ani zaniedbywaniem/porzucaniem zwierząt), ale w zasadzie, kiedy mówimy, że kochamy zwierzęta, nasze myśli biegną właśnie ku kotom i psom (rzadziej ku paru innym gatunkom; lubimy też podziwiać dzikie zwierzęta i dlatego nie lubimy myśliwych). Wspomniana Ustawa o ochronie zwierząt też stanowi część figowego listka, podobnie jak szereg organizacji „prozwierzęcych” prowadzących kampanie na rzecz polepszenia dobrostanu zwierząt (w ramach akceptowanej domyślnie eksploatacji), które od swoich zwolenników oczekują nie przejścia na weganizm, ale przekazania pieniędzy na kampanię czy złożenia podpisu pod stosowną petycją.

SYSTEMOWA OBOJĘTNOŚĆ: PRAWO, GOSPODARKA, EDUKACJA, KULTURA

Systemowy charakter tej obojętności na krzywdę zwierząt (pojęcie szowinizmu gatunkowego ukuł angielski psycholog Richard Ryder) w praktyce polega właśnie na instytucjonalizacji krzywdzenia zwierząt: ustala się ramy prawne, minimalne standardy utrzymania zwierząt, określa się gatunki zwierząt, które wolno eksploatować w określony sposób (np. zaliczając je do „zwierząt gospodarskich” i ustalając, że krowy są eksploatowane do produkcji mleka, cielęciny i wołowiny, a kury dla jaj i mięsa rosołowego itd.), określa się też sposób wdrażania przepisów, ich kontroli i egzekwowania, zaprasza się do rozmów organizacje, które nie kwestionują eksploatacji zwierząt jako takiej, lecz deklarują zainteresowanie regulacją tej eksploatacji. 

Osoby lub podmioty eksploatujące zwierzęta w taki sposób są przedsiębiorcami, którzy od swojej działalności płacą podatki, i mogą niejednokrotnie liczyć na ulgi czy dotacje. Produkcja żywności roślinnej nie jest preferowana. Żywność pochodzenia zwierzęcego jest reklamowana agresywnie, w sposób niczym nieograniczany przedstawia wyobrażone warunki eksploatacji  (zieloną trawkę i idylliczne obrazki). Często stosowanym chwytem jest przedstawianie zwierząt jako zadowolonych wolontariuszy, chętnie serwujących nam własne jajka, mleko czy ciało (mięso).

Równocześnie system edukacji szkolnej aktywnie uczy szowinizmu gatunkowego: (1) przedstawia eksploatację zwierząt określonych gatunków jako rzecz normalną, właściwą, społecznie pożądaną i potrzebną; (2) nie informuje, że dieta roślinna jest odpowiednia na każdym etapie życia i nie oferuje chętnym dalszych informacji, jak taką dietę ułożyć; (3) nie zwraca uwagi, że noszenie skóry czy wełny nie jest konieczne i że obuwie i ubrania bez produktów odzwierzęcych są dostępne; (4) nie zachęca do krytycznego spojrzenia na eksploatację zwierząt; (5) nie zapewnia uczniom pełnowartościowej diety wegańskiej w stołówkach, na szkolnych wycieczkach i zielonych szkołach, (6) uczy szacunku tylko do wybranych zwierząt (domowych), (7) nauczyciele, którzy chcieliby taką krytyczną edukację podjąć, mogą spodziewać się reprymendy ze strony dyrekcji (chyba że ograniczą się do wersji „soft” – krytykując cyrki ze zwierzętami lub noszenie futer).

Obrazu dopełnia kultura – filmy, książki, sztuka – która najczęściej wplata eksploatację zwierząt jako przezroczyste tło lub kanwę dla opowiedzenia historii ludzi i (czasem) zwierząt domowych.

Ludzie wpisujący się w instytucjonalny szowinizm gatunkowy mają łatwiej: nie muszą o nic pytać, prosić, niczego sprawdzać. Wszystko jest urządzone tak, by mogli poruszać się bez przeszkód w świecie, gdzie eksploatacja zwierząt jest wyborem domyślnym. Wychowani i wyedukowani w szowizmie gatunkowym nie muszą nawet o nim myśleć, podobnie jak kiedyś bez żadnych przeszkód poruszali się mężczyźni w świecie niekwestionowanego patriarchatu. Robienie złych rzeczy zwierzętom w takich sytuacjach i w takim systemie jest bajecznie proste i nie wymaga nawet złej woli. Wystarczy konformizm, obojętność i brak poczucia osobistej odpowiedzialności, o co w tak wykreowanym świecie bardzo łatwo. Ten system to jedna wielka pułapka na z gruntu dobrych ludzi.

EFEKT LUCYFERA

Zimbardo wymienia 7 procesów społecznych, które ułatwiają staczanie się w kierunku zła:

1. Bezmyślne robienie pierwszego małego kroku
2. Dehumanizacja Innych
3. Deindywidualizacja siebie (anonimowość)
4. Rozmycie osobistej odpowiedzialności
5. Ślepe posłuszeństwo władzy/autorytetowi
6. Bezkrytyczne podporządkowanie się normom grupowym
7. Bierna tolerancja wobec zła poprzez brak działania lub obojętność.

Wygląda na to, że większość tych procesów znajduje swoje zastosowanie w kształtowaniu szowinizmu gatunkowego, który przekłada się na tak ogromną krzywdę zwierząt.

EFEKT BOHATERA

Równocześnie Zimbardo szuka recepty na to, co robić, by zachęcić ludzi do robienia dobrych rzeczy. Okazuje się, że tak jak banalne potrafi być zło (jak określiła to Hannah Arendt relacjonując proces nazisty Eichmanna), tak banalne potrafi być też dobro: każdy z nas, przy odrobinie dobrych chęci, może stawać się „bohaterem dnia codziennego”. Wystarczy świadomie przeciwstawić się procesom, które popychają nas ku złu. Zimbardo radzi, byśmy bezmyślności przeciwstawiali refleksję i krytyczne myślenie, ślepemu posłuszeństwu – nonkonformizm, byśmy unikali dehumanizowania innych (tu warto dodać unikanie uprzedmiotawiania zwierząt), brali częściej odpowiedzialność za to co robimy i nie zasłaniali się przynależnością do grupy i wreszcie byśmy wychodzili ze strefy komfortu i reagowali na zło zamiast milczeć i odwracać wzrok. 

Bardzo cenię dorobek Zimbardo, choć mam krytyczne spojrzenie na fakt, że w swojej analizie pomija zwierzęta. Na szczęście, słuchając go uważnie wiem, że ślepe podporządkowanie się autorytetowi nie jest dobrym podejściem. Dlatego właśnie do tej analizy, naszej skłonności do złych i dobrych uczynków, włączam zwierzęta i promuję weganizm. Bo zwierzęta na to zasługują, a każdy z nas może zostać małym bohaterem zaczynając od kruszenia własnej obojętności. 


 Czytaj dalej:
Polecam książkę Zimbardo "Efekt Lucyfera (LINK), ale jeśli nie masz czasu, obejrzyj przynajmniej jego wystąpienie na TED (20 min, polskie napisy) (LINK)


wtorek, 1 maja 2018

Lodówka z kurczakiem i szafa bez futra

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Przeglądając ostatnio artykuły na temat ferm drobiarskich i futrzarskich, postanowiłam odpowiedzieć na pytanie czym różnią te dwa rodzaje ferm. Wyszło mi pięć punktów:

1. Większość obywateli i obywatelek regularnie je kurczaki i praktycznie nie nosi futra.

2. Większość nie widzi niczego niewłaściwego w eksploatacji kur i jednocześnie dostrzega, że z eksploatacją norek i lisów jest coś nie tak.

3. Większość nie postrzega kur jako czujące, myślące zwierzęta, które chcą żyć i unikać cierpienia. Ta sama większość znacznie chętniej pomyśli w ten sposób o norkach i lisach.

4. Większość jest chętna do podejmowania tematu ferm drobiarskich raczej w kontekście trucia środowiska i utrudniania życia lokalnej społeczności, jednak z pominięciem krzywdy tysięcy uwięzionych na fermach zwierząt. Raporty oddziaływania takich ferm na środowisko można przeczytać na wielu portalach, gdzie ekologia jest uznawana za istotny temat. Większość z nich pomija milczeniem fakt, że fermy te są miejscem systemowego i masowego krzywdzenia zwierząt. Ta sama większość zainteresowana wyłącznie nieekologicznością ferm drobiarskich jest skłonna, w przypadku ferm futrzarskich, obok ekologii poddać refleksji także cierpienie norek i lisów.

5. Większość nie szuka informacji, czy rzeczywiście trzeba jeść mięso (a także jaja czy nabiał). Gdy docierają do nich informacje, że możliwa jest dieta roślinna, nie podejmują tematu albo przytaczają argumenty, które według nich rozsądnie uzasadniają ich prawo do takiej konsumpcji. Ta sama większość bez większego trudu zgodzi się, że noszenie futra to zbytek i kaprys okupiony cierpieniem zwierząt.

Skąd takie różnice, skoro większość obywateli i obywatelek, nie tylko w dzieciństwie, przyznaje, że kocha zwierzęta?. Ok, najczęściej chodzi o zwierzęta, które mieszkają z nimi w domu i są traktowane jak członkowie rodziny. Ale nie tylko. Schroniska i organizacje zajmujące się adopcją zwierząt domowych także mogą liczyć na społeczne wsparcie. Większość bywa też dość często wrażliwa na los zwierząt należących do gatunków zagrożonych, wspierają działania zmierzające do ochrony gatunkowej, by zwierzęta takie mogły nadal żyć, rozmnażać się, mieć gdzie żyć. Większość (bez szału ale jednak), jest gotowa poprzeć zakaz ferm futrzarskich i cyrków ze zwierzętami. 

Skoro mówimy, że kochamy i faktycznie potrafimy kochać (przynajmniej niektóre) zwierzęta, a przez miłość mam na myśli nie tylko fascynację i przyjemność trzymania przy sobie, ale także gotowość do poświęcenia czasu, uwagi, pieniędzy, komfortu, czy np. wakacji na rzecz zwierząt, to odłóżmy na bok fakt, że równocześnie jemy mięso, nabiał i jaja (my – czyli ta społeczna większość) i spójrzmy jeszcze raz na powyższe różnice między fermami drobiarskimi i futrzarskimi, a w zasadzie na różnice naszego postrzegania tych jakże podobnych do siebie miejsc: 

1. To prawda, że większość obywateli i obywatelek je kury i nie nosi futer. Dlaczego? Kurze mięso jest tanim i łatwo dostępnym produktem, którym regularnie karmiona jest większość dzieci. Z takim doświadczeniem wchodzimy w kolejne lata naszego życia. Natomiast futrzane płaszcze są drogim produktem, noszonym od czasu do czasu, na którego zakup stać osoby dobrze zarabiające. 

2. W związku z punktem 1, większość jest przyzwyczajona do jedzenia kur (i nie tylko). Przyzwyczajenie sięgające dalej niż nasze pierwsze wspomnienia sprawia, że uznajemy to za oczywiste, naturalne, normalne i bezdyskusyjne. Jesteśmy oswojeni ze skojarzeniem kurczak – mięso. Nawet jako nastolatki mamy już doświadczenie powtarzania tego skojarzenia wiele tysięcy razy: podczas oglądania i kupowania kurzych piersi w sklepie czy kurzych udek w fast foodzie, podczas oglądania reklam, jedzenia, w trakcie patrzenia jak jedzą to inni, rozmawiania o przepisach na rumiane skrzydełka, czy podczas robienia kanapki z kurczakiem na drugie śniadanie. 

Wyszukiwanie obrazów w Google - hasło: KURCZAK


Skoro tak, to równie bezdyskusyjne staje się zaplecze naszego przyzwyczajenia – fermy drobiarskie. Nie może z nimi być coś „nie tak”, bo podważyłoby to bezdyskusyjność naszych przyzwyczajeń i skojarzeń. Z futrami zaś mamy mniejszą styczność (choć nie tak małą jak mogłoby się wydawać – w końcu sporo zimowych ubrań ma futrzane obszycia), dlatego – być może – łatwiej nam zgodzić się, że coś może być z tym nie tak.

3. W związku z punktem 1, choć zarówno kury jak i norki czy lisy są czującymi, zwierzętami, wolimy o regularnie jedzonych przez nas kurach myśleć przedmiotowo - jak o żywym mięsie, które prędzej czy później trafi na nasze talerze. Dzieje się tak nie dlatego, że jesteśmy sadystami. Wręcz przeciwnie, działa tu redukcja dysonansu poznawczego: sprowadzając czujące zwierzęta do kawałka mięsa redukujemy nasz dyskomfort wynikający z przekonania, że jesteśmy przeciwni krzywdzeniu innych. Taki zabieg jest niezbędny dla zachowania równowagi psychicznej w społeczeństwie, które równocześnie angażuje nas od najwcześniejszych lat naszego życia w eksploatację zwierząt, i które uczy, że mamy nie krzywdzić zwierząt. 

Kury, podobnie jak norki czy lisy, odbierają świat za pomocą zmysłów, przetwarzają docierające do nich informacje w mózgach, myślą, przeżywają emocje, są zdolne do odczuwania bólu i przyjemności. Eksploatacja i pozbawianie życia nie jest ani w interesie kur, ani norek czy lisów. Redukcja dysonansu poznawczego, która działa tak bardzo na niekorzyść kur (jak i wszystkich zwierząt, z których eksploatacji regularnie korzystamy), nie dotyka w takim stopniu norek i lisów tylko i wyłącznie dlatego, że większość z nas nie nosi futer. Ironia losu? Niesprawiedliwość? Z pewnością tak. Różnica w zdolności do myślenia, odczuwania między kurami a norkami i lisami? Z pewnością nie.

4. W związku z punktem 1, brak zapału do szukania informacji na temat diety roślinnej, jest u większości dość powszechny. Redukcja dysonansu poznawczego, o której pisałam powyżej, praktycznie załatwia nam sprawę. Skoro kurczak to kawałek mięsa, a kura i krowa to takie coś, co stoi za produkcją jajek i mleka, to w zasadzie nie interesują nas pytania: Czy musimy jeść mięso? Czy musimy jeść jaja i nabiał? Wystarczy, że możemy, bo kiedy myślimy, że kochamy zwierzęta, nasze skojarzenia ograniczają się do zwierząt domowych i zagrożonych gatunków, nie zaś do kur, krów czy świń, które tak naprawdę wyłączyliśmy w naszej wyobraźni z kategorii „zwierzęta”. 

Redukcja dysonansu poznawczego nie jest jedyną przyczyną, dzięki której akceptujemy masową eksploatację niektórych zwierząt. Dzieje się też tak dlatego, że działa presja kultury, której mocnym składnikiem jest szowinizm gatunkowy. Działa on wobec zwierząt tak jak rasizm wobec ludzi należących do historycznie i współcześnie dyskryminowanych grup „rasowych”, czy jak seksizm wobec historycznie i współcześnie dyskryminowanej płci – kobiet. 

Głównym założeniem szowinizmu gatunkowego jest przekonanie, że ludzie mogą nie brać poważnie nawet najistotniejszych interesów zwierząt (np. ich zdrowia i życia) tylko dlatego, że zwierzęta te nie są ludźmi. Praktycznym przejawem szowinizmu gatunkowego jest właśnie eksploatacja zwierząt. Im bardziej je eksploatujemy, tym bardziej utwierdzamy się w przekonaniu, że jest to właściwe i bezdyskusyjne. Jeśli zaś nasza empatyczna natura podpowiada, że coś jest nie tak, mamy zawsze do dyspozycji redukcję dysonansu poznawczego i tysiące dotychczasowych przykładów z własnego życia, życia rodziny, edukacji szkolnej i reklamy, które wszystkie są przejawem tej właśnie szowinistycznej kultury. 

Dlatego fermy drobiarskie stanowią niekwestionowaną część szowinistycznego krajobrazu. Jedyną rzecz nad jaką będziemy się ewentualnie zastanawiać to ich wpływ na środowisko. Dlatego łatwym wyjątkiem mogą być tylko takie formy wykorzystywania, które są dla większości rzadkie – jak fermy futrzarskie obsługujące zdecydowaną mniejszość społeczeństwa. Dlatego nasz stosunek do zwierząt domowych zasadniczo wpisuje się w szowinizm gatunkowy (kiedy nie zważając na zdrowie zwierząt, tworzymy rasy, które mają sprostać naszym estetycznym zachciankom). Oczywiście adoptujemy też zwierzęta bezdomne i traktujemy jak członków rodziny – to jednak jest WYJĄTEK od reguły, którą jest szowinizm gatunkowy.  

Podobnie jak rasizm i seksizm, czy inne formy dyskryminacji ludzi, także szowinizm gatunkowy jest uprzedzeniem, które z jednej strony towarzyszy nam od zawsze, lecz z drugiej strony, z którego szkodliwości zaczynamy sobie coraz lepiej zdawać sprawę. Mówi się o tym otwarcie od lat 70. XX wieku (pojęcie „speciesism” ukuł angielski psycholog Richard Ryder). 



Praca nad własnymi uprzedzeniami nie jest łatwa, szczególnie jeśli występują one powszechnie w społeczeństwie i są wspierane przez wychowanie, edukację i kulturę. Wiemy to wszyscy w odniesieniu do ksenofobii (której odmianą jest rasizm) i seksizmu. Jest to szczególnie aktualne dziś, gdy współczesna polityka tak mocno uwikłana jest w populistyczne sianie strachu przed „obcymi”, że jesteśmy w stanie wyłączać zwykłą przyzwoitość i empatię wobec uchodźców, czyli ludzi, których życie i zdrowie jest zagrożone. Jest to także aktualne dziś, gdy akcja #MeToo pokazuje jak duża jest skala agresywnego, przemocowego seksizmu i jak seksizm każe wielu mężczyznom "płakać", że teraz „nie będzie już można niewinnie flirtować”. Jest to także aktualne w odniesieniu do szowinizmu gatunkowego. Zdamy sobie z tego sprawę wszyscy (lub większość z nas zdolna do zwykłej empatii), jeśli poddamy dyskusji to, co dotąd uznawaliśmy za normalne i bezdyskusyjne – naszą eksploatację zwierząt.

Weganizm, czyli sprzeciw wobec traktowania zwierząt jak zasoby, przedmioty, maszyny, sprzeciw wobec eksploatacji zwierząt i wprowadzenie go w życie poprzez odrzucenie jajek, nabiału, mięsa, skór, wełny (a nie tylko futer i cyrków ze zwierzętami) jest na wyciągnięcie każdej ręki, którą kieruje empatyczna głowa. Tak, będą sytuacje, w których będzie trudniej go realizować, ale jak każda walka ze szkodliwymi uprzedzeniami i przyzwyczajeniami, ten wysiłek jest wart poniesienia, dla lepszego, bardziej pokojowego, mniej brutalnego świata.

-------------------------- 
Czytaj dalej:
  • "Nakarmi, odmłodzi, uleczy, zdrowie zabezpieczy. Weganizm?" (LINK)
  • "Pieśń słowika, piersi z kury" (LINK)
  • "Uniwersalny zegar przemocy tyka" - o seksizmie (LINK)
  • O rasizmie (LINK)
  • Statystyki sprzeciwu wobec zwierzętom w cyrkach (55%) (LINK) i fermom futrzarskim (67%) (LINK)



niedziela, 10 grudnia 2017

Nakarmi, odmłodzi, uleczy, zdrowie zabezpieczy. Weganizm?

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Znajoma, wiedząc, że jestem weganką, zapytała mnie gdzie może zjeść bezglutenowy obiad. Nie miałam pojęcia. Nie mam nic do glutenu. Jestem tylko weganką. Najwyraźniej jednak „wegański” i „bezglutenowy” skleiły się ostatnio w dwupak dając na przykład wegańskiego burgera bezglutenowego czy bezglutenową wegańską pizzę. Idźmy dalej, wegańskie bezglutenowe ciasto bez białego cukru. A może wegańskie bezglutenowe kotlety bez soi? 

Czy wegański produkt zawsze jest bezglutenowy? Czy wegański produkt musi być bez soi i cukru? Aż się prosi zapytać czy wegańskie jedzenie jest zawsze bez czegoś, czy jest wybrakowane i niesmaczne? Czy weganizm to nowy trend w zdrowym odżywianiu? A może nawet dieta cud? No i wreszcie czy weganizm to tylko dieta? Uwaga spoiler: wcale nie!



Moda na weganizm zredukowała go do diety roślinnej. Najpopularniejsze obecnie są wegańskie blogi kulinarne, a w mediach o weganizmie najczęściej mówi się i pisze właśnie przez pryzmat diety. Faktycznie najwięcej wegańskich wyborów dotyczy jedzenia, bo większość z nas je parę razy dziennie. Jednak w weganizmie chodzi o dużo więcej.

Moda na dietę roślinną napędzana jest poszukiwaniem diety idealnej, która ma wyleczyć lub uodpornić nas na wszystkie choroby, zapewnić optymalne zdrowie, a także pozwolić zachować młody wygląd przez całe życie. Dietę wegańską wpisuje się w ten sposób w wachlarz diet, których ludzie próbują w poszukiwaniu cudownego panaceum na wszystkie bolączki.  Dieta wegańska zredukowana do diety leczniczej lub diety cud występuje w gronie diety bezglutenowej, diety bezcukrowej, diety surowej, frutarianizmu a nawet  - o zgrozo – bretarianizmu. 

Jak to jest z tymi dietami? Dieta bezglutenowa jest często stosowana bez uzasadnienia medycznego. Ktoś ma jakieś bliżej niesprecyzowane dolegliwości i zamiast udać się do lekarza po diagnozę, postanawia spróbować diety bezglutenowej, którą stosuje i zachwala już grono koleżanek i kolegów. Odpada zwykłe pieczywo pszenne czy żytnie, pizza i kasza jęczmienna. Dieta bezcukrowa do zera eliminuje składnik, który wystarczy ograniczać. Zamiast kupować mniej ciastek, adept diety bezcukrowej odmawia spożycia wszystkiego, co zawiera dodany cukier, ograniczając zakres gotowych produktów, które mógłby kupić lub zjeść idąc w odwiedziny. Dieta surowa sugeruje przestawienie się w pełni na jedzenie surowe, choć część produktów łatwiej zjeść i przyswoić w formie gotowanej, nie mówiąc już o tym, że surowa dieta jest bardziej kłopotliwa w przygotowaniu i stosowaniu; może także utrudniać uzyskanie niektórych potrzebnych składników odżywczych. Dieta owocowa nie jest w ogóle zrównoważonym sposobem odżywiania, zaś bretarianizm stanowi już nie tyle dietę co formę wiary w możliwość niejedzenia w ogóle i odżywiania się samą „praną”. 

Dla wielu osób, przejście na dietę roślinną motywowane lękiem o własne zdrowie, stanowi dopiero pierwszy krok w stronę eksperymentowania z dietami. Niestety. Następnym „logicznym” krokiem ma być któraś z proponowanych diet: wykluczenie gotowania, glutenu, cukru, a także soi. Nazywanie tego surowym weganizmem, czy bezglutenowym weganizmem jest niewłaściwe, bo weganizm, jak już mówiłam wcześniej nie jest dietą. Można co najwyżej mówić o różnych dietach roślinnych – czyli np. o surowej diecie roślinnej czy bezglutenowej diecie roślinnej. Wstawiona w taki kontekst dieta wegańska często obrasta dodatkowymi, niepotrzebnymi ograniczeniami, które wbrew oczekiwaniom powodują zmęczenie, stwarzają dodatkowe trudności, zazwyczaj nie spełniają zawyżonych oczekiwań, powodują niedobory żywieniowe i kończą się porzuceniem roślinnego odżywiania, a tym samym przekreśleniem weganizmu.



Niestety naszym pragnieniem znalezienia diety idealnej instrumentalnie posługują się nie tylko samozwańczy guru żywieniowi, ale także niektórzy aktywiści prozwierzęcy chcący propagować weganizm. Intencje słuszne, ale cel nie uświęca środków. Niedawno nakręcony amerykański film „What the Health” jest przykładem takiej wegańskiej propagandy obiecującej gruszki na wierzbie, chyba w nadziei, że ludzie poszukujący panaceum na swoje choroby i dolegliwości spróbują diety roślinnej i przy okazji zainteresują się losem zwierząt eksploatowanych w celu produkcji jaj, nabiału i mięsa, a  na dalszym etapie, być może także ich zainteresowanie poszerzy się o inne formy krzywdzenia zwierząt – np. w przemyśle odzieżowym czy rozrywkowym, kosmetycznym i medycznym. 

Dietetyczka Virginia Messina, specjalizująca się od parudziesięciu lat w dietach roślinnych i weganka, równocześnie osoba, której zależy na upowszechnianiu dietetyki opartej na dowodach naukowych, napisała bardzo krytyczną recenzję tego filmu. Wytyka autorom, że przedstawiają twierdzenia nieznajdujące potwierdzenia w dowodach naukowych. Wyolbrzymiają zarówno szkodliwość produktów odzwierzęcych porównując np. przetworzone mięso do papierosów, jak i fantastyczość produktów roślinnych sugerując, że można być zdrowym i wyleczyć choroby takie jak niedokrwienną chorobę serca tylko na diecie roślinnej. Nauka o związku diet z chorobami i zdrowiem jest dużo bardziej złożona i wyciąganie prostych wniosków, choć atrakcyjne, w rzeczywistości nie jest możliwe. Messina krytykuje także przytaczane przykłady błyskawicznych "uzdrowień" dietą roślinną - zwyrodnienia stawów, tocznia rumieniowatego układowego, czy depresji. Podkreśla, że nie ma dowodów naukowych na takie leczące właściwości diety roślinnej i konstatuje, że wiarygodność ruchu wegańskiego jest podważana właśnie przez takie przekłamania, wyolbrzymienia na temat zdrowotnych aspektów diety roślinnej. 

Choć dieta roślinna nie jest dietą cud, to istnieją dowody naukowe, że może mieć WIELE zalet prozdowotnych, służyć w profilaktyce i leczeniu NIEKTÓRYCH chorób, ale trzeba uczciwie powiedzieć, że z powodzeniem takim samym narzędziem może być dieta w większości roślinna i zawierająca w mniejszości produkty odzwierzęce. Dopiero z etycznego punktu widzenia, wtedy gdy sprzeciwiamy się eksploatacji zwierząt promocja diety stuprocentowo roślinnej ma pełen sens, co Messina wielokrotnie potwierdza na swoim blogu.

Dieta wegańska powinna być dobrze ułożona, tak aby mogła służyć naszemu zdrowiu. Nie wystarczy zastąpić kotleta wieprzowego kotletem sojowym, jajecznicę tofucznicą, kanapki z serem żółtym z krowiego mleka kanapką z serem żółtym z soi. Gdybyśmy tak zrobili, moglibyśmy mieć dość monotonną dietę. Trzeba się trochę wysilić, poznać podstawowe grupy pokarmowe na diecie roślinnej, doczytać o witaminie B12 i witaminie D, pomyszkować trochę po wegańskich blogach, nauczyć się czytać etykiety w sklepie spożywczym. Jest parę rzeczy do zrobienia, które same się nie zrobią. Czasem nawet warto wybrać się do dietetyka znającego się na dietach roślinnych. 

Dieta wegańska, jak napisałam, nie ma nic wspólnego z wykluczaniem glutenu, cukru, soi, soli czy przetworzonych produktów. Dieta wegańska to dieta roślinna, kropka. Może być nisko lub wysokokaloryczna, mało lub bardzo przetworzona, surowa lub gotowana, smażona i pieczona. Słodka, słona, pikantna, kwaśna, gorzka. Dieta wegańska może być sycąca i smaczna. Warto czytać i próbować przepisy i produkty, by się o tym przekonać. 

Weganizm zaś nie ogranicza się do wegańskiej diety. To sprzeciw wobec krzywdzenia i zabijania zwierząt. W praktyce oznacza to unikanie produktów pochodzących z eksploatacji i krzywdzenia zwierząt i usług związanych z taką eksploatacją i krzywdą. Zwierzęta eksploatuje się nie tylko w celu uzyskania jaj, nabiału i mięsa, ale także dla uzyskania wełny, skóry czy futer. Wykorzystuje się je w laboratoriach testując różne substancje i produkty. Zwierzęta są też wykorzystywane w jeździectwie, cyrkach, parkach rozrywki i ogrodach zoologicznych. Hoduje się zwierzęta domowe, aby spełniały funkcję ozdobną, towarzyszącą, wartowniczą, ratunkową i wiele innych. Wszędzie tam, gdzie zwierzę jest przedmiotem bardziej niż podmiotem, tam mamy do czynienia z krzywdzącym wykorzystywaniem, któremu weganizm się sprzeciwia. Siłą rzeczy więc nie może ograniczać się do diety. 



Weganizm jest innym spojrzeniem na zwierzęta od tego, do czego przyzwyczaił nas szowinizm gatunkowy mający na względzie interesy człowieka i dyskryminujący z zasady nawet najbardziej żywotne interesy zwierząt. Weganizm jest ruchem społecznym postulującym zmianę zasad postępowania wobec zwierząt. Zmiana ta bezwzględnie musi zacząć się od każdego z nas z osobna. Nie ma bowiem poważnego myślenia o zwierzętach bez weganizmu, chyba że pod słowo „zwierzęta” podstawimy tylko ulubione gatunki zwierząt, takie jak psy i koty. Podobnie jak nie ma poważnego myślenia o prawach człowieka bez feminizmu i antyrasizmu, chyba że pod słowo „człowiek” podstawimy tylko białego mężczyznę. 

Wciąż jednak udajemy, że nie ma konfliktu interesów pomiędzy naszym zatroskaniem o zwierzęta, a jedzeniem mięsa, sera żółtego, jajek, noszeniem skórzanych butów i wełnianych swetrów. Jednak prawdziwy sprzeciw wobec krzywdzenia zwierząt nie da się połączyć z regularną, nieincydentalną eksploatacją zwierząt. Musimy wreszcie stawić temu czoła i równolegle do rozmowy o dobru zwierząt prowadzić rozmowę o weganizmie.


Więcej informacji:

  • Grupy pokarmowe na diecie roślinnej: produkty zbożowe (kasze, ryż, pieczywo, makarony), rośliny strączkowe (fasole, groch, ciecierzyca, soczewica, soja, przetwory sojowe), inne warzywa, owoce, orzechy i pestki (LINK - po angielsku)
  • Mój artykuł o witaminie B12: "B12? Tak, biorę" (LINK)
  • O witaminie B12 i D na blogu dla sportowców na diecie roślinnej Veganworkout.org.pl (LINK)
  • Dieta roślinna jest możliwa, a jeśli dobrze się ją ułoży, jest zdrowa, zapewni składniki odżywcze, a nawet pomoże w profilaktyce niektórych chorób. Takie jest stanowisko największej na świecie organizacji zrzeszającej dietetyków, amerykańska Academy of Nutrition and Dietetics (LINK)  i wersja starsza, po polski (LINK)
  • Przepisy kuchni wegańskiej z wielu blogów w programie Stowarzyszenia Empatia „Weganizm.Spróbujesz?” (LINK)
  • Wegecentrum - specjalistyczne dietetyczne porady na temat diet roślinnych (LINK)
  • Krytyczna recenzja „What the Health” napisana przez dietetyczkę Virginię Messinę (LINK)