Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Francione. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Francione. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 28 listopada 2016

Mój talerz, cudze życie

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Od kiedy zostałam weganką niezmiennie interesuje mnie dlaczego inni ludzie wciąż weganami nie są. Nie chodzi mi o tych, którzy deklarują się jako obojętni lub wręcz wrogo nastawieni wobec zwierząt. Nie myślę też o tych, którzy są bezpośrednio zaangażowani w krzywdzenie zwierząt – hodowcy, rzeźnicy, eksperymentatorzy. Nie znaczy, że wrogość i obojętność jest niezmienna. Oczywiście, że może ulec zmianie. Nie chodzi, o to, że hodowca, rzeźnik czy eksperymentator nie może zmienić zawodu i stosunku do zwierząt. Znam takie przypadki – robiłam polskie napisy do filmu pt. Peaceable Kingdom. The Journey Home zrealizowanego przez Tribe of Heart. Bohaterami tego dokumentu są hodowcy, którzy wyhodowali i posłali na śmierć, albo nawet samodzielnie zabili, wiele zwierząt, ale w końcu, pod wpływem różnych czynników, zmienili swój stosunek do zwierząt, przestali je hodować i zabijać i dziś są weganami. Ich historie są ogromnie inspirujące, bo jeśli oni potrafili to zrobić, to w zasadzie droga ta jest otwarta dla każdego i każdej z nas.

O jakich ludzi chodzi mi więc w szczególności? O tych, którzy deklarują, że lubią, a nawet kochają zwierzęta. O tych, którzy mają psa, kota, królika, fretkę czy świnkę morską i dbają o swoich podopiecznych. Część odpowiedzi znajduję w mojej własnej historii. W końcu ja też miałam zwierzęta w domu, a przez wiele lat weganką nie byłam. Co więcej, do 2004 roku nawet mi to do głowy nie przyszło, mimo że byłam już dorosłą i samodzielną osobą i zawsze uważałam, że mam głowę na karku. Mam też na koncie półtoraroczny okres wegetarianizmu, czyli częściowej rezygnacji z produktów pochodzących z systemowego krzywdzenia zwierząt. Nieustająco uważam, że większość tropów prowadzi mnie do szowinizmu gatunkowego, ideologii dominacji naszego gatunku nad innymi tak powszechnie występującej, że aż niezauważalnej.

Szowinizm gatunkowy jest tak niezauważalny, że jego przejawy, czyli eksploatacja zwierząt, uznawane są za coś naturalnego, normalnego i niewymagającego wyjaśnienia. Co zatem pokazuje, że dotąd nie potrzebowaliśmy żadnych wyjaśnień? Konfrontacja z kimś, kto o takie wyjaśnienia zapyta. Wtedy zaskoczeni inteligentni ludzie mówią rzeczy, które zaprzeczają ich inteligencji. Dostarczają odpowiedzi, których poziomu wstydziliby się, gdyby rozmowa toczyła się na inny, “poważniejszy” temat. Czy to znaczy, że nagle ich inteligencja wyparowała? Przykro mi, ale nie wierzę w cuda. Myślę raczej, że to co mówią, zaskoczeni pytaniem, często nie jest racjonalnym kontrargumentem, lecz naprędce sklejoną racjonalizacją. Wymówką. De facto, im ktoś bardziej inteligentny, tym bardziej złożona będzie racjonalizacja. I cały czas mówię o ludziach deklarujących się jako przyjaciele zwierząt, przeciwni zadawaniu zwierzętom niepotrzebnego cierpienia.

W książce pt. Eat Like You Care napisanej przez Gary’ego Francione’a i Annę Charlton w 2013 roku, obok autentycznych wątpliwości i obaw wynikających z niewiedzy, mamy zestawienie najczęściej przedstawianych racjonalizacji. Autorzy odpowiadają na, jeśli dobrze policzyłam, 36 takich “ale” w przystępny, lecz nie protekcjonalny sposób. Książkę można więc polecić zarówno osobom, które takie wątpliwości mają jak i tym, które chciałyby skorzystać z doświadczenia wieloletnich działaczy na rzecz praw zwierząt i wzbogacić swój aktywizm o konstruktywne argumenty i pomocne dane.

Brak wiedzy dotyczy głównie kwestii zdrowotnych diety roślinnej. Pokutuje, na przykład, mit białka. Twierdzi się, że na diecie roślinnej człowiekowi zabraknie białka. Rozbrojenie tego mitu jest proste: wiele badań wskazuje, że na diecie roślinnej ludzie konsumują wystarczającą, lub nawet zbyt dużą ilość białka. Dodam w szczególności, że mówi tak największa na świecie organizacja zrzeszająca dietetyków, amerykańska Academy of Nutrition and Dietetics w swoim Stanowisku  na temat diet wegetariańskich. Stanowisko jest wynikiem analizy dostępnych badań i jest aktualizowane co około 5 lat. Tegoroczna aktualizacja potwierdza, że właściwie ułożone diety wegetariańskie (w tym wegańskie) zaspokajają zapotrzebowanie na składniki odżywcze na każdym etapie życia. Oczywiście oznacza to, że diety roślinnej należy się nauczyć, ale każda osoba chcąca żyć zdrowo, powinna interesować się tym jak układać sobie dietę, bo poleganie na tym co podpowiadają same kubki smakowe może być zgubne w skutkach. Na temat diety roślinnej mamy coraz więcej rzetelnych informacji, blogów i książek. Przybywa też dietetyków i dietetyczek posiadających odpowiednią wiedzę na temat takich diet i potrafiących w sposób przystępny ją przekazać.

Racjonalizacje czerpią pełnymi garściami właśnie z zasobów szowinizmu gatunkowego, czyli ideologii dominacji gatunkowej. Mogą mieć formę religijną (Ale Bóg pozwolił nam jeść zwierzęta), albo świecką (To my powołaliśmy zwierzęta do życia, żeby je zjeść, więc mamy prawo to robić). W przypadku rzekomego przyzwolenia Boga na jedzenie zwierząt, Francione i Charlton przypominają, że: (1) Księga Rodzaju ma nieco bardziej skomplikowany przekaz i za ideał uznaje jednak życie w harmonii ze zwierzętami, (2) nie należy się zapędzać i przyjmować wszystkiego dosłownie, bo albo będziemy musieli popierać np. niewolnictwo albo popadniemy w sprzeczność raz popierając morderstwo innym razem nadstawianie drugiego policzka, (3) nawet jeśli uważamy, że ludzie mają duszę i są ważniejsi od zwierząt, to taki pogląd nie stoi w sprzeczności z uznaniem, że zwierzęta są zdolne do cierpienia i że zadawanie go powinno być uzasadnione ważną przyczyną, za którą trudno uznać własną wygodę czy przyzwyczajenie do określonego smaku. Świecka wersja dominacji woła, nomen omen, o pomstę do nieba, jeśli przełożymy ją na relacje międzyludzkie. Jeśli bowiem uważamy, że mamy prawo krzywdzić i zabijać zwierzęta, bo powołaliśmy je do życia, to analogiczne myślenie w odniesieniu do naszych własnych dzieci rodzi najgorsze skojarzenia (i niestety czasem również zdarza się w praktyce, gdy rodzice uważając, że mają tzw. władzę rodzicielską czują się uprawnieni do przemocy fizycznej i psychicznej a także do wymuszaniu na dzieciach określonej ścieżki edukacyjnej a nawet zawodowej).

Wątpliwości zamieszczone w książce są typowe i często spotykane. Sama miałam z nimi wielokrotnie do czynienia w ciągu ostatnich dziesięciu lat, od kiedy zajmuję się aktywizmem na rzecz praw zwierząt. Przybierają czasem formę hipotetycznych sytuacji, w których dana osoba się nie znajduje, ale które mają udowodnić, że rzeczywista sytuacja, w której wątpiący przebywa ma rację bytu, jest usprawiedliwiona. Przyjrzyjmy się tej argumentacji na omówionym w książce przykładzie bezludnej wyspy. Znaleźliśmy się (oczywiście hipotetycznie) na bezludnej wyspie, gdzie nie rosną żadne jadalne rośliny. Będąc o krok od śmierci głodowej zauważamy królika i dramatycznym głosem pytamy naszego (niehipotetycznego) rozmówcę: Czyż nie mam prawa zabić i zjeść królika, żeby ocalić swoje życie? Następnie gładko przechodzimy do niehipotetycznej sytuacji w supermarkecie, gdzie pośród wielu jadalnych roślin, wybieramy pasztet z królika polerując czystość swojego sumienia hipotetycznym przykładem sytuacji z wyspy. Czy nie jesteśmy genialni? Francione odbiera nam przyjemność samozadowolenia punktując niedostatki takiego rozumowania. Nawet jeśli w wyjątkowej sytuacji będziemy usprawiedliwieni zabijając królika, nie mówi nam to nic o sytuacjach zwyczajnych, w których dysponujemy możliwością wyboru. Dodam, że podobnie jest choćby z kradzieżą, która w sytuacji ratowania zdrowia i życia może być usprawiedliwiona (biedna matka kradnie chleb dla siebie i dzieci), ale nie znaczy to, że kradzież dla wygody czy przyjemności jest w porządku.

Nie będę oczywiście przytaczać wszystkich przykładów i streszczać całej książki. Myślę, że wspólnym mianownikiem wszystkich odpowiedzi jest zachęta do refleksji i świeżego spojrzenia na nasze nawykowe myślenie i racjonalizacje zasilane szowinizmem gatunkowym. Nadzieja na to, że jesteśmy mimo wszystko gotowi i gotowe zmierzyć się z naszymi przekonaniami na nowo i poszerzyć wiedzę praktyczną jest ugruntowana na prostym przekonaniu: że w gruncie rzeczy i w głębi serca nie jesteśmy obojętni.



Czytaj więcej:
- Całe Stanowisko Academy of Nutrition and Dietetics, a dokładniej tegoroczna aktualizacja Stanowiska na temat diet wegetariańskich możecie przeczytać tu (link)
- Poprzednia aktualizacja tego stanowiska przetłumaczona na język polski  można pobrać ze strony Empatii (link)
- Jedna z poradni dietetycznych, gdzie uzyskacie informacje jak ułożyć dietę wegańską to Wegecentrum (link)
- Recenzję książki "Eat Like You Care" napisaną przez Janinę Cuper znajdziecie na blogu Empatii (link)
- Jak słusznie zauważył Roger Yates, socjolog i wieloletni aktywista na rzecz praw zwierząt, być może lepiej byłoby, gdyby ta książka nazywała się "Live Like You Care" -  post "Let's Stick with Veganism" na blogu Yatesa (link)
- Trailer "Peaceable Kingdom. The Journey Home" (link)
- Oczywiście, weganizm to nie tylko dieta. Dieta jest głównym przejawem postawy szacunku wobec zwierząt - mój tekst na ten temat (link)

czwartek, 3 listopada 2016

Dobrostan, czyli brzydkie słowo na D

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

„Należy pytać nie o to, czy zwierzęta mogą rozumować, ani czy mogą mówić, lecz czy mogą cierpieć.” – stwierdził w 1780 roku angielski prawnik i filozof Jeremy Bentham we „Wprowadzeniu do zasad moralności i prawodawstwa”. To znany cytat, szczególnie wśród osób, którym bliski jest los zwierząt, i które czytały „Wyzwolenie zwierząt” Petera Singera. Ten australijski filozof kontynuuje spuściznę Benthama w zakresie utylitaryzmu i zajmuje się etycznymi aspektami stosunku człowieka do innych zwierząt.

Bentham jako pierwszy w zachodnim świecie stwierdził, że zdolność do cierpienia jest kryterium istotnym moralnie, ważniejszym nawet niż zdolność do rozumowania czy mowy. Wcześniej typowano tylko rozum (lub duszę) i używanie języka uznając, że charakteryzują one wyłącznie człowieka. Tym samym nasz gatunek jako jedyny liczył się moralnie. Fajna sprawa, prawda? Bentham złamał tę hegemonię i do wspólnoty moralnej, która obejmowała dotąd tylko ludzi, włączył także zwierzęta pozaludzkie zdolne do cierpienia, np. psa, konia, krowę, świnię czy kurę.

Co to znaczy „włączył zwierzęta do wspólnoty moralnej”? Bentham stwierdził, że ludzie mają wobec nowych członków moralnego kręgu bezpośrednie obowiązki. W zasadzie ograniczył te obowiązki do jednego: skoro zwierzęta są zdolne do cierpienia, człowiek jest im winien humanitarne traktowanie. Innymi słowy, człowiekowi nie wolno zadawać zwierzętom niepotrzebnego cierpienia.

Obowiązek był bezpośredni, to znaczy zachodził między człowiekiem a zwierzęciem. Złośliwe bicie strudzonego konia było niemoralne, bo człowiek zadawał niepotrzebne cierpienie właśnie jemu - koniowi, a nie dlatego, że bicie miało miejsce w obecności dzieci (co czyniłoby szkodę dzieciom), ani dlatego, że zbity koń był własnością innego człowieka (co stanowiłoby szkodę dla właściciela konia), ani dlatego, że sprawca zepsułby sobie charakter (co wyrządziłoby szkodę jemu, a w przyszłości mogłoby być szkodliwe dla innych ludzi, gdyby zaczął stosować przemoc wobec nich). Obowiązek bezpośredni powstrzymania się od zadawania niepotrzebnego cierpienia wynikał po prostu i wyłącznie z faktu, że koń był zdolny do cierpienia.

Od czasów Benthama, wystarczyła zatem zdolność do cierpienia (bez dowodzenia zdolności do rozumowania czy mowy), żeby istoty ją posiadające liczyły się moralnie. Podejście to zaakceptowano i stało się ono podstawą wszystkich regulacji prawnych dotyczących stosunku człowieka do zwierząt. W tamtym czasie było to przełomowe podejście. Pozostaje standardem do dzisiaj. Podstawowym słowem z zakresu tego podejścia jest „dobrostan”. Dlaczego więc nazywam je brzydkim słowem na „D”?

Amerykański prawnik i filozof Gary Francione, w swojej książce „Introduction to Animal Rights. Your Child or the Dog” z 2000 roku poświęcił Benthamowi cały rozdział pt. „Mieć krowę i ją zjeść: Błąd Benthama”. Nie, Francione nie odmawia angielskiemu filozofowi dokonania przełomu, o którym napisałam powyżej. Uznaje go w pełni. Informuje nas jednak o dodatkowej rzeczy, którą Betham napisał, a która słynnym cytatem już się nie stała. Otóż w tym samym dziele (Wprowadzenie do zasad moralności i prawodawstwa), zanim wypowiedział się przeciwko dręczeniu zwierząt, Bentham sprytnie zabezpieczył tyły (i spiżarnię) twierdząc, że nie ma nic złego w jedzeniu zwierząt (a więc także w ich zabijaniu na jedzenie), bo nie mają one (jego zdaniem) oczekiwań wobec przyszłości i zostają (jego zdaniem) zabite z ręki człowieka sprawniej i szybciej niż dzieje się to w naturze. 

Dokładnie tak, Bentham nie zobowiązywał siebie ani nikogo innego do wegetarianizmu czy weganizmu. Nie apelował o zniesienie hodowli zwierząt. Stwierdził tylko, że cierpienie zwierząt liczy się moralnie w takim sensie, że nie należy go zadawać niepotrzebnie. Jednak istnienie niepotrzebnego cierpienia (na przykład bicie ze złości), które jest według Benthama złe moralnie,  oznaczać nieuchronnie musi istnienie cierpienia potrzebnego, które jest według Benthama moralnie dopuszczalne. Jakie to jest cierpienie? Ano takie, które jest potrzebne do uzyskania np. mięsa, mleka czy jajek, które jeden sprzeda, a drugi kupi. Mieć krowę (nie zadawać jej niepotrzebnego cierpienia) i ją zjeść (zadać jej tylko cierpienie potrzebne). Zgrabnie, ładnie i po krzyku. Dbamy, zabijamy i zjadamy. W czym więc tkwi błąd, o którym pisze Francione?

Francione, autor abolicjonistycznego podejścia do praw zwierząt, którego analizy bardzo cenię, zwraca nam uwagę, że Jeremy Bentham był przeciwnikiem niewolnictwa ludzi, bo zdawał sobie sprawę, że instytucja niewolnictwa, która jednego człowieka traktuje jak własność drugiego, degraduje człowieka zniewolonego do kategorii rzeczy i uniemożliwia realizację jego interesów wystawiając go na łaskę i niełaskę właściciela. Owszem jeden właściciel może być łaskawy, jedna forma niewolnictwa łagodniejsza od innej, ale bycie traktowanym jak rzecz rokuje bardzo źle dla niewolnika. Interesy właściciela zawsze będą bowiem mierzone z większą starannością niż interesy człowieka zniewolonego. Bentham nie zauważył jednak analogii między niewolnictwem ludzi, które odrzucał, a statusem zwierząt jako własności, który dopuszczał. Z jednej strony równe traktowanie interesów człowieka-niewolnika i człowieka-właściciela wydawało mu się niemożliwe w praktyce; z drugiej strony przeoczył, że jeszcze bardziej niewykonalne jest nadanie wagi interesowi, które posiada zwierzę, by nie cierpieć, gdy na drugiej szalce wagi położony zostanie interes właściciela, by oszczędnie zwierzę wyhodować, z zyskiem je sprzedać i być konkurencyjnym.

Dobrostan zwierząt jest kategorią regularnie używaną właśnie w kontekście warunków chowu i hodowli zwierząt, ze szczególnym uwzględnieniem zwierząt traktowanych jako żywy surowiec (przyszłe mięso, skóra i futro) czy jako żywe maszyny (produkcja mleka, jaj czy wełny). Mówi się o nim obecnie w kontekście zwierząt legalnie trzymanych całe życie w klatkach albo w zatłoczonych pomieszczeniach, stojących we własnych odchodach, oddzielanych siłą od własnego potomstwa, unieruchamianych na całe tygodnie, okaleczanych, nieleczonych z chorób czy urazów, których nie opłaca się leczyć. Dobrostan oznacza w praktyce warunki utrzymania eksploatowanych zwierząt. 

Konsumentowi oferuje się dziś różne poziomy dobrostanu, czyli stopniowalność potrzebnego cierpienia i dyskomfortu. Można wybrać jakie cierpienie jest według naszego mniemania „potrzebne” dla zapewnienia naszego moralnego komfortu. Istnieją na przykład certyfikaty dotyczące warunków utrzymania kur znoszących jaja – oznaczone cyframi od 0 do 3. Najwyraźniej niweluje się w ten sposób coś takiego jak obiektywnie „niepotrzebne cierpienie”, które potępiłby Bentham. Każdy konsument sam kalkuluje, od jakiej dawki zaczyna się niepotrzebne, a gdzie kończy potrzebne cierpienie. Można powiedzieć – dobrostan szyty na miarę.  Mówi się o dobrostanie także w kontekście zwierząt wykorzystywanych w rozrywce (np. dobrostan słonia tresowanego w cyrku do włażenia na taboret i zabawiania publiczności) jak i  o dobrostanie zwierząt między etapami eksperymentów, które sprawiają ból i okaleczają. Dobrostan jest nieodłącznym towarzyszem eksploatacji zwierząt do tego stopnia, że jest także obecny w rzeźni. Tam mówi się - nie żartuję – o ochronie podczas zabijania.

Według Francione’a błąd Benthama tkwi w tym, że powstrzymał się on od rozważenia sytuacji zwierząt będących własnością człowieka w podobny sposób jak zrobił to w przypadku ludzkich niewolników. Status własności – dobitnie powtarza Francione – jest jednym z najgorzej rokujących dla zwierząt czynników. Dopóki zwierzęta będą traktowane jak rzeczy, czyli wyłącznie jak zasób, rzecz, środek do celu, dopóty wszelkie postulaty rozważania na poważnie choćby ich zdolności do cierpienia będą skazane na niepowodzenie.

Francione pyta: Skoro postulat włączenia zwierząt do wspólnoty moralnej i zakaz zadawania im niepotrzebnego cierpienia były tak przełomowe i stanęły u podstaw wszystkich regulacji prawnych mających dbać o dobrostan zwierząt (tzw. welfare) jak to możliwe, że w XX wieku doszło do rozwinięcia ferm przemysłowych, gdzie zintensyfikowanie produkcji tak drastycznie zwiększyło cierpienie zwierząt? Francione odpowiada: Nie można mieć krowy (dbać o nią) i ją zjadać (krzywdzić ją). Nie można zarazem traktować zwierzęcia jako istoty zdolnej do cierpienia i jako żywca rzeźnego, czy maszyny do produkcji mleka. Ci, którzy myślą, że da się to robić, sami się oszukują. Ci, którzy wiedzą, że tego zrobić się nie da, ale twardo heblują kolejne przepisy, być może próbują pomóc zmartwionym konsumentom zwierząt podtrzymać konsumpcję i względnie czyste sumienie. Jednak projekt dobrostanu w eksploatacji po prostu nie działa. To oksymoron.

Prawodawstwo dobrostanowe robi jeszcze jedną rzecz, oprócz tego, że nie działa: tak bardzo skupia naszą uwagę na pytaniu W JAKI SPOSÓB eksploatować zwierzęta, że wyklucza z naszego horyzontu myślowego pytanie CZY MUSIMY eksploatować zwierzęta. Co więcej, nawet jeśli to drugie pytanie gdzieś się pojawia, od razu jest traktowane jako radykalne, utopijne, idealistyczne, albo – co gorsza – jako wstęp do zamachu na wolność do eksploatowania zwierząt. Prawodawstwo dobrostanowe współdziała z gospodarką opartą na traktowaniu zwierząt jak rzeczy i z naszym pragnieniem, by niewielkim kosztem, mieć wrażenie, że jesteśmy cywilizowanym społeczeństwem. W końcu miarą człowieczeństwa ma być stosunek do zwierząt. No to mamy. Dobrostanowy, szyty na taką miarę, jaką akurat właściciel, hodowca, czy konsument uzna za stosowną.   



Czytaj więcej:
- Jeśli mi nie wierzycie, że można "chronić" podczas zabijania, zobaczcie na własne oczy (link