Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ustawa o ochronie zwierząt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ustawa o ochronie zwierząt. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 27 maja 2018

Zwierzę wciąż jest rzeczą

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

1.
Surowiec do dalszej obróbki pochodzi wyłącznie od najlepszych, starannie wyselekcjonowanych hodowców drobiu. Nasze relacje z dostawcami oparte są na wzajemnym zaufaniu w oparciu o długoletnią współpracę. Gwarantuje to najlepsze korzyści dla naszych klientów - świeży towar, płynność dostaw, najlepszą jakość.

To prezentacja firmy "drobiowo.pl Zakład rozbioru drobiu"

A teraz jeszcze raz, innymi słowami, z pominięciem marketingu, a z uwzględnieniem mniej przyjemnych szczegółów zaplecza tej sytuacji. „Zakład rozbioru drobiu” to miejsce, w którym ćwiartuje się zabite w rzeźni kury, kaczki, gęsi i indyki. Czasem taki zakład jest połączony z rzeźnią, choć nie zawsze tak jest. Drobiowo.pl przedstawia nam swoich dostawców, którymi są ubojnie, zatem możemy się domyślić, że sam ubojni nie posiada. „Surowcem do dalszej obróbki” są ciała zwierząt. „Obróbka” to poćwiartowanie tych ciał w taki sposób, by uzyskać elementy wymienione w zakładce „Oferta”, a więc np. „kurczak tuszka”, „skrzydełka kurczaka”, „noga z kurczaka” czy „porcja rosołowa”. Jak stwierdza opis na stronie, „świeży towar”, czyli zgrabnie poćwiartowane ciała, mogą od Drobiowo.pl zakupić klienci. Kim są klienci? Prawdopodobnie hurtownie albo sklepy, być może restauracje. Z kolei ich klientami będą osoby fizyczne, indywidualni konsumenci tychże ciał. 

2.
Brakowanie krów mlecznych jest jednym z głównych czynników decydujących o opłacalności produkcji mleka. Zbyt wysokie wartości tego wskaźnika wpływają niekorzystnie na ostateczny wynik ekonomiczny.Brakowanie można podzielić na dwie zasadnicze kategorie: ekonomiczne i biologiczne. To pierwsze jest świadomym działaniem hodowcy wynikającym z selekcji i mającym na celu podniesienie wartości hodowlanej stada. Natomiast drugie jest niezamierzone, do którego zmusza wynikająca z różnych przyczyn niezdolność do dalszej produkcji.

To fragment artykułu ze strony farmer.pl.

A teraz jeszcze raz, trochę innymi słowami. „Brakowanie” w żargonie hodowlanym oznacza pozbycie się zwierzęcia niespełniającego się w roli, którą przypisał mu hodowca. „Krowa mleczna” też należy do żargonu hodowlanego, tyle że jest to słowo, które weszło do powszechnego obiegu do tego stopnia, że nawet wykształceni ludzie często myślą, że krowa „daje mleko” (tak jak chmura deszcz). Prawda jest taka, że krowa ma mleko dokładnie z tego samego powodu co każdy inny ssak – w wyniku ciąży i porodu. Różnica między krową a np. kotką jest jednak taka, że selekcja hodowlana ukierunkowana na produkcję mleka sprawiła, że laktacje krowy są parokrotnie większe niż byłyby bez tej selekcji. Niemniej laktacje wciąż wymagają płodności, zapłodnienia, ciąży i porodu. Jeśli krowa nie wytwarza (po porodzie) zamierzonej przez hodowcę ilości mleka, wówczas obniża „wartość hodowlaną stada”, co stanowi dobry powód do tego, żeby się jej pozbyć. Dobrym powodem jest też na przykład problem krowy z zajściem w ciążę. Bez tego nie będzie mleka i zysku. Krowa, która nie może być środkiem do celu (zysku) staje się darmozjadem. Na czym polega pozbycie się zwierzęcia gospodarskiego nienadającego się do założonej funkcji? Na wysłaniu do rzeźni. 

3.
Brakowanie niosek w systemie klatkowym jest stosunkowo łatwiejsze ze względu na niewielką ilość kur w klatce oraz łatwość ich obserwacji i izolowania. W chowie na ściółce i to szczególnie przy dużych populacjach drobiu jest to działalność dość pracochłonna, ale niewąpliwe korzyści wynikające z brakowania niosek nie znoszących jaj stanowią argument przemawiający za powszechnym jego wprowadzeniem do praktyki produkcyjne.

To fragment  ze strony portalhodowcy.pl 

I znowu, innymi słowami. Brakowanie kur oznacza dla nich to samo co brakowanie dla krów. Hodowcy robią to z podobnych powodów: pozbywają się kur znoszących mało jaj i obniżających „wartość hodowlaną stada”. Kury hodowane dla jaj są trzymane w małych klatkach lub w dużych pomieszczeniach. W dużych pomieszczeniach jest ich dużo, niemniej zarówno w przypadku klatek jak i dużych hal, hodowcy znaleźli sposób, żeby rozpoznać „darmozjady” i się ich pozbyć, bo najważniejszy jest zysk i konkurencyjność na rynku. 

Zarówno krowy trzymane dla mleka jak kury dla jaj są dla hodowcy/producenta maszynami, które mają osiągać określoną wydajność. W przypadku niesprawnego działania, maszyny idą na złom (czyli w tym przypadku do rzeźni).

4.
Spencer to duży czarny i piękny fryzyjski ogier, który ma wyjątkowo łatwy i przyjazny charakter. Ten ogier ma 4 lata i ma świetną budowę i jest bardzo przystojny. Spencer ma 3 dobre chody i jest w 100% bezpieczny w siodle. Spencer zna ruch i lubi jeździć na szlakach i w las. Łatwe do pokonania przez początkujących i amatorów oraz rodzinę. Spencer ma super charakter i będzie fantastycznym koniem do rekreacyjnej jazdy, ale ma też talent do wyższych poziomów ujeżdżenia!

To ogłoszenie ze strony galopuje.pl 

Innymi słowami, opis konia jak opis samochodu lub motocykla. Atrakcyjny środek transportu i narzędzie rekreacji. Nic dodać, nic ująć. Czy Spencer ma coś do powiedzenia? Może przywiązał się do miejsca, ludzi i zwierząt, gdzie spędził swoje paroletnie życie? Czy był zadowolony, gdy tresowano go do noszenia ludzi na sobie? Co stanie się, gdy przestanie być atrakcyjny dla kolejnego właściciela? Co będzie z nim, gdy nie będzie już zdolny do „3 dobrych chodów”?

5.
Zwierzę, jako istota żyjąca, zdolna do odczuwania cierpienia, nie jest rzeczą. Człowiek jest mu winien poszanowanie, ochronę i opiekę.
To pierwszy artykuł polskiej Ustawy o ochronie zwierząt. 

A teraz jeszcze raz, z szerszym kontekstem. Ustawa, której fragment zacytowałam, powstała w 1997 roku i, sądząc po nazwie, powinna mieć na celu ochronę zwierząt. Przytoczony przeze mnie artykuł zdaje się to potwierdzać. 

Niestety, podane wcześniej przykłady działań podejmowanych wobec zwierząt przeczą Ustawie, bo okazuje się, że traktowanie zwierząt jak rzecz, odmawianie im ochrony, właściwej opieki i szacunku jest legalne. Wolno traktować zwierzęta jak surowiec (hodując je na mięso), maszyny (hodując je dla mleka, jaj) czy narzędzie do uprawiania sportu i rekreacji (np. konie). Wolno rozmnażać zwierzęta po to, by ich potomstwo stało się takim samym surowcem, maszyną czy narzędziem jak rodzice. Nie przypadkowo, lecz planowo. Nie z konieczności, lecz by na nich zarobić zaspokajając popyt wynikający ze społecznej akceptacji dla realizowania określonego stylu życia, który zasadza się na eksploatacji zwierząt. 

Społeczna akceptacja dla przedkładania znakomitej większości interesów człowieka nad najbardziej podstawowe interesy zwierząt pozaludzkich to przejaw szowinizmu gatunkowego. Nasz smak, nasze przyzwyczajenia, nasza wygoda, przyjemność czy nasz zysk wydają nam się ważniejsze od zdrowia i życia zwierząt. Żyjemy w społeczeństwie, gdzie szowinizm gatunkowy jest czymś tak oczywistym i wszechobecnym, że aż przezroczystym. Jest wdrażany od najwcześniejszego dzieciństwa (kurczaczek na talerzu, jogurcik w kubeczku), w edukacji szkolną (połącz kreską kurę z jajkiem i krowę z mlekiem; zjedz na stołówce szkolnej kotleta schabowego i zupę zabielaną śmietaną) i utrwalany w całym dorosłym życiu przesiąkniętym szowinistyczną kulturą, reklamą i konsumpcją. 

Szowinistyczna gatunkowo kultura oswaja nas z utowarowieniem zwierząt. Nasz kontakt ze zwierzętami jest najczęściej kontaktem typu konsument – produkt. Ocieramy nasze stopy o zwierzęcą skórę, z której zrobione są buty, jakich tysiące par widzimy regularnie w sklepie. Jemy produkty (mięso, nabiał, jaja), które powstały dlatego, że zwierzęta są traktowane jak surowiec lub maszyny. Korzystamy z rozrywki, rekreacji i sportów, które traktują zwierzęta instrumentalnie – cyrki ze zwierzętami, jeździectwo, wyścigi koni, psów. Uprawiamy hobby polegające na hodowli zwierząt –  tworzymy rasy, gdzie bardziej interesuje nas efekt estetyczny (jakbyśmy lepili figurki z plasteliny) niż zdrowie zwierząt. Wyceniamy, sprzedajemy i kupujemy zwierzęta właśnie jak przedmioty. 

Czy trzeba się wysilić, żeby być szowinistą gatunkowym? Czy trzeba być okrutnikiem? Wręcz przeciwnie, to postawa domyślna, wystarczy płynąć z prądem. Podstawą menu każdej standardowej stołówki czy restauracji są przecież produkty eksploatacji zwierząt. W większości sytuacji dnia codziennego nikt nie zadaje pytań: Dlaczego Pan wciąż je mięso? Dlaczego Pani nie zdecydowała się przestać jeść nabiału? Dlaczego uważasz, że masz prawo nosić skórzane buty? A może wolałby Pan jednak nieskórzaną tapicerkę do samochodu, szkoda zwierząt, prawda? Jeśli ktoś zada takie pytania, to dla większości będzie to wtrącanie się w nieswoje sprawy, niekulturalne zaglądanie do talerza czy szafy. 

Czy moglibyśmy kupować, sprzedawać, konsumować zwierzęta i korzystać z ich eksploatacji, gdybyśmy rzeczywiście byli przekonani, że zwierzę nie jest rzeczą, środkiem do naszych celów, lecz czującą istotą, czyli podmiotem? Najwyraźniej gdzieś nam ta refleksja umyka, a wpływ szowinizmu gatunkowego pozostaje silny i nie do przecenienia.  

Wyjątkiem, który pokazuje naszą zdolność do dostrzeżenia w zwierzętach ich podmiotowości jest weganizm. To wciąż mało popularna odmowa traktowania zwierząt jak rzeczy (surowce, maszyny, narzędzia), sprzeciw wobec eksploatacji zwierząt i wycofanie się na tyle na ile to możliwe w dzisiejszym społeczeństwie z pozycji konsumenta zwierząt (roślinna dieta, odzież bez skór, wełny, futer, rozrywka bez wykorzystywania zwierząt). Wyjątkiem są też adopcje - wyciągnięcie ręki do udomowionych zwierząt bezdomnych, które potrzebują ochrony, opieki i szacunku. 

Czym jest zatem Ustawa o ochronie zwierząt? Czy chroni je przed przedmiotowym traktowaniem? Myślę, że częściowo odpowiedziałam na to pytanie przytaczając przykłady legalnych działań ewidentnie krzywdzących i sprowadzających zwierzęta do roli surowca, maszyny czy narzędzia. Dlaczego tak się dzieje, skoro Ustawa otwiera się tak pozytywną deklaracją żądając opieki, ochrony i szacunku dla zwierząt? 

Trzeba pamiętać, że ustawa nie powstała w kulturowej próżni, lecz w ramach społeczeństwa, w którym szowinizm gatunkowy jest powszechny i – co najważniejsze – gdzie większość deklaruje sympatię wobec zwierząt, a zarazem uczestniczy jako konsumenci w bezwzględnej eksploatacji zwierząt. Ustawa odzwierciedla to pęknięcie pomiędzy deklaracjami a praktyką, oraz proponuje znane skądinąd strategie działania, które sprowadzają się do redukowania złego samopoczucia ludzi zarazem lubiących i konsumujących zwierzęta. 

Artykuł, który zacytowałam jest deklaracją, która zgadza się z naszymi intuicjami. W praktyce deklaracja ta przekłada się na autentyczną ochronę, opiekę i szacunek wobec części zwierząt domowych (tych adoptowanych, zaopiekowanych, w przeciwieństwie do tych hodowanych dla przyjemności, kupowanych jako gadżet czy symbol statusu).  Ustawa w dalszej części odtwarza podział zwierząt według sposobu ich wykorzystywania przez człowieka (domowe, gospodarskie, laboratoryjne, wykorzystywane do celów rozrywkowych, widowiskowych, filmowych, sportowych i specjalnych). Potwierdza więc, że podział ten jest właściwy, niekwestionowany i nadrzędny w stosunku do potrzeb zwierząt związanych z ich ochroną i opieką. 

Przy takim rozdaniu kart wiemy jak nazywa się gra, w którą gramy. Jedną z głównych zasad tej gry jest szowinizm gatunkowy i przedmiotowe traktowanie zwierząt. W jakim zakresie zostanie udzielona zwierzętom ochrona i opieka (o szacunku możemy spokojnie zapomnieć)? W takim, w jakim ochrona i opieka nie będą przeszkadzać w realizacji naszych celów. W społeczeństwie nie ma oczywiście zgody na intencjonalne zadawanie cierpienia i zabijania dla przyjemności samego zabijania (okrucieństwo, sadyzm), natomiast jest pełna zgoda na zadawanie cierpienia i zabijanie w ramach tradycyjnych form eksploatacji według wymienionych w Ustawie kategorii zwierząt. 

Główną strategią podejścia do eksploatacji zwierząt, które prezentuje ta ustawa (zgodnie z powszechnie istniejącymi standardami) jest ustalanie ram i warunków eksploatacji. Sprowadza się to do odpowiedzi na pytania, np.: - ile zwierząt można upchać na metrze kwadratowym powierzchni?; -  jakie zabiegi można wykonać bez znieczulenia?; jak rzadko można usuwać odchody?; jakich urazów, obrażeń i chorób można nie leczyć, żeby nie zwiększać kosztów produkcji?; jakie choroby można dopuszczać, żeby zwiększać wydajność zwierząt-maszyn?; jak długo można eksploatować, żeby się opłacało i kiedy opłaca się już wysłać do rzeźni?; itp, itd. Te warunki utrzymywania zwierząt w trakcie ich eksploatacji to właśnie tzw. dobrostan zwierząt. 

Reasumując, ustawa o ochronie zwierząt jest prawem, które utrwala przedmiotowe podejście do zwierząt, służy do regulacji ich legalnej eksploatacji  (blisko 800 milionów zwierząt lądowych rocznie i niezliczonej liczba ryb słodkowodnych i morskich) i w niewielkim stopniu może być pomocne do karania niewielkiego zakresu przemocy wobec zwierząt, która jest nielegalna (zadawanie cierpienia dla zadawania cierpienia; niektóre przypadki zaniedbań i porzucenia zwierząt domowych, nielegalne zabijanie zwierząt). 

Kuriozalny jest zatem fakt, że Klub Gaja ustanowił Dzień Praw Zwierząt (22 maja) w związku z uchwaleniem tej ustawy. Podstawą praw zwierząt według najważniejszych filozofów zajmujących się tym tematem jest prawo do bycia traktowanym z szacunkiem (prof. Tom Regan) i prawo do niebycia czyjąś własnością (prof. Gary Francione), co w praktyce oznacza odstąpienie od ich eksploatacji. Ustawa o ochronie zwierząt nie ma nic wspólnego z prawami zwierząt, bo akceptuje ich eksploatację. 

Czy można było wtedy i czy można by dzisiaj ustanowić prawo, które respektowałoby prawa zwierząt? Oczywiście że nie. Wciąż obowiązującym paradygmatem jest szowinizm gatunkowy i konsumpcyjny stosunek do zwierząt. Dlatego nie winię twórców o to, że ustawa ma taki kształt. Niemniej ogromnym nadużyciem jest traktowanie jej jakby miała cokolwiek wspólnego z prawami zwierząt. 

Podmiotowe traktowanie zwierząt to jakościowa zmiana w myśleniu o zwierzętach. Podstawowym, niezbędnym warunkiem jest odstąpienie od eksploatacji zwierząt, czyli weganizm. Zaś w odniesieniu do zwierząt domowych będą to adopcje zwierząt. Znaczące zmiany w prawie nie nastąpią dopóki znacząca część społeczeństwa nie weźmie do serca, umysłu i nie zastosuje w praktyce życia codziennego tej prostej zasady, że zwierzę nie jest rzeczą.



----- 
Czytaj dalej:
  • Ustawa o ochronie zwierząt - ochrona zwierząt czy autoportret społeczeństwa (LINK)
  • Dobrostan, czyli brzydkie słowo na D (LINK)
  • Martwy karp, czyli święte prawo konsumenta (LINK)
  • Prawa zwierząt. Do szacunku - Tom Regan (LINK)
  • Animal Rights: Abolitionist Approach - recenzja (LINK)



sobota, 6 stycznia 2018

Jak skutecznie nie przejść na weganizm? Poradnik - część 2

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

W dzisiejszych niespokojnych czasach, gdzie za każdym rogiem może czaić się człowiek, który bezpardonowo wręczy nam prowegańską ulotkę, potrzeba przewodnika, swoistego kursu werbalnej samoobrony staje się coraz bardziej paląca. W tym poście przedstawiam drugą część wytycznych, które stanowią skromny wkład do literatury samopomocowej w tym zakresie. 

Wytyczna 3 Uszczelnić szufladę z empatią

Empatia to bardzo przydatna i potrzebna zdolność nabyta w toku ewolucji. Wbrew oskarżeniom wegan, empatię posiadają wszyscy (za wyjątkiem osób z zaburzeniami osobowości) i używają jej z powodzeniem w kontaktach międzyludzkich. W końcu zdolność wczuwania się w czyjąś sytuację sprawia, że jesteśmy bardziej skłonni do pomocy, a taka sama zdolność u innych pozwala nam mieć nadzieję, że w razie potrzeby sami taką pomoc otrzymamy. Jest empatia emocjonalna (możemy podobnie odczuwać) i empatia poznawcza (umiemy wyobrazić sobie siebie w sytuacji drugiej osoby). Empatia pomaga zrozumieć czym jest czyjaś krzywda i cierpienie. 

Najbardziej oburza zadawanie krzywdy słabszym, szczególnie dzieciom, ale i zwierzętom. Tak jak była już mowa w wytycznej nr 2, nie ma w społeczeństwie zgody na okrucieństwo wobec zwierząt: jest Ustawa o ochronie zwierząt, są kary za okrucieństwo wobec zwierząt, zaś nasza opinia publiczna patrząc na to, co Azjaci robią z psami, często i dobitnie wyraża kategoryczne wnioski na temat jakości ichniejszej kultury.

Niestety i w tym obszarze trzeba zmagać się z oskarżeniami wegan, którzy kwestionują jakość niewegańskiej empatii, a czasem wręcz sugerują, że nieweganie empatii w ogóle nie posiadają. Zachowują się tak, jakby nie rozumieli, że kurczak to kurczak, wołowina to wołowina, a pies to przyjaciel człowieka. Dlaczego empatia miałaby być rozpatrywana w takich samych kategoriach w stosunku do kurczaka i krowy jak wobec kota i psa? Przecież te pierwsze to zwierzęta gospodarskie, a te drugie to zwierzęta domowe. Zaświadczają o tym miliony kurzych piersi w kanapkach, wołowych steków na patelniach, jajek w ciastach i mleka w kartonach oraz miliony kotów na kolanach i psów na kanapach. Empatię wobec zwierząt gospodarskich powinny po prostu załatwiać przepisy regulujące postępowanie z tymi zwierzętami. 

Ale sprawa się tak łatwo nie kończy, bo jak zatrute strzały z łuków lecą w kierunku niewegan analogie między postępowaniem Azjatów wobec psów, a postępowaniem Polaków, czy szerzej Europejczyków, wobec świń. Że niby tam psy są zwierzętami gospodarskimi i jeśli europejscy nieweganie uważają, że etykieta „zwierzę gospodarskie” załatwia sprawę europejskich świń, to europejskie oburzenie na azjatycki stek z psa jest nieuzasadnione. Jeśli  zaś to oburzenie jest uzasadnione, to znaczy, że sama etykieta nie wystarcza i regionalnym podziałem na „te do zjadania” i „te do kochania”, sprawy empatii tak łatwo załatwić się nie da. Jakaś konsekwencja powinna obowiązywać. Powinniśmy zatem (1) albo przeciągnąć empatię na stronę braku empatii wobec wszystkich zwierząt (wszystkie zwierzęta mogą skończyć jako gospodarskie) lub odwrotnie, (2) poszerzyć zasięg naszej empatii na wszystkie zwierzęta zdolne do cierpienia i chcące żyć (skoro pies to i świnia).

Do tego wszystkiego, weganie spieszą dodać, że nie można usprawiedliwić tej niekonsekwentnej empatii potrzebą jedzenia produktów odzwierzęcych. Owszem, wycofanie empatii może być niezbędne, gdy nie mamy innego wyjścia. W historii naszego gatunku tak nieraz bywało i bywa, że nie ma wyjścia i trzeba zabić, żeby przeżyć. No właśnie, Eskimosi i nie tylko. Niestety weganie kontratakują, jak rycerze Jedi, twierdząc, że Eskimosi to jedno, a Polska to jednak nie Biegun Północny i potrzeba produktów odzwierzęcych nie występuje, bo dostępne są produkty roślinne i witamina B12 w aptece, które swobodnie dostarczą nam odpowiednich składników odżywczych. Ręce opadają.

Ciężka jest ta przeprawa z weganami i ich argumentami, dlatego lepiej nie wchodzić z nimi w dyskusję i uszczelnić niewegańską szufladę z empatią. Refleksja nad zwierzętami typu kurczak, krowa czy świnia wychodząca poza nasze standardowe podejście i kulinarne skojarzenia, może się źle skończyć dla niewegańskiego status quo. Trzeba się mieć na baczności.



Wytyczna ostatnia, nr 4

Jest zapewne jeszcze wiele możliwych do napisania wytycznych. Niewątpliwie specjaliści będą je sukcesywnie opracowywać i wzbogacać zasób literatury samopomocowej. Jest jednak jedna wytyczna, która działa jak uniwersalny klucz do wszystkich drzwi. Brzmi ona: zwalić winę na wegan. 

Genialny w swej prostocie przepis sprawdzi się zarazem u osób zmęczonych słownymi utarczkami z weganami jak i u tych, które nie chcą przez to wszystko przechodzić i wolą od razu wytoczyć najcięższe działa. 

Każdy ma wśród fejsbukowych znajomych (albo przynajmniej wśród znajomych znajomych) weganina, który raz za razem wrzuca na swój profil filmiki z rzeźni nakręcone akurat w momencie, gdy coś poszło nie tak, gdy zwierzę nie zostało poprawnie ogłuszone lub gdy jakiś prymitywny pracownik skopał świnię, uderzył łopatą krowę pomleczną, czy złamał skrzydło kurze poniosce. Weganin taki twierdzi następnie, że tak wygląda rzeźnia na co dzień, choć wiadomo, że przepisy Ustawy tego zabraniają. W pakiecie zostaje dodany oskarżycielski tekst w stylu „To Twoje mięso tak krzyczało” albo „Ten horror trwa nadal, bo Ty chcesz pić mleko, jeść sery i jajka.” Weganin ewidentnie i na siłę chce wywołać poczucie winy, żeby człowiek skulił się w sobie, a najlepiej poddał się karze chłosty. A przecież odpowiedzią na łamanie Ustawy o ochronie zwierząt powinno być skuteczniejsze wdrażanie tej Ustawy, także w rzeźni, a nie przechodzenie na weganizm!  

Niestety tylko niektórzy weganie posługują się szantażem emocjonalnym czy argumentami, którym brakuje logiki. Część wegan, i to na nich trzeba najbardziej uważać, używa cięższych argumentów, które mogą zagrozić skuteczności Wytycznej nr 4. Lepiej o tym wiedzieć od razu i poznać przeciwnika niż dać się zaskoczyć. 

No więc co jest rzeczywiście nie tak z tą rzeźnią? Ubój zwierząt to zjawisko masowe. W samej Polsce odbywa się na ponad 800 milionach ptaków i ssaków rocznie. 800 milionów rocznie to blisko dwa miliony dwieście tysięcy zwierząt zabijanych każdego z 365 dni w roku. Jeśli mielibyśmy odjąć niedziele, to wyszłoby blisko dwa miliony osiemset tysięcy zwierząt zabijanych dziennie (rybołówstwo trzeba liczyć osobno, gdyż dostępne statystyki operują tonami, a nie liczbą zwierząt). Kontrole ubojni są wyrywkowe i dotyczą tylko pewnego odsetka rzeźni. Nie ma w tym nic dziwnego, w żadnym sektorze kontrole nie dotyczą wszystkich zakładów i nie są prowadzone 24 godziny na dobę (wprowadzenie CCTV daje złudzenie pełnej kontroli, bo przecież ktoś musiałby oglądać wszystkie te nagrania z 365 dni w roku minus niedziele). Łamanie przepisów nie dzieje się tylko za sprawą sadystycznych pracowników. W grę wchodzą czynniki bardziej przyziemne: presja czasu, oszczędności (np. brak regularnej konserwacji i naprawy urządzeń), wadliwe urządzenia do ogłuszania, rotacja pracowników, braku większego doświadczenia u pracowników zajmujących się ubojem, czy niedobory kadrowe w podmiotach dokonujących kontroli. Wszyscy wiemy jak wygląda łamanie przepisów Ustawy dotyczących przetrzymywania i uboju karpi w sklepach przed Świętami Bożego Narodzenia, a dzieje się to w biały dzień (dlatego wszyscy o tym wiemy). Ubój ssaków i ptaków w rzeźni odbywa się w zakładach, gdzie osoby postronne nie mają dostępu. Czy zatem optymistyczne wnioski na temat możliwości skutecznego wdrażania przepisów Ustawy w tych miejscach są uprawnione?

Wielu wegan niesłusznie twierdzi, że tylko roślinna dieta może zapewnić zdrowie i uleczyć z wielu chorób. Równocześnie demonizują oni produkty pochodzenia zwierzęcego. Od razu widać, że to propaganda szyta grubymi nićmi. Tacy weganie to bardzo dobry target do Wytycznej 4 niniejszego poradnika. Nawet jeśli można się dać chwilowo nabrać na te gruszki na wierzbie i przesadzone ostrzeżenia, to prawda wychodzi na jaw bardzo szybko: okazuje się, że weganizm wcale nie jest nam potrzebny do optymalnego zdrowia. Wystarczy dieta, w której przeważają produkty roślinne, zaś produkty odzwierzęce należy wybierać staranniej, nie przesadzać z ilością i stosować bardziej odpowiednie formy obróbki. 

No tak, do optymalnego zdrowia nie jest potrzebna dieta roślinna ani tym bardziej weganizm. Możemy spokojnie wyśmiać wegan, którzy tak twierdzą. Rzecz w tym, że nie wszyscy weganie tak mówią, więc nie można wykpić wszystkich wegan. Dieta roślinna, która stanowi część weganizmu, jest odpowiednia na każdym etapie życia pod warunkiem, że odpowiednio się ją ułoży, co w kraju z dostępem do produktów zbożowych, roślin strączkowych, innych warzyw, owoców, orzechów i pestek, jest jak najbardziej możliwe i wykonalne. 

Zatem co z tą rzeźnią jest nie tak, oprócz ewentualnego łamania przepisów? Sam ubój? Tak. Niezależnie od tego, czy robiony zgodnie czy niezgodnie z przepisami, sam ubój jest odbieraniem zwierzętom życia, abyśmy mogli jeść mięso, nabiał i jajka, nosić skóry i wełnę. Inaczej mówiąc, ubojnia jest częścią systemu, który zakłada legalne, systemowe i masowe odbieranie życia zwierzętom, aby jedni mogli zarobić na produktach, bez których ludzie mogą się obyć i aby drudzy mogli je konsumować. Choć weganizm bywa nazywany radykalizmem za swój sprzeciw wobec eksploatacji zwierząt, to niestety na miano ekstremalnego radykalizmu zasługuje system, którego częścią jest ubojnia, charakteryzujący się tak daleko posuniętą obojętnością wobec zwierzęcego życia i cierpienia.

Zwalając winę na krzykliwych, idących na skróty wegan trzeba więc pamiętać o tych, którzy mają w zanadrzu argumenty cięższego kalibru, nie tak łatwe do podważenia. Zawsze jednak można je po prostu zignorować. Żyjemy bowiem w społeczeństwie, gdzie system fermowo-ubojowo-kulinarny jest dobrze osadzony w historii, wychowaniu, edukacji, kulturze i reklamie i mamy wiele ułatwień, które pozwalają nam zachowywać status quo, czyli udział w tym systemie.

Dla kogo są więc te wytyczne? Może najpierw powiem dla kogo nie są. Nie są dla ludzi całkowicie pozbawionych empatii, których jak wiemy jest bardzo mały odsetek. Najczęściej nie potrzebują ich także ludzie, którzy nie mają żadnej styczności z tematem krzywdzenia zwierząt i weganizmu, i którzy żyją we własnym hermetycznym świecie, gdzie taki temat ma bardzo małe  szanse zaistnieć. Wytyczne te nie są też dla ludzi, którzy nigdy nie wyszli ze swoją empatią poza świat ludzki (wbrew pozorom, nie jest to takie proste). Pozostali nieweganie, posiadający podstawową empatię i szansę na styczność z tematem krzywdzenia zwierząt w szerszym zakresie, potrzebują narzędzi do samoobrony, ponieważ potencjał do przejścia na weganizm, a więc do opowiedzenia się przeciwko krzywdzeniu zwierząt, już w nich jest. 


------

Czytaj dalej:

  • Jak skutecznie nie przejść na weganizm? Poradnik - część 1 (LINK)
  • Krowy „pomleczne”, czyli takie, które były wykorzystywane w produkcji mleka, ale już nie są, bo mają problemy ze zdrowiem są sprzedawane do rzeźni, podobnie jak ich męskie potomstwo podtuczone na cielęcinę (LINK
  • Kury „ponioski”, czyli takie, które były wykorzystywane w produkcji jajek, ale już nie są, bo cykl najbardziej opłacalnej produkcji się skończył (rok/dwa lata) z ferm klatkowych i bezklatkowych są sprzedawane do rzeźni. Istnieją ubojnie specjalizujące się w zabijaniu takich kur na produkt zwany „kurą rosołową” (LINK)   
  • Stanowisko Academy of Nutrition and Dietetics (największej na świecie organizacji zrzeszającej dietetyków) na temat diet wegetariańskich (w tym diety wegańskiej) – w skrócie: jeśli dobrze ułożysz dietę roślinną, to spełni ona zapotrzebowanie żywieniowe człowieka na każdym etapie życia i może działać w prewencji a nawet leczeniu niektórych chorób (LINK PO ANGIELSKU), (LINK PO POLSKU)
  • Wybór śniadań, obiadów, podwieczorków, deserów i kolacji po wegańsku - wybór z blogów serwuje Stowarzyszenie Empatia "Weganizm.Spróbujesz?"



sobota, 30 grudnia 2017

Jak skutecznie nie przejść na weganizm? Poradnik - część 1

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Żyjemy w niespokojnych ideologicznie czasach. Google wyrzuca coraz więcej wyników dla słowa "weganizm". To zmiana ostatniej dekady. Coraz więcej ludzi zna przynajmniej jednego weganina lub wegankę. Menu w restauracjach coraz częściej zawiera dania oznaczone literką "V" (i nie chodzi tu o vendettę kucharza na niegrzecznych klientach). W większych miastach funkcjonują nawet całe lokale gastronomiczne, gdzie nie uświadczy się kotleta schabowego, piersi z kury czy nawet ryby, a do kawy dolewają tylko biały napój roślinny. Ktoś by pomyślał, że to żart, ale istnieją też "burgerownie", w których nie dostanie się ani kawałka prawdziwego mięsa czy sera, bo wszystko zrobione jest z roślin. O zgrozo, czasem można się nawet nie zorientować, że na talerzu pojawiło się coś wegańskiego, bo w takich miejscach oznaczeń w menu już nie ma! Zgroza wynika zaś z tego, że porządny nieweganin nie chce jeść wegańskich rzeczy i bratać się z jakąś obcą mu ideologią, która coraz śmielej wysuwa swoje macki. 

Dociekliwiec dopyta: a co z owocami, frytkami, ryżem, kaszą, grochem, fasolą, kapustą, marchewką, brokułem i orzeszkami ziemnymi (lista roślin jadalnych pozostaje niewyczerpana)? No dobra, nieweganin też je rośliny, ale nie będzie ich nazywał wegańskim jedzeniem. Wystarczą mu nazwy dotychczasowe.

Weganie narzekają, że do produkcji schabowego, nabiału i jajek krzywdzi się zwierzęta. Ewidentnie chcą nieweganom zagrać na emocjach, bo kto chciałby być sprawcą krzywdy zwierząt? Kto chciałby płacić za krzywdę zwierząt? Wiadomo, że nikt się do tego nie pali, ale nikt też nie chce rezygnować ze swoich od lat pielęgnowanych przyzwyczajeń, ulubionych smaków, sprawdzonych przepisów, gładko przebiegających spotkań z serwującą pyszny rosół babcią, częstującą sernikiem ciocią? Kto chciałby rezygnować z pięknego wełnianego płaszcza, eleganckich skórzanych butów, no kto? 

Dlatego rośnie potrzeba posiadania poręcznych, gotowych do natychmiastowego użycia, argumentów, które skutecznie bronić będą spokoju niewegan. Rośnie potrzeba kompleksowych wytycznych, które wrażliwym ludziom pozwolą pewnie i trwale nie przechodzić na weganizm. 



Wytyczna 1 Przypomnieć historię ludzkości lub przynajmniej lokalną tradycję

Praktycznie każdy myślący człowiek zastanawiając się nad historią ludzkości jest w stanie przywołać w wyobraźni postać człowieka - odważnego łowcy biegającego z dzidą za dużym zwierzem, najlepiej mamutem, czy też postać człowieka - łowcy spełnionego, opiekającego mięso nad ogniskiem. Nie należy oczywiście zapędzać się myślą do polowania na dinozaury, gdyż styczność człowieka i dinozaura miała miejsce tylko u Spielberga w „Jurassic Park”. Obraz człowieka-łowcy jest bardzo poręczny, choć równocześnie trzeba sobie zdawać sprawę, że człowiek był także zbieraczem jadalnych roślin. Zbieractwo to kładzie nam się trochę cieniem na idealnym obrazie mięsożernych ludzi prehistorycznych, ale nie ma argumentów idealnych. 

Przypominając historię ludzkości, musimy też niestety mieć na uwadze, że od zarania dziejów człowiek nie tylko jadł mięso (jego proporcjonalny udział w diecie pozostaje kwestią sporną), ale także robił różne inne rzeczy, które podkopują nam trochę sens opierania się na argumencie „ale człowiek zawsze…”. Są to na przykład rzeczy, których dziś nie pochwalamy, takie jak zabijanie ludzi, mimo że niewątpliwie należą do naszej historii i natury. Są to także rzeczy, które robimy dziś inaczej, przerywając niejako ciągłość historii, np. używamy kuchenek zamiast ogniska,  komunikujemy się nie tylko twarzą w twarz ale za pomocą komórek, zaś wiedzę nabywamy nie tylko od najbliższych, ale także w szkole i na internecie. 

Możemy oczywiście sięgnąć do nieco młodszej, lokalnej historii, choćby tej opisywanej w „Trylogii” Sienkiewicza. Przypomnimy komu trzeba, że prawdziwy Polak siada do stołu suto zastawionego mięsem. Trzeba jednak liczyć się z tym, że może nam zostać wytknięte, że Sienkiewicz opisywał zwyczaje grupy stanowiącej zaledwie drobny ułamek społeczeństwa, podczas gdy ponad 80 procent ludności żywiło się głównie zbożem i warzywami. Jednak, jako że dzisiejsza większość pochodzi od dawnej mniejszości (wszyscy mamy przecież szlacheckie korzenie), a chłopom pańszczyźnianym aż tak źle się dziać nie mogło, na co wskazuje dzisiejsze menu restauracji typu „Chłopskie jadło”, to może jakoś się obronimy tą naszą podkolorowaną historią przed inwazyjnymi zakusami weganizmu.

Wytyczna 2 Odwołać się do Ustawy o ochronie zwierząt 

Bardzo poręcznym argumentem jest istniejące prawo. Mamy w Polsce pięknie brzmiącą Ustawę o ochronie zwierząt, w której znęcanie się nad zwierzętami jest karalne – można dostać nawet wyrok więzienia. W ogóle sama nazwa powinna załatwić sprawę i zamknąć usta maruderom. Można co najwyżej zastanawiać się nad tym z jaką skutecznością realizowane jest to prawo, ale przecież wiadomo, że są też przepisy zabraniające zabijania, gwałcenia i okradania ludzi, a to się dzieje mimo wszystko. Po prostu nic nie jest doskonałe.  

Dodatkowo, zwierzęta są zabezpieczane przez kampanie dbające o ich dobrostan. Jest trochę organizacji zajmujących się właśnie dobrostanem zwierząt, a to dążących do zmiany prawa, a to zachęcających firmy do przechodzenia na przykład z jajek trójek na dwójki. Nie dość więc, że jest ta ustawa, to obserwujemy stały postęp i regularnie słyszymy o sukcesach tych organizacji. Życie nie jest idealne, ale można powiedzieć, że serce rośnie. I tylko ci weganie marudzą.

Niestety problemy pojawiają się przy nieco dokładniejszej lekturze tej ustawy i rozporządzeń, które są takimi dokładniejszymi wytycznymi dotyczącymi tego jak należy ze zwierzętami postępować. Okazuje się na przykład, że ruchliwe z natury zwierzęta jakimi są kury wolno trzymać w małych klatkach całe ich życie. Można też prowadzić selekcję hodowlaną w sposób, który sprowadza na zwierzęta choroby i cierpienie tylko po to, by na nich zarobić (np. zarabiać na olbrzymich laktacjach krów kosztem nawracających zapaleń wymienia) lub po to, by zaspokajać wrażenia estetyczne (np. cieszyć się płaskimi twarzami persów za cenę ich problemów z oddychaniem). Jak to się ma do zakazu znęcania się? 

Ustawa o ochronie zwierząt zabrania zabijania zwierząt, co jest w sumie logiczne. Ochrona powinna mieć jakieś minimalne standardy. Pojawiają się w niej jednak wyjątki. No dobra, wiadomo, eutanazja z przyczyn humanitarnych powinna być dozwolona, ale niestety są też inne punkty, których cele mają się słabo do głównych założeń ustawy (khm, a raczej w ogóle, bo większość wymienionych wyjątków dotyczy realizowania interesów ludzi) i sumują się na ponad 800 milionów zwierząt lądowych rocznie, nie licząc zwierząt wodnych. 

Organizacje dobrostanowe do tych swoich kampanii dodają tak krzepiące zdjęcia, że można zapomnieć przynajmniej na chwilę trochę niepokojące wnioski płynące z analizy Ustawy, która pierwotnie wzbudziła takie nadzieje. O ile prawo, wiadomo, zmienia się bardziej powoli, o tyle nadzieja we współpracy organizacji z korporacjami i to nie płonna, przecież już dziś obiecują zejście na jaja dwójki. Te szczęśliwe kurki w objęciach aktywistów, albo pławiące się w promieniach słońca na tle zielonej trawki. Ech, nieużyte wegany, spójrzcie sobie na to i zapamiętajcie. 

Niestety i tu dociekliwy człowiek nie zazna dłużej spokoju. Obraz zaczyna się sypać jak stary tynk z elewacji, kiedy przejrzymy Youtuba w poszukiwaniu filmów z ferm nieklatkowych. Trudno pogodzić wesołe obrazki kampanii z realiami tych ferm. Po drugie, korporacje mogą, ale nie muszą spełnić swoje obietnice, tym bardziej, że dają sobie na ich spełnienie często 5-10 lat. Pytanie, kto ich będzie wtedy sprawdzał, nie mówiąc już o pamiętaniu o złożonej obietnicy. A jeśli obietnicy nie spełnią, to jakie czekać na nich mają konsekwencje? Po trzecie wreszcie, wracamy do tej gorzkiej myśli, że to wszystko jednak z ochroną ma niewiele wspólnego.  Aby korzystać nadal spokojnie z tej wytycznej, trzeba jednak trzymać się bardzo ogólnych założeń Ustawy, którą rzadko kto szczegółowo analizuje, i kampanijnych obrazków, których związek z rzeczywistością mało kto sprawdza. Trzeba też zapomnieć, że sami dokonaliśmy tych sprawdzeń i analiz.

W kolejnym poście przedstawię parę dalszych wytycznych przewodnika. Jak widać argumentów idealnych nie ma, ale tak już jest skonstruowany ten świat, że posługujemy się tym, co mamy, a nie tym co najbardziej chcielibyśmy mieć.

Koniec części pierwszej. Część druga (LINK).


niedziela, 22 stycznia 2017

Ustawa o ochronie zwierząt - ochrona zwierząt czy autoportret społeczeństwa

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Według wielu ludzi, Ustawa z 21 sierpnia 1997 roku (z późniejszymi zmianami) o ochronie zwierząt zajmuje się ochroną zwierząt. Wniosek jest zasadniczo słuszny, bo - na zdrowy rozum - czym innym miałaby się zajmować taka ustawa? Uważa się, że ustawa ta mówi na czym polega ochrona zwierząt, określa rodzaje zachowań, które są zabronione i przewiduje za nie odpowiednie kary. Wspólnym mianownikiem tych przekonań jest obraz, w zasadzie autoportret społeczeństwa, które całym sobą pragnie ochrony zwierząt i tworzy prawo, aby ochronę tę wprowadzać w życie.

Z autoportretu wynika poręczna dychotomia: MY - słuszna większość obejmująca troskliwych obywateli i obywatelki, dla których prawo jest tarczą i mieczem w walce o ochronę zwierząt, kontra ONI – uciążliwa mniejszość zawierająca sadystów, degeneratów i okrutników (w większości płci męskiej), dla których prawo jest zawadą stającą na przeszkodzie w znęcaniu się nad zwierzętami. 

Skoro większość troszczy się o zwierzęta, a wyrazem tej troski jest Ustawa o ochronie zwierząt, krzywda z ręki człowieka może dziać się tylko za sprawą mniejszości i wbrew prawu. Krzywda jest więc z zasady przestępstwem, a jej sprawcami są w/w sadyści, degeneraci i okrutnicy. Krzywda podlega działaniu policji, prokuratury i sądów, wynika z okrucieństwa i jest wyjątkiem. Regułą jest ochrona. Zatem to, co jest akceptowane przez troskliwą większość wpisuje się w ochronę zwierząt, jest legalne i z założenia nie może czynić krzywdy. 

Istnienie Ustawy o ochronie zwierząt z pewnością reguluje nam nastrój. Szczególnie uspokajający jest pierwszy artykuł, w którym czytamy, że "zwierzę, jako istota żyjąca, zdolna do odczuwania cierpienia, nie jest rzeczą. Człowiek jest mu winien poszanowanie, ochronę i opiekę." Niepokoi nas tylko sposób egzekwowania przepisów, umarzanie postępowań, wyroki uniewinniające czy wyroki w zawieszeniu, szczególnie jeśli dotyczą przestępstw spektakularnych, czyli takich, które przypisujemy sadystom/degeneratom/okrutnikom: ktoś wyrzucił psa przez okno, obciął kotu ogon siekierą, wystawił na mróz karton ze świnkami morskimi. Niepokój i oburzenie idą jednak w parze z przekonaniem, że w zasadzie główny problem leży w sadystach/degeneratach/okrutnikach i nieczułych policjantach, obojetnych prokuratorach i sędziach wydających wyroki oparte na niedorzecznych uzasadnieniach. Główny problem ma leżeć właśnie tam, ewentualnie w niezręcznie sformułowanych przepisach, bo ustawa jako taka odzwierciedla właściwe podejście większości (tak, troskliwych obywateli i obywatelek) do zwierząt. 

Faktycznie, ludzie podzielają przekonanie, że nie należy zadawać zwierzętom niepotrzebnego cierpienia. Pod koniec XVIII wieku  angielski prawnik i filozof Jeremy Bentham postulował, że cierpienie zwierząt liczy się moralnie. Rewolucyjny jak na tamte czasy postulat przyjął się, co widać we wspomnianym, pierwszym artykule naszej ustawy i ustawodawstwie wielu krajów na świecie. Od ponad 200 lat tworzymy przepisy, które mają na celu ograniczanie cierpienia zwierząt i karanie zadawania niepotrzebnego cierpienia. 

W czym zatem leży problem? Jak zauważył prawnik i filozof Gary Francione, postulat Benthama był tyleż rewolucyjny, co bezzębny: z jednej strony uznawał za złe moralnie zadawanie niepotrzebnego cierpienie zwierzętom, z drugiej strony nie podważył żadnej z tradycyjnych form wykorzystywania zwierząt, które cierpienie zwierząt powodowały. 

Tym samym, Bentham uznawał za potrzebne i moralnie dopuszczalne każde cierpienie zwierząt, które było związane z produkcją mięsa, mleka, jaj, skór, futer i innych produktów tradycyjnie pozyskiwanych z/od zwierząt w społeczeństwie w jakim żył. Nie wziął pod lupę tych praktyk, by odpowiedzieć sobie na pytanie czy są one niezbędne ludziom do przeżycia. Nie pytał czy ludzie muszą jeść mięso, nabiał i jaja. Pewnie w tamtych czasach miałby trudności ze znalezieniem odpowiedzi, ale pytanie powinien był postawić, jeśli rzeczywiście uważał, że cierpienie zwierząt liczy się moralnie. 

Wydaje się zatem, że za niepotrzebne Bentham uznał tylko: (a) cierpienie zadawane z wyłącznie sadystycznych pobudek, (b) cierpienie zadawane w ramach tradycyjnych form wykorzystywania zwierząt, które nie jest konieczne do realizacji tych praktyk i, prawdopodobnie, (c) cierpienie zadawane w ramach nietradycyjnych form wykorzystywania zwierząt. Zatem, jak sądzę, Bentham uznałby za niepotrzebne cierpienie przypalanie psa papierosem, ale wypalanie cielętom znaków rozżarzonym żelazem w celu ich oznaczenia uznałby za potrzebne. Kopnięcie cielęcia byłoby niepotrzebnym cierpieniem, zaś oderwanie go od matki w celu umożliwienia produkcji mleka byłoby cierpieniem potrzebnym. Unieruchomienie kota w klatce dla “zabawy” byłoby moralnie złe, unieruchomienie kury w klatce dla produkcji jaj – moralnie dopuszczalne. I tak dalej. 

Współczesne prawodawstwo odzwierciedla ten sposób myślenia. Z jednej strony potwierdza się, że zwierzęta są zdolne do cierpienia i zakłada się, że nie należy zadawać im niepotrzebnego cierpienia. Równocześnie przyjmuje się, że nie należy podważać utrwalonych tradycją form wykorzystywania zwierząt przez ludzi. Zatem wszelkie cierpienie związane z takim wykorzystywaniem jest “potrzebne”, a więc moralnie dopuszczalne i legalne. W takim układzie wszelkie ustawy “o ochronie zwierząt” mogą zakazać tylko cierpienia zadawanego przez wspomnianych już wcześniej sadystów, degeneratów i okrutników oraz cierpienia, które nie jest potrzebne do realizacji tradycyjnych form wykorzystywania zwierząt, przy czym należy podkreślić, że w odniesieniu do tych ostatnich, “potrzebne” cierpienie to również to, które pozwala na realizację takiej działalności w ramach konkurencji rynkowej. 

Podobnie jak Bentham twierdzimy, że zwierzętom nie należy zadawać niepotrzebnego cierpienia, a następnie w Ustawie o ochronie zwierząt potwierdzamy legalność wszystkich tradycyjnych form wykorzystywania zwierząt, które są nierozerwanie związane z zadawaniem cierpienia; w warunkach rynkowej konkurencji cierpienie to może tylko rosnąć. Podobnie jak Bentham nie pytamy (społeczeństwo i ustawodawcy) czy te formy wykorzystywania zwierząt są nam niezbędne do życia, choć odpowiedzi zostały już udzielone: największe na świecie stowarzyszenie dietetyczne Academy of Nutrition and Dietetics potwierdza, że możemy żyć zdrowo na diecie niezawierającej produktów odzwierzęcych, a przemysł odzieżowy dostarcza ubrań bez skóry, wełny, futra czy jedwabiu na każdą porę roku. Podobnie jak Bentham akceptujemy wykorzystywanie zwierząt i ich zabijanie, nie zadając sobie pytania dlaczego uważamy to za oczywiste. Wyjątkiem do pewnego stopnia są zwierzęta domowe, których zabijanie (ale nie wykorzystywanie) uważamy za krzywdę, choć krowy, świnie czy kury żyć chcą tak samo jak psy czy koty. 

Okazuje się, że autoportret społeczeństwa jest mocno sfotoszopowany, tak żebyśmy mogli mieć o sobie dobre zdanie. Sadyści, degeneraci i okrutnicy (choć o nich media trąbią najgłośniej) są w mniejszości. Większość stanowią jednak obywatele i obywatelki troskliwi bardzo selektywnie (wobec własnego psa czy kota), którzy wobec cierpienia zwierząt zadawanego w ramach tradycyjnych form wykorzystywania zwierząt pozostają obojętni. Część tej większości musi bezpośrednio zajmować się akceptowanym społecznie wykorzystywaniem zwierząt – są to hodowcy i rzeźnicy. I znowu, większość z nich uczy się obojętności wobec cierpienia, które zadają. Hodowcy i rzeźnicy są akceptowani społecznie, bo zadają cierpienie “potrzebne” (po to, by w sklepach sprzedawane było mięso, nabiał, jaja, a także skórzana, wełniana czy futrzana odzież). Pewien odsetek tej grupy, z frustracji lub sadyzmu, zadaje więcej cierpienia i zostaje zaklasyfikowany do sadystów, degeneratów i okrutników, którzy zadają “niepotrzebne” cierpienie. Społeczeństwo żąda, by tacy ludzie zostali ukarani. 

O ile wyleczyć się z sadyzmu czy psychopatii jest bardzo trudno, o tyle obojętność zdecydowanie jest reformowalna, nawet jeśli trenowano nas w tym zakresie od dzieciństwa. Ustawa o ochronie zwierząt niestety odzwierciedla ten prawdziwy, wciąż aktualny obraz społeczeństwa, które potępia sadystów, degeneratów i okrutników, ale ze swoją obojętnością wciąż nie postanowiło się rozprawić. A to właśnie ta obojętność jest odpowiedzialna za systemowe krzywdzenie zwierząt na ogromną skalę. Gdybyśmy całą energię, którą angażujemy w nienawiść wobec sadystów/degeneratów i okrutników, przekierowali na kruszenie tej obojętności i wybór weganizmu, żylibyśmy w społeczeństwie, które nie potrzebowałoby już tak dużo photoshopa.

Ustawa o ochronie zwierząt jest tematem bardzo szerokim, dlatego dzisiejszy wpis jest tylko pierwszym tekstem na ten temat na moim blogu.