poniedziałek, 2 lipca 2018

Ile praw zwierząt w prawach zwierząt?

Na X Ogólnopolskim Kongresie Kobiet w czerwcu 2018 roku zostało zorganizowane „Centrum zwierząt”. Nie była to premiera tego tematu, bo Na Kongresie Kobiet o zwierzętach mówiono już wcześniej, na przykład podczas dyskusji w ramach „Centrum Zielone” w 2017 roku. Niemniej, w tym roku, spośród czterech paneli dyskusyjnych, szczególnie zainteresował mnie jeden, gdyż miał w swoim tytule prawa zwierząt. 

Kiedy słyszę lub widzę termin prawa zwierząt w głowie zapalają mi się dwa światła – zielone i pomarańczowe. Zielony to kolor nadziei, że wreszcie mówimy o zwierzętach na poważnie. Prawa zwierząt to przecież koncepcja rozwinięta w różny sposób przez filozofa Toma Regana i prawnika i filozofa Gary’ego Francione’a – w jednym i w drugim przypadku mająca wspólny mianownik: sprzeciw wobec eksploatacji zwierząt i, co za tym idzie, weganizm. Pomarańczowy to ostrzeżenie „Uważaj z tą nadzieją”, bo, jak pokazuje już wieloletnia praktyka, termin prawa zwierząt jest regularnie nadużywany: stosuje się go tam, gdzie w ogóle nikt nie sprzeciwia się eksploatacji. O „prawach zwierząt” mówi się bardzo często tam, gdzie de facto rozmowa dotyczy regulowania warunków eksploatacji, np. przeniesienia kur eksploatowanych dla jaj z klatek do budynków bez klatek, skrócenia transportu zwierząt wiezionych do rzeźni itp. 

Byłam zatem ciekawa ale i ostrożna w swoich oczekiwaniach, kiedy postanowiłam obejrzeć udostępniony na Facebooku panel pt. „Dlaczego feministki powinny walczyć o prawa zwierząt”. 

Organizatorem Centrum Zwierząt, a więc i tego panelu, była Fundacja Alberta Schweitzera, która na swojej stronie internetowej deklaruje, że jej celem długoterminowym jest „doprowadzenie do zakończenia chowu przemysłowego i popularyzacja wegańskiego stylu życia”, a strategia skupia się na dwóch filarach: (1) współpracy z firmami polegającej na zachęcaniu ich, by przestały sprzedawać „produkty, które są wynikiem szczególnie okrutnych procedur (na przykład jaja z chowu bateryjnego), ale by także rozszerzały i ulepszały swój asortyment produktów roślinnych.” oraz na (2) edukacji konsumentów, dla których uruchomiono kampanię Vegan Taste Week, „aby dotrzeć do możliwie największej liczby osób i skutecznie nakłonić je do ponownego przemyślenia ich wyborów”.  Fundacja działa więc w temacie zwierząt hodowanych na mięso, mleko, jaja i futra, jednak nie sprzeciwia się jednoznacznie eksploatacji zwierząt (tylko jej przemysłowej formie), nie postuluje weganizmu tylko chce go popularyzować (moralny obowiązek a popularny styl życia to jednak różne sprawy), zaś na swojej stronie w ogóle nie odwołuje się do teorii praw zwierząt. 

Tyle organizator. A jak wyglądał panel? Udział wzięły: prowadząca spotkanie przedstawicielka fundacji Karolina Skowron, pisarka, autorka „Prowadź swój pług przez kości umarłych” Olga Tokarczuk, adwokatka zajmująca się sprawami łamania Ustawy o ochronie zwierząt i sprawami przemocy domowej Karolina Kuszlewicz, historyczka sztuki, autorka bloga „Nie-zła sztuka” zajmująca się animal studies na Wydziale Artes Liberales Uniwersytetu Warszawskiego Dorota Łagodzka oraz dr Justyna Włodarczyk - z Zakładu Literatury Amerykańskiej Uniwersytetu Warszawskiego, zajmująca się m.in. animal studies i teorią feministyczną.

Rozmawiano o ciekawych i istotnych sprawach.
Olga Tokarczuk mówiła, że odchodzi w przeszłość hierarchiczny model traktowania przyrody. Choć nie zgadzam się, że taki trend ma miejsce – jest to zbyt optymistyczne twierdzenie – to myślę, że zdecydowanie i ludziom i zwierzętom pozaludzkim przydałoby się, gdyby ludzie przyjęli taką antyhierarchiczną, bardziej egalitarną perspektywę. Być może czując się bardziej braćmi i siostrami zwierząt, czy po prostu współmieszkańcami tej samej planety, bylibyśmy bardziej skłonni przyjąć jako właściwą i zdroworozsądkową postawę samoograniczenia, o której wspominała pisarka. 

Dodałabym, że powinno to w pierwszym rzędzie dotyczyć Europy i Ameryki Północnej, gdzie styl życia oparty na konsumpcji, szczególnie produktów pochodzenia zwierzęcego, krzywdzi bezpośrednio eksploatowane zwierzęta, ale także zabiera miejsce do życia dzikim zwierzętom zamieniając ich dom w pola upraw przeznaczane na paszę, a także zatruwa środowisko i napędza produkcję gazów cieplarnianych. Cierpimy z tego powodu wszyscy i nie ma w tym cierpieniu sprawiedliwości, bo choć najbardziej szkodzą bogaci, to największy ciężar muszą nieść na swoich barkach ludzie najbiedniejsi i niczemu winne zwierzęta.

Karolina Kuszlewicz mówiła o tym, że przemoc ma uniwersalny charakter przejawiający się poczuciem władzy sprawcy nad słabszą od niego ofiarą, a także o tym, że zdarza się i to nie rzadko, że przemoc domowa (najczęściej mężczyzn wobec kobiet i dzieci) łączy się z przemocą tych samych sprawców wobec zwierząt. Zdarza się – jak potwierdziły to badania w USA – że przemoc wobec zwierząt poprzedza przemoc wobec dzieci. 

Przemoc fizyczna wobec zwierząt domowych jest też realizowana przez sprawcę jako przemoc psychiczna wobec kobiety, która jest opiekunką zwierzęcia. Wreszcie kobiety bywają też zmuszane do seksu ze zwierzętami. Kuszlewicz podkreśliła, że w Polsce związki między przemocą domową a przemocą wobec zwierząt nie są dostrzegane: jeśli odkryta zostanie przemoc wobec zwierzęcia domowego, to policja nie interesuje się, czy przypadkiem nie kryje się za tym także przemoc wobec ludzkich członków rodziny sprawcy. Z kolei kobiety uciekające przed przemocą do schronisk nie są tam przyjmowane ze zwierzętami.

Dorota Łagodzka zwróciła uwagę zebranych na język jako narzędzie dewaluacji nie tylko kobiet ale i zwierząt. Kiedy używamy słów oznaczających zwierzęta (np. wredna suka, kura domowa, stara krowa, głupia kwoka) wyrażamy nie tylko patriarchalne uprzedzenia redukujące kobiety do istot bardziej biologicznych, mniej refleksyjnych, ale tym samym pokazujemy nasz brak szacunku do zwierząt pozaludzkich. Ponadto, kiedy chcemy wyrazić oburzenie złem wyrządzanym przez ludzi, lubimy używać metafor i porównań związanych ze zwierzętami: gwałciciel zachował się „jak zwierzę”, jego czyn był „nieludzki”. Jak zauważyła Łagodzka, paradoksalne jest to, że mianem „nieludzkich” określamy czyny, do których zdolni są tylko ludzie. 

Justyna Włodarczyk dodała do dyskusji perspektywę historyczną, w której ukazała jak idee praw kobiet i lepszego traktowania zwierząt spotykały się już w działaniach sufrażystek XIX wieku. Podczas zebrania Ligii Humanitarnej przeciwnej zadawaniu niepotrzebnego cierpienia istotom czującym, Lizzy Lind zachęcała do połączenia ruchów humanitarnych – sufrażystek, przeciwników wiwisekcji, przeciwników kar cielesnych i kary śmierci, pacyfistów i wegetarian. 

Włodarczyk poczyniła ciekawą obserwację, że choć w pewnym okresie ruch prozwierzęcy zajmował się intensywnie cierpieniem zwierząt wykorzystywanych przez ludzi klasy pracującej, to po pewnym czasie zajął się także przewinieniami klasy wyższej.  Najpierw walczono o zakaz walk psów czy o zakaz ciągnięcia wózków przez psy, - to drugie dla wielu ludzi nie było fanaberią lecz sposobem na utrzymanie się. Wyglądało to trochę jak oświecanie „ciemnego ludu” przez bogatych, którzy wcale nie mieli czystego konta jeśli chodzi o stosunek do zwierząt. Natomiast pod koniec wieku XIX, gdy w ruchu prozwierzęcym pojawiło się więcej kobiet i część z nich zaczęła studiować medycynę, większą uwagę zaczęto zwracać na wiwisekcję. Ostrze krytyki zwróciło się wówczas przeciwko naukowcom i lekarzom, którzy do tej pory sami mówili innym jak żyć. Justyna Włodarczyk zwróciła też uwagę, że nie powinniśmy tworzyć dychotomii: pomoc ludziom vs pomoc zwierzętom, gdy tak naprawdę możemy robić jedno i drugie. 

Co mnie zaskoczyło i czego zabrakło.
W debacie było parę kwestii, które mnie zaskoczyły, zdziwiły lub zirytowały. Pierwsza prelegentka Olga Tokarczuk rozwijając myśl o samoograniczeniu stwierdziła, że oznacza to ograniczenie jedzenia mięsa. W publicznych dyskusjach o krzywdzeniu zwierząt, raz za razem dokonuje się tej arbitralnej koncentracji na jedzeniu mięsa i równocześnie spycha się na margines, albo całkowicie poza ramy dyskusji, picie mleka, jedzenie nabiału i jaj i inne formy krzywdzenia zwierząt. Rozmowa schodzi wówczas na ograniczanie lub niejedzenie mięsa, a nie na weganizm. 

Dyskusje te raz za razem stanowią krok wstecz, zamiast w przód. Skupiając naszą uwagę na mięsie, oddalają rozmowę o eksploatacji zwierząt, której dokładnie takim samym przykładem jak produkcja mięsa jest produkcja jaj i mleka. We wszystkich rodzajach eksploatacji, zwierzę, jego ciało i jego życie jest traktowane przedmiotowo – jako surowiec (zwierzęta hodowane na mięso) lub maszyna (zwierzęta używane do produkcji jaj, mleka czy do „produkcji” zwierząt, np. matki prosiąt czy matki kur niosek). Ciało poddane selekcji hodowlanej ma być dobrym surowcem lub sprawną maszyną, ma służyć producentom i konsumentom. Życie jest dawane i odbierane zgodnie z planem produkcji, cięcia kosztów, generowania zysków i konkurencyjnej ceny. 

Jak mówi filozof praw zwierząt Gary Francione, wegetarianizm (a więc wybieranie niejedzenia mięsa, podczas gdy je się nabiał i jaja) nie jest postawą bardziej spójną, niż twierdzenie, że moralnie złe jest jedzenie mięsa z łaciatych krów, ale nie jest moralnie złe jedzenie mięsa z krów, które łaciate nie są. Nie ma zatem prawdziwej dyskusji o niepotrzebnym cierpieniu zwierząt, ich krzywdzeniu i eksploatacji, a szczególnie o prawach zwierząt, gdy dowolnie wybieramy sobie jakąś formę krzywdzenia (na mięso) i pomijamy inne. Taka dyskusja z założenia jest niewłaściwa, niesłusznie okrojona, nieuczciwa.

Druga kwestia wypowiedziana przez Tokarczuk jeszcze bardziej mnie zdziwiła. Przytoczę ją jednak dlatego, że wpisuje się w pewien szerszy trend obecny w ruchu prozwierzęcym, więc warto się do niej odnieść. Olga Tokarczuk powiedziała, że oprócz ograniczenia jedzenia mięsa powinniśmy wrócić do „tradycyjnych sposobów pozyskiwania mięsa”. Muszę powiedzieć, że trochę wbiło mnie w krzesło, tym bardziej, że żadna z panelistek na to nie zareagowała. Nie sądzę, żeby Tokarczuk, autorka antymyśliwskiej książki „Prowadź swój pług przez kości umarłych” sugerowała, że wszyscy powinni ruszyć do lasu na polowanie. Druga opcja, która wydała mi się znacznie bardziej prawdopodobna, to tradycyjne gospodarstwa rolne przeciwstawiane przemysłowym fermom. 

Faktycznie w ruchu prozwierzęcym jest silny trend do krytykowania nie eksploatacji zwierząt jako takiej tylko właśnie ferm przemysłowych, a więc sposobu, w jaki eksploatuje się zwierzęta. Szereg organizacji, w tym organizator debaty,  prowadzi kampanie mające na celu reformę przemysłowej hodowli zwierząt. 

Kampanie te mają na celu ograniczenie najbardziej „przemysłowych” form i metod chowu zwierząt (obecnie np. jajek „trójek” od kur trzymanych w klatkach). Równocześnie jednak promują inne, rzekomo lepsze formy chowu zwierząt. Takim kampaniom towarzyszą dwa rodzaje obrazów – zdjęcia i filmy krytykowanej formy chowu – odstręczające, pokazujące urazy, rany, cierpienie i nieżywe zwierzęta, oraz zdjęcia zwierząt zadbanych w przyjemnym, rustykalnym otoczeniu w bliżej niezidentyfikowanych okolicznościach. Jako że pierwsza seria obrazów dotyczyła krytykowanej formy chowu, to te przyjemne, niepodpisane obrazy poprzez skojarzenie, sugerują nam, że oto widzimy zwierzęta żyjące w tej drugiej, niekrytykowanej formie chowu. Odbiorca dostaje komunikat, że po wyeliminowaniu formy zwalczanej przez kampanię, zwierzęta będą szczęśliwe, a on będzie mógł nadal być konsumentem zwierząt, tym razem z czystym sumieniem.  

Być może więc stwierdzenie o „powrocie do tradycyjnych sposobów pozyskiwania mięsa” jest echem takich kampanii chcących reformować przemysłową hodowlę zwierząt.  Problem w tym, że znowu nie dotykamy tu w ogóle praw zwierząt (do niebycia przedmiotem eksploatacji), a sugerowane rozwiązania, poprzez swoją zmniejszoną wydajność (choćby potrzebę większej powierzchni dla hodowanych zwierząt) nie są rozwiązaniem dla planety, na której ludzka populacja nie maleje, ale wciąż rośnie. 

Co więcej, mamy już sporo przykładów jak kończy się reformowanie przemysłowej hodowli:  powstają kolejne formy przemysłowej hodowli, gdzie zwierzęta też cierpią, tylko w nieco innych okolicznościach. Pokazuje to wiele zdjęć i filmów realizowanych na „eko” fermach. Dlaczego tak się dzieje? Nieodmiennie składa się na to parę czynników: masowość produkcji (fermy „eko” też mają dużo zwierząt, szczególnie jeśli są to małe zwierzęta, takie jak kury), chęć zarobku, konkurencja na rynku i klienci nie zamierzający jednak płacić zbyt wiele za swoje czyste sumienie.

Mówiąc o  przemocy wobec ludzi i zwierząt Karolina Kuszlewicz poruszała się przede wszystkim w obrębie przemocy nielegalnej i karalnej. Nawet nawiązując do sprawy sprzedaży żywych karpi bez wody, w której Sąd Najwyższy postanowił o kasacji prawomocnego wyroku uniewinniającego sprzedawców od zarzutu znęcania się nad zwierzętami, adwokatka wciąż mówiła o przemocy, która - choć ewidentnie kontrowersyjna – ma szansę jednak zostać uznana za karalną. Mam duży problem z tym podejściem, szczególnie jeśli spotkanie nazywa się debatą o prawach zwierząt. Dlaczego? Bo znakomita większość przemocy wobec zwierząt jest legalna. Żyjemy w społeczeństwie (i w świecie), w którym normą jest szowinizm gatunkowy (analogiczna do seksizmu i rasizmu forma dyskryminacji – ze względu na gatunek), a jego przejawem jest powszechna eksploatacja zwierząt – traktowanie ich jak surowca, narzędzia i maszyny, których narodziny, sposób życia i śmierć są podporządkowane naszym celom, które wycierpią się tyle ile trzeba i zostaną zabite wtedy, kiedy trzeba, żeby na półkach było mięso, nabiał, jaja a na sklepowych wieszakach skórzane kurtki i wełniane płaszcze, itp. 

Owszem, przemoc wobec zwierząt domowych jest bardziej widoczna, bo bardziej emocjonalnie na nią reagujemy i chętniej o niej rozmawiamy, ale jest tak właśnie dlatego, że wychowujemy się do życia w świecie, w którym zwierzęta domowe do pewnego stopnia stanowią wyjątek od reguły. Regułą zaś jest akceptacja przemocy tak powszechna, że aż oczywista i tak oczywista, że kompletnie dla nas, jako społeczeństwa, przezroczysta.  To ponad 800 milionów zwierząt „gospodarskich” hodowanych na fermach i zabijanych w rzeźniach rocznie. To tony ryb zabijanych w ramach rybołówstwa. To ta przemoc jest legalna, niekaralna, oczywista i przezroczysta. 

Nasza obojętność na tę legalną przemoc nie jest jednak wrodzona, lecz wyuczona, a więc i odwracalna, o czym świadczy rosnąca liczba wegan. Dlatego szczególnie na spotkaniach, które w swojej nazwie mają prawa zwierząt, rozmowy o tym nie tylko nie powinno zabraknąć, ale powinien być to temat centralny. Tutaj absolutnie nie był. Gdzieś pobocznie, dość nieśmiało była mowa o zmianie diety. To za mało, zdecydowanie za mało!

Wielkim nieobecnym w debacie o prawach zwierząt były więc prawa zwierząt i weganizm. Wydaje się, że prawa zwierząt stały się atrakcyjną frazą, której używa się, żeby zasugerować, że debata, film, książka czy organizacja poważnie podejmuje temat zwierząt. Jednak bardzo często taka debata, film, książka czy organizacja wcale prawami zwierząt się nie zajmują: nie odwołują się w ogóle do najważniejszych twórców teorii praw zwierząt – do profesora Toma Regana czy profesora Gary’ego Francione’a, nie sprzeciwiają się (albo robią to bardzo niejednoznacznie) eksploatacji zwierząt i nie mówią o weganizmie jako podstawowym obowiązku moralnym wynikającym z poszanowania praw zwierząt. Nieżyjący już Tom Regan pisał, że prawa zwierząt to prawo zwierząt do szacunku. Gary Francione pisze i mówi, że prawa zwierząt to prawo do niebycia traktowanym jak czyjaś własność. Każde z tych podejść wyklucza eksploatację zwierząt. Nie da się bowiem szanować i eksploatować. Nie da się traktować podmiotowo i równocześnie eksploatować, nawet jeśli eksploatację zreformuje się w taki czy inny sposób. Nie da się też szanować zwierzęta, traktować je podmiotowo i równocześnie być konsumentem produktów pochodzących z eksploatacji. 

W świecie opartym na eksploatacji zwierząt weganizm musi być w centrum debaty o prawach zwierząt, a nie na jej obrzeżach. Tak się często nie dzieje, bo taka debata musiałaby być o nas – zwykłych obywatelach i obywatelkach, o naszych zaniechaniach, o naszej odpowiedzialności, o codziennych wyborach, o instytucjonalnej formie szowinizmu gatunkowego. Łatwiej prowadzi się rozmowy, które są o innych – psychopatach, okrutnikach, o myśliwych, o Azjatach jedzących psy. W debacie zabrakło przedstawienia prelegentek właśnie pod tym kątem. Nie zadano prostego pytania: czy są Panie wegankami? W takiej debacie i w takim świecie, w jakim obecnie żyjemy, to ważna informacja. W debacie na temat praw zwierząt mogą oczywiście brać udział ich zwolennicy i przeciwnicy, ale powinniśmy, jako odbiorcy, znać odpowiedź na to podstawowe, sytuujące w debacie pytanie. Osoby deklarujące poparcie dla praw zwierząt a niebędące wegankami na wejściu tracą na wiarygodności i trącą hipokryzją.

Proporcje debaty o prawach zwierząt moglibyśmy  obrócić dopiero w świecie, w którym prawa zwierząt miałyby ugruntowaną pozycję i większość ludzi byłaby weganami. Nie jesteśmy jednak w takim momencie i nie zbliżymy się do niego poświęcając nieproporcjonalnie małą ilość czasu na rozmowę o szowinizmie gatunkowym i eksploatacji zwierząt dla przemysłu spożywczego i weganizmie. 




niedziela, 10 czerwca 2018

Dlaczego ciągle rozmawiamy o okrucieństwie


Okrucieństwo najczęściej rozumiemy jako zadawanie komuś cierpienia dla własnej przyjemności. Sprawcą kierują sadystyczne skłonności.  – A masz! Kopnę cię i jak zawyjesz z bólu, to będę się z tego cieszył. 

W okrucieństwie najczęściej chodzi o zadawanie cierpienia fizycznego, ale można też być okrutnym powodując strach, przerażenie, grożąc i upokarzając. – Słuchaj mnie gówniarzu, bo jak nie, to popamiętasz! – Do niczego się nie nadajesz! Jak mogłem się ożenić z takim zerem!

Okrucieństwo to zatem tandem przemocowego działania i sadystycznej skłonności. Skoro tak, to nie możemy go stwierdzić tylko na podstawie tego, co stało się ofierze. Musimy znać stan umysłu sprawcy. Czy kopnął, bo się wystraszył, czy dlatego, by sprawić ból i się z tego cieszyć? Czy groził karą za nieposłuszeństwo z lęku o dziecko, czy dlatego, że chciał, by drżało przed nim ze strachu? Czy nazwał żonę zerem, bo był zmęczony i rozczarowany małżeństwem, czy dlatego, że chciał nad nią dominować poprzez upokarzanie i wprawianie w poczucie bezradności?

Kiedy mówimy o okrucieństwie, zazwyczaj myślimy także, że działanie jest podejmowane bezpośrednio przez sprawcę, bez pośredników, pomocników, czy najętych do tego wykonawców. Sprawca sam używa do okrutnego czynu własnej ręki, pasa, noża lub słowa lub wykorzystując relację podległości – przewagę finansową, status społeczny, pozycję władzy. Przemocowy rodzic, mąż, szef, szanowany urzędnik, polityk.

Okrucieństwo oczywiście odnosi się także do działań ludzi wobec zwierząt. Najczęściej będzie to przemoc fizyczna, ale jak najbardziej może być to także wzbudzanie strachu, drażnienie, wyuczanie bezradności. Ponieważ okrucieństwo kojarzymy ze stanem umysłu sprawcy i z działaniem bezpośrednim, przykłady, które od razu przychodzą na myśl to ludzie znęcający się nad zwierzętami domowymi, myśliwi, naukowcy przeprowadzający eksperymenty na zwierzętach i rzeźnicy. 

Skojarzenie z okrucieństwem nasuwa się natychmiast w zetknięciu ze „spektakularnymi” przypadkami zadawania cierpienia i śmierci psom czy kotom. Szczególnie jeśli sprawcy nie odnoszą korzyści finansowej z popełnianych czynów, to wniosek wyciąga się sam: muszą to robić dla przyjemności. Wszystko się zgadza: jest (domyślny) stan umysłu i działanie bezpośrednie. Diagnoza: okrucieństwo. Ponieważ sadyzm w czystej postaci wzbudza odrazę, doniesienia o takich czynach są bardzo „klikalne”, wywołują lawinę komentarzy nawołujących do zemsty i wyrażających regułę „oko za oko” i są potem łatwo przywoływane z pamięci jako sztandarowe przypadki okrucieństwa wobec zwierząt. 

Myślistwo jest postrzegane podobnie. Znowu mamy do czynienia z działaniem bezpośrednim (choć często sprawcę wyposażonego w nowoczesną broń palną może od ofiary dzielić całkiem spora odległość). Jeśli zaś chodzi o stan umysłu, czy skłonności polujących, to mocne wskazówki daje nam już sama branża preparowania trofeów myśliwskich i rytuał robienia sobie zdjęć z martwymi ofiarami upozowanymi na żywe, lecz ułożone w pozycji poddańczej. Czy jest to przyjemność płynąca z zadawania cierpienia, czy może ekscytacja zabijaniem jako najwyższą formą sprawowania kontroli nad czyimś życiem? Tak czy owak pewne tropy wiodą ku okrucieństwu. Gdyby chodziło tylko o przykry obowiązek regulowania przyrody (jeśli ktoś już wierzy w taką regulację), nie byłoby trofeów i zdjęć z zabitymi zwierzętami. I znowu, jeśli tak na to spojrzymy, to budzi się odraza. Co ciekawe, odrazy nie budzi raczej ani pokrewne myślistwu wędkarstwo, ani rybołówstwo - gałąź gospodarki polegająca na polowaniu na dzikie ryby.

Wielu zapyta retorycznie, kto chciałby zostać rzeźnikiem, gdyby nie odczuwał przyjemności z zabijania? Rzeczywiście, przeciętnemu człowiekowi trudno sobie wyobrazić wybór zawodu polegającego na zabijaniu od rana do wieczora. Dlatego rzeźnicy nie cieszą się społecznym szacunkiem i zaufaniem. Większość z nas nie zabija zwierząt kręgowych, a większość tych, którzy to robią (np. na wsi, albo w mieście przed Wigilią), nie robią tego aż tak często. Nasz brak szacunku do rzeźników przeradza się w odrazę, gdy oglądamy nagrania z rzeźni robione przez aktywistów, gdzie pracownicy rzeźni nie tylko wykonują legalne czynności niezbędne do odebrania zwierzęciu życia, ale także łamią prawo niejako nadprogramowo bijąc czy kopiąc zwierzęta. Szczególnie to cierpienie nazwane w kontekście rzeźni „niepotrzebnym” postrzegamy jako okrucieństwo.

Przez internet przewija się wiele zdjęć i filmów z eksperymentów na zwierzętach. Testowanie żrących substancji na skórze i oczach, podawanie dożołądkowo trucizny, by sprawdzić w jakim tempie zwierzęta będą umierać, oddzielanie młodych od matek, by obserwować rozwój choroby sierocej, wyuczanie bezradności poprzez pokazanie zwierzęciu, że cokolwiek by nie zrobiło, to i tak nie uniknie porażenia prądem. Słowem, scenariusze jak z horroru. Włosy stają dęba, wielu ludzi popiera kampanie przeciwko eksperymentom na zwierzętach i podejrzewa eksperymentatorów o skłonności do okrucieństwa. 

Filozof Tom Regan w książce „The Case for Animal Rights” pisze, że okrucieństwo może być nie tylko czynne, ale także bierne: można nie tylko bić ofiarę, ale np. powstrzymać się od jej karmienia. Głodzenie, choć mniej spektakularne niż okaleczanie, także prowadzi do cierpienia. Okrucieństwo, jak pisze Regan, może wynikać nie tylko z przyjemności z zadawania komuś cierpienia (sadyzm), ale także z obojętności na czyjeś cierpienie („nieludzki” brak litości). Przy tak poszerzonej definicji okrucieństwa wciąż skupiamy się na stanie umysłu sprawcy, ale zdajemy sobie sprawę, że nie każdy sprawca będzie sadystą. Będziemy mogli również zastanowić się, z czego wynika obojętność, czym jest brak litości.

Wydawałoby się, że rozprawiając się z okrucieństwem, zakończymy niepotrzebne cierpienie zwierząt. Jednak w zderzeniu z rzeczywistością, ta intuicja okazuje się błędem. Uważam, że dopóki rozmawiamy wyłącznie o okrucieństwie, rozumianym jako czyny wymagające określonego stanu umysłu sprawcy i jego bezpośredniego kontaktu z ofiarą, dopóty dotykamy tylko czubka góry lodowej problemu, jakim jest niepotrzebne krzywdzenie zwierząt. 

Czubek góry lodowej jest metaforą często używaną dla zobrazowania skali problemu i sposobu jego postrzegania. I faktycznie, skala krzywdzenia zwierząt jest ogromna, podczas gdy my skupiamy się na niewielkim ułamku problemu. Choć koncentrujemy się na okrucieństwie, to siłą napędową krzywdzenia zwierząt wcale nie jest ani sadystyczne okrucieństwo, ani nawet brak litości. 

Czym jest zatem góra lodowa, której tylko czubek dostrzegamy? Dowiemy się tego dopiero wtedy, gdy odłożymy na bok emocjonujące nas okrucieństwo dotyczące znęcania się nad zwierzętami domowymi, dzikimi i nadprogramowym zadawaniu cierpienia zwierzętom w rzeźni. W samej Polsce rocznie cierpi i umiera przedwcześnie ponad 800 milionów zwierząt gospodarskich i prawdopodobnie drugie tyle ryb. Nie jest to związane z okrucieństwem, którego dopuszcza się dla własnej przyjemności armia sadystów. To gałąź gospodarki oparta na legalnej eksploatacji i zabijaniu zwierząt, która pozwala pewnej grupie ludzi zarabiać na życie, a większości społeczeństwa prowadzić styl życia, którego stałym elementem jest konsumpcja produktów takie jak jaja, mleko i plejada produktów nabiałowych, mięso, wędliny, odzież skórzana, wełniana czy futrzana. Eksploatacja ta wiąże się z zadawaniem fizycznego i psychicznego cierpienia setkom milionów zwierząt i z przedwczesnym ich zabijaniem. Oto nasza góra lodowa, którą pomijamy milczeniem, skupiając nieproporcjonalną ilość uwagi na jej czubku – czyli okrucieństwie wobec zwierząt definiowanym przede wszystkim jako sadyzm lub brak litości.



Jeśli zdarza nam się spojrzeć na naszą, zazwyczaj niedostrzeganą, górę lodową to tylko na tę część, gdzie znajdują się szeroko rozumiani producenci – hodowcy, przewoźnicy i rzeźnicy. Spoglądamy na nich z odrazą głównie wtedy, gdy dopuszczają się zachowań, które wychodzą poza zapewnienie produktów, których obecności żądamy w sklepach z żywnością i odzieżą oraz w restauracjach i na stołówkach. Dopiero to nadmiarowe w naszym mniemaniu,  niepotrzebne cierpienie nazywamy  okrucieństwem. 

Natomiast każde cierpienie i śmierć zadane w ramach regularnej produkcji jest dla nas tak oczywiste, że nie pojawia się w polu widzenia. Gdyby ktoś nas przycisnął, musielibyśmy z lekkim zażenowaniem przyznać, że to jest właśnie „potrzebne” cierpienie i śmierć. Ale potrzebne do czego? Odpowiedzią nie ma się za bardzo czym chwalić, bo musielibyśmy przyznać, że chodzi o utrzymanie gałęzi gospodarki (choć można zamiast tego produkować żywność roślinną i odzież bez skóry, wełny i futra) i utrzymanie naszego stylu życia (choć do życia wystarczy nam dieta roślinna i odzież z włókien roślinnych lub sztucznych). Czy można to nazwać sadyzmem? Skąd! Przecież nikt nie odczuwa przyjemności z cierpienia zwierząt. Na pewno nie konsumenci. Czy można to nazwać brakiem litości? Być może bywa tak w przypadku producentów, ale przecież konsumentów o to  oskarżać nie można. Oni nie mają styczności ze zwierzętami, z których eksploatacji korzystają. Konsumując jaja, sery, mleko czy mięso, nosząc skórzane buty i kurtki czy wełniane swetry nie muszą nawet minuty poświęcić myśleniu o tych "niewidocznych" zwierzętach. 

Znam to z autopsji, nie musiałam o tym myśleć ani nikomu się z tego tłumaczyć. Tak działa systemowy szowinizm gatunkowy, czyli przekonanie, że zwierzęta są z założenia gorsze od człowieka i w związku z tym można je traktować instrumentalnie, jak zasoby, narzędzia, surowiec i maszyny. Ich interesy, nawet najważniejsze takie jak życie i zdrowie, mogą być podporządkowane naszym, nawet stosunkowo trywialnym, interesom takim jak styl życia. Mimo tego, że odrzucamy sadyzm, jako niezgodny z naszym stylem życia, to nie odrzucamy eksploatacji zwierząt. Okazuje się, że jest ona zgodna z naszym stylem życia, a nawet stanowi dla niego niezbędne zaplecze. Jaki mamy do niej stosunek, żyjąc w systemowym szowinizmie gatunkowym – utrwalanym przez wychowanie, edukację i kulturę? Obojętny. 

Jest to obojętność tak oczywista, że aż przezroczysta. Obojętność, której nie trzeba artykułować, definiować, usprawiedliwiać ani bronić. Paradoksalnie im bardziej oburzamy się aktami okrucieństwa, tym nasza obojętność wobec eksploatacji zwierząt pozostaje nienaruszona. Możemy podpisywać dziesiątki petycji w sprawie ukarania sprawcy brutalnego zabicia psa, jedzenia psów w Chinach, zabijania fok w Kanadzie (ostatnio też w Polsce), bicia słoni w cyrkach i równocześnie spokojnie jeść na śniadanie jajecznicę, iść do pracy w skórzanych butach, zamówić w restauracji kotleta schabowego, a na kolację zrobić sobie chleb z żółtym serem.

Dopóki będziemy się skupiać na cudzym okrucieństwie i nie zabierzemy się za nasz własny szowinizm gatunkowy i naszą obojętność wobec eksploatacji zwierząt, dopóty góra lodowa jaką jest krzywdzenie zwierząt nie zacznie topnieć i pozostanie wielka, twarda i niewzruszona. Weganizm nie jest żadnym heroicznym czynem ani niezwykłym przedsięwzięciem, którego realizacja zajmuje 20 lat. Jest przekroczeniem obojętności, wzięciem odpowiedzialności we własne ręce, a z praktycznego punktu widzenia – po prostu zestawem zmodyfikowanych nawyków. 



niedziela, 27 maja 2018

Zwierzę wciąż jest rzeczą

1.
Surowiec do dalszej obróbki pochodzi wyłącznie od najlepszych, starannie wyselekcjonowanych hodowców drobiu. Nasze relacje z dostawcami oparte są na wzajemnym zaufaniu w oparciu o długoletnią współpracę. Gwarantuje to najlepsze korzyści dla naszych klientów - świeży towar, płynność dostaw, najlepszą jakość.

To prezentacja firmy "drobiowo.pl Zakład rozbioru drobiu"

A teraz jeszcze raz, innymi słowami, z pominięciem marketingu, a z uwzględnieniem mniej przyjemnych szczegółów zaplecza tej sytuacji. „Zakład rozbioru drobiu” to miejsce, w którym ćwiartuje się zabite w rzeźni kury, kaczki, gęsi i indyki. Czasem taki zakład jest połączony z rzeźnią, choć nie zawsze tak jest. Drobiowo.pl przedstawia nam swoich dostawców, którymi są ubojnie, zatem możemy się domyślić, że sam ubojni nie posiada. „Surowcem do dalszej obróbki” są ciała zwierząt. „Obróbka” to poćwiartowanie tych ciał w taki sposób, by uzyskać elementy wymienione w zakładce „Oferta”, a więc np. „kurczak tuszka”, „skrzydełka kurczaka”, „noga z kurczaka” czy „porcja rosołowa”. Jak stwierdza opis na stronie, „świeży towar”, czyli zgrabnie poćwiartowane ciała, mogą od Drobiowo.pl zakupić klienci. Kim są klienci? Prawdopodobnie hurtownie albo sklepy, być może restauracje. Z kolei ich klientami będą osoby fizyczne, indywidualni konsumenci tychże ciał. 

2.
Brakowanie krów mlecznych jest jednym z głównych czynników decydujących o opłacalności produkcji mleka. Zbyt wysokie wartości tego wskaźnika wpływają niekorzystnie na ostateczny wynik ekonomiczny.Brakowanie można podzielić na dwie zasadnicze kategorie: ekonomiczne i biologiczne. To pierwsze jest świadomym działaniem hodowcy wynikającym z selekcji i mającym na celu podniesienie wartości hodowlanej stada. Natomiast drugie jest niezamierzone, do którego zmusza wynikająca z różnych przyczyn niezdolność do dalszej produkcji.

To fragment artykułu ze strony farmer.pl.

A teraz jeszcze raz, trochę innymi słowami. „Brakowanie” w żargonie hodowlanym oznacza pozbycie się zwierzęcia niespełniającego się w roli, którą przypisał mu hodowca. „Krowa mleczna” też należy do żargonu hodowlanego, tyle że jest to słowo, które weszło do powszechnego obiegu do tego stopnia, że nawet wykształceni ludzie często myślą, że krowa „daje mleko” (tak jak chmura deszcz). Prawda jest taka, że krowa ma mleko dokładnie z tego samego powodu co każdy inny ssak – w wyniku ciąży i porodu. Różnica między krową a np. kotką jest jednak taka, że selekcja hodowlana ukierunkowana na produkcję mleka sprawiła, że laktacje krowy są parokrotnie większe niż byłyby bez tej selekcji. Niemniej laktacje wciąż wymagają płodności, zapłodnienia, ciąży i porodu. Jeśli krowa nie wytwarza (po porodzie) zamierzonej przez hodowcę ilości mleka, wówczas obniża „wartość hodowlaną stada”, co stanowi dobry powód do tego, żeby się jej pozbyć. Dobrym powodem jest też na przykład problem krowy z zajściem w ciążę. Bez tego nie będzie mleka i zysku. Krowa, która nie może być środkiem do celu (zysku) staje się darmozjadem. Na czym polega pozbycie się zwierzęcia gospodarskiego nienadającego się do założonej funkcji? Na wysłaniu do rzeźni. 

3.
Brakowanie niosek w systemie klatkowym jest stosunkowo łatwiejsze ze względu na niewielką ilość kur w klatce oraz łatwość ich obserwacji i izolowania. W chowie na ściółce i to szczególnie przy dużych populacjach drobiu jest to działalność dość pracochłonna, ale niewąpliwe korzyści wynikające z brakowania niosek nie znoszących jaj stanowią argument przemawiający za powszechnym jego wprowadzeniem do praktyki produkcyjne.

To fragment  ze strony portalhodowcy.pl 

I znowu, innymi słowami. Brakowanie kur oznacza dla nich to samo co brakowanie dla krów. Hodowcy robią to z podobnych powodów: pozbywają się kur znoszących mało jaj i obniżających „wartość hodowlaną stada”. Kury hodowane dla jaj są trzymane w małych klatkach lub w dużych pomieszczeniach. W dużych pomieszczeniach jest ich dużo, niemniej zarówno w przypadku klatek jak i dużych hal, hodowcy znaleźli sposób, żeby rozpoznać „darmozjady” i się ich pozbyć, bo najważniejszy jest zysk i konkurencyjność na rynku. 

Zarówno krowy trzymane dla mleka jak kury dla jaj są dla hodowcy/producenta maszynami, które mają osiągać określoną wydajność. W przypadku niesprawnego działania, maszyny idą na złom (czyli w tym przypadku do rzeźni).

4.
Spencer to duży czarny i piękny fryzyjski ogier, który ma wyjątkowo łatwy i przyjazny charakter. Ten ogier ma 4 lata i ma świetną budowę i jest bardzo przystojny. Spencer ma 3 dobre chody i jest w 100% bezpieczny w siodle. Spencer zna ruch i lubi jeździć na szlakach i w las. Łatwe do pokonania przez początkujących i amatorów oraz rodzinę. Spencer ma super charakter i będzie fantastycznym koniem do rekreacyjnej jazdy, ale ma też talent do wyższych poziomów ujeżdżenia!

To ogłoszenie ze strony galopuje.pl 

Innymi słowami, opis konia jak opis samochodu lub motocykla. Atrakcyjny środek transportu i narzędzie rekreacji. Nic dodać, nic ująć. Czy Spencer ma coś do powiedzenia? Może przywiązał się do miejsca, ludzi i zwierząt, gdzie spędził swoje paroletnie życie? Czy był zadowolony, gdy tresowano go do noszenia ludzi na sobie? Co stanie się, gdy przestanie być atrakcyjny dla kolejnego właściciela? Co będzie z nim, gdy nie będzie już zdolny do „3 dobrych chodów”?

5.
Zwierzę, jako istota żyjąca, zdolna do odczuwania cierpienia, nie jest rzeczą. Człowiek jest mu winien poszanowanie, ochronę i opiekę.
To pierwszy artykuł polskiej Ustawy o ochronie zwierząt. 

A teraz jeszcze raz, z szerszym kontekstem. Ustawa, której fragment zacytowałam, powstała w 1997 roku i, sądząc po nazwie, powinna mieć na celu ochronę zwierząt. Przytoczony przeze mnie artykuł zdaje się to potwierdzać. 

Niestety, podane wcześniej przykłady działań podejmowanych wobec zwierząt przeczą Ustawie, bo okazuje się, że traktowanie zwierząt jak rzecz, odmawianie im ochrony, właściwej opieki i szacunku jest legalne. Wolno traktować zwierzęta jak surowiec (hodując je na mięso), maszyny (hodując je dla mleka, jaj) czy narzędzie do uprawiania sportu i rekreacji (np. konie). Wolno rozmnażać zwierzęta po to, by ich potomstwo stało się takim samym surowcem, maszyną czy narzędziem jak rodzice. Nie przypadkowo, lecz planowo. Nie z konieczności, lecz by na nich zarobić zaspokajając popyt wynikający ze społecznej akceptacji dla realizowania określonego stylu życia, który zasadza się na eksploatacji zwierząt. 

Społeczna akceptacja dla przedkładania znakomitej większości interesów człowieka nad najbardziej podstawowe interesy zwierząt pozaludzkich to przejaw szowinizmu gatunkowego. Nasz smak, nasze przyzwyczajenia, nasza wygoda, przyjemność czy nasz zysk wydają nam się ważniejsze od zdrowia i życia zwierząt. Żyjemy w społeczeństwie, gdzie szowinizm gatunkowy jest czymś tak oczywistym i wszechobecnym, że aż przezroczystym. Jest wdrażany od najwcześniejszego dzieciństwa (kurczaczek na talerzu, jogurcik w kubeczku), w edukacji szkolną (połącz kreską kurę z jajkiem i krowę z mlekiem; zjedz na stołówce szkolnej kotleta schabowego i zupę zabielaną śmietaną) i utrwalany w całym dorosłym życiu przesiąkniętym szowinistyczną kulturą, reklamą i konsumpcją. 

Szowinistyczna gatunkowo kultura oswaja nas z utowarowieniem zwierząt. Nasz kontakt ze zwierzętami jest najczęściej kontaktem typu konsument – produkt. Ocieramy nasze stopy o zwierzęcą skórę, z której zrobione są buty, jakich tysiące par widzimy regularnie w sklepie. Jemy produkty (mięso, nabiał, jaja), które powstały dlatego, że zwierzęta są traktowane jak surowiec lub maszyny. Korzystamy z rozrywki, rekreacji i sportów, które traktują zwierzęta instrumentalnie – cyrki ze zwierzętami, jeździectwo, wyścigi koni, psów. Uprawiamy hobby polegające na hodowli zwierząt –  tworzymy rasy, gdzie bardziej interesuje nas efekt estetyczny (jakbyśmy lepili figurki z plasteliny) niż zdrowie zwierząt. Wyceniamy, sprzedajemy i kupujemy zwierzęta właśnie jak przedmioty. 

Czy trzeba się wysilić, żeby być szowinistą gatunkowym? Czy trzeba być okrutnikiem? Wręcz przeciwnie, to postawa domyślna, wystarczy płynąć z prądem. Podstawą menu każdej standardowej stołówki czy restauracji są przecież produkty eksploatacji zwierząt. W większości sytuacji dnia codziennego nikt nie zadaje pytań: Dlaczego Pan wciąż je mięso? Dlaczego Pani nie zdecydowała się przestać jeść nabiału? Dlaczego uważasz, że masz prawo nosić skórzane buty? A może wolałby Pan jednak nieskórzaną tapicerkę do samochodu, szkoda zwierząt, prawda? Jeśli ktoś zada takie pytania, to dla większości będzie to wtrącanie się w nieswoje sprawy, niekulturalne zaglądanie do talerza czy szafy. 

Czy moglibyśmy kupować, sprzedawać, konsumować zwierzęta i korzystać z ich eksploatacji, gdybyśmy rzeczywiście byli przekonani, że zwierzę nie jest rzeczą, środkiem do naszych celów, lecz czującą istotą, czyli podmiotem? Najwyraźniej gdzieś nam ta refleksja umyka, a wpływ szowinizmu gatunkowego pozostaje silny i nie do przecenienia.  

Wyjątkiem, który pokazuje naszą zdolność do dostrzeżenia w zwierzętach ich podmiotowości jest weganizm. To wciąż mało popularna odmowa traktowania zwierząt jak rzeczy (surowce, maszyny, narzędzia), sprzeciw wobec eksploatacji zwierząt i wycofanie się na tyle na ile to możliwe w dzisiejszym społeczeństwie z pozycji konsumenta zwierząt (roślinna dieta, odzież bez skór, wełny, futer, rozrywka bez wykorzystywania zwierząt). Wyjątkiem są też adopcje - wyciągnięcie ręki do udomowionych zwierząt bezdomnych, które potrzebują ochrony, opieki i szacunku. 

Czym jest zatem Ustawa o ochronie zwierząt? Czy chroni je przed przedmiotowym traktowaniem? Myślę, że częściowo odpowiedziałam na to pytanie przytaczając przykłady legalnych działań ewidentnie krzywdzących i sprowadzających zwierzęta do roli surowca, maszyny czy narzędzia. Dlaczego tak się dzieje, skoro Ustawa otwiera się tak pozytywną deklaracją żądając opieki, ochrony i szacunku dla zwierząt? 

Trzeba pamiętać, że ustawa nie powstała w kulturowej próżni, lecz w ramach społeczeństwa, w którym szowinizm gatunkowy jest powszechny i – co najważniejsze – gdzie większość deklaruje sympatię wobec zwierząt, a zarazem uczestniczy jako konsumenci w bezwzględnej eksploatacji zwierząt. Ustawa odzwierciedla to pęknięcie pomiędzy deklaracjami a praktyką, oraz proponuje znane skądinąd strategie działania, które sprowadzają się do redukowania złego samopoczucia ludzi zarazem lubiących i konsumujących zwierzęta. 

Artykuł, który zacytowałam jest deklaracją, która zgadza się z naszymi intuicjami. W praktyce deklaracja ta przekłada się na autentyczną ochronę, opiekę i szacunek wobec części zwierząt domowych (tych adoptowanych, zaopiekowanych, w przeciwieństwie do tych hodowanych dla przyjemności, kupowanych jako gadżet czy symbol statusu).  Ustawa w dalszej części odtwarza podział zwierząt według sposobu ich wykorzystywania przez człowieka (domowe, gospodarskie, laboratoryjne, wykorzystywane do celów rozrywkowych, widowiskowych, filmowych, sportowych i specjalnych). Potwierdza więc, że podział ten jest właściwy, niekwestionowany i nadrzędny w stosunku do potrzeb zwierząt związanych z ich ochroną i opieką. 

Przy takim rozdaniu kart wiemy jak nazywa się gra, w którą gramy. Jedną z głównych zasad tej gry jest szowinizm gatunkowy i przedmiotowe traktowanie zwierząt. W jakim zakresie zostanie udzielona zwierzętom ochrona i opieka (o szacunku możemy spokojnie zapomnieć)? W takim, w jakim ochrona i opieka nie będą przeszkadzać w realizacji naszych celów. W społeczeństwie nie ma oczywiście zgody na intencjonalne zadawanie cierpienia i zabijania dla przyjemności samego zabijania (okrucieństwo, sadyzm), natomiast jest pełna zgoda na zadawanie cierpienia i zabijanie w ramach tradycyjnych form eksploatacji według wymienionych w Ustawie kategorii zwierząt. 

Główną strategią podejścia do eksploatacji zwierząt, które prezentuje ta ustawa (zgodnie z powszechnie istniejącymi standardami) jest ustalanie ram i warunków eksploatacji. Sprowadza się to do odpowiedzi na pytania, np.: - ile zwierząt można upchać na metrze kwadratowym powierzchni?; -  jakie zabiegi można wykonać bez znieczulenia?; jak rzadko można usuwać odchody?; jakich urazów, obrażeń i chorób można nie leczyć, żeby nie zwiększać kosztów produkcji?; jakie choroby można dopuszczać, żeby zwiększać wydajność zwierząt-maszyn?; jak długo można eksploatować, żeby się opłacało i kiedy opłaca się już wysłać do rzeźni?; itp, itd. Te warunki utrzymywania zwierząt w trakcie ich eksploatacji to właśnie tzw. dobrostan zwierząt. 

Reasumując, ustawa o ochronie zwierząt jest prawem, które utrwala przedmiotowe podejście do zwierząt, służy do regulacji ich legalnej eksploatacji  (blisko 800 milionów zwierząt lądowych rocznie i niezliczonej liczba ryb słodkowodnych i morskich) i w niewielkim stopniu może być pomocne do karania niewielkiego zakresu przemocy wobec zwierząt, która jest nielegalna (zadawanie cierpienia dla zadawania cierpienia; niektóre przypadki zaniedbań i porzucenia zwierząt domowych, nielegalne zabijanie zwierząt). 

Kuriozalny jest zatem fakt, że Klub Gaja ustanowił Dzień Praw Zwierząt (22 maja) w związku z uchwaleniem tej ustawy. Podstawą praw zwierząt według najważniejszych filozofów zajmujących się tym tematem jest prawo do bycia traktowanym z szacunkiem (prof. Tom Regan) i prawo do niebycia czyjąś własnością (prof. Gary Francione), co w praktyce oznacza odstąpienie od ich eksploatacji. Ustawa o ochronie zwierząt nie ma nic wspólnego z prawami zwierząt, bo akceptuje ich eksploatację. 

Czy można było wtedy i czy można by dzisiaj ustanowić prawo, które respektowałoby prawa zwierząt? Oczywiście że nie. Wciąż obowiązującym paradygmatem jest szowinizm gatunkowy i konsumpcyjny stosunek do zwierząt. Dlatego nie winię twórców o to, że ustawa ma taki kształt. Niemniej ogromnym nadużyciem jest traktowanie jej jakby miała cokolwiek wspólnego z prawami zwierząt. 

Podmiotowe traktowanie zwierząt to jakościowa zmiana w myśleniu o zwierzętach. Podstawowym, niezbędnym warunkiem jest odstąpienie od eksploatacji zwierząt, czyli weganizm. Zaś w odniesieniu do zwierząt domowych będą to adopcje zwierząt. Znaczące zmiany w prawie nie nastąpią dopóki znacząca część społeczeństwa nie weźmie do serca, umysłu i nie zastosuje w praktyce życia codziennego tej prostej zasady, że zwierzę nie jest rzeczą.



----- 
Czytaj dalej:
  • Ustawa o ochronie zwierząt - ochrona zwierząt czy autoportret społeczeństwa (LINK)
  • Dobrostan, czyli brzydkie słowo na D (LINK)
  • Martwy karp, czyli święte prawo konsumenta (LINK)
  • Prawa zwierząt. Do szacunku - Tom Regan (LINK)
  • Animal Rights: Abolitionist Approach - recenzja (LINK)



poniedziałek, 7 maja 2018

Efekt Lucyfera, efekt bohatera

W 2016 roku przeczytałam pasjonującą książkę amerykańskiego psychologa społecznego Philipa Zimbardo pt. „Efekt Lucyfera” i choć zainteresowania zawodowe naukowca obejmują wyłącznie stosunki międzyludzkie, od razu pomyślałam o analogiach, które można stworzyć opisując stosunek człowieka do zwierząt. 

PYTANIE O ZŁO W KAŻDYM Z NAS

Ale od początku. Jak sam to podkreśla, Zimbardo zawsze był zafascynowany szukaniem odpowiedzi na pytanie: Jak to się dzieje, że dobrzy ludzie robią złe rzeczy? Stąd tytuł książki – Lucyfer w myśli chrześcijańskiej to postać upadłego anioła. Przyznam, że mnie też bardzo interesuje to pytanie, bo obca jest mi wizja człowieczeństwa, która dzieli ludzi na dobrych ludzi postępujących zawsze właściwie i złych ludzi zawsze wybierających zło. Podobnie jak Zimbardo, uważam, że linia między dobrem a złem leży w każdym z nas, a zatem potencjał do dobra i zła także. 

STANFORDZKI EKSPERYMENT WIĘZIENNY

Swój słynny eksperyment więzienny Zimbardo przeprowadził w podziemiach Uniwersytetu Stanforda w 1971 roku, gdzie grupa studentów przyjęła role więźniów i strażników. Eksperyment miał trwać 14 dni, a zakończył się już w szóstej dobie ze względu na zły stan psychiczny paru „więźniów” wynikający z nasilającego się złego traktowania przez „strażników”. Studenci, którzy wzięli udział w eksperymencie byli wcześniej przebadani pod kątem zdrowia fizycznego i psychicznego i nie mieli na swoim koncie żadnego sądowego wyroku. Co więcej, role więźniów i strażników zostały im przydzielone losowo. Natomiast warunki, w jakich odbywał się eksperyment, obejmowały deindywidualizację zarówno więźniów jak i strażników – więźniowie byli ubrani jednakowo, a rozróżniały ich tylko numery naszyte na białych koszulach, zaś strażnicy posiadali takie same mundury i nosili czarne okulary. Warunki wyjściowe dawały strażnikom przewagę nad więźniami, ale nie wymagały od nich przemocy psychicznej i fizycznej, jakiej szybko zaczęli się dopuszczać. Skoro weszli w tę sytuację zdrowi na ciele i umyśle, i ci, którzy zostali strażnikami zaczęli zachowywać się podle, to można – i taka jest generalnie konkluzja eksperymentu – spodziewać się, że to parametry sytuacji były wyzwalaczem zachowania albo sprzyjały takiemu zachowaniu, którego sami badani by u siebie wcześniej nie podejrzewali. 

ELEKTRYCZNY EKSPERYMENT MILGRAMA

Eksperyment stanfordzki był jednak doświadczeniem pojedynczym, podczas gdy opisywany w książce Zimbardo eksperyment jego kolegi, psychologa społecznego Stanleya Milgrama był powtarzany wielokrotnie nie tylko przez Milgrama, ale wielu innych badaczy. W 1961 roku Milgram chciał sprawdzić czy ludzie są skłonni do wyrządzania krzywdy innym ludziom kierowani posłuszeństwem wobec autorytetu. Inspiracją dla eksperymentu było funkcjonowanie nazistowskich Niemiec i rozpoczęty w 1961 roku proces hitlerowskiego zbrodniarza Adolfa Eichmanna, który w swojej obronie twierdził, że „tylko” wypełniał rozkazy. 

Eksperyment Milgrama oficjalnie miał dotyczyć badania wpływu pamięci na uczenie się. Każdy zrekrutowy uczestnik odgrywał rolę nauczyciela, który za nieprawidłowo powtórzone wyrazy miał karać siedzącego w drugim pomieszczeniu ucznia aplikując mu wstrząs elektryczny za pomocą specjalnego urządzenia. Pierwsza kara oznaczała ledwo odczuwalny wstrząs 15 V, ale kolejne błędy miały być karane zadawaniem wstrząsów o rosnącej mocy, aż do 450 V. Guziki, które badany miał naciskać na stojącym przed nim urządzeniu posiadały nie tylko wartość podaną w woltach, ale także opis podany słownie: wstrząsy o najwyższej mocy opisano jako „wyjątkowo dotkliwy wstrząs” (315 V), „niebezpieczeństwo, ciężki wstrząs” (375 V), aż wreszcie 435 i 450 V oznaczono już tylko trzema iksami. W rzeczywistości, „uczeń” należał do zespołu badawczego i tylko udawał pomyłki w zapamiętywaniu wyrazów oraz odgrywał ból sprzeciwiając się kolejnym wstrząsom, krzycząc i błagając o ich zaprzestanie. „Nauczyciele” słyszeli odpowiedzi i protesty „ucznia” i byli zachęcani przez ubranego w biały fartuch badacza do kontynuowania „lekcji”. W odpowiedzi na wątpliwości wyrażane przez „nauczycieli” co do stanu ucznia i ich własnej odpowiedzialności za to, co z uczniem się dzieje, badacz prosił o kontynuowanie eksperymentu, mówił, że to dla dobra nauki i podkreślał, że to on, a nie uczestnik, ponosi całą odpowiedzialność za wyniki i skutki eksperymentu.

CZEGO SPODZIEWALI SIĘ PSYCHIATRZY

Przed rozpoczęciem eksperymentu, Milgram zapytał grupę 40 amerykańskich psychiatrów o przewidywany odsetek uczestników, którzy zdecydują się pójść do samego końca i wcisnąć wszystkie przyciski na urządzeniu. Psychiatrzy oscylowali w okolicy poniżej 1% twierdząc, że tylko sadyści byliby w stanie tak się zachować. Wyniki eksperymentu były dla nich szokujące, bo aż 65% uczestników wcisnęło ostatni guzik - 450 V.

CZEGO DOWIODŁY EKSPERYMENTY

Nie istnieje jedna interpretacja wyników eksperymentu stanfordzkiego ani eksperymentu Milgrama, ponieważ w grę może wchodzić więcej niż jedna przyczyna. Najczęściej wymieniane w przypadku eksperymentu więziennego są: deindywidualizacja „strażników” (jednakowe mundury, wejście w ściśle określoną rolę), dehumanizacja więźniów (pozbawienie ich cech indywidualnych i nadanie numerów zamiast imion), poczucie anonimowości (noszenie ciemnych okularów częściowo zasłaniających twarz, częstsze dopuszczanie się gorszych czynów nocą, gdy ma się wrażenie, że nikt nie obserwuje), a także wpływ autorytetu (badacza). W przypadku eksperymentu Milgrama, zgoda na zadawanie cierpienia wynikała najprawdopodobniej z  posłuszeństwa wobec autorytetu (eksperymentatora), braku poczucia osobistej odpowiedzialności (przeniesionej na eksperymentatora), bycia odseparowanym od osoby, której zadaje się cierpienie. Szereg eksperymentów, które wykonał Milgram, zmieniając nieco parametry sytuacji pokazał jak duży wpływ warunki miały na zachowanie badanych.

Milgram i Zimbardo pokazują, że aby odpowiedzieć na pytanie „jak to się dzieje, że dobrzy ludzie robią złe rzeczy?” nie wystarczy spojrzeć na człowieka, zbadać jego cechy osobowości, zdrowie, ocenić charakter. Przypisywanie przyczyn zachowania tylko lub głównie cechom sprawcy w psychologii nazywa się atrybucją wewnętrzną lub atrybucją dyspozycyjną. Ludzie mają nadmierną skłonność do takiego myślenia, co nazywamy podstawowym błędem atrybucji, gdyż psychologia eksperymentalna wykazuje jak istotne dla zachowania człowieka okazują się czynniki zewnętrzne – warunki, w jakich on działa, sytuacja, w jakiej się znajduje, zachowanie ludzi, którzy go otaczają. Innymi słowy, bardzo ważna jest atrybucja zewnętrzna, zwana też atrybucją sytuacyjną. 

CO POKAZAŁO ŻYCIE

W swojej książce Zimbardo opisuje także ciąg autentycznych zdarzeń, którego uczestnikami byli strażnicy i więźniowie. Tym razem nie był to eksperyment, lecz historia krzywdzenia i poniżenia, która rozegrała się w więzieniu Abu Ghraib w Iraku w 2003/2004 roku. Grupa amerykańskich strażników dopuściła się tortur na Irakijczykach przetrzymywanych w Abu Ghraib w areszcie przedprocesowym. Zimbardo został poproszony przez obrońcę jednego z oskarżonych, by wystąpił w procesie jako ekspert sądowy. Tym samym Zimbardo uzyskał dostęp do szczegółów sprawy.

Więźniowie byli rozbierani do naga, kazano im symulować masturbację lub seks oralny, zakładano worki lub majtki na głowę, zmuszano do stania godzinami w niewygodnej pozycji, związanych straszono psami policyjnymi, aresztowanemu kazano wejść na pudło, przywiązano do palców przewody elektryczne i straszono, że jeśli zejdzie lub spadnie na podłogę grozi mu porażenie prądem elektrycznym. Prześladujący więźniów strażnicy robili sobie z prześladowanymi zdjęcia, które Zimbardo określił mianem „zdjęć-trofeów”.

Nie odbierając im odpowiedzialności za czyny, które popełnili, Zimbardo zwraca jednak uwagę na warunki, w jakich doszło do znęcania się. W więzieniu panowały bardzo złe warunki bytowe: brak klimatyzacji przy bardzo wysokich temperaturach, brak kanalizacji, przepełnione toalety, życie w ciągłym smrodzie, racjonowana woda, strażnicy mieszkający w małych celach więziennych. Poziom bezpieczeństwa pozostawiał wiele do życzenia: więzienie było pod regularnym ostrzałem z moździerzy; cały czas realna była groźba buntu ze strony aresztowanych przetrzymywanych bez oficjalnego powodu w przepełnionych celach i poddawanych przesłuchaniom, podczas których nie stroniono od znęcania się. Warunki pracy strażników powodowały wzmożony stres: praca 40 dni pod rząd, 7 dni w tygodniu; wielu z nich nie miało wcześniej podobnego doświadczenia zawodowego. Wreszcie niejasne relacje zależności i słaby nadzór nad pracą strażników bardzo źle wpływały na ich morale: dowódczyni zarządzająca więzieniem była nieobecna, na kondygnacji (Centrum Przesłuchań), gdzie doszło do znęcania się przez strażników, hierarchia zależności nie została jasno określona – z jednej strony zarządzać kondygnacją miał dowódca nocnej zmiany strażników, z drugiej za dnia przychodzili tu zakontraktowani do przesłuchań cywile i wbrew zasadom wojskowym wydawali strażnikom polecenia „zmiękczania” więźniów nocą, tak by przesłuchania dzienne były bardziej skuteczne.

Badania psychologiczne Ivana Chipa Fredericka, dowódcy nocnej zmiany na dwóch kondygnacjach więzienia, gdzie doszło do znęcania się i tortur, nie potwierdziły żadnych nieprawidłowości jego osobowości czy zaburzeń psychicznych. Nie był więc sadystą czy psychopatą, który trafił do więzienia i wykorzystał sprzyjające warunki, by dać upust swoim żądzom. Zimbardo wskazuje, że  sytuacja, w której znalazł się Frederick i pozostali oskarżeni strażnicy, miała ogromny wpływ na ich zachowanie. Innymi słowy, psycholog dostrzegł ewidentne podobieństwa pomiędzy obserwacjami z eksperymentu więziennego a ciągiem zdarzeń w Abu Ghraib. 

NIE TYLKO ABU GHRAIB

Wkrótce po ukazaniu się reportażu nt Abu Ghraib w CBS w programie „60 Minutes II” w kwietniu 2004 roku, generał Richard B. Myers w wywiadzie zapewnił, że brakuje dowodów, by znęcanie to było systemowe. Zimbardo wyraził zdziwienie, jak w tak krótkim czasie od pojawienia się materiału wojskowy mógł mieć pewność, że podobne przypadki nie miały miejsca. Według psychologa była to po prostu próba wykazania, że z systemem nie ma żadnych problemów (armia jest w porządku) i że za całe zło odpowiedzialne są złe jednostki (oskarżeni strażnicy). W 2006 roku okazało się jednak, że oficjalnych dochodzeń dotyczących amerykańskiej armii jest już ponad 400, co świadczyłoby o tym, że bliższy prawdy jest psycholog Zimbardo, a nie generał Myers.

JABŁKO – KOSZ Z JABŁKAMI – PRODUCENT KOSZY

Co sprawia, że dobrzy ludzie robią złe rzeczy? Zimbardo, nie będąc gołosłownym, wskazuje, że olbrzymi wpływ na ludzi w eksperymentach psychologicznych ma sieć czynników sytuacyjnych, jakie stworzy eksperymentator. Strażnicy z więzienia w Abu Ghraib byli najprawdopodobniej przykładem takiego wpływu w eksperymencie, jaki sam się stworzył w irackim więzieniu. 


W wystąpieniu TED z 2008 roku, Zimbardo mówi o swoim dorobku zawodowym i podsumowuje podejścia psychologii do czynników wpływających na zachowanie człowieka.

Podejście dyspozycyjne szuka przyczyn wewnątrz człowieka, w jego predyspozycjach genetycznych, charakterze, osobowości, itd. Jeśli kierujemy się właśnie takim podejściem, to uważamy, że człowiek popełnił złe czyny, bo sam jest zły. Zimbardo mówi, że w takim podejściu człowiek, który popełnił złe czyny jest postrzegany jako zepsute jabłko. Podejście dyspozycyjne przyjmuje często psychiatria. Psychologia społeczna dowodzi, że ludzie zazwyczaj przeceniają wagę czynników dyspozycyjnych oceniając postępowanie innych ludzi.

Podejście sytuacyjne szuka przyczyn zachowania na zewnątrz człowieka, w środowisku, w jakim wzrastał, w warunkach, w jakich żyje, czy w okolicznościach, w jakich miało miejsce dane zachowanie. Jeśli kierujemy się takim podejściem, to zauważymy, że złe czyny popełniają bardzo różni ludzie. Jeśli człowiek jest jabłkiem, to badana sytuacja będzie koszem na jabłka, który może być czysty, lub brudny, wiklinowy lub plastikowy, postawiony w suchym lub wilgotnym miejscu. Podejście sytuacyjne jest charakterystyczne dla psychologii społecznej. 

Zimbardo zwraca uwagę, że można zastosować także podejście systemowe. Tutaj analizuje się szeroko pojęte okoliczności wpływające na człowieka – uwarunkowania polityczne, ekonomiczne, kulturowe, na które wpływ mają ludzie u władzy. Jeśli w podejściu dyspozycyjnym rozmawialiśmy o człowieku (jabłku), w sytuacyjnym o środowisku (koszu), to w podejściu systemowym będziemy mówić o stwarzaniu środowiska lub wielu środowisk (produkcji i producentach koszy). 

W Abu Ghraib ludzie u władzy usiłowali najpierw sprowadzić całe zajście do paru „zepsutych jabłek”. Kiedy to było niewystarczające, zaczęto przyglądać się panującej siatce zależności w Abu Ghraib (podejście sytuacyjne). Kiedy zaś wyszło na jaw, że podobne problemy występują w 400 innych przypadkach, sensowne (choć niekoniecznie wygodne) stało się rozważenie sprawy w kategoriach systemowych.  

Jeśli sytuacja ma wpływ na ludzi, nie możemy się od tego odciąć i twierdzić, że nam na pewno by się to nie przytrafiło. Zaprzeczalibyśmy albo wnioskom płynącym z eksperymentów albo własnemu człowieczeństwu. Tak, człowieczeństwo niesie ze sobą potencjał zarówno do dobrego i złego. Warto wiedzieć o wpływie sytuacji, by pewnych sytuacji unikać lub w nieuniknionych sytuacjach zachowywać wzmożoną czujność. Nie tylko, by nie stać się ofiarą, ale także, by nie zostać katem. Z kolei uwarunkowania systemowe mogą nam uświadomić, jak głęboko leży problem i jak szeroko zakrojonych, systemowych działań wymaga jego skuteczne rozwiązywanie. Przykładem niech będzie rasizm czy seksizm.

JAK TO SIĘ PRZEKŁADA NA ZWIERZĘTA I WEGANIZM?

Jak to się ma do głównych tematów, o których piszę na tym blogu, czyli do praw zwierząt i weganizmu? Czy zamierzam teraz przychylić się jednak do podejścia dyspozycyjnego i napisać coś o sadystach wsadzających żywe koty do włączonego piekarnika lub robiących inne, równie okrutne rzeczy, które wywołują oburzenie ogółu? Nie, nie zamierzam pisać o – mimo wszystko – wyjątkach, czyli o ludziach z poważnymi zaburzeniami psychiki/osobowości. Takich jest niewielu - jak słusznie zauważyli psychiatrzy zapytani przez Milgrama o prognozę wyników badania z prądem. Interesuje mnie za to wymiar sytuacyjny i systemowy stojący za zachowaniami zwykłych ludzi wobec innych ludzi, bo, jak sądzę, można dokonać pewnego porównania do zachowań zwykłych ludzi wobec zwierząt, szczególnie tych, od których jesteśmy najczęściej oddzieleni, tak jak w badaniu Milgrama nauczyciele od uczniów przegrodą, która ma wymiar nie tylko przestrzenny, ale na dodatek czasowy i kulturowy/ symboliczny – zwierząt, z których krzywdzenia korzystamy kupując i konsumując mięso, jaja, nabiał, a także inne produkty – choćby kupując i nosząc skóry (z włosem lub bez) czy wełnę. 

COŚ WIĘCEJ O TEJ KRZYWDZIE

Jaka to krzywda? To traktowanie zwierząt jak surowiec albo maszyny i wszystkie wynikające z tego podejścia konsekwencje: (1) selekcja hodowlana ukierunkowana na nasze korzyści (wydajna produkcja jaj, mleka, mięsa, skór, wełny i futer) bez względu na utratę zdrowia i cierpienie zwierząt, (2) utrzymywanie zwierząt w warunkach zapewniających wydajną produkcję bez względu na utratę zdrowia i cierpienie zwierząt, (3) pozbawienie życia, aby zapewnić wydajność produkcji (przerobić na mięso lub pozbyć się zwierząt niewydajnych) bez względu na to, że utrzymanie życia jest podstawowym interesem każdej żyjącej i czującej istoty, (4) wybór metody pozbawienia życia zapewniający szybkość, wydajność i dochodowość rzeźni bez względu na strach, ból i cierpienie zwierząt. Uprzedmiotowienie zwierząt ma wszystkie wady zniewolenia ludzi, a poprzez selekcję hodowlaną sprawia, że więzieniem zwierzęcia jest nie tylko klatka czy obora, w której zwierzę mieszka, ale także jego własne ciało. Szereg elementów uprzedmiotowienia zwierząt dotyka też zwierząt domowych, które też są hodowane pod kątem spełniania parametrów „miłośników ras”. Niemniej największe piętno odciska się na zwierzętach hodowanych na jaja, mleko i mięso oraz na wełnę, skóry i futra. 

SYTUACJE, SYTUACJE I JESZCZE RAZ SYTUACJE

Skoro ponad 90 procent społeczeństwa korzysta z bezwzględnej eksploatacji zwierząt, a tylko 1 procent społeczeństwa to sadyści/psychopaci, należy więc raczej odrzucić podejście dyspozycyjne i przejść do sytuacyjnego. Jakie to sytuacje i okoliczności sprawiają, że korzystamy chętnie z ewidentnej krzywdy zwierząt, a żeby tego było mało, lubimy mówić (z pełnym przekonaniem), że kochamy zwierzęta? Tych sytuacji jest całe mnóstwo. Zaczynają się od wczesnego dzieciństwa, kiedy rodzice podają nam „delikatnego kurczaka w słoiczku”, „leczo z mozarellą i kluseczkami” (danie po ósmym miesiącu życia), szykują nam jajeczniczkę, podają jogurcik z krowiego mleka (czasem z koziego, jak się okaże, że na krowie źle reagujemy) czy zaopatrują w skórzane buciki. Kiedy zaczynamy wymawiać słowa „kulczak”, „jajko” czy „mleczko”, są to już słowa związane z jedzeniem, a nie ze zwierzętami. Oglądamy mamę i tatę jedzących chleb z szynką, zabielających zupę śmietaną, rodzinę zajadającą się kiełbasą z grilla. W szkole utrwalamy „odpowiednie” skojarzenia łącząc kreskami w zeszycie ćwiczeń kurę z jajkiem, krowę z mlekiem, świnię z mięsem. Dział spożywczy w markecie wita nas tysiącem produktów z rysunkami uśmiechniętych kur, krówek i świnek. Reklamy w telewizji, radiu i na ulicy nie pozwalają nam zapomnieć o tych produktach. Sytuacja za sytuacją, przykład za przykładem, skojarzenie za skojarzeniem tworzą normę i zachętę, a w zasadzie rytmicznie pracujący walec, który wygładza i utwardza drogę, którą mamy się poruszać i którą się poruszamy. 



SYSTEM

Jak ma się do tego podejście systemowe? Otóż okazuje się, że to nie tylko moja matka, moja rodzina, moja szkoła i moja okolica tak funkcjonują. Tak funkcjonuje społeczeństwo: wiele matek, wiele rodzin, wiele szkół i wiele miejscowości. Tak funkcjonuje gospodarka, rząd, parlament, system edukacji i ustawodawstwo i sądownictwo. Eksploatacja zwierząt jest instytucjonalnie akceptowana, legalna i promowana. Nawet Ustawa o ochronie zwierząt jest tego świadectwem, bo de facto tylko reguluje eksploatację zwierząt. Powszechnie akceptowanym podejściem jest szowinizm gatunkowy, czyli lekceważenie interesów zwierząt pozaludzkich, nawet tych najbardziej podstawowych, tylko dlatego, że zwierzęta te nie są ludźmi. Listkiem figowym, którym przykrywamy tę bezwzględność i zachowujemy dobre mniemanie o sobie, jest nasz stosunek do zwierząt domowych. W praktyce nie zawsze jest się czym chwalić (ani hodowaniem ras ani zaniedbywaniem/porzucaniem zwierząt), ale w zasadzie, kiedy mówimy, że kochamy zwierzęta, nasze myśli biegną właśnie ku kotom i psom (rzadziej ku paru innym gatunkom; lubimy też podziwiać dzikie zwierzęta i dlatego nie lubimy myśliwych). Wspomniana Ustawa o ochronie zwierząt też stanowi część figowego listka, podobnie jak szereg organizacji „prozwierzęcych” prowadzących kampanie na rzecz polepszenia dobrostanu zwierząt (w ramach akceptowanej domyślnie eksploatacji), które od swoich zwolenników oczekują nie przejścia na weganizm, ale przekazania pieniędzy na kampanię czy złożenia podpisu pod stosowną petycją.

SYSTEMOWA OBOJĘTNOŚĆ: PRAWO, GOSPODARKA, EDUKACJA, KULTURA

Systemowy charakter tej obojętności na krzywdę zwierząt (pojęcie szowinizmu gatunkowego ukuł angielski psycholog Richard Ryder) w praktyce polega właśnie na instytucjonalizacji krzywdzenia zwierząt: ustala się ramy prawne, minimalne standardy utrzymania zwierząt, określa się gatunki zwierząt, które wolno eksploatować w określony sposób (np. zaliczając je do „zwierząt gospodarskich” i ustalając, że krowy są eksploatowane do produkcji mleka, cielęciny i wołowiny, a kury dla jaj i mięsa rosołowego itd.), określa się też sposób wdrażania przepisów, ich kontroli i egzekwowania, zaprasza się do rozmów organizacje, które nie kwestionują eksploatacji zwierząt jako takiej, lecz deklarują zainteresowanie regulacją tej eksploatacji. 

Osoby lub podmioty eksploatujące zwierzęta w taki sposób są przedsiębiorcami, którzy od swojej działalności płacą podatki, i mogą niejednokrotnie liczyć na ulgi czy dotacje. Produkcja żywności roślinnej nie jest preferowana. Żywność pochodzenia zwierzęcego jest reklamowana agresywnie, w sposób niczym nieograniczany przedstawia wyobrażone warunki eksploatacji  (zieloną trawkę i idylliczne obrazki). Często stosowanym chwytem jest przedstawianie zwierząt jako zadowolonych wolontariuszy, chętnie serwujących nam własne jajka, mleko czy ciało (mięso).

Równocześnie system edukacji szkolnej aktywnie uczy szowinizmu gatunkowego: (1) przedstawia eksploatację zwierząt określonych gatunków jako rzecz normalną, właściwą, społecznie pożądaną i potrzebną; (2) nie informuje, że dieta roślinna jest odpowiednia na każdym etapie życia i nie oferuje chętnym dalszych informacji, jak taką dietę ułożyć; (3) nie zwraca uwagi, że noszenie skóry czy wełny nie jest konieczne i że obuwie i ubrania bez produktów odzwierzęcych są dostępne; (4) nie zachęca do krytycznego spojrzenia na eksploatację zwierząt; (5) nie zapewnia uczniom pełnowartościowej diety wegańskiej w stołówkach, na szkolnych wycieczkach i zielonych szkołach, (6) uczy szacunku tylko do wybranych zwierząt (domowych), (7) nauczyciele, którzy chcieliby taką krytyczną edukację podjąć, mogą spodziewać się reprymendy ze strony dyrekcji (chyba że ograniczą się do wersji „soft” – krytykując cyrki ze zwierzętami lub noszenie futer).

Obrazu dopełnia kultura – filmy, książki, sztuka – która najczęściej wplata eksploatację zwierząt jako przezroczyste tło lub kanwę dla opowiedzenia historii ludzi i (czasem) zwierząt domowych.

Ludzie wpisujący się w instytucjonalny szowinizm gatunkowy mają łatwiej: nie muszą o nic pytać, prosić, niczego sprawdzać. Wszystko jest urządzone tak, by mogli poruszać się bez przeszkód w świecie, gdzie eksploatacja zwierząt jest wyborem domyślnym. Wychowani i wyedukowani w szowizmie gatunkowym nie muszą nawet o nim myśleć, podobnie jak kiedyś bez żadnych przeszkód poruszali się mężczyźni w świecie niekwestionowanego patriarchatu. Robienie złych rzeczy zwierzętom w takich sytuacjach i w takim systemie jest bajecznie proste i nie wymaga nawet złej woli. Wystarczy konformizm, obojętność i brak poczucia osobistej odpowiedzialności, o co w tak wykreowanym świecie bardzo łatwo. Ten system to jedna wielka pułapka na z gruntu dobrych ludzi.

EFEKT LUCYFERA

Zimbardo wymienia 7 procesów społecznych, które ułatwiają staczanie się w kierunku zła:

1. Bezmyślne robienie pierwszego małego kroku
2. Dehumanizacja Innych
3. Deindywidualizacja siebie (anonimowość)
4. Rozmycie osobistej odpowiedzialności
5. Ślepe posłuszeństwo władzy/autorytetowi
6. Bezkrytyczne podporządkowanie się normom grupowym
7. Bierna tolerancja wobec zła poprzez brak działania lub obojętność.

Wygląda na to, że większość tych procesów znajduje swoje zastosowanie w kształtowaniu szowinizmu gatunkowego, który przekłada się na tak ogromną krzywdę zwierząt.

EFEKT BOHATERA

Równocześnie Zimbardo szuka recepty na to, co robić, by zachęcić ludzi do robienia dobrych rzeczy. Okazuje się, że tak jak banalne potrafi być zło (jak określiła to Hannah Arendt relacjonując proces nazisty Eichmanna), tak banalne potrafi być też dobro: każdy z nas, przy odrobinie dobrych chęci, może stawać się „bohaterem dnia codziennego”. Wystarczy świadomie przeciwstawić się procesom, które popychają nas ku złu. Zimbardo radzi, byśmy bezmyślności przeciwstawiali refleksję i krytyczne myślenie, ślepemu posłuszeństwu – nonkonformizm, byśmy unikali dehumanizowania innych (tu warto dodać unikanie uprzedmiotawiania zwierząt), brali częściej odpowiedzialność za to co robimy i nie zasłaniali się przynależnością do grupy i wreszcie byśmy wychodzili ze strefy komfortu i reagowali na zło zamiast milczeć i odwracać wzrok. 

Bardzo cenię dorobek Zimbardo, choć mam krytyczne spojrzenie na fakt, że w swojej analizie pomija zwierzęta. Na szczęście, słuchając go uważnie wiem, że ślepe podporządkowanie się autorytetowi nie jest dobrym podejściem. Dlatego właśnie do tej analizy, naszej skłonności do złych i dobrych uczynków, włączam zwierzęta i promuję weganizm. Bo zwierzęta na to zasługują, a każdy z nas może zostać małym bohaterem zaczynając od kruszenia własnej obojętności. 


 Czytaj dalej:
Polecam książkę Zimbardo "Efekt Lucyfera (LINK), ale jeśli nie masz czasu, obejrzyj przynajmniej jego wystąpienie na TED (20 min, polskie napisy) (LINK)


wtorek, 1 maja 2018

Lodówka z kurczakiem i szafa bez futra

Przeglądając ostatnio artykuły na temat ferm drobiarskich i futrzarskich, postanowiłam odpowiedzieć na pytanie czym różnią te dwa rodzaje ferm. Wyszło mi pięć punktów:

1. Większość obywateli i obywatelek regularnie je kurczaki i praktycznie nie nosi futra.

2. Większość nie widzi niczego niewłaściwego w eksploatacji kur i jednocześnie dostrzega, że z eksploatacją norek i lisów jest coś nie tak.

3. Większość nie postrzega kur jako czujące, myślące zwierzęta, które chcą żyć i unikać cierpienia. Ta sama większość znacznie chętniej pomyśli w ten sposób o norkach i lisach.

4. Większość jest chętna do podejmowania tematu ferm drobiarskich raczej w kontekście trucia środowiska i utrudniania życia lokalnej społeczności, jednak z pominięciem krzywdy tysięcy uwięzionych na fermach zwierząt. Raporty oddziaływania takich ferm na środowisko można przeczytać na wielu portalach, gdzie ekologia jest uznawana za istotny temat. Większość z nich pomija milczeniem fakt, że fermy te są miejscem systemowego i masowego krzywdzenia zwierząt. Ta sama większość zainteresowana wyłącznie nieekologicznością ferm drobiarskich jest skłonna, w przypadku ferm futrzarskich, obok ekologii poddać refleksji także cierpienie norek i lisów.

5. Większość nie szuka informacji, czy rzeczywiście trzeba jeść mięso (a także jaja czy nabiał). Gdy docierają do nich informacje, że możliwa jest dieta roślinna, nie podejmują tematu albo przytaczają argumenty, które według nich rozsądnie uzasadniają ich prawo do takiej konsumpcji. Ta sama większość bez większego trudu zgodzi się, że noszenie futra to zbytek i kaprys okupiony cierpieniem zwierząt.

Skąd takie różnice, skoro większość obywateli i obywatelek, nie tylko w dzieciństwie, przyznaje, że kocha zwierzęta?. Ok, najczęściej chodzi o zwierzęta, które mieszkają z nimi w domu i są traktowane jak członkowie rodziny. Ale nie tylko. Schroniska i organizacje zajmujące się adopcją zwierząt domowych także mogą liczyć na społeczne wsparcie. Większość bywa też dość często wrażliwa na los zwierząt należących do gatunków zagrożonych, wspierają działania zmierzające do ochrony gatunkowej, by zwierzęta takie mogły nadal żyć, rozmnażać się, mieć gdzie żyć. Większość (bez szału ale jednak), jest gotowa poprzeć zakaz ferm futrzarskich i cyrków ze zwierzętami. 

Skoro mówimy, że kochamy i faktycznie potrafimy kochać (przynajmniej niektóre) zwierzęta, a przez miłość mam na myśli nie tylko fascynację i przyjemność trzymania przy sobie, ale także gotowość do poświęcenia czasu, uwagi, pieniędzy, komfortu, czy np. wakacji na rzecz zwierząt, to odłóżmy na bok fakt, że równocześnie jemy mięso, nabiał i jaja (my – czyli ta społeczna większość) i spójrzmy jeszcze raz na powyższe różnice między fermami drobiarskimi i futrzarskimi, a w zasadzie na różnice naszego postrzegania tych jakże podobnych do siebie miejsc: 

1. To prawda, że większość obywateli i obywatelek je kury i nie nosi futer. Dlaczego? Kurze mięso jest tanim i łatwo dostępnym produktem, którym regularnie karmiona jest większość dzieci. Z takim doświadczeniem wchodzimy w kolejne lata naszego życia. Natomiast futrzane płaszcze są drogim produktem, noszonym od czasu do czasu, na którego zakup stać osoby dobrze zarabiające. 

2. W związku z punktem 1, większość jest przyzwyczajona do jedzenia kur (i nie tylko). Przyzwyczajenie sięgające dalej niż nasze pierwsze wspomnienia sprawia, że uznajemy to za oczywiste, naturalne, normalne i bezdyskusyjne. Jesteśmy oswojeni ze skojarzeniem kurczak – mięso. Nawet jako nastolatki mamy już doświadczenie powtarzania tego skojarzenia wiele tysięcy razy: podczas oglądania i kupowania kurzych piersi w sklepie czy kurzych udek w fast foodzie, podczas oglądania reklam, jedzenia, w trakcie patrzenia jak jedzą to inni, rozmawiania o przepisach na rumiane skrzydełka, czy podczas robienia kanapki z kurczakiem na drugie śniadanie. 

Wyszukiwanie obrazów w Google - hasło: KURCZAK


Skoro tak, to równie bezdyskusyjne staje się zaplecze naszego przyzwyczajenia – fermy drobiarskie. Nie może z nimi być coś „nie tak”, bo podważyłoby to bezdyskusyjność naszych przyzwyczajeń i skojarzeń. Z futrami zaś mamy mniejszą styczność (choć nie tak małą jak mogłoby się wydawać – w końcu sporo zimowych ubrań ma futrzane obszycia), dlatego – być może – łatwiej nam zgodzić się, że coś może być z tym nie tak.

3. W związku z punktem 1, choć zarówno kury jak i norki czy lisy są czującymi, zwierzętami, wolimy o regularnie jedzonych przez nas kurach myśleć przedmiotowo - jak o żywym mięsie, które prędzej czy później trafi na nasze talerze. Dzieje się tak nie dlatego, że jesteśmy sadystami. Wręcz przeciwnie, działa tu redukcja dysonansu poznawczego: sprowadzając czujące zwierzęta do kawałka mięsa redukujemy nasz dyskomfort wynikający z przekonania, że jesteśmy przeciwni krzywdzeniu innych. Taki zabieg jest niezbędny dla zachowania równowagi psychicznej w społeczeństwie, które równocześnie angażuje nas od najwcześniejszych lat naszego życia w eksploatację zwierząt, i które uczy, że mamy nie krzywdzić zwierząt. 

Kury, podobnie jak norki czy lisy, odbierają świat za pomocą zmysłów, przetwarzają docierające do nich informacje w mózgach, myślą, przeżywają emocje, są zdolne do odczuwania bólu i przyjemności. Eksploatacja i pozbawianie życia nie jest ani w interesie kur, ani norek czy lisów. Redukcja dysonansu poznawczego, która działa tak bardzo na niekorzyść kur (jak i wszystkich zwierząt, z których eksploatacji regularnie korzystamy), nie dotyka w takim stopniu norek i lisów tylko i wyłącznie dlatego, że większość z nas nie nosi futer. Ironia losu? Niesprawiedliwość? Z pewnością tak. Różnica w zdolności do myślenia, odczuwania między kurami a norkami i lisami? Z pewnością nie.

4. W związku z punktem 1, brak zapału do szukania informacji na temat diety roślinnej, jest u większości dość powszechny. Redukcja dysonansu poznawczego, o której pisałam powyżej, praktycznie załatwia nam sprawę. Skoro kurczak to kawałek mięsa, a kura i krowa to takie coś, co stoi za produkcją jajek i mleka, to w zasadzie nie interesują nas pytania: Czy musimy jeść mięso? Czy musimy jeść jaja i nabiał? Wystarczy, że możemy, bo kiedy myślimy, że kochamy zwierzęta, nasze skojarzenia ograniczają się do zwierząt domowych i zagrożonych gatunków, nie zaś do kur, krów czy świń, które tak naprawdę wyłączyliśmy w naszej wyobraźni z kategorii „zwierzęta”. 

Redukcja dysonansu poznawczego nie jest jedyną przyczyną, dzięki której akceptujemy masową eksploatację niektórych zwierząt. Dzieje się też tak dlatego, że działa presja kultury, której mocnym składnikiem jest szowinizm gatunkowy. Działa on wobec zwierząt tak jak rasizm wobec ludzi należących do historycznie i współcześnie dyskryminowanych grup „rasowych”, czy jak seksizm wobec historycznie i współcześnie dyskryminowanej płci – kobiet. 

Głównym założeniem szowinizmu gatunkowego jest przekonanie, że ludzie mogą nie brać poważnie nawet najistotniejszych interesów zwierząt (np. ich zdrowia i życia) tylko dlatego, że zwierzęta te nie są ludźmi. Praktycznym przejawem szowinizmu gatunkowego jest właśnie eksploatacja zwierząt. Im bardziej je eksploatujemy, tym bardziej utwierdzamy się w przekonaniu, że jest to właściwe i bezdyskusyjne. Jeśli zaś nasza empatyczna natura podpowiada, że coś jest nie tak, mamy zawsze do dyspozycji redukcję dysonansu poznawczego i tysiące dotychczasowych przykładów z własnego życia, życia rodziny, edukacji szkolnej i reklamy, które wszystkie są przejawem tej właśnie szowinistycznej kultury. 

Dlatego fermy drobiarskie stanowią niekwestionowaną część szowinistycznego krajobrazu. Jedyną rzecz nad jaką będziemy się ewentualnie zastanawiać to ich wpływ na środowisko. Dlatego łatwym wyjątkiem mogą być tylko takie formy wykorzystywania, które są dla większości rzadkie – jak fermy futrzarskie obsługujące zdecydowaną mniejszość społeczeństwa. Dlatego nasz stosunek do zwierząt domowych zasadniczo wpisuje się w szowinizm gatunkowy (kiedy nie zważając na zdrowie zwierząt, tworzymy rasy, które mają sprostać naszym estetycznym zachciankom). Oczywiście adoptujemy też zwierzęta bezdomne i traktujemy jak członków rodziny – to jednak jest WYJĄTEK od reguły, którą jest szowinizm gatunkowy.  

Podobnie jak rasizm i seksizm, czy inne formy dyskryminacji ludzi, także szowinizm gatunkowy jest uprzedzeniem, które z jednej strony towarzyszy nam od zawsze, lecz z drugiej strony, z którego szkodliwości zaczynamy sobie coraz lepiej zdawać sprawę. Mówi się o tym otwarcie od lat 70. XX wieku (pojęcie „speciesism” ukuł angielski psycholog Richard Ryder). 



Praca nad własnymi uprzedzeniami nie jest łatwa, szczególnie jeśli występują one powszechnie w społeczeństwie i są wspierane przez wychowanie, edukację i kulturę. Wiemy to wszyscy w odniesieniu do ksenofobii (której odmianą jest rasizm) i seksizmu. Jest to szczególnie aktualne dziś, gdy współczesna polityka tak mocno uwikłana jest w populistyczne sianie strachu przed „obcymi”, że jesteśmy w stanie wyłączać zwykłą przyzwoitość i empatię wobec uchodźców, czyli ludzi, których życie i zdrowie jest zagrożone. Jest to także aktualne dziś, gdy akcja #MeToo pokazuje jak duża jest skala agresywnego, przemocowego seksizmu i jak seksizm każe wielu mężczyznom "płakać", że teraz „nie będzie już można niewinnie flirtować”. Jest to także aktualne w odniesieniu do szowinizmu gatunkowego. Zdamy sobie z tego sprawę wszyscy (lub większość z nas zdolna do zwykłej empatii), jeśli poddamy dyskusji to, co dotąd uznawaliśmy za normalne i bezdyskusyjne – naszą eksploatację zwierząt.

Weganizm, czyli sprzeciw wobec traktowania zwierząt jak zasoby, przedmioty, maszyny, sprzeciw wobec eksploatacji zwierząt i wprowadzenie go w życie poprzez odrzucenie jajek, nabiału, mięsa, skór, wełny (a nie tylko futer i cyrków ze zwierzętami) jest na wyciągnięcie każdej ręki, którą kieruje empatyczna głowa. Tak, będą sytuacje, w których będzie trudniej go realizować, ale jak każda walka ze szkodliwymi uprzedzeniami i przyzwyczajeniami, ten wysiłek jest wart poniesienia, dla lepszego, bardziej pokojowego, mniej brutalnego świata.

-------------------------- 
Czytaj dalej:
  • "Nakarmi, odmłodzi, uleczy, zdrowie zabezpieczy. Weganizm?" (LINK)
  • "Pieśń słowika, piersi z kury" (LINK)
  • "Uniwersalny zegar przemocy tyka" - o seksizmie (LINK)
  • O rasizmie (LINK)
  • Statystyki sprzeciwu wobec zwierzętom w cyrkach (55%) (LINK) i fermom futrzarskim (67%) (LINK)



wtorek, 17 kwietnia 2018

Ile zwierząt ratuje weganin i czy jest to właściwe pytanie

Na różnych stronach internetowych czytamy, że weganin w ciągu roku ratuje tyle a tyle zwierząt. Wyliczenia różnią się od siebie zapewne biorąc pod uwagę inne dane wyjściowe. Chodzi oczywiście o zwierzęta, których weganin nie zje i o te, z których eksploatacji nie skorzysta jako osoba niejedząca nabiału i jajek.



Niezależnie od tego jak wypadnie ta statystyka, czy będzie to 100 czy 200 zwierząt, zasadniczo się z nią nie zgadzam. Powtórzę: nie zgadzam się z twierdzeniem, że weganin ratuje zwierzęta odmawiając szeroko pojętej konsumpcji produktów odzwierzęcych (jedzenia, odzieży, itp.). Lokalnie, weganin przestaje być źródłem popytu, pełna zgoda. Kiedy idzie do marketu, nie kupuje mięsa ani wędlin, zostawia na półkach kartony z mlekiem, jogurty, sery oraz jajka, to prawda. W sklepie obuwniczym nie kupuje skórzanych butów, i tak dalej.  Na podstawie dokładnego kwestionariusza jego życia sprzed przejścia na weganizm, można obliczyć ile produktów odzwierzęcych konsumował rocznie i jakie przełożenie miało to na ilość krzywdzonych i zabijanych zwierząt. A zatem możnaby na tej podstawie powiedzieć za krzywdę i śmierć ilu zwierząt rocznie już odpowiedzialny NIE jest teraz, kiedy jest weganinem. 

Niemniej, nie przekłada się to na proste stwierdzenie, że on-weganin czy ona-weganka tyle zwierząt de facto ratuje. Dlaczego? Odpowiedź jest dosyć prosta: świat, w którym żyjemy jest zbyt złożony, by mogłoby to być prawdą. Po pierwsze, nie żyjemy w świecie z pierwszej ręki. Nie jest tak, że nieweganin idzie do sąsiada po mięso, mleko i jaja, a sąsiad zabija i krzywdzi zwierzęta, bierze pieniądze i nieweganin dostaje to, po co przyszedł. Czasem tak się dzieje, gdy kupuje się bezpośrednio u rolnika, ale większość z nas, przez większą część czasu, w odniesieniu do większości produktów, kupuje z trzeciej, dziesiątej albo setnej ręki. Zarabia na tym nie tylko hodowca ale i wielu pośredników. Nawet kupując bezpośrednio u rolnika nieweganin nie jest jego jedynym klientem. Zresztą dlatego tak łatwo być nieweganinem i nie odczuwać żadnych wyrzutów sumienia. Ale to tak na marginesie. Zatem, gdy ów nieweganin, pewnego dnia przechodzi na weganizm, nie ratuje automatycznie zwierząt, za których krzywdę, cierpienie i śmierć wcześniej płacił. Nie bierze ich przecież do domu, pod swoją opiekę. Rolnik sprzeda swoje produkty innemu klientowi albo pośrednikowi. Łańcuch handlarzy, rzeźników, przetwórców, hurtowników i sklepów będzie działał nadal bez zarzutu dopóki odsetek wegan będzie niewielki, dopóki ci, którzy wycofali swój popyt i wyrażają sprzeciw wobec eksploatacji zwierząt, nie staną się nie tylko konsumencko ale i społecznie, obywatelsko i politycznie znaczącą grupą. 

Co zatem weganin robi? Robi to, co człowiek świadomy krzywdy zwierząt i jej przeciwny zrobić musi, jeśli nie chce żyć wypierając niewygodne fakty (niezaprzeczalny związek między produkcją jaj, mleka i mięsa, skór, wełny, futer itp. z krzywdą i zabijaniem zwierząt) lub „zapominając”, że eksploatowane kury, krowy, świnie czy owce to też zwierzęta, które krzywdy doznają tak samo jak psy czy koty. Weganin wycofuje swoje poparcie dla eksploatacji zwierząt. Nie chce za nią płacić. Opowiada się za prawami zwierząt, gdzie podstawowym prawem jest bycie traktowanym z szacunkiem (jak wyraził to filozof praw zwierząt Tom Regan) lub niebycie traktowanym jak czyjaś własność/rzecz (jak wyraża to filozof abolicjonistycznej teorii praw zwierząt Gary Francione). Faktycznie, nie da się połączyć szacunku wobec zwierząt ze zgodą na ich instytucjonalną eksploatację w sytuacji, gdy ma się wybór. 



Podkreślam kwestię wyboru, bo zdaję sobie sprawę, że wielu ludzi może wyboru nie mieć – na przykład jeśli żyją w warunkach, gdzie nie sposób uniezależnienić się od eksploatacji zwierząt (to bardziej dotyczy krajów rozwijających się), albo jeśli żyją uzależnieni od instytucji lub osób, które nie zamierzają dać im możliwości wyboru: bezdomni uzależnieni od darmowych posiłków, osoby w trudnej sytuacji ekonomicznej uzależnione częściowo od darów rzeczowych, uchodźcy w obozach dla uchodźców, więźniowie, czasem też pacjenci szpitali uzależnieni od szpitalnej diety, czy wreszcie dzieci rodziców, których wiedza na temat roślinnej kuchni ogranicza się do negatywnych stereotypów, albo dzieci rodziców, którzy nie mają żadnego problemu z eksploatacją wybranych zwierząt i wybór dziecka lub nastolatka zwalczają jako niezrozumiałą fanaberię lub objaw młodzieńczego buntu. Tak, są ludzie, którzy mimo przekonania, że zwierzęta nie zasługują na eksploatację, nie mają wyjścia i muszą czasowo lub stale z tej eksploatacji korzystać. 

Jednak założyciele pierwszego Towarzystwa Wegańskiego (Anglia, 1944 rok) od samego początku nie bujali w obłokach. Byli realistami do kwadratu.  Po pierwsze, widzieli krzywdę zwierząt tam, gdzie ona miała miejsce – nie tylko przy produkcji mięsa, ale także jaj i nabiału i wielu innych formach wykorzystywania zwierząt.  Po drugie, zdawali sobie sprawę, że żyjąc w świecie, gdzie eksploatacja zwierząt jest powszechna, nie da się od niej odciąć w 100 procentach. Dlatego, ze względu na ten podwójny realizm, odrzucili wegetarianizm jako kompletnie niewystarczający, i przyjęli weganizm z zastrzeżeniem, że należy go realizować w takim stopniu w jakim jest to możliwe i wykonalne, nie zaś "praktyczne i wygodne" – jak chcieliby niektórzy. Weganizmem nie jest zatem postawa flexi plexi – rano wegańskie śniadanie a po południu kurczak, bo tak mi się zachciało. Żeby mówić sensownie o sprzeciwie wobec eksploatacji zwierząt, musimy z jednej strony podejść realistycznie i przyznać, że weganizm nie oznacza życia „cruelty-free” a nawet nie jest to życie, w którym nikogo się nie krzywdzi (tak, żyjemy na ziemi). Z drugiej jednak strony, żeby nasz sprzeciw nie był gołosłowiem, nie może się kończyć tam, gdzie zaczyna się zachcianka, wkracza wygoda i przyzwyczajenie. Tak jak poparcie dla praw człowieka zobowiązuje do minimum przyzwoitości wobec innych ludzi (niekrzywdzenie) tak poparcie dla praw zwierząt zobowiązuje nas do minimum przyzwoitości wobec zwierząt (niekrzywdzenie, czyli weganizm).

Amerykański prawnik i filozof, twórca abolicjonistycznego podejścia do praw zwierząt Gary Francione od wielu lat postuluje, że weganizm powinien być traktowany jako moralna podstawa, punkt wyjścia w naszym stosunku do zwierząt, nie zaś zwieńczenie naszych starań w tym zakresie. W świecie, w jakim żyjemy, gdzie eksploatacja zwierząt jest powszechna i jako społeczeństwo powszechnie z niej korzystamy zanim jeszcze nauczymy się mówić i samodzielnie myśleć, taki postulat wydaje się radykalny. Jednak poddany refleksji okazuje się być rzeczywiście tym, czym jest w istocie – minimum przyzwoitości.



Skoro weganin nie ratuje zwierząt, to po co być weganinem? Czy nie jest to zatem gest czysto symboliczny, który równie dobrze można sobie odpuścić? Nie. weganizm każdego z nas z osobna, wszystkich tych, którzy deklarują, że zwierzę nie jest rzeczą i liczy się moralnie (w przeciwieństwie do pluszowego psa czy drewnianego krzesła) jest absolutnie niezbędnym krokiem każdego, kto w minimalnym stopniu chce zachować zgodność wyznawanych wartości (sprzeciw wobec krzywdzenia i eksploatacji zwierząt) i realizowanych czynów, ale także każdego, kto chce współtworzyć społeczeństwo, które oprócz seksizmu, rasizmu i innych form dyskryminacji wobec ludzi, odrzuci kiedyś także szowinizm gatunkowy i będzie dążyć do eliminacji eksploatacji zwierząt przynajmniej na poziomie systemowym, instytucjonalnym, ze szczególnym uwzględnieniem produkcji żywności i odzieży bez eksploatowania zwierząt. Utopia? Jeśli tak, to taka sama jak prawa człowieka – nigdy nie realizowane w pełni, w wielu aspektach i szczegółach kontrowersyjne, a jednak nieodzowne jako współczesny etyczny fundament społecznego życia.

Społeczeństwo odrzucające szowinizm gatunkowy i przyjmujące weganizm za właściwe minimum wobec zwierząt, nie będzie wspierać działalności polegającej na eksploatacji zwierząt, będzie ją na różne sposoby systemowo, instytucjonalnie i prawnie ograniczać tak, aby doprowadzić do jej eliminacji. Będzie za to wspierać roślinną produkcję żywności, produkcję odzieży bez skóry, wełny czy futra, rozrywkę bez wykorzystywania zwierząt i naukę bez eksperymentów na zwierzętach. W takim społeczeństwie w obiegu będzie coraz mniej produktów odzwierzęcych i ograniczać się będzie sytuacje, w których ludzie szanujący zwierzęta nie mieli dotychczas wyboru. Wegańskie stołówki dla bezdomnych, wegański catering w szkołach, szpitalach, więzieniach. Wegańskie dary rzeczowe dla potrzebujących. Wegańskie jedzenie w obozach dla uchodźców, edukacja dorosłych w zakresie zdrowego wegańskiego odżywiania dzieci, nastolatków i dorosłych. Wegańskie jedzenie tańsze, a nie droższe od niewegańskiego. Organizacje prozwierzęce promujące weganizm, bez mieszania go z wegetarianizmem. Antyszowinistyczne rozwiązania systemowe i edukacja społeczna świadomych obywateli i obywatelek.  

Takiego społeczeństwa nie zbudują nieweganie, ani reformatorzy niereformowalnego systemu masowej eksploatacji zwierząt. Nie można będąc konsumentem zwierząt walczyć o świat, w którym konsumpcję zwierząt mamy eliminować, podobnie jak nie da się walczyć o prawa kobiet równocześnie je molestując. Nie da się w sposób znaczący ograniczyć cierpienia w masowej eksploatacji zwierząt, nie mówiąc już o eliminowaniu z niego krzywdy i zabijania, które są dla takiego systemu niezbędne. Nie da się tkwić w szowinizmie gatunkowym i zarazem walczyć przeciwko niemu. To dwie sprzeczne tendencje, których nie sposób pogodzić. Dlatego społeczeństwo szanujące zwierzęta mogą stworzyć tylko weganie. Weganizm jest nie tylko moralnym minimum, ale jedyną nadzieją na przyszłość. W rosnącej grupie wegan otwarcie sprzeciwiających się każdej eksploatacji zwierząt (zamiast próbować ją reformować) rośnie potencjał do autentycznej społecznej zmiany.