poniedziałek, 23 października 2017

Mcweganizm. Że co?

Przy okazji testowego wprowadzenia wegańskiego burgera przez McDonald’sa w Tampere, jednym z największych miast w Finlandii, postanowiłam podjąć polemikę z paroma tezami tekstu na ten właśnie temat napisanego przez belgijskiego aktywistę Tobiasa Leenaerta, który jest postacią bardzo popularną w środowisku wegańskim oscylującym wokół pojęć takich jak pragmatyzm, racjonalność i twierdzących, że kształtują swoje podejście do aktywizmu w oparciu o badania naukowe.  

Oszołomy vs „pragmatycy” 
Tobias Leenaert zaczyna swój artykuł od krytyki tych, którzy są przeciwni kupowaniu jedzenia w McDonaldzie. Przypisuje im działanie na podstawie emocji, niepoddane refleksji, a nawet niepoddające się refleksji. Oczywiście w przeciwieństwie do niego samego, który w całości składa się z myśli refleksyjnej i pragmatycznej, która podpowiada mu konieczność chwalenia korporacji za próbę wprowadzenia do bardzo mięsno-nabiałowego menu jednego dania głównego złożonego tylko z roślin. Jako jedno ze źródeł nieracjonalnej jego zdaniem niechęci niektórych osób do wspomnianej korporacji Leenaert podaje pamflet z 1986 roku i kieruje czytelników do obskurnej strony internetowej, gdzie zapewne jacyś zacofani zapaleńcy, niewątpliwie odklejeni od pragmatycznych postępów cywilizacyjnych, obrzucają korporację wszystkimi możliwymi zarzutami. No tak, łatwo takie coś obśmiać. 

Trudniej byłoby wykazywać nieracjonalność niechęci do mięsno-nabiałowego imperium, gdyby zamiast wyciągać stary pamflet przyszło się zmierzyć z treścią raportów agend ONZ, choćby raportu „Livestock’s Long Shadow” z 2006 roku, czy „Assessing the Environmental Impacts of Consumption and Production: Priority Products and Materials” z 2010 roku. Tamże produkcja zwierzęca w kontekście zmian klimatycznych i zanieczyszczenia środowiska jest określana jako ogromny problem, a w raporcie z 2010 roku posunięto się do stwierdzenia, że aby poważnie zabrać się za rozwiązywanie tego problemu w kontekście globalnym potrzebny jest całkowity odwrót od produkcji zwierzęcej. Przypomnijmy, na czym według wszelkich racjonalnych przesłanek polega biznesowy model korporacji takiej jak McDonald’s? Na nieprzerwanej i najchętniej rosnącej sprzedaży wołowiny (burgerów) i nabiału (sera), a także innych mięs (np. burgerów z kurczaka czy wieprzowiny) oraz jajek (McMuffin). Co jest zatem bardziej racjonalne, unikanie kupowania produktów takiej mięsno-nabiałowej korporacji, czy pochwała finansowego potentata za to, że postanowił także zarobić na weganach?

Albo bojkot (oczywiście nieracjonalny) albo współpraca z przemysłem eksploatującym zwierzęta (oczywiście racjonalna)? To nie tak.
Leenaert podważa sprzeciw wobec jedzenia wegańskich burgerów w McDonaldsie twierdząc, że niczym się to nie różni od kupowania wegańskiego jedzenia w supermarkecie. Twierdzi, że niektórzy tak już mają, że muszą kogoś nienawidzić i z tego bierze się nierozsądne jego zdaniem negatywne wyróżnienie firm takich jak McDonald’s pod kątem krzywdzenia zwierząt. Popiera on natomiast entuzjazm wobec wprowadzenia wegańskiego burgera w mięsnej sieci fastfoodowej, co w jego mniemaniu oznacza rozsądne wspieranie "każdego ważnego kroku, ze świadomością, że nie wszystko da się zrobić naraz.", a także "jeśli McDonald's zastosuje znaczące środki w innych obszarach, to także można pochwalić, nawet jeśli firma jest wciąż odpowiedzialna za dużo cierpienia zwierząt."

Nie będę kruszyć kopii argumentując za całkowitym bojkotem tej czy innej firmy, szczególnie że zdaję sobie sprawę, że w dzisiejszych czasach, gdy regularnie dochodzi do połykania firm mniejszych przez większe, stosując konsekwentny bojkot sprowadzilibyśmy nasze życie do niemożliwego poszukiwania świętego Graala w postaci wyspy lub polany, na której uprawialibyśmy własne rośliny jadalne i nie korzystalibyśmy z żadnych zdobyczy cywilizacji, która przecież regularnie eksploatuje zwierzęta. 

Myślę jednak, że Leenaert zmierza do tego, by swojemu entuzjazmowi wobec wegańskich burgerów w Macu przeciwstawić nierealistyczną alternatywę, a tym samym sprawić, że jego entuzjazm wyda nam się rozsądny i pragmatyczny. Należy jednak zdać sobie sprawę, że możliwości, oprócz bojkotu i entuzjazmu, jest znacznie więcej. Dlatego uważam, że przedstawianie dychotomii „albo emocjonalny bojkot albo rozsądny entuzjazm” jest demagogiczne i służy zawężeniu pola naszych rozważań. 

Warto zdawać sobie sprawę, że możemy na przykład po prostu unikać chodzenia do mięsnych fast-foodów, zamiast przysięgać na głowę matki i ojca, że nasza stopa nigdy tam nie stanie. A w czasie, gdy unikamy chodzenia tam, możemy (a) gotować swoje własne jedzenie czy (b) chodzić do barów wegańskich, lub  (c)  do takich, gdzie wegańskich opcji jest więcej i które nie mają takiej marketingowej siły rażenia promięsną propagandą jak giganty w rodzaju McDonaldsa. 

Możemy także popierać działania organizacji/instytucji/państwa lub działania ponadpaństwowe mające na celu odejście od produkcji zwierzęcej, a więc promocję produkcji i konsumpcji roślinnej, a także utrudnianie produkcji zwierzęcej, bądź urealnianie jej kosztów poprzez np. podatek ekologiczny. Skupiając się na celu jakim jest odejście od produkcji zwierzęcej, zobaczymy jakim marnowaniem energii i czasu (a nie „ważnym krokiem do przodu”) jest entuzjazmowanie się roślinną kropką na mięsno-serowo-jajecznej mapie korporacji, której celem nigdy nie było i nie będzie odejście od produkcji zwierzęcej. 

„Pragmatyczna” pochwała firm eksploatujących zwierzęta
W tekście Leenaerta nie zabrakło bezpośredniej pochwały McDonaldsa za rzekome zmiany w dobrym kierunku. Leenaert przypomina nam, że McDonalds w USA ogłosił w 2012 roku, że przestanie kupować wieprzowinę od farmerów, którzy używają kojców indywidualnych (wąskich przegród z metalu, gdzie trzymane są świnie płci żeńskiej przez większą część dorosłego życia, kiedy są używane jako maszyny do produkcji prosiąt; takie przegrody praktycznie uniemożliwiają zwierzętom ruch). Ponieważ Leenaert nie dodaje, kiedy to nastąpi, sprawdziłam sama, że obietnica dotyczy 2022 roku. Zastanawiam się, już nie pierwszy raz, czy ktoś będzie to wtedy sprawdzał. W końcu minie 10 lat. Przy dzisiejszym zalewie newsów dekada to wieczność. Może będziemy wtedy zajęci oblewaniem „sukcesu” kolejnej obietnicy? 

Następna obietnica złożona przez korporację pochodzi z 2015 roku i dotyczy zaprzestania kupowania przez nią od swoich dostawców tzw. jajek klatkowych, które mają zostać zastąpione jajkami „cage-free”. Znowu Leenaert nie podaje terminu, zapewne słusznie. Nie ma to bowiem większego znaczenia. Warto zadać sobie (retoryczne) pytanie: kto pociągnie korporację do odpowiedzialności jeśli ta nie wywiąże się z obietnicy? Z prawnego punktu widzenia taka obietnica do niczego nie zobowiązuje. Jej złożenie zaś, zawsze z odległym terminem realizacji, bardzo się opłaca: zapewnia możliwość  budowania pozytywnego wizerunku już dziś bez martwienia się o konieczność szybkiej weryfikacji. Ponawiam zatem też pytanie, czy ktoś będzie to w ogóle sprawdzał, skoro organizacje welfare zapewniają nam stały dopływ newsów o podobnych „zwycięstwach”, którymi możemy się non-stop ekscytować. W New York Timesie przeczytałam, że firmie przejście na jajka „cage-free” może zająć w USA nawet 10 lat. 

Odkurzmy parę „starych” sukcesów z przeszłości. Czy ktoś dzisiaj pisze jak wygląda realizacja Proposition 2 w Kalifornii, której przegłosowanie fetowano w 2008 roku, a miała wejść w życie w 2015 roku? Kto zna dokładnie jej treść? Kto kojarzy sposób w jaki ją reklamowano i jak bardzo ta reklama odbiegała od faktycznych zapisów? Kto wie jakie kary grożą za niestosowanie się do nowego prawa, a w końcu to jest prawo, a nie jakaś korporacyjna obietnica. Naprawdę trudno jest znaleźć informacje na ten temat. Media po prostu mało interesują się ciągiem dalszym. Niestety organizacje prozwierzęce, które ogłaszają podobne sukcesy, także nie wydają się zainteresowane śledzeniem spełnienia korporacyjnych obietnic, czy wdrażania – jak w przypadku Proposition 2 – nowych przepisów (o zdecydowanie skromniejszym zakresie niż postulaty kampanii). Armani obiecał, że od 2016 roku nie będzie robić ubrań z futra. Ogłoszono sukces. Czy ktoś wypomina Armaniemu, że wciąż ma ubrania z futra w swojej kolekcji? Przyglądając się bliżej, okazuje się, że nikt nie powinien się dąsać, bo do dumnie brzmiącej deklaracji o kolekcjach wolnych od futra projektant dołączył definicję futra, która wyklucza futro zwierząt, których hodowla jest w pierwszym rzędzie nastawiona na coś innego (np. mięso).  Zatem np. futro z kóz jest jak najbardziej ok. Ponadto, nie powinno nas już w ogóle interesować, że projektant stosuje skóry i wełnę (tutaj cierpienie i śmierć zwierząt całkowicie wyparowywują – taki efekt mają kampanie jednotematyczne, trochę jak klapki na oczy mocno zawężające pole widzenia).

Wracając do bieżących obietnic: co ma być alternatywą dla kojców dla świń i klatek dla kur? Przypomnijmy, że korporacji potrzeba dużo wieprzowiny i jeszcze więcej jajek, tych ostatnich dlatego, bo McDonalds zamierzał w 2015 roku (i już to zrealizował) wprowadzić niektóre potrawy śniadaniowe na bazie jajek (McMuffin) do całodziennej sprzedaży w USA, a więc zwiększyć zakup jajek, których rocznie kupował około 2 miliardy. Zamiast w indywidualnych kojcach, ciężarne świnie mają być trzymane w zagrodach (okres porodu i karmienia tego nie dotyczy, bo wtedy świnie są trzymane w kojcach porodowych, które także praktycznie je unieruchamiają na parę tygodni. Jeśli gładko przełykacie tę informację, wyobraźcie sobie unieruchomienie suki karmiącej szczenięta na leżąco na miesiąc tak, że nie pozostaje jej nic innego niż robić pod siebie). Alternatywą dla klatek w przypadku kur mają być hale wielopoziomowe, w których kury przebywają całe życie. Podkreślę, że nie są to warunki sugerowane na fotoszopowanych zdjęciach z trawką w tle lub zdjęciach pochodzących np. ze schronisk, gdzie zwierzęta przebywają w optymalnych warunkach i nie są już traktowane jak towar. A takie właśnie zdjęcia widziałam nie raz dołączone do newsów o obietnicy „cage-free”.

Tak czy owak o alternatywach tak dużo się już nie opowiada, bo po co psuć dobre wrażenie, które odnoszą odbiorcy czytając "cage-free" ("wolny" kojarzy się tak dobrze), albo czytając "zakaz okrutnych praktyk" (i interpretując, że zwierzęta po wprowadzeniu zakazu już cierpieć nie będą). Tak wyglądają opisy praktycznie większości kampanii typu welfare, które proponują wprowadzenie zakazu określonej praktyki związanej z chowem zwierząt. 

Biorąc pod uwagę fakt, że obietnicę składa korporacja, której celem nadrzędnym jest rozwój przekładający się na zwiększanie sprzedaży swoich produktów, możemy z łatwością sobie wyobrazić, że podobne obietnice, wsparte pochwałami organizacji działających w zakresie dobrostanu zwierząt, niewątpliwie ocieplą wizerunek korporacji wywołując paradoksalne skojarzenie, że korporacja żywiąca się krzywdą zwierząt dba o dobro(stan) zwierząt. W jakim kierunku się udajemy ocieplając wizerunek takiej korporacji – ku zmniejszeniu produkcji odzwierzęcej, czy raczej ku jej zwiększeniu? 

---
Czytaj dalej:
Tobias Leenaert "Should vegans support the McDonald’s vegan burger?" (link)
Raport FAO "Livestock's Long Shadow: Environmental issues and options", 2006 (link)
Raport UNEP "Assessing the Environmental Impacts of Consumption and Production: Priority Products and Materials", 2010 (link)
O jajkach w McDonaldzie - artykuł z New York Timesa z 2015 roku (link)
Proposition 2 - propagandowa reklamówka kampanii - filmik rysunkowy (link)
Proposition 2 - realia: np. na 1 kurę ma przypadać 116 cali kwadratowych (=niecałe 750cm2), a więc nieco więcej niż kartka A4 (link - patrz sekcja "Implementation)
Armani - ogłoszenie o sukcesie (link)
Armani - ograniczona definicja futra (link)



niedziela, 1 października 2017

Dlaczego nie obchodzę Dnia Wegetarianizmu

Nie obchodzę Dnia Wegetarianizmu. Nie przyjmuję ani nie składam z tej okazji życzeń. Co więcej, myślę, że niedobrze jest, że część wegan składa wegetarianom życzenia z tej właśnie okazji. Nie obchodzę Dnia Wegetarianizmu z jednego powodu: od wielu lat uważam, że z punktu widzenia praw zwierząt, szacunku do zwierząt, wegetarianizm jest nieadekwatną propozycją. Dlaczego? Z tego powodu, że konsumpcja nabiału i jajek oraz noszenie wełnianych ubrań wymagają takiego samego zaplecza w postaci eksploatacji i zabijania zwierząt jak konsumpcja mięsa. Nie uciekniemy przed tym, co więcej, postuluję stanowczo – nie uciekajmy przed tym. Stawiajmy temu czoła. Im konsekwentniej będziemy o tym mówić, czytać i się dowiadywać, tym bardziej będzie to oczywiste. Tak, chcę, żeby to było oczywiste, jednoznaczne i jasne. Dlatego promuję wyłącznie weganizm. 

Nie chcę przyczyniać się do trwania „szarej strefy” produktów odzwierzęcych, której związek z eksploatacją zwierząt ciągle się zamazuje, gdy mówi się o wegetarianizmie i weganizmie jako o wymienialnych alternatywach, gdy używa się słowa „weg*anizm”, gdy w fejsbukowych grupach „wege” oraz „weganie i wegetarianie + nazwa miasta” użytkownicy dziela się przepisami, w których masło, krowie mleko i jajka funkcjonują jako neutralne i akceptowalne składniki obok składników roślinnych. 

Zwierzętom potrzebna jest konsekwentna promocja weganizmu. Grupa członków Towarzystwa Wegetariańskiego w Anglii doszła do tego wniosku w 1940 roku i założyła Towarzystwo Wegańskie. Towarzystwo Wegetariańskie, z którego wyłonili się weganie, do dziś w swoich przepisach kulinarnych pozostawiło nabiał i jajka najwyraźniej odwracając się od rzeczywistości, negując krzywdę zwierząt na fermach mlecznych i jajecznych. Podobnie bywa na poziomie indywidualnym. Ludzie, których etyczna refleksja skłoniła do rzucenia mięsa pozostają wegetarianami całe dziesięciolecia zamiast przechodzić na weganizm. Nie mam niestety wątpliwości, że pomaga im w tym rozmycie pojęć, umieszczenie nabiału i jajek w tej „szarej strefie”.

To niezwykły fenomen, że można ludzi uspokoić hasłami „jajka od szczęśliwych kur” i „krowa daje mleko” do tego stopnia, że odsuną od siebie związek między jajkami i mlekiem a eksploatacją ciał zwierząt i zabijaniem zwierząt, które jest nieuniknione w procesie produkcji. A może nie ma w tym nic niezwykłego, skoro każdy z nas odsuwa od siebie wiele nieprzyjemnych faktów, skoro każdy z nas operuje niesprawdzonymi informacjami. W końcu nie chcemy cały czas żyć w rozterce, i nie mamy czasu, by sprawdzać wszystkie informacje, szczególnie że im regularniej są powtarzane tym bardziej prawdziwe się wydają. Mówię o tym bez ironii, tak po prostu jest. Tym bardziej jestem przekonana, że potrzebny jest konsekwenty i rzetelny przekaz, rekomendujący weganizm jako odpowiedź na eksploatację zwierząt, żeby rozterka i zetknięcie z faktami były w jednopaku. I o to apeluję do wegan. I za brak takiego jednoznacznego przekazu krytykuję organizacje, które deklarują działanie na rzecz zwierząt.

Międzynarodowa Unia Wegetariańska, która ustanowiła Światowy Dzień Wegetarianizmu w 1977 roku, wstawia nabiał i jaja do tej szarej strefy, pisząc, że z jednej strony nie promuje żadnych produktów odzwierzęcych, ale z drugiej strony rozumie, że wielu wegetarian ujmuje nabiał jaja czy miód w swojej diecie. W odpowiedzi na pytanie "dlaczego wegetarianizm/weganizm" Unia na swojej stronie pisze: "Horror okrutnych praktyk nieodłącznie związanych z chowem zwierząt gospodarskich, drobiu i z fermami mlecznymi jest prawdopodobnie najbardziej powszechnym powodem przyjęcia "weg*anizmu ...". W taki właśnie sposób, poprzez wewnętrznie sprzeczny przekaz (sugerowanie, że z tym nabiałem i jajkami coś jest nie tak, ale nie do końca) następuje zepchnięcie nabiału i jaj do szarej strefy.

Słyszę zarzuty, że konsekwentny przekaz miałby być wywyższaniem się wegan. Nie mogę mówić za wszystkich, nie wątpię, że są ludzie, którzy pragną się wywyższać i każdy pretekst jest dla nich dobry, nie wyłączając weganizmu. Niemniej sądzę, że wysuwanie z automatu takiego zarzutu jest tak samo niesłuszne, jak niesłuszne było by oskarżanie o wywyższanie się ludzi, którzy promują prawa dziecka i sprzeciwiają się biciu dzieci. Czy wywyższają się oni nad tych, którzy nie potrafią poskromić swojej agresji i zdarza im się bić swoje dzieci? Czy należy chwalić rodziców bijących dzieci 3 razy w tygodniu za to, że 4 razy w tygodniu tego nie robią? To nie jest najlepszy tok myślenia. W prawa dzieci wpisuje się niebicie dzieci i nikt się nie wywyższa deklarując tak oczywistą rzecz. Celem kampanii na rzecz praw dzieci jest uświadamianie ludzi, że bicie dzieci jest złe i kierowanie tych, którzy nie potrafią sobie radzić z własną agresją do poradni czy na szkolenia, które mają im pomóc wyrobić nowe, dobre nawyki. Jak z każdą analogią i ta nie jest idealna. Przytaczam ją jednak po to, by podkreślić, że działanie na rzecz praw zwierząt, a więc propagowanie weganizmu, jest po prostu tym, co powinniśmy robić pokojowo, ale i konsekwentnie, i nie stanowi – jako takie – wywyższania się. 

Zwolennicy tzw małych kroków tłumaczą swoją strategię psychologicznymi uwarunkowaniami człowieka. Oczywiście nie można abstrahować od ludzkiej psychologii, co więcej to nastawienie człowieka - pozytywne, obojętne lub negatywne – jest najważniejszym czynnikiem sprzyjającym lub niesprzyjającym zmianie. Niemniej w parze z „małymi krokami” najczęściej występuje właśnie wegetarianizm, który cały impet negatywnych skojarzeń wyładowuje na mięsie i skutecznie, jak wiadomo z doświadczenia wielu wegetarian, odwraca uwagę od eksploatacji, która ma miejsce w produkcji mleka, jajek i wełny, a także jej ścisłego powiązania z produkcją mięsa. Te produkty wpadają następnie w „szarą strefę” naszej świadomości i po prostu uczymy się ignorować informacje o ich związku z krzywdą zwierząt, podobnie jak całe dotychczasowe życie byliśmy przyzwyczajeni do ignorowania informacji o związku mięsa z krzywdą zwierząt. 

Propagowanie weganizmu, bez ukłonów w stronę wegetarianizmu, może brać pod uwagę wszelkie psychologiczne i społeczne uwarunkowania człowieka, jako istoty o złożonej psychice, mocno opartej na przyzwyczajeniach, żyjącej społecznie i pragnącej utrzymywać żywe i przyjazne kontakty z innymi ludźmi. Konsekwente propagowanie weganizmu nie oznacza przymuszania ludzi do czegokolwiek, w tym nie oznacza przymuszania do przerzucenia się na dietę roślinną z dnia na dzień. Może jak najbardziej uwzględnić wyżej wymienione czynniki. Niemniej, konsekwentne propagowanie weganizmu, oprócz rzetelnego przekazu, wymaga, jako minimum, przekazania jednoznacznie następującej kwestii: systemowa eksploatacja zwierząt we wszystkich jej formach jest niezawinioną krzywdą czujących istot i jako istoty, które rozwinęły etyczne myślenie o świecie, powinniśmy uznać to za temat wystarczająco istotny, by się z nim konfrontować i by tę eksploatację w każdej jej formie odrzucać wszędzie tam, gdzie jest to możliwe i wykonalne. 

W konsekwentnym propagowaniu weganizmu nie ma więc miejsca na przepisy kulinarne bez mięsa ale z serem żółtym, ani na kurtkę ze skóry świni ale bez futra z norki. Jeśli jest miejsce na rozmowę o substytutach mięsa, to równolegle powinna być mowa o substytutach krowiego mleka, czy krowiego sera. Nie można takich rozmów zostawiać na później, pozostawiając wrażenie, że ta eksploatacja jest jakby mniej ważna, mniej krzywdząca. Bo nie jest. 

Rewersem negatywnego stosunku do eksploatacji zwierząt jest weganizm, nie wegetarianizm. Chciałabym, żeby to było coraz lepiej słyszalne. Dlatego nie obchodzę Dnia Wegetarianizmu.




poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Mój widelec, moja odpowiedzialność


“Jesteś weganką i  szanuję Twój wybór” powiedział Stanisław i wszedł do McDonalda. Dla Stanisława nie ma w tym żadnej sprzeczności. Stanisław uważa, że ja mam prawo do swojego wyboru, a on do swojego. Jako że w świecie istnieje cała paleta wyborów, to dla każdego znajdzie się coś dobrego. On uznając to jest tolerancyjny, a jeśli ja mam jakieś zastrzeżenia do jego wyboru to znaczy, że jestem nietolerancyjna.

Na wegańskiej grupie wsparcia na Facebooku często padają pytania od dziewczyn, gdzie mogą pójść ze swoim “mięsożercą”, żeby obydwoje byli zadowoleni z jedzenia. Żeby ona mogła zjeść burgera z soi, a on burgera z krowy. Dziewczyny mówią o tym tak, jakby to były równoważne wybory. Używanie słowa “mięsożerca” zdaje się dodatkowo sugerować, że ktoś określany tym mianem jest wręcz na ten wybór skazany przez swoją “mięsożerną” naturę. Zdarza się, że dziewczyny chwalą się, że ich “mięsożerca” jest taki tolerancyjny i miły, że nie tylko nie ma nic przeciwko ich diecie, ale także sam potrafi im coś wegańskiego kupić albo nawet ugotować. Czy to ma oznaczać, że tym bardziej winne są akceptację w drugą stronę?

Ostatnio odwiedziłam stronę drugiej edycji konferencji “Praktyki wobec zwierząt w XXI”, która na Facebooku ma wydarzenie opatrzone wzruszającym zdjęciem dłoni ludzkiej obejmującej w geście opiekuńczym psią łapę położoną tam zapewne w geście zaufania. Na zaufanie ludzkich organizatorów konferencji nie mogą już jednak liczyć ryby, gdyż jednym ze sponsorów jest firma, której flagowymi produktami są śledzie. Wyraziłam zdziwienie takim obrotem spraw, choć podskórnie wiedziałam, że dziwić się nie powinnam. Zapewne poniosły mnie emocje, które wzbudziło urocze zdjęcie, a także zmylił mnie fakt, że jednym ze współorganizatorów jest o dziwo Fundacja Viva, która przecież nie promuje produktów pochodzących z eksploatacji zwierząt. Ostudzić moje oczekiwania powinien był od razu podtytuł konferencji, skoro dotyczy dobrostanu. Dobrostan to, wbrew swojej nazwie, brzydkie słowo na D, które pojawia się, gdy rozmowa dotyczy regulacji eksploatacji zwierząt. Z Profilu konferencji dostałam odpowiedź podobną do Stefana – dla każdego coś dobrego, a w bonusie inna użytkowniczka dowiedziała się, że rybi potentat “prowadzi odpowiedzialne rybołówstwo”.

To jak to jest z tym wyborem? Czy można postawić znak równości między wyborem burgera z soi a wyborem burgera z krowy? Czy te wybory są analogiczne do wyboru między zielonymi a czerwonymi skarpetkami? Czy to jest po prostu kwestia gustu, albo prywatna sprawa, którą niegrzecznie jest roztrząsać? Czy to jest tylko dieta? Czy to jest tylko kwestia wyboru konsumenckiego? A może, jak sugerują do pewnego stopnia organizatorzy konferencji, to tylko kwestia zapewnienia odpowiedniego dobrostanu krowie, z której burgera będziemy jedli?

 Stanisław mówiąc, że szanuje mój wybór, w rzeczywistości nadaje komunikat: nie wtrącam się i ty się nie wtrącaj. Za wtrącanie uznaje już poruszenie tego tematu, podważenie słuszności wyboru. Przecież nie idę za nim do restauracji i nie blokuję mu miejsca w kolejce, żeby nie mógł dokonać zakupu. Nie idę do niego do domu i nie wyrzucam mu zawartości lodówki. Po prostu poruszam TEN TEMAT, który według Stanisława poruszony być nie powinien, bo … no właśnie dlaczego? Pewnie dlatego, że to narusza jego wolność, samostanowienie.

Ale jak to jest z tą wolnością? Jeśli miałabym powiedzieć który wybór bardziej świadczy o czyjejś wolności i samostanowieniu to wybrałabym weganizm, dlatego że to właśnie on wyrasta z indywidualnego wyboru, często poprzedzonego refleksją, podczas gdy nieweganizm jest standardem, w jakim się wychowujemy i dorastamy, który nam narzucono, i do którego się przyzwyczailiśmy.  Po drugie, wszyscy dobrze wiemy, że pojęcie wolności w życiu społecznym zakłada pewne ograniczenia. Wolność powinna kończyć się tam, gdzie zaczyna się czyjaś krzywda. Oczywiście o tę granicę zawsze były i będą spory. Poza tym, w społeczeństwach opartych na eksploatacji zwierząt, a w takim żyjemy, rzadko pod pojęciem “czyjejś krzywdy” będziemy widzieć krzywdę eksploatowanych zwierząt. Niemniej co znika z oczu, nie znika w ogóle. Wolność, która opiera się na systematycznym krzywdzeniu i zabijaniu zwierząt, jest oczywiście legalna ale etycznie problematyczna.

Skoro krzywda i przemoc wobec zwierząt jest podstawą funkcjonowania sektora, który sprzedaje burgery z krowy, buty ze świni, a także mleko z krowy, jaja zabrane kurom (wegetarianizm też zgadza się na eksploatację zwierząt), to trudno wybór tych produktów porównywać do wyboru żywności pochodzenia roślinnego czy odzieży z materiałów roślinnych lub syntetycznych. Podobnie, od razu wyczujemy różnicę między wyborem zdrady swojego partnera a wyborem polegającym na zaproponowaniu mu/jej nowej scenerii na randkę. Wybrałam tę analogię z dwóch względów – po pierwsze w obydwu parach porównań chcemy spełnić jakąś potrzebę i możemy to robić albo krzywdząc, albo powstrzymując się od krzywdy i zaprzęgając do pracy swoją wyobraźnię. Po drugie, w obydwu parach porównań widać, że istnieją rzeczy jak najbardziej legalne, lecz równocześnie bardzo krzywdzące.

A może wystarczy żądać, by sektor zadbał o dobrostan eksploatowanych zwierząt i wszystko będzie w porządku? Po pierwsze, skala produkcji zwierzęcej jest tak ogromna, że dopilnowanie, by określone w ustawie i rozporządzeniach przepisy były przestrzegane jest w praktyce niemożliwe. Wymagałoby to ogromnej liczby kontroli, chęci egzekwowania przepisów (z czym bywa różnie szczególnie w stosunku do zwierząt, których przecież się nie szanuje), a także dolegliwości kar i ich stosowania.  Po drugie, kiedy uważnie przyjrzymy się przepisom, zorientujemy się, jak pustym słowem jest dobrostan nawet na poziomie teoretycznym (z praktyką jest tak, jak napisałam wyżej). Przepisy pozwalające na trzymanie zwierząt całe życie w małych klatkach, na przycinanie dziobów, które później całymi tygodniami sprawiają ból i utrudniają jedzenie – to tylko nieliczne przykłady oficjalnego IGNOROWANIA podstawowych potrzeb zwierząt. Jak można to nazywać dobrostanem? Po trzecie, w ramach dobrostanu ujmuje się również przedwczesne pozbawianie zwierząt życia i uchwala się kuriozalne przepisy zwane “ochroną podczas zabijania”. Czy trzeba dużo namysłu, by uznać, że jest to krzywda, na dodatek krzywda nieodwracalna? “Humanitarna eksploatacja” jest próbą pogodzenia wody z ogniem, próbą utrzymania statusu quo i zachowania czystego sumienia u ludzi, których gdzieś głęboko krzywda zwierząt jednak uwiera.

Czym zatem jest “mojość” wyboru burgera z krowy, mleka zabranego krowie czy jajek pochodzących od kur? Jaki sens ma stwierdzenie “Mój talerz, moja sprawa”? Oczywiście jako weganka nie straciłam kontaktu z rzeczywistością. Śmiem twierdzić, że kontakt z realiami mam dziś dużo większy, niż kiedy nie interesowałam się tym tematem. “Mojość” jest rzeczywiście faktem w tym sensie, że eksploatacja zwierząt (tradycyjnie wybranych gatunków) jest legalna i legalnie można jej produkty kupować, gotować, kłaść na talerz i zjadać. “Mojość” jest także faktem w przypadku osób dorosłych i samodzielnych w tym sensie, że odpowiedzialność wyboru spoczywa na nich samych, nawet jeśli wynika z wychowania i otaczającej kultury. Usprawiedliwianie się, że “mama ugotowała, to zjadłem” jest – umówmy się – oddaniem własnej wolności, o której tak często jest mowa, w czyjeś ręce. Tak, w tym sensie “mojość” jest niezaprzeczalnym faktem i nigdy tego nie podważałam. Jednak odmowa dyskusji tam, gdzie ewidentnie jest czyjaś krzywda i gdzie się ją wspiera nie dokonując innego wyboru, jest pewnego rodzaju chowaniem głowy w piasek. Każdy z nas nie raz to robił, ale warto się przemóc i zacząć o tym rozmawiać. To dobry początek, by krzywdy na świecie było mniej. 



Czytaj dalej:
"Dobrostan, czyli brzydkie słowo na D" [link]


niedziela, 23 lipca 2017

To kolejna religia! - stereotypy o weganizmie


Dlaczego wielu ludziom weganizm kojarzy się z religią? Być może dlatego, że najczęściej mówi się o nim w kontekście niejedzenia pewnych rzeczy. “Pewnych rzeczy” zaś, to mało powiedziane. Chodzi bowiem o rzeczy centralne dla doświadczenia smaku i sytości w standardowej, tradycyjnej polskiej diecie, rzeczy, od których potrawy mają nawet swoje nazwy: kurczak po takiemu czy owemu, bitki cielęce z czymś tam, śledź w czymś tam, i tak dalej. Mięso jest królem polskiego stołu. Dworem króla są ryby (w kulinarnej nomenklaturze nie są mięsem), nabiał i jaja. Jeśli więc znika król i jego świta, to wniosek jest prosty: albo ktoś jest bardzo biedny (mniej zamożni, ale nie bardzo biedni ludzie jedzą po prostu tańsze mięso, nabiał i jaja) albo chory, albo, i tu zmierzamy do stereotypu: religia nakazuje mu ascezę, wprowadza zakaz radowania się życiem w jego kulinarnej odsłonie.

W Polsce wszelkie ograniczenia w jedzeniu mięsa (ale nie ryb) wiodą ku religii katolickiej. Katolicy chcący być w zgodzie z przykazaniami kościelnymi nie jedzą mięsa ssaków i ptaków w piątki, Środę Popielcową i w Wielki Piątek, a podążając ścieżką tradycji – także w Wigilię. Część Polaków kojarzy też pewnie, że ograniczenia w jedzeniu mięsa dotyczą także judaizmu i islamu. Wiedzą to szczególnie ci, którzy rzucą pod meczet głowę świni (potocznie zwaną “świńską głową” - tak jakby “świńskość” była rodzajem materiału, jak jest to np. w złożeniach typu: plastikowa piłka), w nadziei, że urażą muzułmanów, którzy - właśnie ze względów religijnych - świń nie jedzą. Czasem zdarzają się też skojarzenia z religiami Wschodu, gdzie zaleca się (choć nie zawsze) niejedzenie zwierząt, a więc do listy pokarmów “zakazanych” lub niewskazanych wchodzi mięso ssaków, ptaków i ryby.

W zderzeniu z taką paletą religijnych skojarzeń, nietrudno o zaklasyfikowanie weganizmu (często mylonego z wegetarianizmem) do grupy religii, a jako że ma relatywnie mało zwolenników, to kolejnym logicznym krokiem wydaje się nazwanie go sektą i obśmianie, szczególnie że nie tylko wyłącza mięso ssaków i ptaków oraz ryby (jak wegetarianizm), ale także nabiał i  jaja. Co więcej, weganizm  nie zatrzymuje się na kuchni, lecz przetrzepuje mocno garderobę wyrzucając skóry, futro, wełnę i jedwab; grzebie także w naszych kosmetykach i chemii gospodarczej w poszukiwaniu alternatyw bez składników odzwierzęcych i nietestowanych na zwierzętach; nakłania do omijania cyrków ze zwierzętami, delfinariów czy stadnin. Słowem, weganizm wierci dziurę w całym, dobrze już poukładanym i oswojonym świecie. Jak tu nie myśleć o weganach jak o sekciarzach-masochistach, którzy lubią sobie poograniczać tu i tam. A może jeszcze w domu dodatkowo chłoszczą swoje ciała?

Choć skojarzeniom tym trudno odmówić logiki, to fakty są zgoła odmienne. Weganizm powstał nie z patrzenia w niebo, lecz z obserwacji tego, co robimy zwierzętom tu, na ziemi. Powstał też nie po to, by zaspokajać osobiste potrzeby rozwoju duchowego, ale by sprzeciwiać się krzywdzie i eksploatacji zwierząt, o których nauka (a nie Bóg) mówi, że są zdolne do odczuwania cierpienia i nie jest im wszystko jedno, co się z nimi dzieje. Założycielami ruchu byli ludzie świeccy, a wieloletni lider The Vegan Society,  Donald Watson, nigdy nie zabiegał o pozycję nieomylnego guru.

Warto dodać, że Towarzystwo Wegańskie powstało w 1944 roku, jeszcze przed rozwojem ferm przemysłowych. Nie było więc odpowiedzią na intensyfikację cierpienia jakie ma miejsce w masowej produkcji mięsa, mleka czy jajek, lecz po prostu ogólnym sprzeciwem wobec krzywdzenia zwierząt, które ma miejsce zawsze wtedy, gdy wykorzystujemy je jako narzędzia, maszyny czy surowiec, niezależnie od skali przedsięwzięcia. Odrywanie cieląt od matek w produkcji mleka ma przecież miejsce zawsze, niezależnie od wielkości gospodarstwa. Krowy, które przestały zachodzić w ciążę lub produkować dużo mleka są zabijane niezależnie od wielkości gospodarstwa. Podobnie jest z kurami, które nie znoszą “wystarczającej” liczby jaj. Nie mówiąc już o wszystkich zwierzętach hodowanych bezpośrednio na mięso.

Jeśli uważamy, że zabicie psa, by uzyskać smaczne mięso, jest krzywdą wobec psa, to trzeba niezłej akrobatyki umysłowej, żeby nie ujrzeć żadnej krzywdy w zabijaniu świń, krów czy kur. Wątpliwości w odniesieniu do krzywdy ryb rozwieje nam znowu nauka, nie fragmenty świętej księgi. Niedowiarkom polecam nieprzyjmowanie spraw na wiarę, lecz przyjrzenie się rzeczywistości, przeanalizowanie mechanizmów wykorzystywania zwierząt. Jeśli nie chcą czytać artykułów na stronach prowegańskich, niech zaczną od podręczników zootechniki.

Tak, weganizm zaleca mieć oczy szeroko otwarte i wbrew pozorom nie obiecuje raju na ziemi. No dobra, są weganie, którzy obiecują gruszki na wierzbie w odniesieniu do zdrowia i urody przekonując, że dieta roślinna jest najlepszą z diet i jeśli ktoś ją stosuje to (a) jest zdrowy, (b) nie zachoruje, (c) nie zestarzeje się, (d) ma ostre branie, ale podstawa weganizmu to sprzeciw wobec krzywdzenia zwierząt i faktycznie, ta postawa w praktyce najlepiej służy temu celowi, również pośrednio – bo produkcja żywności roślinnej jest najmniej obciążająca dla środowiska, zatem weganie mniej szkodzą terenom, które są domem dzikich zwierząt. Wracając do zdrowia, właściwie prowadzona dieta roślinna wpisuje się w spektrum tzw plant-based diets - jest to czołówka diet sprzyjających zdrowiu, więc tak czy owak skorzystamy.

Niektórzy nieweganie kojarzą weganizm z religią, gdy widzą, z jakim obrzydzeniem niektórzy weganie reagują na widok mięsa, lub, gdy nie chcą zjeść zupy ugotowanej na wyjętych przecież później z garnka kościach, albo gdy wahają się czy iść do restauracji, gdzie tych samych patelni używa się do robienia mięsnych i bezmięsnych potraw, czy wreszcie gdy nie chcą zjeść sałatki z odrobiną krowiego jogurtu. To kojarzy się z koszernością, a więc znowu mamy trop religijny. Czy jednak ci sami weganie kojarzyliby swoją postawę z religią, gdyby takie same odczucia i wątpliwości towarzyszyły im w restauracji, w której chcieliby zjeść coś roślinnego, bo serwowano by tam psie i kocie mięso i mleko? Co ciekawe, to bardziej sensowne i racjonalne (mniej arbitralne) wydaje się odczuwanie dyskomfortu wobec WSZYSTKICH produktów odzwierzęcych jeśli wiemy, że krowa, kura, pies i kot cierpią tak samo i tak samo chcą żyć. Zatem jeśli coś może się nam kojarzyć z koszernością (co nie znaczy, że skojarzenie jest właściwe) to właśnie wybiórcze obrzydzenie wobec psiego mięsa.

Szybkie skojarzenia łatwo wiodą na manowce. Szybkie skojarzenia weganizmu z sektą pozwalają łatwo go obśmiać i odrzucić. Jednak weganizm wskazuje nam coś ogromnie ważnego – nie jesteśmy jedynymi myślącymi, czującymi ból i chcącymi żyć istotami na Ziemi, zatem sprzeciw wobec przemocy nie może obejmować wyłącznie naszego gatunku, a mimo to wciąż tego nie zauważamy. Jest to wciąż ogromne i bolesne przeoczenie.




piątek, 24 marca 2017

Pokłosie Pokotu

Na wielu przystankach autobusowych w Warszawie na pasażerów spogląda wilk, który ma zapalenie spojówki. Zaraz, to chyba nie jest zapalenie spojówki. To oko jest zupełnie inne niż drugie, wilcze oko. Faktycznie, to oko ludzkie, obramowane różową, nieowłosioną skórą. Wilk spogląda na nas z plakatu filmu “Pokot” Agnieszki Holland, adaptacji powieści “Prowadź swój pług przez kości umarłych” Olgi Tokarczuk.

Główną, ludzką bohaterką filmu (i książki) jest Janina Duszejko, emerytowana inżynierka i budowczyni mostów na Bliskim Wschodzie, która mieszka obecnie w niewielkim domu na wsi, w Kotlinie Kłodzkiej, i dorabia do emerytury ucząc angielskiego w szkole podstawowej. Jej rodzinę stanowią dwie suki, naprzemiennie nazywane przez Duszejko dziewczynkami i córkami. Wiek, płeć, “nieuporządkowane” życie osobiste (brak męża, dzieci i wnuków), irracjonalna wiara w astrologię, sprzeciw wobec polowań i wegetarianizm stanowią pakiet trudny do przełknięcia dla mieszkańców, w szczególności dla lokalnej władzy. Duszejko jest pouczana przez księdza (myśliwego), że zwierzęta nie mają duszy i nie należy okazywać im “nadmiernego” zainteresowania (chyba że jest to zainteresowanie ich zabijaniem i zjadaniem), a także przez policjanta, który niechętnie przyjmuje zgłoszenie o wykrytym przez Duszejko kłusownictwie i głośno zastanawia się nad “nieprawidłowymi” zainteresowaniami starej kobiety wybierającej pomoc zwierzętom (zamiast ludziom).



W “Pokocie” ludzie krzywdzący zwierzęta to przede wszystkim myśliwi. Większość z nich to równocześnie prowincjonalni notable, narysowani grubą, karykaturalną kreską i takoż zagrani. Świat “Pokotu” dzieli się na tych, którzy władzę mają (tak się jakoś składa, że to gardzący bezbronnymi mężczyźni),  oraz na tych, co władzy nie mają, czyli słabych, często marginalizowanych, ludzi oraz zwierzęta (reprezentowane przez zwierzęta leśne i psy Duszejko). Podział to mało zaskakujący – stary, znany patriarchat. Na szczęście mamy nietuzinkową postać Duszejko, jej przyjaciół i – trudno powiedzieć czy na szczęście, ale na pewno robi się ciekawie – mamy też zaginięcie psów oraz tajemnicze zgony mieszkańców miasteczka, które łączy jedno: wszystkie ofiary były myśliwymi. Trochę w tle tej historii są dzieci - uczniowie i uczennice wciąż lubiące Duszejko i pomagające jej szukać zaginionych suk, ale równocześnie formatowane już do życia w świecie według reguł dyktowanych przez silniejszych. 

Czy patriarchat wraz ze swoją pogardą wobec kobiet i mężczyzn niewpisujących się w obowiązujący model silnego samca pokrywa się z szowinizmem gatunkowym polegającym na pogardzie ludzi wobec zwierząt? Trochę tak układa się opowieść w “Pokocie”. Gdyby system opresji zwierząt faktycznie polegał tylko na polowaniu i ewentualnie kłusowaniu, moglibyśmy przytaknąć, a jako wspólny mianownik wyznaczyć zdolność do bezpośredniej przemocy psychicznej i fizycznej. W takim układzie ten, kto jest do przemocy zdolny, umacnia swoją pozycję, legitymizuje własne prawo do dominacji tych, którzy są słabsi fizycznie czy psychicznie lub nie chcą stosować przemocy. Świat “Pokotu” nie jest jednak prawdziwy. Jego bajkowość polega na tym, że jest prosty, z pierwszej ręki. Świat rzeczywisty jest nie tylko z pierwszej, ale z drugiej, trzeciej i entej ręki, a wspólnym mianownikiem różnych form opresji, tak patriarchalnej jak i gatunkowo szowinistycznej, jest przemoc pośrednia, która nie wymaga siły i okrucieństwa; wystarcza systemowe i indywidualne przyzwolenie, obojętność,odpowiednie wychowanie i ignorancja. Zygmunt Bauman pisał o takiej rozproszonej odpowiedzialności w nowoczesnym świecie, jednak odnosił ją tylko do relacji międzyludzkich. Wpisuje się to jednak równie dobrze w stosunek ludzi do zwierząt. Z ręki myśliwych w Polsce ginie około półtora miliona dzikich ptaków i ssaków. Oburzamy się, bo widzimy sprawcę tak blisko ofiary. Odpowiedzialność jest widoczna jak na dłoni. Jednak za sprawą przemocy z ręki nieznanego nam hodowcy czy rzeźnika, na społeczne zamówienie, cierpi i ginie ponad 800 milionów udomowionych ptaków i ssaków. Tutaj poczucie naszej odpowiedzialności się zaciera, a przemocy nie widać, choć dzieje się naprawdę. 




Myśliwi są łatwym kozłem ofiarnym. Faktycznie, nie są bez winy, w końcu zabijają, zbierają trofea, wydają się tym cieszyć. Są utożsamiani, nie bez powodu, z władzą (odsetek myśliwych w Parlamencie prawdopodobnie przekracza ich odsetek w społeczeństwie), i to z władzą butną, która zawłaszcza las i stwarza niebezpieczeństwo także dla postronnych ludzi. Jednak uznanie myśliwych za głównych winnych przemocy wobec zwierząt jest aktem hipokryzji społeczeństwa, które całe swoje życie osadza na zinstytucjonalizowanej przemocy: fermy i rzeźnie pracują całą parą, by codziennie w markecie było mięso, nabiał i jaja. Tę przemoc z trzeciej ręki ignoruje też w pewnym stopniu Duszejko – w końcu odrzuca tylko mięso, mimo że przemocy doznają także krowy produkujące mleko i kury znoszące jajka (oprócz chorób związanych z podkręconym na cele produkcji układem rozrodczym, wszystkie te zwierzęta kończą w rzeźni).

Zabieg umieszczenia po jednej stronie Duszejko, a po drugiej myśliwych, wyprowadza z kadru znakomitą większość ludzi zajmujących się eksploatacją zwierząt i tych, którzy z niej korzystają. W związku z tym, dla jednych to film dosłownie przeciwko myśliwym, a dla innych przeciwko patriarchatowi i atakowi człowieka na przyrodę. Choć Duszejko wygłasza parę uwag na temat rzeźni i jedzenia mięsa (tak jakby rzeźnia dotyczyła tylko zwierząt hodowanych na mięso) to najwyraźniej eksploatacja zwierząt udomowionych jest raczej tematem pobocznym. W końcu nikt świni, krowy czy kury nie kojarzy z przyrodą, a ich krzywdzenie i zabijanie pozostaje tak powszechne, że aż ledwo zauważalne. 



W wywiadzie dla Polityki, Janusz Wróblewski pyta Agnieszkę Holland: “Pokot jest filmem proekologicznym, opowiada się za równością ludzi i zwierząt. Jak bardzo ta sprawa jest dla Pani ważna?” Holland odpowiada: “Nie tak jak dla Olgi, która tym żyje, jest wegetarianką. Ja jem mięso, ale staram się ograniczać. Nie mam potrzeby, by totalnie zaświadczać swoim życiem, że zwierzęta są moim priorytetem.” To, co mówi Agnieszka Holland świadczy o mocnym zanurzeniu w szowinistyczną kulturę, gdzie dopiero trzeba “tym żyć”, żeby po prostu odmówić uczestnictwa w przemocy wobec zwierząt. W tej kulturze pozycją wyjściową jest czerpanie całymi garściami z eksploatacji zwierząt. Dlatego na tym tle skromny postulat weganizmu, czyli nieagresji, jest traktowany w najlepszym razie jako coś wyjątkowego, odpowiedniego dla osób bardzo zaangażowanych, a w najgorszym razie jako coś dziwacznego lub radykalnego – dla osób nieprzystosowanych lub dla ekstremistów. Bywa, że weganizm w ogóle nie jest brany pod uwagę, bo w jego miejsce wchodzi wegetarianizm. Zamiast o eksploatacji zwierząt rozmawiamy tylko o jedzeniu mięsa, tak jakby hodowla na mięso była jedyną formą eksploatacji zwierząt. Tak zresztą stało się przy okazji tego filmu. Jeśli w ogóle wywiady i rozmowy wychodziły poza myślistwo, to kończyły na mięsie i wegetarianizmie, zostawiając fermy mleczne i jajeczne poza sferą zainteresowania. Swoją drogą, skoro Olga Tokarczuk “tym żyje”, powinna być weganką.

Bajka bajką, ma swoje prawa i odzwierciedlać rzeczywistości nie musi. Jeśli jednak ma być inspiracją, powinna nas zafrapować na tyle, byśmy zechcieli i zechciały z rzeczywistością stawać twarzą w twarz i nie uciekać od osobistej odpowiedzialności, co dzieje się wtedy, gdy całą uwagę skupimy na tych “złych onych” (na przykład myśliwych), zamiast na eliminowaniu zła i korzystaniu z potencjału dobra, które tkwią w nas samych.
_________________ 
Czytaj dalej:
1. "Mścicielka z powodu" Rozmowa z Agnieszką Holland - Polityka nr 6 (3097) 8.02 - 14.02.2017



sobota, 18 lutego 2017

Prawa zwierząt. Do szacunku - Tom Regan



17 lutego 2017 roku, w wieku 78 lat, zmarł Tom Regan. Jeżeli ktoś jest ojcem praw zwierząt, to jest to właśnie on. Tom Regan był twórcą pierwszej teorii praw zwierząt, którą wyłożył w grubej, i niełatwej książce "The Case for Animal Rights" wydanej w 1983 roku. Może właśnie ze względu na trudny język, prawa zwierząt zaczęto kojarzyć całkowicie błędnie z Peterem Singerem, który jest utylitarystą i na płaszczyźnie filozoficznej pojęcie praw odrzuca (czy to są prawa zwierząt, czy prawa człowieka), ale który napisał w 1975 roku, dużo bardziej przystępnym językiem, “Wyzwolenie zwierząt” i dotarł do dużo szerszego grona czytelniczek i czytelników. 

Tom Regan prawa zwierząt rozumiał w analogii do praw człowieka, a więc uznawał przede wszystkim, że zwierzęta nie mogą być traktowane jak rzeczy - używane, eksploatowane, konsumowane, kupowane, sprzedawane, wyrzucane. Nieetyczne jest więc traktować zwierzę jak surowiec, maszynę lub naukowy model do wykorzystania, podobnie jak nieetyczne jest uczynienie z człowieka niewolnika.  Według Regana zwierzęta, podobnie jak ludzie, mają niepodlegającą zmianie wartość wrodzoną. Młody, stary, zdrowy, chory, przydatny innym lub nie – człowiek i zwierzę pozaludzkie ma zawsze taką samą wartość wrodzoną, która jest podstawą praw – np. podstawowego prawa bycia traktowanym z szacunkiem. Jej przeciwieństwem jest stopniowalna wartość instrumentalna, którą posiadają rzeczy. Sprawny samochód jest wart więcej niż auto z zepsutymi wycieraczkami, a wartość samochodu “skasowanego” w wypadku spada do zera. 

Jeśli traktujemy zwierzę jak rzecz, to uznajemy że ma ono tylko zmienną wartość instrumentalną i jest do naszej dyspozycji jako środek do naszych celów: Hodujemy na przykład kury dla jajek. Wartość kury oceniamy według jej zdolności do zrealizowania naszego celu: produkcji jajek. Kura znosząca dużo jajek jest warta więcej niż kura znosząca mniej jajek, zaś kura, która przestała znosić jajka staje się bezwartościowa. Dalsze jej utrzymywanie będzie generować tylko koszty. Dlatego można się jej pozbyć (czytaj: można ją zabić) i zastąpić następną “wartościową” kurą. Jesteśmy tak przyzwyczajeni do traktowania kur w taki sposób, że dopiero analogiczny przykład z psem może dać do myślenia. Nabywamy psa, by wykorzystywać go jako żywy alarm na podwórku. Czujny i szczekliwy pies spełni to zadanie, ma wobec tego dla nas pewną instrumentalną wartość. Wartość ta spada jednak wraz z wiekiem, gdy pies staje się mniej czujny i mniej szczekliwy. Wreszcie pies głuchnie i przestaje służyć jako alarm, a dalej generuje koszty (trzeba go karmić). Dlatego zostaje pozbawiony życia, a jego miejsce zajmuje kolejny – młody, czujny i szczekliwy pies.

Według Regana, prawa powinny posiadać “podmioty życia”, czyli takie istoty, które nie tylko mają zdolność odczuwania bólu i przyjemności, ale, które dzięki zmysłom i rozwiniętemu układowi nerwowemu są zdolne do zapamiętywania, posiadają przekonania, preferencje, interesy i dążenia. Innymi słowy są to istoty, którym nie jest wszystko jedno co się z nimi dzieje i dają temu wyraz. Do tej grupy należeć będą ludzie i wiele zwierząt. Na początku Tom Regan stwierdził, że warunki te spełniać będą tylko ssaki od ukończenia pierwszego roku życia. Równocześnie jednak Regan zaznaczył, że granicę należy rysować ołówkiem i przesuwać ją jak tylko uzyskamy przekonanie, że inne zwierzęta pozaludzkie także są podmiotami życia. 

Co w praktyce oznacza uznanie praw zwierząt i traktowanie ich z szacunkiem? Regan zobowiązuje nas do zaprzestania traktowania zwierząt jakby były maszynkami do produkcji jajek czy żywymi alarmami. Pierwszym obowiązkiem jest więc odrzucenie eksploatacji zwierząt: hodowli na mięso/mleko/jaja/skórę/futra, itp. Zaprzestać to robić znaczy wybrać weganizm. Nie można równocześnie popierać praw zwierząt i jeść krowi ser, jaja czy mięso. Nie można pomagać psom i kotom i płacić za krzywdę innych podmiotów życia – kur, krów, świń czy ryb. 

Choć w przypadku rzeczywistego, i nietworzonego na własne życzenie, konfliktu interesów – gdy trzeba wybrać kogo uratować, a kogo poświęcić (np. w płonącym domu), Regan wybrałby człowieka, to sprzeciw wobec eksploatacji zwierząt pozostawał niezmienny.

Twórca innej teorii praw zwierząt, amerykański prawnik i filozof profesor Gary Francione, za wystarczające do posiadania praw uznaje tylko zdolność do zmysłowego odczuwania np. bólu czy przyjemności, ale nawet bardziej wymagające kryteria “podmiotów życia” Regana również sytuują prawa zwierząt zdecydowanie w opozycji do eksploatacji zwierząt. Nie można więc sensownie mówić, że popiera się prawa zwierząt i jeść chleb z szynką czy jajecznicę. Nie można, nie popadając w absurdalność, twierdzić, że walczy się o prawa zwierząt prowadząc kampanię polegającą na zmianie warunków eksploatacji zwierząt (np. krótsze transporty, większe klatki, lepsze jedzenie). Nie można sensownie mówić o walce o prawa zwierząt, która polega na sugerowaniu, że jedne zwierzęta/podmioty życia wolno eksploatować a innych nie. Nie można wreszcie mówić o prawach zwierząt jako o sprawie indywidualnej wrażliwości, bo jak napisał Tom Regan:

It is not an act of kindness to treat animals with respect. It is an act of justice.
(To sprawiedliwość, a nie dobre serce, wymaga traktowania zwierząt z szacunkiem.)




niedziela, 29 stycznia 2017

Solidarni przemocą?


Zobaczyłam niedawno zapowiedź akcji "Branding 269” organizowanej przez grupę 269Life Śląsk - Poland. To skłoniło mnie do krótkiej refleksji na temat przemocy w aktywizmie na rzecz praw zwierząt. 

Branding, od którego bierze się „branding 269”, to wypalanie rozżarzonym żelazem znaku na ciele zwierząt (najczęściej bydła), aby oznaczyć do kogo zwierzę należy. Jest to akt przemocy i dominacji. Dosłownie przypieczętowuje się własność, której znak zwierzę będzie nosić aż do śmierci. Swój rodowód branding ma w Starożytności. Jest wciąż praktykowany m.in. w Stanach Zjednoczonych. 

W aktywizmie prozwierzęcym branding ludzi pojawił się w 2012 roku w Izraelu i polegał na wypaleniu paru aktywistom znaku 269 rozżarzonym żelazem. Liczba 269 widniała na plastikowym klipsie w uchu jednego z cieląt, które aktywiści widzieli wcześniej na fermie mlecznej. Akcję wypalania zainicjował Sasha Boojor, aby wyrazić solidarność z bezimiennymi ofiarami przemysłu mięsnego i mlecznego. Potem powieliło ją wielu aktywistów i aktywistek w różnych krajach. Odmianą tej akcji jest też robienie tatuażu 269. 

Branding zarówno krów jak i ludzi to zadanie intensywnego bólu, ciężkie oparzenie i trwałe uszkodzenie skóry.  W akcjach polegających na brandingu ludzi (w odróżnieniu od akcji pochodnej polegającej na zrobieniu tatuażu) niepokoi mnie kwestia dosłownego używania przemocy, bo ruch na rzecz praw zwierząt jest z zasady ruchem przeciwko przemocy. Dlatego nie powinien zgadzać się na jej używanie jako strategii działania i generować niepotrzebne cierpienie.

Choć akt dominacji jest symboliczny, bo tutaj ludzie, którzy się znakowaniu poddają nie są do tego zmuszeni i robią to z własnej woli, to branding jest jednocześnie dosłownym powtórzeniem aktu przemocy, tyle że obróconej ku samemu sobie. Niektórzy powiedzą, że nie ma czegoś takiego jak samogwałt. To prawda, ale jest coś takiego jak masochizm i raczej nie uznajemy go za coś korzystnego. Nie utożsamiam aktywistycznego brandingu z aktem masochistycznym, bo nie siedzę ludziom w głowach i nie wiem co dominuje jako powód takiej decyzji u poszczególnych osób. Jednak fakt, że wybierają taką formę jest moim zdaniem niepokojące, tym bardziej że osoby decydujące się na branding zazwyczaj korzystają z czyjejś pomocy, a tym samym, oprócz siecie, w akt przemocy wikłają drugą osobę.

Rozumiem cierpienie będące ceną lub skutkiem ubocznym działania w czyjejś obronie, przeciwko zadawanej mu przemocy: zostać pobitym przez agresywnego nacjonalistę w obronie zaatakowanego nie-Polaka, odmrozić sobie uszy pomagając uchodźcom na zimowym szlaku albo narazić się na niebezpieczeństwo ze strony mściwego „pana domu” przyjmując pod swój dach ofiarę przemocy domowej. 

W przypadku brandingu jest tak, jakby ktoś w geście solidarności z uchodźcami marznącymi na zimowym szlaku odmroził sobie uszy lodem z własnej zamrażarki. Jest też tak, jakby w geście solidarności z pobitymi nie-Polakami ktoś poprosił znajomego, żeby ten obił mu twarz albo w geście solidarności z ofiarami przemocy domowej poprosił znajomego, żeby ten przypalił mu/jej przedramię żelazkiem. 

To odtwarzanie aktów przemocy rodzących cierpienie, żeby …. sprzeciwiać się aktom przemocy, które odtwarzamy! To zachęcanie kogoś do zadawania przemocy w przypadku, gdy przemoc zadaje druga osoba. To, zatem, mnożenie przemocy, gdy w tym samym czasie można mnożyć gesty pokoju, edukować o złu przemocy lub bezpośrednio pomagać jej ofiarom. To zgoda na warunki jakie piszą dziś tabloidy: „Mówcie językiem przemocy, jeśli chcecie być usłyszani”, zamiast tworzenia nieprzemocowej alternatywy dla takiego języka. Jak mamy tworzyć świat pokoju z materiału, z którego zbudowany jest świat przemocy, wojny i dominacji?