piątek, 24 marca 2017

Pokłosie Pokotu

Na wielu przystankach autobusowych w Warszawie na pasażerów spogląda wilk, który ma zapalenie spojówki. Zaraz, to chyba nie jest zapalenie spojówki. To oko jest zupełnie inne niż drugie, wilcze oko. Faktycznie, to oko ludzkie, obramowane różową, nieowłosioną skórą. Wilk spogląda na nas z plakatu filmu “Pokot” Agnieszki Holland, adaptacji powieści “Prowadź swój pług przez kości umarłych” Olgi Tokarczuk.

Główną, ludzką bohaterką filmu (i książki) jest Janina Duszejko, emerytowana inżynierka i budowczyni mostów na Bliskim Wschodzie, która mieszka obecnie w niewielkim domu na wsi, w Kotlinie Kłodzkiej, i dorabia do emerytury ucząc angielskiego w szkole podstawowej. Jej rodzinę stanowią dwie suki, naprzemiennie nazywane przez Duszejko dziewczynkami i córkami. Wiek, płeć, “nieuporządkowane” życie osobiste (brak męża, dzieci i wnuków), irracjonalna wiara w astrologię, sprzeciw wobec polowań i wegetarianizm stanowią pakiet trudny do przełknięcia dla mieszkańców, w szczególności dla lokalnej władzy. Duszejko jest pouczana przez księdza (myśliwego), że zwierzęta nie mają duszy i nie należy okazywać im “nadmiernego” zainteresowania (chyba że jest to zainteresowanie ich zabijaniem i zjadaniem), a także przez policjanta, który niechętnie przyjmuje zgłoszenie o wykrytym przez Duszejko kłusownictwie i głośno zastanawia się nad “nieprawidłowymi” zainteresowaniami starej kobiety wybierającej pomoc zwierzętom (zamiast ludziom).



W “Pokocie” ludzie krzywdzący zwierzęta to przede wszystkim myśliwi. Większość z nich to równocześnie prowincjonalni notable, narysowani grubą, karykaturalną kreską i takoż zagrani. Świat “Pokotu” dzieli się na tych, którzy władzę mają (tak się jakoś składa, że to gardzący bezbronnymi mężczyźni),  oraz na tych, co władzy nie mają, czyli słabych, często marginalizowanych, ludzi oraz zwierzęta (reprezentowane przez zwierzęta leśne i psy Duszejko). Podział to mało zaskakujący – stary, znany patriarchat. Na szczęście mamy nietuzinkową postać Duszejko, jej przyjaciół i – trudno powiedzieć czy na szczęście, ale na pewno robi się ciekawie – mamy też zaginięcie psów oraz tajemnicze zgony mieszkańców miasteczka, które łączy jedno: wszystkie ofiary były myśliwymi. Trochę w tle tej historii są dzieci - uczniowie i uczennice wciąż lubiące Duszejko i pomagające jej szukać zaginionych suk, ale równocześnie formatowane już do życia w świecie według reguł dyktowanych przez silniejszych. 

Czy patriarchat wraz ze swoją pogardą wobec kobiet i mężczyzn niewpisujących się w obowiązujący model silnego samca pokrywa się z szowinizmem gatunkowym polegającym na pogardzie ludzi wobec zwierząt? Trochę tak układa się opowieść w “Pokocie”. Gdyby system opresji zwierząt faktycznie polegał tylko na polowaniu i ewentualnie kłusowaniu, moglibyśmy przytaknąć, a jako wspólny mianownik wyznaczyć zdolność do bezpośredniej przemocy psychicznej i fizycznej. W takim układzie ten, kto jest do przemocy zdolny, umacnia swoją pozycję, legitymizuje własne prawo do dominacji tych, którzy są słabsi fizycznie czy psychicznie lub nie chcą stosować przemocy. Świat “Pokotu” nie jest jednak prawdziwy. Jego bajkowość polega na tym, że jest prosty, z pierwszej ręki. Świat rzeczywisty jest nie tylko z pierwszej, ale z drugiej, trzeciej i entej ręki, a wspólnym mianownikiem różnych form opresji, tak patriarchalnej jak i gatunkowo szowinistycznej, jest przemoc pośrednia, która nie wymaga siły i okrucieństwa; wystarcza systemowe i indywidualne przyzwolenie, obojętność,odpowiednie wychowanie i ignorancja. Zygmunt Bauman pisał o takiej rozproszonej odpowiedzialności w nowoczesnym świecie, jednak odnosił ją tylko do relacji międzyludzkich. Wpisuje się to jednak równie dobrze w stosunek ludzi do zwierząt. Z ręki myśliwych w Polsce ginie około półtora miliona dzikich ptaków i ssaków. Oburzamy się, bo widzimy sprawcę tak blisko ofiary. Odpowiedzialność jest widoczna jak na dłoni. Jednak za sprawą przemocy z ręki nieznanego nam hodowcy czy rzeźnika, na społeczne zamówienie, cierpi i ginie ponad 800 milionów udomowionych ptaków i ssaków. Tutaj poczucie naszej odpowiedzialności się zaciera, a przemocy nie widać, choć dzieje się naprawdę. 




Myśliwi są łatwym kozłem ofiarnym. Faktycznie, nie są bez winy, w końcu zabijają, zbierają trofea, wydają się tym cieszyć. Są utożsamiani, nie bez powodu, z władzą (odsetek myśliwych w Parlamencie prawdopodobnie przekracza ich odsetek w społeczeństwie), i to z władzą butną, która zawłaszcza las i stwarza niebezpieczeństwo także dla postronnych ludzi. Jednak uznanie myśliwych za głównych winnych przemocy wobec zwierząt jest aktem hipokryzji społeczeństwa, które całe swoje życie osadza na zinstytucjonalizowanej przemocy: fermy i rzeźnie pracują całą parą, by codziennie w markecie było mięso, nabiał i jaja. Tę przemoc z trzeciej ręki ignoruje też w pewnym stopniu Duszejko – w końcu odrzuca tylko mięso, mimo że przemocy doznają także krowy produkujące mleko i kury znoszące jajka (oprócz chorób związanych z podkręconym na cele produkcji układem rozrodczym, wszystkie te zwierzęta kończą w rzeźni).

Zabieg umieszczenia po jednej stronie Duszejko, a po drugiej myśliwych, wyprowadza z kadru znakomitą większość ludzi zajmujących się eksploatacją zwierząt i tych, którzy z niej korzystają. W związku z tym, dla jednych to film dosłownie przeciwko myśliwym, a dla innych przeciwko patriarchatowi i atakowi człowieka na przyrodę. Choć Duszejko wygłasza parę uwag na temat rzeźni i jedzenia mięsa (tak jakby rzeźnia dotyczyła tylko zwierząt hodowanych na mięso) to najwyraźniej eksploatacja zwierząt udomowionych jest raczej tematem pobocznym. W końcu nikt świni, krowy czy kury nie kojarzy z przyrodą, a ich krzywdzenie i zabijanie pozostaje tak powszechne, że aż ledwo zauważalne. 



W wywiadzie dla Polityki, Janusz Wróblewski pyta Agnieszkę Holland: “Pokot jest filmem proekologicznym, opowiada się za równością ludzi i zwierząt. Jak bardzo ta sprawa jest dla Pani ważna?” Holland odpowiada: “Nie tak jak dla Olgi, która tym żyje, jest wegetarianką. Ja jem mięso, ale staram się ograniczać. Nie mam potrzeby, by totalnie zaświadczać swoim życiem, że zwierzęta są moim priorytetem.” To, co mówi Agnieszka Holland świadczy o mocnym zanurzeniu w szowinistyczną kulturę, gdzie dopiero trzeba “tym żyć”, żeby po prostu odmówić uczestnictwa w przemocy wobec zwierząt. W tej kulturze pozycją wyjściową jest czerpanie całymi garściami z eksploatacji zwierząt. Dlatego na tym tle skromny postulat weganizmu, czyli nieagresji, jest traktowany w najlepszym razie jako coś wyjątkowego, odpowiedniego dla osób bardzo zaangażowanych, a w najgorszym razie jako coś dziwacznego lub radykalnego – dla osób nieprzystosowanych lub dla ekstremistów. Bywa, że weganizm w ogóle nie jest brany pod uwagę, bo w jego miejsce wchodzi wegetarianizm. Zamiast o eksploatacji zwierząt rozmawiamy tylko o jedzeniu mięsa, tak jakby hodowla na mięso była jedyną formą eksploatacji zwierząt. Tak zresztą stało się przy okazji tego filmu. Jeśli w ogóle wywiady i rozmowy wychodziły poza myślistwo, to kończyły na mięsie i wegetarianizmie, zostawiając fermy mleczne i jajeczne poza sferą zainteresowania. Swoją drogą, skoro Olga Tokarczuk “tym żyje”, powinna być weganką.

Bajka bajką, ma swoje prawa i odzwierciedlać rzeczywistości nie musi. Jeśli jednak ma być inspiracją, powinna nas zafrapować na tyle, byśmy zechcieli i zechciały z rzeczywistością stawać twarzą w twarz i nie uciekać od osobistej odpowiedzialności, co dzieje się wtedy, gdy całą uwagę skupimy na tych “złych onych” (na przykład myśliwych), zamiast na eliminowaniu zła i korzystaniu z potencjału dobra, które tkwią w nas samych.
_________________ 
Czytaj dalej:
1. "Mścicielka z powodu" Rozmowa z Agnieszką Holland - Polityka nr 6 (3097) 8.02 - 14.02.2017



sobota, 18 lutego 2017

Prawa zwierząt. Do szacunku - Tom Regan



17 lutego 2017 roku, w wieku 78 lat, zmarł Tom Regan. Jeżeli ktoś jest ojcem praw zwierząt, to jest to właśnie on. Tom Regan był twórcą pierwszej teorii praw zwierząt, którą wyłożył w grubej, i niełatwej książce "The Case for Animal Rights" wydanej w 1983 roku. Może właśnie ze względu na trudny język, prawa zwierząt zaczęto kojarzyć całkowicie błędnie z Peterem Singerem, który jest utylitarystą i na płaszczyźnie filozoficznej pojęcie praw odrzuca (czy to są prawa zwierząt, czy prawa człowieka), ale który napisał w 1975 roku, dużo bardziej przystępnym językiem, “Wyzwolenie zwierząt” i dotarł do dużo szerszego grona czytelniczek i czytelników. 

Tom Regan prawa zwierząt rozumiał w analogii do praw człowieka, a więc uznawał przede wszystkim, że zwierzęta nie mogą być traktowane jak rzeczy - używane, eksploatowane, konsumowane, kupowane, sprzedawane, wyrzucane. Nieetyczne jest więc traktować zwierzę jak surowiec, maszynę lub naukowy model do wykorzystania, podobnie jak nieetyczne jest uczynienie z człowieka niewolnika.  Według Regana zwierzęta, podobnie jak ludzie, mają niepodlegającą zmianie wartość wrodzoną. Młody, stary, zdrowy, chory, przydatny innym lub nie – człowiek i zwierzę pozaludzkie ma zawsze taką samą wartość wrodzoną, która jest podstawą praw – np. podstawowego prawa bycia traktowanym z szacunkiem. Jej przeciwieństwem jest stopniowalna wartość instrumentalna, którą posiadają rzeczy. Sprawny samochód jest wart więcej niż auto z zepsutymi wycieraczkami, a wartość samochodu “skasowanego” w wypadku spada do zera. 

Jeśli traktujemy zwierzę jak rzecz, to uznajemy że ma ono tylko zmienną wartość instrumentalną i jest do naszej dyspozycji jako środek do naszych celów: Hodujemy na przykład kury dla jajek. Wartość kury oceniamy według jej zdolności do zrealizowania naszego celu: produkcji jajek. Kura znosząca dużo jajek jest warta więcej niż kura znosząca mniej jajek, zaś kura, która przestała znosić jajka staje się bezwartościowa. Dalsze jej utrzymywanie będzie generować tylko koszty. Dlatego można się jej pozbyć (czytaj: można ją zabić) i zastąpić następną “wartościową” kurą. Jesteśmy tak przyzwyczajeni do traktowania kur w taki sposób, że dopiero analogiczny przykład z psem może dać do myślenia. Nabywamy psa, by wykorzystywać go jako żywy alarm na podwórku. Czujny i szczekliwy pies spełni to zadanie, ma wobec tego dla nas pewną instrumentalną wartość. Wartość ta spada jednak wraz z wiekiem, gdy pies staje się mniej czujny i mniej szczekliwy. Wreszcie pies głuchnie i przestaje służyć jako alarm, a dalej generuje koszty (trzeba go karmić). Dlatego zostaje pozbawiony życia, a jego miejsce zajmuje kolejny – młody, czujny i szczekliwy pies.

Według Regana, prawa powinny posiadać “podmioty życia”, czyli takie istoty, które nie tylko mają zdolność odczuwania bólu i przyjemności, ale, które dzięki zmysłom i rozwiniętemu układowi nerwowemu są zdolne do zapamiętywania, posiadają przekonania, preferencje, interesy i dążenia. Innymi słowy są to istoty, którym nie jest wszystko jedno co się z nimi dzieje i dają temu wyraz. Do tej grupy należeć będą ludzie i wiele zwierząt. Na początku Tom Regan stwierdził, że warunki te spełniać będą tylko ssaki od ukończenia pierwszego roku życia. Równocześnie jednak Regan zaznaczył, że granicę należy rysować ołówkiem i przesuwać ją jak tylko uzyskamy przekonanie, że inne zwierzęta pozaludzkie także są podmiotami życia. 

Co w praktyce oznacza uznanie praw zwierząt i traktowanie ich z szacunkiem? Regan zobowiązuje nas do zaprzestania traktowania zwierząt jakby były maszynkami do produkcji jajek czy żywymi alarmami. Pierwszym obowiązkiem jest więc odrzucenie eksploatacji zwierząt: hodowli na mięso/mleko/jaja/skórę/futra, itp. Zaprzestać to robić znaczy wybrać weganizm. Nie można równocześnie popierać praw zwierząt i jeść krowi ser, jaja czy mięso. Nie można pomagać psom i kotom i płacić za krzywdę innych podmiotów życia – kur, krów, świń czy ryb. 

Choć w przypadku rzeczywistego, i nietworzonego na własne życzenie, konfliktu interesów – gdy trzeba wybrać kogo uratować, a kogo poświęcić (np. w płonącym domu), Regan wybrałby człowieka, to sprzeciw wobec eksploatacji zwierząt pozostawał niezmienny.

Twórca innej teorii praw zwierząt, amerykański prawnik i filozof profesor Gary Francione, za wystarczające do posiadania praw uznaje tylko zdolność do zmysłowego odczuwania np. bólu czy przyjemności, ale nawet bardziej wymagające kryteria “podmiotów życia” Regana również sytuują prawa zwierząt zdecydowanie w opozycji do eksploatacji zwierząt. Nie można więc sensownie mówić, że popiera się prawa zwierząt i jeść chleb z szynką czy jajecznicę. Nie można, nie popadając w absurdalność, twierdzić, że walczy się o prawa zwierząt prowadząc kampanię polegającą na zmianie warunków eksploatacji zwierząt (np. krótsze transporty, większe klatki, lepsze jedzenie). Nie można sensownie mówić o walce o prawa zwierząt, która polega na sugerowaniu, że jedne zwierzęta/podmioty życia wolno eksploatować a innych nie. Nie można wreszcie mówić o prawach zwierząt jako o sprawie indywidualnej wrażliwości, bo jak napisał Tom Regan:

It is not an act of kindness to treat animals with respect. It is an act of justice.
(To sprawiedliwość, a nie dobre serce, wymaga traktowania zwierząt z szacunkiem.)




niedziela, 29 stycznia 2017

Solidarni przemocą?


Zobaczyłam niedawno zapowiedź akcji "Branding 269” organizowanej przez grupę 269Life Śląsk - Poland. To skłoniło mnie do krótkiej refleksji na temat przemocy w aktywizmie na rzecz praw zwierząt. 

Branding, od którego bierze się „branding 269”, to wypalanie rozżarzonym żelazem znaku na ciele zwierząt (najczęściej bydła), aby oznaczyć do kogo zwierzę należy. Jest to akt przemocy i dominacji. Dosłownie przypieczętowuje się własność, której znak zwierzę będzie nosić aż do śmierci. Swój rodowód branding ma w Starożytności. Jest wciąż praktykowany m.in. w Stanach Zjednoczonych. 

W aktywizmie prozwierzęcym branding ludzi pojawił się w 2012 roku w Izraelu i polegał na wypaleniu paru aktywistom znaku 269 rozżarzonym żelazem. Liczba 269 widniała na plastikowym klipsie w uchu jednego z cieląt, które aktywiści widzieli wcześniej na fermie mlecznej. Akcję wypalania zainicjował Sasha Boojor, aby wyrazić solidarność z bezimiennymi ofiarami przemysłu mięsnego i mlecznego. Potem powieliło ją wielu aktywistów i aktywistek w różnych krajach. Odmianą tej akcji jest też robienie tatuażu 269. 

Branding zarówno krów jak i ludzi to zadanie intensywnego bólu, ciężkie oparzenie i trwałe uszkodzenie skóry.  W akcjach polegających na brandingu ludzi (w odróżnieniu od akcji pochodnej polegającej na zrobieniu tatuażu) niepokoi mnie kwestia dosłownego używania przemocy, bo ruch na rzecz praw zwierząt jest z zasady ruchem przeciwko przemocy. Dlatego nie powinien zgadzać się na jej używanie jako strategii działania i generować niepotrzebne cierpienie.

Choć akt dominacji jest symboliczny, bo tutaj ludzie, którzy się znakowaniu poddają nie są do tego zmuszeni i robią to z własnej woli, to branding jest jednocześnie dosłownym powtórzeniem aktu przemocy, tyle że obróconej ku samemu sobie. Niektórzy powiedzą, że nie ma czegoś takiego jak samogwałt. To prawda, ale jest coś takiego jak masochizm i raczej nie uznajemy go za coś korzystnego. Nie utożsamiam aktywistycznego brandingu z aktem masochistycznym, bo nie siedzę ludziom w głowach i nie wiem co dominuje jako powód takiej decyzji u poszczególnych osób. Jednak fakt, że wybierają taką formę jest moim zdaniem niepokojące, tym bardziej że osoby decydujące się na branding zazwyczaj korzystają z czyjejś pomocy, a tym samym, oprócz siecie, w akt przemocy wikłają drugą osobę.

Rozumiem cierpienie będące ceną lub skutkiem ubocznym działania w czyjejś obronie, przeciwko zadawanej mu przemocy: zostać pobitym przez agresywnego nacjonalistę w obronie zaatakowanego nie-Polaka, odmrozić sobie uszy pomagając uchodźcom na zimowym szlaku albo narazić się na niebezpieczeństwo ze strony mściwego „pana domu” przyjmując pod swój dach ofiarę przemocy domowej. 

W przypadku brandingu jest tak, jakby ktoś w geście solidarności z uchodźcami marznącymi na zimowym szlaku odmroził sobie uszy lodem z własnej zamrażarki. Jest też tak, jakby w geście solidarności z pobitymi nie-Polakami ktoś poprosił znajomego, żeby ten obił mu twarz albo w geście solidarności z ofiarami przemocy domowej poprosił znajomego, żeby ten przypalił mu/jej przedramię żelazkiem. 

To odtwarzanie aktów przemocy rodzących cierpienie, żeby …. sprzeciwiać się aktom przemocy, które odtwarzamy! To zachęcanie kogoś do zadawania przemocy w przypadku, gdy przemoc zadaje druga osoba. To, zatem, mnożenie przemocy, gdy w tym samym czasie można mnożyć gesty pokoju, edukować o złu przemocy lub bezpośrednio pomagać jej ofiarom. To zgoda na warunki jakie piszą dziś tabloidy: „Mówcie językiem przemocy, jeśli chcecie być usłyszani”, zamiast tworzenia nieprzemocowej alternatywy dla takiego języka. Jak mamy tworzyć świat pokoju z materiału, z którego zbudowany jest świat przemocy, wojny i dominacji?




niedziela, 22 stycznia 2017

Ustawa o ochronie zwierząt - ochrona zwierząt czy autoportret społeczeństwa

Według wielu ludzi, Ustawa z 21 sierpnia 1997 roku (z późniejszymi zmianami) o ochronie zwierząt zajmuje się ochroną zwierząt. Wniosek jest zasadniczo słuszny, bo - na zdrowy rozum - czym innym miałaby się zajmować taka ustawa? Uważa się, że ustawa ta mówi na czym polega ochrona zwierząt, określa rodzaje zachowań, które są zabronione i przewiduje za nie odpowiednie kary. Wspólnym mianownikiem tych przekonań jest obraz, w zasadzie autoportret społeczeństwa, które całym sobą pragnie ochrony zwierząt i tworzy prawo, aby ochronę tę wprowadzać w życie.

Z autoportretu wynika poręczna dychotomia: MY - słuszna większość obejmująca troskliwych obywateli i obywatelki, dla których prawo jest tarczą i mieczem w walce o ochronę zwierząt, kontra ONI – uciążliwa mniejszość zawierająca sadystów, degeneratów i okrutników (w większości płci męskiej), dla których prawo jest zawadą stającą na przeszkodzie w znęcaniu się nad zwierzętami. 

Skoro większość troszczy się o zwierzęta, a wyrazem tej troski jest Ustawa o ochronie zwierząt, krzywda z ręki człowieka może dziać się tylko za sprawą mniejszości i wbrew prawu. Krzywda jest więc z zasady przestępstwem, a jej sprawcami są w/w sadyści, degeneraci i okrutnicy. Krzywda podlega działaniu policji, prokuratury i sądów, wynika z okrucieństwa i jest wyjątkiem. Regułą jest ochrona. Zatem to, co jest akceptowane przez troskliwą większość wpisuje się w ochronę zwierząt, jest legalne i z założenia nie może czynić krzywdy. 

Istnienie Ustawy o ochronie zwierząt z pewnością reguluje nam nastrój. Szczególnie uspokajający jest pierwszy artykuł, w którym czytamy, że "zwierzę, jako istota żyjąca, zdolna do odczuwania cierpienia, nie jest rzeczą. Człowiek jest mu winien poszanowanie, ochronę i opiekę." Niepokoi nas tylko sposób egzekwowania przepisów, umarzanie postępowań, wyroki uniewinniające czy wyroki w zawieszeniu, szczególnie jeśli dotyczą przestępstw spektakularnych, czyli takich, które przypisujemy sadystom/degeneratom/okrutnikom: ktoś wyrzucił psa przez okno, obciął kotu ogon siekierą, wystawił na mróz karton ze świnkami morskimi. Niepokój i oburzenie idą jednak w parze z przekonaniem, że w zasadzie główny problem leży w sadystach/degeneratach/okrutnikach i nieczułych policjantach, obojetnych prokuratorach i sędziach wydających wyroki oparte na niedorzecznych uzasadnieniach. Główny problem ma leżeć właśnie tam, ewentualnie w niezręcznie sformułowanych przepisach, bo ustawa jako taka odzwierciedla właściwe podejście większości (tak, troskliwych obywateli i obywatelek) do zwierząt. 

Faktycznie, ludzie podzielają przekonanie, że nie należy zadawać zwierzętom niepotrzebnego cierpienia. Pod koniec XVIII wieku  angielski prawnik i filozof Jeremy Bentham postulował, że cierpienie zwierząt liczy się moralnie. Rewolucyjny jak na tamte czasy postulat przyjął się, co widać we wspomnianym, pierwszym artykule naszej ustawy i ustawodawstwie wielu krajów na świecie. Od ponad 200 lat tworzymy przepisy, które mają na celu ograniczanie cierpienia zwierząt i karanie zadawania niepotrzebnego cierpienia. 

W czym zatem leży problem? Jak zauważył prawnik i filozof Gary Francione, postulat Benthama był tyleż rewolucyjny, co bezzębny: z jednej strony uznawał za złe moralnie zadawanie niepotrzebnego cierpienie zwierzętom, z drugiej strony nie podważył żadnej z tradycyjnych form wykorzystywania zwierząt, które cierpienie zwierząt powodowały. 

Tym samym, Bentham uznawał za potrzebne i moralnie dopuszczalne każde cierpienie zwierząt, które było związane z produkcją mięsa, mleka, jaj, skór, futer i innych produktów tradycyjnie pozyskiwanych z/od zwierząt w społeczeństwie w jakim żył. Nie wziął pod lupę tych praktyk, by odpowiedzieć sobie na pytanie czy są one niezbędne ludziom do przeżycia. Nie pytał czy ludzie muszą jeść mięso, nabiał i jaja. Pewnie w tamtych czasach miałby trudności ze znalezieniem odpowiedzi, ale pytanie powinien był postawić, jeśli rzeczywiście uważał, że cierpienie zwierząt liczy się moralnie. 

Wydaje się zatem, że za niepotrzebne Bentham uznał tylko: (a) cierpienie zadawane z wyłącznie sadystycznych pobudek, (b) cierpienie zadawane w ramach tradycyjnych form wykorzystywania zwierząt, które nie jest konieczne do realizacji tych praktyk i, prawdopodobnie, (c) cierpienie zadawane w ramach nietradycyjnych form wykorzystywania zwierząt. Zatem, jak sądzę, Bentham uznałby za niepotrzebne cierpienie przypalanie psa papierosem, ale wypalanie cielętom znaków rozżarzonym żelazem w celu ich oznaczenia uznałby za potrzebne. Kopnięcie cielęcia byłoby niepotrzebnym cierpieniem, zaś oderwanie go od matki w celu umożliwienia produkcji mleka byłoby cierpieniem potrzebnym. Unieruchomienie kota w klatce dla “zabawy” byłoby moralnie złe, unieruchomienie kury w klatce dla produkcji jaj – moralnie dopuszczalne. I tak dalej. 

Współczesne prawodawstwo odzwierciedla ten sposób myślenia. Z jednej strony potwierdza się, że zwierzęta są zdolne do cierpienia i zakłada się, że nie należy zadawać im niepotrzebnego cierpienia. Równocześnie przyjmuje się, że nie należy podważać utrwalonych tradycją form wykorzystywania zwierząt przez ludzi. Zatem wszelkie cierpienie związane z takim wykorzystywaniem jest “potrzebne”, a więc moralnie dopuszczalne i legalne. W takim układzie wszelkie ustawy “o ochronie zwierząt” mogą zakazać tylko cierpienia zadawanego przez wspomnianych już wcześniej sadystów, degeneratów i okrutników oraz cierpienia, które nie jest potrzebne do realizacji tradycyjnych form wykorzystywania zwierząt, przy czym należy podkreślić, że w odniesieniu do tych ostatnich, “potrzebne” cierpienie to również to, które pozwala na realizację takiej działalności w ramach konkurencji rynkowej. 

Podobnie jak Bentham twierdzimy, że zwierzętom nie należy zadawać niepotrzebnego cierpienia, a następnie w Ustawie o ochronie zwierząt potwierdzamy legalność wszystkich tradycyjnych form wykorzystywania zwierząt, które są nierozerwanie związane z zadawaniem cierpienia; w warunkach rynkowej konkurencji cierpienie to może tylko rosnąć. Podobnie jak Bentham nie pytamy (społeczeństwo i ustawodawcy) czy te formy wykorzystywania zwierząt są nam niezbędne do życia, choć odpowiedzi zostały już udzielone: największe na świecie stowarzyszenie dietetyczne Academy of Nutrition and Dietetics potwierdza, że możemy żyć zdrowo na diecie niezawierającej produktów odzwierzęcych, a przemysł odzieżowy dostarcza ubrań bez skóry, wełny, futra czy jedwabiu na każdą porę roku. Podobnie jak Bentham akceptujemy wykorzystywanie zwierząt i ich zabijanie, nie zadając sobie pytania dlaczego uważamy to za oczywiste. Wyjątkiem do pewnego stopnia są zwierzęta domowe, których zabijanie (ale nie wykorzystywanie) uważamy za krzywdę, choć krowy, świnie czy kury żyć chcą tak samo jak psy czy koty. 

Okazuje się, że autoportret społeczeństwa jest mocno sfotoszopowany, tak żebyśmy mogli mieć o sobie dobre zdanie. Sadyści, degeneraci i okrutnicy (choć o nich media trąbią najgłośniej) są w mniejszości. Większość stanowią jednak obywatele i obywatelki troskliwi bardzo selektywnie (wobec własnego psa czy kota), którzy wobec cierpienia zwierząt zadawanego w ramach tradycyjnych form wykorzystywania zwierząt pozostają obojętni. Część tej większości musi bezpośrednio zajmować się akceptowanym społecznie wykorzystywaniem zwierząt – są to hodowcy i rzeźnicy. I znowu, większość z nich uczy się obojętności wobec cierpienia, które zadają. Hodowcy i rzeźnicy są akceptowani społecznie, bo zadają cierpienie “potrzebne” (po to, by w sklepach sprzedawane było mięso, nabiał, jaja, a także skórzana, wełniana czy futrzana odzież). Pewien odsetek tej grupy, z frustracji lub sadyzmu, zadaje więcej cierpienia i zostaje zaklasyfikowany do sadystów, degeneratów i okrutników, którzy zadają “niepotrzebne” cierpienie. Społeczeństwo żąda, by tacy ludzie zostali ukarani. 

O ile wyleczyć się z sadyzmu czy psychopatii jest bardzo trudno, o tyle obojętność zdecydowanie jest reformowalna, nawet jeśli trenowano nas w tym zakresie od dzieciństwa. Ustawa o ochronie zwierząt niestety odzwierciedla ten prawdziwy, wciąż aktualny obraz społeczeństwa, które potępia sadystów, degeneratów i okrutników, ale ze swoją obojętnością wciąż nie postanowiło się rozprawić. A to właśnie ta obojętność jest odpowiedzialna za systemowe krzywdzenie zwierząt na ogromną skalę. Gdybyśmy całą energię, którą angażujemy w nienawiść wobec sadystów/degeneratów i okrutników, przekierowali na kruszenie tej obojętności i wybór weganizmu, żylibyśmy w społeczeństwie, które nie potrzebowałoby już tak dużo photoshopa.

Ustawa o ochronie zwierząt jest tematem bardzo szerokim, dlatego dzisiejszy wpis jest tylko pierwszym tekstem na ten temat na moim blogu.




wtorek, 13 grudnia 2016

Brudne banknoty w czystym świecie?

Pod koniec listopada na Twitterze wybuchł skandal. Bank Anglii, drukujący banknoty dla Anglii i Walii, przyznał – w odpowiedzi na bezpośrednio zadane pytanie – że nowe banknoty pięciofuntowe zawierają tłuszcz zwierzęcy. W następstwie tego oświadczenia, pewien weganin stworzył petycję, w której domaga się od banku usunięcia łoju z banknotów argumentując, że jest to nie do zaakceptowania dla milionów wegan, wegetarian, wyznawców hinduizmu, sikhów i dżinistów w Wielkiej Brytanii. 7 grudnia 2016 roku, pod petycją widniało już ponad 131 tysięcy podpisów. Bank wydał oświadczenie, że o łoju w swoich pięciofuntówkach, produkowanych w nowej technologii z granulatu polimerowego, dowiedział się niedawno od swojego dostawcy, firmy Innovia. Bank zapewnił, że poważnie traktuje opinie swoich klientów i stwierdził, że Innovia zastanawia się czym zastąpić kontrowersyjny składnik wspomagający antystatyczne właściwości plastikowych banknotów. Bez wątpienia potencjał sprzeciwu to paręset milionów osób, więc trudno go nie zauważyć. Alternatywą dla łoju, pochodzącego najczęściej z zabitych w rzeźni krów, ma być na przykład olej kokosowy.

Pionierem w używaniu polimerowych banknotów, które mniej się brudzą, są trwalsze i trudniejsze do podrobienia, jest Australia. Używa ich już około 30 krajów. W Polsce na razie nie wprowadzono tej technologii. Niemniej, w świetle rewelacji z Anglii, Państwowa Wytwórnia Papierów Wartościowych wydała oświadczenie, że nasze banknoty (wciąż papierowe) nie zawierają produktów odzwierzęcych. Przy okazji wymknęło jej się jednak, że dotyczy to tylko banknotów zmodernizowanych, drukowanych od 2014 roku, gdyż starsze zawierają żelatynę. A więc i u nas mamy do czynienia z pieniędzmi, w których skład wchodzi produkt pochodzący z rzeźni.

Jak zareagowały duże organizacje, takie jak The Vegetarian Society i the Vegan Society działające w Wielkiej Brytanii?  The Vegetarian Society umieściło na swojej stronie oświadczenie prasowe, że skontaktowali się z Bankiem Anglii jak tylko dowiedzieli się o sprawie i zaoferowali pomoc i wyjaśnienie w czym leży problem. Organizacja zamieściła też linki do artykułów i wywiadów, m.in. tekstu "Why vegetarians aren't happy with the UK's new £5 note", gdzie zacytowano Dyrektorkę Naczelną the Vegetarian Society, Lynne Elliot "Myślę, że jest tak dlatego [chodzi o tak głośny sprzeciw], że ludzie wkładają dużo wysiłku w unikanie używania produktów, które pochodzą z uboju zwierząt. Uważają na kosmetyki, środki czystości czy odzież, i w odniesieniu do tych wszystkich produktów mają możliwość wyboru. Niestety o taki wybór jest bardzo trudno w przypadku banknotów stosowanych jako waluta w danym kraju". " Najwyraźniej, the Vegetarian Society sprowadziło sprawę do obrony praw osób o określonej wrażliwości, które chcą mieć możliwość realizacji swoich potrzeb.

W tym samym artykule z cnbc, czytamy fragmenty oświadczenia, które the Vegan Society wysłało do cnbc: “(Łój) nie musi być używany w banknotach ponieważ istnieje wiele roślinnych alternatyw. Wykorzystywanie zwierząt w ten sposób jest przestarzałe i niekonieczne, nie mówiąc już o tym, że w oczywisty sposób jest okrutne. Chociaż weganie nie będą mogli zrezygnować z używania tych banknotów, liczymy na to, że Bank Anglii i jego dostawca potraktują sprawę poważnie i będą używać alternatywnych, przyjaznych weganom składnikach we wszystkich banknotach drukowanych w przyszłości.” Warto spojrzeć na kontekst, w jakim wypowiada się przedstawicielka The Vegan Society. Czy żyje ona w społeczeństwie, które wyrugowało systemową eksploatację zwierząt, większość jest weganami, a tylko od czasu do czasu mamy do czynienia z “przestarzałą” praktyką eksploatacji zwierząt lub importu produktów z eksploatacji odbywającej się poza granicami kraju? Czy produkty pochodzące z rzeźni są rzadkością, a łój w banknotach wyjątkiem? Nie, jest wprost przeciwnie.

W Wielkiej Brytanii, podobnie jak w innych krajach Zachodu, eksploatacja zwierząt jest lukratywną gałęzią gospodarki (podobnie jak kiedyś opłacalne było niewolnictwo ludzi porywanych z Afryki). Nie wiem ile zwierząt ginie w rzeźniach angielskich; w Polsce jest to około 800 milionów ptaków i ssaków. Zwierzęta giną w rzeźni w związku z produkcją mięsa, a także w wyniku produkcji mleka i jajek. Z rzeźni wyjeżdżają mięśnie (czyli mięso), kości, krew, tłuszcz, organy wewnętrzne i skóra. Część jest wykorzystywana w przemyśle spożywczym, część w przemyśle odzieżowym, część jako karma dla zwierząt domowych czy dla zwierząt mięsożernych na fermach, gdzie hoduje się zwierzęta na futra. Po rozdzieleniu szczątków zwierząt po tych wszystkich gałęziach gospodarki zostaje wciąż ogromna ilość “towaru”, który można sprzedać, a który ze względu na dostępność (te 800 milionów rocznie podwaja się co roku) jest tani. Składniki odzwierzęce bywają używane w produkcji plastikowych torebek, opon rowerowych i samochodowych, klejach, biopaliwach, kosmetykach i wielu innych produktach. Ich wszechobecność wynika z faktu, że eksploatacja zwierząt jest zinstytucjonalizowana, systemowa i masowa. Dziwienie się, że łój pojawił się w banknotach jest w takich okolicznościach …. dziwne.

Dziennikarze podchwycili i powtórzyli w wielu artykułach to, o czym mówiła petycja: banknotów nie chcą używać weganie, wegetarianie, a także wyznawcy paru religii Wschodu. W taki sposób utrwala się stereotyp, że weganizm jest religią. No ale petycję stworzył niezrzeszony weganin, a podpisali ją pewnie także przedstawiciele religii wymienionych obok wegetarianizmu i weganizmu. Chciałam napisać, że martwi mnie podejście obydwu organizacji, które wydają się koncentrować na ludziach nie chcących dotykać “skażonych” banknotów, zamiast na zwierzętach nie chcących cierpieć i umierać w rzeźni. Jednak złapałam się za język (w zasadzie za rękę) przynajmniej w odniesieniu do Towarzystwa Wegetariańskiego. Jeszcze raz odwiedziłam stronę tej organizacji. Po pierwsze, promuje ono tylko dietę, nie mówiąc nic choćby o skórze, która też jest produktem z rzeźni. Po drugie, dieta, którą promuje Towarzystwo nie zawiera mięsa i produktów spożywczych pochodzących z ciała zabitego zwierzęcia (np. tłuszczu zwierzęcego, żelatyny, podpuszczki, kości) i jajek od kur pozbawionych “wolnego wybiegu”, ale Towarzystwo nie ma nic przeciwko nabiałowi czy jajkom z “wolnego wybiegu”, choć produkty te są ściśle związane z transportami “zużytych” lub “niepotrzebnych” zwierząt (krów, cieląt i kur) do rzeźni. Jaka w tym logika? Jakie uprawnienie ma the Vegetarian Society, żeby pouczać Bank Anglii o nieużywaniu jednego produkt z rzeźni, skoro sama ta organizacja produkty ściśle związane z rzeźnią aprobuje lub pomija milczeniem?

The Vegan Society jest organizacją, która promuje konsekwentne podejście do zwierząt – zachęca, by nie brać udziału w ich eksploatacji. Definicja weganizmu, którą utworzono w 1979 roku, mówi, że chodzi o sprzeciw wobec eksploatacji zwierząt i okrucieństwu wobec nich i próbę wykluczenia w stopniu możliwym i wykonalnym wszystkich form eksploatacji i okrucieństwa wobec zwierząt w związku z produkcją żywności, ubrań czy w jakimkolwiek innym celu; co za tym idzie jest to promocja rozwoju i wykorzystywania alternatyw wolnych od składników odzwierzęcych i niezwiązanych ze zwierzętami, które to alternatywy są korzystne dla ludzi, zwierząt i środowiska. Już wtedy, i zapewne jeszcze w 1944 roku, kiedy towarzystwo powstawało, zdawano sobie sprawę, że w społeczeństwie masowo eksploatującym zwierzęta stuprocentowe wykluczenie wszystkich form eksploatacji na dany moment jest możliwa tylko częściowo, a sprzeciwowi musi towarzyszyć promocja alternatyw. Jednak punkt ciężkości padał na zwierzęta, na zło eksploatacji zwierząt, na sprzeciw wobec tego zła.

Zatem weganizm narodził się jako ruch w imieniu zwierząt, przeciwko zadawanej im krzywdzie, można śmiało powiedzieć – jako ruch sprawiedliwości społecznej, który ramieniem objął grupę dotąd w praktyce pomijaną mimo deklaracji płynących jeszcze z czasów Benthama o niezadawaniu niepotrzebnego cierpienia. Jednak z biegiem czasu, weganizm zaczął być coraz bardziej utożsamiany z dietą. Skutkuje to dziś tym, że jest grupa ludzi stosujących dietę roślinną, którzy sami siebie określają weganami, podczas gdy biorą udział w eksploatacji zwierząt w innych, niż dieta, zakresach – noszą odzież ze skóry, wełny czy futra, jeżdżą samochodami ze skórzaną tapicerką, nie mają problemu z jazdą konną, hodują zwierzęta, handlują nimi. Jest też grupa wegan, którzy mocno skupiają się na diecie, i zaczynają uważać się po prostu za kolejną grupę konsumencką (konsumującą wegańskie produkty spożywcze, odzieżowe i korzystającą z wegańskich usług).

Odnoszę wrażenie, że reakcja the Vegan Society na niewegańskie banknoty wpisuje się w traktowanie weganizmu jako trend konsumencki, który wpisuje się w mozaikę różnorodnego społeczeństwa, zamiast kontestować eksploatację zwierząt. W tym scenariuszu nie mówi się, że eksploatacja zwierząt jest zła, tylko dba się o prawo niektórych konsumentów do odseparowania się. Ich stosunek do eksploatacji zwierząt staje się po prostu wyrazem ich indywidualnej wrażliwości, a rynek wegańskich produktów i usług odpowiada po prostu na potrzeby tej grupy. Widać wyraźnie, że prawa zwierząt z tego scenariusza zostają usunięte.

Dla porównania można wyobrazić sobie analogię, gdzie ruch praw dziecka zmienia się w konsumencki ruch rodziców o różnych preferencjach. Rodzice bijący dzieci chodzą do sklepów z paskami, zaś rodzice wolący nie bić dzieci mają do dyspozycji książki opisujące jak wychowywać bez bicia. Obydwie grupy funkcjonują obok siebie. Może co najwyżej dochodzić do komunikacji między nimi, w wyniku czego bijący przekonają niektórych niebijących lub na odwrót. Krzywda dzieci zostaje zrelatywizowana i przetłumaczona na język konsumpcji. Nie chcemy tego w przypadku praw dziecka. Myślę, że jeśli walczymy o prawa zwierząt, nie chcemy tego także dla zwierząt.


Czytaj więcej:
  • Strona petycji (link)
  • Oświadczenie Państwowej Wytwórni Papierów Wartościowych (link)
  • Artykuł "Why vegetarians aren't happy with the UK's new £5 note" (link)

poniedziałek, 28 listopada 2016

Mój talerz, cudze życie

Od kiedy zostałam weganką niezmiennie interesuje mnie dlaczego inni ludzie wciąż weganami nie są. Nie chodzi mi o tych, którzy deklarują się jako obojętni lub wręcz wrogo nastawieni wobec zwierząt. Nie myślę też o tych, którzy są bezpośrednio zaangażowani w krzywdzenie zwierząt – hodowcy, rzeźnicy, eksperymentatorzy. Nie znaczy, że wrogość i obojętność jest niezmienna. Oczywiście, że może ulec zmianie. Nie chodzi, o to, że hodowca, rzeźnik czy eksperymentator nie może zmienić zawodu i stosunku do zwierząt. Znam takie przypadki – robiłam polskie napisy do filmu pt. Peaceable Kingdom. The Journey Home zrealizowanego przez Tribe of Heart. Bohaterami tego dokumentu są hodowcy, którzy wyhodowali i posłali na śmierć, albo nawet samodzielnie zabili, wiele zwierząt, ale w końcu, pod wpływem różnych czynników, zmienili swój stosunek do zwierząt, przestali je hodować i zabijać i dziś są weganami. Ich historie są ogromnie inspirujące, bo jeśli oni potrafili to zrobić, to w zasadzie droga ta jest otwarta dla każdego i każdej z nas.

O jakich ludzi chodzi mi więc w szczególności? O tych, którzy deklarują, że lubią, a nawet kochają zwierzęta. O tych, którzy mają psa, kota, królika, fretkę czy świnkę morską i dbają o swoich podopiecznych. Część odpowiedzi znajduję w mojej własnej historii. W końcu ja też miałam zwierzęta w domu, a przez wiele lat weganką nie byłam. Co więcej, do 2004 roku nawet mi to do głowy nie przyszło, mimo że byłam już dorosłą i samodzielną osobą i zawsze uważałam, że mam głowę na karku. Mam też na koncie półtoraroczny okres wegetarianizmu, czyli częściowej rezygnacji z produktów pochodzących z systemowego krzywdzenia zwierząt. Nieustająco uważam, że większość tropów prowadzi mnie do szowinizmu gatunkowego, ideologii dominacji naszego gatunku nad innymi tak powszechnie występującej, że aż niezauważalnej.

Szowinizm gatunkowy jest tak niezauważalny, że jego przejawy, czyli eksploatacja zwierząt, uznawane są za coś naturalnego, normalnego i niewymagającego wyjaśnienia. Co zatem pokazuje, że dotąd nie potrzebowaliśmy żadnych wyjaśnień? Konfrontacja z kimś, kto o takie wyjaśnienia zapyta. Wtedy zaskoczeni inteligentni ludzie mówią rzeczy, które zaprzeczają ich inteligencji. Dostarczają odpowiedzi, których poziomu wstydziliby się, gdyby rozmowa toczyła się na inny, “poważniejszy” temat. Czy to znaczy, że nagle ich inteligencja wyparowała? Przykro mi, ale nie wierzę w cuda. Myślę raczej, że to co mówią, zaskoczeni pytaniem, często nie jest racjonalnym kontrargumentem, lecz naprędce sklejoną racjonalizacją. Wymówką. De facto, im ktoś bardziej inteligentny, tym bardziej złożona będzie racjonalizacja. I cały czas mówię o ludziach deklarujących się jako przyjaciele zwierząt, przeciwni zadawaniu zwierzętom niepotrzebnego cierpienia.

W książce pt. Eat Like You Care napisanej przez Gary’ego Francione’a i Annę Charlton w 2013 roku, obok autentycznych wątpliwości i obaw wynikających z niewiedzy, mamy zestawienie najczęściej przedstawianych racjonalizacji. Autorzy odpowiadają na, jeśli dobrze policzyłam, 36 takich “ale” w przystępny, lecz nie protekcjonalny sposób. Książkę można więc polecić zarówno osobom, które takie wątpliwości mają jak i tym, które chciałyby skorzystać z doświadczenia wieloletnich działaczy na rzecz praw zwierząt i wzbogacić swój aktywizm o konstruktywne argumenty i pomocne dane.

Brak wiedzy dotyczy głównie kwestii zdrowotnych diety roślinnej. Pokutuje, na przykład, mit białka. Twierdzi się, że na diecie roślinnej człowiekowi zabraknie białka. Rozbrojenie tego mitu jest proste: wiele badań wskazuje, że na diecie roślinnej ludzie konsumują wystarczającą, lub nawet zbyt dużą ilość białka. Dodam w szczególności, że mówi tak największa na świecie organizacja zrzeszająca dietetyków, amerykańska Academy of Nutrition and Dietetics w swoim Stanowisku  na temat diet wegetariańskich. Stanowisko jest wynikiem analizy dostępnych badań i jest aktualizowane co około 5 lat. Tegoroczna aktualizacja potwierdza, że właściwie ułożone diety wegetariańskie (w tym wegańskie) zaspokajają zapotrzebowanie na składniki odżywcze na każdym etapie życia. Oczywiście oznacza to, że diety roślinnej należy się nauczyć, ale każda osoba chcąca żyć zdrowo, powinna interesować się tym jak układać sobie dietę, bo poleganie na tym co podpowiadają same kubki smakowe może być zgubne w skutkach. Na temat diety roślinnej mamy coraz więcej rzetelnych informacji, blogów i książek. Przybywa też dietetyków i dietetyczek posiadających odpowiednią wiedzę na temat takich diet i potrafiących w sposób przystępny ją przekazać.

Racjonalizacje czerpią pełnymi garściami właśnie z zasobów szowinizmu gatunkowego, czyli ideologii dominacji gatunkowej. Mogą mieć formę religijną (Ale Bóg pozwolił nam jeść zwierzęta), albo świecką (To my powołaliśmy zwierzęta do życia, żeby je zjeść, więc mamy prawo to robić). W przypadku rzekomego przyzwolenia Boga na jedzenie zwierząt, Francione i Charlton przypominają, że: (1) Księga Rodzaju ma nieco bardziej skomplikowany przekaz i za ideał uznaje jednak życie w harmonii ze zwierzętami, (2) nie należy się zapędzać i przyjmować wszystkiego dosłownie, bo albo będziemy musieli popierać np. niewolnictwo albo popadniemy w sprzeczność raz popierając morderstwo innym razem nadstawianie drugiego policzka, (3) nawet jeśli uważamy, że ludzie mają duszę i są ważniejsi od zwierząt, to taki pogląd nie stoi w sprzeczności z uznaniem, że zwierzęta są zdolne do cierpienia i że zadawanie go powinno być uzasadnione ważną przyczyną, za którą trudno uznać własną wygodę czy przyzwyczajenie do określonego smaku. Świecka wersja dominacji woła, nomen omen, o pomstę do nieba, jeśli przełożymy ją na relacje międzyludzkie. Jeśli bowiem uważamy, że mamy prawo krzywdzić i zabijać zwierzęta, bo powołaliśmy je do życia, to analogiczne myślenie w odniesieniu do naszych własnych dzieci rodzi najgorsze skojarzenia (i niestety czasem również zdarza się w praktyce, gdy rodzice uważając, że mają tzw. władzę rodzicielską czują się uprawnieni do przemocy fizycznej i psychicznej a także do wymuszaniu na dzieciach określonej ścieżki edukacyjnej a nawet zawodowej).

Wątpliwości zamieszczone w książce są typowe i często spotykane. Sama miałam z nimi wielokrotnie do czynienia w ciągu ostatnich dziesięciu lat, od kiedy zajmuję się aktywizmem na rzecz praw zwierząt. Przybierają czasem formę hipotetycznych sytuacji, w których dana osoba się nie znajduje, ale które mają udowodnić, że rzeczywista sytuacja, w której wątpiący przebywa ma rację bytu, jest usprawiedliwiona. Przyjrzyjmy się tej argumentacji na omówionym w książce przykładzie bezludnej wyspy. Znaleźliśmy się (oczywiście hipotetycznie) na bezludnej wyspie, gdzie nie rosną żadne jadalne rośliny. Będąc o krok od śmierci głodowej zauważamy królika i dramatycznym głosem pytamy naszego (niehipotetycznego) rozmówcę: Czyż nie mam prawa zabić i zjeść królika, żeby ocalić swoje życie? Następnie gładko przechodzimy do niehipotetycznej sytuacji w supermarkecie, gdzie pośród wielu jadalnych roślin, wybieramy pasztet z królika polerując czystość swojego sumienia hipotetycznym przykładem sytuacji z wyspy. Czy nie jesteśmy genialni? Francione odbiera nam przyjemność samozadowolenia punktując niedostatki takiego rozumowania. Nawet jeśli w wyjątkowej sytuacji będziemy usprawiedliwieni zabijając królika, nie mówi nam to nic o sytuacjach zwyczajnych, w których dysponujemy możliwością wyboru. Dodam, że podobnie jest choćby z kradzieżą, która w sytuacji ratowania zdrowia i życia może być usprawiedliwiona (biedna matka kradnie chleb dla siebie i dzieci), ale nie znaczy to, że kradzież dla wygody czy przyjemności jest w porządku.

Nie będę oczywiście przytaczać wszystkich przykładów i streszczać całej książki. Myślę, że wspólnym mianownikiem wszystkich odpowiedzi jest zachęta do refleksji i świeżego spojrzenia na nasze nawykowe myślenie i racjonalizacje zasilane szowinizmem gatunkowym. Nadzieja na to, że jesteśmy mimo wszystko gotowi i gotowe zmierzyć się z naszymi przekonaniami na nowo i poszerzyć wiedzę praktyczną jest ugruntowana na prostym przekonaniu: że w gruncie rzeczy i w głębi serca nie jesteśmy obojętni.



Czytaj więcej:
- Całe Stanowisko Academy of Nutrition and Dietetics, a dokładniej tegoroczna aktualizacja Stanowiska na temat diet wegetariańskich możecie przeczytać tu (link)
- Poprzednia aktualizacja tego stanowiska przetłumaczona na język polski  można pobrać ze strony Empatii (link)
- Jedna z poradni dietetycznych, gdzie uzyskacie informacje jak ułożyć dietę wegańską to Wegecentrum (link)
- Recenzję książki "Eat Like You Care" napisaną przez Janinę Cuper znajdziecie na blogu Empatii (link)
- Jak słusznie zauważył Roger Yates, socjolog i wieloletni aktywista na rzecz praw zwierząt, być może lepiej byłoby, gdyby ta książka nazywała się "Live Like You Care" -  post "Let's Stick with Veganism" na blogu Yatesa (link)
- Trailer "Peaceable Kingdom. The Journey Home" (link)
- Oczywiście, weganizm to nie tylko dieta. Dieta jest głównym przejawem postawy szacunku wobec zwierząt - mój tekst na ten temat (link)

wtorek, 22 listopada 2016

Pieśń słowika, piersi z kury

Precz z tym z naszej grupy!
Koleżanka z fundacji promującej prawa zwierząt udostępniła na grupie na Facebooku o nazwie “Ptaki” link do tekstu z bloga fundacji pt. 12 porad jak z wegetarianizmu przejść na weganizm. Wydawałoby się, że w grupie interesującej się ptakami (a więc zwierzętami) może znaleźć się sporo osób, które nie jedzą mięsa (czyli zwierząt) ze względu na zwierzęta. Wydawałoby się, że mogły słyszeć o weganizmie, bo w ciągu ostatnich paru lat sporo się o nim mówi i pisze (choć bardzo różnie i nie zawsze w związku ze zwierzętami). Wydawałoby się, że jeśli nawet ktoś o weganizmie ma mgliste pojęcie, może po prostu sprawdzić o co chodzi czytając tekst, lub – w najgorszym razie – tekst ten zignorować. No właśnie, wydawałoby się.

Komunikacja przez komputer
Parę osób polubiło udostępnienie, ale komentarze pod postem były wrogie, prześmiewcze, chamskie i wulgarne, albo świadczyły o braku wiedzy. Owszem, niekulturalne czy nienawistne komentarze to niestety specyfika tzw. komunikacji zapośredniczonej przez komputery (CMC). Ułatwia ona luzowanie hamulców, które narzucamy sobie w bezpośrednim kontakcie z drugim człowiekiem. W internecie nie porozumiewamy się z osobami, lecz bardziej z postaciami/awatarami. Brakuje tu komunikacji pozawerbalnej. Mamy więc ograniczony dostęp do naszej empatii, którą w kontakcie bezpośrednim pobudza obserwacja min i gestów naszego rozmówcy czy rozmówczyni. Dlatego mamy większe szanse na zetknięcie się z agresją i na bycie bardziej agresywnym niż w realu. Na Facebooku nie ma takiego lęku przed ewentualnym odwetem, ani takiego zawstydzenia; takie uczucia często towarzyszą nam w kontaktach twarzą w twarz. Dlatego z pewnością trzeba brać  poprawkę na ograniczenia CMC, kiedy uprawia się aktywizm w mediach społecznościowych.

Stosunek do zwierząt mamy skomplikowany
O ile CMC ma zasadniczy wpływ na formę wypowiedzi, to treści z jakimi się spotykamy są spowodowane czym innym. Dlaczego w grupie dotyczącej zwierząt udostępnienie postu o szacunku wobec zwierząt wzbudza sprzeciw i agresję? Dotykamy bardzo złożonego tematu jakim jest nasz stosunek do zwierząt. Nas – indywidualnych ludzi, nas – społeczeństwa, nas – grupy deklarującej pozytywny stosunek do zwierząt, lecz przejawiającej zadziwiający rozdźwięk pomiędzy deklaracją a praktyką.

Szczytne deklaracje i ich granice
Nasze deklaracje są szczytne – wiemy, że wiele zwierząt (bez wątpienia ssaki i ptaki) jest zdolnych do odczuwania bólu i do przeżywania strachu. Z tego względu jesteśmy przekonani, że są zdolne do cierpienia i deklarujemy, że jesteśmy przeciwni zadawaniu niepotrzebnego cierpienia. Są zwierzęta, które traktujemy jak członków rodziny - najczęściej psy i koty. Wiemy, że trzeba uważać, żeby nie nadepnąć na łapę, wiemy, że trzeba dać pić i jeść, wiemy, że trzeba opatrzyć ranę, leczyć choroby i uśmierzać ból. I robimy to. Otaczamy opieką, chronimy, leczymy. Zwierzęta udomowione, takie jak pies czy kot, traktujemy w zasadzie tak jak małe dzieci, przy czym większość dzieci dorasta i opuszcza dom rodzinny, a zwierzęta pozostają od nas uzależnione na zawsze. Uzależnienie w dobrym, troskliwym domu to jednak scenariusz najlepszy z możliwych, bo bywają gorsze: zaniedbanie, nieleczenie chorób, izolowanie zwierzęcia (np. w kojcu), czy porzucenie. Zasadniczo  jednak, jako społeczeństwo, potępiamy takie przypadki, podobnie jak zaniedbanie, nieleczenie czy porzucenie dziecka.

Nasze szczytne deklaracje najczęściej kończą się jednak na psach i kotach (i paru innych gatunkach , które krótsza lub dłuższa tradycja przypisuje do grupy “pupili”). Kiedy mówimy “kocham zwierzęta” właśnie te gatunki mamy na myśli. Do głowy przychodzi parę podręcznych przykładów tej miłości: nasz pies Ares, przemiła suczka sąsiadów Maja, czy kot Gienek rodziców. Kiedy słyszymy, że psy są wykorzystywane w laboratoriach, jesteśmy niemile zaskoczeni albo źli. Myśl, że obszycie kaptura zimowej kurtki może pochodzić z psa zabitego w Chinach napawa nas przerażeniem i odrazą. Równocześnie jemy hamburgery, jajecznicę, pijemy krowie mleko, choć w zdolności do odczuwania bólu, przeżywania strachu i cierpienia krowy, świnie i kury nie ustępują psom i kotom, też są zwierzętami, a pozyskiwanie produktów mięsa, nabiału i jaj wiąże się z zadawaniem bólu, cierpienia i z zabijaniem zwierząt. Gdyby te produkty były nam niezbędne, nie mielibyśmy wyjścia i bylibyśmy jak lwica na sawannie, która musi zabić, by przeżyć i nakarmić swoje dzieci. My jednak tych produktów nie potrzebujemy. One nie służą nam do podtrzymania życia, lecz do kontynuowania stylu życia, do którego jesteśmy przyzwyczajeni.

“Schizofrenia moralna”
Amerykański prawnik i filozof praw zwierząt, Gary Francione ukuł określenie “schizofrenia moralna”, by nazwać tę rozbieżność pomiędzy deklaracją sprzeciwu wobec zadawania niepotrzebnego cierpienia a zachowaniem, które to niepotrzebne cierpienie regularnie powoduje.

A może zaufać przepisom?
Większość z nas jest w tej komfortowej psychicznie sytuacji, że nie musi myśleć o tym, za co tak naprawdę płacimy jeśli kupujemy mięso, nabiał czy jaja. Możemy całkowicie wyeliminować myślenie o zwierzętach, które są w tym celu eksploatowane i zabijane. Owszem, widzimy zdjęcia fioletowej krowy Milki, postać kogucika ubranego w kucharski fartuszek czy schemat świni z opisanymi kulinarnie częściami ciała, ale te zwierzęta nie kojarzą nam się z czującymi istotami, nie są tak realne i indywidualne jak pies Ares czy kot Gienek. Wiele mechanizmów psychologicznych i czynników kulturowych sprawia, że zwierzęta te są w najlepszym razie dwuwymiarowymi postaciami, których kształt i kolor jesteśmy w stanie przywołać jak postaci z kreskówki.
Jeśli już jednak myśl o ewentualnym cierpieniu takich zwierząt przyjdzie nam do głowy, możemy przekonywać samych siebie, że one wcale nie cierpią, bo zakładamy, że przepisy prawa i kontrole wdrażania tych przepisów zapewniają zwierzętom bezbolesną hodowlę i humanitarną śmierć. Jednak nie zastanawiamy się co czyni nas takimi optymistami w odniesieniu do sytuacji na fermach i w rzeźniach, skoro równocześnie nie daje się uchronić przed cierpieniem, często znacznym, psów i kotów przebywających w schroniskach. A przecież mają one dużo wyższy status w społeczeństwie niż krowy, świnie i kury.

Okazuje się, że przepisy dotyczące opieki nad bezdomnymi zwierzętami są wciąż niezadowalające. Jest też kłopot z wdrażaniem przepisów i ich kontrolą. Dochodzi do poważnych zaniedbań, a nawet do maltretowania psów i kotów w schroniskach, choć takie miejsca są dostępne dla inspektorów, wolontariuszy, ludzi przychodzących adoptować zwierzęta. W porównaniu ze schroniskiem, ferma i rzeźnia to miejsce dużo bardziej hermetyczne, dużo mniej dostępne. Krowy, świnie i kury (i parę innych gatunków) mają niski status w społeczeństwie wyrażającym automatyczną zgodę na pozbawianie ich życia. Jeśli nawet doszło do zaniedbań (np. głodzenia, nieleczenia ran czy złamań), wszelkie dowody znikną na dobre, gdy ciała pokrojone w zgrabne porcje wyjadą z ubojni. Skąd więc bierze się nasz optymizm?

A może przestać jeść mięso?

Niektórzy z nas postanawiają nie kupować mięsa, bo ono wymaga zabijania. Równocześnie decydują, że będą nadal kupować jaja i nabiał, bo to nie ich wina, że w końcu i tak rolnik te zwierzęta zabije. Są przecież organizacje prozwierzęce, które promują wegetarianizm i skupiają się przede wszystkim na mięsie. Dają do zrozumienia, że “mięso to morderstwo”, a mleko i jaja to taka opcjonalna sprawa – ktoś chce dalej jeść, niech robi co uważa, ktoś chce przestać je jeść, to ładnie z jego strony. Nie mówią wyraźnie, że mleko i jajka też są ściśle związane z zabijaniem zarówno przed sprzedażą produktu przez rolnika jak i po tym, gdy produkt trafi do sklepu.

W produkcji mleka najpierw giną cielęta płci męskiej urodzone, by krowa rozpoczęła laktację, a po paru latach ginie krowa, której płodność lub laktacje się zmniejszyły. W produkcji jaj najpierw giną jednodniowe kurczęta płci męskiej, które wykluły się obok kurcząt płci żeńskiej – przyszłych kur niosek, potem giną kury nioski, których produkcja się obniżyła i wreszcie giną też ich matki i ojcowie (w końcu kury nioski skądś się też wziąć muszą).

A może kupować produkty z certyfikatem?
Możemy wreszcie uwierzyć certyfikatom typu “jajka dwójki”, do czego namawiają nas hodowcy, reklamy, a nawet organizacje deklarujące działanie na rzecz zwierząt. Kupując produkty odzwierzęce z takim oznaczeniem możemy żyć w przekonaniu, że ograniczamy nasz udział w najgorszych praktykach wobec zwierząt. Z pewnością pomagają nam w tym materiały działające kojąco na nasze sumienie – zdjęcia zrelaksowanych kur z trawą w tle, czy cieląt leżących na czystej słomie. Nie wnikamy, czy pochodzą one rzeczywiście z ferm, które produkują żywność opatrując ją takimi certyfikatami. W większości przypadków jednak, okazuje się, że warunki życia zwierząt, z których powstały certyfikowane produkty, wyglądają zgoła inaczej niż sugerują to zdjęcia podsuwane nam pod nos.

Podsumowując, mamy wiele możliwości uprawiania schizofrenii moralnej. I to robimy. Chyba że ktoś uderzy w stół i powie: sprawdzam, albo gdy sami/same to zrobimy. Część z nas złapie się wtedy za głowę i powie: faktycznie, to co robię nie zgadza się z tym co myślę, co deklaruję. Z tego dylematu są dwa wyjścia: albo dopasowujemy deklarację do zachowania znajdując jakąś racjonalizację swojego zachowania (wierzymy ślepo w dobre przepisy prawa, w certyfikaty, “zapominamy” o tym, że zwierzęta są zabijane, rezygnujemy z jakiegoś produktu, np. mięsa i uważamy, że to załatwia sprawę) albo dopasowujemy swoje zachowanie do deklaracji i wybieramy weganizm.

Różne twarze szowinizmu gatunkowego
W dopasowaniu zachowania do deklaracji bardzo przeszkadza nam kulturowo mocno zakorzeniony szowinizm gatunkowy. Pojęcie to (“speciesism”) stworzył angielski psycholog Richard Ryder w 1970 roku, aby opisać postawę istniejącą od dawien dawna polegającą na przyzwoleniu na traktowanie zwierząt pozaludzkich gorzej niż ludzi tylko ze względu na fakt, że nie należą do naszego gatunku. W praktyce to “gorzej” oznacza najczęściej “bardzo, bardzo źle”. W praktyce zwierzę zostaje zepchnięte do roli przedmiotu czy maszyny, która ma służyć naszym celom.  Teoria ewolucji Darwina podpowiada nam co prawda, że my też jesteśmy zwierzętami, a biologia i etologia poznawcza, oraz własne doświadczenie mówią nam, że przynajmniej niektóre zwierzęta (bez wątpienia kręgowce – a więc, oprócz ssaków i ptaków, także płazy, gady i ryby) są zdolne do odczuwania bólu, strachu i cierpienia (nie mówiąc już o tym, że ich życie umysłowe jest dużo bogatsze niż te podstawowe kwestie), więc zdajemy sobie oczywiście sprawę, że jest różnica między świnią a fasolą, czy między krową a samochodem, ale wychowanie w szowinizmie sprawia, że albo nie wychodzimy poza naszą deklarację o niezadawaniu niepotrzebnego cierpienia, albo uzupełniamy ją sympatią kierowaną bardzo wybiórczo wobec niektórych zwierząt.

Zresztą i wobec zwierząt domowych potrafimy mieć bardzo przedmiotowy stosunek. Jeśli dla niektórych z nas pies Ares czy kot Gienek są rzeczywiście członkami rodziny, o których się troszczymy, to dla wielu takie zwierzęta będą kolejnym elementem wyposażenia, zabawką, gadżetem lub hobby. Wtedy zwierzęta będą dzielić się na przedmiot zainteresowania (domowe i dzikie) i przedmiot eksploatacji (gospodarskie, laboratoryjne). Pierwsza grupa będzie posiadana, obserwowana, podziwiana na żywo, druga będzie posiadana, konsumowana i podziwiana jako produkt spożywczy. Szowinizm gatunkowy będzie mieć wtedy dwie twarze – łagodną, protekcjonalną (która czasem może się skrzywić – gdy pozbywamy się gadżetu, który się zestarzał lub, gdy podziw dla dzikich zwierząt połączymy z polowaniem na nie i podziwianiem ich w formie trofeów na ścianie), oraz twarz obojętną wobec tych zwierząt, z których eksploatacji regularnie korzystamy (która musi mieć wsparcie ze strony dyskretnego zaplecza fermy i rzeźni, gdzie realna przemoc nie będzie męczyć naszych oczu i uszu). To ta obojętna twarz szowinizmu czyni największe spustoszenie. Uczymy się jej od dzieciństwa, dlatego ta postawa wydaje się tak naturalna i oczywista, a sprzeciw wobec niej wyolbrzymiony, radykalny i niepotrzebnie zakłócający spokój.

Uzgodnić deklarację z zachowaniem

Spokój ten jest jednak pozorny, a ofiary takiego podejścia realne i liczne. W samej Polsce to 800 milionów ptaków i ssaków rocznie i trudna do oszacowania liczba ryb (brutalne w rzeczywistości wędkarstwo też jawi się jako przyjemna forma spędzania czasu). Jeśli jednak przyjmiemy, że pies Ares i kot Gienek nie zasługuje na cierpienie i zabicie go z byle powodu, to trudno uciec przed wnioskiem, że krowy, świnie czy kury także na to nie zasługują. Podtrzymanie naszego stylu życia nie można uznać za wystarczająco ważny powód. Nasza deklaracja niezadawania niepotrzebnego cierpienia domaga się poważnego potraktowania. W rzeczywistości, domaga się weganizmu. Widać jak na dłoni, że nie jest on wyolbrzymioną czy niepotrzebną reakcją. Weganizm jest adekwatną odpowiedzią, wzięciem odpowiedzialności za własne słowa i za to, by nie płacić za cudze, niezawinione i niepotrzebne cierpienie.


 _____________________
Chcesz wiedzieć więcej?

- Na temat CMC - computer mediated communication przeczytałam ciekawą książkę M.Kamińskiej "Niecne memy. 12 wykładów o kulturze internetu" (link)