wtorek, 17 kwietnia 2018

Ile zwierząt ratuje weganin i czy jest to właściwe pytanie

Na różnych stronach internetowych czytamy, że weganin w ciągu roku ratuje tyle a tyle zwierząt. Wyliczenia różnią się od siebie zapewne biorąc pod uwagę inne dane wyjściowe. Chodzi oczywiście o zwierzęta, których weganin nie zje i o te, z których eksploatacji nie skorzysta jako osoba niejedząca nabiału i jajek.



Niezależnie od tego jak wypadnie ta statystyka, czy będzie to 100 czy 200 zwierząt, zasadniczo się z nią nie zgadzam. Powtórzę: nie zgadzam się z twierdzeniem, że weganin ratuje zwierzęta odmawiając szeroko pojętej konsumpcji produktów odzwierzęcych (jedzenia, odzieży, itp.). Lokalnie, weganin przestaje być źródłem popytu, pełna zgoda. Kiedy idzie do marketu, nie kupuje mięsa ani wędlin, zostawia na półkach kartony z mlekiem, jogurty, sery oraz jajka, to prawda. W sklepie obuwniczym nie kupuje skórzanych butów, i tak dalej.  Na podstawie dokładnego kwestionariusza jego życia sprzed przejścia na weganizm, można obliczyć ile produktów odzwierzęcych konsumował rocznie i jakie przełożenie miało to na ilość krzywdzonych i zabijanych zwierząt. A zatem możnaby na tej podstawie powiedzieć za krzywdę i śmierć ilu zwierząt rocznie już odpowiedzialny NIE jest teraz, kiedy jest weganinem. 

Niemniej, nie przekłada się to na proste stwierdzenie, że on-weganin czy ona-weganka tyle zwierząt de facto ratuje. Dlaczego? Odpowiedź jest dosyć prosta: świat, w którym żyjemy jest zbyt złożony, by mogłoby to być prawdą. Po pierwsze, nie żyjemy w świecie z pierwszej ręki. Nie jest tak, że nieweganin idzie do sąsiada po mięso, mleko i jaja, a sąsiad zabija i krzywdzi zwierzęta, bierze pieniądze i nieweganin dostaje to, po co przyszedł. Czasem tak się dzieje, gdy kupuje się bezpośrednio u rolnika, ale większość z nas, przez większą część czasu, w odniesieniu do większości produktów, kupuje z trzeciej, dziesiątej albo setnej ręki. Zarabia na tym nie tylko hodowca ale i wielu pośredników. Nawet kupując bezpośrednio u rolnika nieweganin nie jest jego jedynym klientem. Zresztą dlatego tak łatwo być nieweganinem i nie odczuwać żadnych wyrzutów sumienia. Ale to tak na marginesie. Zatem, gdy ów nieweganin, pewnego dnia przechodzi na weganizm, nie ratuje automatycznie zwierząt, za których krzywdę, cierpienie i śmierć wcześniej płacił. Nie bierze ich przecież do domu, pod swoją opiekę. Rolnik sprzeda swoje produkty innemu klientowi albo pośrednikowi. Łańcuch handlarzy, rzeźników, przetwórców, hurtowników i sklepów będzie działał nadal bez zarzutu dopóki odsetek wegan będzie niewielki, dopóki ci, którzy wycofali swój popyt i wyrażają sprzeciw wobec eksploatacji zwierząt, nie staną się nie tylko konsumencko ale i społecznie, obywatelsko i politycznie znaczącą grupą. 

Co zatem weganin robi? Robi to, co człowiek świadomy krzywdy zwierząt i jej przeciwny zrobić musi, jeśli nie chce żyć wypierając niewygodne fakty (niezaprzeczalny związek między produkcją jaj, mleka i mięsa, skór, wełny, futer itp. z krzywdą i zabijaniem zwierząt) lub „zapominając”, że eksploatowane kury, krowy, świnie czy owce to też zwierzęta, które krzywdy doznają tak samo jak psy czy koty. Weganin wycofuje swoje poparcie dla eksploatacji zwierząt. Nie chce za nią płacić. Opowiada się za prawami zwierząt, gdzie podstawowym prawem jest bycie traktowanym z szacunkiem (jak wyraził to filozof praw zwierząt Tom Regan) lub niebycie traktowanym jak czyjaś własność/rzecz (jak wyraża to filozof abolicjonistycznej teorii praw zwierząt Gary Francione). Faktycznie, nie da się połączyć szacunku wobec zwierząt ze zgodą na ich instytucjonalną eksploatację w sytuacji, gdy ma się wybór. 



Podkreślam kwestię wyboru, bo zdaję sobie sprawę, że wielu ludzi może wyboru nie mieć – na przykład jeśli żyją w warunkach, gdzie nie sposób uniezależnienić się od eksploatacji zwierząt (to bardziej dotyczy krajów rozwijających się), albo jeśli żyją uzależnieni od instytucji lub osób, które nie zamierzają dać im możliwości wyboru: bezdomni uzależnieni od darmowych posiłków, osoby w trudnej sytuacji ekonomicznej uzależnione częściowo od darów rzeczowych, uchodźcy w obozach dla uchodźców, więźniowie, czasem też pacjenci szpitali uzależnieni od szpitalnej diety, czy wreszcie dzieci rodziców, których wiedza na temat roślinnej kuchni ogranicza się do negatywnych stereotypów, albo dzieci rodziców, którzy nie mają żadnego problemu z eksploatacją wybranych zwierząt i wybór dziecka lub nastolatka zwalczają jako niezrozumiałą fanaberię lub objaw młodzieńczego buntu. Tak, są ludzie, którzy mimo przekonania, że zwierzęta nie zasługują na eksploatację, nie mają wyjścia i muszą czasowo lub stale z tej eksploatacji korzystać. 

Jednak założyciele pierwszego Towarzystwa Wegańskiego (Anglia, 1944 rok) od samego początku nie bujali w obłokach. Byli realistami do kwadratu.  Po pierwsze, widzieli krzywdę zwierząt tam, gdzie ona miała miejsce – nie tylko przy produkcji mięsa, ale także jaj i nabiału i wielu innych formach wykorzystywania zwierząt.  Po drugie, zdawali sobie sprawę, że żyjąc w świecie, gdzie eksploatacja zwierząt jest powszechna, nie da się od niej odciąć w 100 procentach. Dlatego, ze względu na ten podwójny realizm, odrzucili wegetarianizm jako kompletnie niewystarczający, i przyjęli weganizm z zastrzeżeniem, że należy go realizować w takim stopniu w jakim jest to możliwe i wykonalne, nie zaś "praktyczne i wygodne" – jak chcieliby niektórzy. Weganizmem nie jest zatem postawa flexi plexi – rano wegańskie śniadanie a po południu kurczak, bo tak mi się zachciało. Żeby mówić sensownie o sprzeciwie wobec eksploatacji zwierząt, musimy z jednej strony podejść realistycznie i przyznać, że weganizm nie oznacza życia „cruelty-free” a nawet nie jest to życie, w którym nikogo się nie krzywdzi (tak, żyjemy na ziemi). Z drugiej jednak strony, żeby nasz sprzeciw nie był gołosłowiem, nie może się kończyć tam, gdzie zaczyna się zachcianka, wkracza wygoda i przyzwyczajenie. Tak jak poparcie dla praw człowieka zobowiązuje do minimum przyzwoitości wobec innych ludzi (niekrzywdzenie) tak poparcie dla praw zwierząt zobowiązuje nas do minimum przyzwoitości wobec zwierząt (niekrzywdzenie, czyli weganizm).

Amerykański prawnik i filozof, twórca abolicjonistycznego podejścia do praw zwierząt Gary Francione od wielu lat postuluje, że weganizm powinien być traktowany jako moralna podstawa, punkt wyjścia w naszym stosunku do zwierząt, nie zaś zwieńczenie naszych starań w tym zakresie. W świecie, w jakim żyjemy, gdzie eksploatacja zwierząt jest powszechna i jako społeczeństwo powszechnie z niej korzystamy zanim jeszcze nauczymy się mówić i samodzielnie myśleć, taki postulat wydaje się radykalny. Jednak poddany refleksji okazuje się być rzeczywiście tym, czym jest w istocie – minimum przyzwoitości.



Skoro weganin nie ratuje zwierząt, to po co być weganinem? Czy nie jest to zatem gest czysto symboliczny, który równie dobrze można sobie odpuścić? Nie. weganizm każdego z nas z osobna, wszystkich tych, którzy deklarują, że zwierzę nie jest rzeczą i liczy się moralnie (w przeciwieństwie do pluszowego psa czy drewnianego krzesła) jest absolutnie niezbędnym krokiem każdego, kto w minimalnym stopniu chce zachować zgodność wyznawanych wartości (sprzeciw wobec krzywdzenia i eksploatacji zwierząt) i realizowanych czynów, ale także każdego, kto chce współtworzyć społeczeństwo, które oprócz seksizmu, rasizmu i innych form dyskryminacji wobec ludzi, odrzuci kiedyś także szowinizm gatunkowy i będzie dążyć do eliminacji eksploatacji zwierząt przynajmniej na poziomie systemowym, instytucjonalnym, ze szczególnym uwzględnieniem produkcji żywności i odzieży bez eksploatowania zwierząt. Utopia? Jeśli tak, to taka sama jak prawa człowieka – nigdy nie realizowane w pełni, w wielu aspektach i szczegółach kontrowersyjne, a jednak nieodzowne jako współczesny etyczny fundament społecznego życia.

Społeczeństwo odrzucające szowinizm gatunkowy i przyjmujące weganizm za właściwe minimum wobec zwierząt, nie będzie wspierać działalności polegającej na eksploatacji zwierząt, będzie ją na różne sposoby systemowo, instytucjonalnie i prawnie ograniczać tak, aby doprowadzić do jej eliminacji. Będzie za to wspierać roślinną produkcję żywności, produkcję odzieży bez skóry, wełny czy futra, rozrywkę bez wykorzystywania zwierząt i naukę bez eksperymentów na zwierzętach. W takim społeczeństwie w obiegu będzie coraz mniej produktów odzwierzęcych i ograniczać się będzie sytuacje, w których ludzie szanujący zwierzęta nie mieli dotychczas wyboru. Wegańskie stołówki dla bezdomnych, wegański catering w szkołach, szpitalach, więzieniach. Wegańskie dary rzeczowe dla potrzebujących. Wegańskie jedzenie w obozach dla uchodźców, edukacja dorosłych w zakresie zdrowego wegańskiego odżywiania dzieci, nastolatków i dorosłych. Wegańskie jedzenie tańsze, a nie droższe od niewegańskiego. Organizacje prozwierzęce promujące weganizm, bez mieszania go z wegetarianizmem. Antyszowinistyczne rozwiązania systemowe i edukacja społeczna świadomych obywateli i obywatelek.  

Takiego społeczeństwa nie zbudują nieweganie, ani reformatorzy niereformowalnego systemu masowej eksploatacji zwierząt. Nie można będąc konsumentem zwierząt walczyć o świat, w którym konsumpcję zwierząt mamy eliminować, podobnie jak nie da się walczyć o prawa kobiet równocześnie je molestując. Nie da się w sposób znaczący ograniczyć cierpienia w masowej eksploatacji zwierząt, nie mówiąc już o eliminowaniu z niego krzywdy i zabijania, które są dla takiego systemu niezbędne. Nie da się tkwić w szowinizmie gatunkowym i zarazem walczyć przeciwko niemu. To dwie sprzeczne tendencje, których nie sposób pogodzić. Dlatego społeczeństwo szanujące zwierzęta mogą stworzyć tylko weganie. Weganizm jest nie tylko moralnym minimum, ale jedyną nadzieją na przyszłość. W rosnącej grupie wegan otwarcie sprzeciwiających się każdej eksploatacji zwierząt (zamiast próbować ją reformować) rośnie potencjał do autentycznej społecznej zmiany. 



wtorek, 3 kwietnia 2018

Dlaczego nie poprę już kampanii przeciwko ubojowi rytualnemu

 Sytuacja polityczna rzeczywiście jest zła, bo zakaz uboju rytualnego zostanie połączony z antysemityzmem, a nie o to obrońcom zwierząt chodzi. Chodzi tylko i wyłącznie o zapobieganie cierpieniu zwierząt. Większość uboju rytualnego w Polsce przeprowadzana jest na eksport. Idealnie by było, gdyby Izrael sam zakończył kupowanie mięsa z uboju koszernego z Polski.
Tak napisano na jednym z profili eko/zwierzęcym udostępniając wpis Adama Szostkiewicza z Tygodnika Polityka na temat planowanego przez partię rządzącą PIS zakazu uboju rytualnego. Szostkiewicz podjął ten temat w kontekście nowelizacji Ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej, która w międzynarodowym odbiorze została zinterpretowana jako groźba karania kogokolwiek, kto napisze, że Polacy lub Państwo Polskie mogli mieć jakiś udział w krzywdzeniu Żydów. 

Nie wiem, kiedy powstał facebookowy profil, na którym napisano powyższe słowa, ale osoba go animująca pisze tak, jakby urodziła się wczoraj. O łączeniu sprzeciwu wobec uboju rytualnego z antysemityzmem nie należy mówić jak o ewentualności, która może się zdarzyć w wyjątkowych okolicznościach. Te dwie rzeczy w Polsce zawsze szły w parze, a antysemityzm nigdy się w Polsce nie skończył, choć od ostatniego systemowego wybuchu antysemityzmu minęło 50 lat. Antysemityzm nie pozostawał też wyłącznie na poziomie złego słowa. Za złymi słowami szły także i czyny, na przykład pogromy (choć każdy przyzwoity człowiek chciałby, żeby Jedwabne nigdy się nie wydarzyło, to – jak się okazuje – „Jedwabnych” było wiele). Jeśli więc znajdzie się temat, którym można negatywnie Żydów wyróżnić, to na antysemickie hasła długo nie trzeba będzie czekać.

Działania przeciwko ubojowi rytualnemu nieodmiennie przyciągają i mobilizują antysemitów, podsycają antysemityzm, ujawniają nieuświadomiony antysemityzm (dobrzy my kontra źli oni) lub są antysemickie aluzyjnie (odniesienia do zarabiania pieniędzy), dosłownie lub nawet arogancko i nienawistnie. Nie jest to więc kwestia złej sytuacji politycznej, jak sugeruje eko/prozwierzęcy profil na Facebooku. Nie jest to wyjątek, który zdarza się w określonych okolicznościach. Powiązanie tych dwóch kwestii w Polsce to nieunikniona reguła. 

1. Jak przejawia się antysemityzm?
Antysemityzm w Polsce ma wiele odsłon. Pogarda, nienawiść, przemoc werbalna i fizyczna, przekonanie o wyższości Polaków nad Żydami, a więc różne formy dyskryminacji, pojawiają się zarówno na poziomie jednostkowym, jak i organizacyjnym, a nawet w polityce Państwa. Piszę w czasie teraźniejszym, bo choć Żydów dziś w Polsce niewielu to końca antysemityzmu nie widać.

W różnych czasach przyjmował i przyjmuje różne formy. W latach 30 XX wieku było to na przykład getto ławkowe - pod wpływem organizacji takich jak Młodzież Wszechpolska czy ONR rektorzy szeregu polskich wyższych uczelni wyznaczali w salach wykładowych ławki, w których musieli siedzieć studenci żydowskiego pochodzenia. W 1937 roku getto ławkowe doczekało się zgody polskiego Ministra wyznań religijnych i oświecenia publicznego! 

Filozof i etyk Mirosław Tryczyk w swojej książce „Miasta śmierci” opisuje 15 miejscowości na Podlasiu, gdzie w  latach 1941-43 Polacy dokonali pogromów na swoich żydowskich sąsiadach. Autor w wywiadzie dla Gazety Wyborczej przyznał, że przygotowując się do napisania książki w archiwach, IPN i czytelniach znalazł 128 takich miejsc.

Pisarz Mikołaj Grynberg w świeżo wydanej książce „Księga Wyjścia”, rozmawia z wieloma polskimi Żydami o antysemickiej nagonce 1968 roku i wygnaniu z kraju parunastu tysięcy obywateli i obywatelek polskich tylko dlatego, że byli Żydami. Ludzie ci, głównie pokolenie urodzone podczas II Wojny Światowej lub niedługo po niej, doświadczali antysemityzmu ze strony Polaków. Żydowskie dzieci były wyzywane lub bite przez rówieśników, obraźliwe napisy pojawiały się na murach domów, gdzie mieszkali Żydzi, a wraz z rządową nagonką 1968 roku antysemityzm uniemożliwiał dostanie się na studia, powodował utratę pracy, ostracyzm społeczny. Najwyraźniej trauma ocalonych z Holokaustu, których rodziny zostały zdziesiątkowane przez nazistowskie Niemcy, nie zdołała wzbudzić w wielu Polakach współczucia lub choćby zwykłej przyzwoitości. Różnie potoczyły się losy wypędzonych i pozbawionych obywatelstwa. Jednym życie ułożyło się lepiej, innym gorzej. Dla wielu była to dotkliwie odczuwana krzywda i niesprawiedliwość, pozbawienie domu, skazanie na wiele lat poszukiwania nowego miejsca, gdzie mogliby poczuć się znowu „u siebie”. 

Bycie Żydem jest wciąż w podtekście rozumiane jako coś złego, czego ludzie mają się wstydzić. Stąd „wytykanie” osobom publicznym żydowskiego pochodzenia, tak jakby miało to oznaczać skazę, która ujawniona rzuci cień na człowieka i inni zobaczą, że nie jest on tak „w porządku” jak wcześniej się wydawało. Zapomina się przy tym, że wielu Żydów zmieniało nazwiska nie dlatego, że mieli coś do zarzucenia swojemu pochodzeniu, ale z lęku przed prześladowaniem i dyskryminacją. I nie były to lęki urojone. Wielu rozmówców Mikołaja Grynberga wspomina z jaką niechęcią i agresją spotykali się w polskiej szkole, gdy tylko głośno wymówili żydowskie imiona swoich rodziców.

Dziś Młodzież Wszechpolska i ONR mają się nad wyraz dobrze. 11 listopada 2017 roku, odbył się kolejny Marsz Niepodległości, którego organizatorem od 2011 roku jest Stowarzyszenie Marsz Niepodległości skupiające członków Młodzież Wszechpolska i Obozu Narodowo-Radykalnego. Jednym z powtarzających się symboli był krzyż celtycki wykorzystywany przez rasistów i neofaszystów jako symbol rzekomej wyższości białej rasy. Krzyż ten pojawił się nie tylko na flagach niesionych przez poszczególnych uczestników marszu. Znak łączący krzyż celtycki z orłem miała na czapkach straż marszu! Niesiono duże transparenty z rasistowskimi napisami np. Europa będzie biała albo bezludna". Organizatorzy zaprosili na marsz przedstawicieli jawnie neofaszystowskich organizacji z innych krajów. Art. 256 Kodeksu karnego penalizuje nawoływanie do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych czy ze względu na bezwyznaniowość. Niemniej, Telewizja Polska w przyjaznym tonie emitowała transmisję z marszu, a policja nie zareagowała ani na rasistowskie symbole, ani na hasła.  

Według ostatniej nowelizacji  Ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej: „Kto publicznie i wbrew faktom przypisuje Narodowi Polskiemu lub Państwu Polskiemu odpowiedzialność lub współodpowiedzialność za popełnione przez III Rzeszę Niemiecką zbrodnie nazistowskie (…) lub za inne przestępstwa stanowiące zbrodnie przeciwko pokojowi, ludzkości lub zbrodnie wojenne lub w inny sposób rażąco pomniejsza odpowiedzialność rzeczywistych sprawców tych zbrodni, podlega karze grzywny lub karze pozbawienia wolności do lat 3. Jak komentuje Adam Leszczyński z oko.press, choć działalność naukowa i artystyczna nie jest przestępstwem w rozumieniu tej ustawy, "to prokurator będzie decydował co jest nauką, a co publicystyką. Za tą drugą można pójść na 3 lata do więzienia. Badacze Holokaustu jednoznacznie uznają, że ustawa ta będzie miała efekt mrożący” – czyli zniechęcający do prowadzenia badań na temat zachowań Polaków wobec żydowskich sąsiadów podczas II Wojny Światowej.

2. Jak przejawia się antysemityzm w kampanii przeciwko ubojowi rytualnemu?
Podczas konferencji prasowych, które odbyły się pod koniec 2012 i na początku 2013 roku pod egidą opozycyjnego Ruchu Palikota, usłyszeliśmy narrację, w której dokonano podziału na „bestialskie”, „niehumanitarne” zabijanie - ubój rytualny i (domyślnie) „ludzkie”, „humanitarne” zabijanie – każdy inny ubój stosowany w Polsce. Malarka i pisarka Hanna Bakuła, która chyba ze względu na dosadność używanego języka wzięła udział w tej konferencji stwierdziła, że to wstyd, że w Polsce dzieją się takie rzeczy, bo jesteśmy „krajem w środku Europy”, a nie „prymitywnym ludem”. Podsumowując konferencję Robert Biedroń powiedział, że w badaniach opinii publicznej Polacy są w zdecydowanej większości przeciwni ubojowi rytualnemu, w Europie Polacy opiekują się największą ilością zwierząt. Dodał też: „my mamy naprawdę olbrzymie serce jeżeli chodzi o zwierzęta, dlatego – zaapelował – zróbmy wszystko, aby ograniczyć ten niemoralny, bestialski, niehumanitarny proceder, który odbywa się na naszych oczach w Polsce.” W kampanii przewijało się odmieniane przez wszystkie przypadki słowo „cywilizowany”, którym określano standardowy ubój nierytualny. 

Ci źli oni kontra ci dobrzy my
Żeby zobaczyć co się tu tak naprawdę dzieje, trzeba przez chwilę odwrócić uwagę od brutalnych zdjęć i filmów, którymi epatuje ta kampania. Zamiast tego, trzeba skupić się na faktycznych implikacjach narracji jaką nam się proponuje. Otóż wyłania się z niej świat pęknięty na dwie części – sugeruje się nam, że po jednej stronie mamy niehumanitarne traktowanie zwierząt, które jest wręcz bestialstwem i może być uprawiane tylko przez niecywilizowane „prymitywne ludy”, zaś po drugiej stronie mamy humanitarne, ludzkie traktowanie zwierząt przez cywilizowany, kochający zwierzęta naród. Tak się składa, że zgodnie z narracją tej kampanii ci pierwsi to Żydzi i ewentualnie mała grupa chciwych Polaków, ci drudzy to po prostu Polacy, którzy - umówmy się, że w tej opowieści – raczej Żydami równocześnie być nie mogą. Trudno nie odnieść wrażenia, że sugeruje się nam, że jedni są źli, a drudzy dobrzy, jedni krwiożerczy, a drudzy gołębiego serca. Tak właśnie tworzy się stereotypową, dyskryminującą narrację. Tak, między innymi, wygląda antysemityzm.

Ubój rytualny, nierytualny ubój bez ogłuszenia, ubój prawdopodobnie z ogłuszeniem, choć niekoniecznie
Dlaczego ta spolaryzowana narracja jest całkowicie nieprawdziwa? Nie dlatego, że ubój rytualny jest czymś dobrym, ale dlatego, że po drugiej stronie lustra nie czeka na zwierzęta nic dobrego. Czy każdy inny niż rytualny ubój w Polsce musi być z ogłuszeniem? Nie. W uboju domowym nie ma nakazu ogłuszania zwierząt niekopytnych, takich jak ptaki, króliki, czy ryby. Czy ubój, w którym prawo wymaga ogłuszenia, zawsze odbywa się z ogłuszeniem? Śmiem wątpić. Dlaczego? Po pierwsze, ubój to zjawisko masowe. Dotyczy ponad 800 milionów zwierząt lądowych rocznie, które niekoniecznie spokojnym i zrównoważonym krokiem podstawiają głowę do ogłuszenia. Odbywa się z użyciem ogromnej ilości sprzętu, z którego jakością, działaniem i naprawianiem bywa różnie. Po drugie, bierze w nim udział duża grupa ludzi, od których praca ta wymaga przemocy i braku wrażliwości – jak w związku z tym mieliby wykonywać ubój ostrożnie i z wyczuciem? Myślę, że rozsądnie jest domniemywać, że nierzadko zwierzęta dodatkowo padają ofiarą ich frustracji i agresji. 

Kim są dla nas zwierzęta, których dotyczy/dotyka ubój?
Każdy wie jak wygląda życie psów w schroniskach – a pies rzekomo jest uznawany w Polsce za przyjaciela człowieka. Z różnych względów, w tym także systemowych, finansowych czy traktowania schroniska jako kolejnego biznesu, dochodzi w schroniskach do zaniedbań, a nawet do okrucieństwa. Jaką pozycję, w przeciwieństwie do psów, mają w Polsce krowy, świnie czy kury? W zasadzie są traktowane jak wciąż żywe mięso czekające na ubój i konsumpcję. Jest nawet na to branżowe słowo – żywiec rzeźny. Skąd więc pomysł, że skoro nawet przyjaciele człowieka mają smutne życie w schroniskach to nagle rzeźnie mają okazać się dla krów, świń i kur oazą humanitaryzmu za sprawą nakazu ogłuszenia ich przed zabiciem? 

Gdzie odbywa się ubój?
Co więcej, ubój odbywa się w zamkniętych ubojniach, nie na otwartych placach. Nawet jeśli ubój jest powszechnie dostępny kochającym zwierzęta Polakom, jak ma to miejsce w sklepach przed katolickimi (oops) Świętami Bożego Narodzenia, to większość z osób odwiedzających markety miała niejedną okazję zobaczyć jak to wygląda. Niezorientowanym podpowiem, że odbywa się z naruszeniem prawnie wymaganych standardów dotyczących przetrzymywania i sprzedaży karpi, skutkując ogromnym cierpieniem milionów zwierząt. I co? I pstro. Mimo tego, że dzieje się praktycznie na oczach wszystkich, proceder trwa w najlepsze i jakiekolwiek ewentualnie wymierzone kary nawet nie musną ogromnych zysków uzyskiwanych z takiej sprzedaży, która „oszczędnościowe” sposoby przetrzymywania ryb łączy z postawą „nasz klient, nasz pan” – jak chce żywego karpia w reklamówce to go dostanie (i zabije dokładnie tak jak będzie miał na to ochotę już w domu). 

Co przed ubojem?
Ja tu tylko o uboju, a przecież trzeba się cofnąć w etapach produkcji i zobaczyć transport z ferm do rzeźni, a wcześniej życie zwierząt na fermach, wszystkie praktyki zwiększające wydajność kosztem cierpienia zwierząt, które realizuje się wobec krów „mlecznych’, kur „niosek”, „tuczników”, „brojlerów”, itp. 

Utknęliśmy na pytaniu "JAK krzywdzić zwierzęta?"
Ja tu o produkcji jaj, mleka i mięsa, jakby to były niezbędne produkty i jakbyśmy byli postawieni wyłącznie przed wyborem JAK zrobić krzywdę zwierzętom, żebyśmy mogli przetrwać, a tu przecież od wielu lat wiadomo, że można żyć zdrowo na diecie roślinnej. Nie potrzebujemy tego całego zaplecza cierpienia i rzeźni, żeby zaspokajać nasze zapotrzebowanie na składniki odżywcze, jeść to czego nam potrzeba i robić z tego naprawdę fajną, sycącą i smaczną kuchnię. 

Humanitaryzm – czyli jak robić krzywdę bez wyrzutów sumienia
O jakim humanitaryzmie mówią więc ci, którzy uczepili się ogłuszenia jako dowodu na humanitaryzm? O jakim humanitarnym traktowaniu można mówić w momencie, gdy robi się zwierzęciu niezasłużoną i niepotrzebną krzywdę? O jakim humanitaryzmie można mówić w sytuacji, gdy wspiera się system, który powołuje na świat kolejne i kolejne miliony zwierząt tylko po to, żeby je wykorzystać dla mleka i jaj a następnie zabić lub, żeby je utuczyć i zabić na mięso, podczas gdy mleko, jaja i mięso to produkty zbędne? O jakim osiągnięciu cywilizacyjnym można mówić, gdy z taką łatwością i nonszalancją uspokajamy własne sumienie w obliczu krzywdy i przemocy jaką zadajemy na tak olbrzymią skalę?

Narracja stwarzająca sztuczny podział na „humanitarny” ubój z ogłuszeniem i „bestialski” ubój rytualny jest co najmniej dowodem na ignorancję, jeśli nie na głębokie zakłamanie. To, że jest tak głęboko nieprawdziwa, czyni ją jeszcze bardziej antysemicką. 

Religia i pieniądze, czyli stereotyp Żyda
Dodatkowo, w trakcie kampanii sformułowano dwa wzajemnie nawiązujące do siebie zarzuty. Po pierwsze, za oburzające uznano, że religia ma być ważniejsza od dobra zwierząt. Po drugie, powtarzano wielokrotnie, że w ubój rytualny to tak naprawdę dobry biznes. Religia, którą tutaj miano na myśli, to przede wszystkim judaizm, choć teoretycznie dotyczy to także islamu. Zarzuty religia + pieniądze nawiązują do siebie dlatego, że w polski stereotyp Żyda mocno wpisany jest judaizm (najlepiej ortodoksyjny), chciwość i koncentracja na zarabianiu pieniędzy. Choć popyt na mięso z uboju rytualnego wychodzi od praktykujących Żydów i muzułmanów, a podaż ma być zapewniana od polskich (czytaj nieżydowskich) przedsiębiorców, to wydaje mi się, że dorzucenie do dyskusji tematu pieniędzy, chciwości i pazerności na pieniądze musi być związane z podsycaniem stereotypu, być może na takiej zasadzie, że ściśle współpracujący z Żydami polscy przedsiębiorcy sami nabierają podobnych do stereotypu Żyda cech. 

Dlaczego tak myślę? Z prostego powodu – KAŻDA produkcja jakiegokolwiek produktu odzwierzęcego – mięsa, mleka, jaj, skóry, wełny czy futra – to dla producentów biznes i zarabianie pieniędzy. Nie robią tego dla przyjemności, chwały ani z powołania. Dlaczego więc nagle w przypadku uboju rytualnego formułuje się i często powtarza zarzut o chęć zarabiania pieniędzy? Ponadto, KAŻDA religia monoteistyczna, nie tylko judaizm i islam ale i chrześcijaństwo, w swoim głównym nurcie podtrzymuje hierarchię, w której człowiek ma prawo eksploatować zwierzęta niezależnie od tego, czy jest to konieczność czy po prostu ludzka wola. Dlatego dla każdej z tych religii nieistotne są dowody naukowe potwierdzające możliwość zaspokajania ludzkich potrzeb (w szczególności jedzenia) za pomocą produktów wyłącznie roślinnych. Stowarzyszenia dietetyków mogą sobie wydawać stanowiska popierające dietę roślinną, a papież, księża, rabini i imamowie nie muszą się tym w ogóle interesować. Co więcej, każda religia wytwarza swoje rytuały lub przetwarza na swoje potrzeby już istniejące tradycje, np. tradycyjne dania z produktów odzwierzęcych. W okolicy ważnych dla danej religii świąt pojawia się wzmożony popyt a to na jajka, a to na karpie, a to na jagnięcinę (podaję przykłady z bardziej znanego mi, katolickiego, kręgu kulturowego), a co za tym idzie, wzmaga się intensywność podaży, za którą stoi cierpienie zwierząt i pozbawianie ich życia (tak, kury nioski też trafiają do rzeźni). Nie ma więc szczególnego związku między judaizmem a cierpieniem zwierząt czy okrucieństwem wobec nich. Dlaczego więc nagle w przypadku uboju rytualnego formułuje się zarzut, że religia staje się ważniejsza od dobra zwierząt? 



 3. „Obrońcy zwierząt” skupiający się wokół tematu uboju rytualnego to różnorodna grupa, nie tylko pod względem stosunku do Żydów, ale też stosunku do zwierząt:
  • Niektórzy aktywiści twierdzą, że są przeciwni cierpieniu zwierząt i proponują równocześnie rozwiązanie polegające na tym, że Izrael zrezygnuje z kupowania mięsa z uboju rytualnego z Polski. Czy zapobiegnie się cierpieniu jeśli Izrael zacznie kupować takie mięso z innego kraju?
  • Są aktywiści, którzy deklarują sprzeciw wobec uboju rytualnego ze względu na niepotrzebne cierpienie zwierząt, a równocześnie w swojej działalności nigdy nie sprzeciwiali się „zwykłej” (nierytualnej) eksploatacji zwierząt na mięso, mleko czy jaja. Przecież powinni wiedzieć, że takie produkty nie są ludziom potrzebne do życia i zdrowia, więc całe cierpienie związane z ich produkcją też jest niepotrzebne.
  • Są i tacy aktywiści, którzy próbują udowodnić, że ubój rytualny to taka forma zadawania cierpienia zwierzętom, która nie jest godna „cywilizowanego” kraju (cokolwiek to znaczy). Ciekawa jestem jakie kryteria cywilizacji stosują? Najwyraźniej dość arbitralne. Dlaczego na miano cywilizowanej eksploatacji miałyby zasługiwać takie praktyki jak głodzenie zwierząt, by wymusić kolejny cykl eksploatacji („przepierzanie” u kur w produkcji jaj), trzymanie w bezruchu przez całe tygodnie zwierząt po to, by były de facto żywymi maszynami do odkarmiania młodych (kojce porodowe w produkcji wieprzowiny), itp. – to tylko pierwsze z brzegu przykłady? Dlaczego lubimy mówić, że miarą cywilizacji jest sposób w jaki traktujemy zwierzęta, po czym traktujemy zwierzęta jak rzeczy lub maszyny?
  • Są też „pragmatyczni” aktywiści, którzy z jednej strony są weganami, a z drugiej strony postanawiają brać udział w takich kampaniach i zostawiać swój weganizm „w domu”, spychając go do roli prywatnej preferencji, w celu załatwienia bieżącej sprawy. Zastanawiam się czasem dokąd dojdziemy, jeśli weganizm będzie regularnie spychany do takiej właśnie roli, zamiast stawać się kwestią równie publiczną co feminizm czy sprzeciw wobec rasizmowi i inne działania na rzecz praw człowieka.

 4. Dlaczego antysemityzm jest nieuchronnie związany z kampanią przeciwko ubojowi rytualnemu w Polsce?
Po pierwsze, tak jak pisałam wcześniej, antysemityzm nigdy w Polsce nie umarł. Dlatego jeśli znajdzie się negatywny temat, który dotyczy stricte Żydów, szybko znajdą się ludzie, dla których będzie to doskonały pretekst, żeby wyrazić swój antysemityzm. Ci sami ludzie nie ruszyliby palcem, gdyby ten temat Żydów nie dotyczył, lub sprzeciwialiby się mu bez wyrażania ksenofobii. Tak jest choćby w przypadku kampanii przeciwko produkcji stłuszczonych wątrób kaczych i gęsich. Francuska specjalność, która jeśli znajduje krytyków, to nie wzbudza równocześnie frankofobii.

Po drugie, kampania przeciwko ubojowi rytualnemu jest kampanią, która rozgrywa się według schematu dla kampanii jednotematycznej opisanego przez amerykańskiego prawnika i filozofa Gary’ego Francione’a, autora abolicjonistycznego podejścia do praw zwierząt. Francione w działaniach prozwierzęcych wyróżnia tzw. kampanie jednotematyczne, których celem jest załatwienie jednej sprawy: zmiana prawa zakazująca jakiejś praktyki stosowanej w eksploatacji zwierząt np. przycinania dziobów świeżo wyklutym kurkom w produkcji jaj, wyrywania kłów bez znieczulenia prosiętom w produkcji wieprzowiny, itp. lub zmiana prawa, która w praktyce ma doprowadzić do lokalnego zlikwidowania jakiejś branży, np. ferm futrzarskich czy cyrków ze zwierzętami. Kampania przeciwko ubojowi rytualnemu jest jedną z takich kampanii jednotematycznych – chodzi tu zakaz praktyki polegającej na uboju bez ogłuszania. 

Francione, propagujący prawa zwierząt i weganizm jest przeciwny kampaniom jednotematycznym (między innymi) właśnie dlatego, że praktycznie zawsze odbywają się według schematu, który wyróżnia wybrany do kampanii temat jednocześnie spychając w niebyt inne tematy, lub wręcz sugerując, że praktyka będąca przedmiotem kampanii to samo zło, podczas gdy inne praktyki (krzywdzenia) wobec zwierząt są w porządku. Jak to się dzieje? Francione wyjaśnia, że dzieje się to za sprawą praktycznej organizacji kampanii, która dla rozkręcenia się i działania potrzebuje zawiązania się koalicji osób i podmiotów. 

Jak wskazałam już wyżej, osoby, a więc także i podmioty, tworzące koalicję działającą na rzecz zakazu uboju rytualnego to grupa o bardzo różnych poglądach na temat zwierząt i ich eksploatacji. W żadnym wypadku nie charakteryzuje ich wspólny sprzeciw przeciwko eksploatacji zwierząt jako takiej. Przeciwnie, szereg osób eksploatację zwierząt akceptuje ją i z niej korzysta jedząc mięso, nabiał i jaja, nosząc skórę, wełnę czy (rzadziej) futra, a nawet czasem na niej zarabia (głośna przeciwniczka uboju rytualnego ma restaurację, w której sprzedaje dania z mięsa, nabiału i jaj). 

Koalicja polega jednak na tym, że musi działać razem. Skoro podejście do zwierząt i ich eksploatacji jest wśród koalicjantów tak różne, to ostatecznie wspólny mianownik jest najmniejszy z możliwych – jest nim temat kampanii. Wszyscy razem są przeciwni tylko jednej praktyce – ubojowi rytualnemu. Koalicjanci akceptujący inne formy eksploatacji nie tylko nie doznają żadnej krytyki ze strony stanowiących część koalicji pragmatycznych wegan, którzy schowali swój weganizm do kieszeni. Koalicjanci akceptujący inne niż ubój rytualny praktyki eksploatacji zwierząt włączają je w retorykę kampanii. Przeciwstawiają je ubojowi rytualnemu. Dlatego słyszymy, że ubój rytualny jest „bestialski”, a ubój z ogłuszeniem jest „humanitarny”, znaczy w porządku. Dlatego nie usłyszymy żadnej krytyki uboju z ogłuszeniem. Dlatego nie dowiemy się, że generalnie z eksploatacją zwierząt jest coś nie tak. Po prostu nie możemy tego usłyszeć od takiej koalicji.



Weganie, którzy z jakichś względów postanawiają dołączyć do kampanii nie chowając weganizmu do kieszeni, lecz mówiąc, że ubój rytualny jest tylko jedną ze złych rzeczy, które dzieją się, gdy jest zgoda na eksploatację zwierząt, stanowią nieistotny dla tej kampanii margines. Nie mogą stać się istotnym głosem, bo zagroziliby koalicji obrażając koalicjantów.

Zgadzam się z diagnozą Francione’a. Zbyt wiele lat działam w temacie praw zwierząt, zbyt wiele widziałam, by nie zgadzać się z jego konkluzjami. Byłam częścią tego marginesu, który próbował nadać inny ton działaniom paru kampanii jednotematycznych, w niewielkim zakresie również w temacie uboju rytualnego. 

Wiem, że sam fakt uczestnictwa w kampanii przeciwko ubojowi rytualnemu nie jest równoznaczny z byciem antysemitą. Niemniej, znając polskie realia, raz za razem wychodzący na światło dzienne antysemityzm i dynamikę kampanii jednotematycznych opisywaną przez Gary’ego Francione’a, nie mam już dziś żadnych złudzeń, że taka kampania, nie dość że nie służy zwierzętom, to przyciąga, podsyca, a nawet generuje antysemityzm. Dlatego odradzam branie w niej udziału.

----------------
Czytaj dalej:
  • Wywiad z Mirosławem Tryczykiem na temat książki „Miasta śmierci” (LINK)
  • O nowelizacji Ustawy o IPN (LINK)
  • O hasłach i symbolach na Marszu Niepodległości (LINK)
  • Konferencje prasowe w Sejmie (LINK, LINK)
  • Stanowisko Academy of Nutrition and Dietetics (dawniej American Dietetic Association) na temat diet wegetariańskich (w tym diety wegańskiej) (LINK)
  • List otwarty przeciwko planowanej na 14 kwietnia 2018 roku V Pielgrzymce Środowisk Narodowych na Jasną Górę, organizowanej przez Młodzież Wszechpolską, Obóz Narodowo-Radykalny i Ruch Narodowy (LINK)




poniedziałek, 12 marca 2018

Uniwersalny zegar przemocy tyka

Przemoc wobec kobiet
Co 40 sekund jakaś kobieta w Polsce doświadcza aktu przemocy. Co 2,5 doby przemoc w rodzinie prowadzi do śmierci kobiety. Co 7 minut na Policję trafia zgłoszenie dotyczące przemocy w rodzinie. To „zegar przemocowy”, który swoim tykaniem przypomina, że o prawa kobiet w Polsce trzeba wciąż walczyć, także w obronie ich zdrowia i życia. Opracowała go prof. Beata Gruszczyńska z Katedry Kryminologii Uniwersytetu Warszawskiego.

Według badań poświęconych przemocy wobec kobiet przeprowadzonych w Polsce w 2012 roku z inicjatywy FRA (Agencji Praw Podstawowych Komisji Europejskiej) wynika, że co trzecia kobieta była w swoim życiu ofiarą przemocy ze strony mężczyzny, w ciągu roku przemocy doznało 6% kobiet, czyli 800 tysięcy kobiet w wieku 18-69 lat. Co szósty przypadek to przemoc ze strony partnera kobiety. Tylko 30% aktów przemocy zostało zgłoszonych Policji. 

Prawo
Amnesty International zachęca do podpisania petycji „Polska wolna od przemocy wobec kobiet” skierowanej do Premiera, Sejmu i Senatu oraz do Pełnomocnika Rządu ds. Społeczeństwa Obywatelskiego i Równego Traktowania. Petycja domaga się wdrożenia podpisanej i ratyfikowanej przez Polskę Konwencji Rady Europy o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej z 11 maja 2011 roku. W polskim prawodawstwie wciąż brakuje definicji przemocy ekonomicznej, właściwej definicji gwałtu opartej na braku świadomej zgody na akt seksualny oraz skutecznych mechanizmów izolowania sprawców przemocy od osób narażonych na przemoc. 

Przemoc domowa, w tym przemoc fizyczna, psychiczna, seksualna czy wciąż niedostrzegana przez nasze prawo przemoc ekonomiczna, to tylko jeden z aspektów dyskryminacji kobiet. Ta dyskryminacja nie zaczyna się w domu i w domu się nie kończy. Społeczeństwo podtrzymuje i rozprzestrzenia szkodliwe stereotypy nie tylko w sferze prywatnej, ale także w edukacji szkolnej (w zeszłym roku usunięto wymóg edukacji antydyskryminacyjnej), w środowisku pracy, gdzie im wyższy szczebel tym mniej kobiet, oraz w polityce, gdzie wciąż chyli się czoła przed najbardziej patriarchalną i zmaskulinizowaną organizacją na świecie – Kościołem Katolickim.

Prawa kobiet
W Dniu Kobiet kobiety mówią o prawach kobiet i zmagają się z niekończącymi się próbami narzucania im męskiej, często seksistowskiej a nawet mizoginistycznej narracji. Akcja #MeToo, czy sprzeciw wobec zaostrzeniu już i tak restrykcyjnego prawa dotyczącego dostępu do aborcji pojawiły się przecież w wyniku wciąż istniejącej kultury uprzedmiotowienia kobiet, gdzie kobiety mają zaspokajać cudze potrzeby, cudze ambicje i cudze pragnienia.

Prawa zwierząt
Jak pisze dr hab. prof. Dorota Probucka w swojej książce "Filozoficzne podstawy praw zwierząt" "propagowanie od końca lat siedemdziesiątych XX wieku idei praw zwierząt ma pewien związek z postmodernistyczną falą praw czwartej generacji postulującą ochronę różnych, dotychczas deprecjonowanych grup. Dyskryminacja ta dotyczy między innymi rasy, płci, orientacji seksualnej albo wieku. Stąd postulowane prawa kobiet, dzieci, osób niepełnosprawnych, homoseksualistów." 

Faktycznie twórcy filozoficznych podstaw praw zwierząt, Tom Regan czy Gary Francione, nawiązują do kryteriów dyskryminacji wewnątrzgatunkowej, czyli dyskryminacji ludzi przez innych ludzi, i wskazują, że kolejnym arbitralnym kryterium na podstawie którego dochodzi do dyskryminacji, obok rasy, płci, orientacji seksualnej i wieku jest przynależność gatunkowa. Skoro bowiem przynajmniej niektóre zwierzęta – te zdolne do odczuwania – posiadają podobny do ludzi interes w tym, by wieść swoje życie i unikać negatywnych doświadczeń (bólu i cierpienia), to podobne interesy powinniśmy traktować podobnie, bez względu na to czy mówimy o interesie człowieka czy krowy. Tego wymagają podstawowe zasady sprawiedliwego, równego traktowania. I jeśli mówimy „masz prawo do życia człowieku, ale nie masz prawa do życia krowo”, to stosujemy szowinizm gatunkowy. Kiedy tworzymy system eksploatacji zwierząt polegający na odmówieniu im prawa do życia i unikania bólu i cierpienia, system, który de facto polega na zadawaniu bólu, cierpienia i zabijaniu zwierząt, uczestniczymy w systemowym, zinstytucjonalizowanym szowinizmie gatunkowym.

Wzajemne zasilanie się dyskryminacji
Różne formy dyskryminacji wzajemnie się karmią i podsycają. Relację wspierania się seksizmu i szowinizmu gatunkowego w zachodniej kulturze patriarchalnej opisała blisko 30 lat temu w swojej wciąż aktualnej książce „The Sexual Politics of Meat” amerykańska feministka i weganka Carol J. Adams. Opisała i zilustrowała przykładami jak procesy uprzedmiotowienia, kawałkowania i konsumpcji przejawiają się zarówno w seksistowskim podejściu do kobiet jak i w szowinistycznym podejściu do zwierząt ułatwiając przemoc fizyczną, psychiczną i symboliczną. Zarówno zabite już i pokawałkowane zwierzęta  przedstawiane w seksualizowanej formie jak i kobiety prezentowane jako atrakcyjny towar, poddane tym procesom, stają się przedmiotami konsumpcji, obiektami bez biografii i indywidualności.

Sexual politics of meat - po polsku [zdjęcie z sieci]
Amerykański historyk Charles Patterson w swojej książce "Wieczna Treblinka" twierdzi, że udomowienie, eksploatacja i uprzemysłowienie eksploatacji zwierząt były (i są) sposobem w jaki ludzie przećwiczyli dominację stosowaną następnie wobec innych ludzi. Nazywanie wrogów nazwami zwierząt, szczególnie tych zaliczanych do kategorii "szkodnik" często poprzedza akty agresji fizycznej i ludobójstwa.

Niestety także w ruchu prozwierzęcym dochodzi do dyskryminującego, pełnego pogardy i nienawiści traktowania ludzi – seksizm (nienawistne portretowowanie kobiet w kampaniach antyfutrzarskich) czy rasizm (ubliżanie Azjatom w kampaniach przeciwko zabijaniu psów na mięso, Żydom w akcjach przeciwko ubojowi rytualnemu). W działających już jak korporacje dużych organizacjach miała swoją odsłonę, na razie w USA, akcja #MeToo, o czym pisze także dziś Carol J.Adams. Socjolożka, feministka i weganka Correy Lee Wrenn zauważa problem takiej dyskryminacji. Opisuje i krytykuje utrwalanie wizerunku kobiety-gadżetu/przedmiotu w wielu akcjach amerykańskiej organizacji PETA. Wrenn, na szczęście nie ona jedyna, podkreśla konieczność podejścia intersekcjonalnego w walce o prawa zwierząt, czyli takich działań, które za oczywistość przyjmują, że skoro ruch na rzecz praw zwierząt jest ruchem na rzecz sprawiedliwości społecznej, musi w swoich działaniach uwzględniać prawa człowieka. Nie ma sensownej walki o prawa zwierząt, kiedy równocześnie depcze się po prawach człowieka. 

Chcemy prawa zwierząt do szacunku takiego jakie mają ludzie, szanujmy ludzi. Nie chodzi o szacunek za zasługi, lecz poszanowanie podstawowych praw, w tym wolności od dyskryminującego traktowania. 



W ciągu 60 sekund w ubojniach w Polsce zabija się 1522 zwierzęta. Żadne z tych zdarzeń nie zostanie zgłoszone na Policji. Ustawa o ochronie zwierząt na to pozwala. Wolno odbierać życiae ponad 800 milionom czujących zwierząt lądowych (np. kur, świń, krów) rocznie i nikt nie wie dokładnie jakiej liczbie czujących zwierząt wodnych (ryb) w ramach systemowej eksploatacji, która jest oficjalną formą brutalnej i butnej dyskryminacji: my ludzie stawiamy na piedestale naszą chęć prowadzenia określonego stylu życia, choć moglibyśmy go zmodyfikować; godzimy się, że cenę za to płacą zwierzęta wystawiane na ból, cierpienie i śmierć. Ludzie zaangażowani w walkę o prawa zwierząt i promocję weganizmu jako niezbędnej podstawy w naszej relacji ze zwierzętami mają co robić. 

Walcząc z dyskryminacją nie dyskryminujmy
Jednak w ferworze działań prozwierzęcych odpowiedzialnym aktywistom nie wolno zapominać o różnych formach wciąż żywej dyskryminacji ludzi. Skoro co 40 sekund jakaś kobieta w Polsce doświadcza aktu przemocy, nie można odtwarzać kolejnych mizoginistycznych aktów przemocy (nawet symbolicznie) w kampaniach antyfutrzarskich (nie mówiąc już o tym, że nie ma różnicy między futrem a skórą). Skoro Polska nigdy nie uwolniła się od antysemityzmu, co w ostatnim czasie staje się ponownie mocno odczuwalne, każdy kto zechce angażować się w akcje przeciwko ubojowi rytualnemu i drastycznie go przeciwstawiać „standardowemu” ubojowi (zamiast pokazywać, że żaden ubój nie jest ani humanitarny ani etyczny) musi zdać sobie sprawę, że będzie mieć swój udział w sianiu rasowej nienawiści. 

Prawa zwierząt są i mam nadzieję, że będą zawsze związane z prawami człowieka. Są ruchem na rzecz sprawiedliwości społecznej. Włączając w działania prozwierzęce seksizm czy rasizm, zaprzeczamy sprawiedliwości i tworzymy coś na kształt klubu uprzywilejowanych, którzy pod swoją opiekę biorą po prostu ulubioną grupę pupili.

------

Czytaj dalej
  • Renata Durda "Świadek przemocy w bliskich relacjach. Co robić, aby nie zaszkodzić sobie i innym" w: Akademia Praw Kobiet - wykłady o przemocy wobec kobiet, Fundacja Feminoteka, Warszawa 2015
  • Prof. Beata Gruszczyńska, Uniwersytet Warszawski, Katedra Kryminologii i Polityki Kryminalnej, Instytut Wymiaru Sprawiedliwości "Kobieta-ofiara przestępstw w badaniach kryminologicznych" - Konferencja "Pomoc kobietom ofiarom przestępstw" Sejm RP, 5 marca 2013
  • Petycja Amnesty International (LINK)
  • "Fabryka patriotów. PiS wyrzuca edukację antydyskryminacyjną ze szkół", Agata Czarnacka, wyborcza.pl, 3 lipca 2017 (LINK)
  • Więcej o książce „The Sexual Politics of Meat” (LINK
  • Blog Correy Lee Wrenn (LINK
  • "Humane Society CEO resigns amid sexual harassment allegations" w- politico.com (LINK



niedziela, 25 lutego 2018

Nieuchwytna

"Po brawurowej ucieczce przez miesiąc skutecznie unikała ujęcia" - donosił Polsatnews

"Uciekła i jest nieuchwytna"  - "Jej tropiciele oceniają, że jest szybka i świetnie radzi sobie w zaroślach" - "Na miejsce pojechał weterynarz z myśliwym, którzy mieli zatrzymać zwierzę" - "Krowie udało się zbiec podczas próby załadunku do transportu" – informował TVP Info.

Z podziwu nie mógł wyjść polityk Paweł Kukiz, który – jeszcze przed śmiercią zwierzęcia - nazwał krowę „bohaterką” i „twardzielką”. Na swoim Facebooku pisał, że "uciekała bohatersko i wpław przedostała się na wyspę (...) nie uległa strażakom i wciąż trwa na polu walki". Kukiz przyznał się, że nie jest wegetarianinem, ale "hart ducha i wola walki o życie tej krowy jest nie do przecenienia". Postanowił "dać jej gwarancję" dożycia emerytury i naturalnej śmierci w gospodarstwie agroturystycznym.

Gdy było już po wszystkim, Strefa Agro obwieściła, że "złapana po kilkugodzinnej obławie ze stresu padła w transporcie”.

Bohaterka narodowa, ukrywająca się w lesie partyzantka, inteligentny zbieg z transportu do celi śmierci, a może bohaterka spaghetti westernu? Tak snuto opowieść o hodowanej na mięso krowie rasy Limousine, która nie dość, że uciekła ze skupu, gdzie hodowcy sprzedają zwierzęta na rzeź, to przez miesiąc nie dawała się złapać i mieszkała na wyspie Jeziora Nyskiego w województwie opolskim. Jej historią zainteresowały się także media zagraniczne, takie jak The Independent, Huffington Polst, czy BBC news.

Jakby pochwał było mało, starosta opolski w relacji filmowej Faktu skonstatował: „dzielna krówka, taki nasz komandos powiatowy”. Kiedy jeszcze żyła, zadeklarował, że odkupi ją od właściciela i zapewni utrzymanie do naturalnej śmierci w rezerwacie dla koni, ze środków z programu bioróżnorodności.



Ironia losu tej krowy polega na tym, że śmierć zastała ją w momencie, gdy postanowiono już jej nie zabijać. Umarła, gdy złapano ją tylko po to, by zapewnić transport do miejsca, w którym miała żyć długie lata.

Na ironię kulturową zakrawa fakt, że krowie chciano „darować” życie, tak jakby wcześniej utraciła do niego prawo robiąc coś złego. Postanowiono „nagrodzić” ją odwołaniem transportu do rzeźni, bo wykazała się determinacją, wytrzymałością, samodzielnością, wzbudziła skojarzenia z walką o wolność. 

Innymi słowy, wszystkie krowy, które nie wyrwały się pracownikom skupu i nie uniknęły transportu do rzeźni już jak najbardziej „zasługiwały” na śmierć. Nie były „twardzielkami”, nie zauważył ich więc jedzący zwierzęta polityk czy starosta i nie przyznał „nagrody”. 

Wszystkie krowy hodowane na mięso i dla mleka, oraz inne zwierzęta hodowane na mięso, dla mleka czy dla jajek są dla mediów przezroczyste, jeśli same nie uciekną spod noża. Dla żądnego sensacji dziennikarza nie mają cech indywidualnych, zlewają się w masę, która bezwolnie daje się eksploatować. Jedzący zwierzęta polityk doceni je co najwyżej na talerzu. Czy media w ogóle mówią o eksploatacji zwierząt? Czy politycy interesują się tym tematem, choćby w kontekście legislacji? Tak, ale pod jednym warunkiem: rozmowa nie może wychodzić poza kwestię metod eksploatacji. Słowo "humanitarny" odmieniane przez wszystkie przypadki musi iść w parze z chowem, hodowlą i ubojem. Podważanie samej eksploatacji jest nie na miejscu.

W retorykę "darowania" życia zwierzętom, którym życie jest rutynowo odbierane, wpisuje się coroczne „ułaskawienie” jednego indyka (co za szczodrość!) przez Prezydenta Stanów Zjednoczonych przed Świętem Dziękczynienia. W tle tej uroczystości jest oczywiście hodowla i rzeź ponad 40 milionów indyków, które lądują na stołach Amerykanów jako danie nr 1 Thanksgiving Day. I tak, jak w społecznej percepcji nie ma sprzeczności pomiędzy „ułaskawieniem” jednego indyka i zabiciem milionów jego ziomków, tak i darowanie życia jednej krowie współistnieje ze zgodą na zabijanie milionów innych krów.

Ironia historii tej krowy jest zatem również taka, że im bardziej ona sama staje się (na krótko) gwiazdką mediów, tym bardziej pod każdym względem podobne do niej zwierzęta, które cierpiały na fermach a potem pojechały do rzeźni, pozostają (na długo) niewidoczne, nieważne, zapomniane. Jej historia nie jest dźwignią, która podnosi temat krzywdzenia zwierząt, lecz pretekstem do rozmowy o tym, co doceniamy u ludzi (determinację, hart ducha, itp.). Ona sama nie jest podmiotem własnej historii lecz przedmiotem historii naszej. 

Swoją drogą, biorąc pod uwagę jak krótkie medialne życie mają takie historie, nawet gdyby krowa przeżyła, a my przeżylibyśmy medialnie szczęśliwy finał oglądając zdjęcia krowy w rezerwacie starosty, jestem prawie pewna, że żaden dziennikarz nie zaglądnąłby za miesiąc, ani tym bardziej za rok, by sprawdzić, czy krowa nadal korzysta ze środków funduszu bioróżnorodności. 

Media mediami, ale branża reklamowa wspierająca eksploatację zwierząt, regularnie robi jeszcze bardziej zadziwiający manewr: zamienia ofiary w radosnych ochotników. Tworzy mit krów ochoczo dających mleko, indyków radośnie oddających mięso. Mit otacza nas w dziesiątkach tysięcy odsłon i akceptujemy go bezrefleksyjnie. Gdybyśmy poświęcili mu chwilę refleksji musielibyśmy uznać, że został stworzony przez psychopatę i mielibyśmy chyba złe zdanie na własny temat, że ulegliśmy takiemu złudzeniu.

Ostatnio natknęłam się na logo francuskiej firmy produkującej sery – „La vache qui rit” - śmiejąca się krowa. Czy śmieje się ona z tego, że jest regularnie sztucznie zapładniana i rodzi cielęta, które są od niej szybko zabierane, by laktacja mogła zostać komercyjnie wykorzystana? Czy jest szczęśliwa z selekcji hodowlanej, która sprawia, że jej wymiona są tak wielkie, a laktacja trzy razy większa niż laktacja jej przodkiń żyjących 100 lat temu? Czy cieszy się z chorób wymienia, które są tego rezultatem, czy chichra się na samą myśl, że odebrane jej dzieci skończą tak jak ona lub pojadą do rzeźni na cielęcinę? A może tarza się ze śmiechu wyobrażając sobie własny transport do ubojni?

Eksploatacja zwierząt, a więc krzywdzenie ich, zadawanie im fizycznych i psychicznych cierpień oraz odbieranie życia w ramach biznesowego planu byłaby może usprawiedliwiona, gdyby produkty takie jak mleko, jaja czy mięso były nam niezbędne do życia. Rzecz w tym, że nie są. Możemy zaspokoić głód, zapotrzebowanie na składniki odżywcze, a nawet zadowolić podniebienie na tysiące różnych sposobów, stosując dietę roślinną. Możemy nosić wygodne i ładne ubrania bez skóry, wełny czy futer. Jeśli podważamy niepotrzebne krzywdzenie psów i kotów, nie pozostaje nam nic innego jak podważyć niepotrzebne krzywdzenie krów i indyków (i wielu innych zwierząt, które są zdolne do cierpienia, i którym – jak mówił filozof Tom Regan – nie jest wszystko jedno, co dzieje się z nimi w świecie). 

Sprzeciw wobec eksploatacji zwierząt musi zacząć się na poziomie serca i sumienia każdego z nas. Musi dotyczyć indywidualnych zwierząt, ale nie może obejść się bez uogólnienia. Jeśli mój pies, to wszystkie psy. Jeśli krowa z Jeziora Nyskie, to wszystkie krowy. Jeśli ochrona zwierząt domowych, to weganizm wobec wszystkich zwierząt. W przeciwnym razie, wobec czujących istot będziemy dysponować tylko powierzchownym wzruszeniem i faktyczną akceptacją krzywdy na ogromną skalę, której częścią jesteśmy dziś głównie przez brak głębszej refleksji.



Czytaj dalej:

  • "Komandoska" relacja Faktu (link)
  • Jak to jest z krową mleczną (link
  • Ile indyków ginie na Święto Dziękczynienie? (link)
  • O Tomie Reganie – amerykańskim filozofie, twórcy teorii praw zwierząt (link)
  • Stanowisko Academy of Nutrition and Dietetics (dawniej American Dietetic Association) na temat diet wegetariańskich (w tym diety wegańskiej) (link)
  • La vache qui rit (link do logo)




niedziela, 4 lutego 2018

Animal Rights: Abolitionist Approach - recenzja

Tym razem na moim blogu wpis gościnny. Moja koleżanka Janina Cuper, która interesuje się prawami zwierząt w ujęciu amerykańskiego prawnika i filozofa profesora Gary'ego Francione'a napisała recenzję książki Francione'a i Anny Charlton prawniczki i wieloletniej aktywistki na rzecz praw zwierząt.

  • Jaka jest różnica między podejściem dobrostanowym (welfare) a prawami zwierząt?
  • Jakie jest podstawowe prawo (moralne) czujących istot - ludzi i nie tylko - w abolicjonistycznej teorii praw zwierząt?
  • Dlaczego system, w którym ludzie mają prawo własności do zwierząt ma dramatyczne konsekwencje dla zwierząt?
  • Dlaczego autorzy krytykują kampanie dobrostanowe, czyli takie, gdzie atakowany jest sposób wykorzystywania zwierząt (np. przycinanie dziobów), a nie kwestionuje się samego wykorzystywania zwierząt?

Książka odpowiada m.in. na takie pytania, a poniższa recenzja podsumowuje najważniejsze zagadnienia książki. 



Podejście abolicjonistyczne do praw zwierząt

Ruch prozwierzęcy jest pozornie jednolity. W rzeczywistości nie wystarczy działać na rzecz zwierząt, by mieć ten sam cel, nie wystarczy też przyjęcie tego samego celu, by zgadzać się co do środków do jego osiągnięcia. Teoretyczne podstawy ruchu na rzecz zwierząt można podzielić na welfaryzm i prawa zwierząt[1]. Welfaryzm zyskał popularność w 1975 roku wraz z wydaniem „Wyzwolenia zwierząt” Petera Singera. Różnice w podejściach są znaczące – zwolennicy welfaryzmu widzą problem wyłącznie w cierpieniu zwierząt, więc sprzeciwiają się hodowli masowej, często za to promując małe hodowle. Istnieje kilka teorii praw zwierząt. Wszystkie one odnoszą się poza kwestią cierpienia, również do kwestii pozbawiania życia i wykorzystywania.

Najbardziej znanymi teoriami praw zwierząt są teoria Toma Regana, przedstawiona w wydanej w 1983 roku książce The Case for Animal Rights i teoria Gary’ego Francione’a, przedstawiana w różnych jego książkach, a zebrana i szczegółowo opisana w ostatniej – napisanej razem z Anną Charlton – Animal Rights: The Abolitionist Approach.

Animal Rights: The Abolitionist Approach ma głównie charakter opisowy – przedstawia w sposób usystematyzowany teorię abolicjonistyczną w kontekście praw zwierząt. Autorzy odpowiadają też na stawiane im zarzuty i polemizują z podejściem welfarystycznym. Książka składa się z sześciu rozdziałów – w każdym z nich opisana jest jedna zasada abolicjonizmu. Każdy rozdział zaczyna się od krótkiego streszczenia informacji na temat zasady, w dalszej części zasada jest omówiona, na koniec jest podsumowana i uzupełniona o listę proponowanych książek i artykułów, w których można znaleźć dodatkowe informacje. Poza zasadami autorzy dołączyli artykuł napisany przez G. Francione’a w 2012 roku na temat logiki i racjonalności w aktywizmie prozwierzęcym i religii w kontekście abolicjonizmu. 

Celem książki Animal Rights: The Abolitionist Approach jest wykazanie konieczności zmiany postrzegania zwierząt – w zwierzętach pozaludzkich musimy zobaczyć pozaludzkie osoby[2]. To co G. Francione i A. Charlton nazwali „rewolucją serca” (revolution of the heart) zaczyna się na poziomie indywidualnym, od przejścia na weganizm, a nie jedynie od ograniczenia jedzenia mięsa. Weganizm[3]  jest tym, do czego zobowiązuje nas sprawiedliwość i bycie w porządku wobec zwierząt pozaludzkich. Weganizm wynika z tego, że nie mamy żadnego moralnego usprawiedliwienia do wykorzystywania zwierząt do naszych celów, jakkolwiek „humanitarnie” byłyby one traktowane, ponieważ produkty pochodzenia zwierzęcego nie są niezbędne w diecie człowieka[4] . W dzisiejszych czasach można też bez większych problemów kupić wegańskie ubrania i kosmetyki. Kolejnym krokiem do celu jest przekazywanie innym informacji o weganizmie, wykorzystując okazje, które zdarzają się codziennie, na przykład w sklepie czy autobusie. Jest to, jak słusznie zauważają autorzy, trudniejsze od wpłacenia pieniędzy na konto organizacji aktywistycznej i założenie, że inni zrobią to za nas.

Pierwsza zasada omawiana w książce dotyczy zagadnienia własności: Abolicjoniści utrzymują, że wszystkie czujące istoty (sentient beings), ludzkie i pozaludzkie, mają jedno prawo – podstawowe prawo do niebycia traktowanym jako własność innych. G. Francione i A. Charlton uważają, że traktowanie zwierząt jako własność uniemożliwia branie ich interesów na poważnie i sprowadza ich wartość do wartości ekonomicznej. Dzieje się tak dlatego, że interesy tego, kto jest posiadany (tutaj zwierzęcia) są porównywane z interesami tego, kto posiada, czyli człowieka, a posiadany jest zawsze na straconej pozycji. To właściciel ustala, jaką wartość ma dla niego własność – zwierzę. Przykładowo, psa można traktować jak członka rodziny, dbać o jego zdrowie, zabierając do weterynarza, karmić go najwyższej jakości jedzeniem i okazywać mu czułość. Psa można również uwiązać na łańcuchu i ignorować jego wszystkie potrzeby, poza dostarczaniem takiej ilości jedzenia, by nie umarł z głodu.

Traktowanie jako własność, odnawialne zasoby, oznacza, że ktoś inny – właściciel (człowiek, organizacja, czy państwo) ma ostatnie słowo, jeśli chodzi o ocenę, ile warte są interesy posiadanego zwierzęcia. Sytuacja zwierząt jest pod tym względem podobna do sytuacji, w której znajdowali się niewolnicy. Niewolnictwo również uniemożliwiało szanowanie interesów niewolników i chroniło ich właścicieli na przykład uniemożliwiając niewolnikowi pozwanie właściciela za nieprzestrzeganie prawa względem niego.

Obecnie uważa się, że niewolnictwo jest nieetyczne, ponieważ niewolnik staje się tylko środkiem do celu innych, jest redukowany do rzeczy. To powoduje, że zostaje on wyłączony z kręgu moralnego. I nie ma znaczenia, w jakich warunkach przebywa niewolnik – wykorzystywanie niewolników, nawet jeśli byliby to najszczęśliwsi ludzie na ziemi, jest niemoralne.

Czym więc różnią się zwierzęta pozaludzkie od ludzi, co usprawiedliwiałoby tak różne traktowanie? G. Francione i A. Charlton argumentują, że nie ma moralnych podstaw do usprawiedliwienia tak różnego traktowania. Istnieje ono dlatego, że to człowiek arbitralnie zdecydował, że znaczenie moralne będzie mieć zdolność do używania języka symbolicznego, a nie umiejętność latania czy echolokacji. Te umiejętności są jednak bez znaczenia przy decydowaniu czy ktoś powinien być traktowany jako własność czy nie. Autorzy twierdzą, że zdolności do odczuwania i unikania cierpienia są w tej kwestii wystarczające, bo świadczą o chęci kontynuowania życia, które jest wartościowe dla każdej istoty, niezależnie od tego, jakie zdanie mają inni na ten temat. Do tego odnosi się zasada czwarta: Podejście abolicjonistyczne łączy status moralny zwierząt wyłącznie ze zdolnością do odczuwania (sentience), nie z żadnymi dodatkowymi zdolnościami poznawczymi; wszystkie czujące istoty są równe, gdy chodzi o prawo do niebycia wykorzystywanymi jedynie jako źródło korzyści.

W drugiej zasadzie przedstawione są praktyczne konsekwencje uznania zwierząt za osoby pozaludzkie i nadania im praw do niebycia własnością innych: Abolicjoniści utrzymują, że przyznanie tego jednego podstawowego prawa oznacza, że konieczne jest zniesienie, a nie jedynie regulowanie, zinstytucjonalizowanego wyzysku zwierząt i że abolicjoniści nie powinni popierać reform welfarystycznych i kampanii jednotematycznych (single-issue campaign). G. Francione i A. Charlton krytykują prowadzone przez organizacje aktywistyczne kampanie welfarystyczne i kampanie jednotematyczne. Abolicjoniści odrzucają kampanie jednotematyczne, czyli kampanie, które wyróżniają pewne formy wykorzystywania zwierząt, sugerując, że są one gorsze niż inne, przez co dają do zrozumienia, że pozostałe formy wykorzystywania są do zaakceptowania. Kampanie jednotematyczne, jak i kampanie welfarystyczne – na przykład kampania mająca na celu wymuszenie zmian sposobu zabijania kur na bardziej „humanitarne” zagazowanie – są kontrproduktywne, ponieważ poprawiając wizerunek hodowli, powodują, że ludzie czują się usprawiedliwieni jedząc produkty pochodzenia zwierzęcego.

Dwie ostatnie zasady wychodzą poza kwestię samych zwierząt. Zasada piąta przedstawia szowinizm gatunkowy, czyli dyskryminację ze względu na gatunek, w kontekście szerzej pojętej dyskryminacji: Abolicjoniści sprzeciwiają się wszystkim formom dyskryminacji ludzi, w tym dyskryminacji ze względu na rasę, płeć, orientację seksualną, wiek, niepełnosprawność i pozycję społeczną – tak, jak sprzeciwiają się dyskryminacji ze względu na gatunek. G. Francione i A. Charlton zdecydowanie potępiają kampanie prozwierzęce wykorzystujące kobiety jako obiekty seksualne i seksistowskie kampanie antyfutrzarskie, które – jak twierdzą – są głównie okazją do wyrażenia za pomocą wyzwisk nienawiści wobec  kobiet noszących futra.

Zasada szósta odnosi się do przemocy: Abolicjoniści uznają zasadę niestosowania przemocy za główną zasadę ruchu praw zwierząt.

Jeśli chodzi o formalną stronę książki, warto zwrócić uwagę na okładkę. Została ona zaprojektowana przez angielską artystkę i aktywistkę Sue Coe. Sue Coe w swoich pracach porusza m. in. tematy okrucieństwa wobec zwierząt, wojny, AIDS i wyzysku ludzi. Na okładce w sposób symboliczny przedstawiła dyskryminację ze względu na gatunek, rasę i płeć. Drobną wadą książki jest niezgodność stron podanych w spisie treści z ich numeracją w drugiej części książki. Nie są to jednak znaczące różnice.

Animal Rights: The Abolitionist Approach  warto przeczytać z wielu powodów. Jest  to jedyna książka, która w pełni przedstawia podejście abolicjonistyczne do praw zwierząt. G. Francione i A. Charlton zebrali w jednym miejscu główne idee podejścia, które G. Francione rozwijał we wcześniejszych swoich pracach przez 30 lat. Dodatkowo, dzięki przejrzystej strukturze książki i prostemu językowi, stosunkowo skomplikowany temat staje się przystępny. Mimo że książka Animal Rights: The Abolitionist Approach została wydana na razie jedynie w języku angielskim, przeciętna znajomość tego języka wystarcza do jej zrozumienia. Dodatkowa literatura pozwala czytelnikom i czytelniczkom na zdobycie informacji na szczególnie interesujący ich temat.

Teoria i poglądy G. Francione’a są jednymi z ważniejszych w ruchu prozwierzęcym. Nawiązania do jego prac są liczne i różnorodne – od skrajnie negatywnych reakcji do bardzo pozytywnych. Często jego poglądy są przedstawiane w sposób zdeformowany, zarówno przez zwolenników jego teorii, jak i przez osoby ją krytykujące. Z tych powodów uważam, że każdy, kto interesuje się ruchem na rzecz zwierząt, powinien przeczytać Animal Rights: The Abolitionist Approach. Ze względu na wszechstronność teorii abolicjonistycznej i liczne analogie między szowinizmem gatunkowym i innymi formami dyskryminacji, książka ta będzie również wartościowa dla osób interesujących się prawami człowieka i przemocą.

Książka Animal Rights: The Abolitionist Approach powinna zostać przeczytana przez osoby uważające, że skoro aktywiści na rzecz zwierząt mają ten sam cel – spowodowanie zmniejszenie spożycia mięsa – to wszyscy powinni działać razem i się nawzajem wspierać. Tak jednak nie jest. Zarówno formy działania, jak i cele są różne u abolicjonistów i u (nowych) welfarystów. Książka G. Francione’a i A. Charlton te różnice przedstawia.

Janina Cuper

Przypisy:

 1. G. Francione wyróżnia również nowy welfaryzm, czyli stosowanie sposobów działania welfarystów, zakładając, że te działania doprowadzą do zakończenia wykorzystywania zwierząt, czyli do celu abolicjonistów.
2. Pojęcie osoby odnosi się do kogoś, kto liczy się moralnie i czyje interesy muszą być brane pod uwagę. 
3.Według definicji the Vegan Society weganizm oznacza sposób życia, który stara się wykluczyć, jak tylko to możliwe i praktyczne, wszystkie formy eksploatacji i okrucieństwa wobec zwierząt dla celów produkcji żywności, odzieży czy jakichkolwiek innych celów.” (http://empatia.pl/blog/2014/11/15/weganski-starter-empatii/).
4. Co potwierdza m.in. stanowisko Amerykańskiego Stowarzyszenia Dietetycznego, po polsku dostępnego tutaj: empatia.pl/ada.



Informacje o książce:
Gary L. Francione i Anna Charlton
Exempla Press
Rok wydania: 2015
147 stron

Czytaj dalej:
- blog G.Francione'a (link)



sobota, 6 stycznia 2018

Jak skutecznie nie przejść na weganizm? Poradnik - część 2

W dzisiejszych niespokojnych czasach, gdzie za każdym rogiem może czaić się człowiek, który bezpardonowo wręczy nam prowegańską ulotkę, potrzeba przewodnika, swoistego kursu werbalnej samoobrony staje się coraz bardziej paląca. W tym poście przedstawiam drugą część wytycznych, które stanowią skromny wkład do literatury samopomocowej w tym zakresie. 

Wytyczna 3 Uszczelnić szufladę z empatią

Empatia to bardzo przydatna i potrzebna zdolność nabyta w toku ewolucji. Wbrew oskarżeniom wegan, empatię posiadają wszyscy (za wyjątkiem osób z zaburzeniami osobowości) i używają jej z powodzeniem w kontaktach międzyludzkich. W końcu zdolność wczuwania się w czyjąś sytuację sprawia, że jesteśmy bardziej skłonni do pomocy, a taka sama zdolność u innych pozwala nam mieć nadzieję, że w razie potrzeby sami taką pomoc otrzymamy. Jest empatia emocjonalna (możemy podobnie odczuwać) i empatia poznawcza (umiemy wyobrazić sobie siebie w sytuacji drugiej osoby). Empatia pomaga zrozumieć czym jest czyjaś krzywda i cierpienie. 

Najbardziej oburza zadawanie krzywdy słabszym, szczególnie dzieciom, ale i zwierzętom. Tak jak była już mowa w wytycznej nr 2, nie ma w społeczeństwie zgody na okrucieństwo wobec zwierząt: jest Ustawa o ochronie zwierząt, są kary za okrucieństwo wobec zwierząt, zaś nasza opinia publiczna patrząc na to, co Azjaci robią z psami, często i dobitnie wyraża kategoryczne wnioski na temat jakości ichniejszej kultury.

Niestety i w tym obszarze trzeba zmagać się z oskarżeniami wegan, którzy kwestionują jakość niewegańskiej empatii, a czasem wręcz sugerują, że nieweganie empatii w ogóle nie posiadają. Zachowują się tak, jakby nie rozumieli, że kurczak to kurczak, wołowina to wołowina, a pies to przyjaciel człowieka. Dlaczego empatia miałaby być rozpatrywana w takich samych kategoriach w stosunku do kurczaka i krowy jak wobec kota i psa? Przecież te pierwsze to zwierzęta gospodarskie, a te drugie to zwierzęta domowe. Zaświadczają o tym miliony kurzych piersi w kanapkach, wołowych steków na patelniach, jajek w ciastach i mleka w kartonach oraz miliony kotów na kolanach i psów na kanapach. Empatię wobec zwierząt gospodarskich powinny po prostu załatwiać przepisy regulujące postępowanie z tymi zwierzętami. 

Ale sprawa się tak łatwo nie kończy, bo jak zatrute strzały z łuków lecą w kierunku niewegan analogie między postępowaniem Azjatów wobec psów, a postępowaniem Polaków, czy szerzej Europejczyków, wobec świń. Że niby tam psy są zwierzętami gospodarskimi i jeśli europejscy nieweganie uważają, że etykieta „zwierzę gospodarskie” załatwia sprawę europejskich świń, to europejskie oburzenie na azjatycki stek z psa jest nieuzasadnione. Jeśli  zaś to oburzenie jest uzasadnione, to znaczy, że sama etykieta nie wystarcza i regionalnym podziałem na „te do zjadania” i „te do kochania”, sprawy empatii tak łatwo załatwić się nie da. Jakaś konsekwencja powinna obowiązywać. Powinniśmy zatem (1) albo przeciągnąć empatię na stronę braku empatii wobec wszystkich zwierząt (wszystkie zwierzęta mogą skończyć jako gospodarskie) lub odwrotnie, (2) poszerzyć zasięg naszej empatii na wszystkie zwierzęta zdolne do cierpienia i chcące żyć (skoro pies to i świnia).

Do tego wszystkiego, weganie spieszą dodać, że nie można usprawiedliwić tej niekonsekwentnej empatii potrzebą jedzenia produktów odzwierzęcych. Owszem, wycofanie empatii może być niezbędne, gdy nie mamy innego wyjścia. W historii naszego gatunku tak nieraz bywało i bywa, że nie ma wyjścia i trzeba zabić, żeby przeżyć. No właśnie, Eskimosi i nie tylko. Niestety weganie kontratakują, jak rycerze Jedi, twierdząc, że Eskimosi to jedno, a Polska to jednak nie Biegun Północny i potrzeba produktów odzwierzęcych nie występuje, bo dostępne są produkty roślinne i witamina B12 w aptece, które swobodnie dostarczą nam odpowiednich składników odżywczych. Ręce opadają.

Ciężka jest ta przeprawa z weganami i ich argumentami, dlatego lepiej nie wchodzić z nimi w dyskusję i uszczelnić niewegańską szufladę z empatią. Refleksja nad zwierzętami typu kurczak, krowa czy świnia wychodząca poza nasze standardowe podejście i kulinarne skojarzenia, może się źle skończyć dla niewegańskiego status quo. Trzeba się mieć na baczności.



Wytyczna ostatnia, nr 4

Jest zapewne jeszcze wiele możliwych do napisania wytycznych. Niewątpliwie specjaliści będą je sukcesywnie opracowywać i wzbogacać zasób literatury samopomocowej. Jest jednak jedna wytyczna, która działa jak uniwersalny klucz do wszystkich drzwi. Brzmi ona: zwalić winę na wegan. 

Genialny w swej prostocie przepis sprawdzi się zarazem u osób zmęczonych słownymi utarczkami z weganami jak i u tych, które nie chcą przez to wszystko przechodzić i wolą od razu wytoczyć najcięższe działa. 

Każdy ma wśród fejsbukowych znajomych (albo przynajmniej wśród znajomych znajomych) weganina, który raz za razem wrzuca na swój profil filmiki z rzeźni nakręcone akurat w momencie, gdy coś poszło nie tak, gdy zwierzę nie zostało poprawnie ogłuszone lub gdy jakiś prymitywny pracownik skopał świnię, uderzył łopatą krowę pomleczną, czy złamał skrzydło kurze poniosce. Weganin taki twierdzi następnie, że tak wygląda rzeźnia na co dzień, choć wiadomo, że przepisy Ustawy tego zabraniają. W pakiecie zostaje dodany oskarżycielski tekst w stylu „To Twoje mięso tak krzyczało” albo „Ten horror trwa nadal, bo Ty chcesz pić mleko, jeść sery i jajka.” Weganin ewidentnie i na siłę chce wywołać poczucie winy, żeby człowiek skulił się w sobie, a najlepiej poddał się karze chłosty. A przecież odpowiedzią na łamanie Ustawy o ochronie zwierząt powinno być skuteczniejsze wdrażanie tej Ustawy, także w rzeźni, a nie przechodzenie na weganizm!  

Niestety tylko niektórzy weganie posługują się szantażem emocjonalnym czy argumentami, którym brakuje logiki. Część wegan, i to na nich trzeba najbardziej uważać, używa cięższych argumentów, które mogą zagrozić skuteczności Wytycznej nr 4. Lepiej o tym wiedzieć od razu i poznać przeciwnika niż dać się zaskoczyć. 

No więc co jest rzeczywiście nie tak z tą rzeźnią? Ubój zwierząt to zjawisko masowe. W samej Polsce odbywa się na ponad 800 milionach ptaków i ssaków rocznie. 800 milionów rocznie to blisko dwa miliony dwieście tysięcy zwierząt zabijanych każdego z 365 dni w roku. Jeśli mielibyśmy odjąć niedziele, to wyszłoby blisko dwa miliony osiemset tysięcy zwierząt zabijanych dziennie (rybołówstwo trzeba liczyć osobno, gdyż dostępne statystyki operują tonami, a nie liczbą zwierząt). Kontrole ubojni są wyrywkowe i dotyczą tylko pewnego odsetka rzeźni. Nie ma w tym nic dziwnego, w żadnym sektorze kontrole nie dotyczą wszystkich zakładów i nie są prowadzone 24 godziny na dobę (wprowadzenie CCTV daje złudzenie pełnej kontroli, bo przecież ktoś musiałby oglądać wszystkie te nagrania z 365 dni w roku minus niedziele). Łamanie przepisów nie dzieje się tylko za sprawą sadystycznych pracowników. W grę wchodzą czynniki bardziej przyziemne: presja czasu, oszczędności (np. brak regularnej konserwacji i naprawy urządzeń), wadliwe urządzenia do ogłuszania, rotacja pracowników, braku większego doświadczenia u pracowników zajmujących się ubojem, czy niedobory kadrowe w podmiotach dokonujących kontroli. Wszyscy wiemy jak wygląda łamanie przepisów Ustawy dotyczących przetrzymywania i uboju karpi w sklepach przed Świętami Bożego Narodzenia, a dzieje się to w biały dzień (dlatego wszyscy o tym wiemy). Ubój ssaków i ptaków w rzeźni odbywa się w zakładach, gdzie osoby postronne nie mają dostępu. Czy zatem optymistyczne wnioski na temat możliwości skutecznego wdrażania przepisów Ustawy w tych miejscach są uprawnione?

Wielu wegan niesłusznie twierdzi, że tylko roślinna dieta może zapewnić zdrowie i uleczyć z wielu chorób. Równocześnie demonizują oni produkty pochodzenia zwierzęcego. Od razu widać, że to propaganda szyta grubymi nićmi. Tacy weganie to bardzo dobry target do Wytycznej 4 niniejszego poradnika. Nawet jeśli można się dać chwilowo nabrać na te gruszki na wierzbie i przesadzone ostrzeżenia, to prawda wychodzi na jaw bardzo szybko: okazuje się, że weganizm wcale nie jest nam potrzebny do optymalnego zdrowia. Wystarczy dieta, w której przeważają produkty roślinne, zaś produkty odzwierzęce należy wybierać staranniej, nie przesadzać z ilością i stosować bardziej odpowiednie formy obróbki. 

No tak, do optymalnego zdrowia nie jest potrzebna dieta roślinna ani tym bardziej weganizm. Możemy spokojnie wyśmiać wegan, którzy tak twierdzą. Rzecz w tym, że nie wszyscy weganie tak mówią, więc nie można wykpić wszystkich wegan. Dieta roślinna, która stanowi część weganizmu, jest odpowiednia na każdym etapie życia pod warunkiem, że odpowiednio się ją ułoży, co w kraju z dostępem do produktów zbożowych, roślin strączkowych, innych warzyw, owoców, orzechów i pestek, jest jak najbardziej możliwe i wykonalne. 

Zatem co z tą rzeźnią jest nie tak, oprócz ewentualnego łamania przepisów? Sam ubój? Tak. Niezależnie od tego, czy robiony zgodnie czy niezgodnie z przepisami, sam ubój jest odbieraniem zwierzętom życia, abyśmy mogli jeść mięso, nabiał i jajka, nosić skóry i wełnę. Inaczej mówiąc, ubojnia jest częścią systemu, który zakłada legalne, systemowe i masowe odbieranie życia zwierzętom, aby jedni mogli zarobić na produktach, bez których ludzie mogą się obyć i aby drudzy mogli je konsumować. Choć weganizm bywa nazywany radykalizmem za swój sprzeciw wobec eksploatacji zwierząt, to niestety na miano ekstremalnego radykalizmu zasługuje system, którego częścią jest ubojnia, charakteryzujący się tak daleko posuniętą obojętnością wobec zwierzęcego życia i cierpienia.

Zwalając winę na krzykliwych, idących na skróty wegan trzeba więc pamiętać o tych, którzy mają w zanadrzu argumenty cięższego kalibru, nie tak łatwe do podważenia. Zawsze jednak można je po prostu zignorować. Żyjemy bowiem w społeczeństwie, gdzie system fermowo-ubojowo-kulinarny jest dobrze osadzony w historii, wychowaniu, edukacji, kulturze i reklamie i mamy wiele ułatwień, które pozwalają nam zachowywać status quo, czyli udział w tym systemie.

Dla kogo są więc te wytyczne? Może najpierw powiem dla kogo nie są. Nie są dla ludzi całkowicie pozbawionych empatii, których jak wiemy jest bardzo mały odsetek. Najczęściej nie potrzebują ich także ludzie, którzy nie mają żadnej styczności z tematem krzywdzenia zwierząt i weganizmu, i którzy żyją we własnym hermetycznym świecie, gdzie taki temat ma bardzo małe  szanse zaistnieć. Wytyczne te nie są też dla ludzi, którzy nigdy nie wyszli ze swoją empatią poza świat ludzki (wbrew pozorom, nie jest to takie proste). Pozostali nieweganie, posiadający podstawową empatię i szansę na styczność z tematem krzywdzenia zwierząt w szerszym zakresie, potrzebują narzędzi do samoobrony, ponieważ potencjał do przejścia na weganizm, a więc do opowiedzenia się przeciwko krzywdzeniu zwierząt, już w nich jest. 


------

Czytaj dalej:

  • Jak skutecznie nie przejść na weganizm? Poradnik - część 1 (LINK)
  • Krowy „pomleczne”, czyli takie, które były wykorzystywane w produkcji mleka, ale już nie są, bo mają problemy ze zdrowiem są sprzedawane do rzeźni, podobnie jak ich męskie potomstwo podtuczone na cielęcinę (LINK
  • Kury „ponioski”, czyli takie, które były wykorzystywane w produkcji jajek, ale już nie są, bo cykl najbardziej opłacalnej produkcji się skończył (rok/dwa lata) z ferm klatkowych i bezklatkowych są sprzedawane do rzeźni. Istnieją ubojnie specjalizujące się w zabijaniu takich kur na produkt zwany „kurą rosołową” (LINK)   
  • Stanowisko Academy of Nutrition and Dietetics (największej na świecie organizacji zrzeszającej dietetyków) na temat diet wegetariańskich (w tym diety wegańskiej) – w skrócie: jeśli dobrze ułożysz dietę roślinną, to spełni ona zapotrzebowanie żywieniowe człowieka na każdym etapie życia i może działać w prewencji a nawet leczeniu niektórych chorób (LINK PO ANGIELSKU), (LINK PO POLSKU)
  • Wybór śniadań, obiadów, podwieczorków, deserów i kolacji po wegańsku - wybór z blogów serwuje Stowarzyszenie Empatia "Weganizm.Spróbujesz?"