Pokazywanie postów oznaczonych etykietą weganizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą weganizm. Pokaż wszystkie posty

środa, 4 grudnia 2019

Czy ten burger jest wegański? (Impossible)

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

12 listopada 2019 roku w 25 krajach Europy, w tym w Polsce, fastfoodowa sieć Burger King wprowadziła do jadłospisu danie „Rebel Whopper”, w którym wołowego burgera zastąpiono burgerem roślinnym. Od razu w dyskusjach internetowych pojawiło się pytanie, czy jest to produkt wegański. Wbrew pozorom, okazało się, że odpowiedź na to pytanie wymaga chyba więcej niż sprawdzenia składu samego burgera. 

Nowe danie jest wynikiem współpracy Burger Kinga z Impossible Foods, firmą, która opracowała nową formułę na roślinnego burgera mając na celu wprowadzenie alternatywy mięsa nieodróżnialnej pod względem smaku, tekstury i zapachu. Wszystko dzięki pozyskanemu z soi składnikowi o nazwie leghemoglobina, który jest odpowiednikiem hemoglobiny - zawierającego żelazo składnika krwi mającego odpowiadać za smak mięsa.

Reklamowany w Polsce jako „100% Whopper, 0% wołowiny” Rebel Whopper zaskoczył wegan dodatkiem zwykłego, niewegańskiego majonezu (który ostatecznie można odjąć) i zniechęcił przynajmniej część wegetarian i wegan faktem, że - choć roślinny - to burger ten jest grillowany tam, gdzie burgery mięsne. Burger King Polska potwierdził to na swoim fanpage’u na Facebooku. 

Pominę szczegóły gwałtownych pretensji i równie żywiołowych zachwytów, które pojawiły się na polskim Facebooku wraz z wejściem Rebel Whoppera do Burger Kinga w Polsce. Media społecznościowe mają to do siebie, że łatwo o grube emocje i dychotomiczne opinie. Nie będę także pisać choćby o kontrowersyjnych aspektach stołowania się w sieci, której głównym celem jest promocja jedzenia mięsa, bo mój i tak już długi wywód stałby się jeszcze dłuższy.

W tym wpisie, skupię się na problemie, który pojawił się zanim jeszcze roślinny burger opracowany przez Impossible Foods w Stanach trafił do dystrybucji, a przy okazji zrobię mały rzut oka na „czystość ideologiczną”, o której przy tej okazji postanowiono napomknąć.

Opracowany przez Impossible Foods roślinny burger pojawił się w sieci Burger King w Stanach Zjednoczonych pod nazwą Impossible Whopper na początku sierpnia 2019 roku. Jednak kontrowersję firma Impossible Foods wzbudziła  jeszcze zanim wprowadziła swojego burgera na amerykański rynek. Okazało się bowiem, że przetestowała swój roślinny produkt na zwierzętach. Impossible Foods została za to zaatakowana przez amerykańską organizację prozwierzęcą PETA. Znana ze skłonności do skandalizowania PETA, nie wdając się w zawiłości, które mogłyby osłabić atak, zarzuciła Impossible Foods, że ta ostatnia nonszalancko przeprowadziła na zwierzętach testy, które były nie tylko nieetyczne, ale też niepotrzebne a nawet niewymagane przez prawo. 

Fakty okazały się bardziej złożone, co zwolennicy Impossible Foods od razu wypunktowali PETA, i potraktowali to jako powód, by bronić producenta. Otóż okazało się, że dystrybucja produktów spożywczych zawierających nowe składniki (a takim jest leghemoglobina) wymaga zatwierdzenia wydanego przez amerykańską Agencję Żywności i Leków, FDA. Nie jest to specjalnie dziwne, że może istnieć taki wymóg. Oznaczenie GRAS (Generally recognized as safe) ma potwierdzać, że produkt jest bezpieczny do spożycia. Jednak żeby wydać GRAS, Agencja zwyczajowo oczekuje wykonania określonych testów na zwierzętach. Zwyczajowo, bo choć najwyraźniej nie ma takiego takiego przepisu, to w praktyce, bez testów na zwierzętach FDA zatwierdzenia GRAS nie wydaje. I to już jest bardziej zastanawiające. 

Z kolei duże sieci sprzedaży (sklepy, restauracje) w praktyce nie przyjmują produktów, które GRAS nie mają. Impossible Foods podjęła najpierw próbę zdobycia zatwierdzenia GRAS na podstawie testów innych niż zwierzęce, ale – jak się można było spodziewać - zatwierdzenia nie otrzymała. Impossible Foods stanęła więc przed pytaniem: nie testować i nie móc dystrybuować na dużą skalę, czy zrobić testy i otworzyć sobie drogę na szeroką dystrybucję. Jak już wiemy, firma wybrała to drugie. 

W związku z oskarżeniem wysuniętym przez PETA, założyciel Impossible Foods, Pat Brown, przedstawił publiczne świadczenie, w którym wyjaśnił zawiłości drogi do testów, które przedstawiłam powyżej i zakończył swój list następującymi słowami:

"Nikt nie jest bardziej oddany sprawie eliminacji eksploatacji zwierząt i nie pracuje ciężej w tym celu niż Impossible Foods. Uniknięcie dylematu [testować czy nie testować i wycofać się z produkcji – przyp.tłum.] nie wchodziło w grę. Dokonaliśmy wyboru, którego powinien dokonać każdy, komu naprawdę zależy na ograniczaniu cierpienia i eksploatacji zwierząt. Mamy nadzieję, że nigdy nie będziemy musieli stawać przed takim wyborem, ale wybór opcji, która realizuje większe dobro jest dla nas ważniejszy niż ideologiczna czystość."

Postanowiłam to skomentować, bo fragment ten, choć krótki, jest bardzo wymowny. Uważam za bardzo zarozumiałe, wręcz aroganckie,  twierdzenie, że jest się najbardziej oddanym sprawie (najlepszym z najlepszych), nawet jeśli jest to pewnego rodzaju figura retoryczna, która ma służyć podkreśleniu jak bardzo komuś zależy. 

Zarozumiała jest też pewność siebie, co do dokonanego wyboru (choć nie wątpię, że pomaga uniknąć wątpliwości i wyrzutów sumienia) i twierdzenie, że każdy na ich miejscu to właśnie powinien zrobić. A może są jednak inne możliwości (nie tylko ukryte w przyszłości ale dziejące się obecnie), na które zamyka się oczy, kiedy stawia się sprawę tak zero-jedynkowo, typując własną technologię do roli wybawiciela świata (czy gdzieś już tego nie słyszeliśmy?). 

Z kolei nadzieja Browna na brak konieczności takiego wyboru (czyli kolejnego testowania na zwierzętach) w przyszłości, nie wydaje się zbyt szczera, bo – jak wspomina w swoim video Unnatural Vegan – Impossible Foods w publicznej korespondencji z PETA napisała, że jeśli firma będzie opracowywać nowe składniki i ich dystrybucja na rynku będzie wymagać testów na zwierzętach, to są gotowi przeprowadzić kolejne testy, „aby uratować życie kolejnych milionów zwierząt dzikich i udomowionych”. 

Prawdopodobieństwo, że Impossible Burger będzie się dobrze sprzedawał nie jest równoznaczne z uratowaniem wielu zwierząt. Do takiego wyniku długa droga, a jeśli dojdzie do dużego (stopniowego lub gwałtownego) spadku spożycia mięsa, to najprawdopodobniej będzie to zależeć od wielu czynników. Co ciekawe (i chyba niezbyt odkrywcze), prawdopodobieństwo zmniejszenia konsumpcji mięsa (a więc popytu na rzeź zwierząt) zwiększyłby jakikolwiek wzrost spożycia warzyw i owoców. W końcu każdy ma tylko jeden żołądek i jeśli je więcej warzyw i owoców, to siłą rzeczy zje mniej mięsa. Do tego nie trzeba robić kolejnych testów na zwierzętach, opracowywać nowych technologii i szukać inwestorów. 

A propos pieniędzy, brakuje mi w tej opowieści o zbawiającej świat technologii przejrzystości co do finansowych zobowiązań wobec inwestorów. Spekuluję teraz, bo nie wiem jak było dokładnie, ale wyobrażam sobie, że Impossible Foods liczyła na (jakimś cudem) zdobycie zatwierdzenia od FDA za pomocą opracowanych przez siebie testów (nie na zwierzętach), a gdy to nie wyszło, firma mogła doświadczyć presji ze strony inwestorów, którzy powiedzieli, że przecież już tylko te 188 szczurów dzieli nas od wejścia na rynek i zarobienia pieniędzy, więc „zróbcie co trzeba” i po kłopocie.


W obronie decyzji o testach na zwierzętach zwolennicy Impossible Foods przytaczali parę argumentów, które – szczerze przyznam – mnie nie przekonały:

a) Jeden z argumentów (w zasadzie przedstawiany przez Impossible Foods) brzmi: skoro uratujemy miliony zwierząt to sprawienie cierpienia i zabicie 188 zwierząt jest usprawiedliwione. Po pierwsze, jak napisałam już wyżej związek przyczynowo skutkowy nie jest wcale taki jednoznaczny. Można mieć nadzieję, przypuszczać, stworzyć hipotezę, ale nie dowodzić, że wynalazek będzie mieć określony skutek. Powiedziałabym raczej, że wysunięcie tego utylitarystycznego argumentu świadczy przede wszystkim o arogancji wynalazcy, który uważa, że jego wynalazek zmieni bieg historii. 

Czy większość osób jedzących mięso tylko czeka na dobrą imitację mięsa, by przestać jeść mięso? Dlaczego mamy uważać, że przyklaskiwanie egocentryz4mowi (tak, twoje kubki smakowe są najważniejsze!) sprowokuje mimowolne zaangażowanie społeczne (no dobra, będę jadł tę waszą alternatywę) zamiast tylko wspierać kapryśność (wczoraj mi smakowała ta wasza alternatywa, ale dziś chcę prawdziwej wołowinki i mam was w nosie)? Czy nie jest to utrwalanie szkodliwego stereotypu, że mięso jest głównym nośnikiem białka i smaku? Czy nie jest to błędne sugerowanie (po raz enty), że wegańskie jedzenie wymaga jakichś super zdolności, żeby smakowało? Czy nie jest to znane skądinąd twierdzenie, że mięso to jakiś wysublimowany smak, którego brak rujnuje całą kuchnię i którego nieobecność może pasować tylko jakimś niedorobionym smakowo wege ludkom? (zajrzyjcie do mojej recenzji wywiadu z pewnym myśliwym, który sugeruje właśnie coś w ten deseń – link na dole).

Podsuwanie wynalazków technologicznych może być ważnym elementem układanki przyszłości,ale niekoniecznie najważniejszym i jedynym. Powinniśmy się spodziewać, że twórcy nowych technologii będą na nich skupieni i mogą przeceniać ich wartość tak jak człowiek z młotkiem może przeceniać wartość wbijania gwoździ w robieniu wystroju mieszkania. Może jednak warto przyglądać się temu młotkowi z dystansem, niekoniecznie wierząc w marketingowe hasła.

I kolejne pytanie, które nasuwa się przy tym argumencie: dlaczego tak łatwo mielibyśmy zaakceptować, że ktoś proponuje (znowu), że do celu można dążyć (dosłownie) po trupach? I to do jakiego celu – rzekomo ostatecznym celem jest ratowanie zwierząt! 

Wszyscy wychowani w szowinizmie gatunkowym, nawet jeśli mu się sprzeciwiamy, pozostajemy pod jego wpływem, szczególnie wobec niektórych gatunków zwierząt. Myślę, że argument z poświęcenia jednych na rzecz innych forsowany jest z tym większą łatwością, że testy wykonano na mało lubianych i niekochanych zwierzętach, jakimi są szczury i myszy. Mając świadomość z naszego uprzedzenia, które ułatwia brak empatii wobec tych zwierząt, skorzystajmy z innego przykładu. Jakie byłoby nasze zdanie, gdyby te eksperymenty przeprowadzono na ulubionym gatunku, w jego najbardziej chwytającej za serce odsłonie: na psach rasy beagle. Wszyscy mamy do nich automatycznie większą empatię niż do szczurów. Wyobraźmy więc sobie 188 beagle’i, którym najpierw zadaje się cierpienie, a potem zabija, żeby przetestować kolejne smaczne jedzenie dla ludzi, którzy smaczne, roślinne jedzenie mają na wyciągnięcie ręki (swoją drogą Burger King miał już warzywne burgery od 2002 roku). 

(b) Drugi argument: bierzemy leki testowane na zwierzętach, więc dopuszczamy testy w celu osiągnięcia jakiegoś dobra. Owszem, ale nie porównywałabym ratowania zdrowia i życia w sytuacji braku alternatywy do zaspokajania kubków smakowych w sytuacji dostępu do żywności roślinnej. 

(c) Ostatni z omawianym przeze mnie argumentów: kastrujemy zwierzęta dla ograniczenia bezdomności i jako że jest to zabieg obarczony pewnym (bardzo niskim) ryzykiem śmiertelności, to poświęcamy niewielką liczbę zwierząt na rzecz większej całości. Znowu, nie mamy specjalnie alternatywy (na tym polega między innymi problem z udomowieniem zwierząt, że generuje bezdomność wielu zwierząt i kastracja jest jednym ze sposobów ograniczania tego poważnego problemu). W przypadku Impossible Burgera istniejących alternatyw jest aż nadto. Z kolei ryzyko śmierci w wyniku kastracji jest bardzo niskie, więc nie można go nijak porównać do eksperymentów na zwierzętach, w których zabicie nie jest skutkiem ubocznym, lecz częścią planu. 

Wracając jeszcze do oświadczenia Pata Browna, bardzo słabe to, że założyciel Impossible Foods „czystością ideologiczną” nazywa de facto sprzeciw wobec skrzywdzenia i zabicia blisko 200 zwierząt. Powtórzę co pisałam powyżej, gdyby testy odbyły się na blisko 200 psach rasy beagle, to podejrzewam, że sprzeciw wyraziliby już nie tylko (niektórzy) weganie czy wegetarianie, ale także tradycyjni konsumenci wołowiny, którzy konsumpcję tę regularnie łączą z dużą sympatią dla zwierząt domowych. Kto kupiłby wtedy Impossible Burgera? Kto klepałby Pata Browna po plecach mówiąc, że to doskonały wybór i że dobrze, że nie dał się ponieść „czystości ideologicznej”?

A swoją drogą czym może być czystość ideologiczna? Myślę, że może być  na przykład utożsamieniem własnych preferencji estetycznych (co mnie pociąga o co odrzucam ze wstrętem) z przekonaniami etycznymi (co jest dobre a co złe). Na przykład jeśli odrzuca mnie myśl o zjedzeniu burgera roślinnego, którego ktoś upiekł na tym samym grillu, co wcześniej burgera mięsnego i uważam w związku z pojawiającym się uczuciem wstrętu, że takie działanie byłoby nieetyczne. 

Niewątpliwie, wszyscy mamy prawo do preferencji estetycznych i nie zamierzam się z tego wyśmiewać. Sama też mam wiele takich preferencji i chciałabym w miarę możliwości je realizować bez ironicznych uśmieszków czy zjadliwych uwag kierowanych pod moim adresem. Przyznam, że nie miałabym ochoty jeść burgerów roślinnych smażonych czy grillowanych na tym samym grillu co mięsne. Nie miałabym ochoty jeść hotdogów ze stacji benzynowej z podobnego względu. 

Natomiast warto zdać sobie sprawę, że czasem nasz wstręt jest przede wszystkim preferencją estetyczną, a nie postawą etyczną: podgrzanie mojej roślinnej potrawy na tym samym talerzu, gdzie wcześniej leżał kotlet schabowy może być dla mnie równocześnie bardzo nieestetyczne i  całkowicie etyczne i nie ma w tym sprzeczności. To działa też w drugą stronę. Jeśli wstręt uważamy za papierek lakmusowy tego, czy coś jest etyczne, możemy dojść do wniosku, że jeśli coś nie wzbudza naszego wstrętu, a nawet powoduje w nas efekt lecącej ślinki (np. ładnie pachnący kurczak z rożna, czy pyszny ser żółty) to jest to etyczne. Niestety, samo odczuwanie wstrętu lub jego brak nie jest dobrym przewodnikiem w rozpoznawaniu czy coś jest (etycznie) dobre czy złe.

Podsumowując, choć technicznie wegański (składający się z produktów roślinnych), Impossible Burger wzbudza jednak mój sprzeciw, bo specjalnie dla dystrybucji tego, bądź co bądź kolejnego, roślinnego burgera, przeprowadzono testy na 188 zwierzętach, które następnie zabito. Firma twierdzi, że uratuje swoim produktem miliony zwierząt. Uważałabym jednak na arogancję, „syndrom wybawiciela” i presję czasu wywieraną przez producenta (czy na zmianę przepisów nie mógł zaczekać świat, czy raczej inwestorzy, którym nie podobała się myśl o czekaniu na szeroką dystrybucję w swoim kraju), a także sytuację, w której ten sam człowiek (tu założyciel firmy) mówi, że chce ratować zwierzęta, a następnie zabiera się do zabicia 188 zwierząt i wątpliwości w tym zakresie nazywa czystością ideologiczną. Na pytanie, czy jeść takie produkty, każdy oczywiście musi odpowiedzieć sobie sam.

Czytaj/oglądaj dalej:
  • Oświadczenie Pata Browna, założyciela Impossible Foods, z 2017 roku (LINK)
  • Video, w którym Unnatural Vegan omawia sprawę oskarżenia Impossible Foods przez PETA, analizuje szczegółowo odpowiedzi Impossible Foods i przytacza wypowiedź o ewentualnych testach na zwierzętach dotyczących kolejnych produktów (ale wyciąga odmienne wnioski od moich nt postępowania Impossible Foods) (PETA Slams the Impossible Burger (PETA is Garbage Part 500 - LINK)
  • Wywiad z dyrektorem zoo i myśliwym, który opowiada o niewyrobionych smakowo wegetarianach i weganach (to jego opinia, nie moja) i przy okazji daje nam chyba do zrozumienia, że zabijanie zwierząt może być fajne. (LINK)
  • wypowiedzi zwolenników Impossible Foods, którzy uważają, że testy na zwierzętach były usprawiedliwione. (LINK1, LINK2)



niedziela, 17 listopada 2019

Czy wszystkie feministki powinny być wegankami?

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Posłanka do Parlamentu Europejskiego, feministka i weganka Sylwia Spurek napisała ostatnio na Twitterze: 


Będąc polityczką, Sylwia Spurek otwarcie mówi o swoim weganizmie. Nie określa go mianem prywatnego wyboru czy kulinarnej preferencji, ale jasno stwierdza, że weganizm to postulat etyczny, ekologiczny i społeczny. Bardzo ją za to cenię. Podkreślam to, bo nie chciałabym ani przez chwilę stać się paliwem do krytyki, jaka spada na Sylwię Spurek właśnie za to, że „śmie” określać weganizm jako część społecznej odpowiedzialności we współczesnym świecie.

Jednak postulat weganizmu nie zawsze jest formułowany w udany sposób, czego przykładem jest – moim zdaniem - powyższy tweet. Sylwia Spurek łącząc weganizm z feminizmem, wyraziła się tak kategorycznie, jakby opisywała fakt dokonany (a tak nie jest) lub wydawała rozkaz (w rzeczywistości można raczej wystosować apel). Wyszło trochę tak, jakby Spurek zdyskwalifikowała większość kobiet, które identyfikują się jako feministki, mówiąc im, że nie są prawdziwymi feministkami, jeśli nie są równocześnie wegankami. 

Choć rozumiem szerszą perspektywę, w której dostrzega się, że przemoc i dyskryminacja to działania wymierzone zarówno w ludzi jak i w zwierzęta, i gdzie sprawiedliwość społeczna powinna dotyczyć  zatem tak ludzi jak i zwierząt, to myślę, że podszyte rewolucyjnym zapałem hasło z tweeta Spurek jest albo niefortunnym skrótem myślowym, albo po prostu falstartem. 

Sądzę, że warto stale poddawać refleksji sposób, w jaki mówimy o weganizmie, by zachowując otwartość, konsekwencję i bezkompromisowość, unikać niepotrzebnej brawury i brać pod uwagę istniejący kontekst społeczny, w którym – na dzień dzisiejszy – obrona praw człowieka (w tym feminizm) napotyka wiele trudności, a prawa zwierząt to projekt w powijakach, nawet w środowisku prozwierzęcym.



Żyjemy w społeczeństwie (i świecie), które prawa człowieka wciąż uznaje wybiórczo lub tylko teoretycznie. Organizacje działające w zakresie praw człowieka i przeciw dyskryminacji ze względu na płeć, rasę czy orientację seksualną (a więc cechy, których ludzie sobie nie wybierają) mają pełne ręce roboty zarówno w zakresie obrony praw zapisanych w konwencjach i przepisach jak i w walce o uchwalanie przepisów, których brakuje, by prawa człowieka mogły być realizowane. Mamy więc problemy wewnątrzgatunkowe - rozgrywające się między ludźmi. Aktywiści i aktywistki zaangażowane w obronę praw człowieka (w tym praw kobiet) są obciążeni zarówno obcowaniem z cudzym cierpieniem jak i agresją kierowaną pod ich adresem ze strony ludzi, którym prawa kobiet czy mniejszości są „nie po drodze”. Często nie starcza już sił i czasu, by wyjść poza konwencjonalny stosunek do zwierząt, przejęty w wychowaniu, który ogranicza się do zauważania i czasem sympatii wobec zwierząt domowych. Do tego wszystkiego, społeczny „porządek” w codziennych sytuacjach jako domyślne podsuwa wybory niewegańskie, najczęściej w zakresie jedzenia, siłą rzeczy rzadziej w kwestii odzieży. 

Prawa zwierząt, a więc weganizm to kwestia stosunkowo świeża, zdecydowanie świeższa niż prawa człowieka, bo to właśnie na prawach człowieka filozofowie bazują filozofię praw zwierząt. W Europie, pierwsze stowarzyszenie wegańskie powstało w 1944 roku, pierwsza głośna książka krytykująca szowinizm gatunkowy, choć niemająca nic wspólnego z prawami zwierząt, została wydana w latach 70. („Wyzwolenie zwierząt” Petera Singera) zaś pierwsza teoria praw zwierząt (Toma Regana) została opracowana w latach 80. XX wieku i wcale nie stała się popularna. Dobrze brzmiące hasło „prawa zwierząt” zostało podchwycone i jest chętnie używane, ale nie po to, by promować weganizm (czyli koniec eksploatacji zwierząt), lecz by zmieniać przepisy dobrostanowe na fermach i w laboratoriach lub by walczyć o prawa zwierząt domowych.

Tak, olbrzymia część ruchu prozwierzęcego to ruch tylko na rzecz praw zwierząt domowych. Chodzi o przeciwdziałanie bezdomności, lepszą organizację schronisk i adopcji, karanie sprawców zaniedbań i okrucieństwa. Czasem o eliminację niektórych praktyk hodowlanych, takich jak obcinanie uszu czy ogonów psom. Jeśli mówi się o zwierzętach innych niż domowe to głównie o reformie przepisów dotyczących ich eksploatacji i zabijania. Dlaczego? Bo większość ludzi zajmujących się zwierzętami domowymi, korzysta z eksploatacji i zabijania tych innych zwierząt – jedzą mięso, nabiał i jaja, noszą skórzaną i wełnianą odzież (futra rzadziej, choć też pewnie się zdarza). Jest to oczywiście wynik wychowania, a nie sadystycznych skłonności. Problem polega jednak na tym, że najwyraźniej nie poddają tego etycznej refleksji, choć regularnie mówią o „prawach zwierząt”. 

Według niektórych organizacji prozwierzęcych weganizm to jedna z opcji na liście „co możesz zrobić”. Można wybrać ją, albo coś innego. Z kolei weganizm jako etyczne minimum w stosunku do zwierząt, taka deklaracja nieagresji, zasada „po pierwsze nie krzywdź”, jest postulowany przez nieliczne organizacje. Co więcej, nie dostrzegam ze strony wegańskich aktywistów, sensownej presji (i nie chodzi mi o ordynarne zachowanie) na prominentne postaci tego ruchu, które z jednej strony mówią dużo o empatii i prawach zwierząt (przez mikrofon na demonstracjach), a z drugiej nie dość, że nie są weganami, to jeszcze kpią z weganizmu. Innymi słowy, sam ruch prozwierzęcy, który z założenia przekracza barierę gatunkową, robi to bardzo wybiórczo lub niepewnie. 

Niestety, nie ma żadnej gwarancji, że ludzie, którzy w swoich wysiłkach przekroczyli barierę gatunkową i zajęli się a to zwierzętami domowymi, a to wszystkimi zwierzętami (weganie), mają uporządkowaną kwestię praw człowieka. Nie policzę ile razy zetknęłam się z użyciem seksizmu czy rasizmu w działaniach prozwierzęcych (albo na zasadzie „cel uświęca środki” albo po prostu dlatego, że ludzie ci są seksistami, rasistami czy homofobami i cel obrony zwierząt świetnie się nadaje do publicznego, a zarazem "zamaskowanego" wyrażania swoich uprzedzeń). 

Mamy więc spory bałagan i dużo rzeczy do uporządkowania. Na moje oko, bardziej logiczna kolejność działań byłaby zatem taka: ruch prozwierzęcy rozwiązuje problemy w swoich szeregach związane z brakiem respektowania praw człowieka i praw niektórych zwierząt. Tym samym poszerza się grupa ludzi szanujących prawa człowieka i prawa zwierząt. I ta większa, bardziej spójna, grupa postuluje szersze spojrzenie zarówno na opresję, która przekracza granice gatunkowe i sprawiedliwość społeczną, która powinna te gatunkowe granice przekraczać. 

W ruchu prozwierzęcym wielotorowe podejście jest reprezentowane (wciąż wąsko) przez tzw. prointersekcjonalne podejście do weganizmu (o czym w innym wpisie). Wśród feministek, to podejście też istnieje, choć oczywiście nie jest powszechne. Współczesnym przykładem jest amerykańska feministka i weganka Carol J. Adams i jej koncepcja przenikania się seksizmu i szowinizmu gatunkowego (The Sexual Politics of Meat).

Nie ma więc niczego dziwnego w łączeniu tematu feminizmu i weganizmu. Zasadna jest nadzieja, że ludzie dostrzegający dyskryminację i opresję wobec grupy ludzi, zechcą zwrócić uwagę na dyskryminację i opresję wobec innej grupy, nawet jeśli tą grupą nie są ludzie. Potrzeba jednak szerszej, zapraszającej perspektywy, której siłą rzeczy brakuje kategorycznym hasłom. Lepiej uważać, by zamiast zachęty nie powodowały zniechęcenia.

Czytaj dalej:
  • Wpis na blogu na podobny temat + więcej o Carol J. Adams (LINK)
  • Tweet (LINK)




sobota, 28 września 2019

O hipokryzji (okiem) myśliwego

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Ostatnio zrecenzowałam wydanie specjalne Tygodnika Powszechnego poświęcone zwierzętom. Zebrano tam artykuły i wywiady opublikowane w tym czasopiśmie w ciągu ostatnich dwóch dekad. Dziś omówię jeden z tych tekstów, wywiad z człowiekiem, który napisał książkę o hipokryzji wobec zwierząt będąc zarazem założycielem azylu dla ptaków, nieweganinem i myśliwym. 

Za Wikipedią, Andrzej Kruszewicz, autor książki „Hipokryzja. Nasze relacje ze zwierzętami”, to polski ornitolog, podróżnik, założyciel i szef Azylu dla Ptaków w warszawskim zoo, dyrektor warszawskiego zoo, z wykształcenia lekarz weterynarii, autor i tłumacz wielu publikacji z zakresu ornitologii, i wreszcie założyciel i honorowy członek Stołecznego Towarzystwa Ochrony Ptaków. Jak już wspomniałam, Kruszewicz nie stroni od produktów odzwierzęcych, jest myśliwym (choć obecnie nie poluje) i nauczycielem przyszłych myśliwych. 

Przyznam, że hipokryzja interesuje mnie żywo od czasu, kiedy dostrzegłam ją u siebie i zaczęłam się z nią zmagać. Przyglądam się jej też u innych. Z dużym zdziwieniem przyjęłam więc informację, że książkę o hipokryzji w stosunku do zwierząt napisał ktoś taki jak Andrzej Kruszewicz. Czyżby książka ta była spowiedzią grzesznika? A jeśli tak, to czy jest tam postanowienie poprawy? Nie skusiłam się dotąd na tę pozycję, bo recenzje sugerowały raczej mentorski charakter utworu i  uznanie ze strony myśliwych.  Swoją drogą wydawca jego książki – Oficyna wydawnicza Oikos – wita nas na swojej stronie internetowej okładką miesięcznika „Brać Łowiecka”.

Przejdźmy do wywiadu. Jak Kruszewicz rozumie hipokryzję?

Cytat 1
Kto jest hipokrytą?
AK: W relacjach ze zwierzętami wszyscy wykazujemy się hipokryzją. Z różnych powodów i na różne sposoby.
Bo jeśli ktoś deklaruje szlachetną postawę wobec zwierząt, jak wegetarianizm, ale nie sprawdza, skąd bierze się mleko, które pije, to jest nie w porządku. Podobnie z kupowaniem produktów na oleju palmowym.
Albo śliwek w środku zimy, które pochodzą z Paragwaju. 

Cytat 2
Co jest źródłem tej hipokryzji? Dieta? Urbanizacja? Dobrobyt?
AK: Dobrobyt psychiczny. Świadomie zamiatamy pewne sprawy pod dywan, żeby ich nie widzieć. Proszę zwrócić uwagę jak pakowane jest mięso w supermarkecie. Ono nie może przypominać zwierzęcia.
Kilka lat temu wybuchła afera, gdy jedna z sieci sprzedawała w całości zafoliowane prosiaki. Całą świnkę sprzedawali, no skandal. A gdyby nie miała główki, albo wcześniej podzielono ją na pół, to byłoby w porządku? To jest hipokryzja. Jemy mięso, ale celowo unikamy stwierdzenia, że to jest zwierzę, które trzeba zabić. I ktoś musi to zrobić.
(…)
Zabicie zwierzęcia jest zawsze aktem przemocy, którym się chwalić nie należy. Natomiast z całą pewnością zabicie zwierzęcia dzikiego w jego naturalnym środowisku jest łagodniejszą formą zdobycia pożywienia niż hodowanie go poprzez dręczenie, a potem wożenie do rzeźni na ubój, gdzie czeka w kolejce na śmierć. 

Z pewnością hipokryzja towarzyszy nam wszystkim w różnych aspektach życia i nie jest to żadne odkrycie. Jednak mówienie, że hipokryzja dotyczy każdego jest nie tylko truizmem, ale także prostym sposobem na rozmycie tematu. To tak jakby dyskusję o kradzieży rozpocząć od stwierdzenia, że „każdemu przecież zdarzyło się kiedyś coś ukraść, prawda?” albo na początku dyskusji o rasizmie rzucić: „Kto z nas nie ma żadnych uprzedzeń, niech pierwszy rzuci kamieniem”. Wszyscy poczują się trochę winni i stwierdzą, że w zasadzie z ostrą krytyką zjawiska należy się powstrzymać, bo za chwilę im także zostanie coś wytknięte. 

Wydaje się, że Kruszewicz stosuje właśnie tę taktykę. Wytyka hipokryzję wszystkim. Winni są konsumenci spokojnie kupujący mięso w markecie, i oburzający się dopiero wtedy, gdy forma sprzedawanego mięsa zbyt dosłownie przypomina im, że stoi za tym zabicie zwierzęcia. Winni są też wegetarianie, którzy w podobnym spokoju kupują mleko nie życząc sobie wytykania, co stoi za jego produkcją (nie wiem dlaczego Kruszewicz pomija jajka).  Kruszewicz zakreśla krąg winy szeroko, bo wspomina też olej palmowy, a nawet zakupy sprowadzanych z daleka owoców (nie rozumiem odniesienia do zwierząt w przypadku tego ostatniego). Doprawdy imponujące horyzonty myślowe. Można skonstatować, że pewnie niczego nie pominął. 

Kruszewicz szykuje dla nas ciekawą konkluzję: na bohaterów walczących z hipokryzją wyrastają w jego opowieści myśliwi, którzy samodzielnie, bez oglądania się za kimś, kto by ich wyręczył, bez zamykania oczu i zamiatania sprawy pod dywan stosują przemoc, by zabić zwierzę i pozyskać jego mięso. Co więcej, Kruszewicz podkreśla, że myślistwo jest w sumie najmniej przemocowym sposobem zdobycia mięsa, biorąc pod uwagę fakt, że zwierzę do chwili śmierci nie jest dręczone przez człowieka. Czy można się dziwić, że książka spodobała się myśliwym? 

Mam duży problem z takim podejściem, choć zgadzam się, że za spokojnym kupowaniem mięsa i mleka (a także jajek) stoi społecznie akceptowana forma hipokryzji i że zwierzę zabite w lesie cierpiało mniej niż to poddane hodowli, transportowi i ubojowi. Skąd mój problem? Bo myślę, że konstruktywna rozmowa o hipokryzji w stosunku do zwierząt powinna skupiać się na redukowaniu tejże hipokryzji poprzez podnoszenie standardów zachowania, zachęcanie, byśmy równali w górę, ku szlachetnym aspiracjom.  

Jeśli zamierzamy redukować hipokryzję wytwarzającą się na przykład wokół powierzchownie rozumianej poprawności politycznej, to chcemy zachęcać ludzi, by rzeczywiście zachowywali się lepiej, by w relacjach międzyludzkich było coraz więcej wzajemnego szacunku i coraz mniej seksizmu, rasizmu i innych form dyskryminacji. Niczym konstruktywnym nie jest natomiast redukowanie hipokryzji poprzez zachęcanie ludzi do równania w dół – odcięcia się od szlachetnych aspiracji i powrót do grubiańskiego i krzywdzącego seksizmu czy rasizmu realizowanego bez wstydu i poczucia winy.

Kruszewicz przyjmuje strategię równania w dół. Maluje obraz społeczeństwa pełnego hipokryzji nie po to, by szukać recepty na eliminowanie krzywdzenia zwierząt, lecz by pochwalić tych, którzy bezwstydnie dopuszczają się niepożądanego społecznie zachowania właśnie za to, że robią to bez wstydu i poczucia winy. Ma jakąś propozycję? Tak, zachęca do ograniczania jedzenia mięsa, pozyskiwania go z gospodarstw ekologicznych lub od myśliwych. Mam wątpliwości co do autentyczności jego troski o zwierzęta, bo zadziwia mnie sposób, w jaki odpowiada na zadane mu w wywiadzie niezwykle ważne pytanie: 

Czyli nie unikniemy roli morderców zwierząt?
AK: Ludzie mają często silną potrzebę czucia się lepszymi od innych. Ruch wegetariański czy wegański jest bardzo młody. Dzisiejsi weganie wychowali się na ogół na mięsie, ich rodzice jedzą mięso, jest ono wszechobecne. A taki weganin czy wegetarianin często próbuje zaglądać innym do garnka, ferować wyroki. Nie je i poucza innych. Nie jesz mięsa, w porządku, to twoja decyzja. Kojarzy pan na pewno smak umami, niedawno opisany.
Słynny piąty smak.
AK:Jest związany z mięsem, to właściwie smak mięsa. 3,5 proc. ludzkości go nie odczuwa, mięso jest dla nich bez smaku. Jeśil ktoś taki zostaje wegetarianinem – to zrozumiałe. Ale jeśli ta sama osoba, poucza innych w kwestii mięsa, to tak, jakby eunuch zalecał wszystkim wstrzemięźliwość seksualną.

Trudno sobie wyobrazić bardziej istotne pytanie niż to, czy możemy zrzucić ze swoich barków brzemię zabijania zwierząt. Choć dla większości ludzi zabicie zwierzęcia jest łatwiejsze do przyjęcia niż zabicie człowieka, wciąż nie przyjmujemy tego łatwo, stąd przecież bierze się potrzeba hipokryzji. Nikt jedzący ciasto marchewkowe nie odczuwa dyskomfortu na wzmiankę o wyrwaniu z ziemi marchewki. Jedząc kotleta schabowego większość woli nie słuchać wzmianek o rzeźni. I Kruszewicz otrzymując tak kapitalne pytanie odpowiada klucząc. Tym samym autor „Hipokryzji” zamiata sprawę pod dywan.

Oczywiście nie oczekuję od niego zdolności jasnowidza. Nikt z nas nie jest w stanie przewidzieć przyszłości ludzkości. Niemniej przydałoby się przynajmniej przedstawienie dostępnych ludziom opcji. Autor książki o hipokryzji twierdzący, że jakoś zależy mu na losie zwierząt, jest to winien zarówno zwierzętom jak i swoim czytelnikom. Nie przyjmuję za dobrą monetę ewentualnej niewiedzy. Pisząc na ten temat trzeba takie podstawowe rzeczy wiedzieć. Skoro nie mówi tego Kruszewicz, powiem to ja: jeśli chcemy unikać roli morderców, mamy do wyboru dużo więcej niż ograniczanie mięsa, a to jest jedyna możliwość jaka na dzień dzisiejszy przychodzi Kruszewiczowi do głowy, lub przechodzi przez gardło. Kruszewicz zamiata pod dywan opcję, która jest odpowiednim wyborem dla tych, którzy nie chcą ani kontynuować swojego udziału w krzywdzie zwierząt, ani być hipokrytami, którzy tylko udają, że im na zwierzętach zależy. Takim odpowiednim wyborem jest weganizm, którego definicję przytaczam za  za The Vegan Society:

Weganizm to filozofia i sposób życia, który stara się wykluczyć - w stopniu w jakim jest to możliwe i wykonalne - wszystkie formy eksploatacji i okrucieństwa wobec zwierząt w związku z produkcją żywności, ubrań czy w jakimkolwiek innym celu; co za tym idzie weganizm promuje rozwój i wykorzystywanie alternatyw wolnych od składników odzwierzęcych i niezwiązanych ze zwierzętami, które są korzystne dla ludzi, zwierząt i środowiska.


Dlaczego Kruszewicz o tym nie wspomina? Dlaczego marnuje czas czytelników podśmiechując się z wegetarian i wegan zamiast z miejsca omówić weganizm? Dlaczego krytykowanie jedzenia zwierząt i produktów odzwierzęcych sprowadza do kwestii „zaglądania do cudzego garnka”. Przecież zna różnicę między wyciągnięciem z ziemi korzenia marchewki a zabiciem świni, dzika, kury, krowy czy jelenia. Sam potwierdził, że zabicie zwierzęcia to akt przemocy. Czy uważałby również, że krytykowanie międzyludzkiej przemocy domowej można sprowadzać do „zaglądania do cudzej sypialni”? Dlaczego raz zwierzęta liczą się dla niego do tego stopnia, że podejmuje się napisania całej książki o hipokryzji w nie uderzającej i nawet zaleca jedzenie mniej mięsa (choć dziwnym trafem „zapomina” o ograniczeniu mleka i jaj), a innym razem zwierzęta nie liczą się wcale, kiedy ważniejsze okazują się preferencje amatorów umami? Co ciekawe, smak umami nie występuje tylko w mięsie. Mają go też niektóre produkty roślinne, takie jak suszone pomidory, oliwki czy sos sojowy - to informacja na marginesie i małe zdziwienie, że Kruszewicz tego nie wie. Ale nawet gdyby rzeczywiście tylko mięso miało smak umami, to – jak zauważono – umami jest dopiero piątym smakiem, wciąż mamy do dyspozycji cztery pozostałe i nieskończone wręcz możliwości żonglowania nimi w obrębie kuchni roślinnej. Teza, że kuchnia bez mięsa to kuchnia bez smaku jest więc z gruntu fałszywa i świadczyć może co najwyżej o braku wyobraźni.

Mięso nie jest naturalną potrzebą człowieka, a chyba to zdaje się sugerować Kruszewicz porównując zdolność do smakowania mięsa do seksualności, a jedzenie mięsa do uprawiania seksu. Wbrew temu co twierdzi autor „Hipokryzji” codzienne jedzenie mięsa ma bardzo krótką historię – na Zachodzie rozpoczętą dopiero po II wojnie światowej. Jest to historia krótsza niż niejedzenie mięsa na Wschodzie. Wcześniej dla większości ludzi jedzenie mięsa, w przeciwieństwie do uprawiania seksu, było doświadczeniem sporadycznym. 

Wracając do weganizmu – jest to świetne rozwiązanie, praktykowane przez miliony ludzi na całym świecie, wychodzące daleko poza samą dietę roślinną, bazujące równocześnie na mocnym kontakcie z rzeczywistością (podkreślające, że robimy to co możliwe i wykonalne) i wyrażające troskę o przyszłość angażując nas do pracy nad lepszymi rozwiązaniami w każdej dziedzinie życia. Dietę roślinną wspiera nauka. Największa na świecie organizacja dietetyków – amerykańska Academy of Nutrition and Dietetics, co parę lat wydaje stanowisko na temat diet wegetariańskich i roślinnych i na podstawie analizy rosnącej liczby badań i potwierdza, że dobrze zaplanowana dieta roślinna jest odpowiednia na każdym etapie życia. Dlaczego, do cholery, Kruszewicz o tym nie wspomina? Globalne odejście od produkcji zwierzęcej byłoby też korzystne dla środowiska, a więc także dla ludzi i dzikich zwierząt. Dlaczego w kontekście środowiska Kruszewicz mówi tylko o wegetarianizmie, do którego jak sądzi będziemy kiedyś tam zmuszeni?

Niesmaczne i niepokojące skojarzenia z seksem Kruszewicz ma nie tylko w kontekście jedzenia mięsa.

Zabrałby Pan dziecko na polowanie?
AK: Ja mam dorosłe dzieci, to inna sytuacja. Kilka lat temu wziąłem syna. Poszliśmy do lasu, siedliśmy na skraju łąki, obserwowaliśmy jakiegoś zająca, kozła. Podobało mu się, że mamy ze sobą broń. Ale nie był przy żadnym strzale, ani tym bardziej przy patroszeniu. Wracając do pytania, 18-latka na polowanie bym zabrał, kazał stanąć gdzieś z tyłu. A jak to powinno wyglądać prawnie? Może 16 lat to dobry wiek? Jeśli nie karzemy 16-latków za seks, to czemu zabraniać im udziału w polowaniach? 

Czy to porównanie nie wskazuje przypadkiem, że zabijanie zwierząt kojarzy się Kruszewiczowi jako coś przyjemnego, choć zarezerwowanego dla dorosłych? Skoro już musiał użyć jakiegoś porównania (udając, że mięso to konieczność), mógł choćby odnieść się do takiej rzeczy jak praca - zmuszanie do niej dzieci jest karalne.  O polowaniu mówi też, że „samo polowanie to duży wysiłek fizyczny, który nawet lubię, ale nie mam na to czasu.” W sumie, w świetle takich wypowiedzi, nie powinno mnie dziwić pominięcie weganizmu. Po co weganizm komuś, kto mimo deklaracji, że krzywda zwierząt nie jest mu obojętna, w zasadzie deklaruje, że smak umami jest ważniejszy a zabijanie sprawia przyjemność. Zastanawiam się też, po co komuś takiemu książka o hipokryzji w odniesieniu do zwierząt? Chyba że posłużyła jako wielka miotła do zamiecenia własnych śmieci pod dywan.

Czytaj dalej:

  • Recenzja specjalnego wydania Tygodnika Powszechnego o zwierzętach (link
  • Inne teksty na tym blogu związane z tematem myślistwa (link, link, link)


niedziela, 24 marca 2019

U nas też duszą, proszę Pana

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Widzieliście te przezroczyste breloczki do kluczy z małymi rybkami albo żółwikami w środku? Żywe zwierzęta zamknięte w plastikowym opakowaniu, gdzie jest trochę wody i tlen, który szybko się skończy. Zdolne do cierpienia istoty potraktowane jak jednorazowe gadżety. To nie do pomyślenia, prawda? Nasze oburzenie rośnie. Kto mógł wpaść na taki pomysł i kto to kupuje? Kiedy dowiadujemy się, że proceder ma miejsce w Chinach, nasze oburzenie rośnie jeszcze bardziej, ale zdziwienie jakby maleje. No tak, Chińczycy. Jak oni tak mogą?!

Pewnie dowiedzieliście się o tym w internecie. Ja też. Swoją drogą warto by sprawdzić na ile wiarygodne to informacje. Owszem, na szybko da się wyszukać parę petycji do chińskiego rządu, ale ich istnienie i treść nie pomagają nam zbytnio w weryfikacji tej sprawy, szczególnie jeśli petycje są stworzone przez indywidualne osoby (a nie przez organizacje) i zawierają wyłącznie apel okraszony retoryką „opinii światowej” oburzonej tym, co się „tam” wyprawia. Ale ten post jest o czymś innym, więc nie będę zajmować się weryfikacją breloczków. Przyjmijmy, że to prawda.

Co dla mnie istotne w takim właśnie temacie, i wielu mu podobnych, to ich potencjał do aktywowania uprzedzeń, utrwalania stereotypów, nadmiernego wzniecania emocji, zaspokajania potrzeby nowości, dawania poczucia wyższości i wrażenia, że robi się coś ważnego dla zwierząt i – niestety - odwracanie uwagi od mniej „atrakcyjnych”, a bardziej pozytywnych i często pożytecznych rzeczy, które możemy robić na rzecz lepszego świata.

Jeśli chodzi o stosunek Chińczyków do zwierząt, to przeciętny polski użytkownik Facebooka, który lubi psy i koty i czyta wiadomości o zwierzętach, na pewno zetknął się z Festiwalem psiego mięsa w Yulinie. Szokująca dla konsumenta świń, cieląt i kurcząt informacja o jedzeniu psów połączona z praktycznie nikłą wiedzą na temat Chin (oprócz tego, że jest to państwo w Azji, gdzie mieszka bardzo dużo ludzi, którzy mają skośne oczy i nie są biali) w dość prosty sposób skłania do aktywowania negatywnego uprzedzenia (są też uprzedzenia pozytywne) do całej grupy narodowościowej, czy nawet rasowej. Wniosek z tych skąpych informacji jest oczywiście uogólniający, co widać często w petycjach, według których jedzenie psów, w przeciwieństwie do jedzenia świń, kur, czy cieląt, ma świadczyć o niższości kultury chińskiej i jej barbarzyństwie, a zarazem (domyślnie) o wyższości i ucywilizowaniu kultury zachodniej, czyli naszej. 

Temat sprzedawania breloczków z żywymi zwierzętami w Chinach odgrywa bardzo podobną rolę do tematu Festiwalu w Yulinie. Cementuje nasze uprzedzenia, daje łatwe uzasadnienie dla rasizmu, pozwala "bezkosztowo" poczuć się lepszym i bardziej cywilizowanym, bez jakiejkolwiek refleksji nad własną kulturą i własnym postępowaniem. Nie daje okazji do zastanowienia, cóż takiego różni psa od świni, nie w naszych oczach, lecz w nich samych, ich chęci do życia, potrzebach i pragnieniach. Nie skłania do refleksji, że jeśli mięsa jeść nie trzeba (a nie trzeba, podobnie jak nie trzeba jeść nabiału czy jajek), to de facto świnie cierpią i umierają dla naszej przyjemności. I nie jest to miła refleksja, ale może posłużyć do zmiany naszego zachowania. Kiedy mocno skupiamy się na innych, odcinamy się od własnego doświadczenia, szczególnie jeśli siebie postawimy na pomniku. 

Równocześnie takie nowinki są niezwykle atrakcyjne dla naszych umysłów niezmordowanie poszukujących nowości – nowych informacji, najlepiej wywołujących intensywne emocje, sensacyjnych w tonie, walczących o naszą uwagę w potoku wiadomości. którymi zalewa nas internet i media społecznościowe w szczególności. Intensywność emocji przeżywanych podczas odbioru takiej informacji myli nam się często z jej istotnością. Szybkie podpisywanie i intensywne udostępnianie petycji bierzemy za działanie właściwe i konieczne, nawet jeśli wiemy, że ciągnie za sobą ogon rasistowskiego hejtu, który łatwo nam jest zbagatelizować, szczególnie  jeśli nie dotyczy nas ani nikogo bliskiego.

Presja czasowa (podpisz już teraz!), temat przyciągający uwagę swoją „egzotycznością”, sugestia, że odbiorca petycji należy do tej lepszej cywilizacji i silne emocje to mieszanka, której trudno się oprzeć. Często towarzyszy temu pewien szantaż emocjonalny. Sprawa zostaje przedstawiona w taki sposób, że albo podpiszesz petycję, albo zawiedziesz zwierzęta, które czekają na Twoją pomoc. Na stole, w zasięgu wzroku, jest wybór: tylko ta petycja albo wielkie okrągłe, budzące poczucie winy zero. Jeśli mieliśmy jeszcze jakieś wątpliwości, choćby te dotyczące rasizmu, to ulegamy. Myślę, że niedobrze, bo rasizm, mowa nienawiści i przemoc na tym tle są rzeczywistością coraz bardziej codzienną, a działać dla zwierząt w sposób współgrający z prawami człowieka możemy przecież na wiele sposobów.

Wracając do duszących się za sprawą człowieka zwierząt,  temat breloczków przywiódł mi na myśl rodzimy przykład jednodniowych kurzych piskląt. Takie pisklęta wylęgają się w bardzo dużych ilościach nie pod czujnym okiem kurzych matek, ale w przedsiębiorstwach zwanych wylęgarniami. To miejsca, skąd hodowcy kupują pisklęta do odchowu tzw. brojlerów na mięso i skąd kupowane są pisklęta płci żeńskiej, które będą służyć jako maszyny do znoszenia jajek na fermach jajczarskich. I w tych wylęgarniach odbywa się selekcja. W przypadku kurcząt, które będą hodowane na mięso, "odpadem" będą ewidentnie chore pisklęta. W przypadku przyszłych kur niosek, z oczywistych względów "odpadem" będą kogutki (nie opłaca się ich hodować na mięso). 

I zgodnie z odpowiednim rozporządzeniem, takie zwierzęta można zabijać (to jest w produkcji zwierzęcej praktycznie pewnik dla wszystkich zwierząt) i należy to robić w jeden z dwóch sposobów: albo z użyciem „urządzeń mechanicznych powodujących natychmiastową śmierć” albo stosując dwutlenek węgla. To pierwsze może oznaczać zgniatanie lub mielenie, to drugie komorę gazową – duszenie. Podobno ta – podkreślę, że niezawiniona - śmierć zadana w taki właśnie sposób jest stosunkowo szybka i bezbolesna. 

Mam co do tego pewne wątpliwości. Zasadzają się one w zasadzie na dwóch kwestiach: masowość działania i status tych zwierząt. Odwiedziłam parę stron wylęgarni. Niewątpliwie, wyspecjalizowane zakłady tego typu muszą mieć masowy przerób, żeby utrzymać się na rynku. Jedna z nich chwaliła się, że rocznie wylęga się tam 90 milionów piskląt. Nieźle, prawda? Dziennie wychodzi 250 tysięcy zwierząt. Powiedzmy, że 10 procent nie będzie dobrze rokować (to była wylęgarnia kurcząt na mięso), to do zabicia będzie 25 tysięcy zwierząt dziennie. Nawet zwierzęta przedstawiające wartość rynkową (bo będą mięsem albo maszyną do jajek), indywidualnie kosztują bardzo mało i w razie choroby/urazu nie są leczone. Co dopiero więc może mieć miejsce w przypadku zwierząt, które dosłownie są dla producenta odpadem, czyli śmieciem? 

Czy sugeruję, że w związku z tym będą regularnie łamane przepisy (nawet takie, które umówmy się – służą szybkiej likwidacji "żywych śmieci")? Niekoniecznie. Niech i każda wylęgarnia ma swoje „urządzenia mechaniczne” i komory, gdzie wpuszcza dwutlenek węgla. Wyobraźmy sobie jednak, że ma do przerobu te 25 tysięcy zwierząt dziennie. Jedne zgniotą się od razu, inne niekoniecznie, jedne uduszą się od razu inne niekoniecznie. Wyobraźmy sobie potem taki martwo-żywy odpad dogorywający w plastikowych workach, gotowy do wywiezienia. Czy ktoś będzie dogniatał lub doduszał, żeby te zwierzęta, które jeszcze żyją, szybko umarły? Pomęczmy trochę własną wyobraźnię. To ćwiczenie nie będzie tak atrakcyjne jak petycja w sprawie „barbarzyńców” o innym kolorze skóry, ale może pomóc zmierzyć się z rzeczywistością bliżej domu, w której niekiedy bierzemy czynny udział kupując coś, co po prostu do tej pory uważaliśmy za żywność, niezbędny element naszego codziennego życia.



Oczywiście, jak to ja,  zmierzam do kwestii krzywdy zwierząt, która dzieje się tuż za rogiem, i której nie da się tak łatwo przyporządkować do kogoś innego i która, ostatecznie skłania do refleksji nad lepszym sposobem życia nie jakichś tam onych, których mamy petycją ucywilizować, tylko każdego z nas. Tym lepszym pod wieloma względami wyborem jest weganizm. Choć sama zmiana wielu nawyków żywieniowych i codziennych jest pewnym wyzwaniem, to tak naprawdę weganizm – jeśli się przyjrzymy mu na spokojnie – jest takim minimum – po prostu paktem o nieagresji w stosunku do zwierząt w takim zakresie, jaki jest możliwy i wykonalny w dzisiejszym świecie.

Co do pożytecznych rzeczy, które możemy robić nie pod presją czasu, nie pod wpływem emocjonalnego szantażu, jest ich wiele, choćby propagowanie tej nieagresji, pomoc schronisku (są różne typy schronisk – psów i kotów, ale też wielu innych zwierząt), adopcja zwierząt bezdomnych, pomoc organizacjom, które zajmują się adopcjami. To działanie pożyteczne, często bardzo wymierne i pomocne. Równocześnie dbajmy o to, by sprzeciwiać się rasizmowi i ksenofobii, jeśli w takich działaniach się pojawi.  A jeśli zdarzy się sensowna petycja, to podpisujmy ją po namyśle.


Czytaj dalej:

  • Chcesz zobaczyć to rozporządzenie? Proszę bardzo. (LINK)
  • Więcej o diecie wegańskiej opowie wam dietetyczka specjalizujący się w dietach roślinnych Iwona Kibil (LINK do video bloga) i link do bloga (LINK)


niedziela, 24 lutego 2019

Naprawdę idealna?

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Moją uwagę zwrócił ostatnio artykuł "Dieta wegańska najlepsza dla sportowców" na portalu ekologia.pl. Jak widzę taki idealistyczny, jednoznaczny tytuł to myślę sobie: oho! Albo przynęta dla klikających, żeby przynajmniej weszli na stronę, albo kolejny przykład idealizowania diety roślinnej, albo obie te rzeczy na raz. 

Ok, klikam (widać ja też łapię przynętę, tyle że z innego powodu). 

Skoro artykuł jest o jakimś badaniu, to od razu szukam nazwy badania, nazwisk autorów i linku do abstraktu. Nic takiego tu nie znajduję. Niestety, nie jestem zdziwiona, bo w wielu doniesieniach medialnych to standard, oczywiście bardzo zły. Co prawda jest przekręcone imię i nazwisko jednego z autorów badania: "powiedział dr Neala Barnarda" (powinno być "powiedział dr Neal Barnard"), ale z tego artykułu nie dowiemy się, jaki jest związek tej osoby z badaniem (jest głównym autorem tego badania). Przeczytamy tylko, że „dr Neala Barnarda” jest z George Washington University School of Medicine. 

Dobrze że przynajmniej jest nazwa czasopisma, gdzie badanie opublikowano. Szukam, szukam, uff, w końcu znajduję. Przyznam, że chwilę mi to zajęło, bo w artykule, z którego ekologia.pl czerpie doniesienie, linku do badania też nie ma. Jest tam jednak parę nazwisk autorów badania zidentyfikowanych jako autorzy badania (ważne!). O badaniu za chwilę.

Jaki jest stosunek treści artykułu do atrakcyjnego tytułu o wyższości diety wegańskiej w sporcie? Zdecydowanie niejednoznaczny. Dlaczego? Bo za korzyściami zdrowotnymi w artykule stoją następujące czynniki:
  • weganizm, czyli nie tylko dieta. Ciekawe jak na układ sercowo-naczyniowy wpływa na przykład noszenie nieskórzanych butów sportowych, czy korzystanie z płynu pod prysznic nietestowanego na zwierzętach  
  • dieta oparta na roślinach, czyli taka, gdzie rośliny stanowią większość składników diety i gdzie mogą się znaleźć, w mniejszości, składniki nieroślinne, a więc odzwierzęce – do diety wegańskiej blisko, ale to jednak nie to samo (chyba że zapowie się na początku artykułu, że będzie się stosować te terminy wymiennie)
  • dieta bezmięsna, czyli zawierająca rośliny, nabiał i jaja. Nabiał i jaja nigdy wegańskie nie były.
  • dieta niskotłuszczowa, w tym wegetariańska, czyli albo dieta zawierająca rośliny, mięso, nabiał i jaja, albo rośliny, nabiał i jaja z zastrzeżeniem, że jedna i druga ma niską zawartość tłuszczu (roślinnego i zwierzęcego). Co to ma wspólnego z dietą roślinną?
Jak powyższe ma się do wpadającego w oko tytułu? Nie za bardzo. I pytanie na marginesie: Skąd się tam nagle wzięła dieta niskotłuszczowa? (ja akurat wiem, ale dla czytelnika nieznającego powiązania autorów z organizacją, która zajmuje się usilnym promowaniem jednej wersji diety roślinnej – niskotłuszczowej diety roślinnej nie będzie to jasne, tym bardziej, że ta niskotłuszczowa dieta na ekologia.pl zamienia się w dietę z wszystkimi składnikami odzwierzęcymi. Na czele tej organizacji, czyli Physicians Committee for Responsible Medicine, stoi autor badania Neal Barnard).

Jak wygląda artykuł, na którym bazowano polskie doniesienie? Po pierwsze, już tytuł jest mniej jednoznaczny i mniej wykluczający inne diety. „Athletes can thrive on plant-based diets” na stronie health.usnews.com , czyli „Sportowcy mogą kwitnąć/świetnie funkcjonować na dietach opartych na roślinach”. Po pierwsze „mogą” robi dużą różnicę. Mogą, ale nie muszą. Po drugie, słowo "dieta" nie bez powodu użyte jest w liczbie mnogiej, bo dietę opartą na roślinach można układać na różne sposoby. Warto więc  pamiętać, że nie musi to być dieta niskotłuszczowa, ani dieta w pełni roślinna. Co więcej, jeśli sportowcy mogą świetnie radzić sobie na dietach opartych na roślinnych, nie wyklucza to stwierdzenia, że mogą sobie radzić także na innych dietach. Widzimy, że ekologia.pl wybrała tytuł nieporównywalnie bardziej jednoznaczny, wykluczający inne opcje. 

Jak odzwierciedlono tu wnioski z badania, do którego nie podano linku ani w polskim ani w amerykańskim artykule? Jest tam mowa zarówno o „plant-based” jak i „vegan” diets, przy czym zastrzeżono, że terminy te są w opracowaniu używane jako wymienne i oznaczające dietę roślinną. Niemniej, w badaniu przewija się też dieta wegetariańska (mogąca zawierać jajka i nabiał), a więc wyniki nie dotyczą tylko diety roślinnej. Ponadto, tekst ostrożnie traktuje związki przyczynowo-skutkowe, co najczęściej przejawia się tym, że zamiast pisać, że coś wpływa na coś, pisze się tam (jak i w wielu innych badaniach), że coś może wpływać na coś. 

Tej ostrożności brakuje polskiemu artykułowi, co od razu wzbudza moją nieufność, mimo tego, że nie jestem dietetyczką ani nie specjalizuję się w tym temacie amatorsko. Od razu zaznaczę więc, że mój tekst porusza tylko parę kwestii, nie jest w żaden sposób wyczerpujący. Staram się tylko korzystać z podstawowych zasad ostrożności przy czytaniu doniesień o wpływie różnych czynników na zdrowie, w szczególności zaś ostrożność tę rezerwuję dla tematu, który jest związany z aktywizmem prozwierzęcym. Zachęcam też do takiej ostrożności czytelników i czytelniczki, w tym osoby zajmujące się aktywizmem.

Hurra optymizm, pochopne idealizowanie diety roślinnej nie służą sprawie i nie jestem pierwszą osobą, która o tym pisze. Nie służy też sprawie utożsamianie weganizmu z dietą, co tutaj też ma miejsce (wybranie diety roślinnej dla dokonań sportowych nie równa się przejściu na weganizm).

Co służy promowaniu weganizmu? Z pewnością staranne poszukiwanie opartych na dowodach naukowych odpowiedzi na pytanie: jak żyć zdrowo na diecie roślinnej? Weganizm to co prawda dużo więcej niż dieta, ale to właśnie unikanie produktów odzwierzęcych w jedzeniu jest sprzeciwem wobec największej machiny przemocy wobec zwierząt – produkcji mleka, mięsa i jaj. 



Czytaj dalej:
  • Tekst oryginalnego badania "Plant-Based Diets for Cardiovascular Safety and Performance in Endurance Sports", Neal D. Barnard, David M. Goldman, James F. Loomis, Hana Kahleova, Susan M. Levin, Stephen Neabore and Travis C. Batts; Nutrients 2019, 11(1), 130; doi:10.3390/nu11010130 (link)
  • Artykuł na ekologia.pl (link), 
  • artykuł, na bazie którego powstał polski artykuł z ekologia.pl (link)
  • artykuł dietetyczki Virginii Messiny o idealizowaniu diety roślinnej w kontekście urody "Preventing ex-vegans" (link)
  • Jak czytać badania naukowe - poradnik dla laików - Damian Parol (link)




niedziela, 17 lutego 2019

Weganizm - etyka, praktyka, aktywizm

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Jeśli chodzi o nasz stosunek do zwierząt, żyjemy w świecie pełnym paradoksów. Z jednej strony powszechnie deklarujemy empatię wobec zwierząt, uważamy, że niepotrzebne zadawanie cierpienia zwierzętom jest złe i faktycznie zakazujemy zadawania takiego cierpienia zwierzętom domowym. Z drugiej zaś strony nasz świat jest pełen legalnej przemocy wobec zwierząt, którą – jako społeczeństwo konsumentów - powszechnie i masowo realizujemy za pośrednictwem hodowców i rzeźników i rybaków wobec zwierząt takich jak kury, świnie, krowy czy ryby. 

W tym paradoksalnym świecie, weganizm jako indywidualna odmowa udziału nie tylko w potępianej, ale i w tej legalnej, powszechnej przemocy wobec zwierząt, a także jako ruch na rzecz sprawiedliwości społecznej wymaga zarówno mocnych przekonań etycznych oraz ugruntowanej, codziennej praktyki jak i propagowania, które jest uczciwe, rzetelne, podkreślające aspekt etyczny i praktyczny, a także oparte na znajomości ludzkiej natury i współgrające z jej możliwościami i ograniczeniami.

Kto dostaje pytania, a kto nie musi przygotowywać żadnych odpowiedzi?
Jest dość oczywiste, że w świecie legalnej, masowej przemocy wobec zwierząt, z której żyją znaczące gałęzie przemysłu spożywczego, odzieżowego i rozrywkowego, rynek jest wręcz zalany produktami i usługami związanymi z tą przemocą. Idę do sklepu spożywczego, wita mnie lada chłodnicza z mięsem i serami, wchodzę do cukierni, praktycznie wszystkie ciastka i ciasta zawierają masło, śmietanę, mleko, jaja lub przynajmniej jeden z tych składników. Do drzwi puka pan z obwoźnym cateringiem oferując kurczaka w sosie słodko-kwaśnym, schabowego lub rybę. W sklepie obuwniczym standardem są buty ze skóry, uznawane za lepsze od butów z tworzywa sztucznego. Jeśli chcę jeździć konno i mam odpowiednie zasoby, kluby jeździeckie czekają na mój przyjazd. 

Ekspedientka nie pyta: „Dlaczego chce Pani mięso?” Kasjerka nie zastanawia się na głos „Czy ta Pani naprawdę musi kupić ten ser?” W sklepie obuwniczym nie witają mnie pytaniem „Czy jest Pani przeciwna zadawaniu niepotrzebnego cierpienia? Jeśli tak, to zapraszamy do działu butów bez skóry”. Rezerwując jazdę nie usłyszę „Czy zastanawiała się Pani co się dzieje z końmi, na których nasz klub już przestał zarabiać?” Nikt nie zadaje takich pytań właśnie dlatego, że to cierpienie i ta przemoc jest legalna, domyślnie uznaje się ją za dopuszczalną, jedni na niej zarabiają, inni z niej korzystają, a czy jest potrzebna? Tak, jest to przemoc potrzebna do utrzymania rynku takich właśnie produktów i usług. Poruszając się po tym rynku jako producenci, sprzedawcy i kupujący, pozostajemy nie niepokojeni.

Inaczej jest w przypadku weganizmu. Kto odmawia udziału w legalnej, powszechnej praktyce, nawet jeśli nie powie wyraźnie, że jego odmowa ma charakter etyczny, a nie religijny czy alergiczny, musi się liczyć z tym, że nie przejdzie niezauważony. To jemu zostaną zaserwowane różne miny, uśmieszki, wyrazy zdziwienia, zaciekawienia, czasem wrogości, złośliwości. To on dostanie serię pytań, bo się wyróżnia i niepokoi albo denerwuje. Dlatego napisałam, że weganizm wymaga mocnych przekonań etycznych, które jesteśmy w stanie wyjaśniać, których potrafimy bronić, i których nie wstydzimy się trzymać. To wbrew pozorom bywa wyzwanie. 

Nadzieja i wyzwania: rzeczywistość 
Interesując się losem zwierząt i propagując weganizm trzeba pamiętać, że paradoksalny świat w jakim żyjemy oferuje pewną nadzieję, ale zarazem stanowi duże wyzwanie. 

Nadzieja bierze się stąd, że mamy dobry punkt wyjścia - deklarację większości ludzi o empatii wobec zwierząt i przekonanie tychże ludzi, że cierpienie zwierząt nie jest czymś obojętnym i nie powinno być niepotrzebnie zadawane. Istnieje więc płaszczyzna, w ramach której można sensownie o weganizmie rozmawiać. Wiemy też, że dieta roślinna, stanowiąca podstawę praktycznej strony weganizmu, oferuje szereg korzyści zdrowotnych i doskonale współgra z potrzebami dzisiejszego świata, w którym niezwłocznie potrzebna jest zmiana stylu życia w celu ograniczania naszego wpływu na środowisko. 

Wyzwania wynikają z trudności, jakie niesie społeczna i psychologiczna rzeczywistość. Ludzie są przyzwyczajeni do zmniejszania sprzeczności między własną deklaracją empatii wobec zwierząt a korzystaniem z przemocy wobec nich np. poprzez dzielenie zwierząt na dwie, oddzielne kategorie: te do kochania i te do wykorzystywania. Ten podział nie rodzi się w każdej głowie sam z siebie, tylko jest produktem wychowania przez rodzinę, otoczenie, szkołę, reklamę i kulturę. Dlatego też to, jak traktowane są zwierzęta domowe według wielu z nas świadczy o tym, jakim ktoś jest człowiekiem, zaś sfera jedzenia i gotowania produktów z/od tych innych zwierząt, która jest przecież ściśle związana krzywdzeniem zwierząt, jest zazwyczaj traktowana jako obszar indywidualnych preferencji, zdrowia, niemający nic wspólnego z etyką. Podobnie wygląda sfera odzieży i mody. 

Wyzwaniem jest więc zasypywanie (we własnej lub cudzej głowie) utrwalonego tradycją, choć arbitralnego przecież, podziału między świnią a psem, kurą a papugą, krową a żubrem, karpiem a a złotą rybką. Istotne jest też włączanie dziedzin takich jak kuchnia czy szafa do sfery, gdzie pytania etyczne są jak najbardziej na miejscu, gdzie rozmowa niekoniecznie kończy się na zdrowiu i preferencjach estetycznych. Nie jest trudno zaskoczyć brutalnym video, zszokować i sprowokować krótkotrwały efekt bazujący na przerażeniu i odrazie, albo  przekonać kogoś do sprzeciwu wobec wyborów, których sam nigdy nie dokonywał, np. osoby, która nigdy nie była na polowaniu do potępienia myślistwa.  Wyzwaniem jest zachęcić do samodzielnej refleksji nad sprawą, która wymaga spojrzenia na swoje własne, nie cudze, deklaracje i wybory. Ostatecznie,  tylko człowiek, który z własnej wolnej woli, nieprzymuszony podejmie decyzję, by zerwać z wybiórczą empatią, ma szansę znaleźć w sobie emocjonalnie i racjonalnie motywację, by dostosować swoje zachowanie do tego, co ma głęboko w sercu, i je utrwalić. 

Wyzwaniem jest też niewątpliwie presja społeczna, te pytania i uwagi, które z pewnością padną jeśli wybierzemy weganizm, i które nie zawsze będą miłe i kulturalne. Trzeba będzie nauczyć się na nie odpowiadać, czasem ich unikać. Prawdopodobnie przyda się więcej asertywności, ale też wrażliwości i umiejętności zachowania w niezręcznych sytuacjach. Dobra wiadomość jest taka, że najpewniej nasze umiejętności interpersonalne się poprawią, zweryfikujemy też jakość naszych znajomości i przyjaźni: być może niektóre się poluzują, inne zaś wzmocnią, pojawią się też nowe, których wcześniej się nie spodziewaliśmy. 

Tradycyjna dieta zawierająca nabiał, mięso i jaja jest nie tyle świadomym wyborem, co wyuczonym od dziecka zachowaniem, zestawem nawyków, których zmiana wymaga co prawda na początku pewnej motywacji i wysiłku, ale wcale nie żąda heroizmu. Po drugiej stronie nie czeka przecież codzienne zmaganie, lecz zestaw zmodyfikowanych nawyków. Wyzwaniem jest więc nie tyle ćwiczenie silnej woli ile pogłębienie wiedzy na temat zmiany nawyków. Ta wiedza może przydać się też w wielu innych przypadkach, choćby wtedy, gdy chcemy wprowadzić w życie więcej ruchu, albo gdy chcemy zlikwidować niezdrowy nawyk podjadania słodyczy, czy rzucić palenie.

Obecnie coraz więcej sfer życia podlega komercjalizacji. Zdrowie, żywność, dieta i kuchnia, podobnie jak odzież czy hobby i rozrywka nie są tu wyjątkiem. W takich okolicznościach, najbardziej pożądaną aktywnością ludzi jest konsumpcja. Człowiek-konsument, który jest coraz bardziej przekonany, że kolejne pragnienia i ochoty to tak naprawdę niezbywalne potrzeby jest idealnym przedmiotem dla biznesu i handlu. Człowiek-przedmiot, który myśli, że jest podmiotem, jest bardziej podatny na perswazję i manipulację, których celem jest po prostu coraz większy obrót pieniędzmi niezależnie od dobra człowieka-konsumenta, który w wyniku presji społecznej i presji czasu ulega złudzeniu, że niezmordowanie kupując produkty i usługi zyska zdrowie, przyjaciół, uznanie, a nawet miłość. 

Na rynku mamy zalew diet, których twórcy/sprzedawcy obiecują nam wieczną młodość, uzdrowienie z ciężkich chorób. Nie mając dużo czasu i obawiając się o własne zdrowie, dajemy się nabrać pustym obietnicom i zarobić ich sprzedawcom, by po jakimś czasie, rozczarowani, dać uwieść się (i zapłacić) następnym guru. Co więcej, gdy kwestie zdrowia, a więc także diety, podlegają prawom wolnego rynku, diety można reklamować tak jak każdy inny produkt, diety sensowne, sprzyjające zdrowiu mogą być mniej popularne od diet śmieciowych jeśli te drugie mają lepszy marketing. Produkty mogą być tanie i powszechnie dostępne jeśli się dobrze sprzedają, nawet  jeśli ich produkcja łączy się z krzywdą konsumentów, zwierząt i jest szkodliwa dla środowiska, co ponownie odbija się na zdrowiu ludzi i zwierząt. Tak jest niestety z produktami odzwierzęcymi. Reklamy bardzo często wprowadzają w błąd nie tylko sugerując, że produkt jest zdrowy dla ludzi ale także roztaczając wizję sielanki zwierząt, podczas gdy reklamowany produkt związany jest głównie z cierpieniem i śmiercią zwierząt. 

Człowiek-konsument jest najbardziej cenny (dosłownie, bo najlepiej się na nim zarabia), gdy działa w oparciu o intuicje i daje się ponieść emocjom. Gorzej, jeśli znajdzie czas na to, żeby zatrzymać galopujące emocje, skupić się i znaleźć czas, żeby przemyśleć sprawę, dokształcić się, pomyśleć o bliższej i dalszej perspektywie, nie tylko o sobie i własnej rodzinie i zwierzętach domowych, ale o sąsiadach, dzielnicy, mieście, kraju i świecie, w którym żyje i o zwierzętach, o których nauczył się myśleć tak, jakby były produktami. Wyzwanie stanowi być w takich okolicznościach myślącym i współczującym człowiekiem-obywatelem. 

Nadzieja i wyzwania: aktywizm
Im dłuższą historię ma ruch wegański, tym większe stoi za tym doświadczenie. Raz lepsze, raz gorsze, ale można się z niego uczyć, raz na własnych błędach, innym razem na cudzych. Dobrym znakiem jest, że aktywiści coraz chętniej korzystają z dorobku nauk takich jak socjologia, psychologia, psychologia społeczna, ekonomia, nauka o środowisku, ale też filozofia i etyka. Bardzo dobrze się dzieje, że mamy, również w Polsce, coraz więcej dietetyków znających się na diecie roślinnej, lub wręcz specjalizujących się w tej dziedzinie. Cieszy mnogość blogów pokazujących kuchnię roślinną w różnych odsłonach, także w wydaniu na skromną kieszeń. Dobrze, że bary i restauracje coraz częściej wiedzą co znaczy kuchnia roślinna i prawidłowo oznaczają takie dania. Produkty roślinne w marketach i na placach były zawsze, ale teraz jest też coraz większy wybór półproduktów i dań gotowych. 

Niestety, oprócz wyzwań, jakie stawia rzeczywistość, kolejne wyzwania wynikają często z samego aktywizmu prowegańskiego. Stoją za tym różne przyczyny, czasem brak wiedzy, czasem niecierpliwość i pragnienie pójścia na skróty, innym razem przekonanie, że cel uświęca środki. Nie mnie oceniać, kiedy która przyczyna przeważa. Patrzę raczej po prostu na to, co widać gołym okiem i do tego zazwyczaj się odnoszę. 

Podzieliłam aktywizm prowegański na 3 segmenty: zdrowie, styl życia, etyka i w ramach tych segmentów poruszam wyzwania, które moim zdaniem są istotne.


1. Zdrowie 
1.1 idealizowanie diety roślinnej
Ponieważ dieta roślinna jest centralnym punktem praktykowania weganizmu (to w ramach produkcji żywności – na mięso/ryby, dla mleka i jajek - krzywdzimy najwięcej zwierząt), aktywiści koncentrując się na jedzeniu często posuwają się do idealizowania diety roślinnej. Naciągają korzyści zdrowotne, mitologizują dietę roślinną jako niezawodny lek na większość chorób cywilizacyjnych i sposób na szczupłą sylwetkę, gładką skórę i wieczną młodość. Podsuwają anegdotyczne przykłady, które mają służyć jako dowód w tej sprawie. 

Przykładem takiego nierzetelnego podejścia jest film „What the Health”. Jego sążnistą krytykę przedstawiła doświadczona amerykańska dietetyczka Virginia Messina, która sama jest weganką i zajmuje się dietami roślinnymi, ale jej podejście różni się znacząco od tego, co zaprezentowali autorzy filmu. Zamiast idealizować, Messina po prostu bada dietę roślinną i skupia się na odpowiedzi na pytanie, które najbardziej powinno interesować wszystkich aktywistów i wegan: jak stosować dietę roślinną z korzyścią dla własnego zdrowia? Zainteresowanych odsyłam do jej bloga i książek, które napisała sama lub we współpracy z podobnie nastawionymi dietetykami.

Idealizowanie diety, nie dość że nieuczciwe, to ma raczej krótkie nogi. Może tak łatwo przyciągnąć jak i łatwo odepchnąć osoby, które licząc na cudowny efekt go nie uzyskają i pobiegną szukać kolejnej obiecującej propozycji. Pisząc właśnie o tym, Messina przytaczała badanie, które wskazało, że większość byłych wegetarian rekrutuje się spośród osób, które wybrało zdrowie jako główny motywator. W kolejnym badaniu większość byłych wegetarian wskazała, że mogą osiągnąć takie same korzyści z innej diety, co potwierdzałoby marną wartość naciąganych obietnic. I nic w tym dziwnego.

1.2 demonizowanie produktów odzwierzęcych
Drugą stroną tej samej monety jest oskarżanie produktów odzwierzęcych o całe zło, stawianie ich w jednym rzędzie z trucizną, podczas gdy badania zarówno dotyczące korzyści zdrowotnych jak i szkodliwości różnych produktów zwierzęcych pokazują, że jest to sprawa dużo bardziej złożona. Najczęściej dużo zależy od predyspozycji konkretnej osoby, a jeśli chodzi o same produkty, to bierze się pod uwagę ich rodzaj (np. mięso czerwone czy białe), rodzaj przygotowania (np. gotowanie, smażenie, grillowanie) czy ilość (7 czy 2 razy w tygodniu, 10 czy 30 gramów), itp. 

I znowu demonizowanie jest podejściem nieuczciwym (lub nierzetelnym) i ma krótkie nogi, bo opiera się na wybiórczym stosowaniu literatury naukowej i jej nieumiejętnej interpretacji. Jest więc równie dobrze mieczem obosiecznym, bo propagując takie wybiórcze podejście do badań naukowych, aktywiści de facto podają rękę zwolennikom diet bogatych w produkty odzwierzęce, a także przeciwnikom diet roślinnych, którzy także chętnie sięgają wybiórczo po różne badania. Przerzucanie się argumentami w tej „grze” jest niepoważne i prowadzi tylko do dalszej dezorientacji odbiorców takich pseudoinformacji. 

Rzetelne wnioski płynące z badań nad wpływem diety na zdrowie nie są może tak spektakularne i atrakcyjnie jednoznaczne, ale tylko one są warte zastosowania. W przypadku wyboru diety roślinnej, po prostu dają szansę stosować ją dobrze i dokonać trwałego wyboru. Straszeni produktami odzwierzęcymi adepci diety roślinnej, często też dają się nastraszyć kolejnymi wybiórczymi badaniami i stosują kolejne ograniczenia – odrzucając np. soję, gluten czy przechodząc na dietę surową. Kolejne, nieuzasadnione ograniczenia, czynią taką dietę roślinną coraz trudniejszą czasowo i izolującą społecznie i są, niestety, dobrym sposobem na ostateczne się z nią pożegnanie, a co za tym idzie porzucenie w ogóle idei weganizmu i tego co za nią stoi – sprzeciwu wobec eksploatacji zwierząt. Te zwierzęta ponownie stają się dla byłych użytkowników diety roślinnej przezroczyste.

1.3 utożsamianie diety roślinnej z weganizmem
Często za wezwaniem „Wybierz weganizm” stoi wyłącznie zachęta do wybrania diety roślinnej. Dobrze jeśli w odpowiedzi na pytanie „Dlaczego?” jest mowa o zwierzętach, o szacunku do ich życia i zdrowia i o niesprawiedliwości krzywdzenia zwierząt. Jednak jeśli pozostaniemy przy samej diecie, to po pierwsze ignorujemy krzywdę zwierząt z ręki człowieka, która dzieje się też w innych dziedzinach naszej aktywności – rynku odzieży, kosmetyków, usług związanych z hobby i rozrywką, eksperymentów militarnych, a także pozostawiamy bez dyskusji prawdopodobnie najtrudniejsze pytania - te związane z medycznymi eksperymentami na zwierzętach. Po drugie zaś, ryzykujemy zamknięcie ruchu sprawiedliwości społecznej w sferze kulinariów, diet odchudzających lub gorzej, w segmencie podejrzanych samozwańczych guru sprzedających diety-cud. 

O ile mówienie o próbowaniu diety roślinnej ma sens, o tyle próbowanie weganizmu jest trochę jak próbowanie praw człowieka. Spróbuj praw człowieka na 30 dni brzmi raczej kuriozalnie, bo postaw etycznych nie próbuje się jak kiszonych ogórków. Można co najwyżej się z nimi zapoznać i je przyjąć lub odrzucić. Choć skróty myślowe są kuszące, to powinniśmy ich jednak unikać, lub rozwijać i wyjaśniać, tak aby weganizm był częściej postrzegany jako to, czym jest w istocie – ruch na rzecz sprawiedliwości społecznej, który wychodzi poza nasz gatunek, obejmując zwierzęta zdolne do odczuwania bólu, dla których liczy się ich własne życie i zdrowie.

1.4 zalety poruszania kwestii zdrowotnej
W zwracaniu uwagi na zdrowotne aspekty diety roślinnej jest oczywiście pewien potencjał. Po pierwsze dobrze zaplanowana dieta wegańska faktycznie przynosi korzyści szczególnie pod względem zapobiegania i leczenia choroby niedokrwiennej serca, niektórych nowotworów, cukrzycy, nadciśnienia czy otyłości. Po drugie, biorąc pod uwagę współczesne dokonania psychologii  wiemy o sprzężeniu pomiędzy działaniem a pojawiającym się już po fakcie przekonaniem o słuszności tego działania. Najpierw coś robimy, a potem próbujemy znaleźć uzasadnienie dla działania. 

Oczywiście sam fakt zabrania się za jakieś działanie nie bierze się znikąd, tyle że nie znaczy to, że jest wynikiem jakichś przemyśleń. Korzystanie z krzywdy zwierząt, szczególnie w zakresie jedzenia mięsa, ryb, nabiału i jajek, zazwyczaj wynika z nawyków wyrobionych w dzieciństwie i ogólnych stwierdzeń powtarzanych przez opiekunów i rzadko weryfikowanych w całości przez dorosłe już dzieci. Stąd również w przypadku nawyków mających już 20, 30 czy 50 lat, zapytani dlaczego jedzą mięso, nabiał czy jaja, dorośli albo sięgają do wspomnianych maksym, albo na bieżąco wymyślają uzasadnienia. Jeśli nie mają za sobą doświadczenia stosowania diety roślinnej, mogą również wymyślać na bieżąco argumenty przeciw jej przyjęciu. 

Jednak jeśli spróbowali takiego jedzenia, dali radę i im smakowało, prawdopodobnie chętniej przyznają, że dieta taka jest możliwa, chętniej przyjrzą się jej zdrowotnym zaletom i bardzo prawdopodobne, że będą bardziej otwarci na zwierzęta, których jak się okazuje jeść nie muszą. Najpewniej programy prowadzące początkujących wegan poprzez wysyłanie im gotowych przepisów czy jadłospisów oraz porad jak je przygotować czy gdzie dostać półprodukty czy gotowe dania mają dużą wartość praktyczną pod warunkiem, że ich agenda nie wpada w pułapki argumentu zdrowotnego (idealizowanie diety roślinnej, demonizowanie produktów odzwierzęcych, utożsamianie weganizmu z dietą roślinną).

2. Styl życia 
2.1 Przekształcanie ruchu sprawiedliwości społecznej w ruch konsumencki
Ponieważ w wielu sytuacjach w dzisiejszym społeczeństwie funkcjonujemy także lub głównie jako konsumenci, w aktywizmie prowegańskim pojawia się silna pokusa traktowania weganizmu jako wyboru konsumenckiego, gdzie miarą postępu jest po prostu poszerzająca się paleta wyborów odpowiednich dla wegan – przede wszystkim wegańskich opcji jedzeniowych w restauracjach i marketach, a także odzieży bez dodatków z wełny, skóry czy futra. Z jednej strony nic w tym złego, bo rzeczywiście funkcjonowanie w społeczeństwie, gdzie domyślną opcją jest opcja niewegańska, bywa wyzwaniem i z zadowoleniem przyjmujemy kolejną informację, że w pizzerii za rogiem mają już wegańskie pizze, w szkolnej stołówce i w szpitalu dostaniemy roślinny obiad, a w sklepie obuwniczym kupimy buty nie ze skóry zarówno do biegania jak i na uroczystą okazję. Jednak z drugiej zaś strony, traktowanie weganizmu jako wyboru konsumenckiego paradoksalnie przeciwdziała propagowaniu go jako ruchu sprawiedliwości społecznej. 

Zmienię na chwilę temat, żeby na innym przykładzie to lepiej unaocznić. Gdybyśmy wychowanie dzieci zgodnie z prawami dziecka potraktowali właśnie jako wybór konsumencki, to rodzice niebijący dzieci byliby mile widziani jako konsumenci wszelakich usług z tym związanych, np. książek, pomocy edukacyjnych, przedszkoli zapewniających niebijące wychowanie w całej placówce lub w wybranych grupach, itp. Tacy rodzice byliby jedną z wielu grup konsumenckich, gdzie pierwszorzędną zasadą rządzącą ich współistnienie jest niewchodzenie sobie w paradę. Ich segment mógłby powiększać się na zasadzie czystej dobrowolności, ale nie miałby podstaw do uniwersalizacji swojej postawy, ani do dążenia do zmiany prawa, tak by bicie i inne formy przemocy były zakazane, albo by państwo było zobowiązane do tworzenia programów edukacyjnych przeciwdziałających przemocy wobec dzieci. 

Konsumencki ruch rodziców niebijących dzieci byłby więc de facto przede wszystkim skupiony na prawach rodziców. Tym samym, pośrednio, wspierałby prawa ruchów konsumenckich innych rodziców, którzy wybrali formy wychowania dopuszczające bicie. Skutkiem ubocznym istnienia takiego ruchu byłoby niebicie niektórych dzieci – tych, które miały szczęście urodzić się rodzicom należącym do bezprzemocowego ruchu konsumenckiego, a także akceptowalne bicie innych dzieci, których rodzice należą do innego segmentu konsumenckiego. Takie postawienie sprawy, w pewien sposób cementowałoby zastany porządek (bicie dzieci), robiąc tylko dodatkowe miejsce dla tych, którzy pragną żyć inaczej (swoich dzieci nie bijąc). 

Podobnie rzecz zaczyna się mieć wtedy, kiedy ruch prowegański zaczyna być ruchem konsumenckim na rzecz praw wegan, gdzie status zwierząt jest podobny do hipotetycznego statusu dzieci w powyższym przykładzie. Zamiast kwestionować eksploatację zwierząt, konsumencki ruch wegański skupia się na prawach wegan i chwali – jako prowegańskie – podmioty, które eksploatują zwierzęta i, żeby więcej zarobić, szykują także roślinne opcje dla swoich, ludzkich, klientów. W pamięci utkwił mi slogan wymyślony przez właściciela sieci mięsno-nabiałowej burgerowni, który po wprowadzeniu roślinnych opcji, napisał na swoim profilu na Facebooku hasztagi #Go meat #go vegan. 

Czasem linia między propagowaniem etycznego weganizmu, który musi też patrzeć na praktyczne aspekty, a propagowaniem segmentu dla wegańskich konsumentów jest cienka. Niemniej nie zwalnia to aktywistów ruchu sprawiedliwości społecznej od szukania działań, które propagują uniwersalne wartości etyczne, a zatem niekrzywdzenie zwierząt jako ogólnie pożądaną postawę, którą należy propagować powszechnie, a nie rezerwować prawo do niej dla tych, którym to się akurat podoba.



3. Etyka 
3.1 Ukonkretnić te dalekie zwierzęta 
Weganizm zasadza się na etyce, podobnie jak prawa człowieka. Bez porównania tego, co uważamy za dobre lub złe w traktowaniu ludzi z dobrem i złem w traktowaniu zwierząt nie byłoby weganizmu. Często refleksja na temat zwierząt w naszym społeczeństwie sprowadza się do stwierdzenia, że należy opiekować się zwierzętami domowymi i nie robić im krzywdy. Weganizm idzie dalej, wskazując, że jeśli czymś złym jest zabicie lub skrzywdzenie psa czy kota, kiedy nie było ku temu ważnej przyczyny (na przykład obrona przed atakującym zwierzęciem), to podobnie czymś złym jest  zabijanie lub krzywdzenie innych zwierząt, takich jak krowy, kury czy świnie mimo tego że jest to obecnie społecznie akceptowane. 

Ta refleksja jest bardziej wymagająca, bo idzie w kontrze do społecznego i indywidualnego doświadczenia. Podczas gdy rzeczywiście nie ma etycznej różnicy między skrzywdzeniem psa i skrzywdzeniem świni, gdy w obydwu przypadkach nie ma ważnej przyczyny, to propagując weganizm musimy pamiętać, że społeczne uwarunkowania obydwu sytuacji są diametralnie różne. Po pierwsze krzywdzenie psów najczęściej odbywa się z pierwszej ręki i wiąże się z większą świadomością krzywdy zadawanej z obojętności lub okrucieństwa. Natomiast krzywdzenie świń i innych zwierząt „gospodarskich” odbywa się z drugiej lub entej ręki i najczęściej osoba kupująca produkty odzwierzęce jest od tego odseparowana fizycznie, emocjonalnie i murem nieświadomości. To nie zmniejsza wagi krzywdy świni, ale czyni ją - zarówno krzywdę jak i zwierzę - bardziej abstrakcyjną i trudniejszą do wyobrażenia, przyjęcia postawy empatii i sprzeciwu. Jest to z pewnością wyzwanie dla aktywizmu jak ukonkretnić tę krzywdę i uczynić ją równie ważną jak krzywda psa czy kota.

3.2 Ukonkretnić odpowiedzialność
Kolejną kwestią jest oczywiście rozmyta odpowiedzialność biorąca się z faktu, że pomiędzy naszą decyzją o wypiciu szklanki mleka stoi wiele innych, cudzych decyzji dotyczących życia i śmierci anonimowych zwierząt. Ukonkretnienie odpowiedzialności jest trudne tak w przypadku krzywdy odległych zwierząt jak i odległych ludzi, np. tych, którzy toną na Morzu Śródziemnym i na dodatek mają inny niż tutejszy, „domyślny” kolor skóry. To wyzwanie o niekończącej się dacie przydatności.

3.3 Postawa a nawyki
Choć nie ma etycznej różnicy między kupowaniem (a) nabiału, jaj czy mięsa a (b) kupowaniem skórzanych butów czy futra (za każdym z tych produktów stoi krzywda zwierząt i żaden nie jest nam potrzebny, bo potrzeby żywieniowe i odzieżowe możemy załatwić inaczej), to praktyczna różnica między (a) i (b) jest bardzo duża. W przypadku jedzenia nie możemy co prawda mówić o nałogach (jak chcieliby z pewnością miłośnicy sera), ale z pewnością możemy, a nawet musimy zgodzić się, że są to nawyki praktykowane codziennie. W przypadku odzieży mamy do czynienia z decyzjami bardziej świadomymi (choć często obarczonymi uprzedzeniami, jak to, że w nieskórzanych butach nogi bardziej się pocą). 

Ta różnica między codziennym nawykiem a decyzją podejmowaną raz na jakiś czas jest kluczowa i musi znajdować odzwierciedlenie w aktywizmie. Potrzebna jest wiedza, że nawyki są drugą naturą człowieka, ale że tak jak się ich uczymy, podobnie możemy się ich oduczać lub zastępować innymi. Potrzebna jest świadomość dynamiki takich zmian, zarówno tego, że ludzie mają różne tempo, jak i faktu, że po drodze zdarzają się różne wpadki i nie ma się co temu dziwić ani za to karać. Samo pokazywanie nowych przepisów i dań nie wystarczy. Trzeba przekazywać również tę wiedzę w praktyczny i przystępny sposób, zachęcać i pokazywać, że przejście na dietę roślinną nie jest codziennym heroizmem silnej woli lecz zmodyfikowanym zestawem nawyków, które wejdą w krew tak, jak wcześniej w krew weszło jedzenie mięsa na obiad.

3.4 Żyć  pod presją społeczną
Nawet jeśli postawa szacunku wobec wszystkich myślących i czujących zwierząt jest nam bliska, to większości bliska jest też potrzeba bycia podobnym do innych, niewychylania się, konformizmu. Obawa przed wytknięciem palcem, wyśmianiem, czy niezręczną sytuacją jest realna, często znajduje urzeczywistnienie w różnych sytuacjach społecznych. Nie ma co jej wyśmiewać jako nieważnej w porównaniu z cierpieniem zwierząt ani uznawać jako dobry powód do rezygnacji z weganizmu na rzecz postaw ze spektrum fleksitarianizmu. Aktywiści mogą za to pracować nad własnymi umiejętnościami interpersonalnymi, szukać odpowiedniej wiedzy z tego zakresu i dzielić się nią z osobami, które chcą, by ich codzienne wybory odzwierciedlały, mimo trudności, ich postawę etyczną.

Weganizm ma ogromny potencjał dobra zarówno dla zwierząt jak i dla ludzi, jest także bardzo obiecującym kierunkiem ze względu na oszczędność zasobów i ograniczenie zanieczyszczenia środowiska, które działa z korzyścią dla ludzi i wolno żyjących zwierząt. Jest wyzwaniem, które warto przyjąć i mądrze propagować. 


Czytaj dalej:
  • Virginia Messina (dietetyczka) - recenzja filmu „What the Health” (link)
  • Virginia Messina (dietetyczka) – seria artykułów „Preventing ex-vegans” (link)
  • Mój artykuł o przekształcaniu ruchu wegańskiego w segment konsumencki (link)
  • Recenzja świetnej książki Charlesa Duhigga o zmianie nawyków „Siła nawyku” na stronie Stowarzyszenia Empatia (link)
  • Rozmowa z psycholożką Joanną Bylinką-Stoch na temat bycia weganinem wśród przyjaciół, rodziny – nagranie video Stowarzyszenia Empatia (link)
  • Blogi w języku polskim dietetyków specjalizujących się w dietach roślinnych (Iwona Kibil, Damian Parol)