Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krytyczne myślenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krytyczne myślenie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 25 maja 2019

Nie je czy ogranicza - co mówi ta statystyka?

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Dla portali internetowych podstawa to kuszący tytuł. Taki, któremu żadna myszka się nie oprze. Zaskakujący i intrygujący. Niekoniecznie językowo wyszukany. Ani mądry. Wystarczy, że pobudzi emocje, zaciekawi i skłoni użytkownika do kliknięcia w link, a portal dostanie kolejne wyświetlenie znajdujących się na nim treści. I reklam. 

Taką pełną emocji niecierpliwość wywołał (nie tylko we mnie) tytuł chętnie udostępnianego na Facebooku artykułu „Już 4 na 10 Polaków ogranicza lub nie je mięsa”. Zaraz, 4 na 10, czyli 40 procent? To blisko połowa! Blisko połowa kochającego schabowe narodu nie je mięsa lub je ogranicza?! Trzeba to sprawdzić. Nie oparłam się i kliknęłam. Muszę przyznać, że mimo rosnącej ekscytacji, od razu przeczuwałam, że z tą statystyką coś jest nie tak. Faktycznie, to rozum bronił się przed falą obezwładniającego optymizmu. 

Co znalazłam w artykule?

W artykule podano nazwę agencji, która przeprowadziła badanie (IQS), nazwisko jednej z osób tam pracujących i wypowiadających się na temat badania, metodę badania (CAWI –ankieta elektroniczna wypełniana samodzielnie przez badanego; do badania wykorzystano także platformę analizy treści netdive) oraz liczbę badanych (500). 

Tekst przedstawił definicję fleksitarianizmu jako „diety polegającej na spożywaniu ograniczonej ilości posiłków mięsnych” i trochę demograficznych danych statystycznych (zakładam, że wszystkie pochodzą z badania). Choć sposób podania informacji był niestety dość chaotyczny, to parę stwierdzeń nawet zastanawiających. Postanowiłam jednak skupić się tylko na tytułowej statystyce i jej składowych – niejedzeniu mięsa i jego ograniczaniu (fleksitarianizmie). 

W artykule na temat tytułowej statystyki mamy dwie wzmianki:

  • "43 proc. Polaków deklaruje, że nie je w ogóle lub stara się ograniczać jedzenie mięsa - wynika z raportu agencji IQS." oraz
  • "39 proc. badanych nie je mięsa bądź ogranicza je ze względów etycznych."

Czy te 39 procent to pomyłka czy dodatkowa informacja? Jeśli dodatkowa informacja, to można zinterpretować ją tak, że znacząca większość z tych 43 procent to osoby motywowane etyką. Podkreślę, że biorąc pod uwagę chaotyczność tekstu i brak skomentowania tej dodatkowej statystyki (39 proc), biorę pod uwagę, że może to jednak być pomyłka i żadnego wniosku o etyce wyciągnąć nie można. 

Czego w artykule nie znalazłam?

BRAK AUTORA
Zacznijmy od tego, że nie wiadomo kto jest autorem artykułu. To zazwyczaj nie wróży dobrze wiarygodności treści, za którą w końcu nikt nie bierze osobistej odpowiedzialności.

BRAK NAZWY BADANIA
Artykuł nie podaje też nazwy badania ani czasu jego przeprowadzenia. Nie można więc łatwo zidentyfikować, o które badanie chodzi, by poszukać go w sieci. Nie wiadomo, czy jakiś klient zlecił badanie czy też agencja IQS zrobiła je z własnej inicjatywy. To bywa istotne.

BRAK REFLEKSJI NAD TERMINEM FLEKSITARIANIZM
W artykule nie zwrócono uwagi na fakt, że podana definicja fleksitarianizmu jest tak ogólna, że może pasować do ogromnej populacji – w zasadzie każdego, kto będzie skłonny myśleć o sobie, że ogranicza spożycie mięsa, bo jest w stanie przypomnieć sobie ze dwie okazje, w których nie zjadł mięsa (choć mógł). Termin „ograniczenie” nie jest przecież w tej definicji ograniczony. Nie wpisano go w żadne obiektywne ramy ilościowe. Nie ma na przykład obiektywnie określonej górnej granicy wyrażonej choćby w liczbie posiłków tygodniowo, od której to ograniczanie by się zaczynało. Niech by nawet górna granica wynosiła 20 posiłków tygodniowo. Wtedy wiedzielibyśmy, że ten kto ogranicza je co najwyżej 19 posiłków. Nie ma tym bardziej szczegółowych zakresów (np. 15-19 posiłków tygodniowo, 10-14 posiłków tygodniowo, 1-9 posiłków tygodniowo), w które konsumenci mogli by się wpisać. 

BRAK REFLEKSJI NAD TERMINEM MIĘSO
 Co więcej, termin „mięso” bywa przez ludzi różnie interpretowany. Najszerszą definicję mięsa mają wegetarianie, dla których jest to jakakolwiek część ciała jakiegokolwiek zwierzęcia (a więc nie tylko stek wołowy czy kotlet schabowy, ale także pierś z kurczaka, filet z ryby, ośmiornice, małże, owady) na ciepło, ale i na zimno (wędliny), mięśnie i organy (wątróbka, itp.) w ilości dużej i małej (np. skwarki). Dla wielu osób jednak mięso najczęściej oznacza produkty z ssaków i ptaków. Ryby w tradycji kulinarnej to nie mięso, co doskonale widać w niezliczonych książkach kucharskich i menu restauracji. Podobnie rzecz się ma z tzw.  owocami morza. Dla jeszcze innych mięsem nie jest kurczak czy indyk. Część osób zapytana o jedzenie mięsa będzie przypominać sobie tylko okoliczności jedzenia go na ciepło i nie pomyślą o wędlinach. Wiele osób nie zawraca sobie nawet głowy myśleniem, że zupa ugotowana na kościach ma coś wspólnego z mięsem. Skwarki czy kawałki kurczaka w sałatce też będą pomijalne.

BRAK REFLEKSJI NAD WIARYGODNOŚCIĄ DEKLARACJI LUDZI
Jednak nawet gdybyśmy pokonali powyższe trudności dookreślając ilość posiłków i kategorie produktów zaliczanych jako mięsne, to dalej musielibyśmy stawić czoła jednej dość nieprzyjemnej dla nas (jako gatunku) informacji: mamy tendencję do niedoszacowywania ilości konsumowanego jedzenia. Być może zapominamy, albo się sami oszukujemy.   

BRAK INFORMACJI JAKI PROCENT POLAKÓW NIE JE MIĘSA
No i rzecz podstawowa, artykuł ostatecznie nie podaje nam jaki procent Polaków nie je mięsa!  Czy autora to nie interesowało?



Czego się dowiaduję szukając badania w sieci?
Kiedy poszukałam trochę w internecie, znalazłam stronę agencji badań rynku IQS i dotarłam na jej stronie do darmowego fragmentu raportu „Fleksitarianie nadchodzą (trend ograniczania konsumpcji mięsa)” opracowanego na podstawie badania, o którym mówił artykuł przyciągający czytelników (użytkowników) do portalu wirtualne media.

Warto zaznaczyć, że agencja przytoczyła szerszą definicję fleksitarianizmu, która trochę dokładniej opisuje, co fleksitarianizm miałby oznaczać w odniesieniu do spożycia mięsa:

Fleksitarianizm to dieta polegająca na spożywaniu ograniczonej ilości posiłków mięsnych. Dodatkowo, za fleksitarian uznaje się osoby spożywające mięso tylko okazjonalnie (np. poza domem), a stosujące w swoim domu dietę wegetariańską lub wegańską. Pojęcie to zostało użyte po raz pierwszy przez Lindę Anthony w 1992r.
Oczywiście problematycznym nadal jest fakt, że fleksitarianizm pozostaje terminem słabo określonym. Furtką dla jego różnego rozumienia jest tutaj słowo „okazjonalnie”, które może znaczyć różne rzeczy dla różnych ludzi. 

Podobnie jak w artykule, także w dostępnym fragmencie raportu nie znalazłam informacji, czy do ankiety przyjęto jakąś definicję mięsa. Szczegółowe wyniki ankiety przedstawione na poniższym slajdzie mogą nam sugerować, że jednak wykluczono z definicji mięsa ryby (wegetarianie nie będą zachwyceni), ale nie ma pewności co do innych kwestii, o których wspomniałam powyżej. 

slajd z raportu "Fleksitarianie nadchodzą" opracowanego przez agencję IQS
Sprawę komplikuje także fakt, o którym już wspomniałam, że wszyscy mamy tendencję do niedoszacowywania ilości jedzenia w kontekście produktów, których (rzekomo) chcemy unikać. W zetknięciu z dość ogólnymi pytaniami, możemy „popłynąć” w naszych odpowiedziach. Rezultaty takiej ankiety będą tym mniej miarodajne. 

Interesujący nas slajd, z atrakcyjną statystyką „43 procent Polaków je mniej lub w ogóle nie je mięsa” faktycznie pojawia się w raporcie, ale spójrzmy co się na te 43 procent składa:

Pod kątem spożycia mięsa występują tu tylko dwie dość dobrze określone i zarazem mikroskopijne  ilościowo kategorie:
  • 1 procent Polaków deklaruje "nie jem w ogóle mięsa oraz produktów pochodzenia zwierzęcego" (to będą w takim razie weganie)
  • 1 procent Polaków deklaruje "nie jem w ogóle mięsa, ale jem ryby" (oj, ankieta o niejedzeniu mięsa pominęła wegetarian!)
Pozostałe kategorie, jak można się było spodziewać, są mniej precyzyjne:
  • 9 procent Polaków deklaruje "Bardzo ograniczam jedzenie mięsa" (możemy kibicować, ale nie wiemy tak naprawdę czy przyklaskujemy dobrym intencjom czy faktycznym działaniom, a jeśli tym drugim, to co one dokładnie oznaczają?)
  • 31 procent Polaków mówi "ograniczam trochę jedzenie mięsa"  (najszersza  i zarazem najbardziej rozmyta znaczeniowo kategoria)
Jak widać wrzucenie do jednego worka kategorii konkretnej i rozmytej może dać bardzo atrakcyjną, klikalną statystykę. Najprawdopodobniej większość czytelników lajkuje i z radością udostępnia link do artykułu, który podnosi na duchu. Jak widać raczej bezpodstawnie! 

Wnioski:
  1. Kiedy oglądamy statystyki, zwracajmy uwagę na to, czy mówią one o jasno sprecyzowanych kategoriach. Im bardziej precyzyjne kategorie, tym bardziej konkretne informacje otrzymujemy. „Osoby niejedzące mięsa” – to kategoria dużo bardziej precyzyjna niż „Osoby ograniczające mięso”.
  2. Jeśli sklejono kategorię bardziej precyzyjną z kategorią rozmytą i uzyskano okazały procent, zachowajmy zachwyt na chwilę, kiedy przyjrzymy się sprawie bliżej (może już nie będzie się czym zachwycać. W końcu 2 procent w garści to już nie 43 procent, niestety na dachu!).
  3. Nowe nazwy niekoniecznie oznaczają nowe trendy. Fleksitarianizm to być może modne słowo, ale o ludziach deklarujących ograniczanie mięsa wiemy nie od dziś.
  4. Ograniczanie czegokolwiek niepożądanego brzmi dobrze tylko na pierwszy rzut oka. Problem polega na tym, że najczęściej „ograniczanie” jest terminem rozmytym znaczeniowo i na to nakłada się dodatkowo tendencja ludzi do niepamiętania ile jedzą lub samooszukiwania się szczególnie jeśli ograniczanie podpowiada im rozsądek, a produkt konsumują chętnie. Jeśli więc mówimy o fleksitarianizmie, to tak naprawdę … nie wiemy o czym mówimy. 
  5. Zastanówmy się czy używane w statystyce terminy są dobrze zdefiniowane. Czy opisano je na potrzeby ankiety, albo czy w języku potocznym ich znaczenie jest dobrze znane. Jak widać w praktyce termin „mięso” jest rozumiany różnie i bez doprecyzowania, będziemy mieć poważne nieścisłości. Jak widać również „fleksitarianizm” jest pojęciem bardzo pojemnym, do tego stopnia, że prawie każdy może się pod niego podpiąć.
  6. Jeśli leży nam na sercu  dobro zwierząt, pamiętajmy, że mięso nie wyczerpuje problemu eksploatacji zwierząt w przemyśle spożywczym. Osoby niejedzące mięsa mogą jeść ryby, a niejedzące mięsa i ryb wciąż spożywają (być może więcej) nabiału i jaj. Myślmy nie tylko o rzeczach, które są przedstawione, ale też o tych, które wypadły poza ramy przedstawionego obrazka. 

Czytaj dalej:

  • artykuł omawiany w moim tekście [LINK]
  • strona agencji IQS, gdzie można znaleźć fragment raportu „Fleksitarianie nadchodzą (trend ograniczania konsumpcji mięsa)” [LINK]
  • o fleksitarianizmie w aktywizmie prozwierzęcym , krytycznie pisze socjolożka Corey Lee Wrenn [LINK]



wtorek, 18 października 2016

Jak czytać, żeby doczytać: eksperymenty na zwierzętach

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

W wydaniu tygodnika „Polityka” z 12.10.2016 pojawił się artykuł Łukasza Kwiatka i Mateusza Hohola pt. „Ale mądrale!” o myśleniu przyczynowo-skutkowym u człowiekowatych, a dokładniej o eksperymentach, które mają te umiejętności sprawdzać. Pominę protekcjonalny tytuł, który pewnie nadała redakcja, a zajmę się opisem jednego z eksperymentów i tym, czego się z niego można dowiedzieć, ze szczególnym naciskiem na to, czego dowiedzieć się nie sposób.

Autorzy opisują eksperyment dość standardowo. Mój komentarz nie dotyczy więc tego konkretnego artykułu, ale raczej przeciętnego sposobu pisania o eksperymentach na zwierzętach, z którym spotykamy się w prasie popularnonaukowej.

Podstawowe elementy opisu to nazwa jednostki badawczej, nazwiska badaczy (choć nie zawsze), gatunki zwierząt poddanych eksperymentowi, rok/lata i przebieg eksperymentu oraz wnioski dotyczące samego badania i odniesienie do korzyści jakie mogą mieć z tego ludzie. W artykule mamy więc Instytut Antropologii Ewolucyjnej Maxa Plancka w Lipsku, zespół badaczy, których nazwisk akurat nie ujawniono i gatunki zwierząt na których eksperyment przeprowadzono - szympansy, bonobo, goryle i orangutany. Doświadczenie, którego ram czasowych nie znamy, odbyło się w jakimś laboratorium (jest mowa o pomieszczeniach, w których przebywają małpy) i polegało m.in. na sprawdzaniu jak zwierzęta sobie poradzą, by zdobyć pokarm, który nie jest bezpośrednio dostępny, tylko wymaga dobrania jednego z narzędzi znajdujących się w drugim pomieszczeniu.  Autorzy przytaczają wniosek sformułowany przez Michaela Tomasello, dyrektora tego instytutu i badacza naczelnych (być może był on zatem w zespole badaczy), który mówi, że zwierzęta posługiwały się „sekwencją wnioskowań przyczynowo-skutkowych o strukturze „jeżeli – to”. Dziennikarze przytaczają źródło tej wypowiedzi, którym jest książka Tomasello pt. „Historia naturalna ludzkiego myślenia”, zatem korzyścią, jaką mogą mieć z tego eksperymentu ludzie jest najwyraźniej pogłębienie samowiedzy.

No dobrze, dowiedzieliśmy się już całkiem sporo. Czego zatem w tym opisie i jemu podobnych opisach brakuje? Szczegółowych informacji o zwierzętach. Nie wiemy skąd pochodzą zwierzęta, gdzie się urodziły, gdzie mieszkają i co się z nimi stało po zakończeniu eksperymentu. Nie posiadamy nawet informacji ile zwierząt użyto do eksperymentu. W takich opisach jest to dość standardowe posunięcie: dziennikarzy interesuje tylko gatunek, zaś konkretne zwierzęta pozostają anonimowe. Nie wiemy też zazwyczaj w jaki sposób eksperyment naruszył życie tych zwierząt, jak wpłynął na ich zdrowie psychiczne i fizyczne. Bez odpowiedzi pozostaje pytanie jak „zmotywowano” zwierzęta do wzięcia udziału w eksperymencie? Czy głodzono je, żeby ich zainteresowanie zdobyciem pokarmu wzrosło? Ile razy powtarzano doświadczenie, żeby uzyskać wiarygodne rezultaty?

Jesteśmy tak przyzwyczajeni do pewnego typu narracji, że powyższe pytania rzadko, jeśli w ogóle, przychodzą nam do głowy. Jest tak podobnie w przypadku produktów odzwierzęcych – poddajemy się pewnemu szablonowemu myśleniu, według którego tak to już jest, było i będzie, że mięso, mleko i jaja są akceptowalnymi produktami spożywczymi, pochodzą z ferm, a zwierzęta są po to, żeby nam służyć. Dodajemy sobie, że prawo zabrania zadawania niepotrzebnego cierpienia i już. Szablon gotowy.

Jeśli jednak już tak się stanie, że niestandardowe pytania przyjdą nam do głowy, to bywamy bezradni, bo nie za bardzo wiemy, gdzie szukać wiarygodnych odpowiedzi, nie mówiąc już o podważaniu tego „było/jest/będzie”. Ja sama, mimo dziesięcioletniego aktywizmu, nie wiem wszystkiego, ale nauczyłam się analizować dostępne materiały dużo bardziej krytycznie i znajdować odpowiedzi na przynajmniej część pytań. I zachęcam wszystkich do krytycznego czytania, oglądania i myślenia.

Małpy, które są używane w eksperymentach odbywających się w jakichś pomieszczeniach – tak, jak w tym eksperymencie – muszą żyć w niewoli. Skąd się wzięły? Mogły zostać porwane z ich naturalnego środowiska (ale często prawo tego zabrania), mogły urodzić się w laboratoryjnych programach hodowlanych albo w ogrodach zoologicznych, które również prowadzą hodowle. Jak było w tym przypadku? Odwiedziłam stronę Instytutu, na której znalazłam Wydział Prymatologii, jednak w opisie jego działań znalazłam tylko badania prowadzone w naturze. Coś się nie zgadzało. Ten eksperyment był przecież przeprowadzany w budynku. Szukałam dalej i informacje o badaniach mnie interesujących, znalazłam dopiero w zakładce Wydziału Psychologii, który zajmuje się także zdolnościami poznawczymi naczelnych. Na samym dole znalazłam informację, że małpy nie są nigdy pozbawiane wody i jedzenia, a doświadczenia z zakresu rozwiązywania problemów, czyli takie, jak  te opisane w artykule, są przeprowadzane w oparciu o smakołyki, które zwierzęta otrzymują bardzo rzadko (i w ten sposób są bardziej zmotywowane). Można odetchnąć z ulgą, ale nie do końca. Ta uwaga świadczy bowiem o tym, że w innych ośrodkach badawczych takie eksperymenty są przeprowadzane na zwierzętach pozbawianych jedzenia i wody; Centrum zastrzega więc, że akurat ono takich rzeczy nie robi.

Kolejny link skierował mnie na stronę Wolfgang Kohler Primate Research Center (WKPRC) w Lipsku, na moje szczęście posiadającą również wersję w języku angielskim. Tam dowiedziałam się, że WKPRC jest projektem prowadzonym w ramach Instytutu we współpracy z Ogrodem Zoologicznym w Lipsku. A więc zwierzęta wykorzystane do eksperymentu mieszkają w niewoli, w zoo. Zakładka "Ape list" przedstawia zdjęcia zwierząt pogrupowane gatunkami (nie wiem dlaczego szympansy są podzielone na Grupę A i B) i krótkie opisy każdego z nich: imię, płeć, data urodzenia, imiona rodziców, miejsce urodzenia, od kiedy w zoo w Lipsku. Brak jest informacji o charakterze, upodobaniach, przyjaciołach, itp., co jest standardem w schroniskach dla takich zwierząt (np. w kanadyjskiej fundacji Fauna). Są to zwierzęta w bardzo różnym wieku, najstarsza jest szympansica Jeudi, rocznik 1966. Są też zwierzęta z lat 70., 80., 90. i urodzone w 2016 roku. Małpy albo urodziły się w Lipsku, albo pochodzą z innych miast w Niemczech, Wielkiej Brytanii, Francji a nawet USA. Pewnie zostały kupione z innych ogrodów zoologicznych. W WKPRC jest 24 szympansów, 10 bonobo, 4 goryle i 8 orangutanów. Nie wiemy ile i które z nich były użyte do tego eksperymentu.

Możemy oczywiście powiedzieć, że podobnie anonimowo traktuje się ludzi w opisach eksperymentów z ich udziałem. Jest tu jednak dość ważna różnica. Kiedy eksperyment dotyczy ludzi, spodziewać się możemy – i słusznie – że uczestnicy udzielili świadomej zgody na badanie, przed eksperymentem żyli życiem niezależnym od placówki badawczej, a po jego zakończeniu i otrzymaniu obiecanej zapłaty, życie swoje kontynuowali. W przypadku zwierząt tak nie jest. Po pierwsze, nie uzyskuje się świadomej zgody uczestników. Oczywiście trudno o taką zgodę, ale jeśli tak, to oczywistym wnioskiem nie powinno być pominięcie tego punktu i przejście do realizacji eksperymentu, lecz raczej refleksja czy można w ogóle eksperyment przeprowadzić. Odpowiedzią na to pytanie mają zajmować się komisje bioetyczne, jednak biorąc pod uwagę panujący szowinizm gatunkowy trudno o pewność, że członkowie komisji są żywo zainteresowani dobrem zwierząt. Gdyby tak było, 99,9 procent eksperymentów nigdy nie miałaby miejsca.

W opisie eksperymentów na zwierzętach używa się często tych samych określeń stosowanych w odniesieniu do ludzi: zwierzęta uczestniczyły w eksperymencie, brały w nim udział, były uczestnikami. Określenia te sugerują dobrowolność, której przecież nie było. Sugeruje się dialog i współdziałanie, podczas gdy zwierzęta są tu bezbronne i nie mają nic do powiedzenia. Tak naprawdę, zwierzęta były użyte i wykorzystane – to są właściwe słowa adekwatnie oddające rzeczywistość.

Jeśli chcemy poznać historię eksperymentu, która uwzględnia zwierzę nie jako anonimowego przedstawiciela gatunku, lecz jako istotę z własnym charakterem, upodobaniami i biografią, polecam film „Project Nim” i dwie książki: „Najbliżsi krewni” Rogera Foutsa i „Szympansy z Azylu Fauna” Andrew Westolla. Tam dowiemy się też jakie koszty fizyczne i psychiczne poniosły zwierzęta poddane eksperymentom. Dodam tylko, że o ile człowiekowate doczekały się swoich biografii, o tyle wciąż bezimienne pozostają miliony zwierząt innych gatunków poddawane eksperymentom, w szczególności myszy i szczury, i miliardy zwierząt hodowanych na mięso, dla mleka i jaj. Będzie tak dopóty, dopóki będziemy słuchać takich narracji nie przerywając.



Czytaj więcej:
  • Badania zdolności poznawczych u Człowiekowatych na Wydziale Psychologii Instytutu im. Maxa Plancka w Lipsku (link
  • Lista zwierząt w Wolfgang Kohler Primate Research Center (link
  • Fundacja Fauna, gdzie przebywają szympansy wcześniej wykorzystywane w laboratoriach czy cyrkach. Tam przebywa Loulis i Tatu - członkowie rodziny Washoe opisanej w książce „Najbliżsi krewni” (link)
  • Film „Projekt Nim” – reż. James Marsh, film dokumentalny BBC (link)
  • Porównajcie opis szympansa na stronie centrum badawczego (link) i sanctuary (link), a zobaczycie, gdzie podchodzi się do zwierzęcia jak do istoty z osobowością, uczuciami i biografią;
  • Etolog poznawczy Marc Bekoff – o wygaszaniu ogrodów zoologicznych (link)