Pokazywanie postów oznaczonych etykietą aktywizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą aktywizm. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 29 stycznia 2017

Solidarni przemocą?

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Zobaczyłam niedawno zapowiedź akcji "Branding 269” organizowanej przez grupę 269Life Śląsk - Poland. To skłoniło mnie do krótkiej refleksji na temat przemocy w aktywizmie na rzecz praw zwierząt. 

Branding, od którego bierze się „branding 269”, to wypalanie rozżarzonym żelazem znaku na ciele zwierząt (najczęściej bydła), aby oznaczyć do kogo zwierzę należy. Jest to akt przemocy i dominacji. Dosłownie przypieczętowuje się własność, której znak zwierzę będzie nosić aż do śmierci. Swój rodowód branding ma w Starożytności. Jest wciąż praktykowany m.in. w Stanach Zjednoczonych. 

W aktywizmie prozwierzęcym branding ludzi pojawił się w 2012 roku w Izraelu i polegał na wypaleniu paru aktywistom znaku 269 rozżarzonym żelazem. Liczba 269 widniała na plastikowym klipsie w uchu jednego z cieląt, które aktywiści widzieli wcześniej na fermie mlecznej. Akcję wypalania zainicjował Sasha Boojor, aby wyrazić solidarność z bezimiennymi ofiarami przemysłu mięsnego i mlecznego. Potem powieliło ją wielu aktywistów i aktywistek w różnych krajach. Odmianą tej akcji jest też robienie tatuażu 269. 

Branding zarówno krów jak i ludzi to zadanie intensywnego bólu, ciężkie oparzenie i trwałe uszkodzenie skóry.  W akcjach polegających na brandingu ludzi (w odróżnieniu od akcji pochodnej polegającej na zrobieniu tatuażu) niepokoi mnie kwestia dosłownego używania przemocy, bo ruch na rzecz praw zwierząt jest z zasady ruchem przeciwko przemocy. Dlatego nie powinien zgadzać się na jej używanie jako strategii działania i generować niepotrzebne cierpienie.

Choć akt dominacji jest symboliczny, bo tutaj ludzie, którzy się znakowaniu poddają nie są do tego zmuszeni i robią to z własnej woli, to branding jest jednocześnie dosłownym powtórzeniem aktu przemocy, tyle że obróconej ku samemu sobie. Niektórzy powiedzą, że nie ma czegoś takiego jak samogwałt. To prawda, ale jest coś takiego jak masochizm i raczej nie uznajemy go za coś korzystnego. Nie utożsamiam aktywistycznego brandingu z aktem masochistycznym, bo nie siedzę ludziom w głowach i nie wiem co dominuje jako powód takiej decyzji u poszczególnych osób. Jednak fakt, że wybierają taką formę jest moim zdaniem niepokojące, tym bardziej że osoby decydujące się na branding zazwyczaj korzystają z czyjejś pomocy, a tym samym, oprócz siecie, w akt przemocy wikłają drugą osobę.

Rozumiem cierpienie będące ceną lub skutkiem ubocznym działania w czyjejś obronie, przeciwko zadawanej mu przemocy: zostać pobitym przez agresywnego nacjonalistę w obronie zaatakowanego nie-Polaka, odmrozić sobie uszy pomagając uchodźcom na zimowym szlaku albo narazić się na niebezpieczeństwo ze strony mściwego „pana domu” przyjmując pod swój dach ofiarę przemocy domowej. 

W przypadku brandingu jest tak, jakby ktoś w geście solidarności z uchodźcami marznącymi na zimowym szlaku odmroził sobie uszy lodem z własnej zamrażarki. Jest też tak, jakby w geście solidarności z pobitymi nie-Polakami ktoś poprosił znajomego, żeby ten obił mu twarz albo w geście solidarności z ofiarami przemocy domowej poprosił znajomego, żeby ten przypalił mu/jej przedramię żelazkiem. 

To odtwarzanie aktów przemocy rodzących cierpienie, żeby …. sprzeciwiać się aktom przemocy, które odtwarzamy! To zachęcanie kogoś do zadawania przemocy w przypadku, gdy przemoc zadaje druga osoba. To, zatem, mnożenie przemocy, gdy w tym samym czasie można mnożyć gesty pokoju, edukować o złu przemocy lub bezpośrednio pomagać jej ofiarom. To zgoda na warunki jakie piszą dziś tabloidy: „Mówcie językiem przemocy, jeśli chcecie być usłyszani”, zamiast tworzenia nieprzemocowej alternatywy dla takiego języka. Jak mamy tworzyć świat pokoju z materiału, z którego zbudowany jest świat przemocy, wojny i dominacji?




poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Nie tylko Harambe

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Goryl Harambe zginął naprawdę. 28 maja 2016 roku, na wybiegu ogrodu zoologicznego w Cincinnati. Jednak ogrom reakcji, szczególnie w internecie, dodał tej śmierci wymiaru symbolicznego. Śmierć Harambe symbolem jest jednak niejednoznacznym. Dla jednych smutek i złość z nią związane mówią o ludzkiej fascynacji dzikimi zwierzętami, która czasem (tylko czasem) kosztuje życie zwierzęcia. Dla innych smutek i złość świadczą o ludzkiej dominacji nad dzikimi zwierzętami, która regularnie odbywa się kosztem zwierząt (śmierć Harambe jest tu tylko ekstremalnym przykładem takiego “kosztu”), więc należy tylko zmodyfikować funkcjonowanie ogrodów zoologicznych. Dla części fascynatów zoo, śmierć Harambe kosztem uratowania dziecka była okazją do hejtu skierowanego przeciwko “złej” matce chłopca, a nawet przeciwko nieobecnemu na miejscu zdarzenia ojcu. 

Ponieważ medialne śmierci ikonicznych zwierząt dzieją się w kontekście niemedialnych rzeźni odbierających życie miliardom zwierząt nieikonicznych oraz w związku z faktem, że chłopiec i jego rodzice byli czarni, chcę postawić dodatkowe pytania:
Ilu spośród ludzi opłakujących śmierć goryla w zoo korzysta równocześnie z ogrodów zoologicznych, a ilu jest przeciwnych trzymaniu tam i rozmnażaniu dzikich zwierząt i dlaczego? 

W naszej pamięci, sięgającej dwa pokolenia wstecz (opowieści naszych dziadków i rodziców), ogrody zoologiczne są stałą częścią krajobrazu miejskiego. Można wręcz powiedzieć, że mieszkańcy miast, które nie mają zoo, z zazdrością patrzą na sąsiadów posiadających takie miejsce. Wiadomo, że jeśli chodziła babcia i mama, pójdę i ja. Formy rozrywki i spędzania wolnego czasu często się “dziedziczy” (i wzbogaca tym, co nowe) specjalnie się nad tym nie zastanawiając. A jeśli nas kto zapyta, zawsze mamy dyżurne racjonalizacje: edukacja  - bo na filmie to nie to samo, co zobaczyć słonia na żywo; i ochrona zagrożonych gatunków  -  zadowalamy się deklaracją dyrektorów ogrodów zoologicznych, nie pytając jaki odsetek zwierząt trzymanych w zoo kiedykolwiek trafi na wolność.
Amerykański etolog poznawczy Marc Bekoff podpowiada nam jak moglibyśmy w sposób nieszablonowy podejść do sprawy Harambe. Zamiast rozważać wte i wewte wysokość ogrodzenia, szczelność barierki, możliwość zastosowania środka usypiającego zamiast broni palnej, czy nieostrożność rodzica, Bekoff pyta “Po pierwsze dlaczego Harambe w ogóle był w zoo?” i proponuje zaprzestanie hodowli dzikich zwierząt, stopniowe zamykanie ogrodów zoologicznych i przerzucenie uwolnionych środków na ochronę środowiska naturalnego, gdzie zwierzęta żyją na wolności.

Ile spośród osób opłakujących śmierć Harambe na codzień korzysta z eksploatacji zwierząt, (której częścią jest przecież zabijanie) jedząc mięso, nabiał i jaja?

Nawet gdybyśmy dzięki zoo mieli porządną edukację (zamiast zwykłego zaspokojenia ciekawości), to warto się zastanowić jaką cenę mają za to płacić zwierzęta. Takie pytanie zadają przeciwnicy ogrodów zoologicznych zapominając niestety o kontekście, w jakim pada to pytanie. Większość osób, które chcą pokazać dziecku jak duży w rzeczywistości jest tygrys albo jak słoń macha trąbą, już odpowiedzieli sobie na inne pytanie: jaką cenę mają płacić zwierzęta za ich nawyki dotyczące jedzenia i ubierania się. Jedzą schabowe, na chleb kładą ser żółty, smażą jajecznicę. Noszą skórzane buty i wełniane swetry oraz kurtki obszyte futrem. No dobra, niektórzy zdecydowali się na sztuczne futerko w odpowiedzi na kampanie antyfutrzarskie, ale pozostałych nawyków nie zmienili. Pewnie warto zadać sobie pytanie na ile są to świadome, samodzielne wybory, a na ile “odziedziczony” sposób odżywiania się i ubierania. Pewnie łatwo jest uzmysłowić sobie, że te wybory nie wynikają z okrucieństwa. Niemniej te wybory świadczą o cichym (a czasem głośnym) przyzwoleniu na krzywdzenie zwierząt dla podtrzymania określonego stylu życia konsumentów i określonego sposobu zarabiania na życie hodowców, rzeźników, przetwórców i restauratorów. 

Przeciwnicy ogrodów zoologicznych mogą sami być nieweganami i dzielić zwierzęta na te lepsze (słonie, tygrysy, goryle, przede wszystkim gatunki zagrożone) i te gorsze (hodowane na mięso i dla mleka lub jaj krowy, świnie i kury). Zatem walczą o zamykanie ogrodów, bo współczują zamkniętym w nich zwierzętom i równocześnie korzystają z eksploatacji innych zwierząt, bo … są do tego przyzwyczajeni. 

Jeśli zaś weganie angażują się w publiczny sprzeciw wobec ogrodów zoologicznych, to mają do wyboru dwie drogi: albo zestawią krzywdę zwierząt w przemyśle rozrywkowym i spożywczym jako różne formy tego samego problemu, czyli eksploatacji zwierząt; albo będą udawać (na potrzeby tej kampanii), że szeroki kontekst powszechnej eksploatacji zwierząt nie istnieje i że ogrody zoologiczne są raczej wyjątkiem od reguły dobrego traktowania zwierząt przez społeczeństwo. Dopiero wtedy pytanie “czy edukacja dzieci ma się odbywać kosztem zwierząt w zoo” nabiera sensu. Usuńmy zoo, a edukacja dzieci będzie już przebiegać wzorowo z poszanowaniem zwierząt. A co ze szkolną stołówką serwującą mięso, nabiał i jajka? A co z rodzicami serwującymi w domu to samo? Nie, zoo nie jest wyjątkiem. Raczej wpisuje się w dobrze znaną regułę.  

Czarowanie rzeczywistości nie zmienia jej. Żyjemy w społeczeństwie, którego kultura jest głęboko szowinistyczna gatunkowo (zwierzęta pewnych gatunków traktujemy wyjątkowo źle tylko dlatego, że należą do tych gatunków – “bo to tylko świnia, nie pies”, “bo to tylko kura, nie kot”) i potrzebna jest zmiana paradygmatu, a więc na początek podważanie jego podstaw (tak jak podważa się rasizm czy seksizm). Dokoptowanie dzikich zwierząt z zoo do obecnej grupy “pupilów” (przede wszystkim psów i kotów) tylko wzmacnia jako “słuszną” zasadę dzielenia zwierząt na pupilów i grupę, którą można wykorzystywać i krzywdzić. Jako błąd wskazuje się wtedy tylko zaliczenie niektórych gatunków do niewłaściwej grupy. 

Ilu spośród ludzi złych na rodziców chłopca, który dostał się na wybieg Harambe, pochopnie oskarżyło ich o patologię rodzinną tylko dlatego, albo głównie dlatego, że rodzina ta była czarna? 

Obywatelka Cincinnati utworzyła petycję "Justice for Harambe" skierowaną do dyrektora zoo, w którym zginął Harambe oraz do służb zajmujących się ochroną dzieci w hrabstwie Hamilton. Trzy dni po wypadku było pod nią ponad 350 tysięcy podpisów, potem tempo podpisywania zwolniło, ale i tak liczba blisko 512 tysięcy osiągnięta wczoraj jest duża. Nie powiem "imponująca", bo ta petycja w ogóle mi nie imponuje. Wbrew zapewnieniom autorki, wygląda dokładnie jak polowanie na czarownice. Po pierwsze, oskarżenie pada wobec obydwojga rodziców, choć na miejscu zdarzenia była tylko matka z trójką pozostałych dzieci. Po drugie, oskarżenie jest nieuzasadnionym uogólnieniem: incydent jest od razu zaklasyfikowany jako zaniedbanie (a nie wypadek) i włączony w szerokie spektrum rzekomej patologicznej sytuacji w domu dziecka. Autorka petycji żąda zbadania środowiska rodzinnego, aby uchronić (sic!) dziecko i jego rodzeństwo (sic!) od dalszych (sic!) przypadków zaniedbania przez rodziców. Oświadczenie prokuratora hrabstwa Hamilton o odstąpieniu od postawienia zarzutów matce i pomyślna wizyta pracowników opieku społecznej zostały przyjęte przez autorkę petycji z niezadowoleniem! Przecież ona wiedziała od samego początku jak się rzeczy mają. Wielu zadaje pytanie czy kolor skóry oskarżanej rodziny miał znaczenie dla pochopności tego oskarżenia.
Przy okazji śmierci Harambe i niewątpliwie w związku z faktem, że chłopiec, który wpadł na wybieg goryla był czarny, pojawiło się też hasło All Lives Matter – szczególnie na internecie w postaci memów czy tweetów. Hasło to jako pierwszy wypowiedzieć miał w 2015 roku Martin O’Malley amerykański biały polityk działający na rzecz praw człowieka w odpowiedzi, czy też w kontrze, do ruchu Black Lives Matter powstałym w 2013 roku. Ruch Black Lives Matter zapoczątkowała działaczka społeczna Alicia Garza publikując na Facebooku “A love letter to black people” w odpowiedzi na kolejne uniewinnienie sprawcy zabójstwa nieuzbrojonego czarnego mężczyzny, właściwie nastolatka – 17-letniego Trayvona Martina w Sanford na Florydzie. Zabójca pełnił rolę strażnika obywatelskiego na chronionym osiedlu, a ofiara była gościem mieszkanki tego osiedla. 

W ostatnich latach w USA doszło do szeregu zabójstw nieuzbrojonych czarnych nastolatków i dorosłych, a sprawcami części z nich byli policjanci. Black Lives Matter jest ruchem sprzeciwu wobec brutalności policji wobec czarnych, profilowaniu etnicznemu przestępców, a więc przeciwko współczesnym formom rasizmu wobec czarnych. Black Lives Matter ma obecnie ponad 30 oddziałów w Stanach Zjednoczonych, a hasło “All Lives Matter” jest często odbierane jako niechęć do konfrontowania się z rasizmem wobec czarnych, jako schowanie go pod dywan poprzez wrzucenie do ogólnego worka z problemami trapiącymi ludzkość. Żadna analogia nie jest idealna, ale spróbuję mimo wszystko. Na polskim gruncie odpowiednikiem ruchu Black Lives Matter byłby ruch przeciwko przemocy domowej wobec kobiet, zaś ekwiwalentem kontrhasła “All Lives Matter” – stwierdzenie, że każdy może być ofiarą przemocy domowej (również mężczyzna).
Jeden z czarnych blogerów komentując to hasło w kontekście Harambe zatytułował swój artykuł “All Lives Matter When it’s a Black Gorilla, not a Black Man”. No właśnie. Tym bardziej więc prawa zwierząt powinny iść w parze z prawami człowieka, z wyczuciem wrażliwego kontekstu, jakim niewątpliwie w USA jest dyskryminacja czarnych obywateli i obywatelek.

Ilu spośród ludzi wściekłych na dyrekcję ogrodu zoologicznego, że zabiła, a nie uśpiła, goryla, żądałaby uśpienia, gdyby na wybiegu znalazło się ich dziecko? 

To pytanie pozostawię bez komentarza.
Walka o prawa zwierząt nie jest walką o wygodny i dobrze zabezpieczony wybieg dla hodowanych goryli. Nie jest też ustanawianiem hierarchii ważności życia zwierząt, gdzie na szczycie są zwierzęta należące do gatunków zagrożonych, potem zwierzęta domowe, a na końcu zwierzęta dzikie niezagrożonych gatunków i zwierzęta hodowane na mięso, skóry i futra czy dla mleka i jaj. Prawa zwierząt czerpią z ideologii praw człowieka, poszerzając krąg istot znaczących moralnie o czujące ból zwierzęta. Ból czuł Harambe, czuje go też każda krowa, świnia czy kura wieziona na rzeź. Nie ma między nimi różnicy co do podstawowych praw, podobnie jak nie ma różnicy między człowiekiem o wysokim i niskim IQ jeśli chodzi o podstawowe prawa człowieka.

Chcesz wiedzieć więcej?
1. Why was Harambe the Gorilla in a Zoo in the First Place?, Marc Bekoff, Scientific American (link)
2, The Matter of Black Lives, Jelani Cobb, New Yorker (link)
3.Here's Why It Hurts When People Say, "All Lives Matter", L-Mani S. Viney, Vanity Fair (link)
4. Why "All Lives Matter" Is Such a Perilous Phrase, Daniel Victor, New York Times (link)
5. All lives Matter When It's a Black Gorilla Not A Black Man, Antoine Allen, anoinespeaks.co.uk (link)
6. Moje poprzednie teksty związane z Harambe (link1, link2).

niedziela, 7 sierpnia 2016

Stereotypy o weganizmie: weganizm jest drogi

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Przekonanie, że weganizm jest drogi jest podzielane najczęściej przez … niewegan. Nie ma w tym nic dziwnego, bo stereotypy najczęściej są utrzymywane przy życiu przez ludzi, którzy nie znają zbyt dobrze zjawiska poddawanego stereotypom. Ludzie ci patrzą na takie zjawisko z dystansu i nie poznają go bliżej. Następnie, opierając się na fragmentarycznych skojarzeniach, tworzą uogólnienia. Stereotyp jest gotowy. 

Mądrość ludowa głosi, że w każdym stereotypie jest ziarno prawdy. Choć mądrość ludowa nie zawsze ma rację, spróbujmy zobaczyć skąd bierze się to przekonanie o drożyźnie weganizmu.  Skoro autorami tego stereotypu są nieweganie, spójrzmy na weganizm także z ich perspektywy.

Każdy nieweganin je produkty odzwierzęce (to oczywiste) i rzadko je tak nazywa, dzieląc je raczej na mięso, wędliny, nabiał i jaja. Każdy nieweganin je też produkty roślinne (to mniej oczywiste) i rzadko je tak nazywa, mówiąc raczej o warzywach i owocach, pieczywie, makaronie, kaszach i ryżach; czasem przypomina sobie o orzechach (z podkategorią orzeszków ziemnych jako przekąską); z rzadka wspomina o pestkach słonecznika czy dyni. W książkach kucharskich tradycyjnej kuchni polskiej potrawy dzieli się na zupy, dania mięsne, mączne i jarskie oraz desery.

W większości niewegańskich dań kuchni polskiej miesza się składniki odzwierzęce z roślinnymi: w schabowym znajdzie się mięso ze świni, kurze jajko, mąka pszenna i olej słonecznikowy; w kanapkach - chleb pszenny lub żytni, ser krowi lub wędlina ze świni/kury, sałata i pomidor; w mizerii - ogórek i śmietana z krowiego mleka; w cieście pierogowym obok mąki pszennej nierzadko jajko, a w farszu pierogowym mięso ze zwierząt, szpinak często łączony ze śmietaną lub kapusta z grzybami czasem doprawiana tłuszczem ze świni. Skoro składniki odzwierzęce i roślinne mieszają się w różnych daniach, dla niewegan ostry podział "roślinne kontra zwierzęce" praktycznie nie istnieje. Kiedy mają spojrzeć na produkty żywnościowe dzieląc ją na te dwie grupy często mają z tym problem. Nie dlatego, że coś jest nie tak z ich inteligencją. Po prostu nie są przyzwyczajeni do myślenia takimi kategoriami.

W kuchni wegetariańskiej usuwa się mięso i wędliny, ale dania równie często pozostają mieszanką produktów odzwierzęcych i roślinnych: chleb z serem krowim i pomidorem, zupa pomidorowa zabielana krowią śmietaną, ciasto pierogowe z jajkiem, sałatka warzywna z sosem majonezowym (jajecznym) czy wiosenne nowalijki z sosem jogurtowym (jogurt z krowiego mleka). Wegetarianie nie odrzucają produktów odzwierzęcych; podnoszą alarm tylko w przypadku mięsa i innych części ciał zwierząt.

Wszystkie wyżej wymieniane produkty roślinne jedzone przez niewegan to równocześnie produkty wegańskie. Wymienię je raz jeszcze: kasza, ryż, makaron (w zasadzie zasługują na liczbę mnogą ze względu na różnorodność), fasola, groch, ciecierzyca, soczewica (rośliny strączkowe), inne warzywa (tu można wymieniać bez końca), owoce (również imponująca grupa) i wreszcie orzechy i pestki. Te produkty w większości są tanie, być może poza bardziej egzotycznymi nowościami. Kupowanie sezonowych warzyw i owoców pozwala korzystać z niskich cen, a poza sezonem wiele warzyw można kupić w mrożonkach.

Jednak kiedy nieweganie mówią, że weganizm jest drogi, nie odnoszą się do powyższych produktów, które stanowią 80-90 procent diety wegańskiej, ale do tych 10-20 procent produktów wegańskich,  których sami nie jedzą: tofu, wegańskiego mleka, jogurtów i gotowych zastępników mięsa i wędlin. Te produkty są faktycznie droższe od ich odzwierzęcych pierwowzorów - oto nasze ziarno prawdy. Ziarno to de facto ma rozmiar niewielki, ale rośnie w oczach tych, którzy na podstawie fragmentarycznych skojarzeń tworzą z niego główną oś znanego nam stereotypu.

Niemniej nawet w przypadku tych produktów sytuacja jest dynamiczna. Ich różnorodność na naszym rynku rośnie, ich ceny spadają. 10 lat temu można było dostać 1 rodzaj mleka roślinnego. W tej chwili dostępnych jest paręnaście rodzajów różnych producentów. Poza tym ilość gotowców w diecie roślinnej można różnicować. Niektórzy jedzą je często, inni nie jedzą ich w ogóle, jeszcze inni częściowo zastępują tańszymi produktami przygotowywanymi w domu: np. pasztetami i pastami na chleb. Tak na marginesie dopowiem, że gotowce, za wyjątkiem mleka sojowego i tofu, nie są specjalnie zdrowe. Lepiej jeść je z umiarem bazując jednak na zbożach (kasze, ryże, makarony pełnoziarniste), roślinach strączkowych, innych warzywach (szczególnie tych zielonolistnych), owocach i z dodatkiem orzechów i pestek.

Stereotyp “weganizm jest drogi” zawiera jeszcze jedną dezinformację: sprowadza weganizm do diety. Dieta stanowi dużą część weganizmu, ale bynajmniej na tym sprawa się nie kończy. Weganizm to unikanie produktów odzwierzęcych wynikające z szacunku wobec zwierząt i świadomości, że produkty te związane są z krzywdzeniem zwierząt (w tym z zabijaniem). Produkty odzwierzęce to nie tylko jedzenie, ale także ubrania zrobione ze skóry, wełny czy futra, a także usługi związane z wykorzystywaniem zwierząt: cyrk ze zwierzętami, jeździectwo, wyścigi konne, ogrody zoologiczne, delfinaria, hodowla i sprzedaż psów, kotów i innych zwierząt. 
Weganizm definiuje się bardziej jako unikanie niż nieużywanie produktów odzwierzęcych, bo żyjemy w świecie, gdzie eksploatacja zwierząt dzieje się na tak ogromną skalę (w Polsce zabija się w związku z produkcją spożywczą ponad 800 milionów ptaków i ssaków rocznie), że produkty tej eksploatacji znajdziemy nie tylko w sklepie spożywczym czy odzieżowym ale także w farbach, smarach, gumie czy asfalcie. Weganizm polega więc przede wszystkim na nieużywaniu produktów dla których bezpośrednio eksploatuje się zwierzęta: ciał zwierząt (mięsa, wędlin, skór, wełny, futer), mleka zwierząt i jego przetworów oraz jaj. Weganie nie płacą też za usługi związane z krzywdzeniem zwierząt (choć niektórzy mają problem z przyjęciem do wiadomości, że jeździectwo jest taką usługą).


Jeśli szacunek ma mieć jakiekolwiek znaczenie, musi oznaczać odmowę krzywdzenia. Nie mogę mówić, że szanuję zwierzęta, a następnie wyciągać portfel i płacić za ich eksploatację. Weganizm nie jest więc modą żywieniową, która na podstawie bliżej nieznanej teorii dietetycznej każe wyrzucić z diety nie tylko mięso, ale nabiał i jaja. Nieporozumieniem jest stawianie weganizmu w jednym szeregu z witarianizmem, dietą bezglutenową czy frutarianizmem. Weganizm jest postawą szacunku wobec zwierząt i odmową eksploatacji.


Weganizm jest odmową dyskryminacji ze względu na przynależność gatunkową, podobnie jak feminizm jest odmową dyskryminacji ze względu na przynależność do płci żeńskiej, czy antyrasizm – odmową dyskryminacji ze względu na przynależność do grupy nieposiadającej białego koloru skóry. Weganizm poszerza definicję “Innego” – tego, kogo można skrzywdzić dyskryminacją i prześladowaniem. Zwierzę zdolne do odczuwania bólu i cierpienia jest takim innym, w przeciwieństwie rośliny czy przedmiotu, których skrzywdzić się nie da.  Zamiast w dziale “kulinaria” stawiajmy weganizm w sekcji “sprawiedliwość społeczna”. Książki kucharskie są co najwyżej o diecie roślinnej.

niedziela, 21 lutego 2016

Futro z norek - nie, cyrk ze zwierzętami - tak. O hermetyczności kampanii jednotematycznych

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Kampanie jednotematyczne

Wśród organizacji zajmujących się tematem zwierząt, kampanie jednotematyczne zajmują dość ważne miejsce. Tak zwane single issue campaigns (czyli SICs), to mniej lub bardziej rozbudowane działania, mniej lub bardziej rozciągnięte w czasie, których celem jest najczęściej lokalna zmiana prawa.  Zmiana prawa może dotyczyć zmiany formy wykorzystywania zwierząt (np. większe klatki) albo zakazu danej formy wykorzystywania zwierząt (np. zakaz cyrku ze zwierzętami). 

W Polsce najbardziej znane kampanie tego typu to cyrk bez zwierząt (której celem jest zakaz występów zwierząt w cyrkach w Polsce), Dzień bez futra/antyfutro (której celem jest wprowadzenie krajowego zakazu ferm futrzarskich) czy Zerwijmy łańcuchy (której celem jest zakaz trzymania psów na łańcuchach). Gama działań w ramach kampanii jest szeroka, od informowania, edukowania i przekonywania obywateli i obywatelek, poprzez współpracę z mediami aż do kontaktów z parlamentarzystami mających na celu wprowadzenie nowelizacji Ustawy o ochronie zwierząt, tak aby pojawiła się w niej pożądana zmiana czy zakaz. 

Są też kampanie wychodzące poza granice państwowe.  Na poziomie Unii Europejskiej prowadzono kampanię przeciwko klatkom bateryjnym (której celem była zmiana na nieco większe klatki dla kur znoszących jaja). W wielu krajach, w tym w Polsce, prowadzono kampanię Stop rzezi fok w Kanadzie, której celem było nakłonienie rządu Kanady do wprowadzenia krajowego zakazu polowań na foki.   

Czas
Kampanie są zazwyczaj bardzo rozciągnięte w czasie. Nawet najprostsza wydawałoby się kampania jaką jest cyrk bez zwierząt, trwa od ponad 25 lat. Dopiero teraz wydaje się nabierać rozpędu, kiedy kolejni burmistrzowie, idąc w ślad za prezydentem Słupska Robertem Biedroniem, podpisują rozporządzenia zakazujące wynajmowania terenów gminnych cyrkom ze zwierzętami. Sezon wiosenno-letni pokaże jednak czy  terenów gminnych jest wystarczająco dużo, by zniechęcić cyrki do poszukiwania terenów prywatnych, na których mogłyby stanąć.  Kampania wydawałaby się prosta choćby z dwóch względów: po pierwsze nie trudno jest dowieść, że tresowane zwierzęta zaspokajają raczej trywialne zachcianki niż poważne potrzeby; po drugie z tego biznesu żyje relatywnie bardzo mała grupa ludzi i nie stanowi on ważnej gałęzi gospodarki i silnej grupy nacisku, tak jak branża jajczarska czy futrzarska. A jednak okazuje się, że nawet taki temat nie jest łatwy do przeprowadzenia. Zarządzenia miejskich władz mogą nie wystarczyć  i dopiero wprowadzenie zakazu na terenie całego kraju uniemożliwi prowadzenie tego typu biznesu w Polsce. Czas pokaże, kiedy uda się to zrobić. 

Wracając do tematu wszystkich kampanii ogółem, do czasu upływającego między rozpoczęciem kampanii a przegłosowaniem danej zmiany w Parlamencie należy doliczyć czas na wejście w życie nowego prawa. Dyrektywa unijna zakazująca klatek bateryjnych została przegłosowana w 1999 roku, a nakazywała wejście w życie zakazu w 2012 roku. Natomiast wejście w życie prawa nie musi wcale znaczyć zastosowania się do niego. W styczniu 2012 roku 15 krajów członkowskich, w tym Wielka Brytania i Polska, zgłosiły unijnemu Stałemu Komitetowi ds. Łańcucha Żywnościowego i Zdrowia Zwierząt, że na ich terenie wciąż działali producenci, którzy nie dostosowali się do wymogów dyrektywy. [1] A przecież mieli na to 13 lat.

Ograniczony zakres

Większość kampanii jednotematycznych ma dość ograniczony zakres. Już na samym początku zostaje on w taki sposób określony, a z biegiem czasu zdarza się, że ulega dalszemu ograniczeniu. 

Tresura dzikich zwierząt
Kampania cyrk bez zwierząt dotyczy tylko cyrków, nie innych form tresury zwierząt, np. w tresury psów myśliwskich do atakowania zwierząt leśnych czy tresury delfinów do komercyjnych pokazów w stacjonarnych delfinariach. Z biegiem czasu, część zwolenników cyrku bez zwierząt, daje się przekonać do walki o cyrk bez zwierząt dzikich jako etap na drodze do zakazu cyrku ze zwierzętami w ogóle. Zwolennicy zakazu ferm futrzarskich od samego początku zajmują się fermami, na których hodowane są zwierzęta dzikie – przede wszystkim norki, lisy i jenoty, praktycznie wykluczając z tematu króliki. Z biegiem czasu niektórzy zmieniają kampanię postulując zakaz tylko ferm z lisami i jenotami.

Polowania komercyjne
Kampania przeciwko polowaniom na foki od początku obrała sobie za cel tylko Kanadę (tam zabija się najwięcej fok, ale nie jest to jedyny kraj, gdzie takie polowania mają miejsce). Należy jeszcze zwrócić uwagę, a może należałoby to zrobić na początku, że kampania ta wyróżnia polowanie na foki spośród dziesiątków, jeśli nie setek rodzajów polowań na zwierzęta wielu innych gatunków. Z biegiem czasu w Unii Europejskiej kampania przyjęła inny obrót – ograniczono się do polowań komercyjnych i wprowadzono zakaz importu produktów z takich właśnie polowań.

Klatki 550cm2

Kampania przeciwko klatkom bateryjnym, często mylnie brana za kampanię przeciwko klatkom w ogóle, miała na celu poszerzenie drastycznie małej powierzchni, na której wegetowały kury znoszące jaja niezapłodnione przeznaczone do konsumpcji (w przeciwieństwie do jaj zapłodnionych przeznaczonych do „produkcji” kolejnych kur czy kurczaków). Tu ograniczenie było podobne jak w przypadku fok. Z założenia kampania dotyczyła tylko kur, choć trzymanie w małych klatkach dotyczy też innych rodzajów chowu, choćby królików na mięso i futra czy norek i lisów na futra. 

Wracając do powierzchni, na której wolno było trzymać kury, wynosiła ona 550cm2, czyli okolicę kartki A4. Cykl eksploatacji takiego zwierzęcia trwa 1-2 lat. W tym czasie zwierzę jest przetrzymywane w klatce i nigdy nie wypuszczane. Następnie grupa wycieńczonych ptaków, tzn. tych, które jeszcze nie umarły, zostaje odtransportowana do rzeźni.  Rozpisałam się, ale jest o czym, prawda? Zwolennicy kampanii ostatecznie przystali na zwiększenie tej powierzchni do 750cm2. Podpowiem, że kartka A4 ma 630cm2. Niewielka to była zmiana, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że zwierzęta są zamknięte tam nie przez dzień czy tydzień ale rok lub dwa lata. 

Czasem trzeba zmienić gatunek na bardziej znajomy, by uzmysłowić co znaczy dana sytuacja dla zwierząt gatunku znanego bardzo słabo. Wyobraźmy więc sobie, że radujemy się na wieść, że koty trzymane w małych transporterach przez rok lub dwa dla sierści, z której będą piękne swetry, zostają przeniesione do odrobinę większych transporterów, gdzie mogą wyciągnąć jedną łapę i umyć sobie nią twarz i uszy i pozostaną tam przez rok czy dwa bez wypuszczania a następnie zostaną odwiezione do rzeźni (wyobraźmy sobie też, że są rzeźnie dla kotów). Radością to nas nie napawa, prawda? 

A zmiana klatek 550 na 750cm2 i dołożenie do tego żerdki i gniazda była opisywana samymi superlatywami, jako postęp, zwycięstwo. Mówiono o zakazie klatek bateryjnych, powtarzano to tyle razy, że w końcu uwierzono, że to prawdziwe „victory”, że to znak cywilizowanego świata, który dobrze traktuje zwierzęta. Czyżby? Ale to jeszcze nie koniec zwężającego się zakresu kampanii. Zmiana ta nie dotyczy ferm do 350 zwierząt i ferm, gdzie hoduje się kury matki znoszące zapłodnione jaja, z których wykluwają się pisklęta płci żeńskiej sprzedawane na fermy jajczarskie i pisklęta płci męskiej traktowane jako odpad i zabijane wkrótce po wykluciu. Zmiana ta nie dotyczy także długości przetrzymywania zwierząt na ograniczonej przestrzeni i braku leczenia urazów fizycznych, a także założenia przyjmowanego rutynowo, że część zwierząt po prostu nie dożyje do końca cyklu eksploatacji. 

Etapowanie i hermetyczność

Koszty strategii
Oczywiście wielu zwolenników i zwolenniczek etapowości przyjmuje ją do wiadomości jako strategię umożliwiającą dotarcie do upragnionego końca: zakazu występów jakichkolwiek zwierząt w cyrkach, czy zakazu wszystkich ferm futrzarskich. Faktycznie, łatwiej jest wprowadzić mniejszą zmianę niż większą. Pytanie jakim odbywa się to kosztem. Czy jest to pytanie sugerujące, że każda taka kampania powinna się zwinąć, a jej uczestnicy zająć czymś innym? Nie. Uważam jednak, że pytanie takie trzeba stawiać właśnie ze względu na zwierzęta. 

Rozkładając na etapy, wchodząc w takie a nie inne koalicje, wykorzystując takich a nie innych ekspertów, posyła się w świat określony przekaz. I należy pamiętać, że większość odbiorców to ludzie przyzwyczajeni do eksploatacji niektórych zwierząt i biorący w niej udział (nie w sposób sadystyczny, ale z przyzwyczajenia, wygody, dla przyjemności) jedząc mięso, nabiał, jaja, nosząc skóry, wełnę, czasem nawet futro. Wyłuskanie pojedynczego tematu dla takich odbiorców zawsze będzie sygnałem, że to ten właśnie sposób eksploatacji jest zły lub przynajmniej gorszy niż inne. To będzie założenie domyślne. Mówienie tylko o danej formie eksploatacji podczas danej kampanii i nienawiązywanie do żadnych innych form eksploatacji tylko wzmocni to założenie. A tak często kampanie jednotematyczne wyglądają. Osoby popierające zakaz cyrków ze zwierzętami mogą to robić w kurtkach z kapturem obszytym futrzanym kołnierzem. Osoby popierające zakaz ferm futrzarskich mogą nie mieć problemu z chodzeniem do cyrku ze zwierzętami. Jedni i drudzy zapewne nie mają żadnego problemu z jedzeniem mięsa, nie mówiąc już o jedzeniu jajek, nawet importowanych spoza Unii. 

Zakładnicy
Rozłożenie na etapy czyni argumentację jeszcze bardziej hermetyczną. Już nie rozmawiamy o tresurze zwierząt w cyrku, ale o tym, że tresura dzikich zwierząt jest dla nich udręką. Już nie rozmawiamy o wszystkich polowaniach na foki, tylko o tych komercyjnych. Już nie dyskutujemy o życiu i śmierci na fermie futrzarskiej ale o podobieństwie lisów i jenotów do psów. Zakładnikami tego etapu stają się odpowiednio zwierzęta udomowione wykorzystywane w cyrkach, foki zabijane na użytek własny myśliwych czy wreszcie norki tak niepodobne do psów. Jeśli kampanie jednotematyczne można porównać do zamkniętych szuflad, to etapowanie kampanii jednotematycznych to już szuflady w szufladach.

Ramy interpretacyjne
Szuflandia utrwala się w głowach odbiorców tak prowadzonych kampanii i często zaraża również aktywistów i aktywistki. Wszyscy bowiem jesteśmy podatni na efekt ram interpretacyjnych, czyli sformułowanie zagadnienia, które nam zaserwowano. Hermetyczność kampanii wspiera przekonanie, że poszczególne tematy się nie łączą, utrudnia wyjście poza ramy i dostrzeżenie analogii, połączeń. Można gorąco wspierać kampanię antyfutrzarską i równocześnie jeść jajka od zwierząt dręczonych w bardzo podobny sposób jak lisy czy norki. Można popierać argument, że nie powinniśmy płacić za krzywdę zwierząt dla naszej przyjemności popierając zakaz cyrku ze zwierzętami i równocześnie nosić skórzane buty czy jeść mięso czy nabiał tłumacząc, że bardzo się lubi te produkty i nie wyobraża się sobie bez nich życia. 

Hermetyczność kampanii nie służy zwierzętom. Czy kampanie mogą być niehermetyczne? Czy leży w nich taki potencjał? Jeśli tak, to rzadko jest realizowany.

Przypisy
http://www.theranger.co.uk/news/Director-of-Policy-report-24th-January-2012_21705.html



niedziela, 11 października 2015

Co z tym stresem?

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Jak zarządzać stresem? Dlaczego zarządzać a nie zwalczać stres albo go unikać? Bo aktywizm na rzecz praw zwierząt, podobnie jak aktywizm na rzecz praw człowieka, jest nieodłącznie związany ze stresem. Kto pragnie angażować się w działania przez wiele lat i nie ulec wypaleniu, musi nauczyć się radzić sobie z niepewnością, frustracją, ze świadomością cierpienia i śmierci zwierząt i z obojętnością większości społeczeństwa. Musi równocześnie zapobiegać własnemu zobojętnieniu, które jest kuszącą alternatywą dla sprawiającej ból wrażliwości. Temat radzenia sobie ze stresem przywodzi mi na myśl następujące nazwiska: Stephen Covey, David Burns, Dean Ornish i Daniel Kahneman. Oczywiście to mój subiektywny wybór.



W swojej bestsellerowej książce na temat przywódstwa i rozwoju osobistego pt. "7 nawyków skutecznego działania", Stephen Covey mówi o nawyku proaktywności: koncentrować należy się na swoim polu wpływu, bardziej niż na polu zainteresowań. Pole wpływu to rzeczy, które mogę zrobić ja, pole zainteresowań to rzeczy, które robią inni. „Ludzie proaktywni mają własną pogodę” powiada Covey. Natomiast ludzie reaktywni bardziej zależą od środowiska zewnętrznego i łatwiej ulegają frustracji, gdy nazewnątrz pada deszcz. W rozdziale o nawyku „zaczynaj z wizją końca” Covey nie patyczkuje się z czytelniczką i od razu przechodzi do sedna. Mówiąc o końcu ma na myśli … śmierć i proponuje eksperyment myślowy polegający na wyobrażeniu sobie własnego pogrzebu. Pyta co każda z nas chciałaby usłyszeć w mowach pogrzebowych o sobie i swoim życiu. Innymi słowy pyta co w naszym życiu jest najważniejsze. Paradoksalnie to pytanie zadajemy sobie wyjątkowo rzadko. Zamiast tego wpadamy w wir życia i działania, zajmujemy się stawianiem kolejnych kroków, opracowywaniem metod sprawnego przemieszczania się z punktu A do punktu B. Covey przyrównuje to do pracowitego wchodzenia po szczeblach wysokiej drabiny bez sprawdzenia, czy jest przystawiona do właściwej ściany. No właśnie.

W książce „Najpierw rzeczy najważniejsze” o zarządzaniu czasem, Covey dzieli zadania, które sobie (mniej lub bardziej) planujemy, na cztery poręczne grupy (cztery ćwiartki): 1. Sprawy ważne i pilne, 2. Sprawy ważne i niepilne, 3. Sprawy nieważne i pilne  oraz 4. Sprawy nieważne i niepilne. Bez starannego planowania popadamy często w kołowrót ćwiartki pierwszej polegający na załatwianiu spraw ważnych, które w niewyjaśnionych okolicznościach stały się pilne (gramy rolę strażaka gaszącego pożary), aby następnie, w stanie ogólnego wyczerpania, oddawać się rzeczom niepilnym i nieważnym (np. czytaniu portali plotkarskich) z ćwiartki czwartej. Oprócz pożarów własnych zajmujemy się też często rzeczami pilnymi i nieważnymi, z których większość stanowią priorytety innych ludzi  pragnących wykorzystać nasz brak asertywności. Która ćwiartka leży wiecznie zaniedbywana? Numer dwa: rzeczy ważne lecz niepilne. To najczęsciej rozwój umysłowy, intelektualny i duchowy, dbanie o zdrowie fizyczne i psychiczne, utrzymywanie dobrych relacji z innymi ludźmi. Covey obrazowo nazywa to ostrzeniem piły, a ludzi to zaniedbujących porównuje do drwali, którzy z tępym narzędziem wyruszyli do pracy i dziwią się, że im nie wychodzi. Jak można się łatwo domyślić, zaniedbywanie tego obszaru rodzi frustrację, z którą trudno sobie szybko poradzić.

David Burns jest psychiatrą i psychoterapeutą, który spopularyzował i rozwinął terapię kognitywno-behawioralną szczególnie w leczeniu depresji i fobii. W swojej bestsellerowej książce „Feeling Good”, w części IV „Zapobieganie depresji i rozwój duchowy” spory rozdział poświęcił walce z perfekcjonizmem. Postrzegany jako zaleta, w rzeczywistości perfekcjonizm przyprawia swojego wyznawcę o tonę zmartwień. Burns przypomina, że perfekcjonizm to szkodliwa iluzja, bo tak naprawdę wszystko zawsze da się jeszcze bardziej poprawić. Perfekcjonizm jest według autora jak pięknie rzeźbiony drogowskaz wskazujący kuszącą ścieżkę, za której zakrętem stoi kamienny mur. Próbując go pokonać rozbijamy sobie głowę. Burns rzuca czytelniczkom wyzwanie „Czy potrafisz być przeciętna?” A fuj! – podskoczą niektóre urażone do żywego, przerażone upiorną wizją przeciętności. Ale zanim uciekną w popłochu, radzę przynajmniej przyjrzeć się propozycji tego, bądź co bądź uznanego naukowca i lekarza.

Przeciętność jawi się jako coś nudnego, ale życie pokazuje jak mylne jest to przekonanie. Przeciętność w rozkładzie Gaussa zajmuje tak dużo miejsca, że musi w niej być sporo ciekawych rzeczy. Przeciętność jest jak łąka usiana polnymi kwiatami, albo las świerkowy, albo zwyczajnie falujące morze. Przeciętność dzieje się codziennie, czy tego chcemy czy nie. Przyjęcie wyzwania Davida Burnsa pozwala z większą swobodą podejmować działania i być bardziej kreatywną i wydajną. Perfekcyjność nie istnieje, a nadzwyczajność jest rzadka. Jeśli wydaje nam się inaczej, to prawdopodobnie znalazłyśmy się w szponach megalomańskiej wyobraźni lub w towarzystwie podejrzanych pochlebców. 



O Deanie Ornishu czytałam już dawno temu przy okazji – no właśnie, co to była za okazja? Chyba szukałam informacji zdrowotnych związanych z dietą wegetariańską i zanteresowała mnie kwestia leczenia miażdżycy ze względu na parę spektakularnych przykładów tej choroby w mojej rodzinie. Ornish oparł swój bardzo skuteczny program leczenia i (uwaga!) cofania miażdżycy na paru filarach: dieta zbliżona do roślinnej, ruch, wsparcie bliskich i techniki redukcji stresu. Zainteresowało mnie to aktywne podejście do stresu. Nie była to typowa, kompletnie bezużyteczna porada „proszę unikać stresów”, na którą każdy uśmiecha się pod nosem  lub rozkłada ręce i idzie (stresować się) dalej, ale właśnie konkretne techniki, możliwe do wykonania, tanie lub darmowe, których zastosowanie pomaga relaksować się i jest przeciwwagą do tego, co nieuniknione w życiu. Ornish poleca jogę i medytację, ale z pewnością wachlarz możliwości jest dużo szerszy.

I wreszcie Daniel Kahneman. A co on robi w tym towarzystwie? Ten amerykański psycholog i Laureat Nagrody Nobla z 2002 roku za wkład psychologii do ekonomii, wraz z Amosem Tverskim opracował teorię perspektywy opisującą procesy decyzyjne w warunkach niepewności. Jest też autorem znakomitej książki „Pułapki myślenia. O myśleniu szybkim i wolnym”. Ta książka naprawdę pomaga, jeśli nawet nie uniknąć wszystkich pułapek (co jest oczywiście całkowicie niemożliwe), to przynajmniej zrozumieć skąd biorą się błędy w myśleniu własnym i innych ludzi. To zaś oszczędza sporą dozę frustracji. Na przykład terroryzm poprzez swoją spektakularność i ciągłe pokazywanie w mediach uruchamia tzw. kaskadę dostępności: potrafimy z dużą łatwością przywoływać obrazy i przykłady aktów terrorystycznych. To z kolei sprawia, że przeszacowujemy ich skalę i prawdopodobieństwo wystąpienia, a co za tym idzie, boimy się bardziej niż trzeba. Równocześnie poważniejsze problemy, nie tak spektakularne a więc mniej atrakcyjne dla mediów, pozostają mniej zauważane.

Przy smutnej okazji kolejnego ataku, jakiego dokonał bronią palną amerykański obywatel na innych amerykańskich obywateli, Prezydent Obama poprosił o porównanie liczby śmierci w incydentach z bronią palną w USA z liczbą śmierci obywateli amerykańskich w wyniku aktów terrorystycznych poza terenem USA w latach 2001 do 2013. Pierwsza liczba to 406,496 osób, druga - 350. Mimo że statystyki nieubłaganie pokazują, że większym problemem jest broń palna w domach zwykłych obywateli, poziom sprzeciwu wobec jej posiadania jest nieporównywalnie niższy od poziomu lęku wobec terroryzmu. Ja dodam jeszcze liczbę śmierci do których dochodzi rocznie w USA w związku z czynnym i biernym paleniem papierosów: 480,000. I czym – spośród tych trzech problemów - rząd USA powinien zajmować się najwięcej?

Bardzo nagłaśniane przypadki znęcania się nad zwierzętami wyzwalają podobny mechanizm (kaskady dostępności) niezależnie od tego jak często faktycznie występują. Im bardziej spektakularna forma eksploatowania zwierząt, tym więcej media będą o niej mówić pozostawiając w cieniu formy równie szkodliwe lecz niespektakularne. Wystarczy porównać ilość byków zabijanych rocznie w Hiszpanii podczas korridy (24 tys. w 2009 r) z liczbą byków, krów i cieląt, które zabija produkcja mięsa i mleka w tym kraju (6,0824 mln). Tu też można zapytać czym aktywistki powinny zajmować się najwięcej?

Kahneman wymienia i opisuje sporo błędów wynikających z naszego szybkiego myślenia. Książka ma jednak nie tylko wartość poznawczą, bo autor mówi też jak radzić sobie z niektórymi pułapkami, oszczędzając przy tym czas, często też pieniądze i nerwy.

Autorzy, których wymieniłam oczywiście w żaden sposób nie wyczerpują tematu radzenia sobie ze stresem. Są jednak dla mnie źródłem nieustającej inspiracji.  

Przypisy