Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ubój. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ubój. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 kwietnia 2018

Dlaczego nie poprę już kampanii przeciwko ubojowi rytualnemu

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl
 Sytuacja polityczna rzeczywiście jest zła, bo zakaz uboju rytualnego zostanie połączony z antysemityzmem, a nie o to obrońcom zwierząt chodzi. Chodzi tylko i wyłącznie o zapobieganie cierpieniu zwierząt. Większość uboju rytualnego w Polsce przeprowadzana jest na eksport. Idealnie by było, gdyby Izrael sam zakończył kupowanie mięsa z uboju koszernego z Polski.
Tak napisano na jednym z profili eko/zwierzęcym udostępniając wpis Adama Szostkiewicza z Tygodnika Polityka na temat planowanego przez partię rządzącą PIS zakazu uboju rytualnego. Szostkiewicz podjął ten temat w kontekście nowelizacji Ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej, która w międzynarodowym odbiorze została zinterpretowana jako groźba karania kogokolwiek, kto napisze, że Polacy lub Państwo Polskie mogli mieć jakiś udział w krzywdzeniu Żydów. 

Nie wiem, kiedy powstał facebookowy profil, na którym napisano powyższe słowa, ale osoba go animująca pisze tak, jakby urodziła się wczoraj. O łączeniu sprzeciwu wobec uboju rytualnego z antysemityzmem nie należy mówić jak o ewentualności, która może się zdarzyć w wyjątkowych okolicznościach. Te dwie rzeczy w Polsce zawsze szły w parze, a antysemityzm nigdy się w Polsce nie skończył, choć od ostatniego systemowego wybuchu antysemityzmu minęło 50 lat. Antysemityzm nie pozostawał też wyłącznie na poziomie złego słowa. Za złymi słowami szły także i czyny, na przykład pogromy (choć każdy przyzwoity człowiek chciałby, żeby Jedwabne nigdy się nie wydarzyło, to – jak się okazuje – „Jedwabnych” było wiele). Jeśli więc znajdzie się temat, którym można negatywnie Żydów wyróżnić, to na antysemickie hasła długo nie trzeba będzie czekać.

Działania przeciwko ubojowi rytualnemu nieodmiennie przyciągają i mobilizują antysemitów, podsycają antysemityzm, ujawniają nieuświadomiony antysemityzm (dobrzy my kontra źli oni) lub są antysemickie aluzyjnie (odniesienia do zarabiania pieniędzy), dosłownie lub nawet arogancko i nienawistnie. Nie jest to więc kwestia złej sytuacji politycznej, jak sugeruje eko/prozwierzęcy profil na Facebooku. Nie jest to wyjątek, który zdarza się w określonych okolicznościach. Powiązanie tych dwóch kwestii w Polsce to nieunikniona reguła. 

1. Jak przejawia się antysemityzm?
Antysemityzm w Polsce ma wiele odsłon. Pogarda, nienawiść, przemoc werbalna i fizyczna, przekonanie o wyższości Polaków nad Żydami, a więc różne formy dyskryminacji, pojawiają się zarówno na poziomie jednostkowym, jak i organizacyjnym, a nawet w polityce Państwa. Piszę w czasie teraźniejszym, bo choć Żydów dziś w Polsce niewielu to końca antysemityzmu nie widać.

W różnych czasach przyjmował i przyjmuje różne formy. W latach 30 XX wieku było to na przykład getto ławkowe - pod wpływem organizacji takich jak Młodzież Wszechpolska czy ONR rektorzy szeregu polskich wyższych uczelni wyznaczali w salach wykładowych ławki, w których musieli siedzieć studenci żydowskiego pochodzenia. W 1937 roku getto ławkowe doczekało się zgody polskiego Ministra wyznań religijnych i oświecenia publicznego! 

Filozof i etyk Mirosław Tryczyk w swojej książce „Miasta śmierci” opisuje 15 miejscowości na Podlasiu, gdzie w  latach 1941-43 Polacy dokonali pogromów na swoich żydowskich sąsiadach. Autor w wywiadzie dla Gazety Wyborczej przyznał, że przygotowując się do napisania książki w archiwach, IPN i czytelniach znalazł 128 takich miejsc.

Pisarz Mikołaj Grynberg w świeżo wydanej książce „Księga Wyjścia”, rozmawia z wieloma polskimi Żydami o antysemickiej nagonce 1968 roku i wygnaniu z kraju parunastu tysięcy obywateli i obywatelek polskich tylko dlatego, że byli Żydami. Ludzie ci, głównie pokolenie urodzone podczas II Wojny Światowej lub niedługo po niej, doświadczali antysemityzmu ze strony Polaków. Żydowskie dzieci były wyzywane lub bite przez rówieśników, obraźliwe napisy pojawiały się na murach domów, gdzie mieszkali Żydzi, a wraz z rządową nagonką 1968 roku antysemityzm uniemożliwiał dostanie się na studia, powodował utratę pracy, ostracyzm społeczny. Najwyraźniej trauma ocalonych z Holokaustu, których rodziny zostały zdziesiątkowane przez nazistowskie Niemcy, nie zdołała wzbudzić w wielu Polakach współczucia lub choćby zwykłej przyzwoitości. Różnie potoczyły się losy wypędzonych i pozbawionych obywatelstwa. Jednym życie ułożyło się lepiej, innym gorzej. Dla wielu była to dotkliwie odczuwana krzywda i niesprawiedliwość, pozbawienie domu, skazanie na wiele lat poszukiwania nowego miejsca, gdzie mogliby poczuć się znowu „u siebie”. 

Bycie Żydem jest wciąż w podtekście rozumiane jako coś złego, czego ludzie mają się wstydzić. Stąd „wytykanie” osobom publicznym żydowskiego pochodzenia, tak jakby miało to oznaczać skazę, która ujawniona rzuci cień na człowieka i inni zobaczą, że nie jest on tak „w porządku” jak wcześniej się wydawało. Zapomina się przy tym, że wielu Żydów zmieniało nazwiska nie dlatego, że mieli coś do zarzucenia swojemu pochodzeniu, ale z lęku przed prześladowaniem i dyskryminacją. I nie były to lęki urojone. Wielu rozmówców Mikołaja Grynberga wspomina z jaką niechęcią i agresją spotykali się w polskiej szkole, gdy tylko głośno wymówili żydowskie imiona swoich rodziców.

Dziś Młodzież Wszechpolska i ONR mają się nad wyraz dobrze. 11 listopada 2017 roku, odbył się kolejny Marsz Niepodległości, którego organizatorem od 2011 roku jest Stowarzyszenie Marsz Niepodległości skupiające członków Młodzież Wszechpolska i Obozu Narodowo-Radykalnego. Jednym z powtarzających się symboli był krzyż celtycki wykorzystywany przez rasistów i neofaszystów jako symbol rzekomej wyższości białej rasy. Krzyż ten pojawił się nie tylko na flagach niesionych przez poszczególnych uczestników marszu. Znak łączący krzyż celtycki z orłem miała na czapkach straż marszu! Niesiono duże transparenty z rasistowskimi napisami np. Europa będzie biała albo bezludna". Organizatorzy zaprosili na marsz przedstawicieli jawnie neofaszystowskich organizacji z innych krajów. Art. 256 Kodeksu karnego penalizuje nawoływanie do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych czy ze względu na bezwyznaniowość. Niemniej, Telewizja Polska w przyjaznym tonie emitowała transmisję z marszu, a policja nie zareagowała ani na rasistowskie symbole, ani na hasła.  

Według ostatniej nowelizacji  Ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej: „Kto publicznie i wbrew faktom przypisuje Narodowi Polskiemu lub Państwu Polskiemu odpowiedzialność lub współodpowiedzialność za popełnione przez III Rzeszę Niemiecką zbrodnie nazistowskie (…) lub za inne przestępstwa stanowiące zbrodnie przeciwko pokojowi, ludzkości lub zbrodnie wojenne lub w inny sposób rażąco pomniejsza odpowiedzialność rzeczywistych sprawców tych zbrodni, podlega karze grzywny lub karze pozbawienia wolności do lat 3. Jak komentuje Adam Leszczyński z oko.press, choć działalność naukowa i artystyczna nie jest przestępstwem w rozumieniu tej ustawy, "to prokurator będzie decydował co jest nauką, a co publicystyką. Za tą drugą można pójść na 3 lata do więzienia. Badacze Holokaustu jednoznacznie uznają, że ustawa ta będzie miała efekt mrożący” – czyli zniechęcający do prowadzenia badań na temat zachowań Polaków wobec żydowskich sąsiadów podczas II Wojny Światowej.

2. Jak przejawia się antysemityzm w kampanii przeciwko ubojowi rytualnemu?
Podczas konferencji prasowych, które odbyły się pod koniec 2012 i na początku 2013 roku pod egidą opozycyjnego Ruchu Palikota, usłyszeliśmy narrację, w której dokonano podziału na „bestialskie”, „niehumanitarne” zabijanie - ubój rytualny i (domyślnie) „ludzkie”, „humanitarne” zabijanie – każdy inny ubój stosowany w Polsce. Malarka i pisarka Hanna Bakuła, która chyba ze względu na dosadność używanego języka wzięła udział w tej konferencji stwierdziła, że to wstyd, że w Polsce dzieją się takie rzeczy, bo jesteśmy „krajem w środku Europy”, a nie „prymitywnym ludem”. Podsumowując konferencję Robert Biedroń powiedział, że w badaniach opinii publicznej Polacy są w zdecydowanej większości przeciwni ubojowi rytualnemu, w Europie Polacy opiekują się największą ilością zwierząt. Dodał też: „my mamy naprawdę olbrzymie serce jeżeli chodzi o zwierzęta, dlatego – zaapelował – zróbmy wszystko, aby ograniczyć ten niemoralny, bestialski, niehumanitarny proceder, który odbywa się na naszych oczach w Polsce.” W kampanii przewijało się odmieniane przez wszystkie przypadki słowo „cywilizowany”, którym określano standardowy ubój nierytualny. 

Ci źli oni kontra ci dobrzy my
Żeby zobaczyć co się tu tak naprawdę dzieje, trzeba przez chwilę odwrócić uwagę od brutalnych zdjęć i filmów, którymi epatuje ta kampania. Zamiast tego, trzeba skupić się na faktycznych implikacjach narracji jaką nam się proponuje. Otóż wyłania się z niej świat pęknięty na dwie części – sugeruje się nam, że po jednej stronie mamy niehumanitarne traktowanie zwierząt, które jest wręcz bestialstwem i może być uprawiane tylko przez niecywilizowane „prymitywne ludy”, zaś po drugiej stronie mamy humanitarne, ludzkie traktowanie zwierząt przez cywilizowany, kochający zwierzęta naród. Tak się składa, że zgodnie z narracją tej kampanii ci pierwsi to Żydzi i ewentualnie mała grupa chciwych Polaków, ci drudzy to po prostu Polacy, którzy - umówmy się, że w tej opowieści – raczej Żydami równocześnie być nie mogą. Trudno nie odnieść wrażenia, że sugeruje się nam, że jedni są źli, a drudzy dobrzy, jedni krwiożerczy, a drudzy gołębiego serca. Tak właśnie tworzy się stereotypową, dyskryminującą narrację. Tak, między innymi, wygląda antysemityzm.

Ubój rytualny, nierytualny ubój bez ogłuszenia, ubój prawdopodobnie z ogłuszeniem, choć niekoniecznie
Dlaczego ta spolaryzowana narracja jest całkowicie nieprawdziwa? Nie dlatego, że ubój rytualny jest czymś dobrym, ale dlatego, że po drugiej stronie lustra nie czeka na zwierzęta nic dobrego. Czy każdy inny niż rytualny ubój w Polsce musi być z ogłuszeniem? Nie. W uboju domowym nie ma nakazu ogłuszania zwierząt niekopytnych, takich jak ptaki, króliki, czy ryby. Czy ubój, w którym prawo wymaga ogłuszenia, zawsze odbywa się z ogłuszeniem? Śmiem wątpić. Dlaczego? Po pierwsze, ubój to zjawisko masowe. Dotyczy ponad 800 milionów zwierząt lądowych rocznie, które niekoniecznie spokojnym i zrównoważonym krokiem podstawiają głowę do ogłuszenia. Odbywa się z użyciem ogromnej ilości sprzętu, z którego jakością, działaniem i naprawianiem bywa różnie. Po drugie, bierze w nim udział duża grupa ludzi, od których praca ta wymaga przemocy i braku wrażliwości – jak w związku z tym mieliby wykonywać ubój ostrożnie i z wyczuciem? Myślę, że rozsądnie jest domniemywać, że nierzadko zwierzęta dodatkowo padają ofiarą ich frustracji i agresji. 

Kim są dla nas zwierzęta, których dotyczy/dotyka ubój?
Każdy wie jak wygląda życie psów w schroniskach – a pies rzekomo jest uznawany w Polsce za przyjaciela człowieka. Z różnych względów, w tym także systemowych, finansowych czy traktowania schroniska jako kolejnego biznesu, dochodzi w schroniskach do zaniedbań, a nawet do okrucieństwa. Jaką pozycję, w przeciwieństwie do psów, mają w Polsce krowy, świnie czy kury? W zasadzie są traktowane jak wciąż żywe mięso czekające na ubój i konsumpcję. Jest nawet na to branżowe słowo – żywiec rzeźny. Skąd więc pomysł, że skoro nawet przyjaciele człowieka mają smutne życie w schroniskach to nagle rzeźnie mają okazać się dla krów, świń i kur oazą humanitaryzmu za sprawą nakazu ogłuszenia ich przed zabiciem? 

Gdzie odbywa się ubój?
Co więcej, ubój odbywa się w zamkniętych ubojniach, nie na otwartych placach. Nawet jeśli ubój jest powszechnie dostępny kochającym zwierzęta Polakom, jak ma to miejsce w sklepach przed katolickimi (oops) Świętami Bożego Narodzenia, to większość z osób odwiedzających markety miała niejedną okazję zobaczyć jak to wygląda. Niezorientowanym podpowiem, że odbywa się z naruszeniem prawnie wymaganych standardów dotyczących przetrzymywania i sprzedaży karpi, skutkując ogromnym cierpieniem milionów zwierząt. I co? I pstro. Mimo tego, że dzieje się praktycznie na oczach wszystkich, proceder trwa w najlepsze i jakiekolwiek ewentualnie wymierzone kary nawet nie musną ogromnych zysków uzyskiwanych z takiej sprzedaży, która „oszczędnościowe” sposoby przetrzymywania ryb łączy z postawą „nasz klient, nasz pan” – jak chce żywego karpia w reklamówce to go dostanie (i zabije dokładnie tak jak będzie miał na to ochotę już w domu). 

Co przed ubojem?
Ja tu tylko o uboju, a przecież trzeba się cofnąć w etapach produkcji i zobaczyć transport z ferm do rzeźni, a wcześniej życie zwierząt na fermach, wszystkie praktyki zwiększające wydajność kosztem cierpienia zwierząt, które realizuje się wobec krów „mlecznych’, kur „niosek”, „tuczników”, „brojlerów”, itp. 

Utknęliśmy na pytaniu "JAK krzywdzić zwierzęta?"
Ja tu o produkcji jaj, mleka i mięsa, jakby to były niezbędne produkty i jakbyśmy byli postawieni wyłącznie przed wyborem JAK zrobić krzywdę zwierzętom, żebyśmy mogli przetrwać, a tu przecież od wielu lat wiadomo, że można żyć zdrowo na diecie roślinnej. Nie potrzebujemy tego całego zaplecza cierpienia i rzeźni, żeby zaspokajać nasze zapotrzebowanie na składniki odżywcze, jeść to czego nam potrzeba i robić z tego naprawdę fajną, sycącą i smaczną kuchnię. 

Humanitaryzm – czyli jak robić krzywdę bez wyrzutów sumienia
O jakim humanitaryzmie mówią więc ci, którzy uczepili się ogłuszenia jako dowodu na humanitaryzm? O jakim humanitarnym traktowaniu można mówić w momencie, gdy robi się zwierzęciu niezasłużoną i niepotrzebną krzywdę? O jakim humanitaryzmie można mówić w sytuacji, gdy wspiera się system, który powołuje na świat kolejne i kolejne miliony zwierząt tylko po to, żeby je wykorzystać dla mleka i jaj a następnie zabić lub, żeby je utuczyć i zabić na mięso, podczas gdy mleko, jaja i mięso to produkty zbędne? O jakim osiągnięciu cywilizacyjnym można mówić, gdy z taką łatwością i nonszalancją uspokajamy własne sumienie w obliczu krzywdy i przemocy jaką zadajemy na tak olbrzymią skalę?

Narracja stwarzająca sztuczny podział na „humanitarny” ubój z ogłuszeniem i „bestialski” ubój rytualny jest co najmniej dowodem na ignorancję, jeśli nie na głębokie zakłamanie. To, że jest tak głęboko nieprawdziwa, czyni ją jeszcze bardziej antysemicką. 

Religia i pieniądze, czyli stereotyp Żyda
Dodatkowo, w trakcie kampanii sformułowano dwa wzajemnie nawiązujące do siebie zarzuty. Po pierwsze, za oburzające uznano, że religia ma być ważniejsza od dobra zwierząt. Po drugie, powtarzano wielokrotnie, że w ubój rytualny to tak naprawdę dobry biznes. Religia, którą tutaj miano na myśli, to przede wszystkim judaizm, choć teoretycznie dotyczy to także islamu. Zarzuty religia + pieniądze nawiązują do siebie dlatego, że w polski stereotyp Żyda mocno wpisany jest judaizm (najlepiej ortodoksyjny), chciwość i koncentracja na zarabianiu pieniędzy. Choć popyt na mięso z uboju rytualnego wychodzi od praktykujących Żydów i muzułmanów, a podaż ma być zapewniana od polskich (czytaj nieżydowskich) przedsiębiorców, to wydaje mi się, że dorzucenie do dyskusji tematu pieniędzy, chciwości i pazerności na pieniądze musi być związane z podsycaniem stereotypu, być może na takiej zasadzie, że ściśle współpracujący z Żydami polscy przedsiębiorcy sami nabierają podobnych do stereotypu Żyda cech. 

Dlaczego tak myślę? Z prostego powodu – KAŻDA produkcja jakiegokolwiek produktu odzwierzęcego – mięsa, mleka, jaj, skóry, wełny czy futra – to dla producentów biznes i zarabianie pieniędzy. Nie robią tego dla przyjemności, chwały ani z powołania. Dlaczego więc nagle w przypadku uboju rytualnego formułuje się i często powtarza zarzut o chęć zarabiania pieniędzy? Ponadto, KAŻDA religia monoteistyczna, nie tylko judaizm i islam ale i chrześcijaństwo, w swoim głównym nurcie podtrzymuje hierarchię, w której człowiek ma prawo eksploatować zwierzęta niezależnie od tego, czy jest to konieczność czy po prostu ludzka wola. Dlatego dla każdej z tych religii nieistotne są dowody naukowe potwierdzające możliwość zaspokajania ludzkich potrzeb (w szczególności jedzenia) za pomocą produktów wyłącznie roślinnych. Stowarzyszenia dietetyków mogą sobie wydawać stanowiska popierające dietę roślinną, a papież, księża, rabini i imamowie nie muszą się tym w ogóle interesować. Co więcej, każda religia wytwarza swoje rytuały lub przetwarza na swoje potrzeby już istniejące tradycje, np. tradycyjne dania z produktów odzwierzęcych. W okolicy ważnych dla danej religii świąt pojawia się wzmożony popyt a to na jajka, a to na karpie, a to na jagnięcinę (podaję przykłady z bardziej znanego mi, katolickiego, kręgu kulturowego), a co za tym idzie, wzmaga się intensywność podaży, za którą stoi cierpienie zwierząt i pozbawianie ich życia (tak, kury nioski też trafiają do rzeźni). Nie ma więc szczególnego związku między judaizmem a cierpieniem zwierząt czy okrucieństwem wobec nich. Dlaczego więc nagle w przypadku uboju rytualnego formułuje się zarzut, że religia staje się ważniejsza od dobra zwierząt? 



 3. „Obrońcy zwierząt” skupiający się wokół tematu uboju rytualnego to różnorodna grupa, nie tylko pod względem stosunku do Żydów, ale też stosunku do zwierząt:
  • Niektórzy aktywiści twierdzą, że są przeciwni cierpieniu zwierząt i proponują równocześnie rozwiązanie polegające na tym, że Izrael zrezygnuje z kupowania mięsa z uboju rytualnego z Polski. Czy zapobiegnie się cierpieniu jeśli Izrael zacznie kupować takie mięso z innego kraju?
  • Są aktywiści, którzy deklarują sprzeciw wobec uboju rytualnego ze względu na niepotrzebne cierpienie zwierząt, a równocześnie w swojej działalności nigdy nie sprzeciwiali się „zwykłej” (nierytualnej) eksploatacji zwierząt na mięso, mleko czy jaja. Przecież powinni wiedzieć, że takie produkty nie są ludziom potrzebne do życia i zdrowia, więc całe cierpienie związane z ich produkcją też jest niepotrzebne.
  • Są i tacy aktywiści, którzy próbują udowodnić, że ubój rytualny to taka forma zadawania cierpienia zwierzętom, która nie jest godna „cywilizowanego” kraju (cokolwiek to znaczy). Ciekawa jestem jakie kryteria cywilizacji stosują? Najwyraźniej dość arbitralne. Dlaczego na miano cywilizowanej eksploatacji miałyby zasługiwać takie praktyki jak głodzenie zwierząt, by wymusić kolejny cykl eksploatacji („przepierzanie” u kur w produkcji jaj), trzymanie w bezruchu przez całe tygodnie zwierząt po to, by były de facto żywymi maszynami do odkarmiania młodych (kojce porodowe w produkcji wieprzowiny), itp. – to tylko pierwsze z brzegu przykłady? Dlaczego lubimy mówić, że miarą cywilizacji jest sposób w jaki traktujemy zwierzęta, po czym traktujemy zwierzęta jak rzeczy lub maszyny?
  • Są też „pragmatyczni” aktywiści, którzy z jednej strony są weganami, a z drugiej strony postanawiają brać udział w takich kampaniach i zostawiać swój weganizm „w domu”, spychając go do roli prywatnej preferencji, w celu załatwienia bieżącej sprawy. Zastanawiam się czasem dokąd dojdziemy, jeśli weganizm będzie regularnie spychany do takiej właśnie roli, zamiast stawać się kwestią równie publiczną co feminizm czy sprzeciw wobec rasizmowi i inne działania na rzecz praw człowieka.

 4. Dlaczego antysemityzm jest nieuchronnie związany z kampanią przeciwko ubojowi rytualnemu w Polsce?
Po pierwsze, tak jak pisałam wcześniej, antysemityzm nigdy w Polsce nie umarł. Dlatego jeśli znajdzie się negatywny temat, który dotyczy stricte Żydów, szybko znajdą się ludzie, dla których będzie to doskonały pretekst, żeby wyrazić swój antysemityzm. Ci sami ludzie nie ruszyliby palcem, gdyby ten temat Żydów nie dotyczył, lub sprzeciwialiby się mu bez wyrażania ksenofobii. Tak jest choćby w przypadku kampanii przeciwko produkcji stłuszczonych wątrób kaczych i gęsich. Francuska specjalność, która jeśli znajduje krytyków, to nie wzbudza równocześnie frankofobii.

Po drugie, kampania przeciwko ubojowi rytualnemu jest kampanią, która rozgrywa się według schematu dla kampanii jednotematycznej opisanego przez amerykańskiego prawnika i filozofa Gary’ego Francione’a, autora abolicjonistycznego podejścia do praw zwierząt. Francione w działaniach prozwierzęcych wyróżnia tzw. kampanie jednotematyczne, których celem jest załatwienie jednej sprawy: zmiana prawa zakazująca jakiejś praktyki stosowanej w eksploatacji zwierząt np. przycinania dziobów świeżo wyklutym kurkom w produkcji jaj, wyrywania kłów bez znieczulenia prosiętom w produkcji wieprzowiny, itp. lub zmiana prawa, która w praktyce ma doprowadzić do lokalnego zlikwidowania jakiejś branży, np. ferm futrzarskich czy cyrków ze zwierzętami. Kampania przeciwko ubojowi rytualnemu jest jedną z takich kampanii jednotematycznych – chodzi tu zakaz praktyki polegającej na uboju bez ogłuszania. 

Francione, propagujący prawa zwierząt i weganizm jest przeciwny kampaniom jednotematycznym (między innymi) właśnie dlatego, że praktycznie zawsze odbywają się według schematu, który wyróżnia wybrany do kampanii temat jednocześnie spychając w niebyt inne tematy, lub wręcz sugerując, że praktyka będąca przedmiotem kampanii to samo zło, podczas gdy inne praktyki (krzywdzenia) wobec zwierząt są w porządku. Jak to się dzieje? Francione wyjaśnia, że dzieje się to za sprawą praktycznej organizacji kampanii, która dla rozkręcenia się i działania potrzebuje zawiązania się koalicji osób i podmiotów. 

Jak wskazałam już wyżej, osoby, a więc także i podmioty, tworzące koalicję działającą na rzecz zakazu uboju rytualnego to grupa o bardzo różnych poglądach na temat zwierząt i ich eksploatacji. W żadnym wypadku nie charakteryzuje ich wspólny sprzeciw przeciwko eksploatacji zwierząt jako takiej. Przeciwnie, szereg osób eksploatację zwierząt akceptuje ją i z niej korzysta jedząc mięso, nabiał i jaja, nosząc skórę, wełnę czy (rzadziej) futra, a nawet czasem na niej zarabia (głośna przeciwniczka uboju rytualnego ma restaurację, w której sprzedaje dania z mięsa, nabiału i jaj). 

Koalicja polega jednak na tym, że musi działać razem. Skoro podejście do zwierząt i ich eksploatacji jest wśród koalicjantów tak różne, to ostatecznie wspólny mianownik jest najmniejszy z możliwych – jest nim temat kampanii. Wszyscy razem są przeciwni tylko jednej praktyce – ubojowi rytualnemu. Koalicjanci akceptujący inne formy eksploatacji nie tylko nie doznają żadnej krytyki ze strony stanowiących część koalicji pragmatycznych wegan, którzy schowali swój weganizm do kieszeni. Koalicjanci akceptujący inne niż ubój rytualny praktyki eksploatacji zwierząt włączają je w retorykę kampanii. Przeciwstawiają je ubojowi rytualnemu. Dlatego słyszymy, że ubój rytualny jest „bestialski”, a ubój z ogłuszeniem jest „humanitarny”, znaczy w porządku. Dlatego nie usłyszymy żadnej krytyki uboju z ogłuszeniem. Dlatego nie dowiemy się, że generalnie z eksploatacją zwierząt jest coś nie tak. Po prostu nie możemy tego usłyszeć od takiej koalicji.



Weganie, którzy z jakichś względów postanawiają dołączyć do kampanii nie chowając weganizmu do kieszeni, lecz mówiąc, że ubój rytualny jest tylko jedną ze złych rzeczy, które dzieją się, gdy jest zgoda na eksploatację zwierząt, stanowią nieistotny dla tej kampanii margines. Nie mogą stać się istotnym głosem, bo zagroziliby koalicji obrażając koalicjantów.

Zgadzam się z diagnozą Francione’a. Zbyt wiele lat działam w temacie praw zwierząt, zbyt wiele widziałam, by nie zgadzać się z jego konkluzjami. Byłam częścią tego marginesu, który próbował nadać inny ton działaniom paru kampanii jednotematycznych, w niewielkim zakresie również w temacie uboju rytualnego. 

Wiem, że sam fakt uczestnictwa w kampanii przeciwko ubojowi rytualnemu nie jest równoznaczny z byciem antysemitą. Niemniej, znając polskie realia, raz za razem wychodzący na światło dzienne antysemityzm i dynamikę kampanii jednotematycznych opisywaną przez Gary’ego Francione’a, nie mam już dziś żadnych złudzeń, że taka kampania, nie dość że nie służy zwierzętom, to przyciąga, podsyca, a nawet generuje antysemityzm. Dlatego odradzam branie w niej udziału.

----------------
Czytaj dalej:
  • Wywiad z Mirosławem Tryczykiem na temat książki „Miasta śmierci” (LINK)
  • O nowelizacji Ustawy o IPN (LINK)
  • O hasłach i symbolach na Marszu Niepodległości (LINK)
  • Konferencje prasowe w Sejmie (LINK, LINK)
  • Stanowisko Academy of Nutrition and Dietetics (dawniej American Dietetic Association) na temat diet wegetariańskich (w tym diety wegańskiej) (LINK)
  • List otwarty przeciwko planowanej na 14 kwietnia 2018 roku V Pielgrzymce Środowisk Narodowych na Jasną Górę, organizowanej przez Młodzież Wszechpolską, Obóz Narodowo-Radykalny i Ruch Narodowy (LINK)




sobota, 6 stycznia 2018

Jak skutecznie nie przejść na weganizm? Poradnik - część 2

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

W dzisiejszych niespokojnych czasach, gdzie za każdym rogiem może czaić się człowiek, który bezpardonowo wręczy nam prowegańską ulotkę, potrzeba przewodnika, swoistego kursu werbalnej samoobrony staje się coraz bardziej paląca. W tym poście przedstawiam drugą część wytycznych, które stanowią skromny wkład do literatury samopomocowej w tym zakresie. 

Wytyczna 3 Uszczelnić szufladę z empatią

Empatia to bardzo przydatna i potrzebna zdolność nabyta w toku ewolucji. Wbrew oskarżeniom wegan, empatię posiadają wszyscy (za wyjątkiem osób z zaburzeniami osobowości) i używają jej z powodzeniem w kontaktach międzyludzkich. W końcu zdolność wczuwania się w czyjąś sytuację sprawia, że jesteśmy bardziej skłonni do pomocy, a taka sama zdolność u innych pozwala nam mieć nadzieję, że w razie potrzeby sami taką pomoc otrzymamy. Jest empatia emocjonalna (możemy podobnie odczuwać) i empatia poznawcza (umiemy wyobrazić sobie siebie w sytuacji drugiej osoby). Empatia pomaga zrozumieć czym jest czyjaś krzywda i cierpienie. 

Najbardziej oburza zadawanie krzywdy słabszym, szczególnie dzieciom, ale i zwierzętom. Tak jak była już mowa w wytycznej nr 2, nie ma w społeczeństwie zgody na okrucieństwo wobec zwierząt: jest Ustawa o ochronie zwierząt, są kary za okrucieństwo wobec zwierząt, zaś nasza opinia publiczna patrząc na to, co Azjaci robią z psami, często i dobitnie wyraża kategoryczne wnioski na temat jakości ichniejszej kultury.

Niestety i w tym obszarze trzeba zmagać się z oskarżeniami wegan, którzy kwestionują jakość niewegańskiej empatii, a czasem wręcz sugerują, że nieweganie empatii w ogóle nie posiadają. Zachowują się tak, jakby nie rozumieli, że kurczak to kurczak, wołowina to wołowina, a pies to przyjaciel człowieka. Dlaczego empatia miałaby być rozpatrywana w takich samych kategoriach w stosunku do kurczaka i krowy jak wobec kota i psa? Przecież te pierwsze to zwierzęta gospodarskie, a te drugie to zwierzęta domowe. Zaświadczają o tym miliony kurzych piersi w kanapkach, wołowych steków na patelniach, jajek w ciastach i mleka w kartonach oraz miliony kotów na kolanach i psów na kanapach. Empatię wobec zwierząt gospodarskich powinny po prostu załatwiać przepisy regulujące postępowanie z tymi zwierzętami. 

Ale sprawa się tak łatwo nie kończy, bo jak zatrute strzały z łuków lecą w kierunku niewegan analogie między postępowaniem Azjatów wobec psów, a postępowaniem Polaków, czy szerzej Europejczyków, wobec świń. Że niby tam psy są zwierzętami gospodarskimi i jeśli europejscy nieweganie uważają, że etykieta „zwierzę gospodarskie” załatwia sprawę europejskich świń, to europejskie oburzenie na azjatycki stek z psa jest nieuzasadnione. Jeśli  zaś to oburzenie jest uzasadnione, to znaczy, że sama etykieta nie wystarcza i regionalnym podziałem na „te do zjadania” i „te do kochania”, sprawy empatii tak łatwo załatwić się nie da. Jakaś konsekwencja powinna obowiązywać. Powinniśmy zatem (1) albo przeciągnąć empatię na stronę braku empatii wobec wszystkich zwierząt (wszystkie zwierzęta mogą skończyć jako gospodarskie) lub odwrotnie, (2) poszerzyć zasięg naszej empatii na wszystkie zwierzęta zdolne do cierpienia i chcące żyć (skoro pies to i świnia).

Do tego wszystkiego, weganie spieszą dodać, że nie można usprawiedliwić tej niekonsekwentnej empatii potrzebą jedzenia produktów odzwierzęcych. Owszem, wycofanie empatii może być niezbędne, gdy nie mamy innego wyjścia. W historii naszego gatunku tak nieraz bywało i bywa, że nie ma wyjścia i trzeba zabić, żeby przeżyć. No właśnie, Eskimosi i nie tylko. Niestety weganie kontratakują, jak rycerze Jedi, twierdząc, że Eskimosi to jedno, a Polska to jednak nie Biegun Północny i potrzeba produktów odzwierzęcych nie występuje, bo dostępne są produkty roślinne i witamina B12 w aptece, które swobodnie dostarczą nam odpowiednich składników odżywczych. Ręce opadają.

Ciężka jest ta przeprawa z weganami i ich argumentami, dlatego lepiej nie wchodzić z nimi w dyskusję i uszczelnić niewegańską szufladę z empatią. Refleksja nad zwierzętami typu kurczak, krowa czy świnia wychodząca poza nasze standardowe podejście i kulinarne skojarzenia, może się źle skończyć dla niewegańskiego status quo. Trzeba się mieć na baczności.



Wytyczna ostatnia, nr 4

Jest zapewne jeszcze wiele możliwych do napisania wytycznych. Niewątpliwie specjaliści będą je sukcesywnie opracowywać i wzbogacać zasób literatury samopomocowej. Jest jednak jedna wytyczna, która działa jak uniwersalny klucz do wszystkich drzwi. Brzmi ona: zwalić winę na wegan. 

Genialny w swej prostocie przepis sprawdzi się zarazem u osób zmęczonych słownymi utarczkami z weganami jak i u tych, które nie chcą przez to wszystko przechodzić i wolą od razu wytoczyć najcięższe działa. 

Każdy ma wśród fejsbukowych znajomych (albo przynajmniej wśród znajomych znajomych) weganina, który raz za razem wrzuca na swój profil filmiki z rzeźni nakręcone akurat w momencie, gdy coś poszło nie tak, gdy zwierzę nie zostało poprawnie ogłuszone lub gdy jakiś prymitywny pracownik skopał świnię, uderzył łopatą krowę pomleczną, czy złamał skrzydło kurze poniosce. Weganin taki twierdzi następnie, że tak wygląda rzeźnia na co dzień, choć wiadomo, że przepisy Ustawy tego zabraniają. W pakiecie zostaje dodany oskarżycielski tekst w stylu „To Twoje mięso tak krzyczało” albo „Ten horror trwa nadal, bo Ty chcesz pić mleko, jeść sery i jajka.” Weganin ewidentnie i na siłę chce wywołać poczucie winy, żeby człowiek skulił się w sobie, a najlepiej poddał się karze chłosty. A przecież odpowiedzią na łamanie Ustawy o ochronie zwierząt powinno być skuteczniejsze wdrażanie tej Ustawy, także w rzeźni, a nie przechodzenie na weganizm!  

Niestety tylko niektórzy weganie posługują się szantażem emocjonalnym czy argumentami, którym brakuje logiki. Część wegan, i to na nich trzeba najbardziej uważać, używa cięższych argumentów, które mogą zagrozić skuteczności Wytycznej nr 4. Lepiej o tym wiedzieć od razu i poznać przeciwnika niż dać się zaskoczyć. 

No więc co jest rzeczywiście nie tak z tą rzeźnią? Ubój zwierząt to zjawisko masowe. W samej Polsce odbywa się na ponad 800 milionach ptaków i ssaków rocznie. 800 milionów rocznie to blisko dwa miliony dwieście tysięcy zwierząt zabijanych każdego z 365 dni w roku. Jeśli mielibyśmy odjąć niedziele, to wyszłoby blisko dwa miliony osiemset tysięcy zwierząt zabijanych dziennie (rybołówstwo trzeba liczyć osobno, gdyż dostępne statystyki operują tonami, a nie liczbą zwierząt). Kontrole ubojni są wyrywkowe i dotyczą tylko pewnego odsetka rzeźni. Nie ma w tym nic dziwnego, w żadnym sektorze kontrole nie dotyczą wszystkich zakładów i nie są prowadzone 24 godziny na dobę (wprowadzenie CCTV daje złudzenie pełnej kontroli, bo przecież ktoś musiałby oglądać wszystkie te nagrania z 365 dni w roku minus niedziele). Łamanie przepisów nie dzieje się tylko za sprawą sadystycznych pracowników. W grę wchodzą czynniki bardziej przyziemne: presja czasu, oszczędności (np. brak regularnej konserwacji i naprawy urządzeń), wadliwe urządzenia do ogłuszania, rotacja pracowników, braku większego doświadczenia u pracowników zajmujących się ubojem, czy niedobory kadrowe w podmiotach dokonujących kontroli. Wszyscy wiemy jak wygląda łamanie przepisów Ustawy dotyczących przetrzymywania i uboju karpi w sklepach przed Świętami Bożego Narodzenia, a dzieje się to w biały dzień (dlatego wszyscy o tym wiemy). Ubój ssaków i ptaków w rzeźni odbywa się w zakładach, gdzie osoby postronne nie mają dostępu. Czy zatem optymistyczne wnioski na temat możliwości skutecznego wdrażania przepisów Ustawy w tych miejscach są uprawnione?

Wielu wegan niesłusznie twierdzi, że tylko roślinna dieta może zapewnić zdrowie i uleczyć z wielu chorób. Równocześnie demonizują oni produkty pochodzenia zwierzęcego. Od razu widać, że to propaganda szyta grubymi nićmi. Tacy weganie to bardzo dobry target do Wytycznej 4 niniejszego poradnika. Nawet jeśli można się dać chwilowo nabrać na te gruszki na wierzbie i przesadzone ostrzeżenia, to prawda wychodzi na jaw bardzo szybko: okazuje się, że weganizm wcale nie jest nam potrzebny do optymalnego zdrowia. Wystarczy dieta, w której przeważają produkty roślinne, zaś produkty odzwierzęce należy wybierać staranniej, nie przesadzać z ilością i stosować bardziej odpowiednie formy obróbki. 

No tak, do optymalnego zdrowia nie jest potrzebna dieta roślinna ani tym bardziej weganizm. Możemy spokojnie wyśmiać wegan, którzy tak twierdzą. Rzecz w tym, że nie wszyscy weganie tak mówią, więc nie można wykpić wszystkich wegan. Dieta roślinna, która stanowi część weganizmu, jest odpowiednia na każdym etapie życia pod warunkiem, że odpowiednio się ją ułoży, co w kraju z dostępem do produktów zbożowych, roślin strączkowych, innych warzyw, owoców, orzechów i pestek, jest jak najbardziej możliwe i wykonalne. 

Zatem co z tą rzeźnią jest nie tak, oprócz ewentualnego łamania przepisów? Sam ubój? Tak. Niezależnie od tego, czy robiony zgodnie czy niezgodnie z przepisami, sam ubój jest odbieraniem zwierzętom życia, abyśmy mogli jeść mięso, nabiał i jajka, nosić skóry i wełnę. Inaczej mówiąc, ubojnia jest częścią systemu, który zakłada legalne, systemowe i masowe odbieranie życia zwierzętom, aby jedni mogli zarobić na produktach, bez których ludzie mogą się obyć i aby drudzy mogli je konsumować. Choć weganizm bywa nazywany radykalizmem za swój sprzeciw wobec eksploatacji zwierząt, to niestety na miano ekstremalnego radykalizmu zasługuje system, którego częścią jest ubojnia, charakteryzujący się tak daleko posuniętą obojętnością wobec zwierzęcego życia i cierpienia.

Zwalając winę na krzykliwych, idących na skróty wegan trzeba więc pamiętać o tych, którzy mają w zanadrzu argumenty cięższego kalibru, nie tak łatwe do podważenia. Zawsze jednak można je po prostu zignorować. Żyjemy bowiem w społeczeństwie, gdzie system fermowo-ubojowo-kulinarny jest dobrze osadzony w historii, wychowaniu, edukacji, kulturze i reklamie i mamy wiele ułatwień, które pozwalają nam zachowywać status quo, czyli udział w tym systemie.

Dla kogo są więc te wytyczne? Może najpierw powiem dla kogo nie są. Nie są dla ludzi całkowicie pozbawionych empatii, których jak wiemy jest bardzo mały odsetek. Najczęściej nie potrzebują ich także ludzie, którzy nie mają żadnej styczności z tematem krzywdzenia zwierząt i weganizmu, i którzy żyją we własnym hermetycznym świecie, gdzie taki temat ma bardzo małe  szanse zaistnieć. Wytyczne te nie są też dla ludzi, którzy nigdy nie wyszli ze swoją empatią poza świat ludzki (wbrew pozorom, nie jest to takie proste). Pozostali nieweganie, posiadający podstawową empatię i szansę na styczność z tematem krzywdzenia zwierząt w szerszym zakresie, potrzebują narzędzi do samoobrony, ponieważ potencjał do przejścia na weganizm, a więc do opowiedzenia się przeciwko krzywdzeniu zwierząt, już w nich jest. 


------

Czytaj dalej:

  • Jak skutecznie nie przejść na weganizm? Poradnik - część 1 (LINK)
  • Krowy „pomleczne”, czyli takie, które były wykorzystywane w produkcji mleka, ale już nie są, bo mają problemy ze zdrowiem są sprzedawane do rzeźni, podobnie jak ich męskie potomstwo podtuczone na cielęcinę (LINK
  • Kury „ponioski”, czyli takie, które były wykorzystywane w produkcji jajek, ale już nie są, bo cykl najbardziej opłacalnej produkcji się skończył (rok/dwa lata) z ferm klatkowych i bezklatkowych są sprzedawane do rzeźni. Istnieją ubojnie specjalizujące się w zabijaniu takich kur na produkt zwany „kurą rosołową” (LINK)   
  • Stanowisko Academy of Nutrition and Dietetics (największej na świecie organizacji zrzeszającej dietetyków) na temat diet wegetariańskich (w tym diety wegańskiej) – w skrócie: jeśli dobrze ułożysz dietę roślinną, to spełni ona zapotrzebowanie żywieniowe człowieka na każdym etapie życia i może działać w prewencji a nawet leczeniu niektórych chorób (LINK PO ANGIELSKU), (LINK PO POLSKU)
  • Wybór śniadań, obiadów, podwieczorków, deserów i kolacji po wegańsku - wybór z blogów serwuje Stowarzyszenie Empatia "Weganizm.Spróbujesz?"



niedziela, 2 października 2016

Brzydkie słowo na "H"

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Ha jak humanitarny. Pierwsze skojarzenie? Ładne: pomoc humanitarna. Jest niesiona ofiarom klęski żywiołowej czy wojny. Dotyczy ludzi. W Polsce najbardziej znaną organizacją angażującą się w takie działania jest Polska Akcja Humanitarna. Drugie skojarzenie? Brzydkie, karykatura pierwszego: ubój humanitarny. Jest uskuteczniany na zwierzętach wybranych gatunków. W Polsce realizują go liczne ubojnie, zwane też niekiedy zakładami mięsnymi.

Polska Akcja Humanitarna kopie studnie, by ludzie mieli wodę, prowadzi program dożywiania dzieci, dostarcza najpotrzebniejsze przedmioty – zestawy odzieży, środki higieny osobistej, koce, namioty, moskitiery. Zapewnia też pomoc medyczną. Ubojowcy zaś odbierają zwierzętom życie, czyli to, co najcenniejsze. Zadają nieodwracalną krzywdę. Ale jeśli zabijają zgodnie z odpowiednimi przepisami, nazywa się to „ubojem humanitarnym”.  Czy można sobie wyobrazić większe oddalenie od pierwotnego znaczenia słowa? Dlaczego z jednej strony wpłacamy na PAH,  z drugiej mówimy bez wysiłku: akceptuję ubój, byle robiono to humanitarnie?

”Ubój” to usankcjonowane prawem masowe zabijanie zwierząt hodowanych na mięso, skóry, futra i wełnę oraz dla mleka i jaj. Jest dozwolony przez Ustawę o ochronie zwierząt. Logicznie myślący kosmita zapoznający się z naszą kulturą i rozumiejący podstawowe znaczenia słów w języku polskim dojdzie zatem do wniosku, że ubój podpada pod ochronę zwierząt. Oczywiście, jak możemy się domyślić, Ustawa dodaje, że uśmiercanie, którego jedną z form jest ubój, może odbywać się wyłącznie w sposób „humanitarny polegający na zadawaniu przy tym minimum cierpienia fizycznego i psychicznego”. No i zajefajnie - myślimy sobie krojąc nożem i widelcem smażoną kurzą pierś lub tłukąc kotlet wieprzowy tłuczkiem do odpowiednich zwierząt, pardon, tłuczkiem do mięsa. Kosmita też póki co uspokojony. Mamy tu przecież do czynienia z … ochroną podczas zabijania. Ustawa chroni zwierzęta do samego końca. Hurra! Możemy spać i trawić spokojnie.

Zaraz, zaraz. Jeśli możemy mówić o humanitarnym uboju (tj. ochronie podczas zabijania), dlaczego akceptujemy go w odniesieniu do świni, kury czy krowy, ale już niekoniecznie wobec psa czy kota? Odpowiadamy krótko i zwięźle, my obywatele i obywatelki, oraz konsumenci i konsumentki, że pies i kot to zwierzęta domowe, a świnia, kura i krowa to zwierzęta gospodarskie. Tych pierwszych ubój nie dotyczy, dopiero tych drugich tak. Lekcja z dzieciństwa doskonale przyswojona. W ilu książeczkach człowiek się tego naczytał po tym, jak czytała nam mama (dziś coraz częściej też tata).  Masowość zabijania, widok wszystkich możliwych etapów rozcinania zwierząt „gospodarskich” na części pierwsze, a następnie pyszne z nich dania utwierdzają nas w przekonaniu, że możemy to zabijanie nazywać „ubojem”, oraz że państwo zadba o to, by ilość cierpienia fizycznego i psychicznego była minimalna. Minimalna w stosunku do czego? Ano w stosunku do tego, co trzeba zrobić, żeby zwierzę zabić.

A czy trzeba zwierzę zabić? To pytanie nie pada. Jesteśmy przecież przyzwyczajeni do zabijania, zapewnieni o jego humanitarności, działamy w kontekście ustawy o ochronie zwierząt, a ochrona ta obejmuje ubój zwierząt gospodarskich. Pytanie czy trzeba zwierzę zabić nie pada też dlatego, żeśmy już sobie na nie odpowiedzieli. Tak sprytnie, że bez zadawania. Ubój musi być przecież akceptowany na zasadzie domyślności przez społeczeństwo, które z niego na co dzień korzysta: konsumentów mięsa, mleka i jajek, sklepy, hurtownie, przetwórnie, rzeźnie i hodowców. Tak, również wegetarianie korzystają z uboju „zużytych” krów i kur, który załatwia problem karmienia i leczenia zwierząt „niewydajnych” i tym samym umożliwia masową sprzedaż nabiału i jaj w cenach ogólnodostępnych produktów żywnościowych.

Oczywiście ubój zwierząt nie dotyczy tych wegetarian, którzy zaopatrują się u dobrych i bogatych wiejskich kobiet trzymających krowy, ich potomstwo a także kury do naturalnej śmierci i opłacających rosnące rachunki za leczenie starzejących się zwierząt u zaprzyjaźnionych lekarzy weterynarii a następnie utylizujących zwłoki za dodatkową opłatą. Tacy wegetarianie oczywiście nie tykają półek z nabiałem i jajami w sklepie ani nie jedzą produktów z dodatkiem nabiału czy jaj w restauracjach.  Osobiście nie spotkałam takich wegetarian. Znam za to takich, którzy twierdzą, że kury i krowy przez nich wykorzystywane mają „dobre życie”. O śmierci jakoś nie wspominają, ale zapewne zwierzęta te dostają ochronę podczas zabijania. Wracamy zatem do uboju „humanitarnego”, który zgodnie z Ustawą o ochronie zwierząt ma dotyczyć rocznie około 800 milionów zwierząt lądowych w Polsce.

Pozostawię na chwilę bez odpowiedzi pytanie o odbieranie życia, żeby przyjrzeć się temu, co nas tak uspokaja, kiedy mówimy „byle to było humanitarnie”. Jak już wspomniałam, mamy Ustawę o ochronie zwierząt (pierwsze „uf”) i mamy akt wykonawczy do tej ustawy – rozporządzenie, które mówi kto może zajmować się ubojem i jak ubój ma przebiegać w przypadku poszczególnych gatunków zwierząt (drugie „uf’). Mamy nawet Parlamentarny Zespół Przyjaciół Zwierząt, którego członkowie korzystają z uboju. Muszą więc być przekonani, jako przyjaciele, że cierpienia jest tam tylko tyle ile trzeba, żeby zwierzę zabić. Wiadomo przecież, że przyjaciół zabija się tylko humanitarnie (trzecie „uf”). Muszą wierzyć, że osoba pełnoletnia po zawodówce i trzymiesięcznej praktyce w ubojni z pewnością będzie żywo zainteresowana tym, by zwierzęciu zadać ni mniej ni więcej tylko to minimum cierpienia, które będzie miała skrzętnie wyliczone. Muszą ufać, że nie tylko nastawienie pracowników będzie nosiło cechy ochrony podczas zabijania, ale że również cały sprzęt działać będzie bez zarzutu, a zwierzęta będą spokojne i z losem swym pogodzone. Rozporządzenie opiera się chyba na takim założeniu, gdyż drób i króliki, zgodnie z pkt 4 par 7, wolno podwieszać i ogłuszać pod warunkiem, że będą sobie wisieć „rozluźnione”. Kto był ze zwierzętami u weterynarza wie najlepiej jak bywają tam zrelaksowane, zatem w ubojni zapewne można uzyskać podobny efekt, szczególnie gdy zawisną głową w dół. Nie od dzisiaj wiadomo, że zwierzęta oddają nam się z ufnością (kolejne uf).

Nasze humanitarne przepisy, których najczęściej nie znamy, wydają nam się jeszcze bardziej humanitarne, gdy zestawimy je z inną, obcą praktyką zabijania. Tak było już wielokrotnie podczas kampanii przeciwko ubojowi rytualnemu, gdzie humanitaryzm polskiego uboju świecił jasnym światłem obnażając barbarzyński mrok tego gorszego, okrutnego uboju, podczas którego przekraczane jest minimum cierpienia potrzebnego do przerobienia zwierzęcia w porządny stek czy hamburgera. Humanitarny i niezawodny ubojowiec, humanitarne, zawsze udane ogłuszenie w 800 milionach przypadków rocznie – nasza cywilizacyjna zdobycz w ochronie zwierząt (podczas zabijania) starły się z cywilizacją, która za punkt honoru stawia sobie, by zwierzęta cierpiały parę minut dłużej.  Niejeden humanitarysta mógł dać upust antysemityzmowi, dla którego znalazł przecież namacalne podstawy.

Kampania przeciwko ubojowi rytualnemu, a także przepisy, które mają umożliwić nazywanie uboju humanitarnym skupiają się na odpowiedzi na pytanie: JAK należy zwierzęta zabijać. Równocześnie nie dopuszczają do stawiania pytania: CZY można zwierzęta zabijać? A dokładniej: czy można, z moralnego punktu widzenia, zabijać zwierzęta dla steku, hamburgera, mleka do kawy, jajecznicy? Czy można usprawiedliwić zabijanie, które służy podtrzymaniu mojego stylu życia? I rodzi to kolejne pytania: Jeśli odpowiadam sobie, że tak, można zabijać zwierzęta z wymienionych wyżej powodów,  to w jaki sposób dochodzę do wniosku, że krowom można to robić a psom już nie? Tylko na podstawie tradycyjnego podziału na domowe i gospodarskie? I nie jest to zachęta do zabijania także psów, lecz pytanie o to, dlaczego przechodzimy do porządku dziennego z zabijaniem krów (i innych zwierząt). Dla większości z nas nie jest to przecież kwestia naszego życia, bo możemy stosować dietę roślinną.

Humanitarny ubój to ściema podobnie jak byłby nią humanitarny rozbój, humanitarne włamanie lub humanitarny gwałt. Ubój, podobnie jak rozbój, włamanie i gwałt, jest zadaniem krzywdy - niezasłużonej i niekoniecznej. Etykieta „humanitarności” może więc służyć tylko jako jedno: wielka zasłona dymna. Gdyby pomoc humanitarna dawana przez PAH znaczyła tyle co „humanitarny” w kontekście uboju zwierząt należałoby przed taką pomocą przestrzegać.

Czytaj więcej:
- Ustawa o ochronie zwierząt (link)
- Rozporządzenie Ministra Rolnictwa i rozwoju wsi z 9 września 2004 roku w sprawie kwalifikacji osób uprawnionych do zawodowego uboju oraz warunków i metod uboju i uśmiercania zwierząt (link)