Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wegetarianizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wegetarianizm. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 grudnia 2018

Dlaczego wegetarianie mogą dostać rybę na obiad i nie powinni się temu dziwić

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Wegetarianie pytani, dlaczego nie jedzą mięsa odpowiadają najczęściej, że mięso jest niezdrowe, albo że nie chcą krzywdzić zwierząt. Czasem podają obie przyczyny łącznie. 

Nie zadają sobie przy tym trudu, by uściślić, co w ich mniemaniu znaczy „mięso”. Z tego powodu ściągają na swoją głowę same, głównie rybne, kłopoty, a kiedy te się pojawią, wegetarianie utyskują na głupotę i/lub ignorancję kelnerów, kucharzy i właścicieli restauracji. Czy słusznie?



Kiedy wegetarianie mówią, że nie jedzą mięsa, „w praniu” okazuje się, że nie jedzą ciał zwierząt. Nie jedzą zatem ssaków, ptaków, gadów, płazów, ryb, owadów i wszelkich innych organizmów, które zaliczają się do Królestwa zwierząt.

W zderzeniu z tradycją kulinarną Polski i wielu innych krajów, stwierdzenie, że nie je się mięsa, nie wystarczy, żeby na talerzu nie wylądowały przyrządzone fragmenty zwierząt. Przyczyna jest prosta: w języku kulinarnym „mięso” oznacza tylko ciała lub części ciała ssaków i ptaków. Nie trzeba być szczególnie bystrym, żeby się w tym zorientować. Wystarczy przeczytać spisy treści paru tradycyjnych książek kucharskich i przekartkować przepisy. 

Na wcale nie tak wąskim marginesie naszych rozważań zauważyć należy, że zdarzają się także hardkorowi zwolennicy mięsa, którzy za mięso uważać będą tylko ciała ssaków. W takiej sytuacji wegetarianin może spodziewać się nie tylko ryby, ale i kurczaka. Są też i tacy kucharze, czy gotujący członkowie rodziny, którzy za mięso uznają dopiero konkretny jego kawałek w postaci kotleta czy sznycla. Kostka rosołowa, na której ugotowali zupę lub skwarki, którymi okrasili pierogi, nie będą im się kojarzyły z mięsem i  zostaną zaproponowane wegetarianinowi z czystym sumieniem i bez złośliwości.

Jeśli niewegetarianie nie są wystarczająco bystrzy, by załapać o co chodzi w wegetarianizmie, to niestety tym bardziej ten sam zarzut można sformułować pod adresem wegetarian, którzy - nie wiedzieć czemu - dziwią się sposobowi myślenia powielanemu przez lata tradycji i tysiące tradycyjnych książek kucharskich i miliony ludzi wokół nich. Może zamiast przewracania oczami na kolejną propozycję ryby, mogliby przestać mówić, że nie jedzą mięsa, tylko unikając łatwego nieporozumienia, wyjaśnić innymi słowami co jedzą, a czego nie jedzą. 

Swoją drogą, jeśli twierdzą, że nie chcą krzywdzić zwierząt, to zamiast stronić od samych ciał zwierząt, mogliby przyjrzeć się produkcji mleka i jajek. Wtedy wyjaśnienie w restauracji mogłoby być jeszcze łatwiejsze (choć nie zawsze) i brzmiałoby: jem same rośliny.



poniedziałek, 23 lipca 2018

Szara strefa jaj i mleka, czyli dlaczego mam złe zdanie o wegetarianizmie

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Zwierzętom potrzebny jest nasz weganizm, a ze strony organizacji działających na rzecz wszystkich zwierząt - konsekwentna promocja weganizmu. Mówiłam to wiele razy i zamierzam powtarzać. O które zwierzęta chodzi? O te gnębione, krzywdzone i zabijane w ramach legalnej, społecznie wciąż akceptowanej, masowej eksploatacji. Nie tylko na przemysłowych fermach, ale także w średnich i małych gospodarstwach. Nie tylko na mięso, ale także dla mleka, jaj, skór i wełny. To przede wszystkim. Bo skala właśnie tej eksploatacji jest największa. Bo odpowiedzialni nie są jacyś tam oni, ale my wszyscy, którzy często mówimy, że lubimy zwierzęta i równocześnie kupujemy mleko, sery, jaja, mięso, skórzane buty, wełniane płaszcze. Złym standardem jest to, że lubimy psy i koty, a o tych eksploatowanych myśleć nie chcemy i nie musimy. Odpowiedzialne są też organizacje zajmujące się tematem zwierząt, które nie przeciwdziałają temu złemu standardowi – organizacje promujące wyższość jednych zwierząt nad innymi, niewyrażające sprzeciwu wobec eksploatacji zwierząt, czy pozornie krytykujące eksploatację poprzez atakowanie arbitralnie wybranej formy eksploatacji. W tym artykule zajmę się właśnie kwestią wybiórczego atakowania eksploatacji zwierząt - promocją wegetarianizmu.

Nasza równoległa sympatia wobec niewielu i obojętność, często pogarda, wobec większości zwierząt nie bierze się znikąd. Nie wynika też ze szczególnych cech kotów i psów i kompletnego braku takich cech u zwierząt poddawanych eksploatacji. Jesteśmy po prostu tak wychowywani. Zidentyfikowany przez angielskiego psychologa Richarda Rydera szowinizm gatunkowy to kolejna forma wyuczonej dyskryminacji, tym razem nie międzyludzkiej, lecz skierowanej od ludzi do zwierząt. Kryterium pozwalającym na zignorowanie podstawowych potrzeb, naruszanie integralności cielesnej, zniewolenie i odbieranie życia staje się tu gatunek, a dokładniej fakt, że czujące i myślące istoty nie należą do naszego gatunku. To otwiera przyzwolenie na eksploatację, zaś fakt, że niektóre psy i koty, będą w tym układzie dobrze traktowane, trzeba uznać za wyjątek od bezwzględnej, szowinistycznej reguły. Zresztą trochę głębsza analiza pozwala dostrzec, że hodowle zwierząt domowych również za cel mają przede wszystkim zaspokojenie potrzeb i pragnień człowieka, nawet za cenę zdrowia zwierząt.

Wychowani w szowinizmie gatunkowym, od dzieciństwa zostajemy zatopieni w stylu życia opartym na eksploatacji zwierząt. Dostajemy do jedzenia mięso, nabiał i jaja, a do ubrania skórzane buty, wełniane swetry, itp. Wcale nie musimy chodzić do cyrku ze zwierzętami, ani nosić futrzanych kurtek, żeby zanurzenie w eksploatacji zwierząt było pełne. Do zabawy dostajemy głównie zabawki przedstawiające zwierzęta domowe i dzikie, najchętniej niezamieszkujące naszej strefy klimatycznej (egzotyczne!). O zwierzętach eksploatowanych są specjalne książeczki („indyk daje mięso, krowa daje mleko). Wychowanie w tym zakresie jest jak staranna architektura krajobrazu: nasze pole widzenia i nasze horyzonty myślowe w odniesieniu do zwierząt zostają precyzyjnie wyznaczone. Niemniej, choć nasza empatia i myślenie w tym względzie wyglądają po latach jak dobrze przystrzyżony żywopłot (podobny do żywopłotów naszych sąsiadów), to – tak jak  jak rośliny – nasza empatia i myślenie mogą zacząć odrastać i przyjmować takie kształty, jakie sami postanowimy im nadać. Gdybyśmy przyjmowali 1:1 to, w jaki sposób wychowali nas rodzice, wszyscy rodzice byliby zadowoleni, że dzieci są takie jakie „miały być”. Tak jednak nie jest, nasze poglądy są często różne od poglądów naszych rodziców, a sprzeciw wobec wielu form dyskryminacji międzyludzkiej staje się coraz mocniejszy. Zauważalne stają się też krytyczne głosy na temat szowinizmu gatunkowego. Trzeba jednak o tym dużo mówić, krytykować eksploatację zwierząt jako taką i wyraźnie formułować postulat weganizmu.

Jak to jest z tym weganizmem? Często bywa kłopot nawet z jego definicją. Dziś przeżywamy coś na kształt mody na kuchnię roślinną, szczególnie w wersji bezglutenowej, i weganizm najczęściej kojarzy się z dietą. Padają pytania „Czy weganizm jest zdrowy?”, „Czy można zbudować masę mięśniową na weganizmie?” Jednak redukowanie weganizmu do diety jest szkodliwym uproszczeniem.

Podanie definicji weganizmu wymaga zawsze mini wycieczki w przeszłość. Pierwsze Towarzystwo Wegańskie powstało w 1944 roku przeciwstawiając się pozycji Towarzystwa Wegetariańskiego, które nie zamierzało rezygnować z jajek i mleka. Założyciele nowej grupy zdali sobie sprawę, że krzywda dzieje się nie tylko zwierzętom zabijanym na mięso, lecz także zwierzętom wykorzystywanym na różne inne sposoby przez człowieka. W 1976 roku, kiedy Towarzystwo zostało zarejestrowane jako organizacja charytatywna, powstała definicja, którą The Vegan Society posługuje się do dziś:

"Weganizm to filozofia i sposób życia, który stara się wykluczyć - w stopniu w jakim jest to możliwe i wykonalne - wszystkie formy eksploatacji i okrucieństwa wobec zwierząt w związku z produkcją żywności, ubrań czy w jakimkolwiek innym celu; co za tym idzie weganizm promuje rozwój i wykorzystywanie alternatyw wolnych od składników odzwierzęcych i niezwiązanych ze zwierzętami, które są korzystne dla ludzi, zwierząt i środowiska."

Tak jak napisałam wcześniej, promocja wegetarianizmu to wybiórcze atakowanie eksploatacji zwierząt. Chów zwierząt na mięso jest tylko jedną z wielu form eksploatacji zwierząt. Nawet jeśli pozostaniemy w sferze produkcji żywności, to chów zwierząt na mleko wiąże się tak samo ze zniewoleniem zwierząt, naruszaniem ich integralności cielesnej,  szkodzeniem ich zdrowiu fizycznemu i psychicznemu i zabijaniem. Krowy "mleczne" podlegają selekcji hodowlanej, której celem jest duża i intensywna produkcja mleka, co wiąże się z bolesnymi zapaleniami wymion i chorymi stawami. Produkcja mleka wymaga zapładniania (najczęściej sztucznego), ciąży i porodu i odrywania maleńkich cieląt od matek, które chcą się nimi zajmować i karmić. Warunki w jakich krowy żyją, jedzenie jakie dostają, ilość ruchu lub bezruchu jaki przychodzi im w udziale - wszystko jest podporządkowane produkcji mleka. Wreszcie "zużyte" krowy (niezdolne do dalszego rozmnażania i porodów lub zwyczajnie nie wyrabiający mlecznej "normy") są odwożone do rzeźni. Krowy są traktowane tak, jakby były maszynami. Używane, zużywane, wyrzucane. W czym to jest lepsze od produkcji mięsa? Nie potrafię powiedzieć.



Taki sam schemat selekcji hodowlanej, wykorzystaniu organizmów i pozbawienia życia ma miejsce w produkcji jajek. Nie ma żadnego powodu, by traktować lżej produkcję mleka i jajek, ani by uważać, że promocja diety bezmięsnej to działanie na rzecz zwierząt, jeśli tak to co najwyżej na rzecz świń.

Niemniej, promocja wegetarianizmu trwa i trudno mi zrozumieć jakie stoją za nią przesłanki. Niewątpliwie łatwiej wyobrazić sobie związek między krzywdzeniem zwierząt a mięsem, niż między krzywdzeniem zwierząt a pysznym serkiem czy jajecznicą. O ile jednak jest to zrozumiałe na poziomie indywidualnej osoby, o tyle przestaje to być zrozumiałe, gdy organizacje i grupy regularnie podchwytują to skojarzenie i wałkują je na wiele sposobów utrwalając tym samym podział na niedobre mięso i domyślnie lub dosłownie „spoko” nabiał i jaja. Często wegetarianizm zostaje też doklejony do weganizmu, jakby to były równorzędne postawy wobec zwierząt. Żeby nie być gołosłowną przytoczę parę przykładów.

Towarzystwo Wegetariańskie, z którego w 1944 roku wyłoniło się Towarzystwo Wegańskie, do dziś w swoich przepisach kulinarnych pozostawiło nabiał i jajka najwyraźniej odwracając się od rzeczywistości, negując krzywdę zwierząt na fermach mlecznych i jajecznych. Na stronie Towarzystwa Wegetariańskiego, w zakładce "Animals", czytamy, że "współczucie wobec zwierząt jest jednym z głównych powodów, dla których ludzie przechodzą na wegetarianizm", po czym następuje zestawienie informacji dotyczących zwierząt hodowanych na mięso (listę rozpoczynają świnie). Brakuje informacji o zwierzętach eksploatowanych dla mleka i jajek. Pozostają w szarej strefie może dlatego, że gdyby z tej strefy wyszły to trzeba by aktualizować hasło o współczuciu i przyznać rację tym, którzy głośno mówili już w 1944 roku, że odpowiedzią na krzywdę zwierząt jest weganizm, nie wegetarianizm.

Międzynarodowa Unia Wegetariańska, która ustanowiła Światowy Dzień Wegetarianizmu w 1977 roku, też wstawia nabiał i jaja do tej szarej strefy, pisząc, że z jednej strony nie promuje żadnych produktów odzwierzęcych, ale z drugiej strony rozumie, że wielu wegetarian ujmuje nabiał, jaja czy miód w swojej diecie. Dlaczego pobłażliwie patrzy na nabiał i jaja (nad miodem można by się jeszcze zastanawiać, skoro nie pochodzi od kręgowców), podczas gdy dla mięsa jest zdecydowany szlaban? Unia dokonuje też momentami sklejenia wegetarianizmu z weganizmem: pisze „wegetarianizm/weganizm” lub „weg*anizm”. W części pytania/odpowiedzi czytamy: „Dlaczego wegetarianizm/weganizm?” - "Horror okrutnych praktyk nieodłącznie związanych z chowem zwierząt gospodarskich, drobiu i z fermami mlecznymi jest prawdopodobnie najbardziej powszechnym powodem przyjęcia "weg*anizmu ...". Że jak? Straszne praktyki na tych wszystkich fermach mają prowadzić do musowego rzucenia mięsa i dowolnego potraktowania mleka i jajek? Coś tu głęboko nie gra. Albo stosuje się tu podwójne standardy dla porównywalnych form eksploatacji, albo – po raz kolejny – podsuwam swój wniosek: spycha się do szarej strefy eksploatację na mleko i jaja, a więc także wszystkie śmietanki do kawy, pizze z serem, jajecznice, itp.

Fundacja Viva od wielu lat organizuje Tydzień Wegetarianizmu. Od dawna się zastanawiam, dlaczego nie zdecydowali się wreszcie promować weganizmu, szczególnie że pokazują od czasu do czasu na czym polega eksploatacja na nabiał i jajka, a ostatnio nawet ruszyli z antymleczną kampanią bilbordową. Głównym programem w ramach Tygodnia Wegetarianizmu jest „Zostań wege na 30 dni”. Podobno przepisy przesyłane uczestnikom są roślinne, ale opis tego programu brzmi tak:

Lubisz smak mięsa? Nie wyobrażasz sobie bez niego porządnego obiadu? Nie rozumiesz wegetarian, którzy świadomie rezygnują z mięsa? Uważasz ich dietę za ubogą, prowadzącą do niedoborów?
A może wręcz przeciwnie? Nie chcesz dłużej przyczyniać się do krzywdy zwierząt, ale przyzwyczajenie bierze górę i nie potrafisz zrezygnować z mięsa? Nie wiesz, jak powinna wyglądać zbilansowana, pełnowartościowa dieta wegetariańska? Nie jesteś pewien, jak się do tego zabrać? Niezależnie od tego, czy lubisz smak mięsa, czy chciałbyś je wyrzucić ze swojej diety „zostań wege na 30 dni”!

Czego ma się spodziewać przeciętny uczestnik jak nie diety, w której nie będzie mięsa? W jaki sposób miałby dojść do wniosku, że czekająca go próba 30 dni będzie próbą diety również bez nabiału i jaj? Czy nie jest to ewidentne skierowanie uwagi na mięso i całkowite pominięcie kwestii nabiału i jaj? A więc zepchnięcie ich do szarej strefy? Niby nie będzie ich w przepisach, ale zapowiedź wcale nie sugeruje, że ktoś miałby z nich rezygnować. Jeśli będzie chciał zostać „wege” na 30 dni lub wegetarianinem, nic nie stoi na przeszkodzie, by do proponowanych dań dorzucił sobie jajko, plaster sera żółtego czy dodał do zupy krowią śmietanę. W końcu to próba diety bezmięsnej. Z jednej strony promocja „diety bezmięsnej”, z drugiej menu bez mięsa, nabiału i jaj, ale bez wskazania użytkownikowi, że cokolwiek jest z tymi produktami nie tak. Zabawa w kotka i myszkę? Po co, dlaczego?

Podczas ostatniego Tygodnia Wegetarianizmu, w debacie „W jak Wybór” wzięli udział sami wegetarianie, a kiedy na koniec spotkania z widowni padło pytanie „to kiedy weganizm”, trzy osoby wypowiedziały się wymijająco, jedna przyznała, że kiedyś to nastąpi, a ostatnia stwierdziła, że wegetarianizm jest dla niej głównie zdrowym stylem życia. A więc W jak wegetarianizm. Wybór niejedzenia mięsa i bycia spoko z jedzeniem nabiału i jaj. Szara strefa trzyma się mocno.

Lektura postów i regulaminów grup typu „wegetarianie i weganie” pokazuje jak dobrze ma się akceptacja dla nabiału i jaj.

Fragment regulaminu grupy typu „wegetarianie i weganie”:

Grupa ta docelowo jest grupą zrzeszającą wegetarian oraz wegan, jeśli znajdzie się tutaj przepis na potrawę z jajkiem czy mlekiem nie jest to zachęta do obrażania autora czy zachęcania go do odrzucenia tych produktów. Wypowiedzi tego typu będą usuwane, a autor otrzyma wyciszenie stosowne do przewinienia, dwa wyciszenia.

Grupa tego typu nie tylko potwierdza, że jajka i mleko to produkty akceptowane, ale zakazuje wręcz krytykowania takich produktów, a więc – de facto – zakazuje promocji weganizmu! Co mogą w tej grupie robić weganie? Siedzieć cicho, przynajmniej w odniesieniu do eksploatacji zwierząt na jajka i mleko. Ta eksploatacja ma – zgodnie z regulaminem grupy – pozostać przezroczysta. Wspólnym mianownikiem jest tylko brak akceptacji dla mięsa. Tylko mięso jest niemile widzianym produktem.

Kolejny fragment regulaminu podobnej grupy:

Do grupy zapraszamy osoby o ugruntowanym poglądzie na kwestię prawa zwierząt pozaludzkich do życia, bądź osoby szczerze zainteresowane weg(etari)ańską filozofią,
(…)
Zabronione jest promowanie produktów zawierających mięso w jakikolwiek sposób, również w formie linków do artykułów zawierających takie treści (wyjątkiem są akcje mające na celu odfałszowanie zakłamanych kampanii promujących produkty odzwierzęce). Przepisy kulinarne również nie mogą zawierać mięsa w żadnej postaci.

Co to jest „weg(etari)ańska filozofia”? Czy to podejście, w którym nie należy jeść mięsa, ale można jeść nabiał i jaja udając, że nie mają one nic wspólnego z eksploatacją zwierząt? W jaki sposób członkowie grupy mają „ugruntowany pogląd na kwestię praw zwierząt”, czy to znowu jest rodzaj wybiórczego gruntowania albo wybiórczych praw zwierząt, np. świń i kurcząt hodowanych na mięso, ale już nie krów eksploatowanych dla mleka czy kur hodowanych dla jajek? Dlaczego jednoznacznie zabronione jest promowanie produktów zawierających mięso, ale już nie ma takiego zakazu dla innych produktów czy usług możliwych do uzyskania tylko w wyniku eksploatacji zwierząt?

Różne wydarzenia typu „wege” dają pełną akceptację dla eksploatacji zwierząt dla mleka i jaj:

Menu wydarzenia „niedzielne wege śniadanie” w restauracji:

Szakszuka
Chili sin carne
Pieczone pomidory z ziołami
Zapiekanka jajeczna z ziemniakami francuskimi i pieczarkami
Quesadilla z oliwkami i suszonymi pomidorami
Grzanki z jajkiem sadzonym i rukolą
Chrupiące boczniaki z sosem czosnkowym
Karmelizowane młode marchewki z kozim serem i orzechami włoskimi
Sałatka z jarmużu z batatem, selerem, miętą i quinoą
Miks sałat ze szparagami i groszkiem cukrowym
Pasty — jajeczna, buraczana, z batata i z pieczonego kalafiora
Hummus z sezamem

Wege Festiwal w Lublinie!:

Lokalne restauracje z całej Polski chcące pokazać Wam wegetariańskie oraz wegańskie smakołyki.
Super okazja by pysznie zjeść oraz przekonać się do wegetariańskich oraz wegańskich dań! :)

Powtórzę zatem: zwierzętom potrzebna jest konsekwentna promocja weganizmu. Nie opartego na arbitralnym wyborze wegetarianizmu, nie rozmytego znaczeniowo „wege”, nie postaw redukcjonistycznych pod tytułem „dziś zjedz jedno skrzydełko zamiast dwóch i pokaż, że zależy Ci na zwierzętach”.  

Zwierzęta zasługują na to, byśmy poświęcili czas na edukowanie siebie i innych o złu eksploatacji, która zmienia zwierzęta w przedmioty, surowiec, maszyny i narzędzia. Zwierzęta zasługują na to, byśmy krytycznie przyjrzeli się własnemu szowinizmowi gatunkowemu, który sprawia, że mamy do tej eksploatacji obojętny stosunek. Wybiórcze skupianie się na mięsie nie tylko w żaden sposób tego nie załatwia, ale zamazuje ludziom rzeczywistość.



Nawet jeśli przyjmiemy założenie, że nie jest łatwo z dnia na dzień odrzucić eksploatację zwierząt w szowinistycznym gatunkowo świecie, który domyślnie serwuje nam produkty eksploatacji zwierząt każdego dnia, to jasne przedstawienie gdzie leży problem pomoże nam bardziej niż wodzenie nas za nos. Człowiek, który zrozumie znaczenie weganizmu wybierze go znacznie szybciej, niż ten, komu regularnie wbijać się będzie do głowy, że to mięso jest problemem. Mając na celu weganizm, osoba taka szybciej sięgnie po mleka roślinne, zainteresuje się wyłącznie roślinnymi pastami, zamiast kanapkę z szynką zastąpić kanapką z krowim serem, szybciej dowie się o wegańskim majonezie (i jak go tanio zrobić) zamiast zajadać się sałatkami z majonezem jajecznym. Przykładów jest wiele.

Zwierzętom potrzebny jest nasz weganizm, wybierajmy go i promujmy.



niedziela, 1 października 2017

Dlaczego nie obchodzę Dnia Wegetarianizmu

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Nie obchodzę Dnia Wegetarianizmu. Nie przyjmuję ani nie składam z tej okazji życzeń. Co więcej, myślę, że niedobrze jest, że część wegan składa wegetarianom życzenia z tej właśnie okazji. Nie obchodzę Dnia Wegetarianizmu z jednego powodu: od wielu lat uważam, że z punktu widzenia praw zwierząt, szacunku do zwierząt, wegetarianizm jest nieadekwatną propozycją. Dlaczego? Z tego powodu, że konsumpcja nabiału i jajek oraz noszenie wełnianych ubrań wymagają takiego samego zaplecza w postaci eksploatacji i zabijania zwierząt jak konsumpcja mięsa. Nie uciekniemy przed tym, co więcej, postuluję stanowczo – nie uciekajmy przed tym. Stawiajmy temu czoła. Im konsekwentniej będziemy o tym mówić, czytać i się dowiadywać, tym bardziej będzie to oczywiste. Tak, chcę, żeby to było oczywiste, jednoznaczne i jasne. Dlatego promuję wyłącznie weganizm. 

Nie chcę przyczyniać się do trwania „szarej strefy” produktów odzwierzęcych, której związek z eksploatacją zwierząt ciągle się zamazuje, gdy mówi się o wegetarianizmie i weganizmie jako o wymienialnych alternatywach, gdy używa się słowa „weg*anizm”, gdy w fejsbukowych grupach „wege” oraz „weganie i wegetarianie + nazwa miasta” użytkownicy dziela się przepisami, w których masło, krowie mleko i jajka funkcjonują jako neutralne i akceptowalne składniki obok składników roślinnych. 

Zwierzętom potrzebna jest konsekwentna promocja weganizmu. Grupa członków Towarzystwa Wegetariańskiego w Anglii doszła do tego wniosku w 1940 roku i założyła Towarzystwo Wegańskie. Towarzystwo Wegetariańskie, z którego wyłonili się weganie, do dziś w swoich przepisach kulinarnych pozostawiło nabiał i jajka najwyraźniej odwracając się od rzeczywistości, negując krzywdę zwierząt na fermach mlecznych i jajecznych. Podobnie bywa na poziomie indywidualnym. Ludzie, których etyczna refleksja skłoniła do rzucenia mięsa pozostają wegetarianami całe dziesięciolecia zamiast przechodzić na weganizm. Nie mam niestety wątpliwości, że pomaga im w tym rozmycie pojęć, umieszczenie nabiału i jajek w tej „szarej strefie”.

To niezwykły fenomen, że można ludzi uspokoić hasłami „jajka od szczęśliwych kur” i „krowa daje mleko” do tego stopnia, że odsuną od siebie związek między jajkami i mlekiem a eksploatacją ciał zwierząt i zabijaniem zwierząt, które jest nieuniknione w procesie produkcji. A może nie ma w tym nic niezwykłego, skoro każdy z nas odsuwa od siebie wiele nieprzyjemnych faktów, skoro każdy z nas operuje niesprawdzonymi informacjami. W końcu nie chcemy cały czas żyć w rozterce, i nie mamy czasu, by sprawdzać wszystkie informacje, szczególnie że im regularniej są powtarzane tym bardziej prawdziwe się wydają. Mówię o tym bez ironii, tak po prostu jest. Tym bardziej jestem przekonana, że potrzebny jest konsekwenty i rzetelny przekaz, rekomendujący weganizm jako odpowiedź na eksploatację zwierząt, żeby rozterka i zetknięcie z faktami były w jednopaku. I o to apeluję do wegan. I za brak takiego jednoznacznego przekazu krytykuję organizacje, które deklarują działanie na rzecz zwierząt.

Międzynarodowa Unia Wegetariańska, która ustanowiła Światowy Dzień Wegetarianizmu w 1977 roku, wstawia nabiał i jaja do tej szarej strefy, pisząc, że z jednej strony nie promuje żadnych produktów odzwierzęcych, ale z drugiej strony rozumie, że wielu wegetarian ujmuje nabiał jaja czy miód w swojej diecie. W odpowiedzi na pytanie "dlaczego wegetarianizm/weganizm" Unia na swojej stronie pisze: "Horror okrutnych praktyk nieodłącznie związanych z chowem zwierząt gospodarskich, drobiu i z fermami mlecznymi jest prawdopodobnie najbardziej powszechnym powodem przyjęcia "weg*anizmu ...". W taki właśnie sposób, poprzez wewnętrznie sprzeczny przekaz (sugerowanie, że z tym nabiałem i jajkami coś jest nie tak, ale nie do końca) następuje zepchnięcie nabiału i jaj do szarej strefy.

Słyszę zarzuty, że konsekwentny przekaz miałby być wywyższaniem się wegan. Nie mogę mówić za wszystkich, nie wątpię, że są ludzie, którzy pragną się wywyższać i każdy pretekst jest dla nich dobry, nie wyłączając weganizmu. Niemniej sądzę, że wysuwanie z automatu takiego zarzutu jest tak samo niesłuszne, jak niesłuszne było by oskarżanie o wywyższanie się ludzi, którzy promują prawa dziecka i sprzeciwiają się biciu dzieci. Czy wywyższają się oni nad tych, którzy nie potrafią poskromić swojej agresji i zdarza im się bić swoje dzieci? Czy należy chwalić rodziców bijących dzieci 3 razy w tygodniu za to, że 4 razy w tygodniu tego nie robią? To nie jest najlepszy tok myślenia. W prawa dzieci wpisuje się niebicie dzieci i nikt się nie wywyższa deklarując tak oczywistą rzecz. Celem kampanii na rzecz praw dzieci jest uświadamianie ludzi, że bicie dzieci jest złe i kierowanie tych, którzy nie potrafią sobie radzić z własną agresją do poradni czy na szkolenia, które mają im pomóc wyrobić nowe, dobre nawyki. Jak z każdą analogią i ta nie jest idealna. Przytaczam ją jednak po to, by podkreślić, że działanie na rzecz praw zwierząt, a więc propagowanie weganizmu, jest po prostu tym, co powinniśmy robić pokojowo, ale i konsekwentnie, i nie stanowi – jako takie – wywyższania się. 

Zwolennicy tzw małych kroków tłumaczą swoją strategię psychologicznymi uwarunkowaniami człowieka. Oczywiście nie można abstrahować od ludzkiej psychologii, co więcej to nastawienie człowieka - pozytywne, obojętne lub negatywne – jest najważniejszym czynnikiem sprzyjającym lub niesprzyjającym zmianie. Niemniej w parze z „małymi krokami” najczęściej występuje właśnie wegetarianizm, który cały impet negatywnych skojarzeń wyładowuje na mięsie i skutecznie, jak wiadomo z doświadczenia wielu wegetarian, odwraca uwagę od eksploatacji, która ma miejsce w produkcji mleka, jajek i wełny, a także jej ścisłego powiązania z produkcją mięsa. Te produkty wpadają następnie w „szarą strefę” naszej świadomości i po prostu uczymy się ignorować informacje o ich związku z krzywdą zwierząt, podobnie jak całe dotychczasowe życie byliśmy przyzwyczajeni do ignorowania informacji o związku mięsa z krzywdą zwierząt. 

Propagowanie weganizmu, bez ukłonów w stronę wegetarianizmu, może brać pod uwagę wszelkie psychologiczne i społeczne uwarunkowania człowieka, jako istoty o złożonej psychice, mocno opartej na przyzwyczajeniach, żyjącej społecznie i pragnącej utrzymywać żywe i przyjazne kontakty z innymi ludźmi. Konsekwente propagowanie weganizmu nie oznacza przymuszania ludzi do czegokolwiek, w tym nie oznacza przymuszania do przerzucenia się na dietę roślinną z dnia na dzień. Może jak najbardziej uwzględnić wyżej wymienione czynniki. Niemniej, konsekwentne propagowanie weganizmu, oprócz rzetelnego przekazu, wymaga, jako minimum, przekazania jednoznacznie następującej kwestii: systemowa eksploatacja zwierząt we wszystkich jej formach jest niezawinioną krzywdą czujących istot i jako istoty, które rozwinęły etyczne myślenie o świecie, powinniśmy uznać to za temat wystarczająco istotny, by się z nim konfrontować i by tę eksploatację w każdej jej formie odrzucać wszędzie tam, gdzie jest to możliwe i wykonalne. 

W konsekwentnym propagowaniu weganizmu nie ma więc miejsca na przepisy kulinarne bez mięsa ale z serem żółtym, ani na kurtkę ze skóry świni ale bez futra z norki. Jeśli jest miejsce na rozmowę o substytutach mięsa, to równolegle powinna być mowa o substytutach krowiego mleka, czy krowiego sera. Nie można takich rozmów zostawiać na później, pozostawiając wrażenie, że ta eksploatacja jest jakby mniej ważna, mniej krzywdząca. Bo nie jest. 

Rewersem negatywnego stosunku do eksploatacji zwierząt jest weganizm, nie wegetarianizm. Chciałabym, żeby to było coraz lepiej słyszalne. Dlatego nie obchodzę Dnia Wegetarianizmu.




poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Mój widelec, moja odpowiedzialność

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

“Jesteś weganką i  szanuję Twój wybór” powiedział Stanisław i wszedł do McDonalda. Dla Stanisława nie ma w tym żadnej sprzeczności. Stanisław uważa, że ja mam prawo do swojego wyboru, a on do swojego. Jako że w świecie istnieje cała paleta wyborów, to dla każdego znajdzie się coś dobrego. On uznając to jest tolerancyjny, a jeśli ja mam jakieś zastrzeżenia do jego wyboru to znaczy, że jestem nietolerancyjna.

Na wegańskiej grupie wsparcia na Facebooku często padają pytania od dziewczyn, gdzie mogą pójść ze swoim “mięsożercą”, żeby obydwoje byli zadowoleni z jedzenia. Żeby ona mogła zjeść burgera z soi, a on burgera z krowy. Dziewczyny mówią o tym tak, jakby to były równoważne wybory. Używanie słowa “mięsożerca” zdaje się dodatkowo sugerować, że ktoś określany tym mianem jest wręcz na ten wybór skazany przez swoją “mięsożerną” naturę. Zdarza się, że dziewczyny chwalą się, że ich “mięsożerca” jest taki tolerancyjny i miły, że nie tylko nie ma nic przeciwko ich diecie, ale także sam potrafi im coś wegańskiego kupić albo nawet ugotować. Czy to ma oznaczać, że tym bardziej winne są akceptację w drugą stronę?

Ostatnio odwiedziłam stronę drugiej edycji konferencji “Praktyki wobec zwierząt w XXI”, która na Facebooku ma wydarzenie opatrzone wzruszającym zdjęciem dłoni ludzkiej obejmującej w geście opiekuńczym psią łapę położoną tam zapewne w geście zaufania. Na zaufanie ludzkich organizatorów konferencji nie mogą już jednak liczyć ryby, gdyż jednym ze sponsorów jest firma, której flagowymi produktami są śledzie. Wyraziłam zdziwienie takim obrotem spraw, choć podskórnie wiedziałam, że dziwić się nie powinnam. Zapewne poniosły mnie emocje, które wzbudziło urocze zdjęcie, a także zmylił mnie fakt, że jednym ze współorganizatorów jest o dziwo Fundacja Viva, która przecież nie promuje produktów pochodzących z eksploatacji zwierząt. Ostudzić moje oczekiwania powinien był od razu podtytuł konferencji, skoro dotyczy dobrostanu. Dobrostan to, wbrew swojej nazwie, brzydkie słowo na D, które pojawia się, gdy rozmowa dotyczy regulacji eksploatacji zwierząt. Z Profilu konferencji dostałam odpowiedź podobną do Stefana – dla każdego coś dobrego, a w bonusie inna użytkowniczka dowiedziała się, że rybi potentat “prowadzi odpowiedzialne rybołówstwo”.

To jak to jest z tym wyborem? Czy można postawić znak równości między wyborem burgera z soi a wyborem burgera z krowy? Czy te wybory są analogiczne do wyboru między zielonymi a czerwonymi skarpetkami? Czy to jest po prostu kwestia gustu, albo prywatna sprawa, którą niegrzecznie jest roztrząsać? Czy to jest tylko dieta? Czy to jest tylko kwestia wyboru konsumenckiego? A może, jak sugerują do pewnego stopnia organizatorzy konferencji, to tylko kwestia zapewnienia odpowiedniego dobrostanu krowie, z której burgera będziemy jedli?

 Stanisław mówiąc, że szanuje mój wybór, w rzeczywistości nadaje komunikat: nie wtrącam się i ty się nie wtrącaj. Za wtrącanie uznaje już poruszenie tego tematu, podważenie słuszności wyboru. Przecież nie idę za nim do restauracji i nie blokuję mu miejsca w kolejce, żeby nie mógł dokonać zakupu. Nie idę do niego do domu i nie wyrzucam mu zawartości lodówki. Po prostu poruszam TEN TEMAT, który według Stanisława poruszony być nie powinien, bo … no właśnie dlaczego? Pewnie dlatego, że to narusza jego wolność, samostanowienie.

Ale jak to jest z tą wolnością? Jeśli miałabym powiedzieć który wybór bardziej świadczy o czyjejś wolności i samostanowieniu to wybrałabym weganizm, dlatego że to właśnie on wyrasta z indywidualnego wyboru, często poprzedzonego refleksją, podczas gdy nieweganizm jest standardem, w jakim się wychowujemy i dorastamy, który nam narzucono, i do którego się przyzwyczailiśmy.  Po drugie, wszyscy dobrze wiemy, że pojęcie wolności w życiu społecznym zakłada pewne ograniczenia. Wolność powinna kończyć się tam, gdzie zaczyna się czyjaś krzywda. Oczywiście o tę granicę zawsze były i będą spory. Poza tym, w społeczeństwach opartych na eksploatacji zwierząt, a w takim żyjemy, rzadko pod pojęciem “czyjejś krzywdy” będziemy widzieć krzywdę eksploatowanych zwierząt. Niemniej co znika z oczu, nie znika w ogóle. Wolność, która opiera się na systematycznym krzywdzeniu i zabijaniu zwierząt, jest oczywiście legalna ale etycznie problematyczna.

Skoro krzywda i przemoc wobec zwierząt jest podstawą funkcjonowania sektora, który sprzedaje burgery z krowy, buty ze świni, a także mleko z krowy, jaja zabrane kurom (wegetarianizm też zgadza się na eksploatację zwierząt), to trudno wybór tych produktów porównywać do wyboru żywności pochodzenia roślinnego czy odzieży z materiałów roślinnych lub syntetycznych. Podobnie, od razu wyczujemy różnicę między wyborem zdrady swojego partnera a wyborem polegającym na zaproponowaniu mu/jej nowej scenerii na randkę. Wybrałam tę analogię z dwóch względów – po pierwsze w obydwu parach porównań chcemy spełnić jakąś potrzebę i możemy to robić albo krzywdząc, albo powstrzymując się od krzywdy i zaprzęgając do pracy swoją wyobraźnię. Po drugie, w obydwu parach porównań widać, że istnieją rzeczy jak najbardziej legalne, lecz równocześnie bardzo krzywdzące.

A może wystarczy żądać, by sektor zadbał o dobrostan eksploatowanych zwierząt i wszystko będzie w porządku? Po pierwsze, skala produkcji zwierzęcej jest tak ogromna, że dopilnowanie, by określone w ustawie i rozporządzeniach przepisy były przestrzegane jest w praktyce niemożliwe. Wymagałoby to ogromnej liczby kontroli, chęci egzekwowania przepisów (z czym bywa różnie szczególnie w stosunku do zwierząt, których przecież się nie szanuje), a także dolegliwości kar i ich stosowania.  Po drugie, kiedy uważnie przyjrzymy się przepisom, zorientujemy się, jak pustym słowem jest dobrostan nawet na poziomie teoretycznym (z praktyką jest tak, jak napisałam wyżej). Przepisy pozwalające na trzymanie zwierząt całe życie w małych klatkach, na przycinanie dziobów, które później całymi tygodniami sprawiają ból i utrudniają jedzenie – to tylko nieliczne przykłady oficjalnego IGNOROWANIA podstawowych potrzeb zwierząt. Jak można to nazywać dobrostanem? Po trzecie, w ramach dobrostanu ujmuje się również przedwczesne pozbawianie zwierząt życia i uchwala się kuriozalne przepisy zwane “ochroną podczas zabijania”. Czy trzeba dużo namysłu, by uznać, że jest to krzywda, na dodatek krzywda nieodwracalna? “Humanitarna eksploatacja” jest próbą pogodzenia wody z ogniem, próbą utrzymania statusu quo i zachowania czystego sumienia u ludzi, których gdzieś głęboko krzywda zwierząt jednak uwiera.

Czym zatem jest “mojość” wyboru burgera z krowy, mleka zabranego krowie czy jajek pochodzących od kur? Jaki sens ma stwierdzenie “Mój talerz, moja sprawa”? Oczywiście jako weganka nie straciłam kontaktu z rzeczywistością. Śmiem twierdzić, że kontakt z realiami mam dziś dużo większy, niż kiedy nie interesowałam się tym tematem. “Mojość” jest rzeczywiście faktem w tym sensie, że eksploatacja zwierząt (tradycyjnie wybranych gatunków) jest legalna i legalnie można jej produkty kupować, gotować, kłaść na talerz i zjadać. “Mojość” jest także faktem w przypadku osób dorosłych i samodzielnych w tym sensie, że odpowiedzialność wyboru spoczywa na nich samych, nawet jeśli wynika z wychowania i otaczającej kultury. Usprawiedliwianie się, że “mama ugotowała, to zjadłem” jest – umówmy się – oddaniem własnej wolności, o której tak często jest mowa, w czyjeś ręce. Tak, w tym sensie “mojość” jest niezaprzeczalnym faktem i nigdy tego nie podważałam. Jednak odmowa dyskusji tam, gdzie ewidentnie jest czyjaś krzywda i gdzie się ją wspiera nie dokonując innego wyboru, jest pewnego rodzaju chowaniem głowy w piasek. Każdy z nas nie raz to robił, ale warto się przemóc i zacząć o tym rozmawiać. To dobry początek, by krzywdy na świecie było mniej. 



Czytaj dalej:
"Dobrostan, czyli brzydkie słowo na D" [link]


piątek, 24 marca 2017

Pokłosie Pokotu

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Na wielu przystankach autobusowych w Warszawie na pasażerów spogląda wilk, który ma zapalenie spojówki. Zaraz, to chyba nie jest zapalenie spojówki. To oko jest zupełnie inne niż drugie, wilcze oko. Faktycznie, to oko ludzkie, obramowane różową, nieowłosioną skórą. Wilk spogląda na nas z plakatu filmu “Pokot” Agnieszki Holland, adaptacji powieści “Prowadź swój pług przez kości umarłych” Olgi Tokarczuk.

Główną, ludzką bohaterką filmu (i książki) jest Janina Duszejko, emerytowana inżynierka i budowczyni mostów na Bliskim Wschodzie, która mieszka obecnie w niewielkim domu na wsi, w Kotlinie Kłodzkiej, i dorabia do emerytury ucząc angielskiego w szkole podstawowej. Jej rodzinę stanowią dwie suki, naprzemiennie nazywane przez Duszejko dziewczynkami i córkami. Wiek, płeć, “nieuporządkowane” życie osobiste (brak męża, dzieci i wnuków), irracjonalna wiara w astrologię, sprzeciw wobec polowań i wegetarianizm stanowią pakiet trudny do przełknięcia dla mieszkańców, w szczególności dla lokalnej władzy. Duszejko jest pouczana przez księdza (myśliwego), że zwierzęta nie mają duszy i nie należy okazywać im “nadmiernego” zainteresowania (chyba że jest to zainteresowanie ich zabijaniem i zjadaniem), a także przez policjanta, który niechętnie przyjmuje zgłoszenie o wykrytym przez Duszejko kłusownictwie i głośno zastanawia się nad “nieprawidłowymi” zainteresowaniami starej kobiety wybierającej pomoc zwierzętom (zamiast ludziom).



W “Pokocie” ludzie krzywdzący zwierzęta to przede wszystkim myśliwi. Większość z nich to równocześnie prowincjonalni notable, narysowani grubą, karykaturalną kreską i takoż zagrani. Świat “Pokotu” dzieli się na tych, którzy władzę mają (tak się jakoś składa, że to gardzący bezbronnymi mężczyźni),  oraz na tych, co władzy nie mają, czyli słabych, często marginalizowanych, ludzi oraz zwierzęta (reprezentowane przez zwierzęta leśne i psy Duszejko). Podział to mało zaskakujący – stary, znany patriarchat. Na szczęście mamy nietuzinkową postać Duszejko, jej przyjaciół i – trudno powiedzieć czy na szczęście, ale na pewno robi się ciekawie – mamy też zaginięcie psów oraz tajemnicze zgony mieszkańców miasteczka, które łączy jedno: wszystkie ofiary były myśliwymi. Trochę w tle tej historii są dzieci - uczniowie i uczennice wciąż lubiące Duszejko i pomagające jej szukać zaginionych suk, ale równocześnie formatowane już do życia w świecie według reguł dyktowanych przez silniejszych. 

Czy patriarchat wraz ze swoją pogardą wobec kobiet i mężczyzn niewpisujących się w obowiązujący model silnego samca pokrywa się z szowinizmem gatunkowym polegającym na pogardzie ludzi wobec zwierząt? Trochę tak układa się opowieść w “Pokocie”. Gdyby system opresji zwierząt faktycznie polegał tylko na polowaniu i ewentualnie kłusowaniu, moglibyśmy przytaknąć, a jako wspólny mianownik wyznaczyć zdolność do bezpośredniej przemocy psychicznej i fizycznej. W takim układzie ten, kto jest do przemocy zdolny, umacnia swoją pozycję, legitymizuje własne prawo do dominacji tych, którzy są słabsi fizycznie czy psychicznie lub nie chcą stosować przemocy. Świat “Pokotu” nie jest jednak prawdziwy. Jego bajkowość polega na tym, że jest prosty, z pierwszej ręki. Świat rzeczywisty jest nie tylko z pierwszej, ale z drugiej, trzeciej i entej ręki, a wspólnym mianownikiem różnych form opresji, tak patriarchalnej jak i gatunkowo szowinistycznej, jest przemoc pośrednia, która nie wymaga siły i okrucieństwa; wystarcza systemowe i indywidualne przyzwolenie, obojętność,odpowiednie wychowanie i ignorancja. Zygmunt Bauman pisał o takiej rozproszonej odpowiedzialności w nowoczesnym świecie, jednak odnosił ją tylko do relacji międzyludzkich. Wpisuje się to jednak równie dobrze w stosunek ludzi do zwierząt. Z ręki myśliwych w Polsce ginie około półtora miliona dzikich ptaków i ssaków. Oburzamy się, bo widzimy sprawcę tak blisko ofiary. Odpowiedzialność jest widoczna jak na dłoni. Jednak za sprawą przemocy z ręki nieznanego nam hodowcy czy rzeźnika, na społeczne zamówienie, cierpi i ginie ponad 800 milionów udomowionych ptaków i ssaków. Tutaj poczucie naszej odpowiedzialności się zaciera, a przemocy nie widać, choć dzieje się naprawdę. 




Myśliwi są łatwym kozłem ofiarnym. Faktycznie, nie są bez winy, w końcu zabijają, zbierają trofea, wydają się tym cieszyć. Są utożsamiani, nie bez powodu, z władzą (odsetek myśliwych w Parlamencie prawdopodobnie przekracza ich odsetek w społeczeństwie), i to z władzą butną, która zawłaszcza las i stwarza niebezpieczeństwo także dla postronnych ludzi. Jednak uznanie myśliwych za głównych winnych przemocy wobec zwierząt jest aktem hipokryzji społeczeństwa, które całe swoje życie osadza na zinstytucjonalizowanej przemocy: fermy i rzeźnie pracują całą parą, by codziennie w markecie było mięso, nabiał i jaja. Tę przemoc z trzeciej ręki ignoruje też w pewnym stopniu Duszejko – w końcu odrzuca tylko mięso, mimo że przemocy doznają także krowy produkujące mleko i kury znoszące jajka (oprócz chorób związanych z podkręconym na cele produkcji układem rozrodczym, wszystkie te zwierzęta kończą w rzeźni).

Zabieg umieszczenia po jednej stronie Duszejko, a po drugiej myśliwych, wyprowadza z kadru znakomitą większość ludzi zajmujących się eksploatacją zwierząt i tych, którzy z niej korzystają. W związku z tym, dla jednych to film dosłownie przeciwko myśliwym, a dla innych przeciwko patriarchatowi i atakowi człowieka na przyrodę. Choć Duszejko wygłasza parę uwag na temat rzeźni i jedzenia mięsa (tak jakby rzeźnia dotyczyła tylko zwierząt hodowanych na mięso) to najwyraźniej eksploatacja zwierząt udomowionych jest raczej tematem pobocznym. W końcu nikt świni, krowy czy kury nie kojarzy z przyrodą, a ich krzywdzenie i zabijanie pozostaje tak powszechne, że aż ledwo zauważalne. 



W wywiadzie dla Polityki, Janusz Wróblewski pyta Agnieszkę Holland: “Pokot jest filmem proekologicznym, opowiada się za równością ludzi i zwierząt. Jak bardzo ta sprawa jest dla Pani ważna?” Holland odpowiada: “Nie tak jak dla Olgi, która tym żyje, jest wegetarianką. Ja jem mięso, ale staram się ograniczać. Nie mam potrzeby, by totalnie zaświadczać swoim życiem, że zwierzęta są moim priorytetem.” To, co mówi Agnieszka Holland świadczy o mocnym zanurzeniu w szowinistyczną kulturę, gdzie dopiero trzeba “tym żyć”, żeby po prostu odmówić uczestnictwa w przemocy wobec zwierząt. W tej kulturze pozycją wyjściową jest czerpanie całymi garściami z eksploatacji zwierząt. Dlatego na tym tle skromny postulat weganizmu, czyli nieagresji, jest traktowany w najlepszym razie jako coś wyjątkowego, odpowiedniego dla osób bardzo zaangażowanych, a w najgorszym razie jako coś dziwacznego lub radykalnego – dla osób nieprzystosowanych lub dla ekstremistów. Bywa, że weganizm w ogóle nie jest brany pod uwagę, bo w jego miejsce wchodzi wegetarianizm. Zamiast o eksploatacji zwierząt rozmawiamy tylko o jedzeniu mięsa, tak jakby hodowla na mięso była jedyną formą eksploatacji zwierząt. Tak zresztą stało się przy okazji tego filmu. Jeśli w ogóle wywiady i rozmowy wychodziły poza myślistwo, to kończyły na mięsie i wegetarianizmie, zostawiając fermy mleczne i jajeczne poza sferą zainteresowania. Swoją drogą, skoro Olga Tokarczuk “tym żyje”, powinna być weganką.

Bajka bajką, ma swoje prawa i odzwierciedlać rzeczywistości nie musi. Jeśli jednak ma być inspiracją, powinna nas zafrapować na tyle, byśmy zechcieli i zechciały z rzeczywistością stawać twarzą w twarz i nie uciekać od osobistej odpowiedzialności, co dzieje się wtedy, gdy całą uwagę skupimy na tych “złych onych” (na przykład myśliwych), zamiast na eliminowaniu zła i korzystaniu z potencjału dobra, które tkwią w nas samych.
_________________ 
Czytaj dalej:
1. "Mścicielka z powodu" Rozmowa z Agnieszką Holland - Polityka nr 6 (3097) 8.02 - 14.02.2017



niedziela, 4 września 2016

Wegetarianizm i weganizm: wspólne korzenie, różny mianownik

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Trochę historii
Zacznę od początku. Od początku weganizmu i kontekstu, w jakim się rozwinął. W 1847 roku w Anglii powstało The Vegetarian Society, którego celem była promocja wegetarianizmu definiowanego jako powstrzymanie się od jedzenia mięsa, a ściślej rzecz ujmując  - jako powstrzymanie się od jedzenia zwierząt: nie tylko ssaków i ptaków ale także ryb i innych zwierząt wodnych i lądowych. Powody niejedzenia zwierząt były różne, ale, co dla weganizmu istotne, obejmowały również współczucie wobec zwierząt. 

To właśnie kwestia etycznego stosunku wobec zwierząt sprawiła, że już w latach 1909-1912 na łamach The Vegetarian Messenger wydawanym przez The Vegetarian Society, dyskutowano o tym, czy wegetarianie powinni jeść nabiał i jajka. Dyskusja odnowiła się po I Wojnie Światowej, a w 1943 roku, na zebraniu The Vegetarian Society, niejaki Donald Watson przedstawił wykład przeciwko jedzeniu nabiału, który następnie opublikowano w The Vegetarian Messenger. Kiedy Donald Watson i podobnie myśląca Elsie Shrigley zaproponowali utworzenie podgrupy wegetarian niejedzących produktów odzwierzęcych, The Vegetarian Society odmówiło twierdząc, że organizacja powinna skupiać się na propagowaniu niejedzenia mięsa. Watson, Shrigley i cztery inne osoby, które już parę lat wcześniej odrzuciły jedzenie nabiału i jaj, założyły więc osobne towarzystwo, nadając swojej filozofii i stylowi życia nazwę „veganism” a siebie nazywając „vegan”. Komentując nową nazwę, Watson stwierdził, że weganizm miał swój początek w wegetarianizmie ale był też naturalnym wnioskiem, który z wegetarianizmu należało wyciągnąć.
O co chodzi w weganizmie?
Jak zdefiniowano weganizm w latach 40. XX wieku, już po utworzeniu The Vegan Society? Bardzo prosto, w sposób, który rzeczywiście oddaje ducha tej filozofii i praktyki życiowej. Jeden z założycieli, Leslie J. Cross, powiedział, że weganizm to „emancypacja zwierząt polegająca na wyzwoleniu ich z eksploatacji z rąk człowieka”. Później dodano, że „celem weganizmu jest zakończenie wykorzystywania zwierząt przez człowieka dla produkcji żywności, innych towarów, a także zakończenie wykorzystywania zwierząt do pracy, wiwisekcji, koniec polowania na zwierzęta i wszelkich innych sposobów wykorzystywania, które są eksploatacją zwierząt przez człowieka”.
W 1976 roku, kiedy Towarzystwo zostało zarejestrowane jako organizacja charytatywna, powstała definicja, którą The Vegan Society posługuje się do dziś: "Weganizm to filozofia i sposób życia, który stara się wykluczyć - w stopniu w jakim jest to możliwe i wykonalne - wszystkie formy eksploatacji i okrucieństwa wobec zwierząt w związku z produkcją żywności, ubrań czy w jakimkolwiek innym celu; co za tym idzie weganizm promuje rozwój i wykorzystywanie alternatyw wolnych od składników odzwierzęcych i niezwiązanych ze zwierzętami, które są korzystne dla ludzi, zwierząt i środowiska."
Reasumując, weganizm to sprzeciw wobec eksploatacji zwierząt. Jak wykazali już pierwsi weganie, jeszcze przed erą ferm przemysłowych, produkcja mleka i jajek jest także formą eksploatacji zwierząt.
Ale przecież …
Ale pierwsi weganie zaczęli od wegetarianizmu – powiedzą z satysfakcją weganie, którzy sentymentem darzą czas, kiedy byli wegetarianami, albo wegetarianie, którzy chcą dowartościować swój status quo (odsuwając przejście na weganizm w bliżej nieokreśloną przyszłość lub w ogóle nie biorąc tego pod uwagę). Tak, pierwsi weganie najpierw byli wegetarianami. Byli pierwszymi osobami, które nie jedząc mięsa zdały sobie sprawę z arbitralności swojego wyboru. Skoro w niejedzeniu mięsa kierował nimi szacunek wobec zwierząt, zwrócili uwagę na fakt, że jedzenie nabiału i jaj temu szacunkowi zaprzeczało. Przestali więc konsumować te produkty i założyli The Vegan Society, żeby promować filozofię szacunku wobec zwierząt i styl życia zgodny z tą filozofią. Nigdy więcej nie obejrzeli się za siebie, nie snuli nostalgicznych opowieści o tym jak to kiedyś byli wegetarianami. Nie polecali nikomu wegetarianizmu właśnie dlatego, że wiedzieli, że – brutalnie rzecz ujmując – nie ma etycznego sensu odrzucać wołowinę i cielęcinę, a pić mleko, odmawiać jedzenia rosołu z kury a jeść jajka, nie jeść jagnięcia, ale kupować owczy ser i wełniane swetry. To trochę tak, jakby nie płacić za cyrk z tygrysami, ale iść do cyrku z wielbłądami. Albo jeszcze lepiej: nie kupić skóry z wielbłąda, ale iść do cyrku który wykorzystuje tego wielbłąda za życia i jest gotowy sprzedać go na mięso i skórę jak tylko jego stare kości, mięśnie i ścięgna przestaną dawać radę na arenie. Owszem, mięso najbardziej i najłatwiej kojarzy się z krzywdzeniem zwierząt, ale jest tylko jedną z form eksploatacji zwierząt.
Żonglerka etykietami
Kiedy rezygnujemy z rozmowy o etycznych powodach wyborów związanych ze stosunkiem do zwierząt, wrzucamy wegetarianizm i weganizm do jednego worka, a następnie zawartość worka rozsypujemy na stole kuchennym, wokół którego zaczynamy rozmawiać o diecie, to popadamy w pozbawione etycznego sensu żonglowanie etykietami i produktami. Nie je mięsa, bo jest wegetarianinem; nie je produktów odzwierzęcych, bo jest weganinem; je mięso, bo nie jest wegetarianinem. Może zjeść zupę zabielaną krowią śmietaną, bo jest wegetarianinem; nie może zjeść tej zupy, bo jest weganinem. Nie może zjeść tego sera żółtego z naturalną podpuszczką z cieląt, bo jest wegetarianinem. Może zjeść jogurt z krowiego mleka, bo jest wegetarianinem. Ta żonglerka relatywizuje kwestię stosunku do eksploatacji zwierząt i samą eksploatację. Eksploatacja zwierząt staje się czymś etycznie neutralnym jak noszenie spodni, a stosunek do eksploatacji staje się zatem kwestią preferencji tak jak preferencja do noszenia spodni. Analogiczna dyskusja w odniesieniu do spodni wygląda tak: Nie nosi spodni, bo jest zwolenniczką spódnic, nie nosi spodni i spódnic, bo jest zwolenniczką wyłącznie sukienek; nosi spodnie, spódnice i sukienki, bo lubi każdego po trochu. Spodnie, spódnica czy sukienka – co kto woli. Wegetarianizm, weganizm, dieta tradycyjna – co komu bardziej smakuje.

Świadomy wybór
Dlatego refleksja nad przyczynami wyborów, które składają się na nasz styl życia, pozwala, by wybory te były bardziej świadome. Rozpoznamy wtedy czym dyktowane są nasze wybory: tradycją rodzinną lub religijną, kulturą, w której wyrośliśmy, czy samodzielnymi przemyśleniami na temat stosunku do innych ludzi i zwierząt? Zazwyczaj takie wybory to melanż naszej samodzielności, presji społecznej i naszego konformizmu/non-komformizmu. Są rzeczy mało istotne, które możemy po prostu sobie odpuścić i poddać się presji rodziny lub grupy. Ale są rzeczy ważne, które np. tradycja rodzinna czy kultura przedstawia jako mało istotne, lub dopuszcza dużą dawkę hipokryzji pozwalającej na dobre deklaracje i złą praktykę. Tak jest właśnie w przypadku stosunku do zwierząt: z jednej strony większość zgadza się z zasadą, że nie należy zadawać niepotrzebnego cierpienia (zarówno ludziom jak i zwierzętom), a z drugiej strony większość korzysta z eksploatacji zwierząt jedząc produkty odzwierzęce (mięso, nabiał i jajka) i nosząc ubrania ze zwierząt (skórę, wełnę; futro noszone jest rzadziej).
Nie zadawać niepotrzebnego cierpienia
Zgadzamy się z zasadą, że zadawanie niepotrzebnego cierpienia i śmierci jest etycznie bardzo trudne do obrony, choć wiemy też bardzo dobrze, że zadawanie cierpienia i śmierci jest w naszym życiu nieuniknione. Zasadę tę większość z nas stosuje, kiedy mamy bezpośrednią styczność ze zwierzętami, nawet jeśli są to owady, co do których nie ma przekonujących dowodów, że są zdolne do cierpienia. Kiedy ktoś idzie chodnikiem i zobaczy żuka lub biedronkę, specjalnie zrobi większy lub mniejszy krok, żeby uniknąć nadepnięcia owada. Sprawy komplikują się oczywiście, kiedy jedziemy na rowerze, prowadzimy samochód lub przemieszczamy się autobusem. Jednak  komplikacja spowodowana nieuniknionością zabicia owadów w takich okolicznościach nie powstrzymuje nas przed robieniem dziwnych kroków na chodniku. Trudność osiągnięcia 100 procent normy nie przekłada się na popadnięcie w nihilizm. Sprawa ma się podobnie w wielu innych przypadkach. Ratujemy psa ze schroniska wiedząc, że nie uratujemy wszystkich psów. Staramy się dobrze nim opiekować i leczyć wiedząc, że nie zawsze będziemy w stanie mu pomóc – nie każdą chorobę zauważymy wystarczająco wcześnie, nie każdą będziemy w stanie wyleczyć.
Gorzej nam idzie ze stosowaniem zasady niezadawania niepotrzebnego cierpienia, gdy nie mamy bezpośredniej styczności ze zwierzętami, które są wykorzystywane i zabijane w produkcji mięsa, nabiału, jajek, skóry, wełny czy futra. Jest tak między innymi dlatego, że przyzwyczajono nas do korzystania z tych produktów zanim nauczyliśmy się mówić, czytać, pisać, krytycznie myśleć i zdobywać wiedzę. A jednak płacenie za te produkty łamie zasadę niezadawania niepotrzebnego cierpienia. Dlaczego? Hodowanie zwierząt w celu uzyskania tych produktów niewątpliwie wiąże się z cierpieniem fizycznym i psychicznym.
Cierpienie fizyczne wynika zarówno z warunków życia, w których zwierzęta doświadczają głodu, pragnienia, bólu jak i z selekcji hodowlanej, która deformuje anatomię i fizjologię. Dostęp do wody i jedzenia szczególnie u małych zwierząt trzymanych w dużych grupach zależy od tego, czy zwierzęciu uda się dostać do pokarmu czy poidła. Śmierć pewnego odsetka zwierząt wynikła z zagłodzenia, nieleczonych ran, złamań kończyn czy agresji innych zwierząt i jest wliczana w koszty produkcji. Wielu obrażeń czy chorób się nie leczy, bo to się nie opłaca, a także dlatego, że nawet gdyby ktoś zechciał to robić, byłoby to niewykonalne np. przy fermie trzymającej parędziesiąt większych czy parę tysięcy mniejszych zwierząt. Wszystko jest podporządkowane opłacalności produkcji, w tym selekcja hodowlana. Do rzeźni jadą ledwo trzymające się na nogach sześciotygodniowe kurczęta o gigantycznej jak na swój wiek posturze. Krowy, których laktacja jest dziś trzy razy większa niż sto lat temu, cierpią często na zapalenie wymion, których ciężar i rozmiar utrudnia chodzenie. W wieku 4-5 lat krowy, których laktacja się zmniejszyła, lub które nie mogą już zajść w ciążę także jadą do rzeźni.  Ubojnie kupują również roczne lub dwuletnie kury wyczerpane nieustanną owulacją, której wynikiem jest składanie 200-300 jaj rocznie. Dla porównania, dziki przodek tych ptaków składał jaj tyle ile potrzebował do przedłużenia gatunku: paręnaście rocznie. 
Zwierzęta cierpią też psychicznie nie mogąc nawiązywać relacji społecznych jakie są im potrzebne (świnie uwięzione w kojcach porodowych), lub gdy są odrywane od swoich bliskich (cielę od swojej matki parę godzin po porodzie) lub przeciwnie, gdy przebywają w zbyt dużej grupie i tłoku (kury na fermach klatkowych i bezklatkowych) lub w pobliżu innych osobników, gdy tak naprawdę potrzebny jest im samotniczy tryb życia (np. norki amerykańskie).
Całe to cierpienie i zabijanie jest niepotrzebne, bo nasze potrzeby, które dzięki takiemu zapleczu cierpienia spełniamy mogą być albo spełnione inaczej, albo nie są w ogóle potrzebami. Tak, potrzebujemy jeść i pić, potrzebujemy, żeby jedzenie miało wartościowe składniki odżywcze. Potrzebujemy ubrań. Jednak wszystkie te potrzeby możemy spełnić bez hodowania w tym celu zwierząt. Tak jak nie potrzebujemy mięsa, tak też nie potrzebujemy mleka czy jaj. Tak jak nie potrzebujemy futer, tak też nie potrzebujemy  skór i wełny. Największe na świecie stowarzyszenie dietetyków Academy of Nutrition and Dietetics (wcześniej: American Dietetic Association) potwierdza na podstawie rosnącej liczby badań, że dietą roślinną z dodatkiem suplementu B12 jesteśmy w stanie sprostać naszym potrzebom żywieniowym. Co więcej, dobrze ułożona dieta roślinna będzie służyć zdrowiu, pomagać leczyć niektóre choroby; będzie też profilaktyką chorób cywilizacyjnych takich jak cukrzyca czy choroba niedokrwienna serca. Spieszę dodać, że każdą dietę trzeba dobrze ułożyć. Źle ułożone diety zawierające produkty odzwierzęce stoją za plagą chorób cywilizacyjnych i, jak widać, powodują nie tylko niepotrzebne cierpienie zjadanych zwierząt i tych hodowanych dla mleka czy jajek, ale przyczyniają się do równie niepotrzebnego cierpienia ludzi stosujących takie diety. 
Nie zabijać niepotrzebnie
Ponieważ temat zabijania jest często pomijany, gdy koncentrujemy się tylko na tym w jakich warunkach zwierzęta żyją, uważam, że trzeba omówić go osobno. Jakby nie było, zabicie jest krzywdą i to nieodwracalną. Jak zabijanie ma się do do mięsa, mleka, jaj, skór, wełny i futer? Związek jest oczywisty w przypadku mięsa i futra. Nie ma mięsa, dosłownie, dopóki zwierzę nie zostanie zabite. Do tego czasu późniejsze mięso to po prostu mięśnie, których zwierzę używa do poruszania się, które może napinać i rozluźniać zgodnie z własną wolą; mięśnie, które tworzą układ mięśniowy. To także tkanka tłuszczowa, przylegająca do mięśni. Późniejsze mięso, to też organy wewnętrzne, np. żołądek, który zajmował się trawieniem pokarmu, jelita, w których następowało wchłanianie składników pokarmowych, wątroba, która filtrowała krew, serce, które biło w klatce piersiowej. Późniejsze mięso to też kości kończyn, żebra z tkanką mięśniową. Jeśli chodzi o futro, to pamiętam, że będąc dzieckiem myślałam, że je się strzyże, ale nie. Okazuje się, że zdziera się je razem ze skórą z norki czy lisa. Bez futra da się żyć, ale bez skóry już nie. Mówię oczywiście o tych zwierzętach i o świniach, krowach i cielętach, z których także zdziera się skóry. Jest futro – była śmierć. Jest skóra – kogoś zabito.
A mleko? Przecież leci z wymienia bez zabijania. Tak, nie trzeba zabić, żeby wydobyć mleko i na tym kończą się rozważania niejednego wegetarianina. Ale co trzeba robić, żeby produkować mleko i sprzedawać je w cenie produktu codziennej konsumpcji a nie w cenie złota? Trzeba hodować krowy zmienione selekcją hodowlaną w taki sposób, że ich organizmy produkują gigantyczne ilości mleka. Trzeba wcześnie zacząć je zapładniać i po porodzie odbierać im dzieci. Trzeba zabijać cielęta płci męskiej na cielęcinę i odchowywać cielęta płci żeńskiej na kolejne dojne krowy. Niedługo po porodzie trzeba znowu zapładniać, żeby laktacja szła za laktacją. Trzeba sprzedawać do rzeźni, kiedy krowa będzie miała mniej mleka, lub gdy będzie chora, nieopłacalna, lub gdy będą problemy z zajściem w ciążę. Trzeba zabijać, bo bez tego w koszt mleka trzeba by wliczyć utrzymanie kolejnych byczków, niepłodnych krów, utrzymanie tych wszystkich zwierząt i leczenie ich aż do śmierci. Tak, jeśli laktacja ma być utowarowiona, jeśli ma być produktem, dawać radę konkurencji, to zabijanie wpisuje się w plan działania. Zabijanie jest tu zaplanowane, dzieje się z premedytacją, jest nieodłączną częścią produkcji mleka. Analogiczne mechanizmy rządzą produkcją jajek.
Odrzucić eksploatację zwierząt
Dyskusje na temat etyczności jedzenia nabiału i jajek zaczęły się w The Vegetarian Society już na początku XX wieku, a więc parędziesiąt lat przed rozwojem przemysłowej hodowli. Zauważono więc nie intensyfikację cierpienia, ale po prostu niepotrzebne cierpienie. Zauważono, że produkcja nabiału i jaj, jest formą eksploatacji zwierząt tak jak produkcja mięsa. Zauważono wreszcie, że kury hodowane dla jajek i krowy hodowane dla mleka także są zabijane w związku z tą formą eksploatacji. Grupa, która postanowiła wziąć te obserwacje na poważnie, założyła nową organizację, nadała nową nazwę filozofii emancypacji zwierząt polegającej na wyzwoleniu z eksploatacji z rąk człowieka (tak, to właśnie pierwsza definicja weganizmu). The Vegetarian Society pozostało przy arbitralnym odrzuceniu tylko mięsa.
Niewątpliwie weganizm i wegetarianizm mają wspólne korzenie, ale nie mają wspólnego mianownika. Tylko weganizm polega na odrzuceniu eksploatacji zwierząt. Wegetarianizm przywodzi na myśl osobę, która chcąc mieć pełny obraz rzeczywistości postanowiła otworzyć tylko jedno oko. Z kolei jedzenie produktów odzwierzęcych przez ludzi, którzy teoretycznie zgadzają się z zasadą, by nie zadawać niepotrzebnego cierpienia jest patrzeniem na rzeczywistość przez pryzmat wyobrażeń i życzeń ale z zamkniętymi oczami. Co stoi na przeszkodzie, żeby otworzyć obydwoje oczu?


Chcesz wiedzieć więcej?

-O traktowaniu zwierząt jakby były towarem przeczytasz dużo na portalach takich jak farmer.pl, ppr.pl 
-Polecam też podręczniki chowu i hodowli zwierząt. Ich anatomia, fizjologia, karmienie, rozmnażanie itp. podporządkowane uzyskiwaniu określonych produktów w szybki i oszczędny sposób, umożliwiając zarabianie.
- Stanowisko Amerykańskiego Stowarzyszenia Dietetyków (obecnie Academy of Nutrition and Dietetics) na temat diet wegetariańskich (w tym wegańskiej) (link)
- O historii The Vegan Society + długi wywiad z nieżyjącym już Donaldem Watsonem, który był prezesem tej organizacji (link)

poniedziałek, 4 stycznia 2016

Rukola - zanim wsiąknie w sos!

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Hmm, zobaczmy czy wegetariański = wegański.  Niektórzy twierdzą, że to terminy wymienne. A zatem co mogę zjeść jako weganka w podróży? Spójrzmy na menu Wars.pl. Z braku dań wegańskich przechodzę do tych drugich, rzekomo bliskoznacznych.

Śniadania wegetariańskie: 1. Jajecznica z 3 jaj na maśle - Być może pieczywo? 2. Panierowany camembert z płatkami migdałów i powidłami - Być może zdarte z sera migdały i łyżeczka powideł? 3. Naleśniki z serkiem waniliowym i konfiturą z wiśni - Ciasto pewnie po bożemu z mlekiem krowy-matki. Być może zatem resztka konfitury wydrapanej spod serka? Nie,dziękuję.

Przechodzę do dań głównych. 1. Pierogi ruskie - Być może - khm, chyba brak być-moża. 2. Placki ziemniaczane z jogurtem i szczypiorkiem - Być może szczypiorek i dopytajmy kelnera z czego te placki (oprócz ziemniaków). 3. Makaron penne z kurkami - Nadzieja rośnie. Sos śmietanowy, parmezan, rukola - Nadzieja spada. - Być może rukola, zanim wsiąknie w sos.

Sałatki - 1. Sałatka grecka - Być może miks sałat, oliwki, pomidor, ogórki. Uwielbiam tę wyobraźnię warzywną - pomidor, ogórek sałata. No cóż, dobre i oliwki.
Kanapki - 1. Z żółtym serem, 2. Z jajkiem, 3. Z tuńczykiem - bez komentarza.

Zupy - 1. Zupa dnia - Być może zależy jaki to dzień, ale pewnie jak codzień masełko i śmietanka.

Powtórzę: wegetariański nie równa się wegański. A menu Warsa nie odbiega szczególnie od wyobrażeń co to jest danie wegetariańskie w przeciętnej jadłodajni. Nośnikiem białka i tłuszczu jest tam w 95 procentach produkt odzwierzęcy. Rośliny strączkowe jako podstawa dania obiadowego są rzadkością. Połączenie między kuchnią jadłodajni a półkami z nabiałem roślinnym w supermarkecie wydaje się nie istnieć. Krowie sery, śmietany i masło rządzą wyobraźnią. Do tego jajo, a to sadzone, a to rozbełtane być musi. Nie, wegetariański nie równa się wegański. Poszerzanie menu wegetariańskiego, postulowanie opcji wegetariańskich prowadzi do zastępowania jednych produktów zwierzęcych innymi.

Dopiero w kuchni wegańskiej, nośnikiem białka, tłuszczu, smaku i powodem nasycenia są produkty roślinne. Kuchnia wegańska służy zarówno ludziom jak i nie korzysta z eksploatacji i zabijania zwierząt. Kuchnia wegańska przypomina sobie o całym królestwie roślin strączkowych, o  tych wszystkich fasolach, grochach, soczewicach i ciecierzycy. Robi z nich kotlety, sosy, pasty i pasztety. Kuchnia wegańska robi znakomity użytek z wegańskich tłuszczy i używa przypraw (precz bukiecie warzywny z wody - zgiń, przepadnij!). Kuchnia wegańska pławi się w smakach i kolorach, a także w kaloriach, jeśli ktoś sobie ich życzy. Trzebaż ją tylko poznać, a nie łukiem serowo-śmietanowym obchodzić.