Pokazywanie postów oznaczonych etykietą konformizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą konformizm. Pokaż wszystkie posty

sobota, 26 października 2019

Gdyby rzeźnie miały szklane ściany, kim byliby widzowie?

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

„Gdyby rzeźnie miały ściany ze szkła, wszyscy bylibyśmy wegetarianami” Tak miał powiedzieć dawno temu wieloletni wegetarianin, słynny Paul McCartney. Stwierdzenie to znaczy mniej więcej tyle, że poznanie prawdy automatycznie pociąga za sobą zmianę zachowania. Czy aby na pewno? Zawsze kusi mnie, by rozebrać okrągłą frazę na części pierwsze. Mam więc i tutaj parę pytań. 

Po pierwsze, czy rzeźnie nie mają przypadkiem szklanych ścian już od dość dawna? Transparentność tej ponurej instytucji zapewniają przecież liczne filmiki łatwo dostępne na internecie, nakręcone w różnych krajach, stare i nowe, i ciągle powstające. Są też dostępne na ulicy, pokazywane przez aktywistów. Być może niektóre materiały są zmanipulowane, ale przecież jest ich tak wiele, że razem dają przynajmniej ogólne pojęcie jak wygląda zabijanie zwierząt. Można natknąć się na sceny z rzeźni także w pełnometrażowych, nieanonimowych filmach, dzięki czemu wiarygodność utrwalonych okropności wzrasta. Są też śledztwa prowadzone przez różne organizacje, które podpisują się pod udostępnionymi materiałami i wytaczają sprawy właścicielom konkretnych ubojni o łamanie przepisów dotyczących sposobu zabijania. Można też sięgnąć do raportów Najwyższej Izby Kontroli z kontroli ubojni. Jest więc sporo łatwo dostępnych źródeł, z których dowiemy się JAK to się odbywa. Żeby wiedzieć O SAMYM FAKCIE ZABIJANIA nikt oczywiście nie musi oglądać filmów ani czytać raportów. 

Po drugie, dlaczego dzięki szklanym ścianom rzeźni ludzie mieliby stać się wegetarianami? Mam przynajmniej dwie lepsze odpowiedzi, w zależności od tego, jaki aspekt rzeźni wzbudza nasz sprzeciw. 

Jeśli samo zabijanie nie robi na nas wrażenia, a opór wzbudził tylko sposób w jaki to się odbywa, moglibyśmy poprzeć „dobrą zmianę” w rzeźni. Podpisywalibyśmy różne petycje: za ukaraniem łamiących prawo pracowników ubojni; za zainstalowaniem CCTV we wszystkich rzeźniach; za zmianą sposobu zabijania np. z rażenia prądem na trucie dwutlenkiem węgla i za zakazem uboju rytualnego.  

Jeśli zaś szklane ściany pomogły nam dostrzec ubojnię jako taką (która wcześniej leżała poza sferą naszych zainteresowań) i jej związek z zabijaniem zwierząt, z którym w głębi serca nigdy się nie zgadzaliśmy (ale jakoś nie kojarzyliśmy faktów), to moglibyśmy stać się weganami. Widzielibyśmy bowiem, że trafiają tam nie tylko świnie i duże kurczaki, ale także krowy z dużymi wymionami i chude kury. Innymi słowy, po opadnięciu kurtyny zobaczylibyśmy, że do rzeźni jadą nie tylko transporty zwierząt hodowanych na mięso ale także tych, które hodowano dla mleka i jaj, lecz odesłano do rzeźni, gdy stały się niedochodowe. Przy  okazji rodzi się pytanie: dlaczego McCartney został wegetarianinem? 

Swoją drogą, logiczne byłoby, gdyby zwolennicy „dobrej zmiany” powstrzymali się od jedzenia mięsa, nabiału i jaj do momentu wywalczenia i wdrożenia reform, które ich zdaniem sprawią, że widok za szklanymi ścianami będzie do zaakceptowania. Jeśli zaś chodzi o przeciwnych zabijaniu zwierząt wegan, znam wielu, którzy wierzą, że reformy lub kontrole mogą coś zmienić, więc angażują się w ich realizację (ja tej wiary nie podzielam). 



Po trzecie, dlaczego mielibyśmy uważać, że poznanie prawdy wystarczy, żeby się zmienić? Prawda jest owszem rzeczą bardzo ważną, w zasadzie elementem niezbędnym do stania nogami twardo na ziemi. Jej antytezą jest często świat reklamy, gdzie zwierzęta radośnie oddają swoje ciała na mięso a szczęśliwe krowy dają nam mleko. Prawda jest niezbędna do podejmowania świadomych decyzji: musimy na przykład wiedzieć, czy rzeczywiście można bez uszczerbku na zdrowiu przejść na dietę roślinną (tak, jest to możliwe). Ale prawda nie wystarczy w obliczu potężnych sił jakie działają na nasz umysł zarówno od wewnątrz jak i od zewnątrz. Mam na myśli szczególnie dysonans poznawczy i konformizm, o których przystępnie piszą autorzy podręcznika „Psychologia społeczna” Elliot Aronson, Timothy D. Wilson i Robin M. Akert. 

Kluczowa w psychologii społecznej teoria dysonansu poznawczego opracowana przez Leona Festingera mówi, że lubimy, kiedy nasze poglądy i zachowanie są spójne, bo mamy wówczas pozytywny obraz własnej osoby, zaś kiedy zachowujemy się niezgodnie z naszymi poglądami odczuwamy dyskomfort (dysonans poznawczy) i cierpi na tym pozytywny obraz samego siebie. Podejmujemy wtedy działania, żeby zredukować ten nieprzyjemny dysonans. Możemy to zrobić na parę sposobów: (1) zmieniamy zachowanie, aby zgadzało się z poglądami, (2) usprawiedliwiamy zachowanie zmieniając w jakimś stopniu poglądy, (3) próbujemy usprawiedliwić zachowanie wymyślając nowe uzasadnienia. 

Dobrym przykładem jest palenie papierosów. Jeśli palę papierosy, uważam się za osobę rozsądną i zostałam skonfrontowana z informacją Ministerstwa Zdrowia, że palenie jest szkodliwe, zaczynam odczuwać dyskomfort, bo przecież fakt, że palę źle świadczy o poziomie mojego rozsądku. Zatem, by zredukować dysonans poznawczy, mogę (1) przestać palić, by móc nadal uważać, że postępuję rozsądnie, (2) podważyć posiadane informacje poprzez przywołanie przykładów osób, które paliły całe życie i nie zachorowały na raka płuc, (3) dodać zalety, które przewyższają ewentualne wady palenia, np. że jest przyjemne, relaksujące i służy umacnianiu relacji towarzyskich i pracowniczych. Jak widać, (niestety) nie muszę rzucić palenia, żeby nadal uważać się za osobę postępującą rozsądnie. 

Podobnie jest z jedzeniem mięsa, nabiału i jaj i uważaniem się za osobę kochającą/szanującą zwierzęta. Jest tak tym bardziej, że wokół jest wiele podobnych osób, które pomagają nam w realizowaniu punktów 2 i 3 (usprawiedliwianiu zachowania) i w zasadzie zniechęcają nas do brania pod uwagę punktu (1), czyli zmiany zachowania. Ale tu już dochodzę do następnej kwestii – konformizmu.

Konformizm, jak wyjaśniają autorzy podręcznika Psychologia społeczna, oznacza podporządkowanie się informacyjnemu lub normatywnemu wpływowi społecznemu. W pierwszym przypadku innych ludzi traktujemy jako źródło informacji w sytuacji dla nas niejasnej lub kryzysowej. To jak zachowują się inni staje się dla nas wskazówką jak mamy się zachować. Na przykład gdy w restauracji wszyscy jedzą nowe dla nas danie rękami, my również zabieramy się za nie bez sztućców. Gdy w budynku rozlega się alarm i wszyscy kierują się do korytarza na prawo, my nie zastanawiając się wiele biegniemy za nimi. Informacyjny wpływ społeczny może być przydatny, choć nie mamy gwarancji, że ludzie, których naśladujemy wiedzą więcej od nas. 

W drugim przypadku, innych ludzi traktujemy jako źródło norm i podporządkowujemy się tym normom, kiedy chcemy być akceptowani i lubiani i nie chcemy zostać wyśmiani czy wykluczeni. Publicznie zgadzamy się z tymi normami. Co ciekawe, i niepokojące, ludzie mają skłonność do takiego publicznego konformizmu nawet, kiedy grupa, do której się dostosowują wcale nie jest dla nich szczególnie ważna, i nawet gdy prywatnie nie akceptują danej opinii czy zachowania. Obawa przed byciem odmieńcem, narażeniem się na śmieszność okazuje się bardzo silnym motywatorem.

Skoro tak powszechny jest konformizm (dostosowanie się do większości) i redukcja dysonansu poznawczego (raczej zmiana poglądów niż zachowania), nie powinno dziwić, że w społeczeństwie, gdzie grubo ponad 90 procent społeczeństwa je mięso, nabiał i jaja (a więc produkty ściśle związane z funkcjonowaniem rzeźni) najbardziej prawdopodobnym zachowaniem jest … robienie tego, co większość. Nie z powodu okrucieństwa, sadyzmu, ale raczej z obawy przed ośmieszeniem, z niechęci do odstawania od grupy. Myślę też, że z obojętności, która nie wynika z braku empatii, lecz z faktu, że w temat szacunku i miłości do zwierząt jest społecznie ograniczony do zwierząt domowych i nie jest poruszany w kontekście zwierząt wykorzystywanych do produkcji mięsa, mleka, jaj czy skóry. Zatem jedzenie kotletów, jajecznicy i sera czy noszenie skórzanych butów po prostu nie kojarzy się ze stosunkiem do zwierząt, a nawet w ogóle ze zwierzętami.

Właśnie z powodu skłonności ludzi do konformizmu i w związku z teorią dysonansu poznawczego, hasło McCartneya wydaje się mało prawdopodobne. Hasło to jest też moim zdaniem nielogiczne, bo McCartney wybiera wegetarianizm, choć odpowiedni (w zależności od poglądów) byłby weganizm lub poparcie reformy metod zabijania. Takie hasła są nierealistyczne, dają złudną nadzieję i powodują dużo rozczarowania i żalu u wielu wegetarian i wegan, którzy nie mogą się pogodzić z faktem, że pokazanie prawdy nie spowodowało szybkiej zmiany u krewnych, przyjaciół i znajomych. Zresztą, kto nie żywił nigdy takiej nadziei? Równocześnie muszę zauważyć, że w zasadzie wegetarianie mogliby w pierwszym rzędzie być rozczarowani sami sobą - w końcu nie przestali jeść nabiału i jaj, choć poznali przykrą prawdę, że do rzeźni trafiają też krowy mleczne i kury nioski. Skoro jednak redukcja dysonansu poznawczego dotyka wszystkich, mogła dotknąć także wegetarian.

Podsumowując, nie ma nic zaskakującego w tym, że ludzie jedzący mięso dalej jedzą mięso i wegetarianie dalej jedzą nabiał i jaja. Znacznie bardziej interesujące są momenty przełomów, zmiany, w tym zmiany utrzymujące się nawet w obliczu trudności. Psycholodzy społeczni zastanawiają się nad tym, jak to się dzieje, że jednak dajemy radę uczyć się na błędach, pokonywać słabości, przełamywać silną przecież tendencję do samousprawiedliwień, krytycznie analizować swoje zachowanie, pokonywać lęk przed ośmieszeniem i wyciągać praktyczne wnioski. Badając konformizm i posłuszeństwo, psycholodzy zastanawiają się też nad warunkami, w których rosną szanse na przełamanie niekorzystnego naśladownictwa czy podporządkowania się. W tym więc kierunku powinny zmierzać zainteresowania tych, którzy chcą działać w zakresie zmiany osobistej lub społecznej, bo zaprzeczanie lub dziwienie się powszechnym zjawiskom czy rozczarowanie nimi jest chyba stratą czasu.

Czytaj dalej:
  • Stanowisko Academy of Nutrition and Dietetics nt diet wegetariańskich (w tym diety wegańskiej) (LINK)
  • Parę praktycznych porad jak szybko gotować roślinne posiłki - blog dietetyczki Iwony Kibil (LINK)
  • Psychologia społeczna, nowe wydanie rozszerzone i zaktualizowane, Elliot Aronson, Timothy D.Wilson, Robin M. Akert (LINK






poniedziałek, 7 maja 2018

Efekt Lucyfera, efekt bohatera

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

W 2016 roku przeczytałam pasjonującą książkę amerykańskiego psychologa społecznego Philipa Zimbardo pt. „Efekt Lucyfera” i choć zainteresowania zawodowe naukowca obejmują wyłącznie stosunki międzyludzkie, od razu pomyślałam o analogiach, które można stworzyć opisując stosunek człowieka do zwierząt. 

PYTANIE O ZŁO W KAŻDYM Z NAS

Ale od początku. Jak sam to podkreśla, Zimbardo zawsze był zafascynowany szukaniem odpowiedzi na pytanie: Jak to się dzieje, że dobrzy ludzie robią złe rzeczy? Stąd tytuł książki – Lucyfer w myśli chrześcijańskiej to postać upadłego anioła. Przyznam, że mnie też bardzo interesuje to pytanie, bo obca jest mi wizja człowieczeństwa, która dzieli ludzi na dobrych ludzi postępujących zawsze właściwie i złych ludzi zawsze wybierających zło. Podobnie jak Zimbardo, uważam, że linia między dobrem a złem leży w każdym z nas, a zatem potencjał do dobra i zła także. 

STANFORDZKI EKSPERYMENT WIĘZIENNY

Swój słynny eksperyment więzienny Zimbardo przeprowadził w podziemiach Uniwersytetu Stanforda w 1971 roku, gdzie grupa studentów przyjęła role więźniów i strażników. Eksperyment miał trwać 14 dni, a zakończył się już w szóstej dobie ze względu na zły stan psychiczny paru „więźniów” wynikający z nasilającego się złego traktowania przez „strażników”. Studenci, którzy wzięli udział w eksperymencie byli wcześniej przebadani pod kątem zdrowia fizycznego i psychicznego i nie mieli na swoim koncie żadnego sądowego wyroku. Co więcej, role więźniów i strażników zostały im przydzielone losowo. Natomiast warunki, w jakich odbywał się eksperyment, obejmowały deindywidualizację zarówno więźniów jak i strażników – więźniowie byli ubrani jednakowo, a rozróżniały ich tylko numery naszyte na białych koszulach, zaś strażnicy posiadali takie same mundury i nosili czarne okulary. Warunki wyjściowe dawały strażnikom przewagę nad więźniami, ale nie wymagały od nich przemocy psychicznej i fizycznej, jakiej szybko zaczęli się dopuszczać. Skoro weszli w tę sytuację zdrowi na ciele i umyśle, i ci, którzy zostali strażnikami zaczęli zachowywać się podle, to można – i taka jest generalnie konkluzja eksperymentu – spodziewać się, że to parametry sytuacji były wyzwalaczem zachowania albo sprzyjały takiemu zachowaniu, którego sami badani by u siebie wcześniej nie podejrzewali. 

ELEKTRYCZNY EKSPERYMENT MILGRAMA

Eksperyment stanfordzki był jednak doświadczeniem pojedynczym, podczas gdy opisywany w książce Zimbardo eksperyment jego kolegi, psychologa społecznego Stanleya Milgrama był powtarzany wielokrotnie nie tylko przez Milgrama, ale wielu innych badaczy. W 1961 roku Milgram chciał sprawdzić czy ludzie są skłonni do wyrządzania krzywdy innym ludziom kierowani posłuszeństwem wobec autorytetu. Inspiracją dla eksperymentu było funkcjonowanie nazistowskich Niemiec i rozpoczęty w 1961 roku proces hitlerowskiego zbrodniarza Adolfa Eichmanna, który w swojej obronie twierdził, że „tylko” wypełniał rozkazy. 

Eksperyment Milgrama oficjalnie miał dotyczyć badania wpływu pamięci na uczenie się. Każdy zrekrutowy uczestnik odgrywał rolę nauczyciela, który za nieprawidłowo powtórzone wyrazy miał karać siedzącego w drugim pomieszczeniu ucznia aplikując mu wstrząs elektryczny za pomocą specjalnego urządzenia. Pierwsza kara oznaczała ledwo odczuwalny wstrząs 15 V, ale kolejne błędy miały być karane zadawaniem wstrząsów o rosnącej mocy, aż do 450 V. Guziki, które badany miał naciskać na stojącym przed nim urządzeniu posiadały nie tylko wartość podaną w woltach, ale także opis podany słownie: wstrząsy o najwyższej mocy opisano jako „wyjątkowo dotkliwy wstrząs” (315 V), „niebezpieczeństwo, ciężki wstrząs” (375 V), aż wreszcie 435 i 450 V oznaczono już tylko trzema iksami. W rzeczywistości, „uczeń” należał do zespołu badawczego i tylko udawał pomyłki w zapamiętywaniu wyrazów oraz odgrywał ból sprzeciwiając się kolejnym wstrząsom, krzycząc i błagając o ich zaprzestanie. „Nauczyciele” słyszeli odpowiedzi i protesty „ucznia” i byli zachęcani przez ubranego w biały fartuch badacza do kontynuowania „lekcji”. W odpowiedzi na wątpliwości wyrażane przez „nauczycieli” co do stanu ucznia i ich własnej odpowiedzialności za to, co z uczniem się dzieje, badacz prosił o kontynuowanie eksperymentu, mówił, że to dla dobra nauki i podkreślał, że to on, a nie uczestnik, ponosi całą odpowiedzialność za wyniki i skutki eksperymentu.

CZEGO SPODZIEWALI SIĘ PSYCHIATRZY

Przed rozpoczęciem eksperymentu, Milgram zapytał grupę 40 amerykańskich psychiatrów o przewidywany odsetek uczestników, którzy zdecydują się pójść do samego końca i wcisnąć wszystkie przyciski na urządzeniu. Psychiatrzy oscylowali w okolicy poniżej 1% twierdząc, że tylko sadyści byliby w stanie tak się zachować. Wyniki eksperymentu były dla nich szokujące, bo aż 65% uczestników wcisnęło ostatni guzik - 450 V.

CZEGO DOWIODŁY EKSPERYMENTY

Nie istnieje jedna interpretacja wyników eksperymentu stanfordzkiego ani eksperymentu Milgrama, ponieważ w grę może wchodzić więcej niż jedna przyczyna. Najczęściej wymieniane w przypadku eksperymentu więziennego są: deindywidualizacja „strażników” (jednakowe mundury, wejście w ściśle określoną rolę), dehumanizacja więźniów (pozbawienie ich cech indywidualnych i nadanie numerów zamiast imion), poczucie anonimowości (noszenie ciemnych okularów częściowo zasłaniających twarz, częstsze dopuszczanie się gorszych czynów nocą, gdy ma się wrażenie, że nikt nie obserwuje), a także wpływ autorytetu (badacza). W przypadku eksperymentu Milgrama, zgoda na zadawanie cierpienia wynikała najprawdopodobniej z  posłuszeństwa wobec autorytetu (eksperymentatora), braku poczucia osobistej odpowiedzialności (przeniesionej na eksperymentatora), bycia odseparowanym od osoby, której zadaje się cierpienie. Szereg eksperymentów, które wykonał Milgram, zmieniając nieco parametry sytuacji pokazał jak duży wpływ warunki miały na zachowanie badanych.

Milgram i Zimbardo pokazują, że aby odpowiedzieć na pytanie „jak to się dzieje, że dobrzy ludzie robią złe rzeczy?” nie wystarczy spojrzeć na człowieka, zbadać jego cechy osobowości, zdrowie, ocenić charakter. Przypisywanie przyczyn zachowania tylko lub głównie cechom sprawcy w psychologii nazywa się atrybucją wewnętrzną lub atrybucją dyspozycyjną. Ludzie mają nadmierną skłonność do takiego myślenia, co nazywamy podstawowym błędem atrybucji, gdyż psychologia eksperymentalna wykazuje jak istotne dla zachowania człowieka okazują się czynniki zewnętrzne – warunki, w jakich on działa, sytuacja, w jakiej się znajduje, zachowanie ludzi, którzy go otaczają. Innymi słowy, bardzo ważna jest atrybucja zewnętrzna, zwana też atrybucją sytuacyjną. 

CO POKAZAŁO ŻYCIE

W swojej książce Zimbardo opisuje także ciąg autentycznych zdarzeń, którego uczestnikami byli strażnicy i więźniowie. Tym razem nie był to eksperyment, lecz historia krzywdzenia i poniżenia, która rozegrała się w więzieniu Abu Ghraib w Iraku w 2003/2004 roku. Grupa amerykańskich strażników dopuściła się tortur na Irakijczykach przetrzymywanych w Abu Ghraib w areszcie przedprocesowym. Zimbardo został poproszony przez obrońcę jednego z oskarżonych, by wystąpił w procesie jako ekspert sądowy. Tym samym Zimbardo uzyskał dostęp do szczegółów sprawy.

Więźniowie byli rozbierani do naga, kazano im symulować masturbację lub seks oralny, zakładano worki lub majtki na głowę, zmuszano do stania godzinami w niewygodnej pozycji, związanych straszono psami policyjnymi, aresztowanemu kazano wejść na pudło, przywiązano do palców przewody elektryczne i straszono, że jeśli zejdzie lub spadnie na podłogę grozi mu porażenie prądem elektrycznym. Prześladujący więźniów strażnicy robili sobie z prześladowanymi zdjęcia, które Zimbardo określił mianem „zdjęć-trofeów”.

Nie odbierając im odpowiedzialności za czyny, które popełnili, Zimbardo zwraca jednak uwagę na warunki, w jakich doszło do znęcania się. W więzieniu panowały bardzo złe warunki bytowe: brak klimatyzacji przy bardzo wysokich temperaturach, brak kanalizacji, przepełnione toalety, życie w ciągłym smrodzie, racjonowana woda, strażnicy mieszkający w małych celach więziennych. Poziom bezpieczeństwa pozostawiał wiele do życzenia: więzienie było pod regularnym ostrzałem z moździerzy; cały czas realna była groźba buntu ze strony aresztowanych przetrzymywanych bez oficjalnego powodu w przepełnionych celach i poddawanych przesłuchaniom, podczas których nie stroniono od znęcania się. Warunki pracy strażników powodowały wzmożony stres: praca 40 dni pod rząd, 7 dni w tygodniu; wielu z nich nie miało wcześniej podobnego doświadczenia zawodowego. Wreszcie niejasne relacje zależności i słaby nadzór nad pracą strażników bardzo źle wpływały na ich morale: dowódczyni zarządzająca więzieniem była nieobecna, na kondygnacji (Centrum Przesłuchań), gdzie doszło do znęcania się przez strażników, hierarchia zależności nie została jasno określona – z jednej strony zarządzać kondygnacją miał dowódca nocnej zmiany strażników, z drugiej za dnia przychodzili tu zakontraktowani do przesłuchań cywile i wbrew zasadom wojskowym wydawali strażnikom polecenia „zmiękczania” więźniów nocą, tak by przesłuchania dzienne były bardziej skuteczne.

Badania psychologiczne Ivana Chipa Fredericka, dowódcy nocnej zmiany na dwóch kondygnacjach więzienia, gdzie doszło do znęcania się i tortur, nie potwierdziły żadnych nieprawidłowości jego osobowości czy zaburzeń psychicznych. Nie był więc sadystą czy psychopatą, który trafił do więzienia i wykorzystał sprzyjające warunki, by dać upust swoim żądzom. Zimbardo wskazuje, że  sytuacja, w której znalazł się Frederick i pozostali oskarżeni strażnicy, miała ogromny wpływ na ich zachowanie. Innymi słowy, psycholog dostrzegł ewidentne podobieństwa pomiędzy obserwacjami z eksperymentu więziennego a ciągiem zdarzeń w Abu Ghraib. 

NIE TYLKO ABU GHRAIB

Wkrótce po ukazaniu się reportażu nt Abu Ghraib w CBS w programie „60 Minutes II” w kwietniu 2004 roku, generał Richard B. Myers w wywiadzie zapewnił, że brakuje dowodów, by znęcanie to było systemowe. Zimbardo wyraził zdziwienie, jak w tak krótkim czasie od pojawienia się materiału wojskowy mógł mieć pewność, że podobne przypadki nie miały miejsca. Według psychologa była to po prostu próba wykazania, że z systemem nie ma żadnych problemów (armia jest w porządku) i że za całe zło odpowiedzialne są złe jednostki (oskarżeni strażnicy). W 2006 roku okazało się jednak, że oficjalnych dochodzeń dotyczących amerykańskiej armii jest już ponad 400, co świadczyłoby o tym, że bliższy prawdy jest psycholog Zimbardo, a nie generał Myers.

JABŁKO – KOSZ Z JABŁKAMI – PRODUCENT KOSZY

Co sprawia, że dobrzy ludzie robią złe rzeczy? Zimbardo, nie będąc gołosłownym, wskazuje, że olbrzymi wpływ na ludzi w eksperymentach psychologicznych ma sieć czynników sytuacyjnych, jakie stworzy eksperymentator. Strażnicy z więzienia w Abu Ghraib byli najprawdopodobniej przykładem takiego wpływu w eksperymencie, jaki sam się stworzył w irackim więzieniu. 


W wystąpieniu TED z 2008 roku, Zimbardo mówi o swoim dorobku zawodowym i podsumowuje podejścia psychologii do czynników wpływających na zachowanie człowieka.

Podejście dyspozycyjne szuka przyczyn wewnątrz człowieka, w jego predyspozycjach genetycznych, charakterze, osobowości, itd. Jeśli kierujemy się właśnie takim podejściem, to uważamy, że człowiek popełnił złe czyny, bo sam jest zły. Zimbardo mówi, że w takim podejściu człowiek, który popełnił złe czyny jest postrzegany jako zepsute jabłko. Podejście dyspozycyjne przyjmuje często psychiatria. Psychologia społeczna dowodzi, że ludzie zazwyczaj przeceniają wagę czynników dyspozycyjnych oceniając postępowanie innych ludzi.

Podejście sytuacyjne szuka przyczyn zachowania na zewnątrz człowieka, w środowisku, w jakim wzrastał, w warunkach, w jakich żyje, czy w okolicznościach, w jakich miało miejsce dane zachowanie. Jeśli kierujemy się takim podejściem, to zauważymy, że złe czyny popełniają bardzo różni ludzie. Jeśli człowiek jest jabłkiem, to badana sytuacja będzie koszem na jabłka, który może być czysty, lub brudny, wiklinowy lub plastikowy, postawiony w suchym lub wilgotnym miejscu. Podejście sytuacyjne jest charakterystyczne dla psychologii społecznej. 

Zimbardo zwraca uwagę, że można zastosować także podejście systemowe. Tutaj analizuje się szeroko pojęte okoliczności wpływające na człowieka – uwarunkowania polityczne, ekonomiczne, kulturowe, na które wpływ mają ludzie u władzy. Jeśli w podejściu dyspozycyjnym rozmawialiśmy o człowieku (jabłku), w sytuacyjnym o środowisku (koszu), to w podejściu systemowym będziemy mówić o stwarzaniu środowiska lub wielu środowisk (produkcji i producentach koszy). 

W Abu Ghraib ludzie u władzy usiłowali najpierw sprowadzić całe zajście do paru „zepsutych jabłek”. Kiedy to było niewystarczające, zaczęto przyglądać się panującej siatce zależności w Abu Ghraib (podejście sytuacyjne). Kiedy zaś wyszło na jaw, że podobne problemy występują w 400 innych przypadkach, sensowne (choć niekoniecznie wygodne) stało się rozważenie sprawy w kategoriach systemowych.  

Jeśli sytuacja ma wpływ na ludzi, nie możemy się od tego odciąć i twierdzić, że nam na pewno by się to nie przytrafiło. Zaprzeczalibyśmy albo wnioskom płynącym z eksperymentów albo własnemu człowieczeństwu. Tak, człowieczeństwo niesie ze sobą potencjał zarówno do dobrego i złego. Warto wiedzieć o wpływie sytuacji, by pewnych sytuacji unikać lub w nieuniknionych sytuacjach zachowywać wzmożoną czujność. Nie tylko, by nie stać się ofiarą, ale także, by nie zostać katem. Z kolei uwarunkowania systemowe mogą nam uświadomić, jak głęboko leży problem i jak szeroko zakrojonych, systemowych działań wymaga jego skuteczne rozwiązywanie. Przykładem niech będzie rasizm czy seksizm.

JAK TO SIĘ PRZEKŁADA NA ZWIERZĘTA I WEGANIZM?

Jak to się ma do głównych tematów, o których piszę na tym blogu, czyli do praw zwierząt i weganizmu? Czy zamierzam teraz przychylić się jednak do podejścia dyspozycyjnego i napisać coś o sadystach wsadzających żywe koty do włączonego piekarnika lub robiących inne, równie okrutne rzeczy, które wywołują oburzenie ogółu? Nie, nie zamierzam pisać o – mimo wszystko – wyjątkach, czyli o ludziach z poważnymi zaburzeniami psychiki/osobowości. Takich jest niewielu - jak słusznie zauważyli psychiatrzy zapytani przez Milgrama o prognozę wyników badania z prądem. Interesuje mnie za to wymiar sytuacyjny i systemowy stojący za zachowaniami zwykłych ludzi wobec innych ludzi, bo, jak sądzę, można dokonać pewnego porównania do zachowań zwykłych ludzi wobec zwierząt, szczególnie tych, od których jesteśmy najczęściej oddzieleni, tak jak w badaniu Milgrama nauczyciele od uczniów przegrodą, która ma wymiar nie tylko przestrzenny, ale na dodatek czasowy i kulturowy/ symboliczny – zwierząt, z których krzywdzenia korzystamy kupując i konsumując mięso, jaja, nabiał, a także inne produkty – choćby kupując i nosząc skóry (z włosem lub bez) czy wełnę. 

COŚ WIĘCEJ O TEJ KRZYWDZIE

Jaka to krzywda? To traktowanie zwierząt jak surowiec albo maszyny i wszystkie wynikające z tego podejścia konsekwencje: (1) selekcja hodowlana ukierunkowana na nasze korzyści (wydajna produkcja jaj, mleka, mięsa, skór, wełny i futer) bez względu na utratę zdrowia i cierpienie zwierząt, (2) utrzymywanie zwierząt w warunkach zapewniających wydajną produkcję bez względu na utratę zdrowia i cierpienie zwierząt, (3) pozbawienie życia, aby zapewnić wydajność produkcji (przerobić na mięso lub pozbyć się zwierząt niewydajnych) bez względu na to, że utrzymanie życia jest podstawowym interesem każdej żyjącej i czującej istoty, (4) wybór metody pozbawienia życia zapewniający szybkość, wydajność i dochodowość rzeźni bez względu na strach, ból i cierpienie zwierząt. Uprzedmiotowienie zwierząt ma wszystkie wady zniewolenia ludzi, a poprzez selekcję hodowlaną sprawia, że więzieniem zwierzęcia jest nie tylko klatka czy obora, w której zwierzę mieszka, ale także jego własne ciało. Szereg elementów uprzedmiotowienia zwierząt dotyka też zwierząt domowych, które też są hodowane pod kątem spełniania parametrów „miłośników ras”. Niemniej największe piętno odciska się na zwierzętach hodowanych na jaja, mleko i mięso oraz na wełnę, skóry i futra. 

SYTUACJE, SYTUACJE I JESZCZE RAZ SYTUACJE

Skoro ponad 90 procent społeczeństwa korzysta z bezwzględnej eksploatacji zwierząt, a tylko 1 procent społeczeństwa to sadyści/psychopaci, należy więc raczej odrzucić podejście dyspozycyjne i przejść do sytuacyjnego. Jakie to sytuacje i okoliczności sprawiają, że korzystamy chętnie z ewidentnej krzywdy zwierząt, a żeby tego było mało, lubimy mówić (z pełnym przekonaniem), że kochamy zwierzęta? Tych sytuacji jest całe mnóstwo. Zaczynają się od wczesnego dzieciństwa, kiedy rodzice podają nam „delikatnego kurczaka w słoiczku”, „leczo z mozarellą i kluseczkami” (danie po ósmym miesiącu życia), szykują nam jajeczniczkę, podają jogurcik z krowiego mleka (czasem z koziego, jak się okaże, że na krowie źle reagujemy) czy zaopatrują w skórzane buciki. Kiedy zaczynamy wymawiać słowa „kulczak”, „jajko” czy „mleczko”, są to już słowa związane z jedzeniem, a nie ze zwierzętami. Oglądamy mamę i tatę jedzących chleb z szynką, zabielających zupę śmietaną, rodzinę zajadającą się kiełbasą z grilla. W szkole utrwalamy „odpowiednie” skojarzenia łącząc kreskami w zeszycie ćwiczeń kurę z jajkiem, krowę z mlekiem, świnię z mięsem. Dział spożywczy w markecie wita nas tysiącem produktów z rysunkami uśmiechniętych kur, krówek i świnek. Reklamy w telewizji, radiu i na ulicy nie pozwalają nam zapomnieć o tych produktach. Sytuacja za sytuacją, przykład za przykładem, skojarzenie za skojarzeniem tworzą normę i zachętę, a w zasadzie rytmicznie pracujący walec, który wygładza i utwardza drogę, którą mamy się poruszać i którą się poruszamy. 



SYSTEM

Jak ma się do tego podejście systemowe? Otóż okazuje się, że to nie tylko moja matka, moja rodzina, moja szkoła i moja okolica tak funkcjonują. Tak funkcjonuje społeczeństwo: wiele matek, wiele rodzin, wiele szkół i wiele miejscowości. Tak funkcjonuje gospodarka, rząd, parlament, system edukacji i ustawodawstwo i sądownictwo. Eksploatacja zwierząt jest instytucjonalnie akceptowana, legalna i promowana. Nawet Ustawa o ochronie zwierząt jest tego świadectwem, bo de facto tylko reguluje eksploatację zwierząt. Powszechnie akceptowanym podejściem jest szowinizm gatunkowy, czyli lekceważenie interesów zwierząt pozaludzkich, nawet tych najbardziej podstawowych, tylko dlatego, że zwierzęta te nie są ludźmi. Listkiem figowym, którym przykrywamy tę bezwzględność i zachowujemy dobre mniemanie o sobie, jest nasz stosunek do zwierząt domowych. W praktyce nie zawsze jest się czym chwalić (ani hodowaniem ras ani zaniedbywaniem/porzucaniem zwierząt), ale w zasadzie, kiedy mówimy, że kochamy zwierzęta, nasze myśli biegną właśnie ku kotom i psom (rzadziej ku paru innym gatunkom; lubimy też podziwiać dzikie zwierzęta i dlatego nie lubimy myśliwych). Wspomniana Ustawa o ochronie zwierząt też stanowi część figowego listka, podobnie jak szereg organizacji „prozwierzęcych” prowadzących kampanie na rzecz polepszenia dobrostanu zwierząt (w ramach akceptowanej domyślnie eksploatacji), które od swoich zwolenników oczekują nie przejścia na weganizm, ale przekazania pieniędzy na kampanię czy złożenia podpisu pod stosowną petycją.

SYSTEMOWA OBOJĘTNOŚĆ: PRAWO, GOSPODARKA, EDUKACJA, KULTURA

Systemowy charakter tej obojętności na krzywdę zwierząt (pojęcie szowinizmu gatunkowego ukuł angielski psycholog Richard Ryder) w praktyce polega właśnie na instytucjonalizacji krzywdzenia zwierząt: ustala się ramy prawne, minimalne standardy utrzymania zwierząt, określa się gatunki zwierząt, które wolno eksploatować w określony sposób (np. zaliczając je do „zwierząt gospodarskich” i ustalając, że krowy są eksploatowane do produkcji mleka, cielęciny i wołowiny, a kury dla jaj i mięsa rosołowego itd.), określa się też sposób wdrażania przepisów, ich kontroli i egzekwowania, zaprasza się do rozmów organizacje, które nie kwestionują eksploatacji zwierząt jako takiej, lecz deklarują zainteresowanie regulacją tej eksploatacji. 

Osoby lub podmioty eksploatujące zwierzęta w taki sposób są przedsiębiorcami, którzy od swojej działalności płacą podatki, i mogą niejednokrotnie liczyć na ulgi czy dotacje. Produkcja żywności roślinnej nie jest preferowana. Żywność pochodzenia zwierzęcego jest reklamowana agresywnie, w sposób niczym nieograniczany przedstawia wyobrażone warunki eksploatacji  (zieloną trawkę i idylliczne obrazki). Często stosowanym chwytem jest przedstawianie zwierząt jako zadowolonych wolontariuszy, chętnie serwujących nam własne jajka, mleko czy ciało (mięso).

Równocześnie system edukacji szkolnej aktywnie uczy szowinizmu gatunkowego: (1) przedstawia eksploatację zwierząt określonych gatunków jako rzecz normalną, właściwą, społecznie pożądaną i potrzebną; (2) nie informuje, że dieta roślinna jest odpowiednia na każdym etapie życia i nie oferuje chętnym dalszych informacji, jak taką dietę ułożyć; (3) nie zwraca uwagi, że noszenie skóry czy wełny nie jest konieczne i że obuwie i ubrania bez produktów odzwierzęcych są dostępne; (4) nie zachęca do krytycznego spojrzenia na eksploatację zwierząt; (5) nie zapewnia uczniom pełnowartościowej diety wegańskiej w stołówkach, na szkolnych wycieczkach i zielonych szkołach, (6) uczy szacunku tylko do wybranych zwierząt (domowych), (7) nauczyciele, którzy chcieliby taką krytyczną edukację podjąć, mogą spodziewać się reprymendy ze strony dyrekcji (chyba że ograniczą się do wersji „soft” – krytykując cyrki ze zwierzętami lub noszenie futer).

Obrazu dopełnia kultura – filmy, książki, sztuka – która najczęściej wplata eksploatację zwierząt jako przezroczyste tło lub kanwę dla opowiedzenia historii ludzi i (czasem) zwierząt domowych.

Ludzie wpisujący się w instytucjonalny szowinizm gatunkowy mają łatwiej: nie muszą o nic pytać, prosić, niczego sprawdzać. Wszystko jest urządzone tak, by mogli poruszać się bez przeszkód w świecie, gdzie eksploatacja zwierząt jest wyborem domyślnym. Wychowani i wyedukowani w szowizmie gatunkowym nie muszą nawet o nim myśleć, podobnie jak kiedyś bez żadnych przeszkód poruszali się mężczyźni w świecie niekwestionowanego patriarchatu. Robienie złych rzeczy zwierzętom w takich sytuacjach i w takim systemie jest bajecznie proste i nie wymaga nawet złej woli. Wystarczy konformizm, obojętność i brak poczucia osobistej odpowiedzialności, o co w tak wykreowanym świecie bardzo łatwo. Ten system to jedna wielka pułapka na z gruntu dobrych ludzi.

EFEKT LUCYFERA

Zimbardo wymienia 7 procesów społecznych, które ułatwiają staczanie się w kierunku zła:

1. Bezmyślne robienie pierwszego małego kroku
2. Dehumanizacja Innych
3. Deindywidualizacja siebie (anonimowość)
4. Rozmycie osobistej odpowiedzialności
5. Ślepe posłuszeństwo władzy/autorytetowi
6. Bezkrytyczne podporządkowanie się normom grupowym
7. Bierna tolerancja wobec zła poprzez brak działania lub obojętność.

Wygląda na to, że większość tych procesów znajduje swoje zastosowanie w kształtowaniu szowinizmu gatunkowego, który przekłada się na tak ogromną krzywdę zwierząt.

EFEKT BOHATERA

Równocześnie Zimbardo szuka recepty na to, co robić, by zachęcić ludzi do robienia dobrych rzeczy. Okazuje się, że tak jak banalne potrafi być zło (jak określiła to Hannah Arendt relacjonując proces nazisty Eichmanna), tak banalne potrafi być też dobro: każdy z nas, przy odrobinie dobrych chęci, może stawać się „bohaterem dnia codziennego”. Wystarczy świadomie przeciwstawić się procesom, które popychają nas ku złu. Zimbardo radzi, byśmy bezmyślności przeciwstawiali refleksję i krytyczne myślenie, ślepemu posłuszeństwu – nonkonformizm, byśmy unikali dehumanizowania innych (tu warto dodać unikanie uprzedmiotawiania zwierząt), brali częściej odpowiedzialność za to co robimy i nie zasłaniali się przynależnością do grupy i wreszcie byśmy wychodzili ze strefy komfortu i reagowali na zło zamiast milczeć i odwracać wzrok. 

Bardzo cenię dorobek Zimbardo, choć mam krytyczne spojrzenie na fakt, że w swojej analizie pomija zwierzęta. Na szczęście, słuchając go uważnie wiem, że ślepe podporządkowanie się autorytetowi nie jest dobrym podejściem. Dlatego właśnie do tej analizy, naszej skłonności do złych i dobrych uczynków, włączam zwierzęta i promuję weganizm. Bo zwierzęta na to zasługują, a każdy z nas może zostać małym bohaterem zaczynając od kruszenia własnej obojętności. 


 Czytaj dalej:
Polecam książkę Zimbardo "Efekt Lucyfera (LINK), ale jeśli nie masz czasu, obejrzyj przynajmniej jego wystąpienie na TED (20 min, polskie napisy) (LINK)