Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dieta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dieta. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 lutego 2019

Naprawdę idealna?

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Moją uwagę zwrócił ostatnio artykuł "Dieta wegańska najlepsza dla sportowców" na portalu ekologia.pl. Jak widzę taki idealistyczny, jednoznaczny tytuł to myślę sobie: oho! Albo przynęta dla klikających, żeby przynajmniej weszli na stronę, albo kolejny przykład idealizowania diety roślinnej, albo obie te rzeczy na raz. 

Ok, klikam (widać ja też łapię przynętę, tyle że z innego powodu). 

Skoro artykuł jest o jakimś badaniu, to od razu szukam nazwy badania, nazwisk autorów i linku do abstraktu. Nic takiego tu nie znajduję. Niestety, nie jestem zdziwiona, bo w wielu doniesieniach medialnych to standard, oczywiście bardzo zły. Co prawda jest przekręcone imię i nazwisko jednego z autorów badania: "powiedział dr Neala Barnarda" (powinno być "powiedział dr Neal Barnard"), ale z tego artykułu nie dowiemy się, jaki jest związek tej osoby z badaniem (jest głównym autorem tego badania). Przeczytamy tylko, że „dr Neala Barnarda” jest z George Washington University School of Medicine. 

Dobrze że przynajmniej jest nazwa czasopisma, gdzie badanie opublikowano. Szukam, szukam, uff, w końcu znajduję. Przyznam, że chwilę mi to zajęło, bo w artykule, z którego ekologia.pl czerpie doniesienie, linku do badania też nie ma. Jest tam jednak parę nazwisk autorów badania zidentyfikowanych jako autorzy badania (ważne!). O badaniu za chwilę.

Jaki jest stosunek treści artykułu do atrakcyjnego tytułu o wyższości diety wegańskiej w sporcie? Zdecydowanie niejednoznaczny. Dlaczego? Bo za korzyściami zdrowotnymi w artykule stoją następujące czynniki:
  • weganizm, czyli nie tylko dieta. Ciekawe jak na układ sercowo-naczyniowy wpływa na przykład noszenie nieskórzanych butów sportowych, czy korzystanie z płynu pod prysznic nietestowanego na zwierzętach  
  • dieta oparta na roślinach, czyli taka, gdzie rośliny stanowią większość składników diety i gdzie mogą się znaleźć, w mniejszości, składniki nieroślinne, a więc odzwierzęce – do diety wegańskiej blisko, ale to jednak nie to samo (chyba że zapowie się na początku artykułu, że będzie się stosować te terminy wymiennie)
  • dieta bezmięsna, czyli zawierająca rośliny, nabiał i jaja. Nabiał i jaja nigdy wegańskie nie były.
  • dieta niskotłuszczowa, w tym wegetariańska, czyli albo dieta zawierająca rośliny, mięso, nabiał i jaja, albo rośliny, nabiał i jaja z zastrzeżeniem, że jedna i druga ma niską zawartość tłuszczu (roślinnego i zwierzęcego). Co to ma wspólnego z dietą roślinną?
Jak powyższe ma się do wpadającego w oko tytułu? Nie za bardzo. I pytanie na marginesie: Skąd się tam nagle wzięła dieta niskotłuszczowa? (ja akurat wiem, ale dla czytelnika nieznającego powiązania autorów z organizacją, która zajmuje się usilnym promowaniem jednej wersji diety roślinnej – niskotłuszczowej diety roślinnej nie będzie to jasne, tym bardziej, że ta niskotłuszczowa dieta na ekologia.pl zamienia się w dietę z wszystkimi składnikami odzwierzęcymi. Na czele tej organizacji, czyli Physicians Committee for Responsible Medicine, stoi autor badania Neal Barnard).

Jak wygląda artykuł, na którym bazowano polskie doniesienie? Po pierwsze, już tytuł jest mniej jednoznaczny i mniej wykluczający inne diety. „Athletes can thrive on plant-based diets” na stronie health.usnews.com , czyli „Sportowcy mogą kwitnąć/świetnie funkcjonować na dietach opartych na roślinach”. Po pierwsze „mogą” robi dużą różnicę. Mogą, ale nie muszą. Po drugie, słowo "dieta" nie bez powodu użyte jest w liczbie mnogiej, bo dietę opartą na roślinach można układać na różne sposoby. Warto więc  pamiętać, że nie musi to być dieta niskotłuszczowa, ani dieta w pełni roślinna. Co więcej, jeśli sportowcy mogą świetnie radzić sobie na dietach opartych na roślinnych, nie wyklucza to stwierdzenia, że mogą sobie radzić także na innych dietach. Widzimy, że ekologia.pl wybrała tytuł nieporównywalnie bardziej jednoznaczny, wykluczający inne opcje. 

Jak odzwierciedlono tu wnioski z badania, do którego nie podano linku ani w polskim ani w amerykańskim artykule? Jest tam mowa zarówno o „plant-based” jak i „vegan” diets, przy czym zastrzeżono, że terminy te są w opracowaniu używane jako wymienne i oznaczające dietę roślinną. Niemniej, w badaniu przewija się też dieta wegetariańska (mogąca zawierać jajka i nabiał), a więc wyniki nie dotyczą tylko diety roślinnej. Ponadto, tekst ostrożnie traktuje związki przyczynowo-skutkowe, co najczęściej przejawia się tym, że zamiast pisać, że coś wpływa na coś, pisze się tam (jak i w wielu innych badaniach), że coś może wpływać na coś. 

Tej ostrożności brakuje polskiemu artykułowi, co od razu wzbudza moją nieufność, mimo tego, że nie jestem dietetyczką ani nie specjalizuję się w tym temacie amatorsko. Od razu zaznaczę więc, że mój tekst porusza tylko parę kwestii, nie jest w żaden sposób wyczerpujący. Staram się tylko korzystać z podstawowych zasad ostrożności przy czytaniu doniesień o wpływie różnych czynników na zdrowie, w szczególności zaś ostrożność tę rezerwuję dla tematu, który jest związany z aktywizmem prozwierzęcym. Zachęcam też do takiej ostrożności czytelników i czytelniczki, w tym osoby zajmujące się aktywizmem.

Hurra optymizm, pochopne idealizowanie diety roślinnej nie służą sprawie i nie jestem pierwszą osobą, która o tym pisze. Nie służy też sprawie utożsamianie weganizmu z dietą, co tutaj też ma miejsce (wybranie diety roślinnej dla dokonań sportowych nie równa się przejściu na weganizm).

Co służy promowaniu weganizmu? Z pewnością staranne poszukiwanie opartych na dowodach naukowych odpowiedzi na pytanie: jak żyć zdrowo na diecie roślinnej? Weganizm to co prawda dużo więcej niż dieta, ale to właśnie unikanie produktów odzwierzęcych w jedzeniu jest sprzeciwem wobec największej machiny przemocy wobec zwierząt – produkcji mleka, mięsa i jaj. 



Czytaj dalej:
  • Tekst oryginalnego badania "Plant-Based Diets for Cardiovascular Safety and Performance in Endurance Sports", Neal D. Barnard, David M. Goldman, James F. Loomis, Hana Kahleova, Susan M. Levin, Stephen Neabore and Travis C. Batts; Nutrients 2019, 11(1), 130; doi:10.3390/nu11010130 (link)
  • Artykuł na ekologia.pl (link), 
  • artykuł, na bazie którego powstał polski artykuł z ekologia.pl (link)
  • artykuł dietetyczki Virginii Messiny o idealizowaniu diety roślinnej w kontekście urody "Preventing ex-vegans" (link)
  • Jak czytać badania naukowe - poradnik dla laików - Damian Parol (link)




niedziela, 10 grudnia 2017

Nakarmi, odmłodzi, uleczy, zdrowie zabezpieczy. Weganizm?

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Znajoma, wiedząc, że jestem weganką, zapytała mnie gdzie może zjeść bezglutenowy obiad. Nie miałam pojęcia. Nie mam nic do glutenu. Jestem tylko weganką. Najwyraźniej jednak „wegański” i „bezglutenowy” skleiły się ostatnio w dwupak dając na przykład wegańskiego burgera bezglutenowego czy bezglutenową wegańską pizzę. Idźmy dalej, wegańskie bezglutenowe ciasto bez białego cukru. A może wegańskie bezglutenowe kotlety bez soi? 

Czy wegański produkt zawsze jest bezglutenowy? Czy wegański produkt musi być bez soi i cukru? Aż się prosi zapytać czy wegańskie jedzenie jest zawsze bez czegoś, czy jest wybrakowane i niesmaczne? Czy weganizm to nowy trend w zdrowym odżywianiu? A może nawet dieta cud? No i wreszcie czy weganizm to tylko dieta? Uwaga spoiler: wcale nie!



Moda na weganizm zredukowała go do diety roślinnej. Najpopularniejsze obecnie są wegańskie blogi kulinarne, a w mediach o weganizmie najczęściej mówi się i pisze właśnie przez pryzmat diety. Faktycznie najwięcej wegańskich wyborów dotyczy jedzenia, bo większość z nas je parę razy dziennie. Jednak w weganizmie chodzi o dużo więcej.

Moda na dietę roślinną napędzana jest poszukiwaniem diety idealnej, która ma wyleczyć lub uodpornić nas na wszystkie choroby, zapewnić optymalne zdrowie, a także pozwolić zachować młody wygląd przez całe życie. Dietę wegańską wpisuje się w ten sposób w wachlarz diet, których ludzie próbują w poszukiwaniu cudownego panaceum na wszystkie bolączki.  Dieta wegańska zredukowana do diety leczniczej lub diety cud występuje w gronie diety bezglutenowej, diety bezcukrowej, diety surowej, frutarianizmu a nawet  - o zgrozo – bretarianizmu. 

Jak to jest z tymi dietami? Dieta bezglutenowa jest często stosowana bez uzasadnienia medycznego. Ktoś ma jakieś bliżej niesprecyzowane dolegliwości i zamiast udać się do lekarza po diagnozę, postanawia spróbować diety bezglutenowej, którą stosuje i zachwala już grono koleżanek i kolegów. Odpada zwykłe pieczywo pszenne czy żytnie, pizza i kasza jęczmienna. Dieta bezcukrowa do zera eliminuje składnik, który wystarczy ograniczać. Zamiast kupować mniej ciastek, adept diety bezcukrowej odmawia spożycia wszystkiego, co zawiera dodany cukier, ograniczając zakres gotowych produktów, które mógłby kupić lub zjeść idąc w odwiedziny. Dieta surowa sugeruje przestawienie się w pełni na jedzenie surowe, choć część produktów łatwiej zjeść i przyswoić w formie gotowanej, nie mówiąc już o tym, że surowa dieta jest bardziej kłopotliwa w przygotowaniu i stosowaniu; może także utrudniać uzyskanie niektórych potrzebnych składników odżywczych. Dieta owocowa nie jest w ogóle zrównoważonym sposobem odżywiania, zaś bretarianizm stanowi już nie tyle dietę co formę wiary w możliwość niejedzenia w ogóle i odżywiania się samą „praną”. 

Dla wielu osób, przejście na dietę roślinną motywowane lękiem o własne zdrowie, stanowi dopiero pierwszy krok w stronę eksperymentowania z dietami. Niestety. Następnym „logicznym” krokiem ma być któraś z proponowanych diet: wykluczenie gotowania, glutenu, cukru, a także soi. Nazywanie tego surowym weganizmem, czy bezglutenowym weganizmem jest niewłaściwe, bo weganizm, jak już mówiłam wcześniej nie jest dietą. Można co najwyżej mówić o różnych dietach roślinnych – czyli np. o surowej diecie roślinnej czy bezglutenowej diecie roślinnej. Wstawiona w taki kontekst dieta wegańska często obrasta dodatkowymi, niepotrzebnymi ograniczeniami, które wbrew oczekiwaniom powodują zmęczenie, stwarzają dodatkowe trudności, zazwyczaj nie spełniają zawyżonych oczekiwań, powodują niedobory żywieniowe i kończą się porzuceniem roślinnego odżywiania, a tym samym przekreśleniem weganizmu.



Niestety naszym pragnieniem znalezienia diety idealnej instrumentalnie posługują się nie tylko samozwańczy guru żywieniowi, ale także niektórzy aktywiści prozwierzęcy chcący propagować weganizm. Intencje słuszne, ale cel nie uświęca środków. Niedawno nakręcony amerykański film „What the Health” jest przykładem takiej wegańskiej propagandy obiecującej gruszki na wierzbie, chyba w nadziei, że ludzie poszukujący panaceum na swoje choroby i dolegliwości spróbują diety roślinnej i przy okazji zainteresują się losem zwierząt eksploatowanych w celu produkcji jaj, nabiału i mięsa, a  na dalszym etapie, być może także ich zainteresowanie poszerzy się o inne formy krzywdzenia zwierząt – np. w przemyśle odzieżowym czy rozrywkowym, kosmetycznym i medycznym. 

Dietetyczka Virginia Messina, specjalizująca się od parudziesięciu lat w dietach roślinnych i weganka, równocześnie osoba, której zależy na upowszechnianiu dietetyki opartej na dowodach naukowych, napisała bardzo krytyczną recenzję tego filmu. Wytyka autorom, że przedstawiają twierdzenia nieznajdujące potwierdzenia w dowodach naukowych. Wyolbrzymiają zarówno szkodliwość produktów odzwierzęcych porównując np. przetworzone mięso do papierosów, jak i fantastyczość produktów roślinnych sugerując, że można być zdrowym i wyleczyć choroby takie jak niedokrwienną chorobę serca tylko na diecie roślinnej. Nauka o związku diet z chorobami i zdrowiem jest dużo bardziej złożona i wyciąganie prostych wniosków, choć atrakcyjne, w rzeczywistości nie jest możliwe. Messina krytykuje także przytaczane przykłady błyskawicznych "uzdrowień" dietą roślinną - zwyrodnienia stawów, tocznia rumieniowatego układowego, czy depresji. Podkreśla, że nie ma dowodów naukowych na takie leczące właściwości diety roślinnej i konstatuje, że wiarygodność ruchu wegańskiego jest podważana właśnie przez takie przekłamania, wyolbrzymienia na temat zdrowotnych aspektów diety roślinnej. 

Choć dieta roślinna nie jest dietą cud, to istnieją dowody naukowe, że może mieć WIELE zalet prozdowotnych, służyć w profilaktyce i leczeniu NIEKTÓRYCH chorób, ale trzeba uczciwie powiedzieć, że z powodzeniem takim samym narzędziem może być dieta w większości roślinna i zawierająca w mniejszości produkty odzwierzęce. Dopiero z etycznego punktu widzenia, wtedy gdy sprzeciwiamy się eksploatacji zwierząt promocja diety stuprocentowo roślinnej ma pełen sens, co Messina wielokrotnie potwierdza na swoim blogu.

Dieta wegańska powinna być dobrze ułożona, tak aby mogła służyć naszemu zdrowiu. Nie wystarczy zastąpić kotleta wieprzowego kotletem sojowym, jajecznicę tofucznicą, kanapki z serem żółtym z krowiego mleka kanapką z serem żółtym z soi. Gdybyśmy tak zrobili, moglibyśmy mieć dość monotonną dietę. Trzeba się trochę wysilić, poznać podstawowe grupy pokarmowe na diecie roślinnej, doczytać o witaminie B12 i witaminie D, pomyszkować trochę po wegańskich blogach, nauczyć się czytać etykiety w sklepie spożywczym. Jest parę rzeczy do zrobienia, które same się nie zrobią. Czasem nawet warto wybrać się do dietetyka znającego się na dietach roślinnych. 

Dieta wegańska, jak napisałam, nie ma nic wspólnego z wykluczaniem glutenu, cukru, soi, soli czy przetworzonych produktów. Dieta wegańska to dieta roślinna, kropka. Może być nisko lub wysokokaloryczna, mało lub bardzo przetworzona, surowa lub gotowana, smażona i pieczona. Słodka, słona, pikantna, kwaśna, gorzka. Dieta wegańska może być sycąca i smaczna. Warto czytać i próbować przepisy i produkty, by się o tym przekonać. 

Weganizm zaś nie ogranicza się do wegańskiej diety. To sprzeciw wobec krzywdzenia i zabijania zwierząt. W praktyce oznacza to unikanie produktów pochodzących z eksploatacji i krzywdzenia zwierząt i usług związanych z taką eksploatacją i krzywdą. Zwierzęta eksploatuje się nie tylko w celu uzyskania jaj, nabiału i mięsa, ale także dla uzyskania wełny, skóry czy futer. Wykorzystuje się je w laboratoriach testując różne substancje i produkty. Zwierzęta są też wykorzystywane w jeździectwie, cyrkach, parkach rozrywki i ogrodach zoologicznych. Hoduje się zwierzęta domowe, aby spełniały funkcję ozdobną, towarzyszącą, wartowniczą, ratunkową i wiele innych. Wszędzie tam, gdzie zwierzę jest przedmiotem bardziej niż podmiotem, tam mamy do czynienia z krzywdzącym wykorzystywaniem, któremu weganizm się sprzeciwia. Siłą rzeczy więc nie może ograniczać się do diety. 



Weganizm jest innym spojrzeniem na zwierzęta od tego, do czego przyzwyczaił nas szowinizm gatunkowy mający na względzie interesy człowieka i dyskryminujący z zasady nawet najbardziej żywotne interesy zwierząt. Weganizm jest ruchem społecznym postulującym zmianę zasad postępowania wobec zwierząt. Zmiana ta bezwzględnie musi zacząć się od każdego z nas z osobna. Nie ma bowiem poważnego myślenia o zwierzętach bez weganizmu, chyba że pod słowo „zwierzęta” podstawimy tylko ulubione gatunki zwierząt, takie jak psy i koty. Podobnie jak nie ma poważnego myślenia o prawach człowieka bez feminizmu i antyrasizmu, chyba że pod słowo „człowiek” podstawimy tylko białego mężczyznę. 

Wciąż jednak udajemy, że nie ma konfliktu interesów pomiędzy naszym zatroskaniem o zwierzęta, a jedzeniem mięsa, sera żółtego, jajek, noszeniem skórzanych butów i wełnianych swetrów. Jednak prawdziwy sprzeciw wobec krzywdzenia zwierząt nie da się połączyć z regularną, nieincydentalną eksploatacją zwierząt. Musimy wreszcie stawić temu czoła i równolegle do rozmowy o dobru zwierząt prowadzić rozmowę o weganizmie.


Więcej informacji:

  • Grupy pokarmowe na diecie roślinnej: produkty zbożowe (kasze, ryż, pieczywo, makarony), rośliny strączkowe (fasole, groch, ciecierzyca, soczewica, soja, przetwory sojowe), inne warzywa, owoce, orzechy i pestki (LINK - po angielsku)
  • Mój artykuł o witaminie B12: "B12? Tak, biorę" (LINK)
  • O witaminie B12 i D na blogu dla sportowców na diecie roślinnej Veganworkout.org.pl (LINK)
  • Dieta roślinna jest możliwa, a jeśli dobrze się ją ułoży, jest zdrowa, zapewni składniki odżywcze, a nawet pomoże w profilaktyce niektórych chorób. Takie jest stanowisko największej na świecie organizacji zrzeszającej dietetyków, amerykańska Academy of Nutrition and Dietetics (LINK)  i wersja starsza, po polski (LINK)
  • Przepisy kuchni wegańskiej z wielu blogów w programie Stowarzyszenia Empatia „Weganizm.Spróbujesz?” (LINK)
  • Wegecentrum - specjalistyczne dietetyczne porady na temat diet roślinnych (LINK)
  • Krytyczna recenzja „What the Health” napisana przez dietetyczkę Virginię Messinę (LINK)



poniedziałek, 28 listopada 2016

Mój talerz, cudze życie

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Od kiedy zostałam weganką niezmiennie interesuje mnie dlaczego inni ludzie wciąż weganami nie są. Nie chodzi mi o tych, którzy deklarują się jako obojętni lub wręcz wrogo nastawieni wobec zwierząt. Nie myślę też o tych, którzy są bezpośrednio zaangażowani w krzywdzenie zwierząt – hodowcy, rzeźnicy, eksperymentatorzy. Nie znaczy, że wrogość i obojętność jest niezmienna. Oczywiście, że może ulec zmianie. Nie chodzi, o to, że hodowca, rzeźnik czy eksperymentator nie może zmienić zawodu i stosunku do zwierząt. Znam takie przypadki – robiłam polskie napisy do filmu pt. Peaceable Kingdom. The Journey Home zrealizowanego przez Tribe of Heart. Bohaterami tego dokumentu są hodowcy, którzy wyhodowali i posłali na śmierć, albo nawet samodzielnie zabili, wiele zwierząt, ale w końcu, pod wpływem różnych czynników, zmienili swój stosunek do zwierząt, przestali je hodować i zabijać i dziś są weganami. Ich historie są ogromnie inspirujące, bo jeśli oni potrafili to zrobić, to w zasadzie droga ta jest otwarta dla każdego i każdej z nas.

O jakich ludzi chodzi mi więc w szczególności? O tych, którzy deklarują, że lubią, a nawet kochają zwierzęta. O tych, którzy mają psa, kota, królika, fretkę czy świnkę morską i dbają o swoich podopiecznych. Część odpowiedzi znajduję w mojej własnej historii. W końcu ja też miałam zwierzęta w domu, a przez wiele lat weganką nie byłam. Co więcej, do 2004 roku nawet mi to do głowy nie przyszło, mimo że byłam już dorosłą i samodzielną osobą i zawsze uważałam, że mam głowę na karku. Mam też na koncie półtoraroczny okres wegetarianizmu, czyli częściowej rezygnacji z produktów pochodzących z systemowego krzywdzenia zwierząt. Nieustająco uważam, że większość tropów prowadzi mnie do szowinizmu gatunkowego, ideologii dominacji naszego gatunku nad innymi tak powszechnie występującej, że aż niezauważalnej.

Szowinizm gatunkowy jest tak niezauważalny, że jego przejawy, czyli eksploatacja zwierząt, uznawane są za coś naturalnego, normalnego i niewymagającego wyjaśnienia. Co zatem pokazuje, że dotąd nie potrzebowaliśmy żadnych wyjaśnień? Konfrontacja z kimś, kto o takie wyjaśnienia zapyta. Wtedy zaskoczeni inteligentni ludzie mówią rzeczy, które zaprzeczają ich inteligencji. Dostarczają odpowiedzi, których poziomu wstydziliby się, gdyby rozmowa toczyła się na inny, “poważniejszy” temat. Czy to znaczy, że nagle ich inteligencja wyparowała? Przykro mi, ale nie wierzę w cuda. Myślę raczej, że to co mówią, zaskoczeni pytaniem, często nie jest racjonalnym kontrargumentem, lecz naprędce sklejoną racjonalizacją. Wymówką. De facto, im ktoś bardziej inteligentny, tym bardziej złożona będzie racjonalizacja. I cały czas mówię o ludziach deklarujących się jako przyjaciele zwierząt, przeciwni zadawaniu zwierzętom niepotrzebnego cierpienia.

W książce pt. Eat Like You Care napisanej przez Gary’ego Francione’a i Annę Charlton w 2013 roku, obok autentycznych wątpliwości i obaw wynikających z niewiedzy, mamy zestawienie najczęściej przedstawianych racjonalizacji. Autorzy odpowiadają na, jeśli dobrze policzyłam, 36 takich “ale” w przystępny, lecz nie protekcjonalny sposób. Książkę można więc polecić zarówno osobom, które takie wątpliwości mają jak i tym, które chciałyby skorzystać z doświadczenia wieloletnich działaczy na rzecz praw zwierząt i wzbogacić swój aktywizm o konstruktywne argumenty i pomocne dane.

Brak wiedzy dotyczy głównie kwestii zdrowotnych diety roślinnej. Pokutuje, na przykład, mit białka. Twierdzi się, że na diecie roślinnej człowiekowi zabraknie białka. Rozbrojenie tego mitu jest proste: wiele badań wskazuje, że na diecie roślinnej ludzie konsumują wystarczającą, lub nawet zbyt dużą ilość białka. Dodam w szczególności, że mówi tak największa na świecie organizacja zrzeszająca dietetyków, amerykańska Academy of Nutrition and Dietetics w swoim Stanowisku  na temat diet wegetariańskich. Stanowisko jest wynikiem analizy dostępnych badań i jest aktualizowane co około 5 lat. Tegoroczna aktualizacja potwierdza, że właściwie ułożone diety wegetariańskie (w tym wegańskie) zaspokajają zapotrzebowanie na składniki odżywcze na każdym etapie życia. Oczywiście oznacza to, że diety roślinnej należy się nauczyć, ale każda osoba chcąca żyć zdrowo, powinna interesować się tym jak układać sobie dietę, bo poleganie na tym co podpowiadają same kubki smakowe może być zgubne w skutkach. Na temat diety roślinnej mamy coraz więcej rzetelnych informacji, blogów i książek. Przybywa też dietetyków i dietetyczek posiadających odpowiednią wiedzę na temat takich diet i potrafiących w sposób przystępny ją przekazać.

Racjonalizacje czerpią pełnymi garściami właśnie z zasobów szowinizmu gatunkowego, czyli ideologii dominacji gatunkowej. Mogą mieć formę religijną (Ale Bóg pozwolił nam jeść zwierzęta), albo świecką (To my powołaliśmy zwierzęta do życia, żeby je zjeść, więc mamy prawo to robić). W przypadku rzekomego przyzwolenia Boga na jedzenie zwierząt, Francione i Charlton przypominają, że: (1) Księga Rodzaju ma nieco bardziej skomplikowany przekaz i za ideał uznaje jednak życie w harmonii ze zwierzętami, (2) nie należy się zapędzać i przyjmować wszystkiego dosłownie, bo albo będziemy musieli popierać np. niewolnictwo albo popadniemy w sprzeczność raz popierając morderstwo innym razem nadstawianie drugiego policzka, (3) nawet jeśli uważamy, że ludzie mają duszę i są ważniejsi od zwierząt, to taki pogląd nie stoi w sprzeczności z uznaniem, że zwierzęta są zdolne do cierpienia i że zadawanie go powinno być uzasadnione ważną przyczyną, za którą trudno uznać własną wygodę czy przyzwyczajenie do określonego smaku. Świecka wersja dominacji woła, nomen omen, o pomstę do nieba, jeśli przełożymy ją na relacje międzyludzkie. Jeśli bowiem uważamy, że mamy prawo krzywdzić i zabijać zwierzęta, bo powołaliśmy je do życia, to analogiczne myślenie w odniesieniu do naszych własnych dzieci rodzi najgorsze skojarzenia (i niestety czasem również zdarza się w praktyce, gdy rodzice uważając, że mają tzw. władzę rodzicielską czują się uprawnieni do przemocy fizycznej i psychicznej a także do wymuszaniu na dzieciach określonej ścieżki edukacyjnej a nawet zawodowej).

Wątpliwości zamieszczone w książce są typowe i często spotykane. Sama miałam z nimi wielokrotnie do czynienia w ciągu ostatnich dziesięciu lat, od kiedy zajmuję się aktywizmem na rzecz praw zwierząt. Przybierają czasem formę hipotetycznych sytuacji, w których dana osoba się nie znajduje, ale które mają udowodnić, że rzeczywista sytuacja, w której wątpiący przebywa ma rację bytu, jest usprawiedliwiona. Przyjrzyjmy się tej argumentacji na omówionym w książce przykładzie bezludnej wyspy. Znaleźliśmy się (oczywiście hipotetycznie) na bezludnej wyspie, gdzie nie rosną żadne jadalne rośliny. Będąc o krok od śmierci głodowej zauważamy królika i dramatycznym głosem pytamy naszego (niehipotetycznego) rozmówcę: Czyż nie mam prawa zabić i zjeść królika, żeby ocalić swoje życie? Następnie gładko przechodzimy do niehipotetycznej sytuacji w supermarkecie, gdzie pośród wielu jadalnych roślin, wybieramy pasztet z królika polerując czystość swojego sumienia hipotetycznym przykładem sytuacji z wyspy. Czy nie jesteśmy genialni? Francione odbiera nam przyjemność samozadowolenia punktując niedostatki takiego rozumowania. Nawet jeśli w wyjątkowej sytuacji będziemy usprawiedliwieni zabijając królika, nie mówi nam to nic o sytuacjach zwyczajnych, w których dysponujemy możliwością wyboru. Dodam, że podobnie jest choćby z kradzieżą, która w sytuacji ratowania zdrowia i życia może być usprawiedliwiona (biedna matka kradnie chleb dla siebie i dzieci), ale nie znaczy to, że kradzież dla wygody czy przyjemności jest w porządku.

Nie będę oczywiście przytaczać wszystkich przykładów i streszczać całej książki. Myślę, że wspólnym mianownikiem wszystkich odpowiedzi jest zachęta do refleksji i świeżego spojrzenia na nasze nawykowe myślenie i racjonalizacje zasilane szowinizmem gatunkowym. Nadzieja na to, że jesteśmy mimo wszystko gotowi i gotowe zmierzyć się z naszymi przekonaniami na nowo i poszerzyć wiedzę praktyczną jest ugruntowana na prostym przekonaniu: że w gruncie rzeczy i w głębi serca nie jesteśmy obojętni.



Czytaj więcej:
- Całe Stanowisko Academy of Nutrition and Dietetics, a dokładniej tegoroczna aktualizacja Stanowiska na temat diet wegetariańskich możecie przeczytać tu (link)
- Poprzednia aktualizacja tego stanowiska przetłumaczona na język polski  można pobrać ze strony Empatii (link)
- Jedna z poradni dietetycznych, gdzie uzyskacie informacje jak ułożyć dietę wegańską to Wegecentrum (link)
- Recenzję książki "Eat Like You Care" napisaną przez Janinę Cuper znajdziecie na blogu Empatii (link)
- Jak słusznie zauważył Roger Yates, socjolog i wieloletni aktywista na rzecz praw zwierząt, być może lepiej byłoby, gdyby ta książka nazywała się "Live Like You Care" -  post "Let's Stick with Veganism" na blogu Yatesa (link)
- Trailer "Peaceable Kingdom. The Journey Home" (link)
- Oczywiście, weganizm to nie tylko dieta. Dieta jest głównym przejawem postawy szacunku wobec zwierząt - mój tekst na ten temat (link)

czwartek, 22 września 2016

Stereotypy o weganizmie: weganizm to dieta

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Stefan był weganinem. Jadł i jadł. Usta mu się nie zamykały. Pracowicie przeżuwał liście sałaty, skrzętnie chrupał marchew, łapczywie wysysał sok z pomarańczy, dopychał bananem (bez skojarzeń), ale ciągle chodził głodny. Strączki dawały wycisk jego jelitom, lecz nie dawał za wygraną. Próbował też korzonków i jagód. Chodził na grzyby.  Przed snem, zamiast baranów, liczył sobie wystające żebra.

Wróć. Stefan był weganinem. Jadł dostarczające pożywnego białka rośliny strączkowe, a pozostałe aminokwasy egzogenne dostarczał sobie ze zbóż. W jadłospisie ważne miejsce miały zielonolistne warzywa. Stefan nie zapominał o  orzechach i pestkach. Codziennie jadł też owoce. Z odrazą patrzył na tłuszcze nasycone i tłuszcze trans. Bilansował białko, węglowodany i tłuszcze nienasycone. Ważył się i mierzył co tydzień. Ćwiczył. Jego skóra była gładka, bicepsy twarde w dotyku, a brzuch płaski. Był Bogiem. No dobra, był nieśmiertelny.

Wróć. Stefan był weganinem. Miał gdzieś kalorie i składniki pokarmowe. Był obżartuchem, a przecież na diecie roślinnej najeść można się i to nieźle. Jadł ciasta, pączki, czekolady, cukierki, gofry, torty i lody. Uwielbiał wegańskie burgery. Wybrzydzał. Jego cera była w porządku, ale spodnie przestały się dopinać. Kupił następną parę i jadł dalej. Mieszkał w Warszawie, więc nawet nie musiał sobie tego wszystkiego sam przygotowywać. Kupował. Żałował trochę, że nie mieszka w Berlinie. Tam dopiero roślinożercy mieli używanie.

Wróć.  Stefan był weganinem. Dlaczego więc narracje kompulsywnie skupiają się na jedzeniu? Bo weganizm jest stereotypowo utożsamiany z dietą, a dieta roślinna sama obrasta we własne stereotypy: ma być albo uboga i niesycąca, albo związana ze zdrowym stylem życia, albo modna i wielkomiejska. Razem stereotypy te tworzą chmurę, która zasłania sedno sprawy – etyczny wymiar weganizmu.

Kto więc tak naprawdę jest weganinem? Weganinem/weganką jest osoba, która jest przeciwna eksploatacji zwierząt i okrucieństwu wobec nich i stara się wykluczyć w stopniu możliwym i wykonalnym wszystkie formy eksploatacji i okrucieństwa wobec zwierząt w związku z produkcją żywności, ubrań czy w jakimkolwiek innym celu; co za tym idzie promuje rozwój i wykorzystywanie alternatyw wolnych od składników odzwierzęcych i niezwiązanych ze zwierzętami, które to alternatywy są korzystne dla ludzi, zwierząt i środowiska. W taki sposób definicja weganizmu oficjalnie sformułowana przez The Vegan Society w 1979 roku przekłada się na pojedynczego weganina lub wegankę.

Owszem, produkcja żywności jest na pierwszym miejscu. Stąd zapewne skojarzenie weganizmu z dietą, ale widać równocześnie, że jest to tylko jeden z wielu elementów, których wspólnym mianownikiem jest eksploatacja zwierząt. Zwierzęta są wykorzystywane, krzywdzone i zabijane z premedytacją (w przeciwieństwie do przypadkowego zranienia czy zabicia) nie tylko w produkcji mięsa, mleka i jajek, ale także w powiązanej produkcji skór i wełny, oraz w produkcji futer a nawet jedwabiu. Jest też wiele przykładów eksploatacji w przemyśle rozrywkowym i hobbystycznym: pokazy tresury lwów, słoni czy koni w cyrkach, pokazy tresury delfinów i orek w wodnych parkach rozrywki, tresura koni do jazdy konnej, wyścigi koni i chartów, gonienie byków w Pampelunie, korrida czy rodeo. Zwierzęta są też tresowane do filmów (owczarki niemieckie w „Czterej Pancerni i pies”, prosięta, psy, szympansica Chrissy i inne szympansy w „Babe 2: pig in the city”).

Eksploatacja dotyczy zarówno zwierząt udomowionych jak też zwierząt dzikich, szczególnie ryb w rybołówstwie. Istnieje także cały sektor hodowli zwierząt domowych, których cechy fizyczne i psychiczne mają być podporządkowane naszym gustom i celom: przede wszystkim psy kanapowe, salonowe, wystawowe i użytkowe, a także koty, króliki czy fretki o różnej długości i kolorze sierści. Miłośnicy ras  przyjmują do wiadomości lub puszczają mimo uszu, że wzorzec rasy bywa szkodliwy dla zwierząt go spełniających (począwszy od długich tułowi na krótkich nogach jamników, poprzez spłaszczone twarzoczaszki persów i buldogów, do ras dużych i miniaturowych). Oczywiście zwierzęta są też eksploatowane w testach składników i produktów (np. kosmetyki) oraz w badaniach biomedycznych.

Produkcja żywności jest wymieniona jako pierwsza, bo jest to sektor, który eksploatuje największą liczbę zwierząt. W skali globalnej jest to 60 miliardów zwierząt lądowych rocznie (głównie kury, potem indyki, świnie, krowy, owce, kozy). Jeśli chodzi o ryby, to albo są one łapane w sieci w morzach i oceanach, albo hodowane na fermach. Nie ma dokładnych danych dotyczących liczby tych zwierząt zabijanych rocznie. Są tylko szacunki produkcji w tonach. W statystykach FAO ryby, skorupiaki i mięczaki są umieszczone razem, a ich "produkcja" jest podzielona na rybołówstwo i akwakulturę. W 2014 roku, rybołówstwo było odpowiedzialne globalnie za blisko 93,5 mln ton zabitych zwierząt, zaś akwakultura blisko 74 mln ton. Dorsze bałtyckie średnio ważą około 2kg, karpie są zabijane, gdy osiągają wagę około 2kg, łososie dorastają do 24 kg, tuńczyki błękitnopłetwe - 350 kg. Dzięki znajomości średniej masy ciała i liczby ton poszczególnego gatunku można obliczyć średnią liczbę ryb danego gatunku zabitych rocznie.  W Polsce zwierząt lądowych zabija się około 800 milionów rocznie. Podobnie jak w skali globalnej, większość tej liczby stanowią kurczęta (tzw. brojlery zabijane w wieku około 6 tygodni) oraz kury (z ferm jajczarskich wysyłane do rzeźni w wieku 1-2 lat).

Weganizm jest kojarzony z dietą nie tyle z powodu skali eksploatacji zwierząt w przemyśle spożywczym, o której często nie mamy pojęcia, ile z prostego względu, że jedzenie jest czynnością, którą wykonujemy bardzo często. Jemy posiłki parę razy dziennie, zakupy spożywcze robimy parę razy w tygodniu, niektórzy z nas codziennie gotują, inni chodzą regularnie do stołówek, barów i restauracji. Częstotliwość kupowania produktów spożywczych, przygotowywania dań i myślenia o jedzeniu jest nieporównywalnie większa od częstotliwości kupowania butów i płaszczy czy decydowania się na jakiś rodzaj rozrywki.

Ograniczanie weganizmu do diety jest nie tylko niezgodne z rzeczywistością (Stefan, który jest na diecie roślinnej ale kupuje skórzane buty, wełniane swetry i kurtki z futrzanym obszyciem nie jest weganinem), ale utrudnia zrozumienie o co w weganizmie chodzi. Weganizm utożsamiony z dietą wrzuca się do worka z witarianizmem, frutarianizmem, dietą bezglutenową, dietą wg grupy krwi, dietą paleo czy dietami odchudzającymi albo zapewniającymi wieczne zdrowie i młodość. Staje się on wtedy jedną z opcji, którą dobieramy według własnych upodobań lub obsesji albo z polecenia guru żywieniowych.

Skupianie się na diecie może opóźnić lub zniwelować zainteresowanie kwestiami etycznymi, czyli eksploatacją zwierząt.  Pominięcie rozmowy o wykorzystywaniu i zabijaniu zwierząt i zastąpienie jej roztrząsaniem listy składników skojarzy weganizm z religią, szczególnie z koszernością, i ustawi weganizm jako jeszcze jeden sposób odżywiania. Dziś zjem schabowego w restauracji z tradycyjną polską kuchnią, jutro pójdę ze znajomymi do restauracji wietnamskiej, a w weekend zajrzymy do wegańskiego baru na roślinnego burgera. Wegańska restauracja stanie się wtedy kolejną propozycją kuchni „etnicznej”, której możemy sobie próbować, od której możemy stronić, lub którą tolerujemy u naszych znajomych. Kuchenna część poranka w komercyjnej stacji TV wita specjalistę od kurzej wątróbki, a za 15 minut zaprosi do stołu blogerkę, która zrobi roślinną wersję tego dania.

Weganizm nie jest alternatywnym stylem życia czy kulturową odmianą kuchni. Jest sprzeciwem wobec eksploatacji zwierząt. Postuluje wziąć na poważnie to, co większość z nas już dawno temu przyznała – nie można zadawać niepotrzebnego cierpienia zwierzętom; nie można zabijać zwierząt bez ważnego powodu. Dość dobrze radzimy sobie z tym przekonaniem, gdy oczami wyobraźni w miejscu „zwierzęcia” postawimy psa czy kota (choć jak widać w przypadku hodowli i handlu zwierzętami domowymi pozostaje wiele do życzenia). Weganizm wynika z dość prostego założenia: na eksploatację nie zasługuje żadne zwierzę, które myśli, czuje i chce żyć. Założenie to idzie w parze z wnioskiem: dopóki mam wybór, nie przykładam ręki do eksploatacji zwierząt. 


 Czytaj więcej:
- Podróż po statystykach dotyczących eksploatacji ryb -



niedziela, 7 sierpnia 2016

Stereotypy o weganizmie: weganizm jest drogi

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Przekonanie, że weganizm jest drogi jest podzielane najczęściej przez … niewegan. Nie ma w tym nic dziwnego, bo stereotypy najczęściej są utrzymywane przy życiu przez ludzi, którzy nie znają zbyt dobrze zjawiska poddawanego stereotypom. Ludzie ci patrzą na takie zjawisko z dystansu i nie poznają go bliżej. Następnie, opierając się na fragmentarycznych skojarzeniach, tworzą uogólnienia. Stereotyp jest gotowy. 

Mądrość ludowa głosi, że w każdym stereotypie jest ziarno prawdy. Choć mądrość ludowa nie zawsze ma rację, spróbujmy zobaczyć skąd bierze się to przekonanie o drożyźnie weganizmu.  Skoro autorami tego stereotypu są nieweganie, spójrzmy na weganizm także z ich perspektywy.

Każdy nieweganin je produkty odzwierzęce (to oczywiste) i rzadko je tak nazywa, dzieląc je raczej na mięso, wędliny, nabiał i jaja. Każdy nieweganin je też produkty roślinne (to mniej oczywiste) i rzadko je tak nazywa, mówiąc raczej o warzywach i owocach, pieczywie, makaronie, kaszach i ryżach; czasem przypomina sobie o orzechach (z podkategorią orzeszków ziemnych jako przekąską); z rzadka wspomina o pestkach słonecznika czy dyni. W książkach kucharskich tradycyjnej kuchni polskiej potrawy dzieli się na zupy, dania mięsne, mączne i jarskie oraz desery.

W większości niewegańskich dań kuchni polskiej miesza się składniki odzwierzęce z roślinnymi: w schabowym znajdzie się mięso ze świni, kurze jajko, mąka pszenna i olej słonecznikowy; w kanapkach - chleb pszenny lub żytni, ser krowi lub wędlina ze świni/kury, sałata i pomidor; w mizerii - ogórek i śmietana z krowiego mleka; w cieście pierogowym obok mąki pszennej nierzadko jajko, a w farszu pierogowym mięso ze zwierząt, szpinak często łączony ze śmietaną lub kapusta z grzybami czasem doprawiana tłuszczem ze świni. Skoro składniki odzwierzęce i roślinne mieszają się w różnych daniach, dla niewegan ostry podział "roślinne kontra zwierzęce" praktycznie nie istnieje. Kiedy mają spojrzeć na produkty żywnościowe dzieląc ją na te dwie grupy często mają z tym problem. Nie dlatego, że coś jest nie tak z ich inteligencją. Po prostu nie są przyzwyczajeni do myślenia takimi kategoriami.

W kuchni wegetariańskiej usuwa się mięso i wędliny, ale dania równie często pozostają mieszanką produktów odzwierzęcych i roślinnych: chleb z serem krowim i pomidorem, zupa pomidorowa zabielana krowią śmietaną, ciasto pierogowe z jajkiem, sałatka warzywna z sosem majonezowym (jajecznym) czy wiosenne nowalijki z sosem jogurtowym (jogurt z krowiego mleka). Wegetarianie nie odrzucają produktów odzwierzęcych; podnoszą alarm tylko w przypadku mięsa i innych części ciał zwierząt.

Wszystkie wyżej wymieniane produkty roślinne jedzone przez niewegan to równocześnie produkty wegańskie. Wymienię je raz jeszcze: kasza, ryż, makaron (w zasadzie zasługują na liczbę mnogą ze względu na różnorodność), fasola, groch, ciecierzyca, soczewica (rośliny strączkowe), inne warzywa (tu można wymieniać bez końca), owoce (również imponująca grupa) i wreszcie orzechy i pestki. Te produkty w większości są tanie, być może poza bardziej egzotycznymi nowościami. Kupowanie sezonowych warzyw i owoców pozwala korzystać z niskich cen, a poza sezonem wiele warzyw można kupić w mrożonkach.

Jednak kiedy nieweganie mówią, że weganizm jest drogi, nie odnoszą się do powyższych produktów, które stanowią 80-90 procent diety wegańskiej, ale do tych 10-20 procent produktów wegańskich,  których sami nie jedzą: tofu, wegańskiego mleka, jogurtów i gotowych zastępników mięsa i wędlin. Te produkty są faktycznie droższe od ich odzwierzęcych pierwowzorów - oto nasze ziarno prawdy. Ziarno to de facto ma rozmiar niewielki, ale rośnie w oczach tych, którzy na podstawie fragmentarycznych skojarzeń tworzą z niego główną oś znanego nam stereotypu.

Niemniej nawet w przypadku tych produktów sytuacja jest dynamiczna. Ich różnorodność na naszym rynku rośnie, ich ceny spadają. 10 lat temu można było dostać 1 rodzaj mleka roślinnego. W tej chwili dostępnych jest paręnaście rodzajów różnych producentów. Poza tym ilość gotowców w diecie roślinnej można różnicować. Niektórzy jedzą je często, inni nie jedzą ich w ogóle, jeszcze inni częściowo zastępują tańszymi produktami przygotowywanymi w domu: np. pasztetami i pastami na chleb. Tak na marginesie dopowiem, że gotowce, za wyjątkiem mleka sojowego i tofu, nie są specjalnie zdrowe. Lepiej jeść je z umiarem bazując jednak na zbożach (kasze, ryże, makarony pełnoziarniste), roślinach strączkowych, innych warzywach (szczególnie tych zielonolistnych), owocach i z dodatkiem orzechów i pestek.

Stereotyp “weganizm jest drogi” zawiera jeszcze jedną dezinformację: sprowadza weganizm do diety. Dieta stanowi dużą część weganizmu, ale bynajmniej na tym sprawa się nie kończy. Weganizm to unikanie produktów odzwierzęcych wynikające z szacunku wobec zwierząt i świadomości, że produkty te związane są z krzywdzeniem zwierząt (w tym z zabijaniem). Produkty odzwierzęce to nie tylko jedzenie, ale także ubrania zrobione ze skóry, wełny czy futra, a także usługi związane z wykorzystywaniem zwierząt: cyrk ze zwierzętami, jeździectwo, wyścigi konne, ogrody zoologiczne, delfinaria, hodowla i sprzedaż psów, kotów i innych zwierząt. 
Weganizm definiuje się bardziej jako unikanie niż nieużywanie produktów odzwierzęcych, bo żyjemy w świecie, gdzie eksploatacja zwierząt dzieje się na tak ogromną skalę (w Polsce zabija się w związku z produkcją spożywczą ponad 800 milionów ptaków i ssaków rocznie), że produkty tej eksploatacji znajdziemy nie tylko w sklepie spożywczym czy odzieżowym ale także w farbach, smarach, gumie czy asfalcie. Weganizm polega więc przede wszystkim na nieużywaniu produktów dla których bezpośrednio eksploatuje się zwierzęta: ciał zwierząt (mięsa, wędlin, skór, wełny, futer), mleka zwierząt i jego przetworów oraz jaj. Weganie nie płacą też za usługi związane z krzywdzeniem zwierząt (choć niektórzy mają problem z przyjęciem do wiadomości, że jeździectwo jest taką usługą).


Jeśli szacunek ma mieć jakiekolwiek znaczenie, musi oznaczać odmowę krzywdzenia. Nie mogę mówić, że szanuję zwierzęta, a następnie wyciągać portfel i płacić za ich eksploatację. Weganizm nie jest więc modą żywieniową, która na podstawie bliżej nieznanej teorii dietetycznej każe wyrzucić z diety nie tylko mięso, ale nabiał i jaja. Nieporozumieniem jest stawianie weganizmu w jednym szeregu z witarianizmem, dietą bezglutenową czy frutarianizmem. Weganizm jest postawą szacunku wobec zwierząt i odmową eksploatacji.


Weganizm jest odmową dyskryminacji ze względu na przynależność gatunkową, podobnie jak feminizm jest odmową dyskryminacji ze względu na przynależność do płci żeńskiej, czy antyrasizm – odmową dyskryminacji ze względu na przynależność do grupy nieposiadającej białego koloru skóry. Weganizm poszerza definicję “Innego” – tego, kogo można skrzywdzić dyskryminacją i prześladowaniem. Zwierzę zdolne do odczuwania bólu i cierpienia jest takim innym, w przeciwieństwie rośliny czy przedmiotu, których skrzywdzić się nie da.  Zamiast w dziale “kulinaria” stawiajmy weganizm w sekcji “sprawiedliwość społeczna”. Książki kucharskie są co najwyżej o diecie roślinnej.