Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gary Francione. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gary Francione. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 25 sierpnia 2019

Jak zmierzyć, kto liczy się moralnie?

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Ted Bundy porywał, torturował, gwałcił i zabijał kobiety. Przez 24 lata Josef Fritzl więził w piwnicy swoją córkę. Gwałcił ją a później więził też trójkę poczętych w ten sposób dzieci. Jest dla nas oczywiste, że jeden i drugi dopuszczał się rażących naruszeń praw człowieka: krzywdzenia, odebrania wolności i życia bez ważnej, usprawiedliwiającej przyczyny, np. w obronie własnej. Prawa człowieka zakładają, że wszyscy ludzie są równi, a wolność jednych (na przykład do spełniania swoich pragnień, nieważne czy zdrowych czy chorych) ograniczają prawa innych ludzi do życia, wolności a także wolności od tortur. W 1948 roku ONZ uchwaliła Deklarację praw człowieka w odpowiedzi na zbrodnie, jakich naziści dopuścili się podczas II Wojny Światowej. Były to już nie tylko indywidualne, ale przerażające w swej systemowości krzywdy o ogromnej (jak na Europę) skali.

Z prawami człowieka jest jednak ten kłopot, że choć stanowią ważne narzędzie w walce o sprawiedliwość dla ludzi, to nie wyczerpują tematu krzywdy i sprawiedliwości, który dotyczy innych istot. Moglibyśmy się temu sprzeciwić mówiąc, że przecież prawa mogą mieć tylko osoby racjonalne, zdolne do rozumienia pojęcia praw i sprawiedliwości, a także do przyjęcia na siebie obowiązków moralnych. Zauważmy jednak, że prawa człowieka w ich podstawowym wymiarze stosują się także do dzieci i ludzi z ciężkimi upośledzeniami mózgu, którzy czasowo lub trwale pozbawieni są powyższych zdolności dostępnych ludziom dorosłym nieposiadającym takich ograniczeń lub niepełnosprawności. Pisząc „istoty” mam na myśli zwierzęta, a pisząc „zwierzęta” dodam, że i to wymagać będzie dookreślenia, bo o ile można sensownie mówić o krzywdzie świni to o krzywdzie gąbki (która też jest zwierzęciem) już trudno.

Odpowiedzią na tę lukę w etycznym krajobrazie jest poszukiwanie kryterium innego niż przynależność do gatunku Homo sapiens. Innymi słowy, wychodzimy poza nasz własny gatunek i rozglądamy się, kto powinien liczyć się moralnie. Kto ma psa czy kota przynajmniej intuicyjnie przyzna, że jest to słuszny kierunek. 



Etyka praw zwierząt analogicznie do praw człowieka, postuluje, że część zwierząt (spełniających pewne kryteria związane z posiadaniem centralnego układu nerwowego) tym różnią się od przedmiotów martwych (np. krzesła) lub pewnej klasy obiektów żywych (np. drzewa czy gąbki), że posiadają przyrodzoną i nieredukowalną wartość podlegającą ochronie. Ta wartość jest przeciwieństwem wartości instrumentalnej przypisywanej przedmiotom, która rośnie lub maleje w zależności od tego za ile ktoś jest gotów dany przedmiot sprzedać lub kupić. Biedny czy bogaty, stary czy młody, samotny czy posiadający rodzinę, czarny czy biały, kobieta czy mężczyzna, dziecko czy dorosły – każdy człowiek posiada taką samą wartość od urodzenia do śmierci, nie może się jej zrzec na przykład sprzedając się w niewolę, a inni nie mogą go krzywdzić, by zaspokoić własne interesy czy żądze. 

Etyka praw zwierząt postuluje analogicznie do praw człowieka i wbrew obecnie obowiązującemu podejściu „humanitarnej eksploatacji” ochronę zwierząt jako nośników takiej właśnie nieredukowalnej i nieinstrumentalnej wartości. Respektować prawa zwierząt to w skrócie uznać, że ich prawo do życia, spełniania swoich potrzeb i pragnień jest tak ważne jak analogiczne prawa człowieka i że nie możemy tych praw gwałcić traktując zwierzęta jako środki do realizacji naszych celów, jakby zwierzęta były po prostu surowcami, narzędziami czy maszynami. Respektować prawa zwierząt to powstrzymywać się od eksploatacji, nawet takiej, którą dziś określa się mianem humanitarnej.

Skoro jednak nie chodzi o wszystkie zwierzęta, to czy możemy wyznaczyć gatunki, o które na pewno chodzi? W powszechnym przekonaniu do tych gatunków należy zaliczyć domowe psy i koty. Ludzie w krajach Zachodu, do którego kulturową przynależność zgłaszamy, sprzeciwiają się powszechnie zjadaniu psów w Chinach, żądają wycofania psów i kotów z eksperymentów medycznych i oburzają się, gdy ktoś znęca się nad tymi zwierzętami lub zaniedbując prowadzi do ich cierpienia. Zatrzymanie się na psach i kotach, czy jeszcze paru innych gatunkach zwierząt trzymanych jako domowi towarzysze, byłoby jednak oparte na podobnie podejrzanej wybiórczości co ograniczenie się wyłącznie do Homo sapiens. „Świnie nie powinny mieć praw, bo zbyt lubię schabowe” – powiedziane w Polsce byłoby przecież dokładnie takim samym argumentem, jak „Psy nie powinny mieć praw, bo zbyt lubimy ich mięso” – zadeklarowane w Chinach.

Twórca pierwszej teorii praw zwierząt, amerykański filozof i ioczywiście zwolennik praw człowieka Tom Regan robiąc przegląd dotychczasowych teorii sprawiedliwości zaproponował kryterium „podmiotu życia” (subject of a life), które obejmowałoby przynajmniej jednoroczne (i starsze) ssaki oraz ludzi. Kryterium to opisał w książce z 1983 roku pt „The Case for Animal Rights”:

Być podmiotem życia, w sensie, który będzie tu używany, oznacza więcej niż bycie tylko żywym i więcej niż bycie tylko świadomym. Być podmiotem życia to być jednostką charakteryzującą się cechami omówionymi w pierwszych rozdziałach niniejszej książki; znaczy to, że jednostki są podmiotami życia, jeśli mają przekonania i pragnienia; zdolność postrzegania zmysłowego, pamięć i poczucie przyszłości, w tym przyszłości własnej; życie emocjonalne wraz z odczuwaniem przyjemności i bólu; interesy w zakresie preferencji i dobrostanu; zdolność do inicjowania działań w celu realizowania swoich pragnień i celów; psychofizyczną tożsamość rozciągającą się w czasie; a także jednostkowy dobrostan, który oznacza, że życie, którego doświadczają odbierają jako dobre lub złe, w logiczny sposób niezależnie od ich przydatności dla kogoś innego czy bycia przedmiotem czyichś interesów.

Dlaczego zaczął akurat od jednorocznych ssaków? Podejrzewam, że kiedy to pisał, taka granica wydawała się bezpieczna. Dodał jednak, że nie ma pewności, gdzie granicę tę należałoby wyznaczyć. Pozostawił więc sprawę otwartą, zależną od poszerzania naszej wiedzy. Dziś naukowcy obserwują cechy podmiotów życia u większości kręgowców.



Twórcą kolejnej teorii praw zwierząt, obecnie określanej mianem abolistycznego podejścia do praw zwierząt jest amerykański prawnik Gary Francione, który za kryterium wystarczające do postulowania praw zwierząt przyjmuje doznaniowość („sentience”) i definiuje ją tak:

Istota czująca/doznająca to istota, która ma podmiotową świadomość; istota, która ma interesy, tzn. preferencje, pragnienia czy oczekiwania.
Przejawiamy szowinizm gatunkowy, kiedy twierdzimy, że istota musi mieć umysł podobny do ludzkiego, żeby liczyć się moralnie. Innymi słowy, szowinistycznym jest twierdzenie, że dana istota musi posiadać refleksję na temat samoświadomości lub być zdolna do myślenia pojęciami, lub mieć ogólną zdolność do doświadczania życia tak, jak doświadczają go ludzie, aby mieć prawo do niebycia używaną jako rzecz/zasób. Dopóki jest to ktoś, kto ma podmiotową świadomość i komu na jego własny sposób zależy na tym co się z nim dzieje, dopóty jest to wystarczający warunek do posiadania moralnego prawa do niebycia używanym jako rzecz/zasób.

Francione proponuje zatem niższy niż Regan próg, który dana istota musi przekroczyć, by można było mówić o jej prawach. O jakie zwierzęta chodzi w tym przypadku? Na pewno będą to kręgowce. Francione uważa też, że z pewnością będą to też niektóre bezkręgowce, np. homary. Co do owadów – uznaje, że żadnej pewności nie ma, lecz woli mylić się na ich korzyść i mówi, że celowo ich nie zabija.

W przypadku obydwu kryteriów, zarówno Regan jak i Francione, postulują odejście od eksploatacji zwierząt jako pierwszy i najważniejszy krok w uregulowaniu naszych relacji ze zwierzętami, wypełnieniu etycznej luki, którą pomijamy kończąc sprawę sprawiedliwości na prawach człowieka lub ograniczając się do porządnego zajmowania się psami i kotami. Odejście od eksploatacji to oczywiście weganizm. Czy zawsze możliwy? Być może nie. Ale niewątpliwie z moralnego punktu widzenia konieczny tam, gdzie wykonalny.

Dlaczego nie pozostać przy wygodnym szowinizmie gatunkowym? Angielski psycholog, Richard Ryder, twórca tego pojęcia (speciesism), w eseju na temat (nie)zasadności eksperymentów na zwierzętach z 1974 roku puścił wodze wyobraźni i napisał:

A jak należałoby postąpić wobec Marsjan, gdyby doszło do ich lądowania? Czy byłoby rzeczą etyczną przeprowadzenie na nich wiwisekcji? Ale chwileczkę, przykład ten nastręcza bowiem pewne trudności; zwłaszcza wtedy, gdy okaże się, że przeciętny współczynnik inteligencji Marsjanina wynosi 1000 jednostek, a nie 100 i gdy uświadomimy sobie, że są oni całkowicie uodpornieni na rakiety, broń chemiczną i wyrafinowane argumenty filozoficzne.
„…Niech wszyscy lekarze i studenci medycyny stawią się natychmiast w celu poddania się wiwisekcji. Przykro nam, że musimy podjąć takie kroki – nie jesteśmy sadystami, ale musimy poddać was eksperymentom, aby uzupełnić naszą wiedzę o anatomii i fizjologii człowieka..
Będzie to w końcu z korzyścią nie tylko dla naszego gatunku, lecz także dla waszego. Możliwe, że przysługują wam pewne rudymentarne zdolności do odczuwania bólu, a niektórzy spośród was mogą być nawet zdolni do najprostszych form rozumowania, byłoby jednak z naszej strony zwykłym sentymentalizmem, gdybyśmy przyznali wam jakiekolwiek prawa moralne. Jest niedorzecznością porównywać was z Marsjanami. Dobro Marsjan nade wszystko. Proszę nie myśleć sobie, że zamierzamy zadawać wam jakiekolwiek niepotrzebne cierpienie, lub że nie lubimy ludzi – przeciwnie, wielu spośród nas ma swoich własnych ludzkich ulubieńców”. 
Pewnego dnia tak właśnie mogłoby się wydarzyć i wówczas my sami zajmiemy miejsce prześladowanych.
Hmm, no właśnie. Także tego…

Czytaj/oglądaj dalej:
  • "The Case for Animal Rights", Tom Regan - dostępna w Bibliotece Praw Zwierząt [link]
  • Artykuł o "sentience" na stronie Gary'ego Francione [link]
  • Richard Ryder wyjaśnia pojęcie szowinizmu gatunkowego - video 3min40 [link]



poniedziałek, 2 lipca 2018

Ile praw zwierząt w prawach zwierząt?

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Na X Ogólnopolskim Kongresie Kobiet w czerwcu 2018 roku zostało zorganizowane „Centrum zwierząt”. Nie była to premiera tego tematu, bo Na Kongresie Kobiet o zwierzętach mówiono już wcześniej, na przykład podczas dyskusji w ramach „Centrum Zielone” w 2017 roku. Niemniej, w tym roku, spośród czterech paneli dyskusyjnych, szczególnie zainteresował mnie jeden, gdyż miał w swoim tytule prawa zwierząt. 

Kiedy słyszę lub widzę termin prawa zwierząt w głowie zapalają mi się dwa światła – zielone i pomarańczowe. Zielony to kolor nadziei, że wreszcie mówimy o zwierzętach na poważnie. Prawa zwierząt to przecież koncepcja rozwinięta w różny sposób przez filozofa Toma Regana i prawnika i filozofa Gary’ego Francione’a – w jednym i w drugim przypadku mająca wspólny mianownik: sprzeciw wobec eksploatacji zwierząt i, co za tym idzie, weganizm. Pomarańczowy to ostrzeżenie „Uważaj z tą nadzieją”, bo, jak pokazuje już wieloletnia praktyka, termin prawa zwierząt jest regularnie nadużywany: stosuje się go tam, gdzie w ogóle nikt nie sprzeciwia się eksploatacji. O „prawach zwierząt” mówi się bardzo często tam, gdzie de facto rozmowa dotyczy regulowania warunków eksploatacji, np. przeniesienia kur eksploatowanych dla jaj z klatek do budynków bez klatek, skrócenia transportu zwierząt wiezionych do rzeźni itp. 

Byłam zatem ciekawa ale i ostrożna w swoich oczekiwaniach, kiedy postanowiłam obejrzeć udostępniony na Facebooku panel pt. „Dlaczego feministki powinny walczyć o prawa zwierząt”. 

Organizatorem Centrum Zwierząt, a więc i tego panelu, była Fundacja Alberta Schweitzera, która na swojej stronie internetowej deklaruje, że jej celem długoterminowym jest „doprowadzenie do zakończenia chowu przemysłowego i popularyzacja wegańskiego stylu życia”, a strategia skupia się na dwóch filarach: (1) współpracy z firmami polegającej na zachęcaniu ich, by przestały sprzedawać „produkty, które są wynikiem szczególnie okrutnych procedur (na przykład jaja z chowu bateryjnego), ale by także rozszerzały i ulepszały swój asortyment produktów roślinnych.” oraz na (2) edukacji konsumentów, dla których uruchomiono kampanię Vegan Taste Week, „aby dotrzeć do możliwie największej liczby osób i skutecznie nakłonić je do ponownego przemyślenia ich wyborów”.  Fundacja działa więc w temacie zwierząt hodowanych na mięso, mleko, jaja i futra, jednak nie sprzeciwia się jednoznacznie eksploatacji zwierząt (tylko jej przemysłowej formie), nie postuluje weganizmu tylko chce go popularyzować (moralny obowiązek a popularny styl życia to jednak różne sprawy), zaś na swojej stronie w ogóle nie odwołuje się do teorii praw zwierząt. 

Tyle organizator. A jak wyglądał panel? Udział wzięły: prowadząca spotkanie przedstawicielka fundacji Karolina Skowron, pisarka, autorka „Prowadź swój pług przez kości umarłych” Olga Tokarczuk, adwokatka zajmująca się sprawami łamania Ustawy o ochronie zwierząt i sprawami przemocy domowej Karolina Kuszlewicz, historyczka sztuki, autorka bloga „Nie-zła sztuka” zajmująca się animal studies na Wydziale Artes Liberales Uniwersytetu Warszawskiego Dorota Łagodzka oraz dr Justyna Włodarczyk - z Zakładu Literatury Amerykańskiej Uniwersytetu Warszawskiego, zajmująca się m.in. animal studies i teorią feministyczną.

Rozmawiano o ciekawych i istotnych sprawach.
Olga Tokarczuk mówiła, że odchodzi w przeszłość hierarchiczny model traktowania przyrody. Choć nie zgadzam się, że taki trend ma miejsce – jest to zbyt optymistyczne twierdzenie – to myślę, że zdecydowanie i ludziom i zwierzętom pozaludzkim przydałoby się, gdyby ludzie przyjęli taką antyhierarchiczną, bardziej egalitarną perspektywę. Być może czując się bardziej braćmi i siostrami zwierząt, czy po prostu współmieszkańcami tej samej planety, bylibyśmy bardziej skłonni przyjąć jako właściwą i zdroworozsądkową postawę samoograniczenia, o której wspominała pisarka. 

Dodałabym, że powinno to w pierwszym rzędzie dotyczyć Europy i Ameryki Północnej, gdzie styl życia oparty na konsumpcji, szczególnie produktów pochodzenia zwierzęcego, krzywdzi bezpośrednio eksploatowane zwierzęta, ale także zabiera miejsce do życia dzikim zwierzętom zamieniając ich dom w pola upraw przeznaczane na paszę, a także zatruwa środowisko i napędza produkcję gazów cieplarnianych. Cierpimy z tego powodu wszyscy i nie ma w tym cierpieniu sprawiedliwości, bo choć najbardziej szkodzą bogaci, to największy ciężar muszą nieść na swoich barkach ludzie najbiedniejsi i niczemu winne zwierzęta.

Karolina Kuszlewicz mówiła o tym, że przemoc ma uniwersalny charakter przejawiający się poczuciem władzy sprawcy nad słabszą od niego ofiarą, a także o tym, że zdarza się i to nie rzadko, że przemoc domowa (najczęściej mężczyzn wobec kobiet i dzieci) łączy się z przemocą tych samych sprawców wobec zwierząt. Zdarza się – jak potwierdziły to badania w USA – że przemoc wobec zwierząt poprzedza przemoc wobec dzieci. 

Przemoc fizyczna wobec zwierząt domowych jest też realizowana przez sprawcę jako przemoc psychiczna wobec kobiety, która jest opiekunką zwierzęcia. Wreszcie kobiety bywają też zmuszane do seksu ze zwierzętami. Kuszlewicz podkreśliła, że w Polsce związki między przemocą domową a przemocą wobec zwierząt nie są dostrzegane: jeśli odkryta zostanie przemoc wobec zwierzęcia domowego, to policja nie interesuje się, czy przypadkiem nie kryje się za tym także przemoc wobec ludzkich członków rodziny sprawcy. Z kolei kobiety uciekające przed przemocą do schronisk nie są tam przyjmowane ze zwierzętami.

Dorota Łagodzka zwróciła uwagę zebranych na język jako narzędzie dewaluacji nie tylko kobiet ale i zwierząt. Kiedy używamy słów oznaczających zwierzęta (np. wredna suka, kura domowa, stara krowa, głupia kwoka) wyrażamy nie tylko patriarchalne uprzedzenia redukujące kobiety do istot bardziej biologicznych, mniej refleksyjnych, ale tym samym pokazujemy nasz brak szacunku do zwierząt pozaludzkich. Ponadto, kiedy chcemy wyrazić oburzenie złem wyrządzanym przez ludzi, lubimy używać metafor i porównań związanych ze zwierzętami: gwałciciel zachował się „jak zwierzę”, jego czyn był „nieludzki”. Jak zauważyła Łagodzka, paradoksalne jest to, że mianem „nieludzkich” określamy czyny, do których zdolni są tylko ludzie. 

Justyna Włodarczyk dodała do dyskusji perspektywę historyczną, w której ukazała jak idee praw kobiet i lepszego traktowania zwierząt spotykały się już w działaniach sufrażystek XIX wieku. Podczas zebrania Ligii Humanitarnej przeciwnej zadawaniu niepotrzebnego cierpienia istotom czującym, Lizzy Lind zachęcała do połączenia ruchów humanitarnych – sufrażystek, przeciwników wiwisekcji, przeciwników kar cielesnych i kary śmierci, pacyfistów i wegetarian. 

Włodarczyk poczyniła ciekawą obserwację, że choć w pewnym okresie ruch prozwierzęcy zajmował się intensywnie cierpieniem zwierząt wykorzystywanych przez ludzi klasy pracującej, to po pewnym czasie zajął się także przewinieniami klasy wyższej.  Najpierw walczono o zakaz walk psów czy o zakaz ciągnięcia wózków przez psy, - to drugie dla wielu ludzi nie było fanaberią lecz sposobem na utrzymanie się. Wyglądało to trochę jak oświecanie „ciemnego ludu” przez bogatych, którzy wcale nie mieli czystego konta jeśli chodzi o stosunek do zwierząt. Natomiast pod koniec wieku XIX, gdy w ruchu prozwierzęcym pojawiło się więcej kobiet i część z nich zaczęła studiować medycynę, większą uwagę zaczęto zwracać na wiwisekcję. Ostrze krytyki zwróciło się wówczas przeciwko naukowcom i lekarzom, którzy do tej pory sami mówili innym jak żyć. Justyna Włodarczyk zwróciła też uwagę, że nie powinniśmy tworzyć dychotomii: pomoc ludziom vs pomoc zwierzętom, gdy tak naprawdę możemy robić jedno i drugie. 

Co mnie zaskoczyło i czego zabrakło.
W debacie było parę kwestii, które mnie zaskoczyły, zdziwiły lub zirytowały. Pierwsza prelegentka Olga Tokarczuk rozwijając myśl o samoograniczeniu stwierdziła, że oznacza to ograniczenie jedzenia mięsa. W publicznych dyskusjach o krzywdzeniu zwierząt, raz za razem dokonuje się tej arbitralnej koncentracji na jedzeniu mięsa i równocześnie spycha się na margines, albo całkowicie poza ramy dyskusji, picie mleka, jedzenie nabiału i jaj i inne formy krzywdzenia zwierząt. Rozmowa schodzi wówczas na ograniczanie lub niejedzenie mięsa, a nie na weganizm. 

Dyskusje te raz za razem stanowią krok wstecz, zamiast w przód. Skupiając naszą uwagę na mięsie, oddalają rozmowę o eksploatacji zwierząt, której dokładnie takim samym przykładem jak produkcja mięsa jest produkcja jaj i mleka. We wszystkich rodzajach eksploatacji, zwierzę, jego ciało i jego życie jest traktowane przedmiotowo – jako surowiec (zwierzęta hodowane na mięso) lub maszyna (zwierzęta używane do produkcji jaj, mleka czy do „produkcji” zwierząt, np. matki prosiąt czy matki kur niosek). Ciało poddane selekcji hodowlanej ma być dobrym surowcem lub sprawną maszyną, ma służyć producentom i konsumentom. Życie jest dawane i odbierane zgodnie z planem produkcji, cięcia kosztów, generowania zysków i konkurencyjnej ceny. 

Jak mówi filozof praw zwierząt Gary Francione, wegetarianizm (a więc wybieranie niejedzenia mięsa, podczas gdy je się nabiał i jaja) nie jest postawą bardziej spójną, niż twierdzenie, że moralnie złe jest jedzenie mięsa z łaciatych krów, ale nie jest moralnie złe jedzenie mięsa z krów, które łaciate nie są. Nie ma zatem prawdziwej dyskusji o niepotrzebnym cierpieniu zwierząt, ich krzywdzeniu i eksploatacji, a szczególnie o prawach zwierząt, gdy dowolnie wybieramy sobie jakąś formę krzywdzenia (na mięso) i pomijamy inne. Taka dyskusja z założenia jest niewłaściwa, niesłusznie okrojona, nieuczciwa.

Druga kwestia wypowiedziana przez Tokarczuk jeszcze bardziej mnie zdziwiła. Przytoczę ją jednak dlatego, że wpisuje się w pewien szerszy trend obecny w ruchu prozwierzęcym, więc warto się do niej odnieść. Olga Tokarczuk powiedziała, że oprócz ograniczenia jedzenia mięsa powinniśmy wrócić do „tradycyjnych sposobów pozyskiwania mięsa”. Muszę powiedzieć, że trochę wbiło mnie w krzesło, tym bardziej, że żadna z panelistek na to nie zareagowała. Nie sądzę, żeby Tokarczuk, autorka antymyśliwskiej książki „Prowadź swój pług przez kości umarłych” sugerowała, że wszyscy powinni ruszyć do lasu na polowanie. Druga opcja, która wydała mi się znacznie bardziej prawdopodobna, to tradycyjne gospodarstwa rolne przeciwstawiane przemysłowym fermom. 

Faktycznie w ruchu prozwierzęcym jest silny trend do krytykowania nie eksploatacji zwierząt jako takiej tylko właśnie ferm przemysłowych, a więc sposobu, w jaki eksploatuje się zwierzęta. Szereg organizacji, w tym organizator debaty,  prowadzi kampanie mające na celu reformę przemysłowej hodowli zwierząt. 

Kampanie te mają na celu ograniczenie najbardziej „przemysłowych” form i metod chowu zwierząt (obecnie np. jajek „trójek” od kur trzymanych w klatkach). Równocześnie jednak promują inne, rzekomo lepsze formy chowu zwierząt. Takim kampaniom towarzyszą dwa rodzaje obrazów – zdjęcia i filmy krytykowanej formy chowu – odstręczające, pokazujące urazy, rany, cierpienie i nieżywe zwierzęta, oraz zdjęcia zwierząt zadbanych w przyjemnym, rustykalnym otoczeniu w bliżej niezidentyfikowanych okolicznościach. Jako że pierwsza seria obrazów dotyczyła krytykowanej formy chowu, to te przyjemne, niepodpisane obrazy poprzez skojarzenie, sugerują nam, że oto widzimy zwierzęta żyjące w tej drugiej, niekrytykowanej formie chowu. Odbiorca dostaje komunikat, że po wyeliminowaniu formy zwalczanej przez kampanię, zwierzęta będą szczęśliwe, a on będzie mógł nadal być konsumentem zwierząt, tym razem z czystym sumieniem.  

Być może więc stwierdzenie o „powrocie do tradycyjnych sposobów pozyskiwania mięsa” jest echem takich kampanii chcących reformować przemysłową hodowlę zwierząt.  Problem w tym, że znowu nie dotykamy tu w ogóle praw zwierząt (do niebycia przedmiotem eksploatacji), a sugerowane rozwiązania, poprzez swoją zmniejszoną wydajność (choćby potrzebę większej powierzchni dla hodowanych zwierząt) nie są rozwiązaniem dla planety, na której ludzka populacja nie maleje, ale wciąż rośnie. 

Co więcej, mamy już sporo przykładów jak kończy się reformowanie przemysłowej hodowli:  powstają kolejne formy przemysłowej hodowli, gdzie zwierzęta też cierpią, tylko w nieco innych okolicznościach. Pokazuje to wiele zdjęć i filmów realizowanych na „eko” fermach. Dlaczego tak się dzieje? Nieodmiennie składa się na to parę czynników: masowość produkcji (fermy „eko” też mają dużo zwierząt, szczególnie jeśli są to małe zwierzęta, takie jak kury), chęć zarobku, konkurencja na rynku i klienci nie zamierzający jednak płacić zbyt wiele za swoje czyste sumienie.

Mówiąc o  przemocy wobec ludzi i zwierząt Karolina Kuszlewicz poruszała się przede wszystkim w obrębie przemocy nielegalnej i karalnej. Nawet nawiązując do sprawy sprzedaży żywych karpi bez wody, w której Sąd Najwyższy postanowił o kasacji prawomocnego wyroku uniewinniającego sprzedawców od zarzutu znęcania się nad zwierzętami, adwokatka wciąż mówiła o przemocy, która - choć ewidentnie kontrowersyjna – ma szansę jednak zostać uznana za karalną. Mam duży problem z tym podejściem, szczególnie jeśli spotkanie nazywa się debatą o prawach zwierząt. Dlaczego? Bo znakomita większość przemocy wobec zwierząt jest legalna. Żyjemy w społeczeństwie (i w świecie), w którym normą jest szowinizm gatunkowy (analogiczna do seksizmu i rasizmu forma dyskryminacji – ze względu na gatunek), a jego przejawem jest powszechna eksploatacja zwierząt – traktowanie ich jak surowca, narzędzia i maszyny, których narodziny, sposób życia i śmierć są podporządkowane naszym celom, które wycierpią się tyle ile trzeba i zostaną zabite wtedy, kiedy trzeba, żeby na półkach było mięso, nabiał, jaja a na sklepowych wieszakach skórzane kurtki i wełniane płaszcze, itp. 

Owszem, przemoc wobec zwierząt domowych jest bardziej widoczna, bo bardziej emocjonalnie na nią reagujemy i chętniej o niej rozmawiamy, ale jest tak właśnie dlatego, że wychowujemy się do życia w świecie, w którym zwierzęta domowe do pewnego stopnia stanowią wyjątek od reguły. Regułą zaś jest akceptacja przemocy tak powszechna, że aż oczywista i tak oczywista, że kompletnie dla nas, jako społeczeństwa, przezroczysta.  To ponad 800 milionów zwierząt „gospodarskich” hodowanych na fermach i zabijanych w rzeźniach rocznie. To tony ryb zabijanych w ramach rybołówstwa. To ta przemoc jest legalna, niekaralna, oczywista i przezroczysta. 

Nasza obojętność na tę legalną przemoc nie jest jednak wrodzona, lecz wyuczona, a więc i odwracalna, o czym świadczy rosnąca liczba wegan. Dlatego szczególnie na spotkaniach, które w swojej nazwie mają prawa zwierząt, rozmowy o tym nie tylko nie powinno zabraknąć, ale powinien być to temat centralny. Tutaj absolutnie nie był. Gdzieś pobocznie, dość nieśmiało była mowa o zmianie diety. To za mało, zdecydowanie za mało!

Wielkim nieobecnym w debacie o prawach zwierząt były więc prawa zwierząt i weganizm. Wydaje się, że prawa zwierząt stały się atrakcyjną frazą, której używa się, żeby zasugerować, że debata, film, książka czy organizacja poważnie podejmuje temat zwierząt. Jednak bardzo często taka debata, film, książka czy organizacja wcale prawami zwierząt się nie zajmują: nie odwołują się w ogóle do najważniejszych twórców teorii praw zwierząt – do profesora Toma Regana czy profesora Gary’ego Francione’a, nie sprzeciwiają się (albo robią to bardzo niejednoznacznie) eksploatacji zwierząt i nie mówią o weganizmie jako podstawowym obowiązku moralnym wynikającym z poszanowania praw zwierząt. Nieżyjący już Tom Regan pisał, że prawa zwierząt to prawo zwierząt do szacunku. Gary Francione pisze i mówi, że prawa zwierząt to prawo do niebycia traktowanym jak czyjaś własność. Każde z tych podejść wyklucza eksploatację zwierząt. Nie da się bowiem szanować i eksploatować. Nie da się traktować podmiotowo i równocześnie eksploatować, nawet jeśli eksploatację zreformuje się w taki czy inny sposób. Nie da się też szanować zwierzęta, traktować je podmiotowo i równocześnie być konsumentem produktów pochodzących z eksploatacji. 

W świecie opartym na eksploatacji zwierząt weganizm musi być w centrum debaty o prawach zwierząt, a nie na jej obrzeżach. Tak się często nie dzieje, bo taka debata musiałaby być o nas – zwykłych obywatelach i obywatelkach, o naszych zaniechaniach, o naszej odpowiedzialności, o codziennych wyborach, o instytucjonalnej formie szowinizmu gatunkowego. Łatwiej prowadzi się rozmowy, które są o innych – psychopatach, okrutnikach, o myśliwych, o Azjatach jedzących psy. W debacie zabrakło przedstawienia prelegentek właśnie pod tym kątem. Nie zadano prostego pytania: czy są Panie wegankami? W takiej debacie i w takim świecie, w jakim obecnie żyjemy, to ważna informacja. W debacie na temat praw zwierząt mogą oczywiście brać udział ich zwolennicy i przeciwnicy, ale powinniśmy, jako odbiorcy, znać odpowiedź na to podstawowe, sytuujące w debacie pytanie. Osoby deklarujące poparcie dla praw zwierząt a niebędące wegankami na wejściu tracą na wiarygodności i trącą hipokryzją.

Proporcje debaty o prawach zwierząt moglibyśmy  obrócić dopiero w świecie, w którym prawa zwierząt miałyby ugruntowaną pozycję i większość ludzi byłaby weganami. Nie jesteśmy jednak w takim momencie i nie zbliżymy się do niego poświęcając nieproporcjonalnie małą ilość czasu na rozmowę o szowinizmie gatunkowym i eksploatacji zwierząt dla przemysłu spożywczego i weganizmie. 




niedziela, 27 maja 2018

Zwierzę wciąż jest rzeczą

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

1.
Surowiec do dalszej obróbki pochodzi wyłącznie od najlepszych, starannie wyselekcjonowanych hodowców drobiu. Nasze relacje z dostawcami oparte są na wzajemnym zaufaniu w oparciu o długoletnią współpracę. Gwarantuje to najlepsze korzyści dla naszych klientów - świeży towar, płynność dostaw, najlepszą jakość.

To prezentacja firmy "drobiowo.pl Zakład rozbioru drobiu"

A teraz jeszcze raz, innymi słowami, z pominięciem marketingu, a z uwzględnieniem mniej przyjemnych szczegółów zaplecza tej sytuacji. „Zakład rozbioru drobiu” to miejsce, w którym ćwiartuje się zabite w rzeźni kury, kaczki, gęsi i indyki. Czasem taki zakład jest połączony z rzeźnią, choć nie zawsze tak jest. Drobiowo.pl przedstawia nam swoich dostawców, którymi są ubojnie, zatem możemy się domyślić, że sam ubojni nie posiada. „Surowcem do dalszej obróbki” są ciała zwierząt. „Obróbka” to poćwiartowanie tych ciał w taki sposób, by uzyskać elementy wymienione w zakładce „Oferta”, a więc np. „kurczak tuszka”, „skrzydełka kurczaka”, „noga z kurczaka” czy „porcja rosołowa”. Jak stwierdza opis na stronie, „świeży towar”, czyli zgrabnie poćwiartowane ciała, mogą od Drobiowo.pl zakupić klienci. Kim są klienci? Prawdopodobnie hurtownie albo sklepy, być może restauracje. Z kolei ich klientami będą osoby fizyczne, indywidualni konsumenci tychże ciał. 

2.
Brakowanie krów mlecznych jest jednym z głównych czynników decydujących o opłacalności produkcji mleka. Zbyt wysokie wartości tego wskaźnika wpływają niekorzystnie na ostateczny wynik ekonomiczny.Brakowanie można podzielić na dwie zasadnicze kategorie: ekonomiczne i biologiczne. To pierwsze jest świadomym działaniem hodowcy wynikającym z selekcji i mającym na celu podniesienie wartości hodowlanej stada. Natomiast drugie jest niezamierzone, do którego zmusza wynikająca z różnych przyczyn niezdolność do dalszej produkcji.

To fragment artykułu ze strony farmer.pl.

A teraz jeszcze raz, trochę innymi słowami. „Brakowanie” w żargonie hodowlanym oznacza pozbycie się zwierzęcia niespełniającego się w roli, którą przypisał mu hodowca. „Krowa mleczna” też należy do żargonu hodowlanego, tyle że jest to słowo, które weszło do powszechnego obiegu do tego stopnia, że nawet wykształceni ludzie często myślą, że krowa „daje mleko” (tak jak chmura deszcz). Prawda jest taka, że krowa ma mleko dokładnie z tego samego powodu co każdy inny ssak – w wyniku ciąży i porodu. Różnica między krową a np. kotką jest jednak taka, że selekcja hodowlana ukierunkowana na produkcję mleka sprawiła, że laktacje krowy są parokrotnie większe niż byłyby bez tej selekcji. Niemniej laktacje wciąż wymagają płodności, zapłodnienia, ciąży i porodu. Jeśli krowa nie wytwarza (po porodzie) zamierzonej przez hodowcę ilości mleka, wówczas obniża „wartość hodowlaną stada”, co stanowi dobry powód do tego, żeby się jej pozbyć. Dobrym powodem jest też na przykład problem krowy z zajściem w ciążę. Bez tego nie będzie mleka i zysku. Krowa, która nie może być środkiem do celu (zysku) staje się darmozjadem. Na czym polega pozbycie się zwierzęcia gospodarskiego nienadającego się do założonej funkcji? Na wysłaniu do rzeźni. 

3.
Brakowanie niosek w systemie klatkowym jest stosunkowo łatwiejsze ze względu na niewielką ilość kur w klatce oraz łatwość ich obserwacji i izolowania. W chowie na ściółce i to szczególnie przy dużych populacjach drobiu jest to działalność dość pracochłonna, ale niewąpliwe korzyści wynikające z brakowania niosek nie znoszących jaj stanowią argument przemawiający za powszechnym jego wprowadzeniem do praktyki produkcyjne.

To fragment  ze strony portalhodowcy.pl 

I znowu, innymi słowami. Brakowanie kur oznacza dla nich to samo co brakowanie dla krów. Hodowcy robią to z podobnych powodów: pozbywają się kur znoszących mało jaj i obniżających „wartość hodowlaną stada”. Kury hodowane dla jaj są trzymane w małych klatkach lub w dużych pomieszczeniach. W dużych pomieszczeniach jest ich dużo, niemniej zarówno w przypadku klatek jak i dużych hal, hodowcy znaleźli sposób, żeby rozpoznać „darmozjady” i się ich pozbyć, bo najważniejszy jest zysk i konkurencyjność na rynku. 

Zarówno krowy trzymane dla mleka jak kury dla jaj są dla hodowcy/producenta maszynami, które mają osiągać określoną wydajność. W przypadku niesprawnego działania, maszyny idą na złom (czyli w tym przypadku do rzeźni).

4.
Spencer to duży czarny i piękny fryzyjski ogier, który ma wyjątkowo łatwy i przyjazny charakter. Ten ogier ma 4 lata i ma świetną budowę i jest bardzo przystojny. Spencer ma 3 dobre chody i jest w 100% bezpieczny w siodle. Spencer zna ruch i lubi jeździć na szlakach i w las. Łatwe do pokonania przez początkujących i amatorów oraz rodzinę. Spencer ma super charakter i będzie fantastycznym koniem do rekreacyjnej jazdy, ale ma też talent do wyższych poziomów ujeżdżenia!

To ogłoszenie ze strony galopuje.pl 

Innymi słowami, opis konia jak opis samochodu lub motocykla. Atrakcyjny środek transportu i narzędzie rekreacji. Nic dodać, nic ująć. Czy Spencer ma coś do powiedzenia? Może przywiązał się do miejsca, ludzi i zwierząt, gdzie spędził swoje paroletnie życie? Czy był zadowolony, gdy tresowano go do noszenia ludzi na sobie? Co stanie się, gdy przestanie być atrakcyjny dla kolejnego właściciela? Co będzie z nim, gdy nie będzie już zdolny do „3 dobrych chodów”?

5.
Zwierzę, jako istota żyjąca, zdolna do odczuwania cierpienia, nie jest rzeczą. Człowiek jest mu winien poszanowanie, ochronę i opiekę.
To pierwszy artykuł polskiej Ustawy o ochronie zwierząt. 

A teraz jeszcze raz, z szerszym kontekstem. Ustawa, której fragment zacytowałam, powstała w 1997 roku i, sądząc po nazwie, powinna mieć na celu ochronę zwierząt. Przytoczony przeze mnie artykuł zdaje się to potwierdzać. 

Niestety, podane wcześniej przykłady działań podejmowanych wobec zwierząt przeczą Ustawie, bo okazuje się, że traktowanie zwierząt jak rzecz, odmawianie im ochrony, właściwej opieki i szacunku jest legalne. Wolno traktować zwierzęta jak surowiec (hodując je na mięso), maszyny (hodując je dla mleka, jaj) czy narzędzie do uprawiania sportu i rekreacji (np. konie). Wolno rozmnażać zwierzęta po to, by ich potomstwo stało się takim samym surowcem, maszyną czy narzędziem jak rodzice. Nie przypadkowo, lecz planowo. Nie z konieczności, lecz by na nich zarobić zaspokajając popyt wynikający ze społecznej akceptacji dla realizowania określonego stylu życia, który zasadza się na eksploatacji zwierząt. 

Społeczna akceptacja dla przedkładania znakomitej większości interesów człowieka nad najbardziej podstawowe interesy zwierząt pozaludzkich to przejaw szowinizmu gatunkowego. Nasz smak, nasze przyzwyczajenia, nasza wygoda, przyjemność czy nasz zysk wydają nam się ważniejsze od zdrowia i życia zwierząt. Żyjemy w społeczeństwie, gdzie szowinizm gatunkowy jest czymś tak oczywistym i wszechobecnym, że aż przezroczystym. Jest wdrażany od najwcześniejszego dzieciństwa (kurczaczek na talerzu, jogurcik w kubeczku), w edukacji szkolną (połącz kreską kurę z jajkiem i krowę z mlekiem; zjedz na stołówce szkolnej kotleta schabowego i zupę zabielaną śmietaną) i utrwalany w całym dorosłym życiu przesiąkniętym szowinistyczną kulturą, reklamą i konsumpcją. 

Szowinistyczna gatunkowo kultura oswaja nas z utowarowieniem zwierząt. Nasz kontakt ze zwierzętami jest najczęściej kontaktem typu konsument – produkt. Ocieramy nasze stopy o zwierzęcą skórę, z której zrobione są buty, jakich tysiące par widzimy regularnie w sklepie. Jemy produkty (mięso, nabiał, jaja), które powstały dlatego, że zwierzęta są traktowane jak surowiec lub maszyny. Korzystamy z rozrywki, rekreacji i sportów, które traktują zwierzęta instrumentalnie – cyrki ze zwierzętami, jeździectwo, wyścigi koni, psów. Uprawiamy hobby polegające na hodowli zwierząt –  tworzymy rasy, gdzie bardziej interesuje nas efekt estetyczny (jakbyśmy lepili figurki z plasteliny) niż zdrowie zwierząt. Wyceniamy, sprzedajemy i kupujemy zwierzęta właśnie jak przedmioty. 

Czy trzeba się wysilić, żeby być szowinistą gatunkowym? Czy trzeba być okrutnikiem? Wręcz przeciwnie, to postawa domyślna, wystarczy płynąć z prądem. Podstawą menu każdej standardowej stołówki czy restauracji są przecież produkty eksploatacji zwierząt. W większości sytuacji dnia codziennego nikt nie zadaje pytań: Dlaczego Pan wciąż je mięso? Dlaczego Pani nie zdecydowała się przestać jeść nabiału? Dlaczego uważasz, że masz prawo nosić skórzane buty? A może wolałby Pan jednak nieskórzaną tapicerkę do samochodu, szkoda zwierząt, prawda? Jeśli ktoś zada takie pytania, to dla większości będzie to wtrącanie się w nieswoje sprawy, niekulturalne zaglądanie do talerza czy szafy. 

Czy moglibyśmy kupować, sprzedawać, konsumować zwierzęta i korzystać z ich eksploatacji, gdybyśmy rzeczywiście byli przekonani, że zwierzę nie jest rzeczą, środkiem do naszych celów, lecz czującą istotą, czyli podmiotem? Najwyraźniej gdzieś nam ta refleksja umyka, a wpływ szowinizmu gatunkowego pozostaje silny i nie do przecenienia.  

Wyjątkiem, który pokazuje naszą zdolność do dostrzeżenia w zwierzętach ich podmiotowości jest weganizm. To wciąż mało popularna odmowa traktowania zwierząt jak rzeczy (surowce, maszyny, narzędzia), sprzeciw wobec eksploatacji zwierząt i wycofanie się na tyle na ile to możliwe w dzisiejszym społeczeństwie z pozycji konsumenta zwierząt (roślinna dieta, odzież bez skór, wełny, futer, rozrywka bez wykorzystywania zwierząt). Wyjątkiem są też adopcje - wyciągnięcie ręki do udomowionych zwierząt bezdomnych, które potrzebują ochrony, opieki i szacunku. 

Czym jest zatem Ustawa o ochronie zwierząt? Czy chroni je przed przedmiotowym traktowaniem? Myślę, że częściowo odpowiedziałam na to pytanie przytaczając przykłady legalnych działań ewidentnie krzywdzących i sprowadzających zwierzęta do roli surowca, maszyny czy narzędzia. Dlaczego tak się dzieje, skoro Ustawa otwiera się tak pozytywną deklaracją żądając opieki, ochrony i szacunku dla zwierząt? 

Trzeba pamiętać, że ustawa nie powstała w kulturowej próżni, lecz w ramach społeczeństwa, w którym szowinizm gatunkowy jest powszechny i – co najważniejsze – gdzie większość deklaruje sympatię wobec zwierząt, a zarazem uczestniczy jako konsumenci w bezwzględnej eksploatacji zwierząt. Ustawa odzwierciedla to pęknięcie pomiędzy deklaracjami a praktyką, oraz proponuje znane skądinąd strategie działania, które sprowadzają się do redukowania złego samopoczucia ludzi zarazem lubiących i konsumujących zwierzęta. 

Artykuł, który zacytowałam jest deklaracją, która zgadza się z naszymi intuicjami. W praktyce deklaracja ta przekłada się na autentyczną ochronę, opiekę i szacunek wobec części zwierząt domowych (tych adoptowanych, zaopiekowanych, w przeciwieństwie do tych hodowanych dla przyjemności, kupowanych jako gadżet czy symbol statusu).  Ustawa w dalszej części odtwarza podział zwierząt według sposobu ich wykorzystywania przez człowieka (domowe, gospodarskie, laboratoryjne, wykorzystywane do celów rozrywkowych, widowiskowych, filmowych, sportowych i specjalnych). Potwierdza więc, że podział ten jest właściwy, niekwestionowany i nadrzędny w stosunku do potrzeb zwierząt związanych z ich ochroną i opieką. 

Przy takim rozdaniu kart wiemy jak nazywa się gra, w którą gramy. Jedną z głównych zasad tej gry jest szowinizm gatunkowy i przedmiotowe traktowanie zwierząt. W jakim zakresie zostanie udzielona zwierzętom ochrona i opieka (o szacunku możemy spokojnie zapomnieć)? W takim, w jakim ochrona i opieka nie będą przeszkadzać w realizacji naszych celów. W społeczeństwie nie ma oczywiście zgody na intencjonalne zadawanie cierpienia i zabijania dla przyjemności samego zabijania (okrucieństwo, sadyzm), natomiast jest pełna zgoda na zadawanie cierpienia i zabijanie w ramach tradycyjnych form eksploatacji według wymienionych w Ustawie kategorii zwierząt. 

Główną strategią podejścia do eksploatacji zwierząt, które prezentuje ta ustawa (zgodnie z powszechnie istniejącymi standardami) jest ustalanie ram i warunków eksploatacji. Sprowadza się to do odpowiedzi na pytania, np.: - ile zwierząt można upchać na metrze kwadratowym powierzchni?; -  jakie zabiegi można wykonać bez znieczulenia?; jak rzadko można usuwać odchody?; jakich urazów, obrażeń i chorób można nie leczyć, żeby nie zwiększać kosztów produkcji?; jakie choroby można dopuszczać, żeby zwiększać wydajność zwierząt-maszyn?; jak długo można eksploatować, żeby się opłacało i kiedy opłaca się już wysłać do rzeźni?; itp, itd. Te warunki utrzymywania zwierząt w trakcie ich eksploatacji to właśnie tzw. dobrostan zwierząt. 

Reasumując, ustawa o ochronie zwierząt jest prawem, które utrwala przedmiotowe podejście do zwierząt, służy do regulacji ich legalnej eksploatacji  (blisko 800 milionów zwierząt lądowych rocznie i niezliczonej liczba ryb słodkowodnych i morskich) i w niewielkim stopniu może być pomocne do karania niewielkiego zakresu przemocy wobec zwierząt, która jest nielegalna (zadawanie cierpienia dla zadawania cierpienia; niektóre przypadki zaniedbań i porzucenia zwierząt domowych, nielegalne zabijanie zwierząt). 

Kuriozalny jest zatem fakt, że Klub Gaja ustanowił Dzień Praw Zwierząt (22 maja) w związku z uchwaleniem tej ustawy. Podstawą praw zwierząt według najważniejszych filozofów zajmujących się tym tematem jest prawo do bycia traktowanym z szacunkiem (prof. Tom Regan) i prawo do niebycia czyjąś własnością (prof. Gary Francione), co w praktyce oznacza odstąpienie od ich eksploatacji. Ustawa o ochronie zwierząt nie ma nic wspólnego z prawami zwierząt, bo akceptuje ich eksploatację. 

Czy można było wtedy i czy można by dzisiaj ustanowić prawo, które respektowałoby prawa zwierząt? Oczywiście że nie. Wciąż obowiązującym paradygmatem jest szowinizm gatunkowy i konsumpcyjny stosunek do zwierząt. Dlatego nie winię twórców o to, że ustawa ma taki kształt. Niemniej ogromnym nadużyciem jest traktowanie jej jakby miała cokolwiek wspólnego z prawami zwierząt. 

Podmiotowe traktowanie zwierząt to jakościowa zmiana w myśleniu o zwierzętach. Podstawowym, niezbędnym warunkiem jest odstąpienie od eksploatacji zwierząt, czyli weganizm. Zaś w odniesieniu do zwierząt domowych będą to adopcje zwierząt. Znaczące zmiany w prawie nie nastąpią dopóki znacząca część społeczeństwa nie weźmie do serca, umysłu i nie zastosuje w praktyce życia codziennego tej prostej zasady, że zwierzę nie jest rzeczą.



----- 
Czytaj dalej:
  • Ustawa o ochronie zwierząt - ochrona zwierząt czy autoportret społeczeństwa (LINK)
  • Dobrostan, czyli brzydkie słowo na D (LINK)
  • Martwy karp, czyli święte prawo konsumenta (LINK)
  • Prawa zwierząt. Do szacunku - Tom Regan (LINK)
  • Animal Rights: Abolitionist Approach - recenzja (LINK)



wtorek, 17 kwietnia 2018

Ile zwierząt ratuje weganin i czy jest to właściwe pytanie

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Na różnych stronach internetowych czytamy, że weganin w ciągu roku ratuje tyle a tyle zwierząt. Wyliczenia różnią się od siebie zapewne biorąc pod uwagę inne dane wyjściowe. Chodzi oczywiście o zwierzęta, których weganin nie zje i o te, z których eksploatacji nie skorzysta jako osoba niejedząca nabiału i jajek.



Niezależnie od tego jak wypadnie ta statystyka, czy będzie to 100 czy 200 zwierząt, zasadniczo się z nią nie zgadzam. Powtórzę: nie zgadzam się z twierdzeniem, że weganin ratuje zwierzęta odmawiając szeroko pojętej konsumpcji produktów odzwierzęcych (jedzenia, odzieży, itp.). Lokalnie, weganin przestaje być źródłem popytu, pełna zgoda. Kiedy idzie do marketu, nie kupuje mięsa ani wędlin, zostawia na półkach kartony z mlekiem, jogurty, sery oraz jajka, to prawda. W sklepie obuwniczym nie kupuje skórzanych butów, i tak dalej.  Na podstawie dokładnego kwestionariusza jego życia sprzed przejścia na weganizm, można obliczyć ile produktów odzwierzęcych konsumował rocznie i jakie przełożenie miało to na ilość krzywdzonych i zabijanych zwierząt. A zatem możnaby na tej podstawie powiedzieć za krzywdę i śmierć ilu zwierząt rocznie już odpowiedzialny NIE jest teraz, kiedy jest weganinem. 

Niemniej, nie przekłada się to na proste stwierdzenie, że on-weganin czy ona-weganka tyle zwierząt de facto ratuje. Dlaczego? Odpowiedź jest dosyć prosta: świat, w którym żyjemy jest zbyt złożony, by mogłoby to być prawdą. Po pierwsze, nie żyjemy w świecie z pierwszej ręki. Nie jest tak, że nieweganin idzie do sąsiada po mięso, mleko i jaja, a sąsiad zabija i krzywdzi zwierzęta, bierze pieniądze i nieweganin dostaje to, po co przyszedł. Czasem tak się dzieje, gdy kupuje się bezpośrednio u rolnika, ale większość z nas, przez większą część czasu, w odniesieniu do większości produktów, kupuje z trzeciej, dziesiątej albo setnej ręki. Zarabia na tym nie tylko hodowca ale i wielu pośredników. Nawet kupując bezpośrednio u rolnika nieweganin nie jest jego jedynym klientem. Zresztą dlatego tak łatwo być nieweganinem i nie odczuwać żadnych wyrzutów sumienia. Ale to tak na marginesie. Zatem, gdy ów nieweganin, pewnego dnia przechodzi na weganizm, nie ratuje automatycznie zwierząt, za których krzywdę, cierpienie i śmierć wcześniej płacił. Nie bierze ich przecież do domu, pod swoją opiekę. Rolnik sprzeda swoje produkty innemu klientowi albo pośrednikowi. Łańcuch handlarzy, rzeźników, przetwórców, hurtowników i sklepów będzie działał nadal bez zarzutu dopóki odsetek wegan będzie niewielki, dopóki ci, którzy wycofali swój popyt i wyrażają sprzeciw wobec eksploatacji zwierząt, nie staną się nie tylko konsumencko ale i społecznie, obywatelsko i politycznie znaczącą grupą. 

Co zatem weganin robi? Robi to, co człowiek świadomy krzywdy zwierząt i jej przeciwny zrobić musi, jeśli nie chce żyć wypierając niewygodne fakty (niezaprzeczalny związek między produkcją jaj, mleka i mięsa, skór, wełny, futer itp. z krzywdą i zabijaniem zwierząt) lub „zapominając”, że eksploatowane kury, krowy, świnie czy owce to też zwierzęta, które krzywdy doznają tak samo jak psy czy koty. Weganin wycofuje swoje poparcie dla eksploatacji zwierząt. Nie chce za nią płacić. Opowiada się za prawami zwierząt, gdzie podstawowym prawem jest bycie traktowanym z szacunkiem (jak wyraził to filozof praw zwierząt Tom Regan) lub niebycie traktowanym jak czyjaś własność/rzecz (jak wyraża to filozof abolicjonistycznej teorii praw zwierząt Gary Francione). Faktycznie, nie da się połączyć szacunku wobec zwierząt ze zgodą na ich instytucjonalną eksploatację w sytuacji, gdy ma się wybór. 



Podkreślam kwestię wyboru, bo zdaję sobie sprawę, że wielu ludzi może wyboru nie mieć – na przykład jeśli żyją w warunkach, gdzie nie sposób uniezależnienić się od eksploatacji zwierząt (to bardziej dotyczy krajów rozwijających się), albo jeśli żyją uzależnieni od instytucji lub osób, które nie zamierzają dać im możliwości wyboru: bezdomni uzależnieni od darmowych posiłków, osoby w trudnej sytuacji ekonomicznej uzależnione częściowo od darów rzeczowych, uchodźcy w obozach dla uchodźców, więźniowie, czasem też pacjenci szpitali uzależnieni od szpitalnej diety, czy wreszcie dzieci rodziców, których wiedza na temat roślinnej kuchni ogranicza się do negatywnych stereotypów, albo dzieci rodziców, którzy nie mają żadnego problemu z eksploatacją wybranych zwierząt i wybór dziecka lub nastolatka zwalczają jako niezrozumiałą fanaberię lub objaw młodzieńczego buntu. Tak, są ludzie, którzy mimo przekonania, że zwierzęta nie zasługują na eksploatację, nie mają wyjścia i muszą czasowo lub stale z tej eksploatacji korzystać. 

Jednak założyciele pierwszego Towarzystwa Wegańskiego (Anglia, 1944 rok) od samego początku nie bujali w obłokach. Byli realistami do kwadratu.  Po pierwsze, widzieli krzywdę zwierząt tam, gdzie ona miała miejsce – nie tylko przy produkcji mięsa, ale także jaj i nabiału i wielu innych formach wykorzystywania zwierząt.  Po drugie, zdawali sobie sprawę, że żyjąc w świecie, gdzie eksploatacja zwierząt jest powszechna, nie da się od niej odciąć w 100 procentach. Dlatego, ze względu na ten podwójny realizm, odrzucili wegetarianizm jako kompletnie niewystarczający, i przyjęli weganizm z zastrzeżeniem, że należy go realizować w takim stopniu w jakim jest to możliwe i wykonalne, nie zaś "praktyczne i wygodne" – jak chcieliby niektórzy. Weganizmem nie jest zatem postawa flexi plexi – rano wegańskie śniadanie a po południu kurczak, bo tak mi się zachciało. Żeby mówić sensownie o sprzeciwie wobec eksploatacji zwierząt, musimy z jednej strony podejść realistycznie i przyznać, że weganizm nie oznacza życia „cruelty-free” a nawet nie jest to życie, w którym nikogo się nie krzywdzi (tak, żyjemy na ziemi). Z drugiej jednak strony, żeby nasz sprzeciw nie był gołosłowiem, nie może się kończyć tam, gdzie zaczyna się zachcianka, wkracza wygoda i przyzwyczajenie. Tak jak poparcie dla praw człowieka zobowiązuje do minimum przyzwoitości wobec innych ludzi (niekrzywdzenie) tak poparcie dla praw zwierząt zobowiązuje nas do minimum przyzwoitości wobec zwierząt (niekrzywdzenie, czyli weganizm).

Amerykański prawnik i filozof, twórca abolicjonistycznego podejścia do praw zwierząt Gary Francione od wielu lat postuluje, że weganizm powinien być traktowany jako moralna podstawa, punkt wyjścia w naszym stosunku do zwierząt, nie zaś zwieńczenie naszych starań w tym zakresie. W świecie, w jakim żyjemy, gdzie eksploatacja zwierząt jest powszechna i jako społeczeństwo powszechnie z niej korzystamy zanim jeszcze nauczymy się mówić i samodzielnie myśleć, taki postulat wydaje się radykalny. Jednak poddany refleksji okazuje się być rzeczywiście tym, czym jest w istocie – minimum przyzwoitości.



Skoro weganin nie ratuje zwierząt, to po co być weganinem? Czy nie jest to zatem gest czysto symboliczny, który równie dobrze można sobie odpuścić? Nie. weganizm każdego z nas z osobna, wszystkich tych, którzy deklarują, że zwierzę nie jest rzeczą i liczy się moralnie (w przeciwieństwie do pluszowego psa czy drewnianego krzesła) jest absolutnie niezbędnym krokiem każdego, kto w minimalnym stopniu chce zachować zgodność wyznawanych wartości (sprzeciw wobec krzywdzenia i eksploatacji zwierząt) i realizowanych czynów, ale także każdego, kto chce współtworzyć społeczeństwo, które oprócz seksizmu, rasizmu i innych form dyskryminacji wobec ludzi, odrzuci kiedyś także szowinizm gatunkowy i będzie dążyć do eliminacji eksploatacji zwierząt przynajmniej na poziomie systemowym, instytucjonalnym, ze szczególnym uwzględnieniem produkcji żywności i odzieży bez eksploatowania zwierząt. Utopia? Jeśli tak, to taka sama jak prawa człowieka – nigdy nie realizowane w pełni, w wielu aspektach i szczegółach kontrowersyjne, a jednak nieodzowne jako współczesny etyczny fundament społecznego życia.

Społeczeństwo odrzucające szowinizm gatunkowy i przyjmujące weganizm za właściwe minimum wobec zwierząt, nie będzie wspierać działalności polegającej na eksploatacji zwierząt, będzie ją na różne sposoby systemowo, instytucjonalnie i prawnie ograniczać tak, aby doprowadzić do jej eliminacji. Będzie za to wspierać roślinną produkcję żywności, produkcję odzieży bez skóry, wełny czy futra, rozrywkę bez wykorzystywania zwierząt i naukę bez eksperymentów na zwierzętach. W takim społeczeństwie w obiegu będzie coraz mniej produktów odzwierzęcych i ograniczać się będzie sytuacje, w których ludzie szanujący zwierzęta nie mieli dotychczas wyboru. Wegańskie stołówki dla bezdomnych, wegański catering w szkołach, szpitalach, więzieniach. Wegańskie dary rzeczowe dla potrzebujących. Wegańskie jedzenie w obozach dla uchodźców, edukacja dorosłych w zakresie zdrowego wegańskiego odżywiania dzieci, nastolatków i dorosłych. Wegańskie jedzenie tańsze, a nie droższe od niewegańskiego. Organizacje prozwierzęce promujące weganizm, bez mieszania go z wegetarianizmem. Antyszowinistyczne rozwiązania systemowe i edukacja społeczna świadomych obywateli i obywatelek.  

Takiego społeczeństwa nie zbudują nieweganie, ani reformatorzy niereformowalnego systemu masowej eksploatacji zwierząt. Nie można będąc konsumentem zwierząt walczyć o świat, w którym konsumpcję zwierząt mamy eliminować, podobnie jak nie da się walczyć o prawa kobiet równocześnie je molestując. Nie da się w sposób znaczący ograniczyć cierpienia w masowej eksploatacji zwierząt, nie mówiąc już o eliminowaniu z niego krzywdy i zabijania, które są dla takiego systemu niezbędne. Nie da się tkwić w szowinizmie gatunkowym i zarazem walczyć przeciwko niemu. To dwie sprzeczne tendencje, których nie sposób pogodzić. Dlatego społeczeństwo szanujące zwierzęta mogą stworzyć tylko weganie. Weganizm jest nie tylko moralnym minimum, ale jedyną nadzieją na przyszłość. W rosnącej grupie wegan otwarcie sprzeciwiających się każdej eksploatacji zwierząt (zamiast próbować ją reformować) rośnie potencjał do autentycznej społecznej zmiany. 



wtorek, 3 kwietnia 2018

Dlaczego nie poprę już kampanii przeciwko ubojowi rytualnemu

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl
 Sytuacja polityczna rzeczywiście jest zła, bo zakaz uboju rytualnego zostanie połączony z antysemityzmem, a nie o to obrońcom zwierząt chodzi. Chodzi tylko i wyłącznie o zapobieganie cierpieniu zwierząt. Większość uboju rytualnego w Polsce przeprowadzana jest na eksport. Idealnie by było, gdyby Izrael sam zakończył kupowanie mięsa z uboju koszernego z Polski.
Tak napisano na jednym z profili eko/zwierzęcym udostępniając wpis Adama Szostkiewicza z Tygodnika Polityka na temat planowanego przez partię rządzącą PIS zakazu uboju rytualnego. Szostkiewicz podjął ten temat w kontekście nowelizacji Ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej, która w międzynarodowym odbiorze została zinterpretowana jako groźba karania kogokolwiek, kto napisze, że Polacy lub Państwo Polskie mogli mieć jakiś udział w krzywdzeniu Żydów. 

Nie wiem, kiedy powstał facebookowy profil, na którym napisano powyższe słowa, ale osoba go animująca pisze tak, jakby urodziła się wczoraj. O łączeniu sprzeciwu wobec uboju rytualnego z antysemityzmem nie należy mówić jak o ewentualności, która może się zdarzyć w wyjątkowych okolicznościach. Te dwie rzeczy w Polsce zawsze szły w parze, a antysemityzm nigdy się w Polsce nie skończył, choć od ostatniego systemowego wybuchu antysemityzmu minęło 50 lat. Antysemityzm nie pozostawał też wyłącznie na poziomie złego słowa. Za złymi słowami szły także i czyny, na przykład pogromy (choć każdy przyzwoity człowiek chciałby, żeby Jedwabne nigdy się nie wydarzyło, to – jak się okazuje – „Jedwabnych” było wiele). Jeśli więc znajdzie się temat, którym można negatywnie Żydów wyróżnić, to na antysemickie hasła długo nie trzeba będzie czekać.

Działania przeciwko ubojowi rytualnemu nieodmiennie przyciągają i mobilizują antysemitów, podsycają antysemityzm, ujawniają nieuświadomiony antysemityzm (dobrzy my kontra źli oni) lub są antysemickie aluzyjnie (odniesienia do zarabiania pieniędzy), dosłownie lub nawet arogancko i nienawistnie. Nie jest to więc kwestia złej sytuacji politycznej, jak sugeruje eko/prozwierzęcy profil na Facebooku. Nie jest to wyjątek, który zdarza się w określonych okolicznościach. Powiązanie tych dwóch kwestii w Polsce to nieunikniona reguła. 

1. Jak przejawia się antysemityzm?
Antysemityzm w Polsce ma wiele odsłon. Pogarda, nienawiść, przemoc werbalna i fizyczna, przekonanie o wyższości Polaków nad Żydami, a więc różne formy dyskryminacji, pojawiają się zarówno na poziomie jednostkowym, jak i organizacyjnym, a nawet w polityce Państwa. Piszę w czasie teraźniejszym, bo choć Żydów dziś w Polsce niewielu to końca antysemityzmu nie widać.

W różnych czasach przyjmował i przyjmuje różne formy. W latach 30 XX wieku było to na przykład getto ławkowe - pod wpływem organizacji takich jak Młodzież Wszechpolska czy ONR rektorzy szeregu polskich wyższych uczelni wyznaczali w salach wykładowych ławki, w których musieli siedzieć studenci żydowskiego pochodzenia. W 1937 roku getto ławkowe doczekało się zgody polskiego Ministra wyznań religijnych i oświecenia publicznego! 

Filozof i etyk Mirosław Tryczyk w swojej książce „Miasta śmierci” opisuje 15 miejscowości na Podlasiu, gdzie w  latach 1941-43 Polacy dokonali pogromów na swoich żydowskich sąsiadach. Autor w wywiadzie dla Gazety Wyborczej przyznał, że przygotowując się do napisania książki w archiwach, IPN i czytelniach znalazł 128 takich miejsc.

Pisarz Mikołaj Grynberg w świeżo wydanej książce „Księga Wyjścia”, rozmawia z wieloma polskimi Żydami o antysemickiej nagonce 1968 roku i wygnaniu z kraju parunastu tysięcy obywateli i obywatelek polskich tylko dlatego, że byli Żydami. Ludzie ci, głównie pokolenie urodzone podczas II Wojny Światowej lub niedługo po niej, doświadczali antysemityzmu ze strony Polaków. Żydowskie dzieci były wyzywane lub bite przez rówieśników, obraźliwe napisy pojawiały się na murach domów, gdzie mieszkali Żydzi, a wraz z rządową nagonką 1968 roku antysemityzm uniemożliwiał dostanie się na studia, powodował utratę pracy, ostracyzm społeczny. Najwyraźniej trauma ocalonych z Holokaustu, których rodziny zostały zdziesiątkowane przez nazistowskie Niemcy, nie zdołała wzbudzić w wielu Polakach współczucia lub choćby zwykłej przyzwoitości. Różnie potoczyły się losy wypędzonych i pozbawionych obywatelstwa. Jednym życie ułożyło się lepiej, innym gorzej. Dla wielu była to dotkliwie odczuwana krzywda i niesprawiedliwość, pozbawienie domu, skazanie na wiele lat poszukiwania nowego miejsca, gdzie mogliby poczuć się znowu „u siebie”. 

Bycie Żydem jest wciąż w podtekście rozumiane jako coś złego, czego ludzie mają się wstydzić. Stąd „wytykanie” osobom publicznym żydowskiego pochodzenia, tak jakby miało to oznaczać skazę, która ujawniona rzuci cień na człowieka i inni zobaczą, że nie jest on tak „w porządku” jak wcześniej się wydawało. Zapomina się przy tym, że wielu Żydów zmieniało nazwiska nie dlatego, że mieli coś do zarzucenia swojemu pochodzeniu, ale z lęku przed prześladowaniem i dyskryminacją. I nie były to lęki urojone. Wielu rozmówców Mikołaja Grynberga wspomina z jaką niechęcią i agresją spotykali się w polskiej szkole, gdy tylko głośno wymówili żydowskie imiona swoich rodziców.

Dziś Młodzież Wszechpolska i ONR mają się nad wyraz dobrze. 11 listopada 2017 roku, odbył się kolejny Marsz Niepodległości, którego organizatorem od 2011 roku jest Stowarzyszenie Marsz Niepodległości skupiające członków Młodzież Wszechpolska i Obozu Narodowo-Radykalnego. Jednym z powtarzających się symboli był krzyż celtycki wykorzystywany przez rasistów i neofaszystów jako symbol rzekomej wyższości białej rasy. Krzyż ten pojawił się nie tylko na flagach niesionych przez poszczególnych uczestników marszu. Znak łączący krzyż celtycki z orłem miała na czapkach straż marszu! Niesiono duże transparenty z rasistowskimi napisami np. Europa będzie biała albo bezludna". Organizatorzy zaprosili na marsz przedstawicieli jawnie neofaszystowskich organizacji z innych krajów. Art. 256 Kodeksu karnego penalizuje nawoływanie do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych czy ze względu na bezwyznaniowość. Niemniej, Telewizja Polska w przyjaznym tonie emitowała transmisję z marszu, a policja nie zareagowała ani na rasistowskie symbole, ani na hasła.  

Według ostatniej nowelizacji  Ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej: „Kto publicznie i wbrew faktom przypisuje Narodowi Polskiemu lub Państwu Polskiemu odpowiedzialność lub współodpowiedzialność za popełnione przez III Rzeszę Niemiecką zbrodnie nazistowskie (…) lub za inne przestępstwa stanowiące zbrodnie przeciwko pokojowi, ludzkości lub zbrodnie wojenne lub w inny sposób rażąco pomniejsza odpowiedzialność rzeczywistych sprawców tych zbrodni, podlega karze grzywny lub karze pozbawienia wolności do lat 3. Jak komentuje Adam Leszczyński z oko.press, choć działalność naukowa i artystyczna nie jest przestępstwem w rozumieniu tej ustawy, "to prokurator będzie decydował co jest nauką, a co publicystyką. Za tą drugą można pójść na 3 lata do więzienia. Badacze Holokaustu jednoznacznie uznają, że ustawa ta będzie miała efekt mrożący” – czyli zniechęcający do prowadzenia badań na temat zachowań Polaków wobec żydowskich sąsiadów podczas II Wojny Światowej.

2. Jak przejawia się antysemityzm w kampanii przeciwko ubojowi rytualnemu?
Podczas konferencji prasowych, które odbyły się pod koniec 2012 i na początku 2013 roku pod egidą opozycyjnego Ruchu Palikota, usłyszeliśmy narrację, w której dokonano podziału na „bestialskie”, „niehumanitarne” zabijanie - ubój rytualny i (domyślnie) „ludzkie”, „humanitarne” zabijanie – każdy inny ubój stosowany w Polsce. Malarka i pisarka Hanna Bakuła, która chyba ze względu na dosadność używanego języka wzięła udział w tej konferencji stwierdziła, że to wstyd, że w Polsce dzieją się takie rzeczy, bo jesteśmy „krajem w środku Europy”, a nie „prymitywnym ludem”. Podsumowując konferencję Robert Biedroń powiedział, że w badaniach opinii publicznej Polacy są w zdecydowanej większości przeciwni ubojowi rytualnemu, w Europie Polacy opiekują się największą ilością zwierząt. Dodał też: „my mamy naprawdę olbrzymie serce jeżeli chodzi o zwierzęta, dlatego – zaapelował – zróbmy wszystko, aby ograniczyć ten niemoralny, bestialski, niehumanitarny proceder, który odbywa się na naszych oczach w Polsce.” W kampanii przewijało się odmieniane przez wszystkie przypadki słowo „cywilizowany”, którym określano standardowy ubój nierytualny. 

Ci źli oni kontra ci dobrzy my
Żeby zobaczyć co się tu tak naprawdę dzieje, trzeba przez chwilę odwrócić uwagę od brutalnych zdjęć i filmów, którymi epatuje ta kampania. Zamiast tego, trzeba skupić się na faktycznych implikacjach narracji jaką nam się proponuje. Otóż wyłania się z niej świat pęknięty na dwie części – sugeruje się nam, że po jednej stronie mamy niehumanitarne traktowanie zwierząt, które jest wręcz bestialstwem i może być uprawiane tylko przez niecywilizowane „prymitywne ludy”, zaś po drugiej stronie mamy humanitarne, ludzkie traktowanie zwierząt przez cywilizowany, kochający zwierzęta naród. Tak się składa, że zgodnie z narracją tej kampanii ci pierwsi to Żydzi i ewentualnie mała grupa chciwych Polaków, ci drudzy to po prostu Polacy, którzy - umówmy się, że w tej opowieści – raczej Żydami równocześnie być nie mogą. Trudno nie odnieść wrażenia, że sugeruje się nam, że jedni są źli, a drudzy dobrzy, jedni krwiożerczy, a drudzy gołębiego serca. Tak właśnie tworzy się stereotypową, dyskryminującą narrację. Tak, między innymi, wygląda antysemityzm.

Ubój rytualny, nierytualny ubój bez ogłuszenia, ubój prawdopodobnie z ogłuszeniem, choć niekoniecznie
Dlaczego ta spolaryzowana narracja jest całkowicie nieprawdziwa? Nie dlatego, że ubój rytualny jest czymś dobrym, ale dlatego, że po drugiej stronie lustra nie czeka na zwierzęta nic dobrego. Czy każdy inny niż rytualny ubój w Polsce musi być z ogłuszeniem? Nie. W uboju domowym nie ma nakazu ogłuszania zwierząt niekopytnych, takich jak ptaki, króliki, czy ryby. Czy ubój, w którym prawo wymaga ogłuszenia, zawsze odbywa się z ogłuszeniem? Śmiem wątpić. Dlaczego? Po pierwsze, ubój to zjawisko masowe. Dotyczy ponad 800 milionów zwierząt lądowych rocznie, które niekoniecznie spokojnym i zrównoważonym krokiem podstawiają głowę do ogłuszenia. Odbywa się z użyciem ogromnej ilości sprzętu, z którego jakością, działaniem i naprawianiem bywa różnie. Po drugie, bierze w nim udział duża grupa ludzi, od których praca ta wymaga przemocy i braku wrażliwości – jak w związku z tym mieliby wykonywać ubój ostrożnie i z wyczuciem? Myślę, że rozsądnie jest domniemywać, że nierzadko zwierzęta dodatkowo padają ofiarą ich frustracji i agresji. 

Kim są dla nas zwierzęta, których dotyczy/dotyka ubój?
Każdy wie jak wygląda życie psów w schroniskach – a pies rzekomo jest uznawany w Polsce za przyjaciela człowieka. Z różnych względów, w tym także systemowych, finansowych czy traktowania schroniska jako kolejnego biznesu, dochodzi w schroniskach do zaniedbań, a nawet do okrucieństwa. Jaką pozycję, w przeciwieństwie do psów, mają w Polsce krowy, świnie czy kury? W zasadzie są traktowane jak wciąż żywe mięso czekające na ubój i konsumpcję. Jest nawet na to branżowe słowo – żywiec rzeźny. Skąd więc pomysł, że skoro nawet przyjaciele człowieka mają smutne życie w schroniskach to nagle rzeźnie mają okazać się dla krów, świń i kur oazą humanitaryzmu za sprawą nakazu ogłuszenia ich przed zabiciem? 

Gdzie odbywa się ubój?
Co więcej, ubój odbywa się w zamkniętych ubojniach, nie na otwartych placach. Nawet jeśli ubój jest powszechnie dostępny kochającym zwierzęta Polakom, jak ma to miejsce w sklepach przed katolickimi (oops) Świętami Bożego Narodzenia, to większość z osób odwiedzających markety miała niejedną okazję zobaczyć jak to wygląda. Niezorientowanym podpowiem, że odbywa się z naruszeniem prawnie wymaganych standardów dotyczących przetrzymywania i sprzedaży karpi, skutkując ogromnym cierpieniem milionów zwierząt. I co? I pstro. Mimo tego, że dzieje się praktycznie na oczach wszystkich, proceder trwa w najlepsze i jakiekolwiek ewentualnie wymierzone kary nawet nie musną ogromnych zysków uzyskiwanych z takiej sprzedaży, która „oszczędnościowe” sposoby przetrzymywania ryb łączy z postawą „nasz klient, nasz pan” – jak chce żywego karpia w reklamówce to go dostanie (i zabije dokładnie tak jak będzie miał na to ochotę już w domu). 

Co przed ubojem?
Ja tu tylko o uboju, a przecież trzeba się cofnąć w etapach produkcji i zobaczyć transport z ferm do rzeźni, a wcześniej życie zwierząt na fermach, wszystkie praktyki zwiększające wydajność kosztem cierpienia zwierząt, które realizuje się wobec krów „mlecznych’, kur „niosek”, „tuczników”, „brojlerów”, itp. 

Utknęliśmy na pytaniu "JAK krzywdzić zwierzęta?"
Ja tu o produkcji jaj, mleka i mięsa, jakby to były niezbędne produkty i jakbyśmy byli postawieni wyłącznie przed wyborem JAK zrobić krzywdę zwierzętom, żebyśmy mogli przetrwać, a tu przecież od wielu lat wiadomo, że można żyć zdrowo na diecie roślinnej. Nie potrzebujemy tego całego zaplecza cierpienia i rzeźni, żeby zaspokajać nasze zapotrzebowanie na składniki odżywcze, jeść to czego nam potrzeba i robić z tego naprawdę fajną, sycącą i smaczną kuchnię. 

Humanitaryzm – czyli jak robić krzywdę bez wyrzutów sumienia
O jakim humanitaryzmie mówią więc ci, którzy uczepili się ogłuszenia jako dowodu na humanitaryzm? O jakim humanitarnym traktowaniu można mówić w momencie, gdy robi się zwierzęciu niezasłużoną i niepotrzebną krzywdę? O jakim humanitaryzmie można mówić w sytuacji, gdy wspiera się system, który powołuje na świat kolejne i kolejne miliony zwierząt tylko po to, żeby je wykorzystać dla mleka i jaj a następnie zabić lub, żeby je utuczyć i zabić na mięso, podczas gdy mleko, jaja i mięso to produkty zbędne? O jakim osiągnięciu cywilizacyjnym można mówić, gdy z taką łatwością i nonszalancją uspokajamy własne sumienie w obliczu krzywdy i przemocy jaką zadajemy na tak olbrzymią skalę?

Narracja stwarzająca sztuczny podział na „humanitarny” ubój z ogłuszeniem i „bestialski” ubój rytualny jest co najmniej dowodem na ignorancję, jeśli nie na głębokie zakłamanie. To, że jest tak głęboko nieprawdziwa, czyni ją jeszcze bardziej antysemicką. 

Religia i pieniądze, czyli stereotyp Żyda
Dodatkowo, w trakcie kampanii sformułowano dwa wzajemnie nawiązujące do siebie zarzuty. Po pierwsze, za oburzające uznano, że religia ma być ważniejsza od dobra zwierząt. Po drugie, powtarzano wielokrotnie, że w ubój rytualny to tak naprawdę dobry biznes. Religia, którą tutaj miano na myśli, to przede wszystkim judaizm, choć teoretycznie dotyczy to także islamu. Zarzuty religia + pieniądze nawiązują do siebie dlatego, że w polski stereotyp Żyda mocno wpisany jest judaizm (najlepiej ortodoksyjny), chciwość i koncentracja na zarabianiu pieniędzy. Choć popyt na mięso z uboju rytualnego wychodzi od praktykujących Żydów i muzułmanów, a podaż ma być zapewniana od polskich (czytaj nieżydowskich) przedsiębiorców, to wydaje mi się, że dorzucenie do dyskusji tematu pieniędzy, chciwości i pazerności na pieniądze musi być związane z podsycaniem stereotypu, być może na takiej zasadzie, że ściśle współpracujący z Żydami polscy przedsiębiorcy sami nabierają podobnych do stereotypu Żyda cech. 

Dlaczego tak myślę? Z prostego powodu – KAŻDA produkcja jakiegokolwiek produktu odzwierzęcego – mięsa, mleka, jaj, skóry, wełny czy futra – to dla producentów biznes i zarabianie pieniędzy. Nie robią tego dla przyjemności, chwały ani z powołania. Dlaczego więc nagle w przypadku uboju rytualnego formułuje się i często powtarza zarzut o chęć zarabiania pieniędzy? Ponadto, KAŻDA religia monoteistyczna, nie tylko judaizm i islam ale i chrześcijaństwo, w swoim głównym nurcie podtrzymuje hierarchię, w której człowiek ma prawo eksploatować zwierzęta niezależnie od tego, czy jest to konieczność czy po prostu ludzka wola. Dlatego dla każdej z tych religii nieistotne są dowody naukowe potwierdzające możliwość zaspokajania ludzkich potrzeb (w szczególności jedzenia) za pomocą produktów wyłącznie roślinnych. Stowarzyszenia dietetyków mogą sobie wydawać stanowiska popierające dietę roślinną, a papież, księża, rabini i imamowie nie muszą się tym w ogóle interesować. Co więcej, każda religia wytwarza swoje rytuały lub przetwarza na swoje potrzeby już istniejące tradycje, np. tradycyjne dania z produktów odzwierzęcych. W okolicy ważnych dla danej religii świąt pojawia się wzmożony popyt a to na jajka, a to na karpie, a to na jagnięcinę (podaję przykłady z bardziej znanego mi, katolickiego, kręgu kulturowego), a co za tym idzie, wzmaga się intensywność podaży, za którą stoi cierpienie zwierząt i pozbawianie ich życia (tak, kury nioski też trafiają do rzeźni). Nie ma więc szczególnego związku między judaizmem a cierpieniem zwierząt czy okrucieństwem wobec nich. Dlaczego więc nagle w przypadku uboju rytualnego formułuje się zarzut, że religia staje się ważniejsza od dobra zwierząt? 



 3. „Obrońcy zwierząt” skupiający się wokół tematu uboju rytualnego to różnorodna grupa, nie tylko pod względem stosunku do Żydów, ale też stosunku do zwierząt:
  • Niektórzy aktywiści twierdzą, że są przeciwni cierpieniu zwierząt i proponują równocześnie rozwiązanie polegające na tym, że Izrael zrezygnuje z kupowania mięsa z uboju rytualnego z Polski. Czy zapobiegnie się cierpieniu jeśli Izrael zacznie kupować takie mięso z innego kraju?
  • Są aktywiści, którzy deklarują sprzeciw wobec uboju rytualnego ze względu na niepotrzebne cierpienie zwierząt, a równocześnie w swojej działalności nigdy nie sprzeciwiali się „zwykłej” (nierytualnej) eksploatacji zwierząt na mięso, mleko czy jaja. Przecież powinni wiedzieć, że takie produkty nie są ludziom potrzebne do życia i zdrowia, więc całe cierpienie związane z ich produkcją też jest niepotrzebne.
  • Są i tacy aktywiści, którzy próbują udowodnić, że ubój rytualny to taka forma zadawania cierpienia zwierzętom, która nie jest godna „cywilizowanego” kraju (cokolwiek to znaczy). Ciekawa jestem jakie kryteria cywilizacji stosują? Najwyraźniej dość arbitralne. Dlaczego na miano cywilizowanej eksploatacji miałyby zasługiwać takie praktyki jak głodzenie zwierząt, by wymusić kolejny cykl eksploatacji („przepierzanie” u kur w produkcji jaj), trzymanie w bezruchu przez całe tygodnie zwierząt po to, by były de facto żywymi maszynami do odkarmiania młodych (kojce porodowe w produkcji wieprzowiny), itp. – to tylko pierwsze z brzegu przykłady? Dlaczego lubimy mówić, że miarą cywilizacji jest sposób w jaki traktujemy zwierzęta, po czym traktujemy zwierzęta jak rzeczy lub maszyny?
  • Są też „pragmatyczni” aktywiści, którzy z jednej strony są weganami, a z drugiej strony postanawiają brać udział w takich kampaniach i zostawiać swój weganizm „w domu”, spychając go do roli prywatnej preferencji, w celu załatwienia bieżącej sprawy. Zastanawiam się czasem dokąd dojdziemy, jeśli weganizm będzie regularnie spychany do takiej właśnie roli, zamiast stawać się kwestią równie publiczną co feminizm czy sprzeciw wobec rasizmowi i inne działania na rzecz praw człowieka.

 4. Dlaczego antysemityzm jest nieuchronnie związany z kampanią przeciwko ubojowi rytualnemu w Polsce?
Po pierwsze, tak jak pisałam wcześniej, antysemityzm nigdy w Polsce nie umarł. Dlatego jeśli znajdzie się negatywny temat, który dotyczy stricte Żydów, szybko znajdą się ludzie, dla których będzie to doskonały pretekst, żeby wyrazić swój antysemityzm. Ci sami ludzie nie ruszyliby palcem, gdyby ten temat Żydów nie dotyczył, lub sprzeciwialiby się mu bez wyrażania ksenofobii. Tak jest choćby w przypadku kampanii przeciwko produkcji stłuszczonych wątrób kaczych i gęsich. Francuska specjalność, która jeśli znajduje krytyków, to nie wzbudza równocześnie frankofobii.

Po drugie, kampania przeciwko ubojowi rytualnemu jest kampanią, która rozgrywa się według schematu dla kampanii jednotematycznej opisanego przez amerykańskiego prawnika i filozofa Gary’ego Francione’a, autora abolicjonistycznego podejścia do praw zwierząt. Francione w działaniach prozwierzęcych wyróżnia tzw. kampanie jednotematyczne, których celem jest załatwienie jednej sprawy: zmiana prawa zakazująca jakiejś praktyki stosowanej w eksploatacji zwierząt np. przycinania dziobów świeżo wyklutym kurkom w produkcji jaj, wyrywania kłów bez znieczulenia prosiętom w produkcji wieprzowiny, itp. lub zmiana prawa, która w praktyce ma doprowadzić do lokalnego zlikwidowania jakiejś branży, np. ferm futrzarskich czy cyrków ze zwierzętami. Kampania przeciwko ubojowi rytualnemu jest jedną z takich kampanii jednotematycznych – chodzi tu zakaz praktyki polegającej na uboju bez ogłuszania. 

Francione, propagujący prawa zwierząt i weganizm jest przeciwny kampaniom jednotematycznym (między innymi) właśnie dlatego, że praktycznie zawsze odbywają się według schematu, który wyróżnia wybrany do kampanii temat jednocześnie spychając w niebyt inne tematy, lub wręcz sugerując, że praktyka będąca przedmiotem kampanii to samo zło, podczas gdy inne praktyki (krzywdzenia) wobec zwierząt są w porządku. Jak to się dzieje? Francione wyjaśnia, że dzieje się to za sprawą praktycznej organizacji kampanii, która dla rozkręcenia się i działania potrzebuje zawiązania się koalicji osób i podmiotów. 

Jak wskazałam już wyżej, osoby, a więc także i podmioty, tworzące koalicję działającą na rzecz zakazu uboju rytualnego to grupa o bardzo różnych poglądach na temat zwierząt i ich eksploatacji. W żadnym wypadku nie charakteryzuje ich wspólny sprzeciw przeciwko eksploatacji zwierząt jako takiej. Przeciwnie, szereg osób eksploatację zwierząt akceptuje ją i z niej korzysta jedząc mięso, nabiał i jaja, nosząc skórę, wełnę czy (rzadziej) futra, a nawet czasem na niej zarabia (głośna przeciwniczka uboju rytualnego ma restaurację, w której sprzedaje dania z mięsa, nabiału i jaj). 

Koalicja polega jednak na tym, że musi działać razem. Skoro podejście do zwierząt i ich eksploatacji jest wśród koalicjantów tak różne, to ostatecznie wspólny mianownik jest najmniejszy z możliwych – jest nim temat kampanii. Wszyscy razem są przeciwni tylko jednej praktyce – ubojowi rytualnemu. Koalicjanci akceptujący inne formy eksploatacji nie tylko nie doznają żadnej krytyki ze strony stanowiących część koalicji pragmatycznych wegan, którzy schowali swój weganizm do kieszeni. Koalicjanci akceptujący inne niż ubój rytualny praktyki eksploatacji zwierząt włączają je w retorykę kampanii. Przeciwstawiają je ubojowi rytualnemu. Dlatego słyszymy, że ubój rytualny jest „bestialski”, a ubój z ogłuszeniem jest „humanitarny”, znaczy w porządku. Dlatego nie usłyszymy żadnej krytyki uboju z ogłuszeniem. Dlatego nie dowiemy się, że generalnie z eksploatacją zwierząt jest coś nie tak. Po prostu nie możemy tego usłyszeć od takiej koalicji.



Weganie, którzy z jakichś względów postanawiają dołączyć do kampanii nie chowając weganizmu do kieszeni, lecz mówiąc, że ubój rytualny jest tylko jedną ze złych rzeczy, które dzieją się, gdy jest zgoda na eksploatację zwierząt, stanowią nieistotny dla tej kampanii margines. Nie mogą stać się istotnym głosem, bo zagroziliby koalicji obrażając koalicjantów.

Zgadzam się z diagnozą Francione’a. Zbyt wiele lat działam w temacie praw zwierząt, zbyt wiele widziałam, by nie zgadzać się z jego konkluzjami. Byłam częścią tego marginesu, który próbował nadać inny ton działaniom paru kampanii jednotematycznych, w niewielkim zakresie również w temacie uboju rytualnego. 

Wiem, że sam fakt uczestnictwa w kampanii przeciwko ubojowi rytualnemu nie jest równoznaczny z byciem antysemitą. Niemniej, znając polskie realia, raz za razem wychodzący na światło dzienne antysemityzm i dynamikę kampanii jednotematycznych opisywaną przez Gary’ego Francione’a, nie mam już dziś żadnych złudzeń, że taka kampania, nie dość że nie służy zwierzętom, to przyciąga, podsyca, a nawet generuje antysemityzm. Dlatego odradzam branie w niej udziału.

----------------
Czytaj dalej:
  • Wywiad z Mirosławem Tryczykiem na temat książki „Miasta śmierci” (LINK)
  • O nowelizacji Ustawy o IPN (LINK)
  • O hasłach i symbolach na Marszu Niepodległości (LINK)
  • Konferencje prasowe w Sejmie (LINK, LINK)
  • Stanowisko Academy of Nutrition and Dietetics (dawniej American Dietetic Association) na temat diet wegetariańskich (w tym diety wegańskiej) (LINK)
  • List otwarty przeciwko planowanej na 14 kwietnia 2018 roku V Pielgrzymce Środowisk Narodowych na Jasną Górę, organizowanej przez Młodzież Wszechpolską, Obóz Narodowo-Radykalny i Ruch Narodowy (LINK)




poniedziałek, 12 marca 2018

Uniwersalny zegar przemocy tyka

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Przemoc wobec kobiet
Co 40 sekund jakaś kobieta w Polsce doświadcza aktu przemocy. Co 2,5 doby przemoc w rodzinie prowadzi do śmierci kobiety. Co 7 minut na Policję trafia zgłoszenie dotyczące przemocy w rodzinie. To „zegar przemocowy”, który swoim tykaniem przypomina, że o prawa kobiet w Polsce trzeba wciąż walczyć, także w obronie ich zdrowia i życia. Opracowała go prof. Beata Gruszczyńska z Katedry Kryminologii Uniwersytetu Warszawskiego.

Według badań poświęconych przemocy wobec kobiet przeprowadzonych w Polsce w 2012 roku z inicjatywy FRA (Agencji Praw Podstawowych Komisji Europejskiej) wynika, że co trzecia kobieta była w swoim życiu ofiarą przemocy ze strony mężczyzny, w ciągu roku przemocy doznało 6% kobiet, czyli 800 tysięcy kobiet w wieku 18-69 lat. Co szósty przypadek to przemoc ze strony partnera kobiety. Tylko 30% aktów przemocy zostało zgłoszonych Policji. 

Prawo
Amnesty International zachęca do podpisania petycji „Polska wolna od przemocy wobec kobiet” skierowanej do Premiera, Sejmu i Senatu oraz do Pełnomocnika Rządu ds. Społeczeństwa Obywatelskiego i Równego Traktowania. Petycja domaga się wdrożenia podpisanej i ratyfikowanej przez Polskę Konwencji Rady Europy o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej z 11 maja 2011 roku. W polskim prawodawstwie wciąż brakuje definicji przemocy ekonomicznej, właściwej definicji gwałtu opartej na braku świadomej zgody na akt seksualny oraz skutecznych mechanizmów izolowania sprawców przemocy od osób narażonych na przemoc. 

Przemoc domowa, w tym przemoc fizyczna, psychiczna, seksualna czy wciąż niedostrzegana przez nasze prawo przemoc ekonomiczna, to tylko jeden z aspektów dyskryminacji kobiet. Ta dyskryminacja nie zaczyna się w domu i w domu się nie kończy. Społeczeństwo podtrzymuje i rozprzestrzenia szkodliwe stereotypy nie tylko w sferze prywatnej, ale także w edukacji szkolnej (w zeszłym roku usunięto wymóg edukacji antydyskryminacyjnej), w środowisku pracy, gdzie im wyższy szczebel tym mniej kobiet, oraz w polityce, gdzie wciąż chyli się czoła przed najbardziej patriarchalną i zmaskulinizowaną organizacją na świecie – Kościołem Katolickim.

Prawa kobiet
W Dniu Kobiet kobiety mówią o prawach kobiet i zmagają się z niekończącymi się próbami narzucania im męskiej, często seksistowskiej a nawet mizoginistycznej narracji. Akcja #MeToo, czy sprzeciw wobec zaostrzeniu już i tak restrykcyjnego prawa dotyczącego dostępu do aborcji pojawiły się przecież w wyniku wciąż istniejącej kultury uprzedmiotowienia kobiet, gdzie kobiety mają zaspokajać cudze potrzeby, cudze ambicje i cudze pragnienia.

Prawa zwierząt
Jak pisze dr hab. prof. Dorota Probucka w swojej książce "Filozoficzne podstawy praw zwierząt" "propagowanie od końca lat siedemdziesiątych XX wieku idei praw zwierząt ma pewien związek z postmodernistyczną falą praw czwartej generacji postulującą ochronę różnych, dotychczas deprecjonowanych grup. Dyskryminacja ta dotyczy między innymi rasy, płci, orientacji seksualnej albo wieku. Stąd postulowane prawa kobiet, dzieci, osób niepełnosprawnych, homoseksualistów." 

Faktycznie twórcy filozoficznych podstaw praw zwierząt, Tom Regan czy Gary Francione, nawiązują do kryteriów dyskryminacji wewnątrzgatunkowej, czyli dyskryminacji ludzi przez innych ludzi, i wskazują, że kolejnym arbitralnym kryterium na podstawie którego dochodzi do dyskryminacji, obok rasy, płci, orientacji seksualnej i wieku jest przynależność gatunkowa. Skoro bowiem przynajmniej niektóre zwierzęta – te zdolne do odczuwania – posiadają podobny do ludzi interes w tym, by wieść swoje życie i unikać negatywnych doświadczeń (bólu i cierpienia), to podobne interesy powinniśmy traktować podobnie, bez względu na to czy mówimy o interesie człowieka czy krowy. Tego wymagają podstawowe zasady sprawiedliwego, równego traktowania. I jeśli mówimy „masz prawo do życia człowieku, ale nie masz prawa do życia krowo”, to stosujemy szowinizm gatunkowy. Kiedy tworzymy system eksploatacji zwierząt polegający na odmówieniu im prawa do życia i unikania bólu i cierpienia, system, który de facto polega na zadawaniu bólu, cierpienia i zabijaniu zwierząt, uczestniczymy w systemowym, zinstytucjonalizowanym szowinizmie gatunkowym.

Wzajemne zasilanie się dyskryminacji
Różne formy dyskryminacji wzajemnie się karmią i podsycają. Relację wspierania się seksizmu i szowinizmu gatunkowego w zachodniej kulturze patriarchalnej opisała blisko 30 lat temu w swojej wciąż aktualnej książce „The Sexual Politics of Meat” amerykańska feministka i weganka Carol J. Adams. Opisała i zilustrowała przykładami jak procesy uprzedmiotowienia, kawałkowania i konsumpcji przejawiają się zarówno w seksistowskim podejściu do kobiet jak i w szowinistycznym podejściu do zwierząt ułatwiając przemoc fizyczną, psychiczną i symboliczną. Zarówno zabite już i pokawałkowane zwierzęta  przedstawiane w seksualizowanej formie jak i kobiety prezentowane jako atrakcyjny towar, poddane tym procesom, stają się przedmiotami konsumpcji, obiektami bez biografii i indywidualności.

Sexual politics of meat - po polsku [zdjęcie z sieci]
Amerykański historyk Charles Patterson w swojej książce "Wieczna Treblinka" twierdzi, że udomowienie, eksploatacja i uprzemysłowienie eksploatacji zwierząt były (i są) sposobem w jaki ludzie przećwiczyli dominację stosowaną następnie wobec innych ludzi. Nazywanie wrogów nazwami zwierząt, szczególnie tych zaliczanych do kategorii "szkodnik" często poprzedza akty agresji fizycznej i ludobójstwa.

Niestety także w ruchu prozwierzęcym dochodzi do dyskryminującego, pełnego pogardy i nienawiści traktowania ludzi – seksizm (nienawistne portretowowanie kobiet w kampaniach antyfutrzarskich) czy rasizm (ubliżanie Azjatom w kampaniach przeciwko zabijaniu psów na mięso, Żydom w akcjach przeciwko ubojowi rytualnemu). W działających już jak korporacje dużych organizacjach miała swoją odsłonę, na razie w USA, akcja #MeToo, o czym pisze także dziś Carol J.Adams. Socjolożka, feministka i weganka Correy Lee Wrenn zauważa problem takiej dyskryminacji. Opisuje i krytykuje utrwalanie wizerunku kobiety-gadżetu/przedmiotu w wielu akcjach amerykańskiej organizacji PETA. Wrenn, na szczęście nie ona jedyna, podkreśla konieczność podejścia intersekcjonalnego w walce o prawa zwierząt, czyli takich działań, które za oczywistość przyjmują, że skoro ruch na rzecz praw zwierząt jest ruchem na rzecz sprawiedliwości społecznej, musi w swoich działaniach uwzględniać prawa człowieka. Nie ma sensownej walki o prawa zwierząt, kiedy równocześnie depcze się po prawach człowieka. 

Chcemy prawa zwierząt do szacunku takiego jakie mają ludzie, szanujmy ludzi. Nie chodzi o szacunek za zasługi, lecz poszanowanie podstawowych praw, w tym wolności od dyskryminującego traktowania. 



W ciągu 60 sekund w ubojniach w Polsce zabija się 1522 zwierzęta. Żadne z tych zdarzeń nie zostanie zgłoszone na Policji. Ustawa o ochronie zwierząt na to pozwala. Wolno odbierać życiae ponad 800 milionom czujących zwierząt lądowych (np. kur, świń, krów) rocznie i nikt nie wie dokładnie jakiej liczbie czujących zwierząt wodnych (ryb) w ramach systemowej eksploatacji, która jest oficjalną formą brutalnej i butnej dyskryminacji: my ludzie stawiamy na piedestale naszą chęć prowadzenia określonego stylu życia, choć moglibyśmy go zmodyfikować; godzimy się, że cenę za to płacą zwierzęta wystawiane na ból, cierpienie i śmierć. Ludzie zaangażowani w walkę o prawa zwierząt i promocję weganizmu jako niezbędnej podstawy w naszej relacji ze zwierzętami mają co robić. 

Walcząc z dyskryminacją nie dyskryminujmy
Jednak w ferworze działań prozwierzęcych odpowiedzialnym aktywistom nie wolno zapominać o różnych formach wciąż żywej dyskryminacji ludzi. Skoro co 40 sekund jakaś kobieta w Polsce doświadcza aktu przemocy, nie można odtwarzać kolejnych mizoginistycznych aktów przemocy (nawet symbolicznie) w kampaniach antyfutrzarskich (nie mówiąc już o tym, że nie ma różnicy między futrem a skórą). Skoro Polska nigdy nie uwolniła się od antysemityzmu, co w ostatnim czasie staje się ponownie mocno odczuwalne, każdy kto zechce angażować się w akcje przeciwko ubojowi rytualnemu i drastycznie go przeciwstawiać „standardowemu” ubojowi (zamiast pokazywać, że żaden ubój nie jest ani humanitarny ani etyczny) musi zdać sobie sprawę, że będzie mieć swój udział w sianiu rasowej nienawiści. 

Prawa zwierząt są i mam nadzieję, że będą zawsze związane z prawami człowieka. Są ruchem na rzecz sprawiedliwości społecznej. Włączając w działania prozwierzęce seksizm czy rasizm, zaprzeczamy sprawiedliwości i tworzymy coś na kształt klubu uprzywilejowanych, którzy pod swoją opiekę biorą po prostu ulubioną grupę pupili.

------

Czytaj dalej
  • Renata Durda "Świadek przemocy w bliskich relacjach. Co robić, aby nie zaszkodzić sobie i innym" w: Akademia Praw Kobiet - wykłady o przemocy wobec kobiet, Fundacja Feminoteka, Warszawa 2015
  • Prof. Beata Gruszczyńska, Uniwersytet Warszawski, Katedra Kryminologii i Polityki Kryminalnej, Instytut Wymiaru Sprawiedliwości "Kobieta-ofiara przestępstw w badaniach kryminologicznych" - Konferencja "Pomoc kobietom ofiarom przestępstw" Sejm RP, 5 marca 2013
  • Petycja Amnesty International (LINK)
  • "Fabryka patriotów. PiS wyrzuca edukację antydyskryminacyjną ze szkół", Agata Czarnacka, wyborcza.pl, 3 lipca 2017 (LINK)
  • Więcej o książce „The Sexual Politics of Meat” (LINK
  • Blog Correy Lee Wrenn (LINK
  • "Humane Society CEO resigns amid sexual harassment allegations" w- politico.com (LINK