Pokazywanie postów oznaczonych etykietą stereotypy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą stereotypy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 marca 2019

U nas też duszą, proszę Pana

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Widzieliście te przezroczyste breloczki do kluczy z małymi rybkami albo żółwikami w środku? Żywe zwierzęta zamknięte w plastikowym opakowaniu, gdzie jest trochę wody i tlen, który szybko się skończy. Zdolne do cierpienia istoty potraktowane jak jednorazowe gadżety. To nie do pomyślenia, prawda? Nasze oburzenie rośnie. Kto mógł wpaść na taki pomysł i kto to kupuje? Kiedy dowiadujemy się, że proceder ma miejsce w Chinach, nasze oburzenie rośnie jeszcze bardziej, ale zdziwienie jakby maleje. No tak, Chińczycy. Jak oni tak mogą?!

Pewnie dowiedzieliście się o tym w internecie. Ja też. Swoją drogą warto by sprawdzić na ile wiarygodne to informacje. Owszem, na szybko da się wyszukać parę petycji do chińskiego rządu, ale ich istnienie i treść nie pomagają nam zbytnio w weryfikacji tej sprawy, szczególnie jeśli petycje są stworzone przez indywidualne osoby (a nie przez organizacje) i zawierają wyłącznie apel okraszony retoryką „opinii światowej” oburzonej tym, co się „tam” wyprawia. Ale ten post jest o czymś innym, więc nie będę zajmować się weryfikacją breloczków. Przyjmijmy, że to prawda.

Co dla mnie istotne w takim właśnie temacie, i wielu mu podobnych, to ich potencjał do aktywowania uprzedzeń, utrwalania stereotypów, nadmiernego wzniecania emocji, zaspokajania potrzeby nowości, dawania poczucia wyższości i wrażenia, że robi się coś ważnego dla zwierząt i – niestety - odwracanie uwagi od mniej „atrakcyjnych”, a bardziej pozytywnych i często pożytecznych rzeczy, które możemy robić na rzecz lepszego świata.

Jeśli chodzi o stosunek Chińczyków do zwierząt, to przeciętny polski użytkownik Facebooka, który lubi psy i koty i czyta wiadomości o zwierzętach, na pewno zetknął się z Festiwalem psiego mięsa w Yulinie. Szokująca dla konsumenta świń, cieląt i kurcząt informacja o jedzeniu psów połączona z praktycznie nikłą wiedzą na temat Chin (oprócz tego, że jest to państwo w Azji, gdzie mieszka bardzo dużo ludzi, którzy mają skośne oczy i nie są biali) w dość prosty sposób skłania do aktywowania negatywnego uprzedzenia (są też uprzedzenia pozytywne) do całej grupy narodowościowej, czy nawet rasowej. Wniosek z tych skąpych informacji jest oczywiście uogólniający, co widać często w petycjach, według których jedzenie psów, w przeciwieństwie do jedzenia świń, kur, czy cieląt, ma świadczyć o niższości kultury chińskiej i jej barbarzyństwie, a zarazem (domyślnie) o wyższości i ucywilizowaniu kultury zachodniej, czyli naszej. 

Temat sprzedawania breloczków z żywymi zwierzętami w Chinach odgrywa bardzo podobną rolę do tematu Festiwalu w Yulinie. Cementuje nasze uprzedzenia, daje łatwe uzasadnienie dla rasizmu, pozwala "bezkosztowo" poczuć się lepszym i bardziej cywilizowanym, bez jakiejkolwiek refleksji nad własną kulturą i własnym postępowaniem. Nie daje okazji do zastanowienia, cóż takiego różni psa od świni, nie w naszych oczach, lecz w nich samych, ich chęci do życia, potrzebach i pragnieniach. Nie skłania do refleksji, że jeśli mięsa jeść nie trzeba (a nie trzeba, podobnie jak nie trzeba jeść nabiału czy jajek), to de facto świnie cierpią i umierają dla naszej przyjemności. I nie jest to miła refleksja, ale może posłużyć do zmiany naszego zachowania. Kiedy mocno skupiamy się na innych, odcinamy się od własnego doświadczenia, szczególnie jeśli siebie postawimy na pomniku. 

Równocześnie takie nowinki są niezwykle atrakcyjne dla naszych umysłów niezmordowanie poszukujących nowości – nowych informacji, najlepiej wywołujących intensywne emocje, sensacyjnych w tonie, walczących o naszą uwagę w potoku wiadomości. którymi zalewa nas internet i media społecznościowe w szczególności. Intensywność emocji przeżywanych podczas odbioru takiej informacji myli nam się często z jej istotnością. Szybkie podpisywanie i intensywne udostępnianie petycji bierzemy za działanie właściwe i konieczne, nawet jeśli wiemy, że ciągnie za sobą ogon rasistowskiego hejtu, który łatwo nam jest zbagatelizować, szczególnie  jeśli nie dotyczy nas ani nikogo bliskiego.

Presja czasowa (podpisz już teraz!), temat przyciągający uwagę swoją „egzotycznością”, sugestia, że odbiorca petycji należy do tej lepszej cywilizacji i silne emocje to mieszanka, której trudno się oprzeć. Często towarzyszy temu pewien szantaż emocjonalny. Sprawa zostaje przedstawiona w taki sposób, że albo podpiszesz petycję, albo zawiedziesz zwierzęta, które czekają na Twoją pomoc. Na stole, w zasięgu wzroku, jest wybór: tylko ta petycja albo wielkie okrągłe, budzące poczucie winy zero. Jeśli mieliśmy jeszcze jakieś wątpliwości, choćby te dotyczące rasizmu, to ulegamy. Myślę, że niedobrze, bo rasizm, mowa nienawiści i przemoc na tym tle są rzeczywistością coraz bardziej codzienną, a działać dla zwierząt w sposób współgrający z prawami człowieka możemy przecież na wiele sposobów.

Wracając do duszących się za sprawą człowieka zwierząt,  temat breloczków przywiódł mi na myśl rodzimy przykład jednodniowych kurzych piskląt. Takie pisklęta wylęgają się w bardzo dużych ilościach nie pod czujnym okiem kurzych matek, ale w przedsiębiorstwach zwanych wylęgarniami. To miejsca, skąd hodowcy kupują pisklęta do odchowu tzw. brojlerów na mięso i skąd kupowane są pisklęta płci żeńskiej, które będą służyć jako maszyny do znoszenia jajek na fermach jajczarskich. I w tych wylęgarniach odbywa się selekcja. W przypadku kurcząt, które będą hodowane na mięso, "odpadem" będą ewidentnie chore pisklęta. W przypadku przyszłych kur niosek, z oczywistych względów "odpadem" będą kogutki (nie opłaca się ich hodować na mięso). 

I zgodnie z odpowiednim rozporządzeniem, takie zwierzęta można zabijać (to jest w produkcji zwierzęcej praktycznie pewnik dla wszystkich zwierząt) i należy to robić w jeden z dwóch sposobów: albo z użyciem „urządzeń mechanicznych powodujących natychmiastową śmierć” albo stosując dwutlenek węgla. To pierwsze może oznaczać zgniatanie lub mielenie, to drugie komorę gazową – duszenie. Podobno ta – podkreślę, że niezawiniona - śmierć zadana w taki właśnie sposób jest stosunkowo szybka i bezbolesna. 

Mam co do tego pewne wątpliwości. Zasadzają się one w zasadzie na dwóch kwestiach: masowość działania i status tych zwierząt. Odwiedziłam parę stron wylęgarni. Niewątpliwie, wyspecjalizowane zakłady tego typu muszą mieć masowy przerób, żeby utrzymać się na rynku. Jedna z nich chwaliła się, że rocznie wylęga się tam 90 milionów piskląt. Nieźle, prawda? Dziennie wychodzi 250 tysięcy zwierząt. Powiedzmy, że 10 procent nie będzie dobrze rokować (to była wylęgarnia kurcząt na mięso), to do zabicia będzie 25 tysięcy zwierząt dziennie. Nawet zwierzęta przedstawiające wartość rynkową (bo będą mięsem albo maszyną do jajek), indywidualnie kosztują bardzo mało i w razie choroby/urazu nie są leczone. Co dopiero więc może mieć miejsce w przypadku zwierząt, które dosłownie są dla producenta odpadem, czyli śmieciem? 

Czy sugeruję, że w związku z tym będą regularnie łamane przepisy (nawet takie, które umówmy się – służą szybkiej likwidacji "żywych śmieci")? Niekoniecznie. Niech i każda wylęgarnia ma swoje „urządzenia mechaniczne” i komory, gdzie wpuszcza dwutlenek węgla. Wyobraźmy sobie jednak, że ma do przerobu te 25 tysięcy zwierząt dziennie. Jedne zgniotą się od razu, inne niekoniecznie, jedne uduszą się od razu inne niekoniecznie. Wyobraźmy sobie potem taki martwo-żywy odpad dogorywający w plastikowych workach, gotowy do wywiezienia. Czy ktoś będzie dogniatał lub doduszał, żeby te zwierzęta, które jeszcze żyją, szybko umarły? Pomęczmy trochę własną wyobraźnię. To ćwiczenie nie będzie tak atrakcyjne jak petycja w sprawie „barbarzyńców” o innym kolorze skóry, ale może pomóc zmierzyć się z rzeczywistością bliżej domu, w której niekiedy bierzemy czynny udział kupując coś, co po prostu do tej pory uważaliśmy za żywność, niezbędny element naszego codziennego życia.



Oczywiście, jak to ja,  zmierzam do kwestii krzywdy zwierząt, która dzieje się tuż za rogiem, i której nie da się tak łatwo przyporządkować do kogoś innego i która, ostatecznie skłania do refleksji nad lepszym sposobem życia nie jakichś tam onych, których mamy petycją ucywilizować, tylko każdego z nas. Tym lepszym pod wieloma względami wyborem jest weganizm. Choć sama zmiana wielu nawyków żywieniowych i codziennych jest pewnym wyzwaniem, to tak naprawdę weganizm – jeśli się przyjrzymy mu na spokojnie – jest takim minimum – po prostu paktem o nieagresji w stosunku do zwierząt w takim zakresie, jaki jest możliwy i wykonalny w dzisiejszym świecie.

Co do pożytecznych rzeczy, które możemy robić nie pod presją czasu, nie pod wpływem emocjonalnego szantażu, jest ich wiele, choćby propagowanie tej nieagresji, pomoc schronisku (są różne typy schronisk – psów i kotów, ale też wielu innych zwierząt), adopcja zwierząt bezdomnych, pomoc organizacjom, które zajmują się adopcjami. To działanie pożyteczne, często bardzo wymierne i pomocne. Równocześnie dbajmy o to, by sprzeciwiać się rasizmowi i ksenofobii, jeśli w takich działaniach się pojawi.  A jeśli zdarzy się sensowna petycja, to podpisujmy ją po namyśle.


Czytaj dalej:

  • Chcesz zobaczyć to rozporządzenie? Proszę bardzo. (LINK)
  • Więcej o diecie wegańskiej opowie wam dietetyczka specjalizujący się w dietach roślinnych Iwona Kibil (LINK do video bloga) i link do bloga (LINK)


wtorek, 4 września 2018

Jaki weganizm jest mile widziany?

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Weganizm wchodzi  dziś do mainstreamu, choć wciąż jest niszowy. W swojej niszy występuje zaś w paru „odmianach” usytuowanych bliżej lub dalej od swojego oryginalnego kształtu z lat 40. XX wieku i oryginalnej definicji opracowanej przez The Vegan Society w w latach 70. Weganizm jest różnie postrzegany, odbierany, wykorzystywany i promowany. W jakich „odmianach” weganizm jest mile widziany, a w jakiej wciąż nie za bardzo? Dlaczego w związku z weganizmem regularnie pojawia się irytujące hasło „wszystko albo nic” i co ono tak naprawdę znaczy? 

Mile widziane odmiany weganizmu

Weganizm jako jedna z modnych diet? Wchodzi całkiem nieźle. Popierają go nawet burgerownie przerabiające na co dzień setki kilogramów mięsa, sera i jajek. W końcu na takim weganizmie można zarobić: wie o tym inteligentny przedsiębiorca i do standardowej oferty dorzuci produkty „odpowiednie dla wegan”. Jak to zgrabnie ujął pewien biznesmen reklamując poszerzone menu swojej restauracji: #gomeat #govegan. A więc modna dieta, czyli kolejny segment konsumencki.

Weganizm jako sposób na utrzymanie zdrowia, urody i długowieczności? Proszę bardzo. Promotorów „cudownej” roślinnej diety nie brakuje (dieta cudowna jest bardziej atrakcyjna niż dieta po prostu zdrowa). Wszyscy prędzej czy później będziemy mieć problemy ze zdrowiem, nasza młodzieńcza uroda przygaśnie i przyjdzie się zmierzyć ze starzeniem skóry, chorobami i zbliżającą się śmiercią. Z nadzieją słuchamy więc opowieści o ozdrowieńczych właściwościach diety roślinnej, oglądamy filmiki o dziarskich dziewięćdziesięcioletnich weganach biegających maratony lub wyginających się w trudnych jogicznych pozycjach. Jeśli zaś roślinna dieta nie spełni oczekiwań zawsze będzie można przerzucić się na coś innego, np. paleo. 

Weganizm dla środowiska? Owszem, coraz częściej czytamy w raportach naukowych, że produkcja zwierzęca jest najbardziej marnotrawnym sposobem produkcji żywności (marnującym cenne zasoby) i produkującym dużo zanieczyszczeń.  Tutaj argument za dietą roślinną, która jest częścią weganizmu, jest rzeczywiście poważny, choć de facto ze względów ekologicznych wystarczyłoby, gdybyśmy wszyscy stosowali dietę opartą na roślinach, niekoniecznie stuprocentowo roślinną. 

Weganizm jako jedna z opcji na liście „co możesz zrobić dla zwierząt? Da radę. Zawsze można wybrać coś innego z listy.  Choćby podpisać petycję lub ustawić stały przelew dla organizacji, która w naszym imieniu będzie działać dla zwierząt. 



Mniej apetyczny weganizm etyczny


Co wspólnego mają ze sobą te mile widziane formy weganizmu? Po pierwsze, ograniczają weganizm do diety. Po drugie są opcjonalne, zawsze zastępowalne czymś innym. Co mają wspólnego z oryginalnym weganizmem grupy, która w 1944 roku odłączyła się w Anglii od Towarzystwa Wegetariańskiego i utworzyła Towarzystwo Wegańskie? Najlepiej będzie jeśli po prostu przypomnę definicję:

"Weganizm to filozofia i sposób życia, który stara się wykluczyć - w stopniu w jakim jest to możliwe i wykonalne - wszystkie formy eksploatacji i okrucieństwa wobec zwierząt w związku z produkcją żywności, ubrań czy w jakimkolwiek innym celu; co za tym idzie weganizm promuje rozwój i wykorzystywanie alternatyw wolnych od składników odzwierzęcych i niezwiązanych ze zwierzętami, które są korzystne dla ludzi, zwierząt i środowiska."

Jak widać, oryginalny weganizm jest pojęciem dużo szerszym, a sednem sprawy są zwierzęta i nasz etyczny do nich stosunek.  Weganizm zgodny z tym, jak zdefiniowało go The Vegan Society, jest dziś paradoksalnie na marginesie, wypierany przez powyżej opisane odmiany. W związku z tym bywa nazywany „etycznym weganizmem”, żeby można go było odróżnić od roślinnej diety. 

Skoro środkiem ciężkości weganizmu jest etyka, nie może być on opcjonalnym składnikiem z szerokiego repertuaru naszych prozwierzęcych zachowań. Jeśli poważnie rozmawiamy o pozytywnym stosunku do zwierząt, o autentycznym sprzeciwie wobec przemocy, eksploatacji i zabijaniu zwierząt, to staje się jasne, że weganizm nie jest żadną opcją, lecz etycznym minimum, jakie jesteśmy winni zwierzętom. Program minimum oznacza po prostu nie krzywdzić i propagować niekrzywdzenie.

Jak podkreśla definicja opracowana przez założycieli Towarzystwa Wegańskiego, weganizm należy realizować w stopniu możliwym i wykonalnym. Pierwsi weganie formułując swój postulat szacunku wobec zwierząt nie żądali zatem ani od siebie, ani od nikogo innego, bohaterstwa czy męczeństwa dla sprawy.  Byli etycznymi realistami.

Wszystko albo nic, czyli tendencyjne ramowanie weganizmu


Dlaczego zatem trudno jest promować program minimum i często towarzyszy mu paradoksalne i emocjonalnie naładowane oskarżenie „wszystko albo nic”? Na pewno nie ze względu na problem z wytłumaczeniem o co w weganizmie chodzi, skoro weganizm to po prostu sprzeciw wobec krzywdzenia zwierząt. Jednak postulat ten okazuje się dotyczyć nie tylko bliskich nam zwierząt domowych czy podziwianych zwierząt nieudomowionych, lecz także tych, o których nie mamy zwyczaju dużo myśleć – świń, krów, kur i innych tzw. zwierząt gospodarskich. 

Poza tym postulat weganizmu ingeruje w sfery życia, które uznajemy za prywatne (szczególnie jedzenie, ale także odzież i rozrywka) i etycznie neutralne (nie kojarzymy ich zazwyczaj z krzywdą zwierząt).  Stąd rodzi się słuszna skądinąd myśl, że wzięcie weganizmu na poważnie może wiązać się ze zmianami, które będą dotyczyć naszego codziennego życia. To budzi emocje, obawy, stres i spekulacje, że weganizm to jakaś skrajność. 

Oskarżenie weganizmu o skrajność, „wszystko albo nic” formułowane jest na wiele sposobów. Omówię parę z nich.

Dziecinne przewrażliwienie
Weganizm to skrajne przewrażliwienie, wybujała empatia. Zachowujmy umiar, zdrowy rozsądek, nie dajmy się zwariować – tak mówi część osób stykających się z postulatem weganizmu. 
Proponuję chwilę zastanowienia, konkretny przykład. W zasadzie smutny składnik polskiego krajobrazu – pies na krótkim łańcuchu, bez ochrony przed upałem i mrozem, często głodny, trzymany jako żywy detektor ruchu i alarm w jednej psiej, umęczonej życiem osobie. Niejednokrotnie porzucany lub zabijany, by wymienić go na nowy, sprawny „egzemplarz”.  Czy nasz sprzeciw wobec jego cierpienia i traktowania jak wymienialny przedmiot i wreszcie wobec jego zabicia nazwalibyśmy „skrajnym przewrażliwieniem”? Czy raczej zachowanie właściciela (niezasługującego na miano opiekuna) będzie skrajną nieodpowiedzialnością, brakiem przyzwoitości, a nawet okrucieństwem? 

No właśnie. Nasz sprzeciw jest zatem właściwą, rozsądną, empatyczną reakcją na dziejącą się krzywdę i niesprawiedliwość.  Weganizm też nie wchodzi w żadną skrajność. Jest takim samym sprzeciwem wobec krzywdy i niesprawiedliwości, tyle że obejmuje także inne zwierzęta. Jeśli mamy więc nazwać jakoś tę wegańską wrażliwość, to będzie to wrażliwość nie skrajna, lecz uniwersalna. Nie dziecinna (naznaczona impulsywnością i niewiedzą), lecz dojrzała, wynikająca z wiedzy i konsekwentna

Nierealistyczny idealizm
Weganie są dziecinnymi idealistami. Chcieliby raju na ziemi. Chcieliby zlikwidować całą przemoc, ból i śmierć. A tu jest ziemia, na której jedni zjadają drugich, lew poluje na antylopę. Takie jest prawdziwe życie, bądźmy realistami – powiadają niektórzy.
To prawda, że lew zjada antylopę, ale antylopa zjada rośliny. Dlaczego więc porównując się do zwierząt automatycznie widzimy się akurat w roli drapieżnika? Nasi najbliżsi krewni to przecież zwierzęta całkowicie lub prawie roślinożerne – szympansy, goryle i orangutany. Jeśli już musimy porównywać się do innych zwierząt, sensowniej byłoby spojrzeć na naczelne niż na wielkie koty. 

Oczywiście ewolucja naszego gatunku obejmująca nie tylko fizjologię naszych organizmów ale także zdolność do obróbki pokarmu pokazuje, że możemy odżywiać się na różne sposoby. Jesteśmy dużo bardziej elastyczni od naczelnych. Niemniej, współczesna wiedza z zakresu dietetyki wskazuje, że odpowiednio ułożona dieta roślinna jest zdrowa, a nawet może wspomagać leczenie i profilaktykę niektórych chorób. Jej wybór nie jest więc żadną skrajnością. 

Co więcej, dieta roślinna jest nieporówywalnie „lżejsza” dla środowiska i nie angażująca odrażającej gałęzi gospodarki jaką jest eksploatacja zwierząt. Przyjęta powszechnie pomogłaby ograniczyć przestrzeń, na której produkuje się żywność dla ludzi, a tym samym pozwoliłaby zachować więcej miejsca dla dzikich zwierząt. Wybór weganizmu, którego lwią częścią jest roślinna dieta, wydaje się więc wyborem nie tylko wykazującym odpowiedni poziom wrażliwości społecznej, ekologicznej i prozwierzęcej, ale także na wskroś rozsądnym i realistycznym. Weganie nie bujają w obłokach. 


Skrajny postulat. Po prostu faszyzm.
To już nie wystarczy nie nosić futra i nie chodzić do cyrku ze zwierzętami? Nie wystarczy, że adoptowaliśmy psa i kota? Mamy iść pod wegańskie dyktando i podporządkować życie zwierzętom? Chcą mi mówić co mam kłaść sobie na talerzu? To już nawet wegetarianizm nie wystarczy? Chcą nam wszystkiego zabronić. Nie damy sobą rządzić – mówią niektórzy z oburzeniem i niepokojem.
Kampanie jednotematyczne, takie jak postulowany zakaz ferm futrzarskich czy cyrków ze zwierzętami, w pewnym stopniu mogą mieć negatywny wpływ na postrzeganie weganizmu. Tak mocno skupiają się na swoim temacie, że powodują efekt soczewki. Wałkowanie negatywnego obrazu futer sprawia, że wielu ludzi wzdraga się z oburzenia na widok kobiety w futrze równocześnie czując się bardzo swobodnie w skórzanych butach i wełnianym płaszczu. W kampanii przeciwko cyrkom ze zwierzętami często powtarza się, że chodząc do takiego cyrku dzieci uczą się przedmiotowego traktowania zwierząt, ale równocześnie kampania ta funkcjonuje bez dysonansu poznawczego w szkołach, gdzie przedmiotowe traktowanie zwierząt jest na porządku dziennym - podręczniki uczą przecież, że krowa daje mleko, a stołówki codziennie serwują produkty pochodzące z miejsc, gdzie zwierzęta są traktowane jak maszyny czy surowiec. 

Adopcje zwierząt domowych najczęściej są postrzegane na tyle wąsko i w oderwaniu od bardziej uniwersalnych praw zwierząt, że zdarzają się (nierzadko) imprezy promujące adopcje, gdzie serwuje się produkty pochodzące z eksploatacji zwierząt niedomowych.

To na tym tle padają oskarżenia o wtrącanie się w prywatne sprawy, nakazywanie czy zakazywanie czegoś. Jest to tło naczyń rozłączonych. Brakuje ukazania, że produkcja futer, skór i wełny ma wspólny mianownik – krzywdę zwierząt. Że produkcja mięsa, mleka i jaj jest możliwa tylko wtedy, gdy traktujemy zwierzęta instrumentalnie – jak maszyny i surowiec. Że skoro jest coś nie w porządku z przedmiotowym traktowaniem słonia w cyrku, to także jest problem z traktowaniem  krowy jak maszyny do mleka czy świni jak maszyny do produkcji prosiąt (wieprzowiny). Że kury, świnie czy krowy tak samo jak koty czy psy czują strach i ból,  przywiązanie i przyjemność, chcą żyć. 

Potrzebny jest pejzaż naczyń połączonych, gdzie widać znak równości między cierpieniem świni i psa, gdzie budzi się taka sama niezgoda na przedmiotowe traktowanie kury i kota. Wtedy mamy szansę dostrzec, że jeśli prywatną sprawą nie jest bicie psa, to neutralnym wyborem nie jest jedzenie jajek, nabiału i mięsa, noszenie skór, wełny czy futer.

Jeśli chodzi o masowy i przygniatający wpływ, to ma go raczej machina marketingowa branż opartych o eksploatację zwierząt, nie weganie promujący etyczny weganizm. To właśnie ta machina wykazuje się bezwzględnością nie tylko wobec zwierząt ale także ludzi. Biznesowi zależy na tym, by sprzedać jak najwięcej. Sprzedaż jak największej ilości spożywczych produktów odzwierzęcych stoi jednak w sprzeczności z zaleceniami współczesnej dietetyki, według której zdrowa dieta to taka, w której produkty odzwierzęce się ogranicza. Można swobodnie stwierdzić, że branże te instrumentalnie traktują nie tylko zwierzęta, ale i ludzi potrzebnych im tylko do zarabiania pieniędzy. Z kolei spójny z prawami zwierząt i przeciwny przemocy etyczny weganizm jest także zgodny z prawami człowieka. Zarówno zwierzęta jak i ludzie są tutaj podmiotami, więc weganizm nie może mieć nic wspólnego z faszyzmem. To kompletne nieporozumienie. 

Radykalna asceza
Cóż nam zostanie, jakaś marchewka i sałata. Suche jedzenie bez smaku. Zapach i smak tektury. Godziny spędzone w kuchni, żeby ugotować coś, co i tak nie będzie smakować. Zero smacznych słodyczy. Plastikowe buty  i śmierdzące nogi – utyskują nieweganie.
„Wszystko albo nic” bywa przekonaniem, że weganizm zabiera wszystko, co swojskie, smaczne i wygodne i nie zostawia nic dobrego w zamian. To tak zwana fałszywa dychotomia, czyli przedstawienie sprawy w postaci dwóch odrębnych, wykluczających się możliwości, a nawet przeciwieństw: swojskiego, smacznego i wygodnego nieweganizmu i obcego, niesmacznego i niewygodnego weganizmu. 

To podejście charakterystyczne dla tych, którzy nie znają weganizmu z własnego doświadczenia i swoje przekonania czerpią z tego, jak weganizm sobie wyobrażają. Skąd bierze się takie podejście i dlaczego nie odzwierciedla rzeczywistości? Bierze się prawdopodobnie z obawy, jaką żywi większość z nas przed zmianą.  Szczególnie nie lubimy zmian, które wymagają od nas zmiany nawyków. 

Ale, po pierwsze, czy weganizm oznacza przejście z trybu całkiem swojskie na tryb całkowicie obcy? Zastanówmy się przez chwilę. Nie będąc weganami jemy już przecież trochę rzeczy, które są roślinne i nie są to tylko owoce. Warto przyjrzeć się swojemu obecnemu menu i zobaczyć co roślinnego jemy i nam to smakuje – co już jest swojskie. Nie będąc weganami nosimy wiele ubrań, które są z włókien naturalnych lub syntetycznych. Te rzeczy będą nam nadal towarzyszyć. Nie ma więc dychotomii swojskie teraz tylko obce później. Co najwyżej zostawimy za sobą część swojskości, ale także część zabierzemy ze sobą. 

Smak jest kwestią gustu, ale też skojarzeń. Polska kuchnia jest skoncentrowana na produktach odzwierzęcych i one mają nieść główny smak i sytość. To jednak cecha tej kuchni, a nie brak możliwości po stronie kuchni roślinnej. Faktycznie, robienia smacznej i sycącej kuchni roślinnej trzeba się nauczyć, ale szczególnie dziś, przy tak dużej liczbie przepisów na internecie, warsztatów i wydanych książek na ten temat nie stanowi wielkiego wyzwania. Większość wegan, wbrew pozorom, stwierdza, że wachlarz wyborów kulinarnych nie zawęził się im, lecz poszerzył. I nie jest to hasło marketingowe. Po prostu często okazuje się, jak wielu produktów roślinnych wcześniej nie jedliśmy i jak mało potrafiliśmy zrobić nawet z najprostszych roślin, takich jak choćby fasola czy marchewka.

Z wygodą bywa różnie, ale z biegiem czasu jest coraz łatwiej – raz, że weganizm przestaje być dla nas czymś nowym i jest już po prostu zestawem trochę innych nawyków, - dwa, że rośnie dostępność gotowych produktów wegańskich w sklepach i dań w restauracjach. 

Purytańskie zadęcie
Mamy studiować skład każdego produktu? Chyba ze sklepu przed północą nie wyjdziemy. Co komu zaszkodziło jedno jajko czy trochę mleka do kawy? A jeśli znajdę się w szpitalu bez dostępu do diety wegańskiej? A jeśli będę biedna to mam boso chodzić i nie przyjąć darowanych mi skórzanych butów? Czy tu chodzi o zwierzęta, czy o jakąś wydumaną czystość? – dopytują niektórzy, niestety także propagatorzy rzekomo pragmatycznego podejścia

Tak się składa, że masowa eksploatacja zwierząt generuje olbrzymią ilość składników, które branża spożywcza (i nie tylko) wykorzystuje, bo są ogólnie dostępne i tanie. Dlatego możemy się natknąć na tłuszcz wieprzowy w niektórych pierogach z kapustą i grzybami, żelatynę w galaretce, sery krowie w pesto, jajka i masło w większości tradycyjnych wypieków. Faktycznie trzeba pooglądać etykiety, żeby ominąć takie niespodzianki. Jednak w miarę szybko opanowujemy tę kwestię, ogarniamy większość standardowo kupowanych produktów i z pewnością nie siedzimy z tego powodu dłużej w sklepie. 

Komu zaszkodziło jajko i trochę mleka? Odpowiednio – kurze i krowie. Patrząc na mały kawałek produktu trudno uwierzyć, że stoi za nim instrumentalne traktowanie i eksploatacja. Niemniej tak właśnie jest. Otrzeźwiającą lekturą są portale hodowców i rolników. Nie pozostawiają wątpliwości co do tego, że na straconej pozycji są zwierzęta wepchnięte w sytuację, gdzie są traktowane jak maszyna do produkcji jajek czy mleka. Ich narodziny, życie i śmierć podlegają logice wydajności i opłacalności. Jeśli mamy problem z wyobrażeniem sobie tego, warto przywołać w pamięci tzw. pseudohodowle – suki traktowane jak maszyny rozpłodowe bez względu na ich zdrowie i życie traktowane są tak samo jak krowy i kury na "standardowych" fermach (dużych i małych). 

Sprzeciw wobec eksploatacji tych mniej widocznych zwierząt, jakimi są kury, krowy czy świnie, wymaga większego wysiłku, większej wyobraźni, ale nie jest bardziej purytański niż sprzeciw wobec instrumentalnego traktowania zwierząt domowych.

A jeśli znajdę się w trudnej sytuacji, w szpitalu, na bezludnej wyspie, w obozie dla uchodźców, w biedzie zależna od innych, to zrobię to, co będzie możliwe i wykonalne, nie muszę być bohaterką ani męczennicą. Tak radzili już pierwsi weganie w latach 40. XX wieku. Już wtedy weganizm był odpowiednio wrażliwą, racjonalną i rozsądną odpowiedzią na eksploatację zwierząt. Pamiętacie ich definicję weganizmu? 

____________________ 

Czytaj dalej:

  • Multum przepisów kuchni wegańskiej - Weganizm Spróbujesz (link)
  • Kwestia (wegańskiego) nawyku - blog Stowarzyszenia Empatia (link)
  • Dieta roślinna odpowiednia w każdym wieku - stanowisko największej na świecie organizacji dietetyków - amerykańskiej Academy of Nutrition and Dietetics (dawniej American Dietetic Association) (link)
  • Corey Lee Wrenn "The politics of the pure vegan myth" (link)
  • Raporty dotyczące środowiska i dotykające produkcji zwierzęcej - m.in. Livestock's Long Shadow (FAO, 2006), Assessing the Environmental Impacts of Consumption and Production. Priority Products and Materials (UNEP, 2010), Feeding a Thirsty World (Stockholm International Water Institute, SIWI, 2012)
  • Recenzja filmu "What the Health", w szczególności segmentu o zdrowiu, w którym autorzy nieźle odjechali obiecując cudowne właściwości diety roślinnej zamiast po prostu powiedzieć o jej całkiem fajnych walorach. Czyli jak NIE NALEŻY opowiadać o weganizmie. Recenzję napisała Virginia Messina - dietetyczka o wieloletnim stażu specjalizująca się w diecie roślinnej i autorka szeregu książek na ten temat (link)



poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Mój widelec, moja odpowiedzialność

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

“Jesteś weganką i  szanuję Twój wybór” powiedział Stanisław i wszedł do McDonalda. Dla Stanisława nie ma w tym żadnej sprzeczności. Stanisław uważa, że ja mam prawo do swojego wyboru, a on do swojego. Jako że w świecie istnieje cała paleta wyborów, to dla każdego znajdzie się coś dobrego. On uznając to jest tolerancyjny, a jeśli ja mam jakieś zastrzeżenia do jego wyboru to znaczy, że jestem nietolerancyjna.

Na wegańskiej grupie wsparcia na Facebooku często padają pytania od dziewczyn, gdzie mogą pójść ze swoim “mięsożercą”, żeby obydwoje byli zadowoleni z jedzenia. Żeby ona mogła zjeść burgera z soi, a on burgera z krowy. Dziewczyny mówią o tym tak, jakby to były równoważne wybory. Używanie słowa “mięsożerca” zdaje się dodatkowo sugerować, że ktoś określany tym mianem jest wręcz na ten wybór skazany przez swoją “mięsożerną” naturę. Zdarza się, że dziewczyny chwalą się, że ich “mięsożerca” jest taki tolerancyjny i miły, że nie tylko nie ma nic przeciwko ich diecie, ale także sam potrafi im coś wegańskiego kupić albo nawet ugotować. Czy to ma oznaczać, że tym bardziej winne są akceptację w drugą stronę?

Ostatnio odwiedziłam stronę drugiej edycji konferencji “Praktyki wobec zwierząt w XXI”, która na Facebooku ma wydarzenie opatrzone wzruszającym zdjęciem dłoni ludzkiej obejmującej w geście opiekuńczym psią łapę położoną tam zapewne w geście zaufania. Na zaufanie ludzkich organizatorów konferencji nie mogą już jednak liczyć ryby, gdyż jednym ze sponsorów jest firma, której flagowymi produktami są śledzie. Wyraziłam zdziwienie takim obrotem spraw, choć podskórnie wiedziałam, że dziwić się nie powinnam. Zapewne poniosły mnie emocje, które wzbudziło urocze zdjęcie, a także zmylił mnie fakt, że jednym ze współorganizatorów jest o dziwo Fundacja Viva, która przecież nie promuje produktów pochodzących z eksploatacji zwierząt. Ostudzić moje oczekiwania powinien był od razu podtytuł konferencji, skoro dotyczy dobrostanu. Dobrostan to, wbrew swojej nazwie, brzydkie słowo na D, które pojawia się, gdy rozmowa dotyczy regulacji eksploatacji zwierząt. Z Profilu konferencji dostałam odpowiedź podobną do Stefana – dla każdego coś dobrego, a w bonusie inna użytkowniczka dowiedziała się, że rybi potentat “prowadzi odpowiedzialne rybołówstwo”.

To jak to jest z tym wyborem? Czy można postawić znak równości między wyborem burgera z soi a wyborem burgera z krowy? Czy te wybory są analogiczne do wyboru między zielonymi a czerwonymi skarpetkami? Czy to jest po prostu kwestia gustu, albo prywatna sprawa, którą niegrzecznie jest roztrząsać? Czy to jest tylko dieta? Czy to jest tylko kwestia wyboru konsumenckiego? A może, jak sugerują do pewnego stopnia organizatorzy konferencji, to tylko kwestia zapewnienia odpowiedniego dobrostanu krowie, z której burgera będziemy jedli?

 Stanisław mówiąc, że szanuje mój wybór, w rzeczywistości nadaje komunikat: nie wtrącam się i ty się nie wtrącaj. Za wtrącanie uznaje już poruszenie tego tematu, podważenie słuszności wyboru. Przecież nie idę za nim do restauracji i nie blokuję mu miejsca w kolejce, żeby nie mógł dokonać zakupu. Nie idę do niego do domu i nie wyrzucam mu zawartości lodówki. Po prostu poruszam TEN TEMAT, który według Stanisława poruszony być nie powinien, bo … no właśnie dlaczego? Pewnie dlatego, że to narusza jego wolność, samostanowienie.

Ale jak to jest z tą wolnością? Jeśli miałabym powiedzieć który wybór bardziej świadczy o czyjejś wolności i samostanowieniu to wybrałabym weganizm, dlatego że to właśnie on wyrasta z indywidualnego wyboru, często poprzedzonego refleksją, podczas gdy nieweganizm jest standardem, w jakim się wychowujemy i dorastamy, który nam narzucono, i do którego się przyzwyczailiśmy.  Po drugie, wszyscy dobrze wiemy, że pojęcie wolności w życiu społecznym zakłada pewne ograniczenia. Wolność powinna kończyć się tam, gdzie zaczyna się czyjaś krzywda. Oczywiście o tę granicę zawsze były i będą spory. Poza tym, w społeczeństwach opartych na eksploatacji zwierząt, a w takim żyjemy, rzadko pod pojęciem “czyjejś krzywdy” będziemy widzieć krzywdę eksploatowanych zwierząt. Niemniej co znika z oczu, nie znika w ogóle. Wolność, która opiera się na systematycznym krzywdzeniu i zabijaniu zwierząt, jest oczywiście legalna ale etycznie problematyczna.

Skoro krzywda i przemoc wobec zwierząt jest podstawą funkcjonowania sektora, który sprzedaje burgery z krowy, buty ze świni, a także mleko z krowy, jaja zabrane kurom (wegetarianizm też zgadza się na eksploatację zwierząt), to trudno wybór tych produktów porównywać do wyboru żywności pochodzenia roślinnego czy odzieży z materiałów roślinnych lub syntetycznych. Podobnie, od razu wyczujemy różnicę między wyborem zdrady swojego partnera a wyborem polegającym na zaproponowaniu mu/jej nowej scenerii na randkę. Wybrałam tę analogię z dwóch względów – po pierwsze w obydwu parach porównań chcemy spełnić jakąś potrzebę i możemy to robić albo krzywdząc, albo powstrzymując się od krzywdy i zaprzęgając do pracy swoją wyobraźnię. Po drugie, w obydwu parach porównań widać, że istnieją rzeczy jak najbardziej legalne, lecz równocześnie bardzo krzywdzące.

A może wystarczy żądać, by sektor zadbał o dobrostan eksploatowanych zwierząt i wszystko będzie w porządku? Po pierwsze, skala produkcji zwierzęcej jest tak ogromna, że dopilnowanie, by określone w ustawie i rozporządzeniach przepisy były przestrzegane jest w praktyce niemożliwe. Wymagałoby to ogromnej liczby kontroli, chęci egzekwowania przepisów (z czym bywa różnie szczególnie w stosunku do zwierząt, których przecież się nie szanuje), a także dolegliwości kar i ich stosowania.  Po drugie, kiedy uważnie przyjrzymy się przepisom, zorientujemy się, jak pustym słowem jest dobrostan nawet na poziomie teoretycznym (z praktyką jest tak, jak napisałam wyżej). Przepisy pozwalające na trzymanie zwierząt całe życie w małych klatkach, na przycinanie dziobów, które później całymi tygodniami sprawiają ból i utrudniają jedzenie – to tylko nieliczne przykłady oficjalnego IGNOROWANIA podstawowych potrzeb zwierząt. Jak można to nazywać dobrostanem? Po trzecie, w ramach dobrostanu ujmuje się również przedwczesne pozbawianie zwierząt życia i uchwala się kuriozalne przepisy zwane “ochroną podczas zabijania”. Czy trzeba dużo namysłu, by uznać, że jest to krzywda, na dodatek krzywda nieodwracalna? “Humanitarna eksploatacja” jest próbą pogodzenia wody z ogniem, próbą utrzymania statusu quo i zachowania czystego sumienia u ludzi, których gdzieś głęboko krzywda zwierząt jednak uwiera.

Czym zatem jest “mojość” wyboru burgera z krowy, mleka zabranego krowie czy jajek pochodzących od kur? Jaki sens ma stwierdzenie “Mój talerz, moja sprawa”? Oczywiście jako weganka nie straciłam kontaktu z rzeczywistością. Śmiem twierdzić, że kontakt z realiami mam dziś dużo większy, niż kiedy nie interesowałam się tym tematem. “Mojość” jest rzeczywiście faktem w tym sensie, że eksploatacja zwierząt (tradycyjnie wybranych gatunków) jest legalna i legalnie można jej produkty kupować, gotować, kłaść na talerz i zjadać. “Mojość” jest także faktem w przypadku osób dorosłych i samodzielnych w tym sensie, że odpowiedzialność wyboru spoczywa na nich samych, nawet jeśli wynika z wychowania i otaczającej kultury. Usprawiedliwianie się, że “mama ugotowała, to zjadłem” jest – umówmy się – oddaniem własnej wolności, o której tak często jest mowa, w czyjeś ręce. Tak, w tym sensie “mojość” jest niezaprzeczalnym faktem i nigdy tego nie podważałam. Jednak odmowa dyskusji tam, gdzie ewidentnie jest czyjaś krzywda i gdzie się ją wspiera nie dokonując innego wyboru, jest pewnego rodzaju chowaniem głowy w piasek. Każdy z nas nie raz to robił, ale warto się przemóc i zacząć o tym rozmawiać. To dobry początek, by krzywdy na świecie było mniej. 



Czytaj dalej:
"Dobrostan, czyli brzydkie słowo na D" [link]


niedziela, 23 lipca 2017

To kolejna religia! - stereotypy o weganizmie

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Dlaczego wielu ludziom weganizm kojarzy się z religią? Być może dlatego, że najczęściej mówi się o nim w kontekście niejedzenia pewnych rzeczy. “Pewnych rzeczy” zaś, to mało powiedziane. Chodzi bowiem o rzeczy centralne dla doświadczenia smaku i sytości w standardowej, tradycyjnej polskiej diecie, rzeczy, od których potrawy mają nawet swoje nazwy: kurczak po takiemu czy owemu, bitki cielęce z czymś tam, śledź w czymś tam, i tak dalej. Mięso jest królem polskiego stołu. Dworem króla są ryby (w kulinarnej nomenklaturze nie są mięsem), nabiał i jaja. Jeśli więc znika król i jego świta, to wniosek jest prosty: albo ktoś jest bardzo biedny (mniej zamożni, ale nie bardzo biedni ludzie jedzą po prostu tańsze mięso, nabiał i jaja) albo chory, albo, i tu zmierzamy do stereotypu: religia nakazuje mu ascezę, wprowadza zakaz radowania się życiem w jego kulinarnej odsłonie.

W Polsce wszelkie ograniczenia w jedzeniu mięsa (ale nie ryb) wiodą ku religii katolickiej. Katolicy chcący być w zgodzie z przykazaniami kościelnymi nie jedzą mięsa ssaków i ptaków w piątki, Środę Popielcową i w Wielki Piątek, a podążając ścieżką tradycji – także w Wigilię. Część Polaków kojarzy też pewnie, że ograniczenia w jedzeniu mięsa dotyczą także judaizmu i islamu. Wiedzą to szczególnie ci, którzy rzucą pod meczet głowę świni (potocznie zwaną “świńską głową” - tak jakby “świńskość” była rodzajem materiału, jak jest to np. w złożeniach typu: plastikowa piłka), w nadziei, że urażą muzułmanów, którzy - właśnie ze względów religijnych - świń nie jedzą. Czasem zdarzają się też skojarzenia z religiami Wschodu, gdzie zaleca się (choć nie zawsze) niejedzenie zwierząt, a więc do listy pokarmów “zakazanych” lub niewskazanych wchodzi mięso ssaków, ptaków i ryby.

W zderzeniu z taką paletą religijnych skojarzeń, nietrudno o zaklasyfikowanie weganizmu (często mylonego z wegetarianizmem) do grupy religii, a jako że ma relatywnie mało zwolenników, to kolejnym logicznym krokiem wydaje się nazwanie go sektą i obśmianie, szczególnie że nie tylko wyłącza mięso ssaków i ptaków oraz ryby (jak wegetarianizm), ale także nabiał i  jaja. Co więcej, weganizm  nie zatrzymuje się na kuchni, lecz przetrzepuje mocno garderobę wyrzucając skóry, futro, wełnę i jedwab; grzebie także w naszych kosmetykach i chemii gospodarczej w poszukiwaniu alternatyw bez składników odzwierzęcych i nietestowanych na zwierzętach; nakłania do omijania cyrków ze zwierzętami, delfinariów czy stadnin. Słowem, weganizm wierci dziurę w całym, dobrze już poukładanym i oswojonym świecie. Jak tu nie myśleć o weganach jak o sekciarzach-masochistach, którzy lubią sobie poograniczać tu i tam. A może jeszcze w domu dodatkowo chłoszczą swoje ciała?

Choć skojarzeniom tym trudno odmówić logiki, to fakty są zgoła odmienne. Weganizm powstał nie z patrzenia w niebo, lecz z obserwacji tego, co robimy zwierzętom tu, na ziemi. Powstał też nie po to, by zaspokajać osobiste potrzeby rozwoju duchowego, ale by sprzeciwiać się krzywdzie i eksploatacji zwierząt, o których nauka (a nie Bóg) mówi, że są zdolne do odczuwania cierpienia i nie jest im wszystko jedno, co się z nimi dzieje. Założycielami ruchu byli ludzie świeccy, a wieloletni lider The Vegan Society,  Donald Watson, nigdy nie zabiegał o pozycję nieomylnego guru.

Warto dodać, że Towarzystwo Wegańskie powstało w 1944 roku, jeszcze przed rozwojem ferm przemysłowych. Nie było więc odpowiedzią na intensyfikację cierpienia jakie ma miejsce w masowej produkcji mięsa, mleka czy jajek, lecz po prostu ogólnym sprzeciwem wobec krzywdzenia zwierząt, które ma miejsce zawsze wtedy, gdy wykorzystujemy je jako narzędzia, maszyny czy surowiec, niezależnie od skali przedsięwzięcia. Odrywanie cieląt od matek w produkcji mleka ma przecież miejsce zawsze, niezależnie od wielkości gospodarstwa. Krowy, które przestały zachodzić w ciążę lub produkować dużo mleka są zabijane niezależnie od wielkości gospodarstwa. Podobnie jest z kurami, które nie znoszą “wystarczającej” liczby jaj. Nie mówiąc już o wszystkich zwierzętach hodowanych bezpośrednio na mięso.

Jeśli uważamy, że zabicie psa, by uzyskać smaczne mięso, jest krzywdą wobec psa, to trzeba niezłej akrobatyki umysłowej, żeby nie ujrzeć żadnej krzywdy w zabijaniu świń, krów czy kur. Wątpliwości w odniesieniu do krzywdy ryb rozwieje nam znowu nauka, nie fragmenty świętej księgi. Niedowiarkom polecam nieprzyjmowanie spraw na wiarę, lecz przyjrzenie się rzeczywistości, przeanalizowanie mechanizmów wykorzystywania zwierząt. Jeśli nie chcą czytać artykułów na stronach prowegańskich, niech zaczną od podręczników zootechniki.

Tak, weganizm zaleca mieć oczy szeroko otwarte i wbrew pozorom nie obiecuje raju na ziemi. No dobra, są weganie, którzy obiecują gruszki na wierzbie w odniesieniu do zdrowia i urody przekonując, że dieta roślinna jest najlepszą z diet i jeśli ktoś ją stosuje to (a) jest zdrowy, (b) nie zachoruje, (c) nie zestarzeje się, (d) ma ostre branie, ale podstawa weganizmu to sprzeciw wobec krzywdzenia zwierząt i faktycznie, ta postawa w praktyce najlepiej służy temu celowi, również pośrednio – bo produkcja żywności roślinnej jest najmniej obciążająca dla środowiska, zatem weganie mniej szkodzą terenom, które są domem dzikich zwierząt. Wracając do zdrowia, właściwie prowadzona dieta roślinna wpisuje się w spektrum tzw plant-based diets - jest to czołówka diet sprzyjających zdrowiu, więc tak czy owak skorzystamy.

Niektórzy nieweganie kojarzą weganizm z religią, gdy widzą, z jakim obrzydzeniem niektórzy weganie reagują na widok mięsa, lub, gdy nie chcą zjeść zupy ugotowanej na wyjętych przecież później z garnka kościach, albo gdy wahają się czy iść do restauracji, gdzie tych samych patelni używa się do robienia mięsnych i bezmięsnych potraw, czy wreszcie gdy nie chcą zjeść sałatki z odrobiną krowiego jogurtu. To kojarzy się z koszernością, a więc znowu mamy trop religijny. Czy jednak ci sami weganie kojarzyliby swoją postawę z religią, gdyby takie same odczucia i wątpliwości towarzyszyły im w restauracji, w której chcieliby zjeść coś roślinnego, bo serwowano by tam psie i kocie mięso i mleko? Co ciekawe, to bardziej sensowne i racjonalne (mniej arbitralne) wydaje się odczuwanie dyskomfortu wobec WSZYSTKICH produktów odzwierzęcych jeśli wiemy, że krowa, kura, pies i kot cierpią tak samo i tak samo chcą żyć. Zatem jeśli coś może się nam kojarzyć z koszernością (co nie znaczy, że skojarzenie jest właściwe) to właśnie wybiórcze obrzydzenie wobec psiego mięsa.

Szybkie skojarzenia łatwo wiodą na manowce. Szybkie skojarzenia weganizmu z sektą pozwalają łatwo go obśmiać i odrzucić. Jednak weganizm wskazuje nam coś ogromnie ważnego – nie jesteśmy jedynymi myślącymi, czującymi ból i chcącymi żyć istotami na Ziemi, zatem sprzeciw wobec przemocy nie może obejmować wyłącznie naszego gatunku, a mimo to wciąż tego nie zauważamy. Jest to wciąż ogromne i bolesne przeoczenie.




wtorek, 13 grudnia 2016

Brudne banknoty w czystym świecie?

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Pod koniec listopada na Twitterze wybuchł skandal. Bank Anglii, drukujący banknoty dla Anglii i Walii, przyznał – w odpowiedzi na bezpośrednio zadane pytanie – że nowe banknoty pięciofuntowe zawierają tłuszcz zwierzęcy. W następstwie tego oświadczenia, pewien weganin stworzył petycję, w której domaga się od banku usunięcia łoju z banknotów argumentując, że jest to nie do zaakceptowania dla milionów wegan, wegetarian, wyznawców hinduizmu, sikhów i dżinistów w Wielkiej Brytanii. 7 grudnia 2016 roku, pod petycją widniało już ponad 131 tysięcy podpisów. Bank wydał oświadczenie, że o łoju w swoich pięciofuntówkach, produkowanych w nowej technologii z granulatu polimerowego, dowiedział się niedawno od swojego dostawcy, firmy Innovia. Bank zapewnił, że poważnie traktuje opinie swoich klientów i stwierdził, że Innovia zastanawia się czym zastąpić kontrowersyjny składnik wspomagający antystatyczne właściwości plastikowych banknotów. Bez wątpienia potencjał sprzeciwu to paręset milionów osób, więc trudno go nie zauważyć. Alternatywą dla łoju, pochodzącego najczęściej z zabitych w rzeźni krów, ma być na przykład olej kokosowy.

Pionierem w używaniu polimerowych banknotów, które mniej się brudzą, są trwalsze i trudniejsze do podrobienia, jest Australia. Używa ich już około 30 krajów. W Polsce na razie nie wprowadzono tej technologii. Niemniej, w świetle rewelacji z Anglii, Państwowa Wytwórnia Papierów Wartościowych wydała oświadczenie, że nasze banknoty (wciąż papierowe) nie zawierają produktów odzwierzęcych. Przy okazji wymknęło jej się jednak, że dotyczy to tylko banknotów zmodernizowanych, drukowanych od 2014 roku, gdyż starsze zawierają żelatynę. A więc i u nas mamy do czynienia z pieniędzmi, w których skład wchodzi produkt pochodzący z rzeźni.

Jak zareagowały duże organizacje, takie jak The Vegetarian Society i the Vegan Society działające w Wielkiej Brytanii?  The Vegetarian Society umieściło na swojej stronie oświadczenie prasowe, że skontaktowali się z Bankiem Anglii jak tylko dowiedzieli się o sprawie i zaoferowali pomoc i wyjaśnienie w czym leży problem. Organizacja zamieściła też linki do artykułów i wywiadów, m.in. tekstu "Why vegetarians aren't happy with the UK's new £5 note", gdzie zacytowano Dyrektorkę Naczelną the Vegetarian Society, Lynne Elliot "Myślę, że jest tak dlatego [chodzi o tak głośny sprzeciw], że ludzie wkładają dużo wysiłku w unikanie używania produktów, które pochodzą z uboju zwierząt. Uważają na kosmetyki, środki czystości czy odzież, i w odniesieniu do tych wszystkich produktów mają możliwość wyboru. Niestety o taki wybór jest bardzo trudno w przypadku banknotów stosowanych jako waluta w danym kraju". " Najwyraźniej, the Vegetarian Society sprowadziło sprawę do obrony praw osób o określonej wrażliwości, które chcą mieć możliwość realizacji swoich potrzeb.

W tym samym artykule z cnbc, czytamy fragmenty oświadczenia, które the Vegan Society wysłało do cnbc: “(Łój) nie musi być używany w banknotach ponieważ istnieje wiele roślinnych alternatyw. Wykorzystywanie zwierząt w ten sposób jest przestarzałe i niekonieczne, nie mówiąc już o tym, że w oczywisty sposób jest okrutne. Chociaż weganie nie będą mogli zrezygnować z używania tych banknotów, liczymy na to, że Bank Anglii i jego dostawca potraktują sprawę poważnie i będą używać alternatywnych, przyjaznych weganom składnikach we wszystkich banknotach drukowanych w przyszłości.” Warto spojrzeć na kontekst, w jakim wypowiada się przedstawicielka The Vegan Society. Czy żyje ona w społeczeństwie, które wyrugowało systemową eksploatację zwierząt, większość jest weganami, a tylko od czasu do czasu mamy do czynienia z “przestarzałą” praktyką eksploatacji zwierząt lub importu produktów z eksploatacji odbywającej się poza granicami kraju? Czy produkty pochodzące z rzeźni są rzadkością, a łój w banknotach wyjątkiem? Nie, jest wprost przeciwnie.

W Wielkiej Brytanii, podobnie jak w innych krajach Zachodu, eksploatacja zwierząt jest lukratywną gałęzią gospodarki (podobnie jak kiedyś opłacalne było niewolnictwo ludzi porywanych z Afryki). Nie wiem ile zwierząt ginie w rzeźniach angielskich; w Polsce jest to około 800 milionów ptaków i ssaków. Zwierzęta giną w rzeźni w związku z produkcją mięsa, a także w wyniku produkcji mleka i jajek. Z rzeźni wyjeżdżają mięśnie (czyli mięso), kości, krew, tłuszcz, organy wewnętrzne i skóra. Część jest wykorzystywana w przemyśle spożywczym, część w przemyśle odzieżowym, część jako karma dla zwierząt domowych czy dla zwierząt mięsożernych na fermach, gdzie hoduje się zwierzęta na futra. Po rozdzieleniu szczątków zwierząt po tych wszystkich gałęziach gospodarki zostaje wciąż ogromna ilość “towaru”, który można sprzedać, a który ze względu na dostępność (te 800 milionów rocznie podwaja się co roku) jest tani. Składniki odzwierzęce bywają używane w produkcji plastikowych torebek, opon rowerowych i samochodowych, klejach, biopaliwach, kosmetykach i wielu innych produktach. Ich wszechobecność wynika z faktu, że eksploatacja zwierząt jest zinstytucjonalizowana, systemowa i masowa. Dziwienie się, że łój pojawił się w banknotach jest w takich okolicznościach …. dziwne.

Dziennikarze podchwycili i powtórzyli w wielu artykułach to, o czym mówiła petycja: banknotów nie chcą używać weganie, wegetarianie, a także wyznawcy paru religii Wschodu. W taki sposób utrwala się stereotyp, że weganizm jest religią. No ale petycję stworzył niezrzeszony weganin, a podpisali ją pewnie także przedstawiciele religii wymienionych obok wegetarianizmu i weganizmu. Chciałam napisać, że martwi mnie podejście obydwu organizacji, które wydają się koncentrować na ludziach nie chcących dotykać “skażonych” banknotów, zamiast na zwierzętach nie chcących cierpieć i umierać w rzeźni. Jednak złapałam się za język (w zasadzie za rękę) przynajmniej w odniesieniu do Towarzystwa Wegetariańskiego. Jeszcze raz odwiedziłam stronę tej organizacji. Po pierwsze, promuje ono tylko dietę, nie mówiąc nic choćby o skórze, która też jest produktem z rzeźni. Po drugie, dieta, którą promuje Towarzystwo nie zawiera mięsa i produktów spożywczych pochodzących z ciała zabitego zwierzęcia (np. tłuszczu zwierzęcego, żelatyny, podpuszczki, kości) i jajek od kur pozbawionych “wolnego wybiegu”, ale Towarzystwo nie ma nic przeciwko nabiałowi czy jajkom z “wolnego wybiegu”, choć produkty te są ściśle związane z transportami “zużytych” lub “niepotrzebnych” zwierząt (krów, cieląt i kur) do rzeźni. Jaka w tym logika? Jakie uprawnienie ma the Vegetarian Society, żeby pouczać Bank Anglii o nieużywaniu jednego produkt z rzeźni, skoro sama ta organizacja produkty ściśle związane z rzeźnią aprobuje lub pomija milczeniem?

The Vegan Society jest organizacją, która promuje konsekwentne podejście do zwierząt – zachęca, by nie brać udziału w ich eksploatacji. Definicja weganizmu, którą utworzono w 1979 roku, mówi, że chodzi o sprzeciw wobec eksploatacji zwierząt i okrucieństwu wobec nich i próbę wykluczenia w stopniu możliwym i wykonalnym wszystkich form eksploatacji i okrucieństwa wobec zwierząt w związku z produkcją żywności, ubrań czy w jakimkolwiek innym celu; co za tym idzie jest to promocja rozwoju i wykorzystywania alternatyw wolnych od składników odzwierzęcych i niezwiązanych ze zwierzętami, które to alternatywy są korzystne dla ludzi, zwierząt i środowiska. Już wtedy, i zapewne jeszcze w 1944 roku, kiedy towarzystwo powstawało, zdawano sobie sprawę, że w społeczeństwie masowo eksploatującym zwierzęta stuprocentowe wykluczenie wszystkich form eksploatacji na dany moment jest możliwa tylko częściowo, a sprzeciwowi musi towarzyszyć promocja alternatyw. Jednak punkt ciężkości padał na zwierzęta, na zło eksploatacji zwierząt, na sprzeciw wobec tego zła.

Zatem weganizm narodził się jako ruch w imieniu zwierząt, przeciwko zadawanej im krzywdzie, można śmiało powiedzieć – jako ruch sprawiedliwości społecznej, który ramieniem objął grupę dotąd w praktyce pomijaną mimo deklaracji płynących jeszcze z czasów Benthama o niezadawaniu niepotrzebnego cierpienia. Jednak z biegiem czasu, weganizm zaczął być coraz bardziej utożsamiany z dietą. Skutkuje to dziś tym, że jest grupa ludzi stosujących dietę roślinną, którzy sami siebie określają weganami, podczas gdy biorą udział w eksploatacji zwierząt w innych, niż dieta, zakresach – noszą odzież ze skóry, wełny czy futra, jeżdżą samochodami ze skórzaną tapicerką, nie mają problemu z jazdą konną, hodują zwierzęta, handlują nimi. Jest też grupa wegan, którzy mocno skupiają się na diecie, i zaczynają uważać się po prostu za kolejną grupę konsumencką (konsumującą wegańskie produkty spożywcze, odzieżowe i korzystającą z wegańskich usług).

Odnoszę wrażenie, że reakcja the Vegan Society na niewegańskie banknoty wpisuje się w traktowanie weganizmu jako trend konsumencki, który wpisuje się w mozaikę różnorodnego społeczeństwa, zamiast kontestować eksploatację zwierząt. W tym scenariuszu nie mówi się, że eksploatacja zwierząt jest zła, tylko dba się o prawo niektórych konsumentów do odseparowania się. Ich stosunek do eksploatacji zwierząt staje się po prostu wyrazem ich indywidualnej wrażliwości, a rynek wegańskich produktów i usług odpowiada po prostu na potrzeby tej grupy. Widać wyraźnie, że prawa zwierząt z tego scenariusza zostają usunięte.

Dla porównania można wyobrazić sobie analogię, gdzie ruch praw dziecka zmienia się w konsumencki ruch rodziców o różnych preferencjach. Rodzice bijący dzieci chodzą do sklepów z paskami, zaś rodzice wolący nie bić dzieci mają do dyspozycji książki opisujące jak wychowywać bez bicia. Obydwie grupy funkcjonują obok siebie. Może co najwyżej dochodzić do komunikacji między nimi, w wyniku czego bijący przekonają niektórych niebijących lub na odwrót. Krzywda dzieci zostaje zrelatywizowana i przetłumaczona na język konsumpcji. Nie chcemy tego w przypadku praw dziecka. Myślę, że jeśli walczymy o prawa zwierząt, nie chcemy tego także dla zwierząt.


Czytaj więcej:
  • Strona petycji (link)
  • Oświadczenie Państwowej Wytwórni Papierów Wartościowych (link)
  • Artykuł "Why vegetarians aren't happy with the UK's new £5 note" (link)

poniedziałek, 28 listopada 2016

Mój talerz, cudze życie

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Od kiedy zostałam weganką niezmiennie interesuje mnie dlaczego inni ludzie wciąż weganami nie są. Nie chodzi mi o tych, którzy deklarują się jako obojętni lub wręcz wrogo nastawieni wobec zwierząt. Nie myślę też o tych, którzy są bezpośrednio zaangażowani w krzywdzenie zwierząt – hodowcy, rzeźnicy, eksperymentatorzy. Nie znaczy, że wrogość i obojętność jest niezmienna. Oczywiście, że może ulec zmianie. Nie chodzi, o to, że hodowca, rzeźnik czy eksperymentator nie może zmienić zawodu i stosunku do zwierząt. Znam takie przypadki – robiłam polskie napisy do filmu pt. Peaceable Kingdom. The Journey Home zrealizowanego przez Tribe of Heart. Bohaterami tego dokumentu są hodowcy, którzy wyhodowali i posłali na śmierć, albo nawet samodzielnie zabili, wiele zwierząt, ale w końcu, pod wpływem różnych czynników, zmienili swój stosunek do zwierząt, przestali je hodować i zabijać i dziś są weganami. Ich historie są ogromnie inspirujące, bo jeśli oni potrafili to zrobić, to w zasadzie droga ta jest otwarta dla każdego i każdej z nas.

O jakich ludzi chodzi mi więc w szczególności? O tych, którzy deklarują, że lubią, a nawet kochają zwierzęta. O tych, którzy mają psa, kota, królika, fretkę czy świnkę morską i dbają o swoich podopiecznych. Część odpowiedzi znajduję w mojej własnej historii. W końcu ja też miałam zwierzęta w domu, a przez wiele lat weganką nie byłam. Co więcej, do 2004 roku nawet mi to do głowy nie przyszło, mimo że byłam już dorosłą i samodzielną osobą i zawsze uważałam, że mam głowę na karku. Mam też na koncie półtoraroczny okres wegetarianizmu, czyli częściowej rezygnacji z produktów pochodzących z systemowego krzywdzenia zwierząt. Nieustająco uważam, że większość tropów prowadzi mnie do szowinizmu gatunkowego, ideologii dominacji naszego gatunku nad innymi tak powszechnie występującej, że aż niezauważalnej.

Szowinizm gatunkowy jest tak niezauważalny, że jego przejawy, czyli eksploatacja zwierząt, uznawane są za coś naturalnego, normalnego i niewymagającego wyjaśnienia. Co zatem pokazuje, że dotąd nie potrzebowaliśmy żadnych wyjaśnień? Konfrontacja z kimś, kto o takie wyjaśnienia zapyta. Wtedy zaskoczeni inteligentni ludzie mówią rzeczy, które zaprzeczają ich inteligencji. Dostarczają odpowiedzi, których poziomu wstydziliby się, gdyby rozmowa toczyła się na inny, “poważniejszy” temat. Czy to znaczy, że nagle ich inteligencja wyparowała? Przykro mi, ale nie wierzę w cuda. Myślę raczej, że to co mówią, zaskoczeni pytaniem, często nie jest racjonalnym kontrargumentem, lecz naprędce sklejoną racjonalizacją. Wymówką. De facto, im ktoś bardziej inteligentny, tym bardziej złożona będzie racjonalizacja. I cały czas mówię o ludziach deklarujących się jako przyjaciele zwierząt, przeciwni zadawaniu zwierzętom niepotrzebnego cierpienia.

W książce pt. Eat Like You Care napisanej przez Gary’ego Francione’a i Annę Charlton w 2013 roku, obok autentycznych wątpliwości i obaw wynikających z niewiedzy, mamy zestawienie najczęściej przedstawianych racjonalizacji. Autorzy odpowiadają na, jeśli dobrze policzyłam, 36 takich “ale” w przystępny, lecz nie protekcjonalny sposób. Książkę można więc polecić zarówno osobom, które takie wątpliwości mają jak i tym, które chciałyby skorzystać z doświadczenia wieloletnich działaczy na rzecz praw zwierząt i wzbogacić swój aktywizm o konstruktywne argumenty i pomocne dane.

Brak wiedzy dotyczy głównie kwestii zdrowotnych diety roślinnej. Pokutuje, na przykład, mit białka. Twierdzi się, że na diecie roślinnej człowiekowi zabraknie białka. Rozbrojenie tego mitu jest proste: wiele badań wskazuje, że na diecie roślinnej ludzie konsumują wystarczającą, lub nawet zbyt dużą ilość białka. Dodam w szczególności, że mówi tak największa na świecie organizacja zrzeszająca dietetyków, amerykańska Academy of Nutrition and Dietetics w swoim Stanowisku  na temat diet wegetariańskich. Stanowisko jest wynikiem analizy dostępnych badań i jest aktualizowane co około 5 lat. Tegoroczna aktualizacja potwierdza, że właściwie ułożone diety wegetariańskie (w tym wegańskie) zaspokajają zapotrzebowanie na składniki odżywcze na każdym etapie życia. Oczywiście oznacza to, że diety roślinnej należy się nauczyć, ale każda osoba chcąca żyć zdrowo, powinna interesować się tym jak układać sobie dietę, bo poleganie na tym co podpowiadają same kubki smakowe może być zgubne w skutkach. Na temat diety roślinnej mamy coraz więcej rzetelnych informacji, blogów i książek. Przybywa też dietetyków i dietetyczek posiadających odpowiednią wiedzę na temat takich diet i potrafiących w sposób przystępny ją przekazać.

Racjonalizacje czerpią pełnymi garściami właśnie z zasobów szowinizmu gatunkowego, czyli ideologii dominacji gatunkowej. Mogą mieć formę religijną (Ale Bóg pozwolił nam jeść zwierzęta), albo świecką (To my powołaliśmy zwierzęta do życia, żeby je zjeść, więc mamy prawo to robić). W przypadku rzekomego przyzwolenia Boga na jedzenie zwierząt, Francione i Charlton przypominają, że: (1) Księga Rodzaju ma nieco bardziej skomplikowany przekaz i za ideał uznaje jednak życie w harmonii ze zwierzętami, (2) nie należy się zapędzać i przyjmować wszystkiego dosłownie, bo albo będziemy musieli popierać np. niewolnictwo albo popadniemy w sprzeczność raz popierając morderstwo innym razem nadstawianie drugiego policzka, (3) nawet jeśli uważamy, że ludzie mają duszę i są ważniejsi od zwierząt, to taki pogląd nie stoi w sprzeczności z uznaniem, że zwierzęta są zdolne do cierpienia i że zadawanie go powinno być uzasadnione ważną przyczyną, za którą trudno uznać własną wygodę czy przyzwyczajenie do określonego smaku. Świecka wersja dominacji woła, nomen omen, o pomstę do nieba, jeśli przełożymy ją na relacje międzyludzkie. Jeśli bowiem uważamy, że mamy prawo krzywdzić i zabijać zwierzęta, bo powołaliśmy je do życia, to analogiczne myślenie w odniesieniu do naszych własnych dzieci rodzi najgorsze skojarzenia (i niestety czasem również zdarza się w praktyce, gdy rodzice uważając, że mają tzw. władzę rodzicielską czują się uprawnieni do przemocy fizycznej i psychicznej a także do wymuszaniu na dzieciach określonej ścieżki edukacyjnej a nawet zawodowej).

Wątpliwości zamieszczone w książce są typowe i często spotykane. Sama miałam z nimi wielokrotnie do czynienia w ciągu ostatnich dziesięciu lat, od kiedy zajmuję się aktywizmem na rzecz praw zwierząt. Przybierają czasem formę hipotetycznych sytuacji, w których dana osoba się nie znajduje, ale które mają udowodnić, że rzeczywista sytuacja, w której wątpiący przebywa ma rację bytu, jest usprawiedliwiona. Przyjrzyjmy się tej argumentacji na omówionym w książce przykładzie bezludnej wyspy. Znaleźliśmy się (oczywiście hipotetycznie) na bezludnej wyspie, gdzie nie rosną żadne jadalne rośliny. Będąc o krok od śmierci głodowej zauważamy królika i dramatycznym głosem pytamy naszego (niehipotetycznego) rozmówcę: Czyż nie mam prawa zabić i zjeść królika, żeby ocalić swoje życie? Następnie gładko przechodzimy do niehipotetycznej sytuacji w supermarkecie, gdzie pośród wielu jadalnych roślin, wybieramy pasztet z królika polerując czystość swojego sumienia hipotetycznym przykładem sytuacji z wyspy. Czy nie jesteśmy genialni? Francione odbiera nam przyjemność samozadowolenia punktując niedostatki takiego rozumowania. Nawet jeśli w wyjątkowej sytuacji będziemy usprawiedliwieni zabijając królika, nie mówi nam to nic o sytuacjach zwyczajnych, w których dysponujemy możliwością wyboru. Dodam, że podobnie jest choćby z kradzieżą, która w sytuacji ratowania zdrowia i życia może być usprawiedliwiona (biedna matka kradnie chleb dla siebie i dzieci), ale nie znaczy to, że kradzież dla wygody czy przyjemności jest w porządku.

Nie będę oczywiście przytaczać wszystkich przykładów i streszczać całej książki. Myślę, że wspólnym mianownikiem wszystkich odpowiedzi jest zachęta do refleksji i świeżego spojrzenia na nasze nawykowe myślenie i racjonalizacje zasilane szowinizmem gatunkowym. Nadzieja na to, że jesteśmy mimo wszystko gotowi i gotowe zmierzyć się z naszymi przekonaniami na nowo i poszerzyć wiedzę praktyczną jest ugruntowana na prostym przekonaniu: że w gruncie rzeczy i w głębi serca nie jesteśmy obojętni.



Czytaj więcej:
- Całe Stanowisko Academy of Nutrition and Dietetics, a dokładniej tegoroczna aktualizacja Stanowiska na temat diet wegetariańskich możecie przeczytać tu (link)
- Poprzednia aktualizacja tego stanowiska przetłumaczona na język polski  można pobrać ze strony Empatii (link)
- Jedna z poradni dietetycznych, gdzie uzyskacie informacje jak ułożyć dietę wegańską to Wegecentrum (link)
- Recenzję książki "Eat Like You Care" napisaną przez Janinę Cuper znajdziecie na blogu Empatii (link)
- Jak słusznie zauważył Roger Yates, socjolog i wieloletni aktywista na rzecz praw zwierząt, być może lepiej byłoby, gdyby ta książka nazywała się "Live Like You Care" -  post "Let's Stick with Veganism" na blogu Yatesa (link)
- Trailer "Peaceable Kingdom. The Journey Home" (link)
- Oczywiście, weganizm to nie tylko dieta. Dieta jest głównym przejawem postawy szacunku wobec zwierząt - mój tekst na ten temat (link)

czwartek, 22 września 2016

Stereotypy o weganizmie: weganizm to dieta

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Stefan był weganinem. Jadł i jadł. Usta mu się nie zamykały. Pracowicie przeżuwał liście sałaty, skrzętnie chrupał marchew, łapczywie wysysał sok z pomarańczy, dopychał bananem (bez skojarzeń), ale ciągle chodził głodny. Strączki dawały wycisk jego jelitom, lecz nie dawał za wygraną. Próbował też korzonków i jagód. Chodził na grzyby.  Przed snem, zamiast baranów, liczył sobie wystające żebra.

Wróć. Stefan był weganinem. Jadł dostarczające pożywnego białka rośliny strączkowe, a pozostałe aminokwasy egzogenne dostarczał sobie ze zbóż. W jadłospisie ważne miejsce miały zielonolistne warzywa. Stefan nie zapominał o  orzechach i pestkach. Codziennie jadł też owoce. Z odrazą patrzył na tłuszcze nasycone i tłuszcze trans. Bilansował białko, węglowodany i tłuszcze nienasycone. Ważył się i mierzył co tydzień. Ćwiczył. Jego skóra była gładka, bicepsy twarde w dotyku, a brzuch płaski. Był Bogiem. No dobra, był nieśmiertelny.

Wróć. Stefan był weganinem. Miał gdzieś kalorie i składniki pokarmowe. Był obżartuchem, a przecież na diecie roślinnej najeść można się i to nieźle. Jadł ciasta, pączki, czekolady, cukierki, gofry, torty i lody. Uwielbiał wegańskie burgery. Wybrzydzał. Jego cera była w porządku, ale spodnie przestały się dopinać. Kupił następną parę i jadł dalej. Mieszkał w Warszawie, więc nawet nie musiał sobie tego wszystkiego sam przygotowywać. Kupował. Żałował trochę, że nie mieszka w Berlinie. Tam dopiero roślinożercy mieli używanie.

Wróć.  Stefan był weganinem. Dlaczego więc narracje kompulsywnie skupiają się na jedzeniu? Bo weganizm jest stereotypowo utożsamiany z dietą, a dieta roślinna sama obrasta we własne stereotypy: ma być albo uboga i niesycąca, albo związana ze zdrowym stylem życia, albo modna i wielkomiejska. Razem stereotypy te tworzą chmurę, która zasłania sedno sprawy – etyczny wymiar weganizmu.

Kto więc tak naprawdę jest weganinem? Weganinem/weganką jest osoba, która jest przeciwna eksploatacji zwierząt i okrucieństwu wobec nich i stara się wykluczyć w stopniu możliwym i wykonalnym wszystkie formy eksploatacji i okrucieństwa wobec zwierząt w związku z produkcją żywności, ubrań czy w jakimkolwiek innym celu; co za tym idzie promuje rozwój i wykorzystywanie alternatyw wolnych od składników odzwierzęcych i niezwiązanych ze zwierzętami, które to alternatywy są korzystne dla ludzi, zwierząt i środowiska. W taki sposób definicja weganizmu oficjalnie sformułowana przez The Vegan Society w 1979 roku przekłada się na pojedynczego weganina lub wegankę.

Owszem, produkcja żywności jest na pierwszym miejscu. Stąd zapewne skojarzenie weganizmu z dietą, ale widać równocześnie, że jest to tylko jeden z wielu elementów, których wspólnym mianownikiem jest eksploatacja zwierząt. Zwierzęta są wykorzystywane, krzywdzone i zabijane z premedytacją (w przeciwieństwie do przypadkowego zranienia czy zabicia) nie tylko w produkcji mięsa, mleka i jajek, ale także w powiązanej produkcji skór i wełny, oraz w produkcji futer a nawet jedwabiu. Jest też wiele przykładów eksploatacji w przemyśle rozrywkowym i hobbystycznym: pokazy tresury lwów, słoni czy koni w cyrkach, pokazy tresury delfinów i orek w wodnych parkach rozrywki, tresura koni do jazdy konnej, wyścigi koni i chartów, gonienie byków w Pampelunie, korrida czy rodeo. Zwierzęta są też tresowane do filmów (owczarki niemieckie w „Czterej Pancerni i pies”, prosięta, psy, szympansica Chrissy i inne szympansy w „Babe 2: pig in the city”).

Eksploatacja dotyczy zarówno zwierząt udomowionych jak też zwierząt dzikich, szczególnie ryb w rybołówstwie. Istnieje także cały sektor hodowli zwierząt domowych, których cechy fizyczne i psychiczne mają być podporządkowane naszym gustom i celom: przede wszystkim psy kanapowe, salonowe, wystawowe i użytkowe, a także koty, króliki czy fretki o różnej długości i kolorze sierści. Miłośnicy ras  przyjmują do wiadomości lub puszczają mimo uszu, że wzorzec rasy bywa szkodliwy dla zwierząt go spełniających (począwszy od długich tułowi na krótkich nogach jamników, poprzez spłaszczone twarzoczaszki persów i buldogów, do ras dużych i miniaturowych). Oczywiście zwierzęta są też eksploatowane w testach składników i produktów (np. kosmetyki) oraz w badaniach biomedycznych.

Produkcja żywności jest wymieniona jako pierwsza, bo jest to sektor, który eksploatuje największą liczbę zwierząt. W skali globalnej jest to 60 miliardów zwierząt lądowych rocznie (głównie kury, potem indyki, świnie, krowy, owce, kozy). Jeśli chodzi o ryby, to albo są one łapane w sieci w morzach i oceanach, albo hodowane na fermach. Nie ma dokładnych danych dotyczących liczby tych zwierząt zabijanych rocznie. Są tylko szacunki produkcji w tonach. W statystykach FAO ryby, skorupiaki i mięczaki są umieszczone razem, a ich "produkcja" jest podzielona na rybołówstwo i akwakulturę. W 2014 roku, rybołówstwo było odpowiedzialne globalnie za blisko 93,5 mln ton zabitych zwierząt, zaś akwakultura blisko 74 mln ton. Dorsze bałtyckie średnio ważą około 2kg, karpie są zabijane, gdy osiągają wagę około 2kg, łososie dorastają do 24 kg, tuńczyki błękitnopłetwe - 350 kg. Dzięki znajomości średniej masy ciała i liczby ton poszczególnego gatunku można obliczyć średnią liczbę ryb danego gatunku zabitych rocznie.  W Polsce zwierząt lądowych zabija się około 800 milionów rocznie. Podobnie jak w skali globalnej, większość tej liczby stanowią kurczęta (tzw. brojlery zabijane w wieku około 6 tygodni) oraz kury (z ferm jajczarskich wysyłane do rzeźni w wieku 1-2 lat).

Weganizm jest kojarzony z dietą nie tyle z powodu skali eksploatacji zwierząt w przemyśle spożywczym, o której często nie mamy pojęcia, ile z prostego względu, że jedzenie jest czynnością, którą wykonujemy bardzo często. Jemy posiłki parę razy dziennie, zakupy spożywcze robimy parę razy w tygodniu, niektórzy z nas codziennie gotują, inni chodzą regularnie do stołówek, barów i restauracji. Częstotliwość kupowania produktów spożywczych, przygotowywania dań i myślenia o jedzeniu jest nieporównywalnie większa od częstotliwości kupowania butów i płaszczy czy decydowania się na jakiś rodzaj rozrywki.

Ograniczanie weganizmu do diety jest nie tylko niezgodne z rzeczywistością (Stefan, który jest na diecie roślinnej ale kupuje skórzane buty, wełniane swetry i kurtki z futrzanym obszyciem nie jest weganinem), ale utrudnia zrozumienie o co w weganizmie chodzi. Weganizm utożsamiony z dietą wrzuca się do worka z witarianizmem, frutarianizmem, dietą bezglutenową, dietą wg grupy krwi, dietą paleo czy dietami odchudzającymi albo zapewniającymi wieczne zdrowie i młodość. Staje się on wtedy jedną z opcji, którą dobieramy według własnych upodobań lub obsesji albo z polecenia guru żywieniowych.

Skupianie się na diecie może opóźnić lub zniwelować zainteresowanie kwestiami etycznymi, czyli eksploatacją zwierząt.  Pominięcie rozmowy o wykorzystywaniu i zabijaniu zwierząt i zastąpienie jej roztrząsaniem listy składników skojarzy weganizm z religią, szczególnie z koszernością, i ustawi weganizm jako jeszcze jeden sposób odżywiania. Dziś zjem schabowego w restauracji z tradycyjną polską kuchnią, jutro pójdę ze znajomymi do restauracji wietnamskiej, a w weekend zajrzymy do wegańskiego baru na roślinnego burgera. Wegańska restauracja stanie się wtedy kolejną propozycją kuchni „etnicznej”, której możemy sobie próbować, od której możemy stronić, lub którą tolerujemy u naszych znajomych. Kuchenna część poranka w komercyjnej stacji TV wita specjalistę od kurzej wątróbki, a za 15 minut zaprosi do stołu blogerkę, która zrobi roślinną wersję tego dania.

Weganizm nie jest alternatywnym stylem życia czy kulturową odmianą kuchni. Jest sprzeciwem wobec eksploatacji zwierząt. Postuluje wziąć na poważnie to, co większość z nas już dawno temu przyznała – nie można zadawać niepotrzebnego cierpienia zwierzętom; nie można zabijać zwierząt bez ważnego powodu. Dość dobrze radzimy sobie z tym przekonaniem, gdy oczami wyobraźni w miejscu „zwierzęcia” postawimy psa czy kota (choć jak widać w przypadku hodowli i handlu zwierzętami domowymi pozostaje wiele do życzenia). Weganizm wynika z dość prostego założenia: na eksploatację nie zasługuje żadne zwierzę, które myśli, czuje i chce żyć. Założenie to idzie w parze z wnioskiem: dopóki mam wybór, nie przykładam ręki do eksploatacji zwierząt. 


 Czytaj więcej:
- Podróż po statystykach dotyczących eksploatacji ryb -