Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tom Regan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tom Regan. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 25 sierpnia 2019

Jak zmierzyć, kto liczy się moralnie?

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Ted Bundy porywał, torturował, gwałcił i zabijał kobiety. Przez 24 lata Josef Fritzl więził w piwnicy swoją córkę. Gwałcił ją a później więził też trójkę poczętych w ten sposób dzieci. Jest dla nas oczywiste, że jeden i drugi dopuszczał się rażących naruszeń praw człowieka: krzywdzenia, odebrania wolności i życia bez ważnej, usprawiedliwiającej przyczyny, np. w obronie własnej. Prawa człowieka zakładają, że wszyscy ludzie są równi, a wolność jednych (na przykład do spełniania swoich pragnień, nieważne czy zdrowych czy chorych) ograniczają prawa innych ludzi do życia, wolności a także wolności od tortur. W 1948 roku ONZ uchwaliła Deklarację praw człowieka w odpowiedzi na zbrodnie, jakich naziści dopuścili się podczas II Wojny Światowej. Były to już nie tylko indywidualne, ale przerażające w swej systemowości krzywdy o ogromnej (jak na Europę) skali.

Z prawami człowieka jest jednak ten kłopot, że choć stanowią ważne narzędzie w walce o sprawiedliwość dla ludzi, to nie wyczerpują tematu krzywdy i sprawiedliwości, który dotyczy innych istot. Moglibyśmy się temu sprzeciwić mówiąc, że przecież prawa mogą mieć tylko osoby racjonalne, zdolne do rozumienia pojęcia praw i sprawiedliwości, a także do przyjęcia na siebie obowiązków moralnych. Zauważmy jednak, że prawa człowieka w ich podstawowym wymiarze stosują się także do dzieci i ludzi z ciężkimi upośledzeniami mózgu, którzy czasowo lub trwale pozbawieni są powyższych zdolności dostępnych ludziom dorosłym nieposiadającym takich ograniczeń lub niepełnosprawności. Pisząc „istoty” mam na myśli zwierzęta, a pisząc „zwierzęta” dodam, że i to wymagać będzie dookreślenia, bo o ile można sensownie mówić o krzywdzie świni to o krzywdzie gąbki (która też jest zwierzęciem) już trudno.

Odpowiedzią na tę lukę w etycznym krajobrazie jest poszukiwanie kryterium innego niż przynależność do gatunku Homo sapiens. Innymi słowy, wychodzimy poza nasz własny gatunek i rozglądamy się, kto powinien liczyć się moralnie. Kto ma psa czy kota przynajmniej intuicyjnie przyzna, że jest to słuszny kierunek. 



Etyka praw zwierząt analogicznie do praw człowieka, postuluje, że część zwierząt (spełniających pewne kryteria związane z posiadaniem centralnego układu nerwowego) tym różnią się od przedmiotów martwych (np. krzesła) lub pewnej klasy obiektów żywych (np. drzewa czy gąbki), że posiadają przyrodzoną i nieredukowalną wartość podlegającą ochronie. Ta wartość jest przeciwieństwem wartości instrumentalnej przypisywanej przedmiotom, która rośnie lub maleje w zależności od tego za ile ktoś jest gotów dany przedmiot sprzedać lub kupić. Biedny czy bogaty, stary czy młody, samotny czy posiadający rodzinę, czarny czy biały, kobieta czy mężczyzna, dziecko czy dorosły – każdy człowiek posiada taką samą wartość od urodzenia do śmierci, nie może się jej zrzec na przykład sprzedając się w niewolę, a inni nie mogą go krzywdzić, by zaspokoić własne interesy czy żądze. 

Etyka praw zwierząt postuluje analogicznie do praw człowieka i wbrew obecnie obowiązującemu podejściu „humanitarnej eksploatacji” ochronę zwierząt jako nośników takiej właśnie nieredukowalnej i nieinstrumentalnej wartości. Respektować prawa zwierząt to w skrócie uznać, że ich prawo do życia, spełniania swoich potrzeb i pragnień jest tak ważne jak analogiczne prawa człowieka i że nie możemy tych praw gwałcić traktując zwierzęta jako środki do realizacji naszych celów, jakby zwierzęta były po prostu surowcami, narzędziami czy maszynami. Respektować prawa zwierząt to powstrzymywać się od eksploatacji, nawet takiej, którą dziś określa się mianem humanitarnej.

Skoro jednak nie chodzi o wszystkie zwierzęta, to czy możemy wyznaczyć gatunki, o które na pewno chodzi? W powszechnym przekonaniu do tych gatunków należy zaliczyć domowe psy i koty. Ludzie w krajach Zachodu, do którego kulturową przynależność zgłaszamy, sprzeciwiają się powszechnie zjadaniu psów w Chinach, żądają wycofania psów i kotów z eksperymentów medycznych i oburzają się, gdy ktoś znęca się nad tymi zwierzętami lub zaniedbując prowadzi do ich cierpienia. Zatrzymanie się na psach i kotach, czy jeszcze paru innych gatunkach zwierząt trzymanych jako domowi towarzysze, byłoby jednak oparte na podobnie podejrzanej wybiórczości co ograniczenie się wyłącznie do Homo sapiens. „Świnie nie powinny mieć praw, bo zbyt lubię schabowe” – powiedziane w Polsce byłoby przecież dokładnie takim samym argumentem, jak „Psy nie powinny mieć praw, bo zbyt lubimy ich mięso” – zadeklarowane w Chinach.

Twórca pierwszej teorii praw zwierząt, amerykański filozof i ioczywiście zwolennik praw człowieka Tom Regan robiąc przegląd dotychczasowych teorii sprawiedliwości zaproponował kryterium „podmiotu życia” (subject of a life), które obejmowałoby przynajmniej jednoroczne (i starsze) ssaki oraz ludzi. Kryterium to opisał w książce z 1983 roku pt „The Case for Animal Rights”:

Być podmiotem życia, w sensie, który będzie tu używany, oznacza więcej niż bycie tylko żywym i więcej niż bycie tylko świadomym. Być podmiotem życia to być jednostką charakteryzującą się cechami omówionymi w pierwszych rozdziałach niniejszej książki; znaczy to, że jednostki są podmiotami życia, jeśli mają przekonania i pragnienia; zdolność postrzegania zmysłowego, pamięć i poczucie przyszłości, w tym przyszłości własnej; życie emocjonalne wraz z odczuwaniem przyjemności i bólu; interesy w zakresie preferencji i dobrostanu; zdolność do inicjowania działań w celu realizowania swoich pragnień i celów; psychofizyczną tożsamość rozciągającą się w czasie; a także jednostkowy dobrostan, który oznacza, że życie, którego doświadczają odbierają jako dobre lub złe, w logiczny sposób niezależnie od ich przydatności dla kogoś innego czy bycia przedmiotem czyichś interesów.

Dlaczego zaczął akurat od jednorocznych ssaków? Podejrzewam, że kiedy to pisał, taka granica wydawała się bezpieczna. Dodał jednak, że nie ma pewności, gdzie granicę tę należałoby wyznaczyć. Pozostawił więc sprawę otwartą, zależną od poszerzania naszej wiedzy. Dziś naukowcy obserwują cechy podmiotów życia u większości kręgowców.



Twórcą kolejnej teorii praw zwierząt, obecnie określanej mianem abolistycznego podejścia do praw zwierząt jest amerykański prawnik Gary Francione, który za kryterium wystarczające do postulowania praw zwierząt przyjmuje doznaniowość („sentience”) i definiuje ją tak:

Istota czująca/doznająca to istota, która ma podmiotową świadomość; istota, która ma interesy, tzn. preferencje, pragnienia czy oczekiwania.
Przejawiamy szowinizm gatunkowy, kiedy twierdzimy, że istota musi mieć umysł podobny do ludzkiego, żeby liczyć się moralnie. Innymi słowy, szowinistycznym jest twierdzenie, że dana istota musi posiadać refleksję na temat samoświadomości lub być zdolna do myślenia pojęciami, lub mieć ogólną zdolność do doświadczania życia tak, jak doświadczają go ludzie, aby mieć prawo do niebycia używaną jako rzecz/zasób. Dopóki jest to ktoś, kto ma podmiotową świadomość i komu na jego własny sposób zależy na tym co się z nim dzieje, dopóty jest to wystarczający warunek do posiadania moralnego prawa do niebycia używanym jako rzecz/zasób.

Francione proponuje zatem niższy niż Regan próg, który dana istota musi przekroczyć, by można było mówić o jej prawach. O jakie zwierzęta chodzi w tym przypadku? Na pewno będą to kręgowce. Francione uważa też, że z pewnością będą to też niektóre bezkręgowce, np. homary. Co do owadów – uznaje, że żadnej pewności nie ma, lecz woli mylić się na ich korzyść i mówi, że celowo ich nie zabija.

W przypadku obydwu kryteriów, zarówno Regan jak i Francione, postulują odejście od eksploatacji zwierząt jako pierwszy i najważniejszy krok w uregulowaniu naszych relacji ze zwierzętami, wypełnieniu etycznej luki, którą pomijamy kończąc sprawę sprawiedliwości na prawach człowieka lub ograniczając się do porządnego zajmowania się psami i kotami. Odejście od eksploatacji to oczywiście weganizm. Czy zawsze możliwy? Być może nie. Ale niewątpliwie z moralnego punktu widzenia konieczny tam, gdzie wykonalny.

Dlaczego nie pozostać przy wygodnym szowinizmie gatunkowym? Angielski psycholog, Richard Ryder, twórca tego pojęcia (speciesism), w eseju na temat (nie)zasadności eksperymentów na zwierzętach z 1974 roku puścił wodze wyobraźni i napisał:

A jak należałoby postąpić wobec Marsjan, gdyby doszło do ich lądowania? Czy byłoby rzeczą etyczną przeprowadzenie na nich wiwisekcji? Ale chwileczkę, przykład ten nastręcza bowiem pewne trudności; zwłaszcza wtedy, gdy okaże się, że przeciętny współczynnik inteligencji Marsjanina wynosi 1000 jednostek, a nie 100 i gdy uświadomimy sobie, że są oni całkowicie uodpornieni na rakiety, broń chemiczną i wyrafinowane argumenty filozoficzne.
„…Niech wszyscy lekarze i studenci medycyny stawią się natychmiast w celu poddania się wiwisekcji. Przykro nam, że musimy podjąć takie kroki – nie jesteśmy sadystami, ale musimy poddać was eksperymentom, aby uzupełnić naszą wiedzę o anatomii i fizjologii człowieka..
Będzie to w końcu z korzyścią nie tylko dla naszego gatunku, lecz także dla waszego. Możliwe, że przysługują wam pewne rudymentarne zdolności do odczuwania bólu, a niektórzy spośród was mogą być nawet zdolni do najprostszych form rozumowania, byłoby jednak z naszej strony zwykłym sentymentalizmem, gdybyśmy przyznali wam jakiekolwiek prawa moralne. Jest niedorzecznością porównywać was z Marsjanami. Dobro Marsjan nade wszystko. Proszę nie myśleć sobie, że zamierzamy zadawać wam jakiekolwiek niepotrzebne cierpienie, lub że nie lubimy ludzi – przeciwnie, wielu spośród nas ma swoich własnych ludzkich ulubieńców”. 
Pewnego dnia tak właśnie mogłoby się wydarzyć i wówczas my sami zajmiemy miejsce prześladowanych.
Hmm, no właśnie. Także tego…

Czytaj/oglądaj dalej:
  • "The Case for Animal Rights", Tom Regan - dostępna w Bibliotece Praw Zwierząt [link]
  • Artykuł o "sentience" na stronie Gary'ego Francione [link]
  • Richard Ryder wyjaśnia pojęcie szowinizmu gatunkowego - video 3min40 [link]



poniedziałek, 2 lipca 2018

Ile praw zwierząt w prawach zwierząt?

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Na X Ogólnopolskim Kongresie Kobiet w czerwcu 2018 roku zostało zorganizowane „Centrum zwierząt”. Nie była to premiera tego tematu, bo Na Kongresie Kobiet o zwierzętach mówiono już wcześniej, na przykład podczas dyskusji w ramach „Centrum Zielone” w 2017 roku. Niemniej, w tym roku, spośród czterech paneli dyskusyjnych, szczególnie zainteresował mnie jeden, gdyż miał w swoim tytule prawa zwierząt. 

Kiedy słyszę lub widzę termin prawa zwierząt w głowie zapalają mi się dwa światła – zielone i pomarańczowe. Zielony to kolor nadziei, że wreszcie mówimy o zwierzętach na poważnie. Prawa zwierząt to przecież koncepcja rozwinięta w różny sposób przez filozofa Toma Regana i prawnika i filozofa Gary’ego Francione’a – w jednym i w drugim przypadku mająca wspólny mianownik: sprzeciw wobec eksploatacji zwierząt i, co za tym idzie, weganizm. Pomarańczowy to ostrzeżenie „Uważaj z tą nadzieją”, bo, jak pokazuje już wieloletnia praktyka, termin prawa zwierząt jest regularnie nadużywany: stosuje się go tam, gdzie w ogóle nikt nie sprzeciwia się eksploatacji. O „prawach zwierząt” mówi się bardzo często tam, gdzie de facto rozmowa dotyczy regulowania warunków eksploatacji, np. przeniesienia kur eksploatowanych dla jaj z klatek do budynków bez klatek, skrócenia transportu zwierząt wiezionych do rzeźni itp. 

Byłam zatem ciekawa ale i ostrożna w swoich oczekiwaniach, kiedy postanowiłam obejrzeć udostępniony na Facebooku panel pt. „Dlaczego feministki powinny walczyć o prawa zwierząt”. 

Organizatorem Centrum Zwierząt, a więc i tego panelu, była Fundacja Alberta Schweitzera, która na swojej stronie internetowej deklaruje, że jej celem długoterminowym jest „doprowadzenie do zakończenia chowu przemysłowego i popularyzacja wegańskiego stylu życia”, a strategia skupia się na dwóch filarach: (1) współpracy z firmami polegającej na zachęcaniu ich, by przestały sprzedawać „produkty, które są wynikiem szczególnie okrutnych procedur (na przykład jaja z chowu bateryjnego), ale by także rozszerzały i ulepszały swój asortyment produktów roślinnych.” oraz na (2) edukacji konsumentów, dla których uruchomiono kampanię Vegan Taste Week, „aby dotrzeć do możliwie największej liczby osób i skutecznie nakłonić je do ponownego przemyślenia ich wyborów”.  Fundacja działa więc w temacie zwierząt hodowanych na mięso, mleko, jaja i futra, jednak nie sprzeciwia się jednoznacznie eksploatacji zwierząt (tylko jej przemysłowej formie), nie postuluje weganizmu tylko chce go popularyzować (moralny obowiązek a popularny styl życia to jednak różne sprawy), zaś na swojej stronie w ogóle nie odwołuje się do teorii praw zwierząt. 

Tyle organizator. A jak wyglądał panel? Udział wzięły: prowadząca spotkanie przedstawicielka fundacji Karolina Skowron, pisarka, autorka „Prowadź swój pług przez kości umarłych” Olga Tokarczuk, adwokatka zajmująca się sprawami łamania Ustawy o ochronie zwierząt i sprawami przemocy domowej Karolina Kuszlewicz, historyczka sztuki, autorka bloga „Nie-zła sztuka” zajmująca się animal studies na Wydziale Artes Liberales Uniwersytetu Warszawskiego Dorota Łagodzka oraz dr Justyna Włodarczyk - z Zakładu Literatury Amerykańskiej Uniwersytetu Warszawskiego, zajmująca się m.in. animal studies i teorią feministyczną.

Rozmawiano o ciekawych i istotnych sprawach.
Olga Tokarczuk mówiła, że odchodzi w przeszłość hierarchiczny model traktowania przyrody. Choć nie zgadzam się, że taki trend ma miejsce – jest to zbyt optymistyczne twierdzenie – to myślę, że zdecydowanie i ludziom i zwierzętom pozaludzkim przydałoby się, gdyby ludzie przyjęli taką antyhierarchiczną, bardziej egalitarną perspektywę. Być może czując się bardziej braćmi i siostrami zwierząt, czy po prostu współmieszkańcami tej samej planety, bylibyśmy bardziej skłonni przyjąć jako właściwą i zdroworozsądkową postawę samoograniczenia, o której wspominała pisarka. 

Dodałabym, że powinno to w pierwszym rzędzie dotyczyć Europy i Ameryki Północnej, gdzie styl życia oparty na konsumpcji, szczególnie produktów pochodzenia zwierzęcego, krzywdzi bezpośrednio eksploatowane zwierzęta, ale także zabiera miejsce do życia dzikim zwierzętom zamieniając ich dom w pola upraw przeznaczane na paszę, a także zatruwa środowisko i napędza produkcję gazów cieplarnianych. Cierpimy z tego powodu wszyscy i nie ma w tym cierpieniu sprawiedliwości, bo choć najbardziej szkodzą bogaci, to największy ciężar muszą nieść na swoich barkach ludzie najbiedniejsi i niczemu winne zwierzęta.

Karolina Kuszlewicz mówiła o tym, że przemoc ma uniwersalny charakter przejawiający się poczuciem władzy sprawcy nad słabszą od niego ofiarą, a także o tym, że zdarza się i to nie rzadko, że przemoc domowa (najczęściej mężczyzn wobec kobiet i dzieci) łączy się z przemocą tych samych sprawców wobec zwierząt. Zdarza się – jak potwierdziły to badania w USA – że przemoc wobec zwierząt poprzedza przemoc wobec dzieci. 

Przemoc fizyczna wobec zwierząt domowych jest też realizowana przez sprawcę jako przemoc psychiczna wobec kobiety, która jest opiekunką zwierzęcia. Wreszcie kobiety bywają też zmuszane do seksu ze zwierzętami. Kuszlewicz podkreśliła, że w Polsce związki między przemocą domową a przemocą wobec zwierząt nie są dostrzegane: jeśli odkryta zostanie przemoc wobec zwierzęcia domowego, to policja nie interesuje się, czy przypadkiem nie kryje się za tym także przemoc wobec ludzkich członków rodziny sprawcy. Z kolei kobiety uciekające przed przemocą do schronisk nie są tam przyjmowane ze zwierzętami.

Dorota Łagodzka zwróciła uwagę zebranych na język jako narzędzie dewaluacji nie tylko kobiet ale i zwierząt. Kiedy używamy słów oznaczających zwierzęta (np. wredna suka, kura domowa, stara krowa, głupia kwoka) wyrażamy nie tylko patriarchalne uprzedzenia redukujące kobiety do istot bardziej biologicznych, mniej refleksyjnych, ale tym samym pokazujemy nasz brak szacunku do zwierząt pozaludzkich. Ponadto, kiedy chcemy wyrazić oburzenie złem wyrządzanym przez ludzi, lubimy używać metafor i porównań związanych ze zwierzętami: gwałciciel zachował się „jak zwierzę”, jego czyn był „nieludzki”. Jak zauważyła Łagodzka, paradoksalne jest to, że mianem „nieludzkich” określamy czyny, do których zdolni są tylko ludzie. 

Justyna Włodarczyk dodała do dyskusji perspektywę historyczną, w której ukazała jak idee praw kobiet i lepszego traktowania zwierząt spotykały się już w działaniach sufrażystek XIX wieku. Podczas zebrania Ligii Humanitarnej przeciwnej zadawaniu niepotrzebnego cierpienia istotom czującym, Lizzy Lind zachęcała do połączenia ruchów humanitarnych – sufrażystek, przeciwników wiwisekcji, przeciwników kar cielesnych i kary śmierci, pacyfistów i wegetarian. 

Włodarczyk poczyniła ciekawą obserwację, że choć w pewnym okresie ruch prozwierzęcy zajmował się intensywnie cierpieniem zwierząt wykorzystywanych przez ludzi klasy pracującej, to po pewnym czasie zajął się także przewinieniami klasy wyższej.  Najpierw walczono o zakaz walk psów czy o zakaz ciągnięcia wózków przez psy, - to drugie dla wielu ludzi nie było fanaberią lecz sposobem na utrzymanie się. Wyglądało to trochę jak oświecanie „ciemnego ludu” przez bogatych, którzy wcale nie mieli czystego konta jeśli chodzi o stosunek do zwierząt. Natomiast pod koniec wieku XIX, gdy w ruchu prozwierzęcym pojawiło się więcej kobiet i część z nich zaczęła studiować medycynę, większą uwagę zaczęto zwracać na wiwisekcję. Ostrze krytyki zwróciło się wówczas przeciwko naukowcom i lekarzom, którzy do tej pory sami mówili innym jak żyć. Justyna Włodarczyk zwróciła też uwagę, że nie powinniśmy tworzyć dychotomii: pomoc ludziom vs pomoc zwierzętom, gdy tak naprawdę możemy robić jedno i drugie. 

Co mnie zaskoczyło i czego zabrakło.
W debacie było parę kwestii, które mnie zaskoczyły, zdziwiły lub zirytowały. Pierwsza prelegentka Olga Tokarczuk rozwijając myśl o samoograniczeniu stwierdziła, że oznacza to ograniczenie jedzenia mięsa. W publicznych dyskusjach o krzywdzeniu zwierząt, raz za razem dokonuje się tej arbitralnej koncentracji na jedzeniu mięsa i równocześnie spycha się na margines, albo całkowicie poza ramy dyskusji, picie mleka, jedzenie nabiału i jaj i inne formy krzywdzenia zwierząt. Rozmowa schodzi wówczas na ograniczanie lub niejedzenie mięsa, a nie na weganizm. 

Dyskusje te raz za razem stanowią krok wstecz, zamiast w przód. Skupiając naszą uwagę na mięsie, oddalają rozmowę o eksploatacji zwierząt, której dokładnie takim samym przykładem jak produkcja mięsa jest produkcja jaj i mleka. We wszystkich rodzajach eksploatacji, zwierzę, jego ciało i jego życie jest traktowane przedmiotowo – jako surowiec (zwierzęta hodowane na mięso) lub maszyna (zwierzęta używane do produkcji jaj, mleka czy do „produkcji” zwierząt, np. matki prosiąt czy matki kur niosek). Ciało poddane selekcji hodowlanej ma być dobrym surowcem lub sprawną maszyną, ma służyć producentom i konsumentom. Życie jest dawane i odbierane zgodnie z planem produkcji, cięcia kosztów, generowania zysków i konkurencyjnej ceny. 

Jak mówi filozof praw zwierząt Gary Francione, wegetarianizm (a więc wybieranie niejedzenia mięsa, podczas gdy je się nabiał i jaja) nie jest postawą bardziej spójną, niż twierdzenie, że moralnie złe jest jedzenie mięsa z łaciatych krów, ale nie jest moralnie złe jedzenie mięsa z krów, które łaciate nie są. Nie ma zatem prawdziwej dyskusji o niepotrzebnym cierpieniu zwierząt, ich krzywdzeniu i eksploatacji, a szczególnie o prawach zwierząt, gdy dowolnie wybieramy sobie jakąś formę krzywdzenia (na mięso) i pomijamy inne. Taka dyskusja z założenia jest niewłaściwa, niesłusznie okrojona, nieuczciwa.

Druga kwestia wypowiedziana przez Tokarczuk jeszcze bardziej mnie zdziwiła. Przytoczę ją jednak dlatego, że wpisuje się w pewien szerszy trend obecny w ruchu prozwierzęcym, więc warto się do niej odnieść. Olga Tokarczuk powiedziała, że oprócz ograniczenia jedzenia mięsa powinniśmy wrócić do „tradycyjnych sposobów pozyskiwania mięsa”. Muszę powiedzieć, że trochę wbiło mnie w krzesło, tym bardziej, że żadna z panelistek na to nie zareagowała. Nie sądzę, żeby Tokarczuk, autorka antymyśliwskiej książki „Prowadź swój pług przez kości umarłych” sugerowała, że wszyscy powinni ruszyć do lasu na polowanie. Druga opcja, która wydała mi się znacznie bardziej prawdopodobna, to tradycyjne gospodarstwa rolne przeciwstawiane przemysłowym fermom. 

Faktycznie w ruchu prozwierzęcym jest silny trend do krytykowania nie eksploatacji zwierząt jako takiej tylko właśnie ferm przemysłowych, a więc sposobu, w jaki eksploatuje się zwierzęta. Szereg organizacji, w tym organizator debaty,  prowadzi kampanie mające na celu reformę przemysłowej hodowli zwierząt. 

Kampanie te mają na celu ograniczenie najbardziej „przemysłowych” form i metod chowu zwierząt (obecnie np. jajek „trójek” od kur trzymanych w klatkach). Równocześnie jednak promują inne, rzekomo lepsze formy chowu zwierząt. Takim kampaniom towarzyszą dwa rodzaje obrazów – zdjęcia i filmy krytykowanej formy chowu – odstręczające, pokazujące urazy, rany, cierpienie i nieżywe zwierzęta, oraz zdjęcia zwierząt zadbanych w przyjemnym, rustykalnym otoczeniu w bliżej niezidentyfikowanych okolicznościach. Jako że pierwsza seria obrazów dotyczyła krytykowanej formy chowu, to te przyjemne, niepodpisane obrazy poprzez skojarzenie, sugerują nam, że oto widzimy zwierzęta żyjące w tej drugiej, niekrytykowanej formie chowu. Odbiorca dostaje komunikat, że po wyeliminowaniu formy zwalczanej przez kampanię, zwierzęta będą szczęśliwe, a on będzie mógł nadal być konsumentem zwierząt, tym razem z czystym sumieniem.  

Być może więc stwierdzenie o „powrocie do tradycyjnych sposobów pozyskiwania mięsa” jest echem takich kampanii chcących reformować przemysłową hodowlę zwierząt.  Problem w tym, że znowu nie dotykamy tu w ogóle praw zwierząt (do niebycia przedmiotem eksploatacji), a sugerowane rozwiązania, poprzez swoją zmniejszoną wydajność (choćby potrzebę większej powierzchni dla hodowanych zwierząt) nie są rozwiązaniem dla planety, na której ludzka populacja nie maleje, ale wciąż rośnie. 

Co więcej, mamy już sporo przykładów jak kończy się reformowanie przemysłowej hodowli:  powstają kolejne formy przemysłowej hodowli, gdzie zwierzęta też cierpią, tylko w nieco innych okolicznościach. Pokazuje to wiele zdjęć i filmów realizowanych na „eko” fermach. Dlaczego tak się dzieje? Nieodmiennie składa się na to parę czynników: masowość produkcji (fermy „eko” też mają dużo zwierząt, szczególnie jeśli są to małe zwierzęta, takie jak kury), chęć zarobku, konkurencja na rynku i klienci nie zamierzający jednak płacić zbyt wiele za swoje czyste sumienie.

Mówiąc o  przemocy wobec ludzi i zwierząt Karolina Kuszlewicz poruszała się przede wszystkim w obrębie przemocy nielegalnej i karalnej. Nawet nawiązując do sprawy sprzedaży żywych karpi bez wody, w której Sąd Najwyższy postanowił o kasacji prawomocnego wyroku uniewinniającego sprzedawców od zarzutu znęcania się nad zwierzętami, adwokatka wciąż mówiła o przemocy, która - choć ewidentnie kontrowersyjna – ma szansę jednak zostać uznana za karalną. Mam duży problem z tym podejściem, szczególnie jeśli spotkanie nazywa się debatą o prawach zwierząt. Dlaczego? Bo znakomita większość przemocy wobec zwierząt jest legalna. Żyjemy w społeczeństwie (i w świecie), w którym normą jest szowinizm gatunkowy (analogiczna do seksizmu i rasizmu forma dyskryminacji – ze względu na gatunek), a jego przejawem jest powszechna eksploatacja zwierząt – traktowanie ich jak surowca, narzędzia i maszyny, których narodziny, sposób życia i śmierć są podporządkowane naszym celom, które wycierpią się tyle ile trzeba i zostaną zabite wtedy, kiedy trzeba, żeby na półkach było mięso, nabiał, jaja a na sklepowych wieszakach skórzane kurtki i wełniane płaszcze, itp. 

Owszem, przemoc wobec zwierząt domowych jest bardziej widoczna, bo bardziej emocjonalnie na nią reagujemy i chętniej o niej rozmawiamy, ale jest tak właśnie dlatego, że wychowujemy się do życia w świecie, w którym zwierzęta domowe do pewnego stopnia stanowią wyjątek od reguły. Regułą zaś jest akceptacja przemocy tak powszechna, że aż oczywista i tak oczywista, że kompletnie dla nas, jako społeczeństwa, przezroczysta.  To ponad 800 milionów zwierząt „gospodarskich” hodowanych na fermach i zabijanych w rzeźniach rocznie. To tony ryb zabijanych w ramach rybołówstwa. To ta przemoc jest legalna, niekaralna, oczywista i przezroczysta. 

Nasza obojętność na tę legalną przemoc nie jest jednak wrodzona, lecz wyuczona, a więc i odwracalna, o czym świadczy rosnąca liczba wegan. Dlatego szczególnie na spotkaniach, które w swojej nazwie mają prawa zwierząt, rozmowy o tym nie tylko nie powinno zabraknąć, ale powinien być to temat centralny. Tutaj absolutnie nie był. Gdzieś pobocznie, dość nieśmiało była mowa o zmianie diety. To za mało, zdecydowanie za mało!

Wielkim nieobecnym w debacie o prawach zwierząt były więc prawa zwierząt i weganizm. Wydaje się, że prawa zwierząt stały się atrakcyjną frazą, której używa się, żeby zasugerować, że debata, film, książka czy organizacja poważnie podejmuje temat zwierząt. Jednak bardzo często taka debata, film, książka czy organizacja wcale prawami zwierząt się nie zajmują: nie odwołują się w ogóle do najważniejszych twórców teorii praw zwierząt – do profesora Toma Regana czy profesora Gary’ego Francione’a, nie sprzeciwiają się (albo robią to bardzo niejednoznacznie) eksploatacji zwierząt i nie mówią o weganizmie jako podstawowym obowiązku moralnym wynikającym z poszanowania praw zwierząt. Nieżyjący już Tom Regan pisał, że prawa zwierząt to prawo zwierząt do szacunku. Gary Francione pisze i mówi, że prawa zwierząt to prawo do niebycia traktowanym jak czyjaś własność. Każde z tych podejść wyklucza eksploatację zwierząt. Nie da się bowiem szanować i eksploatować. Nie da się traktować podmiotowo i równocześnie eksploatować, nawet jeśli eksploatację zreformuje się w taki czy inny sposób. Nie da się też szanować zwierzęta, traktować je podmiotowo i równocześnie być konsumentem produktów pochodzących z eksploatacji. 

W świecie opartym na eksploatacji zwierząt weganizm musi być w centrum debaty o prawach zwierząt, a nie na jej obrzeżach. Tak się często nie dzieje, bo taka debata musiałaby być o nas – zwykłych obywatelach i obywatelkach, o naszych zaniechaniach, o naszej odpowiedzialności, o codziennych wyborach, o instytucjonalnej formie szowinizmu gatunkowego. Łatwiej prowadzi się rozmowy, które są o innych – psychopatach, okrutnikach, o myśliwych, o Azjatach jedzących psy. W debacie zabrakło przedstawienia prelegentek właśnie pod tym kątem. Nie zadano prostego pytania: czy są Panie wegankami? W takiej debacie i w takim świecie, w jakim obecnie żyjemy, to ważna informacja. W debacie na temat praw zwierząt mogą oczywiście brać udział ich zwolennicy i przeciwnicy, ale powinniśmy, jako odbiorcy, znać odpowiedź na to podstawowe, sytuujące w debacie pytanie. Osoby deklarujące poparcie dla praw zwierząt a niebędące wegankami na wejściu tracą na wiarygodności i trącą hipokryzją.

Proporcje debaty o prawach zwierząt moglibyśmy  obrócić dopiero w świecie, w którym prawa zwierząt miałyby ugruntowaną pozycję i większość ludzi byłaby weganami. Nie jesteśmy jednak w takim momencie i nie zbliżymy się do niego poświęcając nieproporcjonalnie małą ilość czasu na rozmowę o szowinizmie gatunkowym i eksploatacji zwierząt dla przemysłu spożywczego i weganizmie. 




niedziela, 10 czerwca 2018

Dlaczego ciągle rozmawiamy o okrucieństwie

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Okrucieństwo najczęściej rozumiemy jako zadawanie komuś cierpienia dla własnej przyjemności. Sprawcą kierują sadystyczne skłonności.  – A masz! Kopnę cię i jak zawyjesz z bólu, to będę się z tego cieszył. 

W okrucieństwie najczęściej chodzi o zadawanie cierpienia fizycznego, ale można też być okrutnym powodując strach, przerażenie, grożąc i upokarzając. – Słuchaj mnie gówniarzu, bo jak nie, to popamiętasz! – Do niczego się nie nadajesz! Jak mogłem się ożenić z takim zerem!

Okrucieństwo to zatem tandem przemocowego działania i sadystycznej skłonności. Skoro tak, to nie możemy go stwierdzić tylko na podstawie tego, co stało się ofierze. Musimy znać stan umysłu sprawcy. Czy kopnął, bo się wystraszył, czy dlatego, by sprawić ból i się z tego cieszyć? Czy groził karą za nieposłuszeństwo z lęku o dziecko, czy dlatego, że chciał, by drżało przed nim ze strachu? Czy nazwał żonę zerem, bo był zmęczony i rozczarowany małżeństwem, czy dlatego, że chciał nad nią dominować poprzez upokarzanie i wprawianie w poczucie bezradności?

Kiedy mówimy o okrucieństwie, zazwyczaj myślimy także, że działanie jest podejmowane bezpośrednio przez sprawcę, bez pośredników, pomocników, czy najętych do tego wykonawców. Sprawca sam używa do okrutnego czynu własnej ręki, pasa, noża lub słowa lub wykorzystując relację podległości – przewagę finansową, status społeczny, pozycję władzy. Przemocowy rodzic, mąż, szef, szanowany urzędnik, polityk.

Okrucieństwo oczywiście odnosi się także do działań ludzi wobec zwierząt. Najczęściej będzie to przemoc fizyczna, ale jak najbardziej może być to także wzbudzanie strachu, drażnienie, wyuczanie bezradności. Ponieważ okrucieństwo kojarzymy ze stanem umysłu sprawcy i z działaniem bezpośrednim, przykłady, które od razu przychodzą na myśl to ludzie znęcający się nad zwierzętami domowymi, myśliwi, naukowcy przeprowadzający eksperymenty na zwierzętach i rzeźnicy. 

Skojarzenie z okrucieństwem nasuwa się natychmiast w zetknięciu ze „spektakularnymi” przypadkami zadawania cierpienia i śmierci psom czy kotom. Szczególnie jeśli sprawcy nie odnoszą korzyści finansowej z popełnianych czynów, to wniosek wyciąga się sam: muszą to robić dla przyjemności. Wszystko się zgadza: jest (domyślny) stan umysłu i działanie bezpośrednie. Diagnoza: okrucieństwo. Ponieważ sadyzm w czystej postaci wzbudza odrazę, doniesienia o takich czynach są bardzo „klikalne”, wywołują lawinę komentarzy nawołujących do zemsty i wyrażających regułę „oko za oko” i są potem łatwo przywoływane z pamięci jako sztandarowe przypadki okrucieństwa wobec zwierząt. 

Myślistwo jest postrzegane podobnie. Znowu mamy do czynienia z działaniem bezpośrednim (choć często sprawcę wyposażonego w nowoczesną broń palną może od ofiary dzielić całkiem spora odległość). Jeśli zaś chodzi o stan umysłu, czy skłonności polujących, to mocne wskazówki daje nam już sama branża preparowania trofeów myśliwskich i rytuał robienia sobie zdjęć z martwymi ofiarami upozowanymi na żywe, lecz ułożone w pozycji poddańczej. Czy jest to przyjemność płynąca z zadawania cierpienia, czy może ekscytacja zabijaniem jako najwyższą formą sprawowania kontroli nad czyimś życiem? Tak czy owak pewne tropy wiodą ku okrucieństwu. Gdyby chodziło tylko o przykry obowiązek regulowania przyrody (jeśli ktoś już wierzy w taką regulację), nie byłoby trofeów i zdjęć z zabitymi zwierzętami. I znowu, jeśli tak na to spojrzymy, to budzi się odraza. Co ciekawe, odrazy nie budzi raczej ani pokrewne myślistwu wędkarstwo, ani rybołówstwo - gałąź gospodarki polegająca na polowaniu na dzikie ryby.

Wielu zapyta retorycznie, kto chciałby zostać rzeźnikiem, gdyby nie odczuwał przyjemności z zabijania? Rzeczywiście, przeciętnemu człowiekowi trudno sobie wyobrazić wybór zawodu polegającego na zabijaniu od rana do wieczora. Dlatego rzeźnicy nie cieszą się społecznym szacunkiem i zaufaniem. Większość z nas nie zabija zwierząt kręgowych, a większość tych, którzy to robią (np. na wsi, albo w mieście przed Wigilią), nie robią tego aż tak często. Nasz brak szacunku do rzeźników przeradza się w odrazę, gdy oglądamy nagrania z rzeźni robione przez aktywistów, gdzie pracownicy rzeźni nie tylko wykonują legalne czynności niezbędne do odebrania zwierzęciu życia, ale także łamią prawo niejako nadprogramowo bijąc czy kopiąc zwierzęta. Szczególnie to cierpienie nazwane w kontekście rzeźni „niepotrzebnym” postrzegamy jako okrucieństwo.

Przez internet przewija się wiele zdjęć i filmów z eksperymentów na zwierzętach. Testowanie żrących substancji na skórze i oczach, podawanie dożołądkowo trucizny, by sprawdzić w jakim tempie zwierzęta będą umierać, oddzielanie młodych od matek, by obserwować rozwój choroby sierocej, wyuczanie bezradności poprzez pokazanie zwierzęciu, że cokolwiek by nie zrobiło, to i tak nie uniknie porażenia prądem. Słowem, scenariusze jak z horroru. Włosy stają dęba, wielu ludzi popiera kampanie przeciwko eksperymentom na zwierzętach i podejrzewa eksperymentatorów o skłonności do okrucieństwa. 

Filozof Tom Regan w książce „The Case for Animal Rights” pisze, że okrucieństwo może być nie tylko czynne, ale także bierne: można nie tylko bić ofiarę, ale np. powstrzymać się od jej karmienia. Głodzenie, choć mniej spektakularne niż okaleczanie, także prowadzi do cierpienia. Okrucieństwo, jak pisze Regan, może wynikać nie tylko z przyjemności z zadawania komuś cierpienia (sadyzm), ale także z obojętności na czyjeś cierpienie („nieludzki” brak litości). Przy tak poszerzonej definicji okrucieństwa wciąż skupiamy się na stanie umysłu sprawcy, ale zdajemy sobie sprawę, że nie każdy sprawca będzie sadystą. Będziemy mogli również zastanowić się, z czego wynika obojętność, czym jest brak litości.

Wydawałoby się, że rozprawiając się z okrucieństwem, zakończymy niepotrzebne cierpienie zwierząt. Jednak w zderzeniu z rzeczywistością, ta intuicja okazuje się błędem. Uważam, że dopóki rozmawiamy wyłącznie o okrucieństwie, rozumianym jako czyny wymagające określonego stanu umysłu sprawcy i jego bezpośredniego kontaktu z ofiarą, dopóty dotykamy tylko czubka góry lodowej problemu, jakim jest niepotrzebne krzywdzenie zwierząt. 

Czubek góry lodowej jest metaforą często używaną dla zobrazowania skali problemu i sposobu jego postrzegania. I faktycznie, skala krzywdzenia zwierząt jest ogromna, podczas gdy my skupiamy się na niewielkim ułamku problemu. Choć koncentrujemy się na okrucieństwie, to siłą napędową krzywdzenia zwierząt wcale nie jest ani sadystyczne okrucieństwo, ani nawet brak litości. 

Czym jest zatem góra lodowa, której tylko czubek dostrzegamy? Dowiemy się tego dopiero wtedy, gdy odłożymy na bok emocjonujące nas okrucieństwo dotyczące znęcania się nad zwierzętami domowymi, dzikimi i nadprogramowym zadawaniu cierpienia zwierzętom w rzeźni. W samej Polsce rocznie cierpi i umiera przedwcześnie ponad 800 milionów zwierząt gospodarskich i prawdopodobnie drugie tyle ryb. Nie jest to związane z okrucieństwem, którego dopuszcza się dla własnej przyjemności armia sadystów. To gałąź gospodarki oparta na legalnej eksploatacji i zabijaniu zwierząt, która pozwala pewnej grupie ludzi zarabiać na życie, a większości społeczeństwa prowadzić styl życia, którego stałym elementem jest konsumpcja produktów takie jak jaja, mleko i plejada produktów nabiałowych, mięso, wędliny, odzież skórzana, wełniana czy futrzana. Eksploatacja ta wiąże się z zadawaniem fizycznego i psychicznego cierpienia setkom milionów zwierząt i z przedwczesnym ich zabijaniem. Oto nasza góra lodowa, którą pomijamy milczeniem, skupiając nieproporcjonalną ilość uwagi na jej czubku – czyli okrucieństwie wobec zwierząt definiowanym przede wszystkim jako sadyzm lub brak litości.



Jeśli zdarza nam się spojrzeć na naszą, zazwyczaj niedostrzeganą, górę lodową to tylko na tę część, gdzie znajdują się szeroko rozumiani producenci – hodowcy, przewoźnicy i rzeźnicy. Spoglądamy na nich z odrazą głównie wtedy, gdy dopuszczają się zachowań, które wychodzą poza zapewnienie produktów, których obecności żądamy w sklepach z żywnością i odzieżą oraz w restauracjach i na stołówkach. Dopiero to nadmiarowe w naszym mniemaniu,  niepotrzebne cierpienie nazywamy  okrucieństwem. 

Natomiast każde cierpienie i śmierć zadane w ramach regularnej produkcji jest dla nas tak oczywiste, że nie pojawia się w polu widzenia. Gdyby ktoś nas przycisnął, musielibyśmy z lekkim zażenowaniem przyznać, że to jest właśnie „potrzebne” cierpienie i śmierć. Ale potrzebne do czego? Odpowiedzią nie ma się za bardzo czym chwalić, bo musielibyśmy przyznać, że chodzi o utrzymanie gałęzi gospodarki (choć można zamiast tego produkować żywność roślinną i odzież bez skóry, wełny i futra) i utrzymanie naszego stylu życia (choć do życia wystarczy nam dieta roślinna i odzież z włókien roślinnych lub sztucznych). Czy można to nazwać sadyzmem? Skąd! Przecież nikt nie odczuwa przyjemności z cierpienia zwierząt. Na pewno nie konsumenci. Czy można to nazwać brakiem litości? Być może bywa tak w przypadku producentów, ale przecież konsumentów o to  oskarżać nie można. Oni nie mają styczności ze zwierzętami, z których eksploatacji korzystają. Konsumując jaja, sery, mleko czy mięso, nosząc skórzane buty i kurtki czy wełniane swetry nie muszą nawet minuty poświęcić myśleniu o tych "niewidocznych" zwierzętach. 

Znam to z autopsji, nie musiałam o tym myśleć ani nikomu się z tego tłumaczyć. Tak działa systemowy szowinizm gatunkowy, czyli przekonanie, że zwierzęta są z założenia gorsze od człowieka i w związku z tym można je traktować instrumentalnie, jak zasoby, narzędzia, surowiec i maszyny. Ich interesy, nawet najważniejsze takie jak życie i zdrowie, mogą być podporządkowane naszym, nawet stosunkowo trywialnym, interesom takim jak styl życia. Mimo tego, że odrzucamy sadyzm, jako niezgodny z naszym stylem życia, to nie odrzucamy eksploatacji zwierząt. Okazuje się, że jest ona zgodna z naszym stylem życia, a nawet stanowi dla niego niezbędne zaplecze. Jaki mamy do niej stosunek, żyjąc w systemowym szowinizmie gatunkowym – utrwalanym przez wychowanie, edukację i kulturę? Obojętny. 

Jest to obojętność tak oczywista, że aż przezroczysta. Obojętność, której nie trzeba artykułować, definiować, usprawiedliwiać ani bronić. Paradoksalnie im bardziej oburzamy się aktami okrucieństwa, tym nasza obojętność wobec eksploatacji zwierząt pozostaje nienaruszona. Możemy podpisywać dziesiątki petycji w sprawie ukarania sprawcy brutalnego zabicia psa, jedzenia psów w Chinach, zabijania fok w Kanadzie (ostatnio też w Polsce), bicia słoni w cyrkach i równocześnie spokojnie jeść na śniadanie jajecznicę, iść do pracy w skórzanych butach, zamówić w restauracji kotleta schabowego, a na kolację zrobić sobie chleb z żółtym serem.

Dopóki będziemy się skupiać na cudzym okrucieństwie i nie zabierzemy się za nasz własny szowinizm gatunkowy i naszą obojętność wobec eksploatacji zwierząt, dopóty góra lodowa jaką jest krzywdzenie zwierząt nie zacznie topnieć i pozostanie wielka, twarda i niewzruszona. Weganizm nie jest żadnym heroicznym czynem ani niezwykłym przedsięwzięciem, którego realizacja zajmuje 20 lat. Jest przekroczeniem obojętności, wzięciem odpowiedzialności we własne ręce, a z praktycznego punktu widzenia – po prostu zestawem zmodyfikowanych nawyków. 



niedziela, 27 maja 2018

Zwierzę wciąż jest rzeczą

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

1.
Surowiec do dalszej obróbki pochodzi wyłącznie od najlepszych, starannie wyselekcjonowanych hodowców drobiu. Nasze relacje z dostawcami oparte są na wzajemnym zaufaniu w oparciu o długoletnią współpracę. Gwarantuje to najlepsze korzyści dla naszych klientów - świeży towar, płynność dostaw, najlepszą jakość.

To prezentacja firmy "drobiowo.pl Zakład rozbioru drobiu"

A teraz jeszcze raz, innymi słowami, z pominięciem marketingu, a z uwzględnieniem mniej przyjemnych szczegółów zaplecza tej sytuacji. „Zakład rozbioru drobiu” to miejsce, w którym ćwiartuje się zabite w rzeźni kury, kaczki, gęsi i indyki. Czasem taki zakład jest połączony z rzeźnią, choć nie zawsze tak jest. Drobiowo.pl przedstawia nam swoich dostawców, którymi są ubojnie, zatem możemy się domyślić, że sam ubojni nie posiada. „Surowcem do dalszej obróbki” są ciała zwierząt. „Obróbka” to poćwiartowanie tych ciał w taki sposób, by uzyskać elementy wymienione w zakładce „Oferta”, a więc np. „kurczak tuszka”, „skrzydełka kurczaka”, „noga z kurczaka” czy „porcja rosołowa”. Jak stwierdza opis na stronie, „świeży towar”, czyli zgrabnie poćwiartowane ciała, mogą od Drobiowo.pl zakupić klienci. Kim są klienci? Prawdopodobnie hurtownie albo sklepy, być może restauracje. Z kolei ich klientami będą osoby fizyczne, indywidualni konsumenci tychże ciał. 

2.
Brakowanie krów mlecznych jest jednym z głównych czynników decydujących o opłacalności produkcji mleka. Zbyt wysokie wartości tego wskaźnika wpływają niekorzystnie na ostateczny wynik ekonomiczny.Brakowanie można podzielić na dwie zasadnicze kategorie: ekonomiczne i biologiczne. To pierwsze jest świadomym działaniem hodowcy wynikającym z selekcji i mającym na celu podniesienie wartości hodowlanej stada. Natomiast drugie jest niezamierzone, do którego zmusza wynikająca z różnych przyczyn niezdolność do dalszej produkcji.

To fragment artykułu ze strony farmer.pl.

A teraz jeszcze raz, trochę innymi słowami. „Brakowanie” w żargonie hodowlanym oznacza pozbycie się zwierzęcia niespełniającego się w roli, którą przypisał mu hodowca. „Krowa mleczna” też należy do żargonu hodowlanego, tyle że jest to słowo, które weszło do powszechnego obiegu do tego stopnia, że nawet wykształceni ludzie często myślą, że krowa „daje mleko” (tak jak chmura deszcz). Prawda jest taka, że krowa ma mleko dokładnie z tego samego powodu co każdy inny ssak – w wyniku ciąży i porodu. Różnica między krową a np. kotką jest jednak taka, że selekcja hodowlana ukierunkowana na produkcję mleka sprawiła, że laktacje krowy są parokrotnie większe niż byłyby bez tej selekcji. Niemniej laktacje wciąż wymagają płodności, zapłodnienia, ciąży i porodu. Jeśli krowa nie wytwarza (po porodzie) zamierzonej przez hodowcę ilości mleka, wówczas obniża „wartość hodowlaną stada”, co stanowi dobry powód do tego, żeby się jej pozbyć. Dobrym powodem jest też na przykład problem krowy z zajściem w ciążę. Bez tego nie będzie mleka i zysku. Krowa, która nie może być środkiem do celu (zysku) staje się darmozjadem. Na czym polega pozbycie się zwierzęcia gospodarskiego nienadającego się do założonej funkcji? Na wysłaniu do rzeźni. 

3.
Brakowanie niosek w systemie klatkowym jest stosunkowo łatwiejsze ze względu na niewielką ilość kur w klatce oraz łatwość ich obserwacji i izolowania. W chowie na ściółce i to szczególnie przy dużych populacjach drobiu jest to działalność dość pracochłonna, ale niewąpliwe korzyści wynikające z brakowania niosek nie znoszących jaj stanowią argument przemawiający za powszechnym jego wprowadzeniem do praktyki produkcyjne.

To fragment  ze strony portalhodowcy.pl 

I znowu, innymi słowami. Brakowanie kur oznacza dla nich to samo co brakowanie dla krów. Hodowcy robią to z podobnych powodów: pozbywają się kur znoszących mało jaj i obniżających „wartość hodowlaną stada”. Kury hodowane dla jaj są trzymane w małych klatkach lub w dużych pomieszczeniach. W dużych pomieszczeniach jest ich dużo, niemniej zarówno w przypadku klatek jak i dużych hal, hodowcy znaleźli sposób, żeby rozpoznać „darmozjady” i się ich pozbyć, bo najważniejszy jest zysk i konkurencyjność na rynku. 

Zarówno krowy trzymane dla mleka jak kury dla jaj są dla hodowcy/producenta maszynami, które mają osiągać określoną wydajność. W przypadku niesprawnego działania, maszyny idą na złom (czyli w tym przypadku do rzeźni).

4.
Spencer to duży czarny i piękny fryzyjski ogier, który ma wyjątkowo łatwy i przyjazny charakter. Ten ogier ma 4 lata i ma świetną budowę i jest bardzo przystojny. Spencer ma 3 dobre chody i jest w 100% bezpieczny w siodle. Spencer zna ruch i lubi jeździć na szlakach i w las. Łatwe do pokonania przez początkujących i amatorów oraz rodzinę. Spencer ma super charakter i będzie fantastycznym koniem do rekreacyjnej jazdy, ale ma też talent do wyższych poziomów ujeżdżenia!

To ogłoszenie ze strony galopuje.pl 

Innymi słowami, opis konia jak opis samochodu lub motocykla. Atrakcyjny środek transportu i narzędzie rekreacji. Nic dodać, nic ująć. Czy Spencer ma coś do powiedzenia? Może przywiązał się do miejsca, ludzi i zwierząt, gdzie spędził swoje paroletnie życie? Czy był zadowolony, gdy tresowano go do noszenia ludzi na sobie? Co stanie się, gdy przestanie być atrakcyjny dla kolejnego właściciela? Co będzie z nim, gdy nie będzie już zdolny do „3 dobrych chodów”?

5.
Zwierzę, jako istota żyjąca, zdolna do odczuwania cierpienia, nie jest rzeczą. Człowiek jest mu winien poszanowanie, ochronę i opiekę.
To pierwszy artykuł polskiej Ustawy o ochronie zwierząt. 

A teraz jeszcze raz, z szerszym kontekstem. Ustawa, której fragment zacytowałam, powstała w 1997 roku i, sądząc po nazwie, powinna mieć na celu ochronę zwierząt. Przytoczony przeze mnie artykuł zdaje się to potwierdzać. 

Niestety, podane wcześniej przykłady działań podejmowanych wobec zwierząt przeczą Ustawie, bo okazuje się, że traktowanie zwierząt jak rzecz, odmawianie im ochrony, właściwej opieki i szacunku jest legalne. Wolno traktować zwierzęta jak surowiec (hodując je na mięso), maszyny (hodując je dla mleka, jaj) czy narzędzie do uprawiania sportu i rekreacji (np. konie). Wolno rozmnażać zwierzęta po to, by ich potomstwo stało się takim samym surowcem, maszyną czy narzędziem jak rodzice. Nie przypadkowo, lecz planowo. Nie z konieczności, lecz by na nich zarobić zaspokajając popyt wynikający ze społecznej akceptacji dla realizowania określonego stylu życia, który zasadza się na eksploatacji zwierząt. 

Społeczna akceptacja dla przedkładania znakomitej większości interesów człowieka nad najbardziej podstawowe interesy zwierząt pozaludzkich to przejaw szowinizmu gatunkowego. Nasz smak, nasze przyzwyczajenia, nasza wygoda, przyjemność czy nasz zysk wydają nam się ważniejsze od zdrowia i życia zwierząt. Żyjemy w społeczeństwie, gdzie szowinizm gatunkowy jest czymś tak oczywistym i wszechobecnym, że aż przezroczystym. Jest wdrażany od najwcześniejszego dzieciństwa (kurczaczek na talerzu, jogurcik w kubeczku), w edukacji szkolną (połącz kreską kurę z jajkiem i krowę z mlekiem; zjedz na stołówce szkolnej kotleta schabowego i zupę zabielaną śmietaną) i utrwalany w całym dorosłym życiu przesiąkniętym szowinistyczną kulturą, reklamą i konsumpcją. 

Szowinistyczna gatunkowo kultura oswaja nas z utowarowieniem zwierząt. Nasz kontakt ze zwierzętami jest najczęściej kontaktem typu konsument – produkt. Ocieramy nasze stopy o zwierzęcą skórę, z której zrobione są buty, jakich tysiące par widzimy regularnie w sklepie. Jemy produkty (mięso, nabiał, jaja), które powstały dlatego, że zwierzęta są traktowane jak surowiec lub maszyny. Korzystamy z rozrywki, rekreacji i sportów, które traktują zwierzęta instrumentalnie – cyrki ze zwierzętami, jeździectwo, wyścigi koni, psów. Uprawiamy hobby polegające na hodowli zwierząt –  tworzymy rasy, gdzie bardziej interesuje nas efekt estetyczny (jakbyśmy lepili figurki z plasteliny) niż zdrowie zwierząt. Wyceniamy, sprzedajemy i kupujemy zwierzęta właśnie jak przedmioty. 

Czy trzeba się wysilić, żeby być szowinistą gatunkowym? Czy trzeba być okrutnikiem? Wręcz przeciwnie, to postawa domyślna, wystarczy płynąć z prądem. Podstawą menu każdej standardowej stołówki czy restauracji są przecież produkty eksploatacji zwierząt. W większości sytuacji dnia codziennego nikt nie zadaje pytań: Dlaczego Pan wciąż je mięso? Dlaczego Pani nie zdecydowała się przestać jeść nabiału? Dlaczego uważasz, że masz prawo nosić skórzane buty? A może wolałby Pan jednak nieskórzaną tapicerkę do samochodu, szkoda zwierząt, prawda? Jeśli ktoś zada takie pytania, to dla większości będzie to wtrącanie się w nieswoje sprawy, niekulturalne zaglądanie do talerza czy szafy. 

Czy moglibyśmy kupować, sprzedawać, konsumować zwierzęta i korzystać z ich eksploatacji, gdybyśmy rzeczywiście byli przekonani, że zwierzę nie jest rzeczą, środkiem do naszych celów, lecz czującą istotą, czyli podmiotem? Najwyraźniej gdzieś nam ta refleksja umyka, a wpływ szowinizmu gatunkowego pozostaje silny i nie do przecenienia.  

Wyjątkiem, który pokazuje naszą zdolność do dostrzeżenia w zwierzętach ich podmiotowości jest weganizm. To wciąż mało popularna odmowa traktowania zwierząt jak rzeczy (surowce, maszyny, narzędzia), sprzeciw wobec eksploatacji zwierząt i wycofanie się na tyle na ile to możliwe w dzisiejszym społeczeństwie z pozycji konsumenta zwierząt (roślinna dieta, odzież bez skór, wełny, futer, rozrywka bez wykorzystywania zwierząt). Wyjątkiem są też adopcje - wyciągnięcie ręki do udomowionych zwierząt bezdomnych, które potrzebują ochrony, opieki i szacunku. 

Czym jest zatem Ustawa o ochronie zwierząt? Czy chroni je przed przedmiotowym traktowaniem? Myślę, że częściowo odpowiedziałam na to pytanie przytaczając przykłady legalnych działań ewidentnie krzywdzących i sprowadzających zwierzęta do roli surowca, maszyny czy narzędzia. Dlaczego tak się dzieje, skoro Ustawa otwiera się tak pozytywną deklaracją żądając opieki, ochrony i szacunku dla zwierząt? 

Trzeba pamiętać, że ustawa nie powstała w kulturowej próżni, lecz w ramach społeczeństwa, w którym szowinizm gatunkowy jest powszechny i – co najważniejsze – gdzie większość deklaruje sympatię wobec zwierząt, a zarazem uczestniczy jako konsumenci w bezwzględnej eksploatacji zwierząt. Ustawa odzwierciedla to pęknięcie pomiędzy deklaracjami a praktyką, oraz proponuje znane skądinąd strategie działania, które sprowadzają się do redukowania złego samopoczucia ludzi zarazem lubiących i konsumujących zwierzęta. 

Artykuł, który zacytowałam jest deklaracją, która zgadza się z naszymi intuicjami. W praktyce deklaracja ta przekłada się na autentyczną ochronę, opiekę i szacunek wobec części zwierząt domowych (tych adoptowanych, zaopiekowanych, w przeciwieństwie do tych hodowanych dla przyjemności, kupowanych jako gadżet czy symbol statusu).  Ustawa w dalszej części odtwarza podział zwierząt według sposobu ich wykorzystywania przez człowieka (domowe, gospodarskie, laboratoryjne, wykorzystywane do celów rozrywkowych, widowiskowych, filmowych, sportowych i specjalnych). Potwierdza więc, że podział ten jest właściwy, niekwestionowany i nadrzędny w stosunku do potrzeb zwierząt związanych z ich ochroną i opieką. 

Przy takim rozdaniu kart wiemy jak nazywa się gra, w którą gramy. Jedną z głównych zasad tej gry jest szowinizm gatunkowy i przedmiotowe traktowanie zwierząt. W jakim zakresie zostanie udzielona zwierzętom ochrona i opieka (o szacunku możemy spokojnie zapomnieć)? W takim, w jakim ochrona i opieka nie będą przeszkadzać w realizacji naszych celów. W społeczeństwie nie ma oczywiście zgody na intencjonalne zadawanie cierpienia i zabijania dla przyjemności samego zabijania (okrucieństwo, sadyzm), natomiast jest pełna zgoda na zadawanie cierpienia i zabijanie w ramach tradycyjnych form eksploatacji według wymienionych w Ustawie kategorii zwierząt. 

Główną strategią podejścia do eksploatacji zwierząt, które prezentuje ta ustawa (zgodnie z powszechnie istniejącymi standardami) jest ustalanie ram i warunków eksploatacji. Sprowadza się to do odpowiedzi na pytania, np.: - ile zwierząt można upchać na metrze kwadratowym powierzchni?; -  jakie zabiegi można wykonać bez znieczulenia?; jak rzadko można usuwać odchody?; jakich urazów, obrażeń i chorób można nie leczyć, żeby nie zwiększać kosztów produkcji?; jakie choroby można dopuszczać, żeby zwiększać wydajność zwierząt-maszyn?; jak długo można eksploatować, żeby się opłacało i kiedy opłaca się już wysłać do rzeźni?; itp, itd. Te warunki utrzymywania zwierząt w trakcie ich eksploatacji to właśnie tzw. dobrostan zwierząt. 

Reasumując, ustawa o ochronie zwierząt jest prawem, które utrwala przedmiotowe podejście do zwierząt, służy do regulacji ich legalnej eksploatacji  (blisko 800 milionów zwierząt lądowych rocznie i niezliczonej liczba ryb słodkowodnych i morskich) i w niewielkim stopniu może być pomocne do karania niewielkiego zakresu przemocy wobec zwierząt, która jest nielegalna (zadawanie cierpienia dla zadawania cierpienia; niektóre przypadki zaniedbań i porzucenia zwierząt domowych, nielegalne zabijanie zwierząt). 

Kuriozalny jest zatem fakt, że Klub Gaja ustanowił Dzień Praw Zwierząt (22 maja) w związku z uchwaleniem tej ustawy. Podstawą praw zwierząt według najważniejszych filozofów zajmujących się tym tematem jest prawo do bycia traktowanym z szacunkiem (prof. Tom Regan) i prawo do niebycia czyjąś własnością (prof. Gary Francione), co w praktyce oznacza odstąpienie od ich eksploatacji. Ustawa o ochronie zwierząt nie ma nic wspólnego z prawami zwierząt, bo akceptuje ich eksploatację. 

Czy można było wtedy i czy można by dzisiaj ustanowić prawo, które respektowałoby prawa zwierząt? Oczywiście że nie. Wciąż obowiązującym paradygmatem jest szowinizm gatunkowy i konsumpcyjny stosunek do zwierząt. Dlatego nie winię twórców o to, że ustawa ma taki kształt. Niemniej ogromnym nadużyciem jest traktowanie jej jakby miała cokolwiek wspólnego z prawami zwierząt. 

Podmiotowe traktowanie zwierząt to jakościowa zmiana w myśleniu o zwierzętach. Podstawowym, niezbędnym warunkiem jest odstąpienie od eksploatacji zwierząt, czyli weganizm. Zaś w odniesieniu do zwierząt domowych będą to adopcje zwierząt. Znaczące zmiany w prawie nie nastąpią dopóki znacząca część społeczeństwa nie weźmie do serca, umysłu i nie zastosuje w praktyce życia codziennego tej prostej zasady, że zwierzę nie jest rzeczą.



----- 
Czytaj dalej:
  • Ustawa o ochronie zwierząt - ochrona zwierząt czy autoportret społeczeństwa (LINK)
  • Dobrostan, czyli brzydkie słowo na D (LINK)
  • Martwy karp, czyli święte prawo konsumenta (LINK)
  • Prawa zwierząt. Do szacunku - Tom Regan (LINK)
  • Animal Rights: Abolitionist Approach - recenzja (LINK)



wtorek, 17 kwietnia 2018

Ile zwierząt ratuje weganin i czy jest to właściwe pytanie

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Na różnych stronach internetowych czytamy, że weganin w ciągu roku ratuje tyle a tyle zwierząt. Wyliczenia różnią się od siebie zapewne biorąc pod uwagę inne dane wyjściowe. Chodzi oczywiście o zwierzęta, których weganin nie zje i o te, z których eksploatacji nie skorzysta jako osoba niejedząca nabiału i jajek.



Niezależnie od tego jak wypadnie ta statystyka, czy będzie to 100 czy 200 zwierząt, zasadniczo się z nią nie zgadzam. Powtórzę: nie zgadzam się z twierdzeniem, że weganin ratuje zwierzęta odmawiając szeroko pojętej konsumpcji produktów odzwierzęcych (jedzenia, odzieży, itp.). Lokalnie, weganin przestaje być źródłem popytu, pełna zgoda. Kiedy idzie do marketu, nie kupuje mięsa ani wędlin, zostawia na półkach kartony z mlekiem, jogurty, sery oraz jajka, to prawda. W sklepie obuwniczym nie kupuje skórzanych butów, i tak dalej.  Na podstawie dokładnego kwestionariusza jego życia sprzed przejścia na weganizm, można obliczyć ile produktów odzwierzęcych konsumował rocznie i jakie przełożenie miało to na ilość krzywdzonych i zabijanych zwierząt. A zatem możnaby na tej podstawie powiedzieć za krzywdę i śmierć ilu zwierząt rocznie już odpowiedzialny NIE jest teraz, kiedy jest weganinem. 

Niemniej, nie przekłada się to na proste stwierdzenie, że on-weganin czy ona-weganka tyle zwierząt de facto ratuje. Dlaczego? Odpowiedź jest dosyć prosta: świat, w którym żyjemy jest zbyt złożony, by mogłoby to być prawdą. Po pierwsze, nie żyjemy w świecie z pierwszej ręki. Nie jest tak, że nieweganin idzie do sąsiada po mięso, mleko i jaja, a sąsiad zabija i krzywdzi zwierzęta, bierze pieniądze i nieweganin dostaje to, po co przyszedł. Czasem tak się dzieje, gdy kupuje się bezpośrednio u rolnika, ale większość z nas, przez większą część czasu, w odniesieniu do większości produktów, kupuje z trzeciej, dziesiątej albo setnej ręki. Zarabia na tym nie tylko hodowca ale i wielu pośredników. Nawet kupując bezpośrednio u rolnika nieweganin nie jest jego jedynym klientem. Zresztą dlatego tak łatwo być nieweganinem i nie odczuwać żadnych wyrzutów sumienia. Ale to tak na marginesie. Zatem, gdy ów nieweganin, pewnego dnia przechodzi na weganizm, nie ratuje automatycznie zwierząt, za których krzywdę, cierpienie i śmierć wcześniej płacił. Nie bierze ich przecież do domu, pod swoją opiekę. Rolnik sprzeda swoje produkty innemu klientowi albo pośrednikowi. Łańcuch handlarzy, rzeźników, przetwórców, hurtowników i sklepów będzie działał nadal bez zarzutu dopóki odsetek wegan będzie niewielki, dopóki ci, którzy wycofali swój popyt i wyrażają sprzeciw wobec eksploatacji zwierząt, nie staną się nie tylko konsumencko ale i społecznie, obywatelsko i politycznie znaczącą grupą. 

Co zatem weganin robi? Robi to, co człowiek świadomy krzywdy zwierząt i jej przeciwny zrobić musi, jeśli nie chce żyć wypierając niewygodne fakty (niezaprzeczalny związek między produkcją jaj, mleka i mięsa, skór, wełny, futer itp. z krzywdą i zabijaniem zwierząt) lub „zapominając”, że eksploatowane kury, krowy, świnie czy owce to też zwierzęta, które krzywdy doznają tak samo jak psy czy koty. Weganin wycofuje swoje poparcie dla eksploatacji zwierząt. Nie chce za nią płacić. Opowiada się za prawami zwierząt, gdzie podstawowym prawem jest bycie traktowanym z szacunkiem (jak wyraził to filozof praw zwierząt Tom Regan) lub niebycie traktowanym jak czyjaś własność/rzecz (jak wyraża to filozof abolicjonistycznej teorii praw zwierząt Gary Francione). Faktycznie, nie da się połączyć szacunku wobec zwierząt ze zgodą na ich instytucjonalną eksploatację w sytuacji, gdy ma się wybór. 



Podkreślam kwestię wyboru, bo zdaję sobie sprawę, że wielu ludzi może wyboru nie mieć – na przykład jeśli żyją w warunkach, gdzie nie sposób uniezależnienić się od eksploatacji zwierząt (to bardziej dotyczy krajów rozwijających się), albo jeśli żyją uzależnieni od instytucji lub osób, które nie zamierzają dać im możliwości wyboru: bezdomni uzależnieni od darmowych posiłków, osoby w trudnej sytuacji ekonomicznej uzależnione częściowo od darów rzeczowych, uchodźcy w obozach dla uchodźców, więźniowie, czasem też pacjenci szpitali uzależnieni od szpitalnej diety, czy wreszcie dzieci rodziców, których wiedza na temat roślinnej kuchni ogranicza się do negatywnych stereotypów, albo dzieci rodziców, którzy nie mają żadnego problemu z eksploatacją wybranych zwierząt i wybór dziecka lub nastolatka zwalczają jako niezrozumiałą fanaberię lub objaw młodzieńczego buntu. Tak, są ludzie, którzy mimo przekonania, że zwierzęta nie zasługują na eksploatację, nie mają wyjścia i muszą czasowo lub stale z tej eksploatacji korzystać. 

Jednak założyciele pierwszego Towarzystwa Wegańskiego (Anglia, 1944 rok) od samego początku nie bujali w obłokach. Byli realistami do kwadratu.  Po pierwsze, widzieli krzywdę zwierząt tam, gdzie ona miała miejsce – nie tylko przy produkcji mięsa, ale także jaj i nabiału i wielu innych formach wykorzystywania zwierząt.  Po drugie, zdawali sobie sprawę, że żyjąc w świecie, gdzie eksploatacja zwierząt jest powszechna, nie da się od niej odciąć w 100 procentach. Dlatego, ze względu na ten podwójny realizm, odrzucili wegetarianizm jako kompletnie niewystarczający, i przyjęli weganizm z zastrzeżeniem, że należy go realizować w takim stopniu w jakim jest to możliwe i wykonalne, nie zaś "praktyczne i wygodne" – jak chcieliby niektórzy. Weganizmem nie jest zatem postawa flexi plexi – rano wegańskie śniadanie a po południu kurczak, bo tak mi się zachciało. Żeby mówić sensownie o sprzeciwie wobec eksploatacji zwierząt, musimy z jednej strony podejść realistycznie i przyznać, że weganizm nie oznacza życia „cruelty-free” a nawet nie jest to życie, w którym nikogo się nie krzywdzi (tak, żyjemy na ziemi). Z drugiej jednak strony, żeby nasz sprzeciw nie był gołosłowiem, nie może się kończyć tam, gdzie zaczyna się zachcianka, wkracza wygoda i przyzwyczajenie. Tak jak poparcie dla praw człowieka zobowiązuje do minimum przyzwoitości wobec innych ludzi (niekrzywdzenie) tak poparcie dla praw zwierząt zobowiązuje nas do minimum przyzwoitości wobec zwierząt (niekrzywdzenie, czyli weganizm).

Amerykański prawnik i filozof, twórca abolicjonistycznego podejścia do praw zwierząt Gary Francione od wielu lat postuluje, że weganizm powinien być traktowany jako moralna podstawa, punkt wyjścia w naszym stosunku do zwierząt, nie zaś zwieńczenie naszych starań w tym zakresie. W świecie, w jakim żyjemy, gdzie eksploatacja zwierząt jest powszechna i jako społeczeństwo powszechnie z niej korzystamy zanim jeszcze nauczymy się mówić i samodzielnie myśleć, taki postulat wydaje się radykalny. Jednak poddany refleksji okazuje się być rzeczywiście tym, czym jest w istocie – minimum przyzwoitości.



Skoro weganin nie ratuje zwierząt, to po co być weganinem? Czy nie jest to zatem gest czysto symboliczny, który równie dobrze można sobie odpuścić? Nie. weganizm każdego z nas z osobna, wszystkich tych, którzy deklarują, że zwierzę nie jest rzeczą i liczy się moralnie (w przeciwieństwie do pluszowego psa czy drewnianego krzesła) jest absolutnie niezbędnym krokiem każdego, kto w minimalnym stopniu chce zachować zgodność wyznawanych wartości (sprzeciw wobec krzywdzenia i eksploatacji zwierząt) i realizowanych czynów, ale także każdego, kto chce współtworzyć społeczeństwo, które oprócz seksizmu, rasizmu i innych form dyskryminacji wobec ludzi, odrzuci kiedyś także szowinizm gatunkowy i będzie dążyć do eliminacji eksploatacji zwierząt przynajmniej na poziomie systemowym, instytucjonalnym, ze szczególnym uwzględnieniem produkcji żywności i odzieży bez eksploatowania zwierząt. Utopia? Jeśli tak, to taka sama jak prawa człowieka – nigdy nie realizowane w pełni, w wielu aspektach i szczegółach kontrowersyjne, a jednak nieodzowne jako współczesny etyczny fundament społecznego życia.

Społeczeństwo odrzucające szowinizm gatunkowy i przyjmujące weganizm za właściwe minimum wobec zwierząt, nie będzie wspierać działalności polegającej na eksploatacji zwierząt, będzie ją na różne sposoby systemowo, instytucjonalnie i prawnie ograniczać tak, aby doprowadzić do jej eliminacji. Będzie za to wspierać roślinną produkcję żywności, produkcję odzieży bez skóry, wełny czy futra, rozrywkę bez wykorzystywania zwierząt i naukę bez eksperymentów na zwierzętach. W takim społeczeństwie w obiegu będzie coraz mniej produktów odzwierzęcych i ograniczać się będzie sytuacje, w których ludzie szanujący zwierzęta nie mieli dotychczas wyboru. Wegańskie stołówki dla bezdomnych, wegański catering w szkołach, szpitalach, więzieniach. Wegańskie dary rzeczowe dla potrzebujących. Wegańskie jedzenie w obozach dla uchodźców, edukacja dorosłych w zakresie zdrowego wegańskiego odżywiania dzieci, nastolatków i dorosłych. Wegańskie jedzenie tańsze, a nie droższe od niewegańskiego. Organizacje prozwierzęce promujące weganizm, bez mieszania go z wegetarianizmem. Antyszowinistyczne rozwiązania systemowe i edukacja społeczna świadomych obywateli i obywatelek.  

Takiego społeczeństwa nie zbudują nieweganie, ani reformatorzy niereformowalnego systemu masowej eksploatacji zwierząt. Nie można będąc konsumentem zwierząt walczyć o świat, w którym konsumpcję zwierząt mamy eliminować, podobnie jak nie da się walczyć o prawa kobiet równocześnie je molestując. Nie da się w sposób znaczący ograniczyć cierpienia w masowej eksploatacji zwierząt, nie mówiąc już o eliminowaniu z niego krzywdy i zabijania, które są dla takiego systemu niezbędne. Nie da się tkwić w szowinizmie gatunkowym i zarazem walczyć przeciwko niemu. To dwie sprzeczne tendencje, których nie sposób pogodzić. Dlatego społeczeństwo szanujące zwierzęta mogą stworzyć tylko weganie. Weganizm jest nie tylko moralnym minimum, ale jedyną nadzieją na przyszłość. W rosnącej grupie wegan otwarcie sprzeciwiających się każdej eksploatacji zwierząt (zamiast próbować ją reformować) rośnie potencjał do autentycznej społecznej zmiany. 



poniedziałek, 12 marca 2018

Uniwersalny zegar przemocy tyka

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Przemoc wobec kobiet
Co 40 sekund jakaś kobieta w Polsce doświadcza aktu przemocy. Co 2,5 doby przemoc w rodzinie prowadzi do śmierci kobiety. Co 7 minut na Policję trafia zgłoszenie dotyczące przemocy w rodzinie. To „zegar przemocowy”, który swoim tykaniem przypomina, że o prawa kobiet w Polsce trzeba wciąż walczyć, także w obronie ich zdrowia i życia. Opracowała go prof. Beata Gruszczyńska z Katedry Kryminologii Uniwersytetu Warszawskiego.

Według badań poświęconych przemocy wobec kobiet przeprowadzonych w Polsce w 2012 roku z inicjatywy FRA (Agencji Praw Podstawowych Komisji Europejskiej) wynika, że co trzecia kobieta była w swoim życiu ofiarą przemocy ze strony mężczyzny, w ciągu roku przemocy doznało 6% kobiet, czyli 800 tysięcy kobiet w wieku 18-69 lat. Co szósty przypadek to przemoc ze strony partnera kobiety. Tylko 30% aktów przemocy zostało zgłoszonych Policji. 

Prawo
Amnesty International zachęca do podpisania petycji „Polska wolna od przemocy wobec kobiet” skierowanej do Premiera, Sejmu i Senatu oraz do Pełnomocnika Rządu ds. Społeczeństwa Obywatelskiego i Równego Traktowania. Petycja domaga się wdrożenia podpisanej i ratyfikowanej przez Polskę Konwencji Rady Europy o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej z 11 maja 2011 roku. W polskim prawodawstwie wciąż brakuje definicji przemocy ekonomicznej, właściwej definicji gwałtu opartej na braku świadomej zgody na akt seksualny oraz skutecznych mechanizmów izolowania sprawców przemocy od osób narażonych na przemoc. 

Przemoc domowa, w tym przemoc fizyczna, psychiczna, seksualna czy wciąż niedostrzegana przez nasze prawo przemoc ekonomiczna, to tylko jeden z aspektów dyskryminacji kobiet. Ta dyskryminacja nie zaczyna się w domu i w domu się nie kończy. Społeczeństwo podtrzymuje i rozprzestrzenia szkodliwe stereotypy nie tylko w sferze prywatnej, ale także w edukacji szkolnej (w zeszłym roku usunięto wymóg edukacji antydyskryminacyjnej), w środowisku pracy, gdzie im wyższy szczebel tym mniej kobiet, oraz w polityce, gdzie wciąż chyli się czoła przed najbardziej patriarchalną i zmaskulinizowaną organizacją na świecie – Kościołem Katolickim.

Prawa kobiet
W Dniu Kobiet kobiety mówią o prawach kobiet i zmagają się z niekończącymi się próbami narzucania im męskiej, często seksistowskiej a nawet mizoginistycznej narracji. Akcja #MeToo, czy sprzeciw wobec zaostrzeniu już i tak restrykcyjnego prawa dotyczącego dostępu do aborcji pojawiły się przecież w wyniku wciąż istniejącej kultury uprzedmiotowienia kobiet, gdzie kobiety mają zaspokajać cudze potrzeby, cudze ambicje i cudze pragnienia.

Prawa zwierząt
Jak pisze dr hab. prof. Dorota Probucka w swojej książce "Filozoficzne podstawy praw zwierząt" "propagowanie od końca lat siedemdziesiątych XX wieku idei praw zwierząt ma pewien związek z postmodernistyczną falą praw czwartej generacji postulującą ochronę różnych, dotychczas deprecjonowanych grup. Dyskryminacja ta dotyczy między innymi rasy, płci, orientacji seksualnej albo wieku. Stąd postulowane prawa kobiet, dzieci, osób niepełnosprawnych, homoseksualistów." 

Faktycznie twórcy filozoficznych podstaw praw zwierząt, Tom Regan czy Gary Francione, nawiązują do kryteriów dyskryminacji wewnątrzgatunkowej, czyli dyskryminacji ludzi przez innych ludzi, i wskazują, że kolejnym arbitralnym kryterium na podstawie którego dochodzi do dyskryminacji, obok rasy, płci, orientacji seksualnej i wieku jest przynależność gatunkowa. Skoro bowiem przynajmniej niektóre zwierzęta – te zdolne do odczuwania – posiadają podobny do ludzi interes w tym, by wieść swoje życie i unikać negatywnych doświadczeń (bólu i cierpienia), to podobne interesy powinniśmy traktować podobnie, bez względu na to czy mówimy o interesie człowieka czy krowy. Tego wymagają podstawowe zasady sprawiedliwego, równego traktowania. I jeśli mówimy „masz prawo do życia człowieku, ale nie masz prawa do życia krowo”, to stosujemy szowinizm gatunkowy. Kiedy tworzymy system eksploatacji zwierząt polegający na odmówieniu im prawa do życia i unikania bólu i cierpienia, system, który de facto polega na zadawaniu bólu, cierpienia i zabijaniu zwierząt, uczestniczymy w systemowym, zinstytucjonalizowanym szowinizmie gatunkowym.

Wzajemne zasilanie się dyskryminacji
Różne formy dyskryminacji wzajemnie się karmią i podsycają. Relację wspierania się seksizmu i szowinizmu gatunkowego w zachodniej kulturze patriarchalnej opisała blisko 30 lat temu w swojej wciąż aktualnej książce „The Sexual Politics of Meat” amerykańska feministka i weganka Carol J. Adams. Opisała i zilustrowała przykładami jak procesy uprzedmiotowienia, kawałkowania i konsumpcji przejawiają się zarówno w seksistowskim podejściu do kobiet jak i w szowinistycznym podejściu do zwierząt ułatwiając przemoc fizyczną, psychiczną i symboliczną. Zarówno zabite już i pokawałkowane zwierzęta  przedstawiane w seksualizowanej formie jak i kobiety prezentowane jako atrakcyjny towar, poddane tym procesom, stają się przedmiotami konsumpcji, obiektami bez biografii i indywidualności.

Sexual politics of meat - po polsku [zdjęcie z sieci]
Amerykański historyk Charles Patterson w swojej książce "Wieczna Treblinka" twierdzi, że udomowienie, eksploatacja i uprzemysłowienie eksploatacji zwierząt były (i są) sposobem w jaki ludzie przećwiczyli dominację stosowaną następnie wobec innych ludzi. Nazywanie wrogów nazwami zwierząt, szczególnie tych zaliczanych do kategorii "szkodnik" często poprzedza akty agresji fizycznej i ludobójstwa.

Niestety także w ruchu prozwierzęcym dochodzi do dyskryminującego, pełnego pogardy i nienawiści traktowania ludzi – seksizm (nienawistne portretowowanie kobiet w kampaniach antyfutrzarskich) czy rasizm (ubliżanie Azjatom w kampaniach przeciwko zabijaniu psów na mięso, Żydom w akcjach przeciwko ubojowi rytualnemu). W działających już jak korporacje dużych organizacjach miała swoją odsłonę, na razie w USA, akcja #MeToo, o czym pisze także dziś Carol J.Adams. Socjolożka, feministka i weganka Correy Lee Wrenn zauważa problem takiej dyskryminacji. Opisuje i krytykuje utrwalanie wizerunku kobiety-gadżetu/przedmiotu w wielu akcjach amerykańskiej organizacji PETA. Wrenn, na szczęście nie ona jedyna, podkreśla konieczność podejścia intersekcjonalnego w walce o prawa zwierząt, czyli takich działań, które za oczywistość przyjmują, że skoro ruch na rzecz praw zwierząt jest ruchem na rzecz sprawiedliwości społecznej, musi w swoich działaniach uwzględniać prawa człowieka. Nie ma sensownej walki o prawa zwierząt, kiedy równocześnie depcze się po prawach człowieka. 

Chcemy prawa zwierząt do szacunku takiego jakie mają ludzie, szanujmy ludzi. Nie chodzi o szacunek za zasługi, lecz poszanowanie podstawowych praw, w tym wolności od dyskryminującego traktowania. 



W ciągu 60 sekund w ubojniach w Polsce zabija się 1522 zwierzęta. Żadne z tych zdarzeń nie zostanie zgłoszone na Policji. Ustawa o ochronie zwierząt na to pozwala. Wolno odbierać życiae ponad 800 milionom czujących zwierząt lądowych (np. kur, świń, krów) rocznie i nikt nie wie dokładnie jakiej liczbie czujących zwierząt wodnych (ryb) w ramach systemowej eksploatacji, która jest oficjalną formą brutalnej i butnej dyskryminacji: my ludzie stawiamy na piedestale naszą chęć prowadzenia określonego stylu życia, choć moglibyśmy go zmodyfikować; godzimy się, że cenę za to płacą zwierzęta wystawiane na ból, cierpienie i śmierć. Ludzie zaangażowani w walkę o prawa zwierząt i promocję weganizmu jako niezbędnej podstawy w naszej relacji ze zwierzętami mają co robić. 

Walcząc z dyskryminacją nie dyskryminujmy
Jednak w ferworze działań prozwierzęcych odpowiedzialnym aktywistom nie wolno zapominać o różnych formach wciąż żywej dyskryminacji ludzi. Skoro co 40 sekund jakaś kobieta w Polsce doświadcza aktu przemocy, nie można odtwarzać kolejnych mizoginistycznych aktów przemocy (nawet symbolicznie) w kampaniach antyfutrzarskich (nie mówiąc już o tym, że nie ma różnicy między futrem a skórą). Skoro Polska nigdy nie uwolniła się od antysemityzmu, co w ostatnim czasie staje się ponownie mocno odczuwalne, każdy kto zechce angażować się w akcje przeciwko ubojowi rytualnemu i drastycznie go przeciwstawiać „standardowemu” ubojowi (zamiast pokazywać, że żaden ubój nie jest ani humanitarny ani etyczny) musi zdać sobie sprawę, że będzie mieć swój udział w sianiu rasowej nienawiści. 

Prawa zwierząt są i mam nadzieję, że będą zawsze związane z prawami człowieka. Są ruchem na rzecz sprawiedliwości społecznej. Włączając w działania prozwierzęce seksizm czy rasizm, zaprzeczamy sprawiedliwości i tworzymy coś na kształt klubu uprzywilejowanych, którzy pod swoją opiekę biorą po prostu ulubioną grupę pupili.

------

Czytaj dalej
  • Renata Durda "Świadek przemocy w bliskich relacjach. Co robić, aby nie zaszkodzić sobie i innym" w: Akademia Praw Kobiet - wykłady o przemocy wobec kobiet, Fundacja Feminoteka, Warszawa 2015
  • Prof. Beata Gruszczyńska, Uniwersytet Warszawski, Katedra Kryminologii i Polityki Kryminalnej, Instytut Wymiaru Sprawiedliwości "Kobieta-ofiara przestępstw w badaniach kryminologicznych" - Konferencja "Pomoc kobietom ofiarom przestępstw" Sejm RP, 5 marca 2013
  • Petycja Amnesty International (LINK)
  • "Fabryka patriotów. PiS wyrzuca edukację antydyskryminacyjną ze szkół", Agata Czarnacka, wyborcza.pl, 3 lipca 2017 (LINK)
  • Więcej o książce „The Sexual Politics of Meat” (LINK
  • Blog Correy Lee Wrenn (LINK
  • "Humane Society CEO resigns amid sexual harassment allegations" w- politico.com (LINK



niedziela, 25 lutego 2018

Nieuchwytna

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

"Po brawurowej ucieczce przez miesiąc skutecznie unikała ujęcia" - donosił Polsatnews

"Uciekła i jest nieuchwytna"  - "Jej tropiciele oceniają, że jest szybka i świetnie radzi sobie w zaroślach" - "Na miejsce pojechał weterynarz z myśliwym, którzy mieli zatrzymać zwierzę" - "Krowie udało się zbiec podczas próby załadunku do transportu" – informował TVP Info.

Z podziwu nie mógł wyjść polityk Paweł Kukiz, który – jeszcze przed śmiercią zwierzęcia - nazwał krowę „bohaterką” i „twardzielką”. Na swoim Facebooku pisał, że "uciekała bohatersko i wpław przedostała się na wyspę (...) nie uległa strażakom i wciąż trwa na polu walki". Kukiz przyznał się, że nie jest wegetarianinem, ale "hart ducha i wola walki o życie tej krowy jest nie do przecenienia". Postanowił "dać jej gwarancję" dożycia emerytury i naturalnej śmierci w gospodarstwie agroturystycznym.

Gdy było już po wszystkim, Strefa Agro obwieściła, że "złapana po kilkugodzinnej obławie ze stresu padła w transporcie”.

Bohaterka narodowa, ukrywająca się w lesie partyzantka, inteligentny zbieg z transportu do celi śmierci, a może bohaterka spaghetti westernu? Tak snuto opowieść o hodowanej na mięso krowie rasy Limousine, która nie dość, że uciekła ze skupu, gdzie hodowcy sprzedają zwierzęta na rzeź, to przez miesiąc nie dawała się złapać i mieszkała na wyspie Jeziora Nyskiego w województwie opolskim. Jej historią zainteresowały się także media zagraniczne, takie jak The Independent, Huffington Polst, czy BBC news.

Jakby pochwał było mało, starosta opolski w relacji filmowej Faktu skonstatował: „dzielna krówka, taki nasz komandos powiatowy”. Kiedy jeszcze żyła, zadeklarował, że odkupi ją od właściciela i zapewni utrzymanie do naturalnej śmierci w rezerwacie dla koni, ze środków z programu bioróżnorodności.



Ironia losu tej krowy polega na tym, że śmierć zastała ją w momencie, gdy postanowiono już jej nie zabijać. Umarła, gdy złapano ją tylko po to, by zapewnić transport do miejsca, w którym miała żyć długie lata.

Na ironię kulturową zakrawa fakt, że krowie chciano „darować” życie, tak jakby wcześniej utraciła do niego prawo robiąc coś złego. Postanowiono „nagrodzić” ją odwołaniem transportu do rzeźni, bo wykazała się determinacją, wytrzymałością, samodzielnością, wzbudziła skojarzenia z walką o wolność. 

Innymi słowy, wszystkie krowy, które nie wyrwały się pracownikom skupu i nie uniknęły transportu do rzeźni już jak najbardziej „zasługiwały” na śmierć. Nie były „twardzielkami”, nie zauważył ich więc jedzący zwierzęta polityk czy starosta i nie przyznał „nagrody”. 

Wszystkie krowy hodowane na mięso i dla mleka, oraz inne zwierzęta hodowane na mięso, dla mleka czy dla jajek są dla mediów przezroczyste, jeśli same nie uciekną spod noża. Dla żądnego sensacji dziennikarza nie mają cech indywidualnych, zlewają się w masę, która bezwolnie daje się eksploatować. Jedzący zwierzęta polityk doceni je co najwyżej na talerzu. Czy media w ogóle mówią o eksploatacji zwierząt? Czy politycy interesują się tym tematem, choćby w kontekście legislacji? Tak, ale pod jednym warunkiem: rozmowa nie może wychodzić poza kwestię metod eksploatacji. Słowo "humanitarny" odmieniane przez wszystkie przypadki musi iść w parze z chowem, hodowlą i ubojem. Podważanie samej eksploatacji jest nie na miejscu.

W retorykę "darowania" życia zwierzętom, którym życie jest rutynowo odbierane, wpisuje się coroczne „ułaskawienie” jednego indyka (co za szczodrość!) przez Prezydenta Stanów Zjednoczonych przed Świętem Dziękczynienia. W tle tej uroczystości jest oczywiście hodowla i rzeź ponad 40 milionów indyków, które lądują na stołach Amerykanów jako danie nr 1 Thanksgiving Day. I tak, jak w społecznej percepcji nie ma sprzeczności pomiędzy „ułaskawieniem” jednego indyka i zabiciem milionów jego ziomków, tak i darowanie życia jednej krowie współistnieje ze zgodą na zabijanie milionów innych krów.

Ironia historii tej krowy jest zatem również taka, że im bardziej ona sama staje się (na krótko) gwiazdką mediów, tym bardziej pod każdym względem podobne do niej zwierzęta, które cierpiały na fermach a potem pojechały do rzeźni, pozostają (na długo) niewidoczne, nieważne, zapomniane. Jej historia nie jest dźwignią, która podnosi temat krzywdzenia zwierząt, lecz pretekstem do rozmowy o tym, co doceniamy u ludzi (determinację, hart ducha, itp.). Ona sama nie jest podmiotem własnej historii lecz przedmiotem historii naszej. 

Swoją drogą, biorąc pod uwagę jak krótkie medialne życie mają takie historie, nawet gdyby krowa przeżyła, a my przeżylibyśmy medialnie szczęśliwy finał oglądając zdjęcia krowy w rezerwacie starosty, jestem prawie pewna, że żaden dziennikarz nie zaglądnąłby za miesiąc, ani tym bardziej za rok, by sprawdzić, czy krowa nadal korzysta ze środków funduszu bioróżnorodności. 

Media mediami, ale branża reklamowa wspierająca eksploatację zwierząt, regularnie robi jeszcze bardziej zadziwiający manewr: zamienia ofiary w radosnych ochotników. Tworzy mit krów ochoczo dających mleko, indyków radośnie oddających mięso. Mit otacza nas w dziesiątkach tysięcy odsłon i akceptujemy go bezrefleksyjnie. Gdybyśmy poświęcili mu chwilę refleksji musielibyśmy uznać, że został stworzony przez psychopatę i mielibyśmy chyba złe zdanie na własny temat, że ulegliśmy takiemu złudzeniu.

Ostatnio natknęłam się na logo francuskiej firmy produkującej sery – „La vache qui rit” - śmiejąca się krowa. Czy śmieje się ona z tego, że jest regularnie sztucznie zapładniana i rodzi cielęta, które są od niej szybko zabierane, by laktacja mogła zostać komercyjnie wykorzystana? Czy jest szczęśliwa z selekcji hodowlanej, która sprawia, że jej wymiona są tak wielkie, a laktacja trzy razy większa niż laktacja jej przodkiń żyjących 100 lat temu? Czy cieszy się z chorób wymienia, które są tego rezultatem, czy chichra się na samą myśl, że odebrane jej dzieci skończą tak jak ona lub pojadą do rzeźni na cielęcinę? A może tarza się ze śmiechu wyobrażając sobie własny transport do ubojni?

Eksploatacja zwierząt, a więc krzywdzenie ich, zadawanie im fizycznych i psychicznych cierpień oraz odbieranie życia w ramach biznesowego planu byłaby może usprawiedliwiona, gdyby produkty takie jak mleko, jaja czy mięso były nam niezbędne do życia. Rzecz w tym, że nie są. Możemy zaspokoić głód, zapotrzebowanie na składniki odżywcze, a nawet zadowolić podniebienie na tysiące różnych sposobów, stosując dietę roślinną. Możemy nosić wygodne i ładne ubrania bez skóry, wełny czy futer. Jeśli podważamy niepotrzebne krzywdzenie psów i kotów, nie pozostaje nam nic innego jak podważyć niepotrzebne krzywdzenie krów i indyków (i wielu innych zwierząt, które są zdolne do cierpienia, i którym – jak mówił filozof Tom Regan – nie jest wszystko jedno, co dzieje się z nimi w świecie). 

Sprzeciw wobec eksploatacji zwierząt musi zacząć się na poziomie serca i sumienia każdego z nas. Musi dotyczyć indywidualnych zwierząt, ale nie może obejść się bez uogólnienia. Jeśli mój pies, to wszystkie psy. Jeśli krowa z Jeziora Nyskie, to wszystkie krowy. Jeśli ochrona zwierząt domowych, to weganizm wobec wszystkich zwierząt. W przeciwnym razie, wobec czujących istot będziemy dysponować tylko powierzchownym wzruszeniem i faktyczną akceptacją krzywdy na ogromną skalę, której częścią jesteśmy dziś głównie przez brak głębszej refleksji.



Czytaj dalej:

  • "Komandoska" relacja Faktu (link)
  • Jak to jest z krową mleczną (link
  • Ile indyków ginie na Święto Dziękczynienie? (link)
  • O Tomie Reganie – amerykańskim filozofie, twórcy teorii praw zwierząt (link)
  • Stanowisko Academy of Nutrition and Dietetics (dawniej American Dietetic Association) na temat diet wegetariańskich (w tym diety wegańskiej) (link)
  • La vache qui rit (link do logo)