Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prawa zwierząt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prawa zwierząt. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 września 2019

Chcesz jeszcze pospacerować? - o sprawczości zwierząt

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

[…]Christine jest świetnym piechurem. Ze swoim (zmarłym już) psim towarzyszem Juliusem potrafiła robić co dzień parogodzinne wyprawy. Zawsze uważała, że były to spacery Juliusa, jego najważniejsze chwile w ciągu dnia, w związku z czym, na ile to możliwe, powinna pozwalać mu decydować o trasie i długości spaceru, o tym czy będą się po drodze bawić, czy będzie pływał w rzece, itd. Julius zazwyczaj chodził bez smyczy i po prostu wskazywał drogę. Zdarzało się, że przystawał gdzieś na dłużej, żeby coś obwąchać. Gdy w tym czasie Christine docierała do miejsca, w którym należało zdecydować o dalszym kierunku spaceru, i wybierała niewłaściwą drogę, Julius zatrzymywał się dokładnie w miejscu podjęcia przez nią decyzji, siadał i czekał, aż Christine spojrzy za siebie, zrozumie, że popełniła błąd i wróci na trasę, którą tego dnia wybrał on. Innymi słowy, Julius nie tylko dokonywał wyboru trasy, ale także rozumiał, że to jego przywilej. 
[Autorka książki „Tajemne życie psów”] Thomas dostrzegła istotne różnice indywidualne w zakresie zdolności poszczególnych psów [będących pod jej opieką], jak też ich preferencji dotyczących tego, jak i z kim pragnęłyby spędzać czas. Na ogół pozwalała psom swobodnie przechadzać się po ulicach Cambridge (stan Massachussets). Najlepiej radził sobie pod tym względem Mischa – urządzał nieraz długie eskapady, nigdy się nie gubił, omijał samochody i inne niebezpieczeństwa związane z życiem w mieście. Wielką miłośniczką wędrówek była również Maria, ponieważ jednak nie posiadała w ogóle zmysłu orientacji, gubiła się niemal zawsze, gdy nie było z nią Mischy. W końcu znalazła proste rozwiązanie: siadała na ganku czyjegoś domu i czekała, aż ktoś ją zauważy, sprawdzi oznaczenia na jej obroży i zadzwoni do Thomas, żeby ją odebrać. Okazało się to szybko strategią niezawodną, dlatego też Maria stosowała ją często. I jest to znów klasyczny przykład sprawczości zależnej. Maria uwielbia wędrówki, ponieważ jednak jest kompletnie pozbawiona zmysłu orientacji musi odnaleźć ludzi, którzy mogliby w jej życiu pełnić kluczową rolę wspomagającą, stanowiliby rodzaj rusztowania wspierającego jej autonomię. 

Przykłady psów realizujących swoje psie zamiary z wydatną pomocą ludzi przedstawili w niedawno recenzowanej przeze mnie książce „Zoopolis” Sue Donaldson i Will Kymlicka. W swojej politycznej teorii praw zwierząt wykorzystali teorię obywatelstwa, by zaproponować dla zwierząt udomowionych status naszych współobywateli. W tym właśnie kontekście napisali o sprawczości zależnej (dependent agency). Co znaczy to pojęcie? Sama sprawczość jest terminem używanym między innymi w psychologii i socjologii i oznacza zdolność do podejmowania intencjonalnych działań, aby zrealizować swoje cele. Natomiast sprawczość zależna oznacza realizowanie takich celów z pomocą pośrednika. W powyższych przykładach spacerujących psów, pośrednikami są ludzie. Donaldson i Kymlicka podkreślają, że zwierzęta, które mają preferencje, interesy i pragnienia (pamiętajmy, że nie są to wszystkie zwierzęta), posiadają też sprawczość. Zwierzęta udomowione są zaś szczególnym przypadkiem. Udomowienie polegało bowiem, między innymi, na wzmocnieniu cech umożliwiających zwierzętom zaufanie człowiekowi, komunikowanie się z nim i kooperację. Dlatego oprócz sprawczości polegającej na samodzielnym realizowaniu swoich zamiarów (tam, gdzie to możliwe), zwierzęta udomowione zdecydowanie bardziej niż nieudomowione mogą przejawiać także sprawczość zależną, oczywiście pod warunkiem współpracy ze strony człowieka.

Donaldson I Kymlicka nie wymyślili pojęcia sprawczości zależnej. Adaptowali je na potrzeby swojej teorii praw zwierząt ze współczesnych teorii obywatelstwa osób niepełnosprawnych intelektualnie. Zwolennicy sprawczości zależnej mówią, że choć osoby niepełnosprawne intelektualnie  nie są w stanie samodzielnie realizować swoich preferencji, pragnień i planów, to dzięki bliskiej, opartej na zaufaniu i uważności, relacji z opiekunem, od którego zależą, mogą komunikować to, czego pragną i potrzebują, prowadząc w ten sposób do realizacji swojej sprawczości. Teoretycy podkreślają, że każda osoba z niepełnosprawnością intelektualną, mimo niskiego IQ, ma prawo do wyrażania swojej woli i jej realizowania. Przeciwieństwem takiego zindywidualizowanego podejścia jest zaklasyfikowanie wszystkich osób niepełnosprawnych do jednorodnej grupy, wobec której realizuje się ogólne, z góry narzucone wytyczne opieki i ochrony. Donaldson i Kymlicka przekonują w „Zoopolis”, że zwierzęta udomowione mogą również korzystać z tak realizowanej sprawczości i mają do tego prawo.

Czy sprawczość i sprawczość zależna dotyczą tylko zwierząt domowych? Nie. Donaldson i Kymlicka przedstawiają też przykład krów wybierających rośliny do zjedzenia na pastwisku. Dodam, że w wielu schroniskach typu „sanctuary”, gdzie w godnych warunkach żyją zwierzęta uratowane przed eksploatacją, można zaobserwować jak wyrażają one i realizują swoje preferencje, komunikują swoje zamiary i chętnie korzystają w tym z pomocy człowieka. Chów na mleko, jaja czy mięso jest przeciwieństwem realizowania sprawczości zwierząt, bo w imię realizacji ludzkich celów zwierzętom odbiera się nie tylko możliwość realizowania pragnień i preferencji, ale też niejednokrotnie podstawowych potrzeb – ruchu, dostępu do światła, opieki nad potomstwem, dostępu do troskliwego rodzica czy unikania dyskomfortu i cierpienia.

Czy zwierzęta udomowione mogłyby realizować swoje pragnienia i zamiary w dowolny sposób? Czy o to chodzi autorom? Czy to w ogóle jest możliwe i wykonalne? Czy psy powinny być zawsze gotowe na głaskanie?  Czy koty powinny mieć możliwość łapania i zabijania ptaków? Czy psy powinny być puszczane luzem na samodzielne wędrówki? Czy powinniśmy pozwalać psom i kotom wybierać partnerów i dowolnie się rozmnażać? Z pewnością nie da się odpowiedzieć twierdząco na te wszystkie pytania. Warto jednak pamiętać, że sprawczość i wolność w przypadku ludzi też jest ograniczona między innymi prawami innych, a także różnymi uwarunkowaniami społecznymi. Niemniej, temat sprawczości pozostaje bardzo ważny, bo stawia przed nami wyzwanie: zamiast twierdzić „ja wiem najlepiej, czego ci potrzeba”, nadstawiajmy uszy, otwierajmy oczy i próbujmy dostrzegać i umożliwiać sprawczość zwierząt. Zaczynając od prostych rzeczy, takich jak jedzenie, głaskanie i spacer. D&K metodą prób i błędów ustalili na przykład, że ulubionymi produktami ich psa Cody’ego są koper włoski, jarmuż i marchew. Czy wiecie, co lubią, a czego nie lubią zwierzęta, które są pod waszą opieką? Czy bierzecie to pod uwagę?



Czytaj i oglądaj dalej:
Moja recenzja „Zoopolis” [link]
Psy, które pokazują, że masz je głaskać [link]
Koty też potrafią pokazać, że zależy im na głaskaniu [link]


piątek, 9 sierpnia 2019

Komu obywatelstwo? - recenzja "Zoopolis"

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

To dobrze, że teorią praw zwierząt, a także jej praktycznym wymiarem, interesują się ludzie różnych zawodów – filozofowie, co oczywiste, ale też prawnicy, socjolodzy, psycholodzy czy, jak w przypadku „Zoopolis”, politolodzy. Co prawda mówi się, że młotkowy wszystko będzie chciał załatwić młotkiem, a nie każdy problem przypomina akurat gwóźdź, to jednak rosnąca liczba specjalistów używających do analizy swoich wyspecjalizowanych narzędzi może ostatecznie, na zasadzie komplementarności, coraz lepiej dostrzegać poszczególne aspekty praw zwierząt i proponować adekwatne rozwiązania. Temat to przecież bardzo złożony i jeśli ma w sobie coś z gwoździa, to z pewnością jest to gwóźdź będący częścią większej całości.  

I faktycznie, dogłębna  znajomość danej dziedziny pomaga drążyć temat pod określonym kątem. Filozofowie rozwijają kwestie związane z etyką np. pytają o granice wspólnoty moralnej – czy mają do niej należeć tylko ludzie? Prawnicy zastanawiają się, jakie zastosowanie może mieć prawo np. czy ma być tylko narzędziem dyscyplinującym nas do respektowania uznanych praw i obowiązków czy też wyznaczać nowe horyzonty naszych zobowiązań i nowe granice naszej wolności. Psycholodzy zwracają uwagę na fakt, że nie jesteśmy tylko i wyłącznie racjonalni, bo nasze myślenie i postępowanie zależą także od emocji, preferencji, mechanizmów obronnych, myślenia opartego na skrótach myślowych, presji społecznej czy okoliczności, w jakich się znaleźliśmy. Socjolodzy zaś, zamiast analizować poszczególnych ludzi, przyglądają się społeczeństwu bardziej z lotu ptaka i np. pytają, na czym polega zmiana społeczna.

Jak to się przekłada na „Zoopolis”? Sue Donaldson jest filozofką, a Will Kymlicka – filozofem politycznym, którego głównym polem zainteresowań jest wielokulturowość, prawa mniejszości i teoria obywatelstwa. Niewątpliwie przez taki właśnie filtr przechodzi w „Zoopolis” teoria praw zwierząt. Patrząc na zwierzęta przez pryzmat rodzaju relacji, w jakie z nimi wchodzimy, i w jakie one wchodzą lub nie chcą wchodzić z nami (autorzy podkreślają sprawczość, preferencje i wolę pochodzące również ze strony zwierząt), Donaldson i Kymlicka (D&K) wykorzystują teorię obywatelstwa i terminy z nią związane, by naszkicować pożądane ramy tych relacji i reguły, jakie powinny nimi rządzić.



Nasze relacje ze zwierzętami i podział zwierząt na grupy 
D&K podkreślają, że tradycyjna teoria praw zwierząt w różnych odsłonach mówi tylko o dwóch grupach zwierząt i ma wobec nich bardzo konkretne zamiary: 1) zwierzęta udomowione, którymi należy się opiekować, ale zarazem przestać rozmnażać i doprowadzić w praktyce do wymarcia gatunków udomowionych, bo ten rodzaj relacji wiąże się z całkowitym uzależnieniem, wykorzystywaniem, przemocą i eksploatacją, i 2) zwierzęta dzikie, które należy zostawić w świętym spokoju tam, gdzie żyją z dala od ludzi. Według autorów „Zoopolis” ani podział na udomowione i dzikie, ani realizacja praw poprzez doprowadzenie do wymarcia czy zostawienie w spokoju nie odpowiadają złożonej rzeczywistości naszych relacji, ani nie realizują w pełni praw zwierząt. 

Biorąc pod uwagę kryterium relacji ludzie – zwierzęta, D&K dzielą zwierzęta na trzy grupy: udomowione, dzikie i liminalne, te ostatnie zawieszone gdzieś pomiędzy światem pierwszej i drugiej grupy - nie udomowione, ale równocześnie mieszkające blisko ludzi, np. szczury, wróble czy gołębie.  W każdej z grup autorzy obserwują dalsze podziały w zależności od stosunku ludzi do danej grupy zwierząt, czy mniej lub bardziej elastycznej zależności zwierząt od nas, itd. 

D&K podtrzymują podstawowy postulat teorii praw zwierząt, czyli prawa negatywne dla zwierząt charakteryzujących się doznaniowością (sentience): prawo do niebycia torturowanym, zabijanym, prawo do niebycia traktowanym jak przedmiot, prawo do niebycia czyjąś własnością. Autorzy uzupełniają jednak te postulaty o teorię obywatelstwa, prawa pozytywne i obowiązki. 

W przypadku zwierząt udomowionych proponują wprowadzenie statusu obywatelstwa wzorując się do pewnego stopnia na postulatach wychodzących ze środowiska ruchu na rzecz osób z niepełnosprawnością intelektualną, gdzie zależność nie musi się automatycznie wiązać z utratą godności i krzywdzącym wykorzystaniem, zaś sprawczość jest zdolnością stopniowalną, rozpostartą na pewnym spektrum i może realizować się w relacjach zaufania z opiekunem. Opiekun odczytuje potrzeby, pragnienia i preferencje komunikowane przez podopiecznego i jest jego społecznym i politycznym reprezentantem, dzięki czemu politykę społeczną kształtuje się z uwzględnieniem tak reprezentowanych grup, co może według autorów znaleźć zastosowanie także w przypadku zwierząt udomowionych. W tak skonstruowanym świecie z pewnością nie ma miejsca na eksploatację zwierząt przynoszącą im cierpienie i śmierć. Niemniej, D&K dopuszczają formy relacji charakteryzujące się według nich wymianą korzyści – ludzie opiekujący się kurami i jedzący ich jajka, czy też ludzie utrzymujący stada owiec, by te „pielęgnowały” krajobraz. Obowiązkiem nałożonym na zwierzęta udomowione byłaby socjalizacja do życia w społeczności ludzko-zwierzęcej (np. dla psa mieszkającego w mieście byłaby to umiejętność chodzenia po schodach, jeżdżenia windą, spokojnego zachowania wobec mijających przechodniów, rowerów, samochodów), przy czym autorzy sugerują, że socjalizacja taka powinna odbywać się też w drugą stronę (co wybiórczo już ma miejsce, kiedy dzieci uczą się w szkole jak rozumieć język ciała, szczekanie i zachowanie psów). 

W odniesieniu do zwierząt dzikich D&K podkreślają brak tak ścisłego rozgraniczenia geograficznego  siedzib ludzkich od siedlisk zwierząt, co w praktyce uniemożliwia "załatwienie" tematu postulatem „dajmy im święty spokój”. Po pierwsze wiele zwierząt migruje (np. bociany) i przemieszcza się przez terytoria zamieszkałe przez ludzi narażając się na obrażenia, choroby i śmierć, kiedy przechodzą przez drogi, przelatują przez miasta, dostają się w strefy zanieczyszczonego powietrza, wody i gleby. Po drugie, siedziby ludzkie się rozrastają, zagarniając coraz większe tereny, zabierając tym samym miejsce życia zwierząt. W związku z tą złożonością relacji i aktywnym, biernym i przypadkowym wpływem, jaki wywieramy na życie zwierząt dzikich i przy równoczesnej odrębności takich zwierząt od nas, autorzy proponują zastosowanie terminu suwerenność plasującego się w ramach prawa międzynarodowego. Według D&K różne gatunki zwierząt dzikich powinniśmy traktować jak odrębne narody mające prawo do terytorium, zachowania własnej autonomii i przestrzegania wobec nich zasad sprawiedliwości. Autorzy podkreślają, że akceptacja suwerenności, w uznaniu której ludzie są tylko gośćmi wchodząc na terytorium zwierząt, jest czymś innym niż zarządzanie przyrodą („stewardship”), gdzie ludzie pełnią rolę kierowników np. parku narodowego. D&K zaznaczają też, że suwerenność nie wyklucza ingerencji czy interwencji w życie indywidualnych zwierząt (pomoc łosiowi, który utknął na lodowej krze) czy populacji (szczepienie) pod warunkiem, że respektujemy ich autonomię. Suwerenność musi też zakładać jakąś formę współistnienia tam, gdzie terytoria się nakładają lub przecinają.

Dla zwierząt liminalnych D&K przewidzieli status rezydentury, która uznaje obecność tych zwierząt i nie pozwala traktować ich jako szkodników, ale zarazem – ze względu na brak relacji zażyłości i zaufania – ma charakter bardziej ograniczonych praw i obowiązków niż status współobywateli, jakim cieszyć się mają zwierzęta udomowione. Choć mamy prawo ograniczać ich populację i obecność, to w modelu proponowanym przez D&K musielibyśmy wykazywać się pomysłowością i inteligencją, by robić to w sposób niepowodujący cierpienia ani zabijania zwierząt liminalnych. Przykładem jest tworzenie gołębników w określonych miejscach miasta i stosowanie środków antykoncepcyjnych dla przybywających tam gołębi.



Warunki dla realizowania sprawiedliwości
D&K uzupełniają swoją teorię o ważne podkreślenie, za filozofem Johnem Rawlsem: o ile sprawiedliwość jest konieczna, o tyle by była możliwa muszą być spełnione pewne warunki. „Ludzie są winni innym sprawiedliwość, gdy poszanowanie praw innych nie zagraża ich własnej egzystencji.” Tam, gdzie wyboru nie ma, nie ma możliwości realizowania sprawiedliwości (mieszkam np. w domu opieki, gdzie jem to, co akurat będzie dostępne). Jednak tam, gdzie wybór jest, nie ma powodu odwoływać się do sytuacji, gdzie wyboru nie ma (mam dostęp do diety roślinnej, ale przytaczam hipotetyczne sytuacje, w których nie miałbym wyboru i „dzięki” tym przykładom, uważam, że mam prawo jeść produkty zwierzęce). Zaś tam, gdzie wyboru nie ma, można dążyć do uzyskania okoliczności, w których wybór będzie możliwy (popierać politykę dostępu do diety roślinnej w sektorze publicznym - domy opieki, szpitale, szkoły, itp.) .

Sprawczość
Jedną z ważnych dla mnie rzeczy poruszanych w książce zarówno w odniesieniu do zwierząt udomowionych, dzikich i liminalnych jest sprawczość. Autorzy podkreślają tam wielokrotnie, że to nie tylko ludzie decydują o kontaktach ze zwierzętami, ale zwierzęta także mają tu w miarę możliwości coś do powiedzenia i zamiast pewnego siebie paternalizmu powinniśmy wyostrzyć nasze zmysły, aby zacząć na to zwracać baczniejszą uwagę. Z tą ostrożnością spotkałam się już kiedyś, w książce Andrew Westolla „Szympansy z Azylu Fauna” i jestem wdzięczna za każdym razem, gdy ktoś o tym mówi lub pisze, bo zbyt często my, ludzie, przyjmujemy podejście paternalistyczne, że wiemy lepiej, lub (ewentualnie), że eksperci wiedzą lepiej i że generalnie to wystarczy nam wiedza o gatunku, by wiedzieć „co i jak” na temat każdego przedstawiciela takiej grupy zwierząt. 

Wątpliwości i pytania i podziękowania
Choć książkę czytałam z zainteresowaniem i uważam, że wnosi celne spostrzeżenia co do niekompletności dotychczasowego spojrzenia na prawa zwierząt (brak praw pozytywnych i zwierząt liminalnych), to przyglądając się instytucji udomowienia mam spore wątpliwości co do możliwości jej naprawy. Teorię obywatelstwa, suwerenności i rezydentury przyjęłabym jako potrzebną na etap przejściowy, w którym dążylibyśmy – z jednej strony – do znaczącego poprawienia relacji ze zwierzętami udomowionymi, dzikimi i liminalnymi (biorąc pod uwagę nie tylko kwestie sprawiedliwości i opieki tam, gdzie to konieczne, wybierając weganizm, ale też wykazując się uwagą wyczuloną na wolę, preferencje i sprawczość zwierząt), a z drugiej strony – jednak do ograniczenia populacji zwierząt udomowionych nie poprzez robienie im krzywdy, lecz poprzez zapobieganie ich rozmnażaniu. 

Pewien niedosyt zostawiła we mnie część praktyczna książki. Autorzy narzekali na brak wyobraźni ze strony dotychczasowych opracowań. Sami nie zaoferowali jednak zbyt wielu przykładów. Słyszałam, że są w trakcie pisania kolejnej książki. Mam nadzieję, że tam swoją teorię i możliwą praktykę wyłożą w dalszych szczegółach.

Na koniec dodam, że cieszę się, że Sue Donaldson i Will Kymlicka opracowali swoją teorię, a także, że doszło do wydania tej książki w Polsce (Oficyna 21) i że dzięki pracy tłumaczy (Marii Wańkowicz i Michała Stefańskiego) tak dobrze mi się ją czytało za darmo, bo książkę wypożyczyłam z Biblioteki Praw Zwierząt prowadzonej przez Iwonę Kossowską. 

Czytaj i oglądaj dalej:
  • Wywiad z Willem Kymlicką (33min) [link]
  • Link do wydawnictwa Oficyna [link]
  • Link do Biblioteki Praw Zwierząt [link]

poniedziałek, 12 listopada 2018

Nie tresuj, nie zjadaj. Feminizm a prawa zwierząt.

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Niedawno, w ferworze politycznej dyskusji wokół toczących się wyborów samorządowych, lewicowy polityk Robert Biedroń oskarżył media (słowa krytyki złożył na ręce Dominiki Wielowieyskiej w radiu TOK FM), mówiąc: 
„Tresowaliście Barbarę Nowacką przez kilka miesięcy, żeby dołączyła do Koalicji Obywatelskiej”. 
Biedroń mówiąc o relacjach międzyludzkich użył czasownika stosowanego do określania czynności wykonywanej przez ludzi wobec zwierząt (ocenę samej tresury zwierząt zachowam na później). Dał tym samym przykład werbalnej dehumanizacji człowieka, na dodatek kobiety. Dehumanizacja, nawet jeśli tylko werbalna, to jedna z gorszych i wcale nie rzadkich praktyk dyskryminacji ludzi. Na odpowiedź lewicowej i feministycznej polityczki nie czekał długo. Wypowiedź Nowackiej przytoczę w kontekście: 
Anna Dryjańska: Jak pani ocenia wypowiedź Roberta Biedronia? Stwierdził, że media panią "wytresowały" tak, że w końcu przystąpiła pani razem z Inicjatywą Polską do Koalicji Obywatelskiej.
Barbara Nowacka: To smutne. Nie, żeby te słowa były specjalnie zaskakujące, bo świat polityki bombarduje kobiety seksizmem. Martwi mnie jednak, że te słowa padają z ust osoby, która odwołuje się do wartości feminizmu i równości. Gdybym usłyszała je z ust poseł Pawłowicz czy posła Tarczyńskiego, to bym się nie zdziwiła. Ale Biedroń? Przecież dobrze wie, bo jest aktywnym politykiem na lewicy od 20 lat, że język kształtuje świadomość, może wzmacniać, ale i niszczyć.
AD: Niektórzy internauci piszą, że jego słowa nie mają nic wspólnego z dyskryminacją i mogłyby paść pod adresem mężczyzny - polityka.
BN: Ale nie padły i nie padają. Tak się po prostu nie mówi o mężczyznach. Od lat pracuję z kobietami. Kobiety wiedzą, czego chcą. Tresuje się zwierzęta. My, kobiety jesteśmy ludźmi, mądrymi osobami, które podejmują świadome decyzje. Takie słowa to próba odebrania nam podmiotowości i kolejny dowód na to, że kobiety w polityce niestety nie mogą liczyć na sojuszników, tylko same na siebie. Na siostrzeństwo.
Oskarżenie o seksizm było - moim zdaniem - słuszne. (ocenę samej tresury zwierząt – podobnie jak w przypadku Biedronia - zachowam na później). Można się oczywiście dziwić, że słowa o tresurze kobiety padły z ust człowieka, który popiera prawa kobiet. Pamiętajmy jednak, że jeśli wychowujemy się w społeczeństwie nasyconym patriarchalnymi wartościami i mizoginią, to nawet jeśli świadomie się im sprzeciwiamy, to nieświadomie jesteśmy nimi nasiąknięci i każdy z nas znajduje się w jakimś punkcie na skali pomiędzy 100% patriarchatu a 100% równości płci. Nie piszę tego po to, by bronić wypowiedzi Biedronia, ale dlatego, że w związku z tym rozpięciem, liczy się nie tylko to, do czego świadomie jesteśmy przekonani, ale także to, jak wypadamy w naszych, już nie tak przemyślanych, wypowiedziach i zachowaniach na co dzień. Biedroń wypadł niestety seksistowsko. Skoro nieprzemyślane działania każdemu z nas się zdarzają, to ostatecznie, liczy się to, co z takimi wpadkami robimy. Jak Biedroń zareagował na wypowiedź Nowackiej? Bodaj dzień później, wypowiedział się na TVN24, mówiąc:
„jesteśmy po tej progresywnej stronie tresowani do tego, że mamy się podporządkować Koalicji Obywatelskiej". - To zostało odebrane jako atak na Barbarę Nowacką. Barbara Nowacka to jest moja przyjaciółka i jeżeli w jakikolwiek sposób ona poczuła się urażona, to ją serdecznie przepraszam”.
Moim zdaniem, te przeprosiny nie są przekonujące. Biedroń nie przyznał w ogóle, że słowo „tresować” było niewłaściwe. Na dodatek postanowił przeprosić warunkowo: jeśli Nowacka poczuła się urażona. Tak jakby uważał, że obiektywnie nie zrobił niczego niewłaściwego i w związku z tym założył, że Nowacka miała prawo być obrażona tylko na podstawie swoich subiektywnych odczuć niezwiązanych z jego – przecież bez zarzutu - zachowaniem. 

Nie tylko seksizm. Spójrzmy szerzej na dyskryminację i przemoc.
Niedługo później, na portalu Krytyki Politycznej pojawił się artykuł Karoliny Kuszlewicz, Karoliny Skowron i Aśki Wydrych pt. "Feministki do Barbary Nowackiej: "Zwierząt się nie tresuje!". Artykuł ten, zawierający sporo różnych wątków, zainspirował mnie do refleksji. 

Autorki słusznie zwróciły uwagę na fakt, że w całej tej wymianie o tresurze problem leży także w stosunku ludzi do zwierząt, szczególnie zaś feminizmu do praw zwierząt, choć problem dostrzegły tylko w wypowiedzi Nowackiej, mimo tego, że Biedroń też jest feministą. 



Niewątpliwie, jeśli spojrzymy na feminizm jako na ruch przeciwko systemowej dyskryminacji słabszych przez silniejszych, gdzie ważną częścią dyskryminacji jest uprzedmiotowienie, przemoc fizyczna, psychiczna, a język pełni rolę ważnego narzędzia w utrzymaniu status quo, to dostrzeżemy (nie my pierwsi, dawno temu robili to już inni ludzie, w tym pierwsze feministki), że to, co robimy zwierzętom także nosi znamiona systemowej dyskryminacji słabszych przez silniejszych, z użyciem jeszcze brutalniejszej przemocy, dosłownego uprzedmiotowienia i z nieodzowną asystą języka. 

Co więcej, jak zauważono w artykule, te formy dyskryminacji się przenikają i wzajemnie wspierają. Analizę tych zależności przeprowadziła wiele lat temu amerykańska feministka i weganka Carol J.Adams w swojej książce „The Sexual Politics of Meat”.  Carol J Adams wprowadziła do dyskursu o dyskryminacji zwierząt (czyli o szowinizmie gatunkowym) pojęcie nieobecnego przedmiotu odniesienia („the absent referent”), które znajduje zastosowanie zarówno w opisywaniu przezroczystości zwierząt w procesie ich uprzedmiotowiania, jak i w opisywaniu przezroczystości raz zwierząt a raz kobiet w procesie wzajemnie wzmacniającego się uprzedmiotowiania jednych i drugich. 

Ujmując to prościej, Adams mówi, że choć każdy mięsny posiłek jest poprzedzony śmiercią zwierzęcia, to kiedy kładziemy na talerzu kawałek mięsa, zwierzę staje się przezroczyste - znika stając się nieobecnym przedmiotem odniesienia. To zniknięcie zwierzęcia dzieje się zarówno dosłownie, poprzez zabicie/unicestwienie zwierzęcia, jak i w sferze języka poprzez zmianę terminologii – nie mówimy już, że jemy zwierzęta lecz „mięso”. Terminy związane z życiem i śmiercią jednostek, ich anatomią i fizjologią zostają pominięte lub zmienione w terminy gospodarcze i kulinarne (zabijanie to ubój, ciało to mięso, skrzydła to skrzydełka). 

Adams zwraca uwagę, że zwierzęta stają się nieobecnym przedmiotem odniesienia także w sensie metaforycznym, gdy przemoc wobec nich służy do opisania i krytykowania przemocy wobec ludzi. Przemoc wobec zwierząt nie ogranicza się jednak do zabijania ich na mięso. Odsłon eksploatacji zwierząt jest wiele. Zatem „gotowców” do opisywania przemocy wobec ludzi nie brakuje. „Traktują ją jak dojną krowę”, „musimy jeździć ściśnięci jak sardynki w puszce”, „tresują ją jak małpę w cyrku”, „jest dla nich królikiem doświadczalnym”, itp. Tutaj przemoc wobec zwierząt jest etycznie neutralna. Dopiero potraktowanie człowieka tak, jak są traktowane zwierzęta, budzi sprzeciw. Wybrzmiało to wyraźnie w wypowiedzi Nowackiej, która powiedziała, że tresuje się zwierzęta, a nie kobiety. Innymi słowy, że to zwierzęta są właściwym obiektem do tresowania, i że dopiero traktowanie tak kobiet jest niewłaściwe. 

W swojej książce, Adams napisała, że w kulturze patriarchalnej wynikająca z dyskryminacji przemoc wobec zwierząt i przemoc wobec kobiet wzajemnie się wzmacniają. Kobiety są często dehumanizowane, gdy porównuje się je do mięsa, produktu do spożycia. W ten sposób bazą dyskryminacji kobiet staje się gotowa już forma istniejącej przemocy wobec zwierząt. W tym scenariuszu nieobecnym punktem odniesienia są ciała zabitych w rzeźni zwierząt. Równocześnie jednak, występują działania w odwrotnym kierunku: kiedy reklamowane są produkty mięsne, przeznaczonych w patriarchalnym społeczeństwie przede wszystkim dla mężczyzn, umyślnie wywołuje się seksualne skojarzenia mięsa z kobiecym ciałem (np. udka i piersi kurczaka), tym samym bazując sprzedaż mięsa na utrwalonych motywach uprzedmiotowienia ciał kobiet. W tym zaś scenariuszu, nieobecnym punktem odniesienia są także uprzedmiotowione kobiece ciała. Kółko się kręci. Przemoc wspiera przemoc. 

Reklama przyprawy do mięsa

Trzeba zwrócić uwagę, że przykładów legalnej eksploatacji zwierząt w kontekście relacji międzyludzkich używa się w dwojaki sposób: po pierwsze, żeby skrytykować w jakimś sensie podobne traktowanie ludzi (nielegalne lub przynajmniej postrzegane jako nieetyczne); po drugie, żeby uzasadnić podobne traktowanie ludzi – stąd biorą się ostre reakcje na takie porównania, z obawy przed dehumanizacją ludzi.  Przykładem pierwszego była wypowiedź Nowackiej, przykładem drugiego była wypowiedź Biedronia, choć – jak mówiłam wcześniej – biorąc pod uwagę jego polityczny dorobek, możemy mówić raczej o niefortunnej wpadce, która niestety poszła w świat, nie zaś o autentycznej mizoginii. Niemniej, w obydwu przypadkach przemoc wobec zwierząt jest niekwestionowanym status quo. Nowacka potwierdziła, że zwierzęta „po prostu” się tresuje, Biedroń temu nie zaprzeczył. 

Podobieństwa systemów dyskryminacji, a więc dominacji i przemocy, oraz fakt, że takie dyskryminacje się wzmacniają prowadzi autorki do wniosku, że logicznym posunięciem feministek, nawet – jak podkreśla Skowron – podejmowanym we własnym interesie, powinno być zwrócenie uwagi na dyskryminację zwierząt i krytyka tej dyskryminacji, także poprzez większą wrażliwość językową. Nowacka powinna była zatem nie tylko skrytykować Biedronia za to, że mówił o tresowaniu kobiety, ale dopowiedzieć, że w tresowaniu zwierząt też nie ma niczego dobrego. Skoro tak, dopowiem, to Biedroń przepraszając, powinien też odnieść się nie tylko do do zła tkwiącego w dehumanizowaniu ludzi, ale także w tresowaniu zwierząt.

Ograniczenia uniwersalnego spojrzenia na różne dyskryminacje. 
Myślę, że jest parę problemów z tym podejściem wynikających z faktu, że między ruchem na rzecz praw kobiet, a ruchem na rzecz praw zwierząt są nie tylko podobieństwa, ale i znaczące różnice. Nie podejmuję się opisywać wszystkich różnic, bo temat jest bardzo szeroki. Zwrócę uwagę parę kwestii.

1. Choć dyskryminacje mogą być stosowane w praktyce, to równocześnie trzeba dostrzec zasadniczą różnicę między dyskryminacją, która z zasady jest zakazana, a taką, która z zasady jest dozwolona. To zasadnicza różnica.

Dyskryminacja ze względu na płeć (gdzie grupą dyskryminowaną są kobiety) jest zakazana, choć są oczywiście liczne przejawy kultury, które za tym nie nadążają i różne regulacje prawne, które utrudniają zwalczanie tej dyskryminacji. Natomiast dyskryminacja ze względu na gatunek (gdzie grupą dyskryminowaną są zwierzęta pozaludzkie) jest legalna choć zwierzęta domowe są pod niektórymi względami grupą bardziej hołubioną i choć mamy Ustawę o ochronie zwierząt, która zawiera artykuł mówiący, że zwierzętom należy się ochrona, opieka i szacunek. 

Tak jednak jak przejawy seksistowskiej kultury społecznej i prawnej nie powinny nam zabierać z pola widzenia faktu, że seksizm jest zakazany, tak samo zapis o ochronie, opiece, szacunku i bardzo ograniczony zakres zakazanej przemocy wobec zwierząt nie powinien nam przesłaniać tego, że szowinizm gatunkowy jest dozwolony w najbardziej brutalnej formie – eksploatacji zwierząt „gospodarskich” i rybołówstwie. Możemy mówić w pełnym tego słowa znaczeniu, że nie wolno dyskryminować kobiet. Musimy zdawać sobie sprawę, że sprzeciw wobec dyskryminacji zwierząt jest wciąż postulatem przedstawianym przez niewielu.

2. Postulat powszechnego używania przez feministki języka wolnego od dyskryminacji, która jest dozwolona, i której oddaje się 99 procent społeczeństwa, jest szczytny, ale przedwczesny.

W społeczeństwie, które legalnie eksploatuje zwierzęta, języka wolnego od szowinizmu gatunkowego oczekiwać można wyłącznie od wegan, którzy swoją postawę czerpią z filozofii praw zwierząt (są też i inni weganie, ale nie będę rozwijać tego wątku tutaj). Człowiek na co dzień korzystający z eksploatacji zwierząt i zarazem mówiący językiem wolnym od szowinizmu gatunkowego nie byłby godny pochwały. Musielibyśmy nazwać go hipokrytą. 

Jeśli Nowacka ma podejście do zwierząt nieróżniące jej od większości społeczeństwa, a nic nie wskazuje na coś przeciwnego,  to nie ma sensu oczekiwać od niej antyszowinistycznego języka. Z kolei jeśli o Biedroniu wiemy, że jest nie tylko feministą, ale także przejawia zainteresowanie prawami zwierząt, to takiego polityka (i takiego człowieka) można zachęcać do zainteresowania tym tematem również na płaszczyźnie języka.

Swoją drogą, prawdziwie nieszowinistyczny gatunkowo język, postulowany np. przez Joan Dunayer, byłby w w wielu aspektach niezrozumiały i dezorientujący dla ludzi w szowinizmie gatunkowym wyrosłych. Dlatego prawdopodobnie byłby kontrproduktywny jako narzędzie zmiany. Kto wie, czy nie lepszą strategią jest nie unikanie, lecz właśnie używanie szowinistycznych wyrazów i wyrażeń, po to jednak, by je regularnie kwestionować, odzierać z oczywistości.

3. Co więcej, przedwczesnym także jest postulowanie „na ostro” prozwierzęcego feminizmu, gdy sam ruch na rzecz zwierząt jest prozwierzęcy wybiórczo i gdy ten ruch nie przyjmuje powszechnie zasady poszanowania praw człowieka, w tym praw kobiet. 

Zgadzam się co do zasady z postulatem łączenia działań przeciwko dyskryminacji i przemocy tak ludzi jak i zwierząt. Życzyłabym sobie (i zwierzętom), żeby katering na wydarzeniach na rzecz dyskryminowanych ludzi był zawsze wegański, żeby inicjatywy na rzecz respektowania praw człowieka brały pod uwagę zwierzęta i nie zakładały, że prawa człowieka automatycznie dają zielone światło dla eksploatacji zwierząt. 

Niemniej, obecnie mamy do czynienia z ogromnym szowinizmem gatunkowym w samym ruchu rzekomo prozwierzęcym. Jest to ruch zdominowany przez ludzi, dla których liczą się przede wszystkim zwierzęta domowe (psy, koty, świnki morskie, itp.) i którzy nie mają problemu z korzystaniem z eksploatacji zwierząt „gospodarskich”. Co więcej, część takich osób otwarcie śmieje się z weganizmu. Pośród tych, którzy zajmują się zwierzętami domowymi, jest też grupa miłośników określonych gatunków wywyższających te zwierzęta nad wszelkie inne, a także miłośnicy ras, którzy popierają rozmnażanie przedstawicieli rasy mimo tego, że samo tworzenie ras wiąże się z problemami zdrowotnymi urasowionych zwierząt oraz mimo tego, że zwierząt bezdomnych nie ubywa. Postulowanie weganizmu nawet wśród osób prozwierzęcych spotyka się z dużym oporem. Nawet w tym środowisku zjawisko nieobecnego przedmiotu odniesienia jest powszechne: psy trzeba ratować, a „mięso”, „nabiał” i jaja to jedzenie. 

Wśród osób uważanych za liderów ruchu są osoby, które mają przedmiotowy stosunek do zwierząt gospodarskich i postulują co najwyżej pewne zmiany w chowie eksploatowanych zwierząt (np. bezklatkowy chów kurczaków na mięso czy kur na jaja). Jest przynajmniej jedna osoba, która prowadzi restaurację sprzedającą dania z mięsem, nabiałem i jajami, czyli zarabia na eksploatacji zwierząt, a równocześnie prowadzi fundację, w której nazwie wprowadziła „prawa zwierząt” i występuje na ogólnopolskich demonstracjach perorując o empatii wobec zwierząt. W tym środowisku brakuje nacisku na weganizm – kiedyś, bo prawa zwierząt były czymś mało znanym w Polsce, dziś bo pojęcie "prawa zwierząt" jest używane często tylko w odniesieniu do zwierząt domowych lub do reformowania eksploatacji zwierząt, czyli w całkowitej sprzeczności ze znaczeniem nadanym przez filozofów praw zwierząt.

Podsumowując, tak optymalnie byłoby łączyć ruchy przeciwko różnym formom dyskryminacji i popieram wszelkie inicjatywy tego typu. Język jest bardzo mocnym narzędziem, które zmienia rzeczywistość. Jednak nie dziwi mnie fakt, że wrażliwość na krzywdę zwierząt wśród ludzi lewicy jest wciąż wyjątkiem, a nie regułą, szczególnie kiedy patrzę na środowisko ludzi zajmujących się krzywdą zwierząt, z taką łatwością dzielących zwierzęta na te „do kochania” i te „do zjadania”. Skoro zwolenników praw wszystkich zwierząt (tych zdolnych do cierpienia) jest tak mało, postulat języka pozbawionego szowinizmu gatunkowego, jest słuszny, ale na tę chwilę dotyczyć może znakomitej mniejszości. I tak, niech ta mniejszość, stara się go używać, naruszając oczywistość eksploatacji zwierząt.  

- - - 
Czytaj dalej:
Feministki do Barbary Nowackiej: zwierząt się nie tresuje - Karolina Kuszlewicz, Karolina Skowron, Aśka Wydrych [link]



poniedziałek, 2 lipca 2018

Ile praw zwierząt w prawach zwierząt?

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Na X Ogólnopolskim Kongresie Kobiet w czerwcu 2018 roku zostało zorganizowane „Centrum zwierząt”. Nie była to premiera tego tematu, bo Na Kongresie Kobiet o zwierzętach mówiono już wcześniej, na przykład podczas dyskusji w ramach „Centrum Zielone” w 2017 roku. Niemniej, w tym roku, spośród czterech paneli dyskusyjnych, szczególnie zainteresował mnie jeden, gdyż miał w swoim tytule prawa zwierząt. 

Kiedy słyszę lub widzę termin prawa zwierząt w głowie zapalają mi się dwa światła – zielone i pomarańczowe. Zielony to kolor nadziei, że wreszcie mówimy o zwierzętach na poważnie. Prawa zwierząt to przecież koncepcja rozwinięta w różny sposób przez filozofa Toma Regana i prawnika i filozofa Gary’ego Francione’a – w jednym i w drugim przypadku mająca wspólny mianownik: sprzeciw wobec eksploatacji zwierząt i, co za tym idzie, weganizm. Pomarańczowy to ostrzeżenie „Uważaj z tą nadzieją”, bo, jak pokazuje już wieloletnia praktyka, termin prawa zwierząt jest regularnie nadużywany: stosuje się go tam, gdzie w ogóle nikt nie sprzeciwia się eksploatacji. O „prawach zwierząt” mówi się bardzo często tam, gdzie de facto rozmowa dotyczy regulowania warunków eksploatacji, np. przeniesienia kur eksploatowanych dla jaj z klatek do budynków bez klatek, skrócenia transportu zwierząt wiezionych do rzeźni itp. 

Byłam zatem ciekawa ale i ostrożna w swoich oczekiwaniach, kiedy postanowiłam obejrzeć udostępniony na Facebooku panel pt. „Dlaczego feministki powinny walczyć o prawa zwierząt”. 

Organizatorem Centrum Zwierząt, a więc i tego panelu, była Fundacja Alberta Schweitzera, która na swojej stronie internetowej deklaruje, że jej celem długoterminowym jest „doprowadzenie do zakończenia chowu przemysłowego i popularyzacja wegańskiego stylu życia”, a strategia skupia się na dwóch filarach: (1) współpracy z firmami polegającej na zachęcaniu ich, by przestały sprzedawać „produkty, które są wynikiem szczególnie okrutnych procedur (na przykład jaja z chowu bateryjnego), ale by także rozszerzały i ulepszały swój asortyment produktów roślinnych.” oraz na (2) edukacji konsumentów, dla których uruchomiono kampanię Vegan Taste Week, „aby dotrzeć do możliwie największej liczby osób i skutecznie nakłonić je do ponownego przemyślenia ich wyborów”.  Fundacja działa więc w temacie zwierząt hodowanych na mięso, mleko, jaja i futra, jednak nie sprzeciwia się jednoznacznie eksploatacji zwierząt (tylko jej przemysłowej formie), nie postuluje weganizmu tylko chce go popularyzować (moralny obowiązek a popularny styl życia to jednak różne sprawy), zaś na swojej stronie w ogóle nie odwołuje się do teorii praw zwierząt. 

Tyle organizator. A jak wyglądał panel? Udział wzięły: prowadząca spotkanie przedstawicielka fundacji Karolina Skowron, pisarka, autorka „Prowadź swój pług przez kości umarłych” Olga Tokarczuk, adwokatka zajmująca się sprawami łamania Ustawy o ochronie zwierząt i sprawami przemocy domowej Karolina Kuszlewicz, historyczka sztuki, autorka bloga „Nie-zła sztuka” zajmująca się animal studies na Wydziale Artes Liberales Uniwersytetu Warszawskiego Dorota Łagodzka oraz dr Justyna Włodarczyk - z Zakładu Literatury Amerykańskiej Uniwersytetu Warszawskiego, zajmująca się m.in. animal studies i teorią feministyczną.

Rozmawiano o ciekawych i istotnych sprawach.
Olga Tokarczuk mówiła, że odchodzi w przeszłość hierarchiczny model traktowania przyrody. Choć nie zgadzam się, że taki trend ma miejsce – jest to zbyt optymistyczne twierdzenie – to myślę, że zdecydowanie i ludziom i zwierzętom pozaludzkim przydałoby się, gdyby ludzie przyjęli taką antyhierarchiczną, bardziej egalitarną perspektywę. Być może czując się bardziej braćmi i siostrami zwierząt, czy po prostu współmieszkańcami tej samej planety, bylibyśmy bardziej skłonni przyjąć jako właściwą i zdroworozsądkową postawę samoograniczenia, o której wspominała pisarka. 

Dodałabym, że powinno to w pierwszym rzędzie dotyczyć Europy i Ameryki Północnej, gdzie styl życia oparty na konsumpcji, szczególnie produktów pochodzenia zwierzęcego, krzywdzi bezpośrednio eksploatowane zwierzęta, ale także zabiera miejsce do życia dzikim zwierzętom zamieniając ich dom w pola upraw przeznaczane na paszę, a także zatruwa środowisko i napędza produkcję gazów cieplarnianych. Cierpimy z tego powodu wszyscy i nie ma w tym cierpieniu sprawiedliwości, bo choć najbardziej szkodzą bogaci, to największy ciężar muszą nieść na swoich barkach ludzie najbiedniejsi i niczemu winne zwierzęta.

Karolina Kuszlewicz mówiła o tym, że przemoc ma uniwersalny charakter przejawiający się poczuciem władzy sprawcy nad słabszą od niego ofiarą, a także o tym, że zdarza się i to nie rzadko, że przemoc domowa (najczęściej mężczyzn wobec kobiet i dzieci) łączy się z przemocą tych samych sprawców wobec zwierząt. Zdarza się – jak potwierdziły to badania w USA – że przemoc wobec zwierząt poprzedza przemoc wobec dzieci. 

Przemoc fizyczna wobec zwierząt domowych jest też realizowana przez sprawcę jako przemoc psychiczna wobec kobiety, która jest opiekunką zwierzęcia. Wreszcie kobiety bywają też zmuszane do seksu ze zwierzętami. Kuszlewicz podkreśliła, że w Polsce związki między przemocą domową a przemocą wobec zwierząt nie są dostrzegane: jeśli odkryta zostanie przemoc wobec zwierzęcia domowego, to policja nie interesuje się, czy przypadkiem nie kryje się za tym także przemoc wobec ludzkich członków rodziny sprawcy. Z kolei kobiety uciekające przed przemocą do schronisk nie są tam przyjmowane ze zwierzętami.

Dorota Łagodzka zwróciła uwagę zebranych na język jako narzędzie dewaluacji nie tylko kobiet ale i zwierząt. Kiedy używamy słów oznaczających zwierzęta (np. wredna suka, kura domowa, stara krowa, głupia kwoka) wyrażamy nie tylko patriarchalne uprzedzenia redukujące kobiety do istot bardziej biologicznych, mniej refleksyjnych, ale tym samym pokazujemy nasz brak szacunku do zwierząt pozaludzkich. Ponadto, kiedy chcemy wyrazić oburzenie złem wyrządzanym przez ludzi, lubimy używać metafor i porównań związanych ze zwierzętami: gwałciciel zachował się „jak zwierzę”, jego czyn był „nieludzki”. Jak zauważyła Łagodzka, paradoksalne jest to, że mianem „nieludzkich” określamy czyny, do których zdolni są tylko ludzie. 

Justyna Włodarczyk dodała do dyskusji perspektywę historyczną, w której ukazała jak idee praw kobiet i lepszego traktowania zwierząt spotykały się już w działaniach sufrażystek XIX wieku. Podczas zebrania Ligii Humanitarnej przeciwnej zadawaniu niepotrzebnego cierpienia istotom czującym, Lizzy Lind zachęcała do połączenia ruchów humanitarnych – sufrażystek, przeciwników wiwisekcji, przeciwników kar cielesnych i kary śmierci, pacyfistów i wegetarian. 

Włodarczyk poczyniła ciekawą obserwację, że choć w pewnym okresie ruch prozwierzęcy zajmował się intensywnie cierpieniem zwierząt wykorzystywanych przez ludzi klasy pracującej, to po pewnym czasie zajął się także przewinieniami klasy wyższej.  Najpierw walczono o zakaz walk psów czy o zakaz ciągnięcia wózków przez psy, - to drugie dla wielu ludzi nie było fanaberią lecz sposobem na utrzymanie się. Wyglądało to trochę jak oświecanie „ciemnego ludu” przez bogatych, którzy wcale nie mieli czystego konta jeśli chodzi o stosunek do zwierząt. Natomiast pod koniec wieku XIX, gdy w ruchu prozwierzęcym pojawiło się więcej kobiet i część z nich zaczęła studiować medycynę, większą uwagę zaczęto zwracać na wiwisekcję. Ostrze krytyki zwróciło się wówczas przeciwko naukowcom i lekarzom, którzy do tej pory sami mówili innym jak żyć. Justyna Włodarczyk zwróciła też uwagę, że nie powinniśmy tworzyć dychotomii: pomoc ludziom vs pomoc zwierzętom, gdy tak naprawdę możemy robić jedno i drugie. 

Co mnie zaskoczyło i czego zabrakło.
W debacie było parę kwestii, które mnie zaskoczyły, zdziwiły lub zirytowały. Pierwsza prelegentka Olga Tokarczuk rozwijając myśl o samoograniczeniu stwierdziła, że oznacza to ograniczenie jedzenia mięsa. W publicznych dyskusjach o krzywdzeniu zwierząt, raz za razem dokonuje się tej arbitralnej koncentracji na jedzeniu mięsa i równocześnie spycha się na margines, albo całkowicie poza ramy dyskusji, picie mleka, jedzenie nabiału i jaj i inne formy krzywdzenia zwierząt. Rozmowa schodzi wówczas na ograniczanie lub niejedzenie mięsa, a nie na weganizm. 

Dyskusje te raz za razem stanowią krok wstecz, zamiast w przód. Skupiając naszą uwagę na mięsie, oddalają rozmowę o eksploatacji zwierząt, której dokładnie takim samym przykładem jak produkcja mięsa jest produkcja jaj i mleka. We wszystkich rodzajach eksploatacji, zwierzę, jego ciało i jego życie jest traktowane przedmiotowo – jako surowiec (zwierzęta hodowane na mięso) lub maszyna (zwierzęta używane do produkcji jaj, mleka czy do „produkcji” zwierząt, np. matki prosiąt czy matki kur niosek). Ciało poddane selekcji hodowlanej ma być dobrym surowcem lub sprawną maszyną, ma służyć producentom i konsumentom. Życie jest dawane i odbierane zgodnie z planem produkcji, cięcia kosztów, generowania zysków i konkurencyjnej ceny. 

Jak mówi filozof praw zwierząt Gary Francione, wegetarianizm (a więc wybieranie niejedzenia mięsa, podczas gdy je się nabiał i jaja) nie jest postawą bardziej spójną, niż twierdzenie, że moralnie złe jest jedzenie mięsa z łaciatych krów, ale nie jest moralnie złe jedzenie mięsa z krów, które łaciate nie są. Nie ma zatem prawdziwej dyskusji o niepotrzebnym cierpieniu zwierząt, ich krzywdzeniu i eksploatacji, a szczególnie o prawach zwierząt, gdy dowolnie wybieramy sobie jakąś formę krzywdzenia (na mięso) i pomijamy inne. Taka dyskusja z założenia jest niewłaściwa, niesłusznie okrojona, nieuczciwa.

Druga kwestia wypowiedziana przez Tokarczuk jeszcze bardziej mnie zdziwiła. Przytoczę ją jednak dlatego, że wpisuje się w pewien szerszy trend obecny w ruchu prozwierzęcym, więc warto się do niej odnieść. Olga Tokarczuk powiedziała, że oprócz ograniczenia jedzenia mięsa powinniśmy wrócić do „tradycyjnych sposobów pozyskiwania mięsa”. Muszę powiedzieć, że trochę wbiło mnie w krzesło, tym bardziej, że żadna z panelistek na to nie zareagowała. Nie sądzę, żeby Tokarczuk, autorka antymyśliwskiej książki „Prowadź swój pług przez kości umarłych” sugerowała, że wszyscy powinni ruszyć do lasu na polowanie. Druga opcja, która wydała mi się znacznie bardziej prawdopodobna, to tradycyjne gospodarstwa rolne przeciwstawiane przemysłowym fermom. 

Faktycznie w ruchu prozwierzęcym jest silny trend do krytykowania nie eksploatacji zwierząt jako takiej tylko właśnie ferm przemysłowych, a więc sposobu, w jaki eksploatuje się zwierzęta. Szereg organizacji, w tym organizator debaty,  prowadzi kampanie mające na celu reformę przemysłowej hodowli zwierząt. 

Kampanie te mają na celu ograniczenie najbardziej „przemysłowych” form i metod chowu zwierząt (obecnie np. jajek „trójek” od kur trzymanych w klatkach). Równocześnie jednak promują inne, rzekomo lepsze formy chowu zwierząt. Takim kampaniom towarzyszą dwa rodzaje obrazów – zdjęcia i filmy krytykowanej formy chowu – odstręczające, pokazujące urazy, rany, cierpienie i nieżywe zwierzęta, oraz zdjęcia zwierząt zadbanych w przyjemnym, rustykalnym otoczeniu w bliżej niezidentyfikowanych okolicznościach. Jako że pierwsza seria obrazów dotyczyła krytykowanej formy chowu, to te przyjemne, niepodpisane obrazy poprzez skojarzenie, sugerują nam, że oto widzimy zwierzęta żyjące w tej drugiej, niekrytykowanej formie chowu. Odbiorca dostaje komunikat, że po wyeliminowaniu formy zwalczanej przez kampanię, zwierzęta będą szczęśliwe, a on będzie mógł nadal być konsumentem zwierząt, tym razem z czystym sumieniem.  

Być może więc stwierdzenie o „powrocie do tradycyjnych sposobów pozyskiwania mięsa” jest echem takich kampanii chcących reformować przemysłową hodowlę zwierząt.  Problem w tym, że znowu nie dotykamy tu w ogóle praw zwierząt (do niebycia przedmiotem eksploatacji), a sugerowane rozwiązania, poprzez swoją zmniejszoną wydajność (choćby potrzebę większej powierzchni dla hodowanych zwierząt) nie są rozwiązaniem dla planety, na której ludzka populacja nie maleje, ale wciąż rośnie. 

Co więcej, mamy już sporo przykładów jak kończy się reformowanie przemysłowej hodowli:  powstają kolejne formy przemysłowej hodowli, gdzie zwierzęta też cierpią, tylko w nieco innych okolicznościach. Pokazuje to wiele zdjęć i filmów realizowanych na „eko” fermach. Dlaczego tak się dzieje? Nieodmiennie składa się na to parę czynników: masowość produkcji (fermy „eko” też mają dużo zwierząt, szczególnie jeśli są to małe zwierzęta, takie jak kury), chęć zarobku, konkurencja na rynku i klienci nie zamierzający jednak płacić zbyt wiele za swoje czyste sumienie.

Mówiąc o  przemocy wobec ludzi i zwierząt Karolina Kuszlewicz poruszała się przede wszystkim w obrębie przemocy nielegalnej i karalnej. Nawet nawiązując do sprawy sprzedaży żywych karpi bez wody, w której Sąd Najwyższy postanowił o kasacji prawomocnego wyroku uniewinniającego sprzedawców od zarzutu znęcania się nad zwierzętami, adwokatka wciąż mówiła o przemocy, która - choć ewidentnie kontrowersyjna – ma szansę jednak zostać uznana za karalną. Mam duży problem z tym podejściem, szczególnie jeśli spotkanie nazywa się debatą o prawach zwierząt. Dlaczego? Bo znakomita większość przemocy wobec zwierząt jest legalna. Żyjemy w społeczeństwie (i w świecie), w którym normą jest szowinizm gatunkowy (analogiczna do seksizmu i rasizmu forma dyskryminacji – ze względu na gatunek), a jego przejawem jest powszechna eksploatacja zwierząt – traktowanie ich jak surowca, narzędzia i maszyny, których narodziny, sposób życia i śmierć są podporządkowane naszym celom, które wycierpią się tyle ile trzeba i zostaną zabite wtedy, kiedy trzeba, żeby na półkach było mięso, nabiał, jaja a na sklepowych wieszakach skórzane kurtki i wełniane płaszcze, itp. 

Owszem, przemoc wobec zwierząt domowych jest bardziej widoczna, bo bardziej emocjonalnie na nią reagujemy i chętniej o niej rozmawiamy, ale jest tak właśnie dlatego, że wychowujemy się do życia w świecie, w którym zwierzęta domowe do pewnego stopnia stanowią wyjątek od reguły. Regułą zaś jest akceptacja przemocy tak powszechna, że aż oczywista i tak oczywista, że kompletnie dla nas, jako społeczeństwa, przezroczysta.  To ponad 800 milionów zwierząt „gospodarskich” hodowanych na fermach i zabijanych w rzeźniach rocznie. To tony ryb zabijanych w ramach rybołówstwa. To ta przemoc jest legalna, niekaralna, oczywista i przezroczysta. 

Nasza obojętność na tę legalną przemoc nie jest jednak wrodzona, lecz wyuczona, a więc i odwracalna, o czym świadczy rosnąca liczba wegan. Dlatego szczególnie na spotkaniach, które w swojej nazwie mają prawa zwierząt, rozmowy o tym nie tylko nie powinno zabraknąć, ale powinien być to temat centralny. Tutaj absolutnie nie był. Gdzieś pobocznie, dość nieśmiało była mowa o zmianie diety. To za mało, zdecydowanie za mało!

Wielkim nieobecnym w debacie o prawach zwierząt były więc prawa zwierząt i weganizm. Wydaje się, że prawa zwierząt stały się atrakcyjną frazą, której używa się, żeby zasugerować, że debata, film, książka czy organizacja poważnie podejmuje temat zwierząt. Jednak bardzo często taka debata, film, książka czy organizacja wcale prawami zwierząt się nie zajmują: nie odwołują się w ogóle do najważniejszych twórców teorii praw zwierząt – do profesora Toma Regana czy profesora Gary’ego Francione’a, nie sprzeciwiają się (albo robią to bardzo niejednoznacznie) eksploatacji zwierząt i nie mówią o weganizmie jako podstawowym obowiązku moralnym wynikającym z poszanowania praw zwierząt. Nieżyjący już Tom Regan pisał, że prawa zwierząt to prawo zwierząt do szacunku. Gary Francione pisze i mówi, że prawa zwierząt to prawo do niebycia traktowanym jak czyjaś własność. Każde z tych podejść wyklucza eksploatację zwierząt. Nie da się bowiem szanować i eksploatować. Nie da się traktować podmiotowo i równocześnie eksploatować, nawet jeśli eksploatację zreformuje się w taki czy inny sposób. Nie da się też szanować zwierzęta, traktować je podmiotowo i równocześnie być konsumentem produktów pochodzących z eksploatacji. 

W świecie opartym na eksploatacji zwierząt weganizm musi być w centrum debaty o prawach zwierząt, a nie na jej obrzeżach. Tak się często nie dzieje, bo taka debata musiałaby być o nas – zwykłych obywatelach i obywatelkach, o naszych zaniechaniach, o naszej odpowiedzialności, o codziennych wyborach, o instytucjonalnej formie szowinizmu gatunkowego. Łatwiej prowadzi się rozmowy, które są o innych – psychopatach, okrutnikach, o myśliwych, o Azjatach jedzących psy. W debacie zabrakło przedstawienia prelegentek właśnie pod tym kątem. Nie zadano prostego pytania: czy są Panie wegankami? W takiej debacie i w takim świecie, w jakim obecnie żyjemy, to ważna informacja. W debacie na temat praw zwierząt mogą oczywiście brać udział ich zwolennicy i przeciwnicy, ale powinniśmy, jako odbiorcy, znać odpowiedź na to podstawowe, sytuujące w debacie pytanie. Osoby deklarujące poparcie dla praw zwierząt a niebędące wegankami na wejściu tracą na wiarygodności i trącą hipokryzją.

Proporcje debaty o prawach zwierząt moglibyśmy  obrócić dopiero w świecie, w którym prawa zwierząt miałyby ugruntowaną pozycję i większość ludzi byłaby weganami. Nie jesteśmy jednak w takim momencie i nie zbliżymy się do niego poświęcając nieproporcjonalnie małą ilość czasu na rozmowę o szowinizmie gatunkowym i eksploatacji zwierząt dla przemysłu spożywczego i weganizmie. 




wtorek, 17 kwietnia 2018

Ile zwierząt ratuje weganin i czy jest to właściwe pytanie

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Na różnych stronach internetowych czytamy, że weganin w ciągu roku ratuje tyle a tyle zwierząt. Wyliczenia różnią się od siebie zapewne biorąc pod uwagę inne dane wyjściowe. Chodzi oczywiście o zwierzęta, których weganin nie zje i o te, z których eksploatacji nie skorzysta jako osoba niejedząca nabiału i jajek.



Niezależnie od tego jak wypadnie ta statystyka, czy będzie to 100 czy 200 zwierząt, zasadniczo się z nią nie zgadzam. Powtórzę: nie zgadzam się z twierdzeniem, że weganin ratuje zwierzęta odmawiając szeroko pojętej konsumpcji produktów odzwierzęcych (jedzenia, odzieży, itp.). Lokalnie, weganin przestaje być źródłem popytu, pełna zgoda. Kiedy idzie do marketu, nie kupuje mięsa ani wędlin, zostawia na półkach kartony z mlekiem, jogurty, sery oraz jajka, to prawda. W sklepie obuwniczym nie kupuje skórzanych butów, i tak dalej.  Na podstawie dokładnego kwestionariusza jego życia sprzed przejścia na weganizm, można obliczyć ile produktów odzwierzęcych konsumował rocznie i jakie przełożenie miało to na ilość krzywdzonych i zabijanych zwierząt. A zatem możnaby na tej podstawie powiedzieć za krzywdę i śmierć ilu zwierząt rocznie już odpowiedzialny NIE jest teraz, kiedy jest weganinem. 

Niemniej, nie przekłada się to na proste stwierdzenie, że on-weganin czy ona-weganka tyle zwierząt de facto ratuje. Dlaczego? Odpowiedź jest dosyć prosta: świat, w którym żyjemy jest zbyt złożony, by mogłoby to być prawdą. Po pierwsze, nie żyjemy w świecie z pierwszej ręki. Nie jest tak, że nieweganin idzie do sąsiada po mięso, mleko i jaja, a sąsiad zabija i krzywdzi zwierzęta, bierze pieniądze i nieweganin dostaje to, po co przyszedł. Czasem tak się dzieje, gdy kupuje się bezpośrednio u rolnika, ale większość z nas, przez większą część czasu, w odniesieniu do większości produktów, kupuje z trzeciej, dziesiątej albo setnej ręki. Zarabia na tym nie tylko hodowca ale i wielu pośredników. Nawet kupując bezpośrednio u rolnika nieweganin nie jest jego jedynym klientem. Zresztą dlatego tak łatwo być nieweganinem i nie odczuwać żadnych wyrzutów sumienia. Ale to tak na marginesie. Zatem, gdy ów nieweganin, pewnego dnia przechodzi na weganizm, nie ratuje automatycznie zwierząt, za których krzywdę, cierpienie i śmierć wcześniej płacił. Nie bierze ich przecież do domu, pod swoją opiekę. Rolnik sprzeda swoje produkty innemu klientowi albo pośrednikowi. Łańcuch handlarzy, rzeźników, przetwórców, hurtowników i sklepów będzie działał nadal bez zarzutu dopóki odsetek wegan będzie niewielki, dopóki ci, którzy wycofali swój popyt i wyrażają sprzeciw wobec eksploatacji zwierząt, nie staną się nie tylko konsumencko ale i społecznie, obywatelsko i politycznie znaczącą grupą. 

Co zatem weganin robi? Robi to, co człowiek świadomy krzywdy zwierząt i jej przeciwny zrobić musi, jeśli nie chce żyć wypierając niewygodne fakty (niezaprzeczalny związek między produkcją jaj, mleka i mięsa, skór, wełny, futer itp. z krzywdą i zabijaniem zwierząt) lub „zapominając”, że eksploatowane kury, krowy, świnie czy owce to też zwierzęta, które krzywdy doznają tak samo jak psy czy koty. Weganin wycofuje swoje poparcie dla eksploatacji zwierząt. Nie chce za nią płacić. Opowiada się za prawami zwierząt, gdzie podstawowym prawem jest bycie traktowanym z szacunkiem (jak wyraził to filozof praw zwierząt Tom Regan) lub niebycie traktowanym jak czyjaś własność/rzecz (jak wyraża to filozof abolicjonistycznej teorii praw zwierząt Gary Francione). Faktycznie, nie da się połączyć szacunku wobec zwierząt ze zgodą na ich instytucjonalną eksploatację w sytuacji, gdy ma się wybór. 



Podkreślam kwestię wyboru, bo zdaję sobie sprawę, że wielu ludzi może wyboru nie mieć – na przykład jeśli żyją w warunkach, gdzie nie sposób uniezależnienić się od eksploatacji zwierząt (to bardziej dotyczy krajów rozwijających się), albo jeśli żyją uzależnieni od instytucji lub osób, które nie zamierzają dać im możliwości wyboru: bezdomni uzależnieni od darmowych posiłków, osoby w trudnej sytuacji ekonomicznej uzależnione częściowo od darów rzeczowych, uchodźcy w obozach dla uchodźców, więźniowie, czasem też pacjenci szpitali uzależnieni od szpitalnej diety, czy wreszcie dzieci rodziców, których wiedza na temat roślinnej kuchni ogranicza się do negatywnych stereotypów, albo dzieci rodziców, którzy nie mają żadnego problemu z eksploatacją wybranych zwierząt i wybór dziecka lub nastolatka zwalczają jako niezrozumiałą fanaberię lub objaw młodzieńczego buntu. Tak, są ludzie, którzy mimo przekonania, że zwierzęta nie zasługują na eksploatację, nie mają wyjścia i muszą czasowo lub stale z tej eksploatacji korzystać. 

Jednak założyciele pierwszego Towarzystwa Wegańskiego (Anglia, 1944 rok) od samego początku nie bujali w obłokach. Byli realistami do kwadratu.  Po pierwsze, widzieli krzywdę zwierząt tam, gdzie ona miała miejsce – nie tylko przy produkcji mięsa, ale także jaj i nabiału i wielu innych formach wykorzystywania zwierząt.  Po drugie, zdawali sobie sprawę, że żyjąc w świecie, gdzie eksploatacja zwierząt jest powszechna, nie da się od niej odciąć w 100 procentach. Dlatego, ze względu na ten podwójny realizm, odrzucili wegetarianizm jako kompletnie niewystarczający, i przyjęli weganizm z zastrzeżeniem, że należy go realizować w takim stopniu w jakim jest to możliwe i wykonalne, nie zaś "praktyczne i wygodne" – jak chcieliby niektórzy. Weganizmem nie jest zatem postawa flexi plexi – rano wegańskie śniadanie a po południu kurczak, bo tak mi się zachciało. Żeby mówić sensownie o sprzeciwie wobec eksploatacji zwierząt, musimy z jednej strony podejść realistycznie i przyznać, że weganizm nie oznacza życia „cruelty-free” a nawet nie jest to życie, w którym nikogo się nie krzywdzi (tak, żyjemy na ziemi). Z drugiej jednak strony, żeby nasz sprzeciw nie był gołosłowiem, nie może się kończyć tam, gdzie zaczyna się zachcianka, wkracza wygoda i przyzwyczajenie. Tak jak poparcie dla praw człowieka zobowiązuje do minimum przyzwoitości wobec innych ludzi (niekrzywdzenie) tak poparcie dla praw zwierząt zobowiązuje nas do minimum przyzwoitości wobec zwierząt (niekrzywdzenie, czyli weganizm).

Amerykański prawnik i filozof, twórca abolicjonistycznego podejścia do praw zwierząt Gary Francione od wielu lat postuluje, że weganizm powinien być traktowany jako moralna podstawa, punkt wyjścia w naszym stosunku do zwierząt, nie zaś zwieńczenie naszych starań w tym zakresie. W świecie, w jakim żyjemy, gdzie eksploatacja zwierząt jest powszechna i jako społeczeństwo powszechnie z niej korzystamy zanim jeszcze nauczymy się mówić i samodzielnie myśleć, taki postulat wydaje się radykalny. Jednak poddany refleksji okazuje się być rzeczywiście tym, czym jest w istocie – minimum przyzwoitości.



Skoro weganin nie ratuje zwierząt, to po co być weganinem? Czy nie jest to zatem gest czysto symboliczny, który równie dobrze można sobie odpuścić? Nie. weganizm każdego z nas z osobna, wszystkich tych, którzy deklarują, że zwierzę nie jest rzeczą i liczy się moralnie (w przeciwieństwie do pluszowego psa czy drewnianego krzesła) jest absolutnie niezbędnym krokiem każdego, kto w minimalnym stopniu chce zachować zgodność wyznawanych wartości (sprzeciw wobec krzywdzenia i eksploatacji zwierząt) i realizowanych czynów, ale także każdego, kto chce współtworzyć społeczeństwo, które oprócz seksizmu, rasizmu i innych form dyskryminacji wobec ludzi, odrzuci kiedyś także szowinizm gatunkowy i będzie dążyć do eliminacji eksploatacji zwierząt przynajmniej na poziomie systemowym, instytucjonalnym, ze szczególnym uwzględnieniem produkcji żywności i odzieży bez eksploatowania zwierząt. Utopia? Jeśli tak, to taka sama jak prawa człowieka – nigdy nie realizowane w pełni, w wielu aspektach i szczegółach kontrowersyjne, a jednak nieodzowne jako współczesny etyczny fundament społecznego życia.

Społeczeństwo odrzucające szowinizm gatunkowy i przyjmujące weganizm za właściwe minimum wobec zwierząt, nie będzie wspierać działalności polegającej na eksploatacji zwierząt, będzie ją na różne sposoby systemowo, instytucjonalnie i prawnie ograniczać tak, aby doprowadzić do jej eliminacji. Będzie za to wspierać roślinną produkcję żywności, produkcję odzieży bez skóry, wełny czy futra, rozrywkę bez wykorzystywania zwierząt i naukę bez eksperymentów na zwierzętach. W takim społeczeństwie w obiegu będzie coraz mniej produktów odzwierzęcych i ograniczać się będzie sytuacje, w których ludzie szanujący zwierzęta nie mieli dotychczas wyboru. Wegańskie stołówki dla bezdomnych, wegański catering w szkołach, szpitalach, więzieniach. Wegańskie dary rzeczowe dla potrzebujących. Wegańskie jedzenie w obozach dla uchodźców, edukacja dorosłych w zakresie zdrowego wegańskiego odżywiania dzieci, nastolatków i dorosłych. Wegańskie jedzenie tańsze, a nie droższe od niewegańskiego. Organizacje prozwierzęce promujące weganizm, bez mieszania go z wegetarianizmem. Antyszowinistyczne rozwiązania systemowe i edukacja społeczna świadomych obywateli i obywatelek.  

Takiego społeczeństwa nie zbudują nieweganie, ani reformatorzy niereformowalnego systemu masowej eksploatacji zwierząt. Nie można będąc konsumentem zwierząt walczyć o świat, w którym konsumpcję zwierząt mamy eliminować, podobnie jak nie da się walczyć o prawa kobiet równocześnie je molestując. Nie da się w sposób znaczący ograniczyć cierpienia w masowej eksploatacji zwierząt, nie mówiąc już o eliminowaniu z niego krzywdy i zabijania, które są dla takiego systemu niezbędne. Nie da się tkwić w szowinizmie gatunkowym i zarazem walczyć przeciwko niemu. To dwie sprzeczne tendencje, których nie sposób pogodzić. Dlatego społeczeństwo szanujące zwierzęta mogą stworzyć tylko weganie. Weganizm jest nie tylko moralnym minimum, ale jedyną nadzieją na przyszłość. W rosnącej grupie wegan otwarcie sprzeciwiających się każdej eksploatacji zwierząt (zamiast próbować ją reformować) rośnie potencjał do autentycznej społecznej zmiany. 



poniedziałek, 12 marca 2018

Uniwersalny zegar przemocy tyka

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Przemoc wobec kobiet
Co 40 sekund jakaś kobieta w Polsce doświadcza aktu przemocy. Co 2,5 doby przemoc w rodzinie prowadzi do śmierci kobiety. Co 7 minut na Policję trafia zgłoszenie dotyczące przemocy w rodzinie. To „zegar przemocowy”, który swoim tykaniem przypomina, że o prawa kobiet w Polsce trzeba wciąż walczyć, także w obronie ich zdrowia i życia. Opracowała go prof. Beata Gruszczyńska z Katedry Kryminologii Uniwersytetu Warszawskiego.

Według badań poświęconych przemocy wobec kobiet przeprowadzonych w Polsce w 2012 roku z inicjatywy FRA (Agencji Praw Podstawowych Komisji Europejskiej) wynika, że co trzecia kobieta była w swoim życiu ofiarą przemocy ze strony mężczyzny, w ciągu roku przemocy doznało 6% kobiet, czyli 800 tysięcy kobiet w wieku 18-69 lat. Co szósty przypadek to przemoc ze strony partnera kobiety. Tylko 30% aktów przemocy zostało zgłoszonych Policji. 

Prawo
Amnesty International zachęca do podpisania petycji „Polska wolna od przemocy wobec kobiet” skierowanej do Premiera, Sejmu i Senatu oraz do Pełnomocnika Rządu ds. Społeczeństwa Obywatelskiego i Równego Traktowania. Petycja domaga się wdrożenia podpisanej i ratyfikowanej przez Polskę Konwencji Rady Europy o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej z 11 maja 2011 roku. W polskim prawodawstwie wciąż brakuje definicji przemocy ekonomicznej, właściwej definicji gwałtu opartej na braku świadomej zgody na akt seksualny oraz skutecznych mechanizmów izolowania sprawców przemocy od osób narażonych na przemoc. 

Przemoc domowa, w tym przemoc fizyczna, psychiczna, seksualna czy wciąż niedostrzegana przez nasze prawo przemoc ekonomiczna, to tylko jeden z aspektów dyskryminacji kobiet. Ta dyskryminacja nie zaczyna się w domu i w domu się nie kończy. Społeczeństwo podtrzymuje i rozprzestrzenia szkodliwe stereotypy nie tylko w sferze prywatnej, ale także w edukacji szkolnej (w zeszłym roku usunięto wymóg edukacji antydyskryminacyjnej), w środowisku pracy, gdzie im wyższy szczebel tym mniej kobiet, oraz w polityce, gdzie wciąż chyli się czoła przed najbardziej patriarchalną i zmaskulinizowaną organizacją na świecie – Kościołem Katolickim.

Prawa kobiet
W Dniu Kobiet kobiety mówią o prawach kobiet i zmagają się z niekończącymi się próbami narzucania im męskiej, często seksistowskiej a nawet mizoginistycznej narracji. Akcja #MeToo, czy sprzeciw wobec zaostrzeniu już i tak restrykcyjnego prawa dotyczącego dostępu do aborcji pojawiły się przecież w wyniku wciąż istniejącej kultury uprzedmiotowienia kobiet, gdzie kobiety mają zaspokajać cudze potrzeby, cudze ambicje i cudze pragnienia.

Prawa zwierząt
Jak pisze dr hab. prof. Dorota Probucka w swojej książce "Filozoficzne podstawy praw zwierząt" "propagowanie od końca lat siedemdziesiątych XX wieku idei praw zwierząt ma pewien związek z postmodernistyczną falą praw czwartej generacji postulującą ochronę różnych, dotychczas deprecjonowanych grup. Dyskryminacja ta dotyczy między innymi rasy, płci, orientacji seksualnej albo wieku. Stąd postulowane prawa kobiet, dzieci, osób niepełnosprawnych, homoseksualistów." 

Faktycznie twórcy filozoficznych podstaw praw zwierząt, Tom Regan czy Gary Francione, nawiązują do kryteriów dyskryminacji wewnątrzgatunkowej, czyli dyskryminacji ludzi przez innych ludzi, i wskazują, że kolejnym arbitralnym kryterium na podstawie którego dochodzi do dyskryminacji, obok rasy, płci, orientacji seksualnej i wieku jest przynależność gatunkowa. Skoro bowiem przynajmniej niektóre zwierzęta – te zdolne do odczuwania – posiadają podobny do ludzi interes w tym, by wieść swoje życie i unikać negatywnych doświadczeń (bólu i cierpienia), to podobne interesy powinniśmy traktować podobnie, bez względu na to czy mówimy o interesie człowieka czy krowy. Tego wymagają podstawowe zasady sprawiedliwego, równego traktowania. I jeśli mówimy „masz prawo do życia człowieku, ale nie masz prawa do życia krowo”, to stosujemy szowinizm gatunkowy. Kiedy tworzymy system eksploatacji zwierząt polegający na odmówieniu im prawa do życia i unikania bólu i cierpienia, system, który de facto polega na zadawaniu bólu, cierpienia i zabijaniu zwierząt, uczestniczymy w systemowym, zinstytucjonalizowanym szowinizmie gatunkowym.

Wzajemne zasilanie się dyskryminacji
Różne formy dyskryminacji wzajemnie się karmią i podsycają. Relację wspierania się seksizmu i szowinizmu gatunkowego w zachodniej kulturze patriarchalnej opisała blisko 30 lat temu w swojej wciąż aktualnej książce „The Sexual Politics of Meat” amerykańska feministka i weganka Carol J. Adams. Opisała i zilustrowała przykładami jak procesy uprzedmiotowienia, kawałkowania i konsumpcji przejawiają się zarówno w seksistowskim podejściu do kobiet jak i w szowinistycznym podejściu do zwierząt ułatwiając przemoc fizyczną, psychiczną i symboliczną. Zarówno zabite już i pokawałkowane zwierzęta  przedstawiane w seksualizowanej formie jak i kobiety prezentowane jako atrakcyjny towar, poddane tym procesom, stają się przedmiotami konsumpcji, obiektami bez biografii i indywidualności.

Sexual politics of meat - po polsku [zdjęcie z sieci]
Amerykański historyk Charles Patterson w swojej książce "Wieczna Treblinka" twierdzi, że udomowienie, eksploatacja i uprzemysłowienie eksploatacji zwierząt były (i są) sposobem w jaki ludzie przećwiczyli dominację stosowaną następnie wobec innych ludzi. Nazywanie wrogów nazwami zwierząt, szczególnie tych zaliczanych do kategorii "szkodnik" często poprzedza akty agresji fizycznej i ludobójstwa.

Niestety także w ruchu prozwierzęcym dochodzi do dyskryminującego, pełnego pogardy i nienawiści traktowania ludzi – seksizm (nienawistne portretowowanie kobiet w kampaniach antyfutrzarskich) czy rasizm (ubliżanie Azjatom w kampaniach przeciwko zabijaniu psów na mięso, Żydom w akcjach przeciwko ubojowi rytualnemu). W działających już jak korporacje dużych organizacjach miała swoją odsłonę, na razie w USA, akcja #MeToo, o czym pisze także dziś Carol J.Adams. Socjolożka, feministka i weganka Correy Lee Wrenn zauważa problem takiej dyskryminacji. Opisuje i krytykuje utrwalanie wizerunku kobiety-gadżetu/przedmiotu w wielu akcjach amerykańskiej organizacji PETA. Wrenn, na szczęście nie ona jedyna, podkreśla konieczność podejścia intersekcjonalnego w walce o prawa zwierząt, czyli takich działań, które za oczywistość przyjmują, że skoro ruch na rzecz praw zwierząt jest ruchem na rzecz sprawiedliwości społecznej, musi w swoich działaniach uwzględniać prawa człowieka. Nie ma sensownej walki o prawa zwierząt, kiedy równocześnie depcze się po prawach człowieka. 

Chcemy prawa zwierząt do szacunku takiego jakie mają ludzie, szanujmy ludzi. Nie chodzi o szacunek za zasługi, lecz poszanowanie podstawowych praw, w tym wolności od dyskryminującego traktowania. 



W ciągu 60 sekund w ubojniach w Polsce zabija się 1522 zwierzęta. Żadne z tych zdarzeń nie zostanie zgłoszone na Policji. Ustawa o ochronie zwierząt na to pozwala. Wolno odbierać życiae ponad 800 milionom czujących zwierząt lądowych (np. kur, świń, krów) rocznie i nikt nie wie dokładnie jakiej liczbie czujących zwierząt wodnych (ryb) w ramach systemowej eksploatacji, która jest oficjalną formą brutalnej i butnej dyskryminacji: my ludzie stawiamy na piedestale naszą chęć prowadzenia określonego stylu życia, choć moglibyśmy go zmodyfikować; godzimy się, że cenę za to płacą zwierzęta wystawiane na ból, cierpienie i śmierć. Ludzie zaangażowani w walkę o prawa zwierząt i promocję weganizmu jako niezbędnej podstawy w naszej relacji ze zwierzętami mają co robić. 

Walcząc z dyskryminacją nie dyskryminujmy
Jednak w ferworze działań prozwierzęcych odpowiedzialnym aktywistom nie wolno zapominać o różnych formach wciąż żywej dyskryminacji ludzi. Skoro co 40 sekund jakaś kobieta w Polsce doświadcza aktu przemocy, nie można odtwarzać kolejnych mizoginistycznych aktów przemocy (nawet symbolicznie) w kampaniach antyfutrzarskich (nie mówiąc już o tym, że nie ma różnicy między futrem a skórą). Skoro Polska nigdy nie uwolniła się od antysemityzmu, co w ostatnim czasie staje się ponownie mocno odczuwalne, każdy kto zechce angażować się w akcje przeciwko ubojowi rytualnemu i drastycznie go przeciwstawiać „standardowemu” ubojowi (zamiast pokazywać, że żaden ubój nie jest ani humanitarny ani etyczny) musi zdać sobie sprawę, że będzie mieć swój udział w sianiu rasowej nienawiści. 

Prawa zwierząt są i mam nadzieję, że będą zawsze związane z prawami człowieka. Są ruchem na rzecz sprawiedliwości społecznej. Włączając w działania prozwierzęce seksizm czy rasizm, zaprzeczamy sprawiedliwości i tworzymy coś na kształt klubu uprzywilejowanych, którzy pod swoją opiekę biorą po prostu ulubioną grupę pupili.

------

Czytaj dalej
  • Renata Durda "Świadek przemocy w bliskich relacjach. Co robić, aby nie zaszkodzić sobie i innym" w: Akademia Praw Kobiet - wykłady o przemocy wobec kobiet, Fundacja Feminoteka, Warszawa 2015
  • Prof. Beata Gruszczyńska, Uniwersytet Warszawski, Katedra Kryminologii i Polityki Kryminalnej, Instytut Wymiaru Sprawiedliwości "Kobieta-ofiara przestępstw w badaniach kryminologicznych" - Konferencja "Pomoc kobietom ofiarom przestępstw" Sejm RP, 5 marca 2013
  • Petycja Amnesty International (LINK)
  • "Fabryka patriotów. PiS wyrzuca edukację antydyskryminacyjną ze szkół", Agata Czarnacka, wyborcza.pl, 3 lipca 2017 (LINK)
  • Więcej o książce „The Sexual Politics of Meat” (LINK
  • Blog Correy Lee Wrenn (LINK
  • "Humane Society CEO resigns amid sexual harassment allegations" w- politico.com (LINK



niedziela, 4 lutego 2018

Animal Rights: Abolitionist Approach - recenzja

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Tym razem na moim blogu wpis gościnny. Moja koleżanka Janina Cuper, która interesuje się prawami zwierząt w ujęciu amerykańskiego prawnika i filozofa profesora Gary'ego Francione'a napisała recenzję książki Francione'a i Anny Charlton prawniczki i wieloletniej aktywistki na rzecz praw zwierząt.

  • Jaka jest różnica między podejściem dobrostanowym (welfare) a prawami zwierząt?
  • Jakie jest podstawowe prawo (moralne) czujących istot - ludzi i nie tylko - w abolicjonistycznej teorii praw zwierząt?
  • Dlaczego system, w którym ludzie mają prawo własności do zwierząt ma dramatyczne konsekwencje dla zwierząt?
  • Dlaczego autorzy krytykują kampanie dobrostanowe, czyli takie, gdzie atakowany jest sposób wykorzystywania zwierząt (np. przycinanie dziobów), a nie kwestionuje się samego wykorzystywania zwierząt?

Książka odpowiada m.in. na takie pytania, a poniższa recenzja podsumowuje najważniejsze zagadnienia książki. 



Podejście abolicjonistyczne do praw zwierząt

Ruch prozwierzęcy jest pozornie jednolity. W rzeczywistości nie wystarczy działać na rzecz zwierząt, by mieć ten sam cel, nie wystarczy też przyjęcie tego samego celu, by zgadzać się co do środków do jego osiągnięcia. Teoretyczne podstawy ruchu na rzecz zwierząt można podzielić na welfaryzm i prawa zwierząt[1]. Welfaryzm zyskał popularność w 1975 roku wraz z wydaniem „Wyzwolenia zwierząt” Petera Singera. Różnice w podejściach są znaczące – zwolennicy welfaryzmu widzą problem wyłącznie w cierpieniu zwierząt, więc sprzeciwiają się hodowli masowej, często za to promując małe hodowle. Istnieje kilka teorii praw zwierząt. Wszystkie one odnoszą się poza kwestią cierpienia, również do kwestii pozbawiania życia i wykorzystywania.

Najbardziej znanymi teoriami praw zwierząt są teoria Toma Regana, przedstawiona w wydanej w 1983 roku książce The Case for Animal Rights i teoria Gary’ego Francione’a, przedstawiana w różnych jego książkach, a zebrana i szczegółowo opisana w ostatniej – napisanej razem z Anną Charlton – Animal Rights: The Abolitionist Approach.

Animal Rights: The Abolitionist Approach ma głównie charakter opisowy – przedstawia w sposób usystematyzowany teorię abolicjonistyczną w kontekście praw zwierząt. Autorzy odpowiadają też na stawiane im zarzuty i polemizują z podejściem welfarystycznym. Książka składa się z sześciu rozdziałów – w każdym z nich opisana jest jedna zasada abolicjonizmu. Każdy rozdział zaczyna się od krótkiego streszczenia informacji na temat zasady, w dalszej części zasada jest omówiona, na koniec jest podsumowana i uzupełniona o listę proponowanych książek i artykułów, w których można znaleźć dodatkowe informacje. Poza zasadami autorzy dołączyli artykuł napisany przez G. Francione’a w 2012 roku na temat logiki i racjonalności w aktywizmie prozwierzęcym i religii w kontekście abolicjonizmu. 

Celem książki Animal Rights: The Abolitionist Approach jest wykazanie konieczności zmiany postrzegania zwierząt – w zwierzętach pozaludzkich musimy zobaczyć pozaludzkie osoby[2]. To co G. Francione i A. Charlton nazwali „rewolucją serca” (revolution of the heart) zaczyna się na poziomie indywidualnym, od przejścia na weganizm, a nie jedynie od ograniczenia jedzenia mięsa. Weganizm[3]  jest tym, do czego zobowiązuje nas sprawiedliwość i bycie w porządku wobec zwierząt pozaludzkich. Weganizm wynika z tego, że nie mamy żadnego moralnego usprawiedliwienia do wykorzystywania zwierząt do naszych celów, jakkolwiek „humanitarnie” byłyby one traktowane, ponieważ produkty pochodzenia zwierzęcego nie są niezbędne w diecie człowieka[4] . W dzisiejszych czasach można też bez większych problemów kupić wegańskie ubrania i kosmetyki. Kolejnym krokiem do celu jest przekazywanie innym informacji o weganizmie, wykorzystując okazje, które zdarzają się codziennie, na przykład w sklepie czy autobusie. Jest to, jak słusznie zauważają autorzy, trudniejsze od wpłacenia pieniędzy na konto organizacji aktywistycznej i założenie, że inni zrobią to za nas.

Pierwsza zasada omawiana w książce dotyczy zagadnienia własności: Abolicjoniści utrzymują, że wszystkie czujące istoty (sentient beings), ludzkie i pozaludzkie, mają jedno prawo – podstawowe prawo do niebycia traktowanym jako własność innych. G. Francione i A. Charlton uważają, że traktowanie zwierząt jako własność uniemożliwia branie ich interesów na poważnie i sprowadza ich wartość do wartości ekonomicznej. Dzieje się tak dlatego, że interesy tego, kto jest posiadany (tutaj zwierzęcia) są porównywane z interesami tego, kto posiada, czyli człowieka, a posiadany jest zawsze na straconej pozycji. To właściciel ustala, jaką wartość ma dla niego własność – zwierzę. Przykładowo, psa można traktować jak członka rodziny, dbać o jego zdrowie, zabierając do weterynarza, karmić go najwyższej jakości jedzeniem i okazywać mu czułość. Psa można również uwiązać na łańcuchu i ignorować jego wszystkie potrzeby, poza dostarczaniem takiej ilości jedzenia, by nie umarł z głodu.

Traktowanie jako własność, odnawialne zasoby, oznacza, że ktoś inny – właściciel (człowiek, organizacja, czy państwo) ma ostatnie słowo, jeśli chodzi o ocenę, ile warte są interesy posiadanego zwierzęcia. Sytuacja zwierząt jest pod tym względem podobna do sytuacji, w której znajdowali się niewolnicy. Niewolnictwo również uniemożliwiało szanowanie interesów niewolników i chroniło ich właścicieli na przykład uniemożliwiając niewolnikowi pozwanie właściciela za nieprzestrzeganie prawa względem niego.

Obecnie uważa się, że niewolnictwo jest nieetyczne, ponieważ niewolnik staje się tylko środkiem do celu innych, jest redukowany do rzeczy. To powoduje, że zostaje on wyłączony z kręgu moralnego. I nie ma znaczenia, w jakich warunkach przebywa niewolnik – wykorzystywanie niewolników, nawet jeśli byliby to najszczęśliwsi ludzie na ziemi, jest niemoralne.

Czym więc różnią się zwierzęta pozaludzkie od ludzi, co usprawiedliwiałoby tak różne traktowanie? G. Francione i A. Charlton argumentują, że nie ma moralnych podstaw do usprawiedliwienia tak różnego traktowania. Istnieje ono dlatego, że to człowiek arbitralnie zdecydował, że znaczenie moralne będzie mieć zdolność do używania języka symbolicznego, a nie umiejętność latania czy echolokacji. Te umiejętności są jednak bez znaczenia przy decydowaniu czy ktoś powinien być traktowany jako własność czy nie. Autorzy twierdzą, że zdolności do odczuwania i unikania cierpienia są w tej kwestii wystarczające, bo świadczą o chęci kontynuowania życia, które jest wartościowe dla każdej istoty, niezależnie od tego, jakie zdanie mają inni na ten temat. Do tego odnosi się zasada czwarta: Podejście abolicjonistyczne łączy status moralny zwierząt wyłącznie ze zdolnością do odczuwania (sentience), nie z żadnymi dodatkowymi zdolnościami poznawczymi; wszystkie czujące istoty są równe, gdy chodzi o prawo do niebycia wykorzystywanymi jedynie jako źródło korzyści.

W drugiej zasadzie przedstawione są praktyczne konsekwencje uznania zwierząt za osoby pozaludzkie i nadania im praw do niebycia własnością innych: Abolicjoniści utrzymują, że przyznanie tego jednego podstawowego prawa oznacza, że konieczne jest zniesienie, a nie jedynie regulowanie, zinstytucjonalizowanego wyzysku zwierząt i że abolicjoniści nie powinni popierać reform welfarystycznych i kampanii jednotematycznych (single-issue campaign). G. Francione i A. Charlton krytykują prowadzone przez organizacje aktywistyczne kampanie welfarystyczne i kampanie jednotematyczne. Abolicjoniści odrzucają kampanie jednotematyczne, czyli kampanie, które wyróżniają pewne formy wykorzystywania zwierząt, sugerując, że są one gorsze niż inne, przez co dają do zrozumienia, że pozostałe formy wykorzystywania są do zaakceptowania. Kampanie jednotematyczne, jak i kampanie welfarystyczne – na przykład kampania mająca na celu wymuszenie zmian sposobu zabijania kur na bardziej „humanitarne” zagazowanie – są kontrproduktywne, ponieważ poprawiając wizerunek hodowli, powodują, że ludzie czują się usprawiedliwieni jedząc produkty pochodzenia zwierzęcego.

Dwie ostatnie zasady wychodzą poza kwestię samych zwierząt. Zasada piąta przedstawia szowinizm gatunkowy, czyli dyskryminację ze względu na gatunek, w kontekście szerzej pojętej dyskryminacji: Abolicjoniści sprzeciwiają się wszystkim formom dyskryminacji ludzi, w tym dyskryminacji ze względu na rasę, płeć, orientację seksualną, wiek, niepełnosprawność i pozycję społeczną – tak, jak sprzeciwiają się dyskryminacji ze względu na gatunek. G. Francione i A. Charlton zdecydowanie potępiają kampanie prozwierzęce wykorzystujące kobiety jako obiekty seksualne i seksistowskie kampanie antyfutrzarskie, które – jak twierdzą – są głównie okazją do wyrażenia za pomocą wyzwisk nienawiści wobec  kobiet noszących futra.

Zasada szósta odnosi się do przemocy: Abolicjoniści uznają zasadę niestosowania przemocy za główną zasadę ruchu praw zwierząt.

Jeśli chodzi o formalną stronę książki, warto zwrócić uwagę na okładkę. Została ona zaprojektowana przez angielską artystkę i aktywistkę Sue Coe. Sue Coe w swoich pracach porusza m. in. tematy okrucieństwa wobec zwierząt, wojny, AIDS i wyzysku ludzi. Na okładce w sposób symboliczny przedstawiła dyskryminację ze względu na gatunek, rasę i płeć. Drobną wadą książki jest niezgodność stron podanych w spisie treści z ich numeracją w drugiej części książki. Nie są to jednak znaczące różnice.

Animal Rights: The Abolitionist Approach  warto przeczytać z wielu powodów. Jest  to jedyna książka, która w pełni przedstawia podejście abolicjonistyczne do praw zwierząt. G. Francione i A. Charlton zebrali w jednym miejscu główne idee podejścia, które G. Francione rozwijał we wcześniejszych swoich pracach przez 30 lat. Dodatkowo, dzięki przejrzystej strukturze książki i prostemu językowi, stosunkowo skomplikowany temat staje się przystępny. Mimo że książka Animal Rights: The Abolitionist Approach została wydana na razie jedynie w języku angielskim, przeciętna znajomość tego języka wystarcza do jej zrozumienia. Dodatkowa literatura pozwala czytelnikom i czytelniczkom na zdobycie informacji na szczególnie interesujący ich temat.

Teoria i poglądy G. Francione’a są jednymi z ważniejszych w ruchu prozwierzęcym. Nawiązania do jego prac są liczne i różnorodne – od skrajnie negatywnych reakcji do bardzo pozytywnych. Często jego poglądy są przedstawiane w sposób zdeformowany, zarówno przez zwolenników jego teorii, jak i przez osoby ją krytykujące. Z tych powodów uważam, że każdy, kto interesuje się ruchem na rzecz zwierząt, powinien przeczytać Animal Rights: The Abolitionist Approach. Ze względu na wszechstronność teorii abolicjonistycznej i liczne analogie między szowinizmem gatunkowym i innymi formami dyskryminacji, książka ta będzie również wartościowa dla osób interesujących się prawami człowieka i przemocą.

Książka Animal Rights: The Abolitionist Approach powinna zostać przeczytana przez osoby uważające, że skoro aktywiści na rzecz zwierząt mają ten sam cel – spowodowanie zmniejszenie spożycia mięsa – to wszyscy powinni działać razem i się nawzajem wspierać. Tak jednak nie jest. Zarówno formy działania, jak i cele są różne u abolicjonistów i u (nowych) welfarystów. Książka G. Francione’a i A. Charlton te różnice przedstawia.

Janina Cuper

Przypisy:

 1. G. Francione wyróżnia również nowy welfaryzm, czyli stosowanie sposobów działania welfarystów, zakładając, że te działania doprowadzą do zakończenia wykorzystywania zwierząt, czyli do celu abolicjonistów.
2. Pojęcie osoby odnosi się do kogoś, kto liczy się moralnie i czyje interesy muszą być brane pod uwagę. 
3.Według definicji the Vegan Society weganizm oznacza sposób życia, który stara się wykluczyć, jak tylko to możliwe i praktyczne, wszystkie formy eksploatacji i okrucieństwa wobec zwierząt dla celów produkcji żywności, odzieży czy jakichkolwiek innych celów.” (http://empatia.pl/blog/2014/11/15/weganski-starter-empatii/).
4. Co potwierdza m.in. stanowisko Amerykańskiego Stowarzyszenia Dietetycznego, po polsku dostępnego tutaj: empatia.pl/ada.



Informacje o książce:
Gary L. Francione i Anna Charlton
Exempla Press
Rok wydania: 2015
147 stron

Czytaj dalej:
- blog G.Francione'a (link)