Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwierzęta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwierzęta. Pokaż wszystkie posty

środa, 15 listopada 2017

Myślistwo vs cywilizowana ochrona zwierząt?

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Hubertus to święto myśliwych organizowane na przełomie października i listopada. Hubertus w Węgrowie – to po raz kolejny sojusz ołtarza z tronem. Impreza, podczas której Kościół Katolicki dał wsparcie i oprawę dla wydarzenia zorganizowanego przez Państwo (Lasy Państwowe) i wizytowanego przez polującego Ministra Środowiska, który tu właśnie przyjął od własnej córki ślubowanie na myśliwego. Współpraca Kościoła i Państwa była tu tak ścisła, że nie dało się jednego odseparować od drugiego. Hubertusa rozpoczęła modlitwa do Św. Huberta pod przewodnictwem księdza, który jest członkiem Polskiego Związku Łowieckiego (działającego na podstawie Ustawy Prawo Łowieckie), zaś mszę hubertowską w kleszcze wzięły przemówienia osób należących do władzy ustawodawczej i wykonawczej: Wicemarszałkini Senatu Marii Koc i Ministra Środowiska Jana Szyszki. Jeśli chcemy rozdziału Państwa od Kościoła, to Hubertus jest jedną z tych imprez, których w kalendarzu urzędników państwowych widzieć nie chcemy. 

Myślistwo w lesie i w ustawie
Myślistwo to zabijanie zwierząt. Oczywiście myśliwi dokarmiają zwierzęta, a nawet kupują je z hodowli i wypuszczają do lasu (na chwilę lub dłużej), ale ostatecznie zwierzęta te zabijają. I nawet jeśli wśród zwierząt tych zdarzą się stare i chore (odstrzał sanitarny) lub zagrażające (w mniej lub bardziej dyskusyjnym stopniu) ludziom, jak dziki w rozrastających się miastach, to myśliwi zabijają także dużo zwierząt młodych, zdrowych i dorodnych. Skądś się przecież bierze smaczne mięso oraz okazałe trofea, o które myśliwi prowadzą zażarte spory, gdy nie ma pewności, kto jest autorem śmierci zwierzęcia. Rozstrzyganiu tych, jakże ważnych, sporów poświęcony jest cały rozdział stosownego ministerialnego rozporządzenia dotyczącego wykonywania polowań.

Choć myślistwo to zabijanie, próżno go szukać w celach łowiectwa wymienionych przez Ustawę Prawo Łowieckie:

1) ochrona, zachowanie różnorodności i gospodarowanie populacjami zwierząt łownych; 
2) ochrona i kształtowanie środowiska przyrodniczego na rzecz poprawy warunków bytowania zwierzyny; 
3) uzyskiwanie możliwie wysokiej kondycji osobniczej i jakości trofeów oraz właściwej liczebności populacji poszczególnych gatunków zwierzyny przy zachowaniu równowagi środowiska przyrodniczego; 
4) spełnianie potrzeb społecznych w zakresie uprawiania myślistwa, kultywowania tradycji oraz krzewienia etyki i kultury łowieckiej

Ustawowe cele łowiectwa brzmią bardzo pozytywnie, nieprawdaż? Jak miłe sercu mamy tu skojarzenia: ochrona zwierząt i przyrody, poprawa warunków bytowania zwierząt, tradycja, kultura a nawet etyka łowiecka. W równie pozytywnym tonie zrelacjonowano święto myśliwych na stronie Ministerstwa Środowiska. Napisano, że Hubertus odbył się pod nazwą „Zdrowa żywność z polskich lasów i polskiej wsi”. Przytoczono też słowa Ministra Jana Szyszki, że „polskie łowiectwo od lat zajmuje się racjonalnym gospodarowaniem zasobami przyrodniczymi i ich ochroną”. No proszę.




Zwierzęta łowne czekają na złowienie
Mała rysa w całej tej pozytywności pojawia się dopiero wtedy, gdy kątem oka dostrzegamy, że Ustawa Prawo Łowieckie nazywa zwierzęta nieudomowione, które ma przecież chronić „zwierzętami łownymi” (czyżby czekały w lesie na złowienie?), i gdy zauważamy, że pośród celów łowiectwa wymienia się uzyskiwanie trofeów (owszem, jelenie same zrzucają poroże, ale nie z fragmentem czaszki – a takie właśnie niejadalne pozostałości zwierząt służą jako pamiątka i dowód udanego polowania). 



W Ustawie Prawo Łowieckie słowo „zabijać” pojawia się tylko raz, gdy zakazuje się zabijania zwierząt "łownych" w celach niezwiązanych z polowaniem. Ustawa ostrzega: jeśli nie jesteś myśliwym, nie ruszaj zwierząt, które czekają, aż to właśnie myśliwy wyrazi zainteresowanie ich ochroną lub regulacją i po polowaniu zaopiekuje się pozyskanym trofeum. Ustawa precyzuje, że zakazowi zabijania zwierzyny nie podlegają: polowania, odłowy, sprawdziany pracy psów myśliwskich, a także szkolenia ptaków łowczych i psów myśliwskich organizowane przez Polski Związek Łowiecki ("zwierzyna" = zwierzęta dzikie i przeznaczone do polowania). Skoro zakazowi nie podlegają, znaczy, że w ramach takich czynności wolno zabijać. No wreszcie, w trochę pokrętny sposób, przyznano, że w myślistwie jednak dochodzi do zabijania zwierząt, pardon, zwierzyny.

Myślistwo, jeździectwo, myśliwskie psy
Warto zwrócić uwagę na ten fragment o dozwolonym zabijaniu, bo pokazuje on, że środowisko myśliwych ma bliskie relacje ze środowiskiem hodowców psów „myśliwskich” (Klub Szpiców Polskiego Związku Łowieckiego, Klub Teriera, a nawet Związek Kynologiczny w Polsce mieli swoje stoiska na Targach Łowieckich Hubertus 2017). Dodatkowo, Hubertus jest nie tylko świętem myśliwych rozpoczynających jesienno-zimowy sezon polowań odbywanych na piechotę (po wjechaniu samochodami do lasu), ale także jeźdźców, którzy z kolei tym świętem zamykają sezon jeżdżenia na koniach. Czym zamykają? Tak zwaną pogonią za lisem, czyli konkurencją polegającą na grupowej jeździe na koniach w pogoni za jeźdźcem, który ma przyczepiony do siebie ogon lisa. Podobno zabawa to bezkrwawa. Lisy jednak nie zrzucają ogonów tak jak jelenie poroże, zatem lisi ogon pochodzi najpewniej ze zwierzęcia upolowanego przez myśliwych, ewentualnie zabitego na lisiej fermie. Hubertus jeździecki wpisuje się w poparcie dla myślistwa, nie mówiąc już o tym, że samo jeździectwo to używanie zwierząt dla przyjemności, której zapleczem jest hodowla i handel, tresura i zwierzęta, które się „zużyły”albo nigdy nie stały się pożyteczne (część koni, które już nie nadają się do hodowli ani do jeździectwa, ani nawet do szkółki czy hipoterapii kończy w rzeźni). 

Nie zabijajcie zwierząt*, nie* polujcie* zbiorowo* tylko* na dzikie* zwierzęta* na ptaki* na zające* na niezagrożone  gatunki* na moim terenie* (*Niepotrzebne skreślić)
W Polsce ostatnio coraz częściej słychać o działaniach aktywistycznych przeciwko myślistwu. Działania te przybierają różną formę. Są oczywiście ludzie, którzy chcieliby całkowitej likwidacji myślistwa, bo nie chcą, by zabijane były (dzikie) zwierzęta. Aktywiści tacy demonstrują przy okazji targów myśliwskich, a także chodzą do lasu utrudniając tym samym lub uniemożliwiając wykonywanie polowania. Część działań nie występuje przeciwko myślistwu jako takiemu, lecz jest nakierowana na reformę typu welfare (podobnie jak w chowie zwierząt gospodarskich), która miałaby polegać na wyeliminowaniu najbardziej okrutnych z punktu widzenia działaczy praktyk, np. zakazać polowań zbiorowych (Kampania informacyjna Nie podaję ręki myśliwym), czy wprowadzić zakaz polowania na ptaki (kampania Niech Żyją). Część działań przyjmuje kształt ochrony gatunkowej – postuluje się objęcie ochroną konkretnych gatunków, które zdaniem działaczy nie wymagają tzw. regulacji, np. wprowadzenie ochrony zajęcy, które mają „wystarczająco” wielu wrogów naturalnych. Część postulatów dotyczy wyłącznie kwestii ochrony środowiska, np. zakaz używania nabojów z ołowiem. Są też postulaty, a nawet sprawy wygrane w sądzie, by ograniczyć wolność myśliwych do polowań na prywatnych terenach, gdzie jest ustanowiony obwód łowiecki, a gdzie właściciel polowań sobie nie życzy (Monika Sznajderman i Andrzej Stasiuk zaskarżyli decyzję o wyznaczeniu obwodu łowieckiego na ich terenie i sąd przyznał im rację). 



Zwolennicy i przeciwnicy czego?
Jak widać, ludzie mający złe zdanie na temat myślistwa są grupą dość zróżnicowaną. Przeciwnicy eksploatacji zwierząt stanowią tylko część tego środowiska i podejrzewam, że jest to niewielki odsetek. Należy bowiem dostrzec różnicę pomiędzy: (a) ochroną gatunkową, (b) sprzeciwem wobec okrucieństwa, (c) sprzeciwem wobec zabijania dzikich zwierząt i wreszcie (d) sprzeciwem wobec eksploatacji zwierząt/ traktowania zwierząt jak zasobów czy surowca. 

Ochrona gatunkowa
Zwolennicy ochrony gatunkowej sprzeciwiają się zapędom myśliwych o tyle, o ile uważają polowania za zagrożenie dla istnienia gatunku. Innymi słowy, jeśli takiego zagrożenia nie dostrzegają uważając populację danego gatunku za wystarczająco dużą, to zabijanie zwierząt tego gatunku przez myśliwych im nie przeszkadza. Zwolennicy ochrony gatunkowej bardziej interesują się pojęciami bioróżnorodności, równowagi w przyrodzie, albo tzw. zrównoważonego rozwoju, czy zrównoważonego rybołówstwa, które też jest formą polowania (patrz porady WWF „Jaka ryba na obiad” czy poradnik Greenpeace „Dobra ryba”). Czy jednak zwierzęta, których populacja ma się dobrze, mają mniejszy zapał do życia, mniej cierpią i dlatego są „dobrą rybą na obiad”? WWF alarmuje, by nie strzelać do łosi, ale nie  ma żadnej kampanii przeciwko myślistwu. Właśnie dlatego, że troszczy się nie o zwierzęta, lecz o gatunki. Zginie jeleń – nie ma sprawy, zginie łoś – podnosimy alarm, bo populacja może ulec zachwianiu.

Okrucieństwo 
Przeciwnicy okrucieństwa zazwyczaj nie kwestionują zabijania zwierząt ani ich eksploatacji. To najczęściej zwolennicy reform dobrostanowych (welfare), których celem ma być eliminowanie najbardziej „okrutnych” praktyk z chowu i hodowli zwierząt. Okrucieństwo biorę w cudzysłów, bo najczęściej kojarzone jest ze skłonnością do zadawania cierpienia dla przyjemności, podczas gdy na fermach większość cierpienia i krzywdy zadaje się, bo taki jest biznesowy model, takie są wymogi konkurencji rynkowej i tak jest sformułowane prawo, które na to pozwala. Powiedziałabym więc, że okrucieństwo się zdarza (zdarzają się sadyści) ale cierpienie i krzywda dzieją się regularnie i jak najbardziej legalnie w chowie klatkowym i bezklatkowym, transporcie i w rzeźniach. Przeciwnicy okrucieństwa mają problem z dostrzeżeniem systemowego charakteru zadawania cierpienia i krzywdzenia zwierząt, więc chętnie popierają różnego rodzaju kampanie, które mają to okrucieństwo (rzekomo incydentalne, wyjątkowe) wykrywać i usuwać ze skądinąd prawidłowo funkcjonującego systemu „właściwego” („ludzkiego”) wykorzystywania zwierząt. Tę strategię stosują także w odniesieniu do myślistwa sprzeciwiając się np. polowaniom zbiorowym czy polowaniu na ptaki.



Dzikie zwierzęta takie piękne
Przeciwnicy zabijania dzikich zwierząt, którzy równocześnie korzystają z eksploatacji zwierząt udomowionych kupując i jedząc mięso zwierząt lądowych i ryb, nabiał, jaja, a także nosząc skórę i wełnę, czasem (choć rzadziej) futro, stanowią grupę, których motywacja wydaje się przedmiotowa, estetyczna – dzikie zwierzęta (podejrzewam) jawią im się jako piękny element przyrody, podobnie jak piękne drzewa czy kwiaty i stanowią dla nich pewien zasób, z którego powinni móc korzystać wszyscy (oglądając) a nie tylko niektórzy (zabijając i zjadając). Nie wykluczam oczywiście, że przeciwnicy zabijania dzikich zwierząt mogą swoje motywacje artykułować inaczej, lub mieć w zanadrzu jeszcze inne powody. Niemniej, ich postawa wydaje się mi bardzo niekonsekwentna a empatia bardzo wybiórcza, podobnie jak podejście do krzywdzenia zwierząt.

Eksploatacja zwierząt
Jest wreszcie grupa ludzi, którzy są przeciwni eksploatowaniu jakichkolwiek zwierząt, dzikich czy udomowionych. Nie chcą ich traktować jak zasoby, surowce, bądź maszynki do produkcji wrażeń estetycznych czy kulinarnych. Starają się unikać produktów pochodzących z eksploatacji zwierząt. W praktyce oznacza to dietę roślinną, odzież bez skóry, wełny czy futra, w miarę możliwości kosmetyki inne produkty bez składników odzwierzęcych i nietestowane na zwierzętach. To zwolennicy praw zwierząt, weganie. 

Przyglądając się tym grupom widać, że dopiero ogólny sprzeciw wobec eksploatacji zwierząt jest jakościowo zdecydowanie różny od przyzwolenia w takiej lub innej formie na eksploatację zwierząt, zaś myślistwo jest jedną z wielu form takiego przyzwolenia. Przeciwników eksploatacji zwierząt jest wciąż mało, bo wychowujemy się w społeczeństwie, gdzie od dziecka uczymy się, że eksploatacja taka jest w porządku. Oczywiście nauka nie przebiega w taki bezpośredni i brutalny sposób, bo zazwyczaj nie musimy konfrontować się z przemocą, która jest niezbędna do tego, byśmy mogli kupować i konsumować jajka, nabiał i mięso, czy nosić odzież ze skóry, wełny czy futra. Jesteśmy nauczeni i przyzwyczajeni do korzystania z tych produktów, a że sami nie musimy tej przemocy stosować, to tym łatwiej jest nam nie przyjmować do wiadomości jej istnienia, nawet jeśli gdzieś na krawędzi naszej świadomości zaczną przemykać niepokojące treści i obrazy. Łatwo jest taki związek między naszym stylem życia a krzywdą i przemocą wobec zwierząt po prostu wyprzeć, oddalić i równocześnie cieszyć się swoją sympatią i pozytywnymi odruchami do zwierząt, z których krzywdy nie czerpiemy korzyści – psami i kotami. Być może im silniejsze wyparcie naszego udziału tym mocniejszy sprzeciw wobec rzeźników, myśliwych i naukowców eksperymentujących na zwierzętach. Oprócz "bezprzemocowego" korzystania z eksploatacji zwierząt jaką i my uprawiamy, osobiście zadają przemoc. 

Do rzeźników siłą rzeczy możemy mieć stosunek co najwyżej ambiwalentny – w końcu, choć robią coś nieprzyjemnego, z ich usług korzystamy. Do eksperymentatorów stosunek możemy mieć całkiem negatywny, jeśli uważamy, że nauka może radzić sobie bez eksperymentów na zwierzętach (tu zdania są podzielone jak miałaby taka nauka wyglądać w praktyce). Natomiast do myśliwych możemy zionąć nieograniczoną nienawiścią, bo oni w świetle dnia (choć w rzeczywistości niekoniecznie) pokazują na czym polega przemoc i zabijanie i czynią to zwierzętom, wobec których nie nauczyliśmy się mieć kulinarnych skojarzeń. Ta otwarta przemoc nie pasuje do naszego „cywilizowanego” świata, gdzie takie rzeczy owszem się robi, ale cudzymi rękami, a jeśli się mówi, to w sposób zaowalowany lub z dystansującym humorem. Myślistwo zaś jest takie prostackie, ordynarnie dosłowne, bez cudzysłowu, z kiepskim żartem i bez zasłony (choć i ono ma zestaw swoich rytuałów, swój język, podobnie zniekształcający rzeczywistość przemocy wobec zwierząt jak język sztuki kulinarnej,  swoje gadżety, muzykę i stroje). 

Ustawa Prawo Łowieckie i Ustawa o ochronie zwierząt
Przedstawiłam fragment Ustawy Prawo Łowieckie, która pośród celów łowiectwa nie wymienia zabijania zwierząt. To może dziwić, ale do czasu, kiedy bliżej przyjrzymy się także Ustawie o ochronie zwierząt, która zezwala na zabijanie ponad 800 milionów dzikich i udomowionych zwierząt lądowych i liczonych tylko w tonach ryb (to zdolne do odczuwania bólu i strachu kręgowce). Powtórzę: Ustawa o ochronie zwierząt zezwala na ich zabijanie. Nie gdy się męczą, chorują, ale gdy chodzi o zaspokajanie potrzeb człowieka, które – uwaga – człowiek może zaspokoić inaczej. Potrzebujemy jeść? Oczywiście, ale posłużyć nam może dieta roślinna (odpowiednio ułożona zaspokoi zapotrzebowanie na składniki odżywcze, będzie smaczna i sycąca). Potrzebujemy ubrań? Materiałów z włókien naturalnych i syntetycznych jest bez liku. Skoro Ustawa o ochronie zwierząt nie chroni tych setek milionów zwierząt zabijanych, by zaspokajać nasze potrzeby, które możemy zaspokajać inaczej, to jaka to ochrona? Niewątpliwie chronimy nią nasz styl życia a także działalność gospodarczą. Ustawa o ochronie zwierząt jedynie reguluje eksploatację zwierząt (chroniąc do pewnego stopnia zwierzęta domowe). Myślistwo jest tylko jedną z form tej eksploatacji. 

Refleksja
Niemniej jeśli staje się tak, a tak się staje, że zaczynamy łączyć podobne z podobnym i kojarzyć, że przemoc wobec świni, kury czy krowy nie jest niczym lepszym od przemocy wobec psa, kota, kuropatwy, dzika, jelenia lub łosia, to nieuchronnie przychodzi refleksja, że nie tylko myślistwo jest czymś złym ale i nasze polowanie na pyszny ser, super ciasta z jajkami czy skórzane ciuchy. Myślistwo nie jest anachronicznym wyjątkiem, prostacką przemocą w wysublimowanym i empatycznym społeczeństwie, które ceni sobie wysokie standardy postępowania ze zwierzętami. Myślistwo swoim prostackim zabijaniem odsuwa zasłonę rzeźni, z której wszyscy korzystamy. Zamiast więc marnować energię na nienawiść do myśliwych, wykorzystajmy refleksję nad myślistwem do otrzeźwienia i odmówienia udziału w bardziej zakamuflowanych, ale nie mniej krzywdzących formach przemocy, których dowody zalegają na sklepowych półkach i na wieszakach. 



Czytaj dalej:

  • Minister na Hubertusie węgrowskim – relacja na stronie Ministerstwa Środowiska (LINK)  
  • Relacja z Hubertusa jeździeckiego (LINK
  • Gdzie znaleźć ustawy? Na stronie prawo.sejm.gov.pl I Ściągać tekst ujednolicony (zawiera nowelizacje, jeśli były)
  • Zakazy polowań mogą okazać się grą w kotka i myszkę, a konkretnie w aktywistów, myśliwych i lisy (LINK)  
  • WWF radzi nad jakimi rybami nie trzeba się litować (LINK)  
  • Greenpeace też ma propozycję w tym temacie dla tzw. świadomych konsumentów (LINK
  • Legalne cierpienie i krzywda dzieją się na co dzień. I można sobie z tego żartować. W takiej ogólnopolskiej bazie ubojni drobiu zobaczymy rusynek kurczaka jak z animowanej bajki dla dzieci pokazującego gest „kciuk do góry”. Zdaje się, że reklamuje on śmierć swoich sióstr i braci. (LINK)  
  • Dieta roślinna jest możliwa, a jeśli dobrze się ją ułoży, jest zdrowa, zapewni składniki odżywcze, a nawet pomoże w profilaktyce niektórych chorób. Takie jest stanowisko największej na świecie organizacji zrzeszającej dietetyków, amerykańska Academy of Nutrition and Dietetics (LINK)  i wersja starsza, po polski (LINK)
  • Roślinne jedzenie może być smaczne, sycące, kolorowe, aromatyczne i różnorodne. Pośród tysięcy przepisów każdy znajdzie coś dla siebie. Program Weganizm Spróbujesz? Stowarzyszenia Empatia (LINK)  






piątek, 24 marca 2017

Pokłosie Pokotu

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Na wielu przystankach autobusowych w Warszawie na pasażerów spogląda wilk, który ma zapalenie spojówki. Zaraz, to chyba nie jest zapalenie spojówki. To oko jest zupełnie inne niż drugie, wilcze oko. Faktycznie, to oko ludzkie, obramowane różową, nieowłosioną skórą. Wilk spogląda na nas z plakatu filmu “Pokot” Agnieszki Holland, adaptacji powieści “Prowadź swój pług przez kości umarłych” Olgi Tokarczuk.

Główną, ludzką bohaterką filmu (i książki) jest Janina Duszejko, emerytowana inżynierka i budowczyni mostów na Bliskim Wschodzie, która mieszka obecnie w niewielkim domu na wsi, w Kotlinie Kłodzkiej, i dorabia do emerytury ucząc angielskiego w szkole podstawowej. Jej rodzinę stanowią dwie suki, naprzemiennie nazywane przez Duszejko dziewczynkami i córkami. Wiek, płeć, “nieuporządkowane” życie osobiste (brak męża, dzieci i wnuków), irracjonalna wiara w astrologię, sprzeciw wobec polowań i wegetarianizm stanowią pakiet trudny do przełknięcia dla mieszkańców, w szczególności dla lokalnej władzy. Duszejko jest pouczana przez księdza (myśliwego), że zwierzęta nie mają duszy i nie należy okazywać im “nadmiernego” zainteresowania (chyba że jest to zainteresowanie ich zabijaniem i zjadaniem), a także przez policjanta, który niechętnie przyjmuje zgłoszenie o wykrytym przez Duszejko kłusownictwie i głośno zastanawia się nad “nieprawidłowymi” zainteresowaniami starej kobiety wybierającej pomoc zwierzętom (zamiast ludziom).



W “Pokocie” ludzie krzywdzący zwierzęta to przede wszystkim myśliwi. Większość z nich to równocześnie prowincjonalni notable, narysowani grubą, karykaturalną kreską i takoż zagrani. Świat “Pokotu” dzieli się na tych, którzy władzę mają (tak się jakoś składa, że to gardzący bezbronnymi mężczyźni),  oraz na tych, co władzy nie mają, czyli słabych, często marginalizowanych, ludzi oraz zwierzęta (reprezentowane przez zwierzęta leśne i psy Duszejko). Podział to mało zaskakujący – stary, znany patriarchat. Na szczęście mamy nietuzinkową postać Duszejko, jej przyjaciół i – trudno powiedzieć czy na szczęście, ale na pewno robi się ciekawie – mamy też zaginięcie psów oraz tajemnicze zgony mieszkańców miasteczka, które łączy jedno: wszystkie ofiary były myśliwymi. Trochę w tle tej historii są dzieci - uczniowie i uczennice wciąż lubiące Duszejko i pomagające jej szukać zaginionych suk, ale równocześnie formatowane już do życia w świecie według reguł dyktowanych przez silniejszych. 

Czy patriarchat wraz ze swoją pogardą wobec kobiet i mężczyzn niewpisujących się w obowiązujący model silnego samca pokrywa się z szowinizmem gatunkowym polegającym na pogardzie ludzi wobec zwierząt? Trochę tak układa się opowieść w “Pokocie”. Gdyby system opresji zwierząt faktycznie polegał tylko na polowaniu i ewentualnie kłusowaniu, moglibyśmy przytaknąć, a jako wspólny mianownik wyznaczyć zdolność do bezpośredniej przemocy psychicznej i fizycznej. W takim układzie ten, kto jest do przemocy zdolny, umacnia swoją pozycję, legitymizuje własne prawo do dominacji tych, którzy są słabsi fizycznie czy psychicznie lub nie chcą stosować przemocy. Świat “Pokotu” nie jest jednak prawdziwy. Jego bajkowość polega na tym, że jest prosty, z pierwszej ręki. Świat rzeczywisty jest nie tylko z pierwszej, ale z drugiej, trzeciej i entej ręki, a wspólnym mianownikiem różnych form opresji, tak patriarchalnej jak i gatunkowo szowinistycznej, jest przemoc pośrednia, która nie wymaga siły i okrucieństwa; wystarcza systemowe i indywidualne przyzwolenie, obojętność,odpowiednie wychowanie i ignorancja. Zygmunt Bauman pisał o takiej rozproszonej odpowiedzialności w nowoczesnym świecie, jednak odnosił ją tylko do relacji międzyludzkich. Wpisuje się to jednak równie dobrze w stosunek ludzi do zwierząt. Z ręki myśliwych w Polsce ginie około półtora miliona dzikich ptaków i ssaków. Oburzamy się, bo widzimy sprawcę tak blisko ofiary. Odpowiedzialność jest widoczna jak na dłoni. Jednak za sprawą przemocy z ręki nieznanego nam hodowcy czy rzeźnika, na społeczne zamówienie, cierpi i ginie ponad 800 milionów udomowionych ptaków i ssaków. Tutaj poczucie naszej odpowiedzialności się zaciera, a przemocy nie widać, choć dzieje się naprawdę. 




Myśliwi są łatwym kozłem ofiarnym. Faktycznie, nie są bez winy, w końcu zabijają, zbierają trofea, wydają się tym cieszyć. Są utożsamiani, nie bez powodu, z władzą (odsetek myśliwych w Parlamencie prawdopodobnie przekracza ich odsetek w społeczeństwie), i to z władzą butną, która zawłaszcza las i stwarza niebezpieczeństwo także dla postronnych ludzi. Jednak uznanie myśliwych za głównych winnych przemocy wobec zwierząt jest aktem hipokryzji społeczeństwa, które całe swoje życie osadza na zinstytucjonalizowanej przemocy: fermy i rzeźnie pracują całą parą, by codziennie w markecie było mięso, nabiał i jaja. Tę przemoc z trzeciej ręki ignoruje też w pewnym stopniu Duszejko – w końcu odrzuca tylko mięso, mimo że przemocy doznają także krowy produkujące mleko i kury znoszące jajka (oprócz chorób związanych z podkręconym na cele produkcji układem rozrodczym, wszystkie te zwierzęta kończą w rzeźni).

Zabieg umieszczenia po jednej stronie Duszejko, a po drugiej myśliwych, wyprowadza z kadru znakomitą większość ludzi zajmujących się eksploatacją zwierząt i tych, którzy z niej korzystają. W związku z tym, dla jednych to film dosłownie przeciwko myśliwym, a dla innych przeciwko patriarchatowi i atakowi człowieka na przyrodę. Choć Duszejko wygłasza parę uwag na temat rzeźni i jedzenia mięsa (tak jakby rzeźnia dotyczyła tylko zwierząt hodowanych na mięso) to najwyraźniej eksploatacja zwierząt udomowionych jest raczej tematem pobocznym. W końcu nikt świni, krowy czy kury nie kojarzy z przyrodą, a ich krzywdzenie i zabijanie pozostaje tak powszechne, że aż ledwo zauważalne. 



W wywiadzie dla Polityki, Janusz Wróblewski pyta Agnieszkę Holland: “Pokot jest filmem proekologicznym, opowiada się za równością ludzi i zwierząt. Jak bardzo ta sprawa jest dla Pani ważna?” Holland odpowiada: “Nie tak jak dla Olgi, która tym żyje, jest wegetarianką. Ja jem mięso, ale staram się ograniczać. Nie mam potrzeby, by totalnie zaświadczać swoim życiem, że zwierzęta są moim priorytetem.” To, co mówi Agnieszka Holland świadczy o mocnym zanurzeniu w szowinistyczną kulturę, gdzie dopiero trzeba “tym żyć”, żeby po prostu odmówić uczestnictwa w przemocy wobec zwierząt. W tej kulturze pozycją wyjściową jest czerpanie całymi garściami z eksploatacji zwierząt. Dlatego na tym tle skromny postulat weganizmu, czyli nieagresji, jest traktowany w najlepszym razie jako coś wyjątkowego, odpowiedniego dla osób bardzo zaangażowanych, a w najgorszym razie jako coś dziwacznego lub radykalnego – dla osób nieprzystosowanych lub dla ekstremistów. Bywa, że weganizm w ogóle nie jest brany pod uwagę, bo w jego miejsce wchodzi wegetarianizm. Zamiast o eksploatacji zwierząt rozmawiamy tylko o jedzeniu mięsa, tak jakby hodowla na mięso była jedyną formą eksploatacji zwierząt. Tak zresztą stało się przy okazji tego filmu. Jeśli w ogóle wywiady i rozmowy wychodziły poza myślistwo, to kończyły na mięsie i wegetarianizmie, zostawiając fermy mleczne i jajeczne poza sferą zainteresowania. Swoją drogą, skoro Olga Tokarczuk “tym żyje”, powinna być weganką.

Bajka bajką, ma swoje prawa i odzwierciedlać rzeczywistości nie musi. Jeśli jednak ma być inspiracją, powinna nas zafrapować na tyle, byśmy zechcieli i zechciały z rzeczywistością stawać twarzą w twarz i nie uciekać od osobistej odpowiedzialności, co dzieje się wtedy, gdy całą uwagę skupimy na tych “złych onych” (na przykład myśliwych), zamiast na eliminowaniu zła i korzystaniu z potencjału dobra, które tkwią w nas samych.
_________________ 
Czytaj dalej:
1. "Mścicielka z powodu" Rozmowa z Agnieszką Holland - Polityka nr 6 (3097) 8.02 - 14.02.2017



niedziela, 2 października 2016

Brzydkie słowo na "H"

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Ha jak humanitarny. Pierwsze skojarzenie? Ładne: pomoc humanitarna. Jest niesiona ofiarom klęski żywiołowej czy wojny. Dotyczy ludzi. W Polsce najbardziej znaną organizacją angażującą się w takie działania jest Polska Akcja Humanitarna. Drugie skojarzenie? Brzydkie, karykatura pierwszego: ubój humanitarny. Jest uskuteczniany na zwierzętach wybranych gatunków. W Polsce realizują go liczne ubojnie, zwane też niekiedy zakładami mięsnymi.

Polska Akcja Humanitarna kopie studnie, by ludzie mieli wodę, prowadzi program dożywiania dzieci, dostarcza najpotrzebniejsze przedmioty – zestawy odzieży, środki higieny osobistej, koce, namioty, moskitiery. Zapewnia też pomoc medyczną. Ubojowcy zaś odbierają zwierzętom życie, czyli to, co najcenniejsze. Zadają nieodwracalną krzywdę. Ale jeśli zabijają zgodnie z odpowiednimi przepisami, nazywa się to „ubojem humanitarnym”.  Czy można sobie wyobrazić większe oddalenie od pierwotnego znaczenia słowa? Dlaczego z jednej strony wpłacamy na PAH,  z drugiej mówimy bez wysiłku: akceptuję ubój, byle robiono to humanitarnie?

”Ubój” to usankcjonowane prawem masowe zabijanie zwierząt hodowanych na mięso, skóry, futra i wełnę oraz dla mleka i jaj. Jest dozwolony przez Ustawę o ochronie zwierząt. Logicznie myślący kosmita zapoznający się z naszą kulturą i rozumiejący podstawowe znaczenia słów w języku polskim dojdzie zatem do wniosku, że ubój podpada pod ochronę zwierząt. Oczywiście, jak możemy się domyślić, Ustawa dodaje, że uśmiercanie, którego jedną z form jest ubój, może odbywać się wyłącznie w sposób „humanitarny polegający na zadawaniu przy tym minimum cierpienia fizycznego i psychicznego”. No i zajefajnie - myślimy sobie krojąc nożem i widelcem smażoną kurzą pierś lub tłukąc kotlet wieprzowy tłuczkiem do odpowiednich zwierząt, pardon, tłuczkiem do mięsa. Kosmita też póki co uspokojony. Mamy tu przecież do czynienia z … ochroną podczas zabijania. Ustawa chroni zwierzęta do samego końca. Hurra! Możemy spać i trawić spokojnie.

Zaraz, zaraz. Jeśli możemy mówić o humanitarnym uboju (tj. ochronie podczas zabijania), dlaczego akceptujemy go w odniesieniu do świni, kury czy krowy, ale już niekoniecznie wobec psa czy kota? Odpowiadamy krótko i zwięźle, my obywatele i obywatelki, oraz konsumenci i konsumentki, że pies i kot to zwierzęta domowe, a świnia, kura i krowa to zwierzęta gospodarskie. Tych pierwszych ubój nie dotyczy, dopiero tych drugich tak. Lekcja z dzieciństwa doskonale przyswojona. W ilu książeczkach człowiek się tego naczytał po tym, jak czytała nam mama (dziś coraz częściej też tata).  Masowość zabijania, widok wszystkich możliwych etapów rozcinania zwierząt „gospodarskich” na części pierwsze, a następnie pyszne z nich dania utwierdzają nas w przekonaniu, że możemy to zabijanie nazywać „ubojem”, oraz że państwo zadba o to, by ilość cierpienia fizycznego i psychicznego była minimalna. Minimalna w stosunku do czego? Ano w stosunku do tego, co trzeba zrobić, żeby zwierzę zabić.

A czy trzeba zwierzę zabić? To pytanie nie pada. Jesteśmy przecież przyzwyczajeni do zabijania, zapewnieni o jego humanitarności, działamy w kontekście ustawy o ochronie zwierząt, a ochrona ta obejmuje ubój zwierząt gospodarskich. Pytanie czy trzeba zwierzę zabić nie pada też dlatego, żeśmy już sobie na nie odpowiedzieli. Tak sprytnie, że bez zadawania. Ubój musi być przecież akceptowany na zasadzie domyślności przez społeczeństwo, które z niego na co dzień korzysta: konsumentów mięsa, mleka i jajek, sklepy, hurtownie, przetwórnie, rzeźnie i hodowców. Tak, również wegetarianie korzystają z uboju „zużytych” krów i kur, który załatwia problem karmienia i leczenia zwierząt „niewydajnych” i tym samym umożliwia masową sprzedaż nabiału i jaj w cenach ogólnodostępnych produktów żywnościowych.

Oczywiście ubój zwierząt nie dotyczy tych wegetarian, którzy zaopatrują się u dobrych i bogatych wiejskich kobiet trzymających krowy, ich potomstwo a także kury do naturalnej śmierci i opłacających rosnące rachunki za leczenie starzejących się zwierząt u zaprzyjaźnionych lekarzy weterynarii a następnie utylizujących zwłoki za dodatkową opłatą. Tacy wegetarianie oczywiście nie tykają półek z nabiałem i jajami w sklepie ani nie jedzą produktów z dodatkiem nabiału czy jaj w restauracjach.  Osobiście nie spotkałam takich wegetarian. Znam za to takich, którzy twierdzą, że kury i krowy przez nich wykorzystywane mają „dobre życie”. O śmierci jakoś nie wspominają, ale zapewne zwierzęta te dostają ochronę podczas zabijania. Wracamy zatem do uboju „humanitarnego”, który zgodnie z Ustawą o ochronie zwierząt ma dotyczyć rocznie około 800 milionów zwierząt lądowych w Polsce.

Pozostawię na chwilę bez odpowiedzi pytanie o odbieranie życia, żeby przyjrzeć się temu, co nas tak uspokaja, kiedy mówimy „byle to było humanitarnie”. Jak już wspomniałam, mamy Ustawę o ochronie zwierząt (pierwsze „uf”) i mamy akt wykonawczy do tej ustawy – rozporządzenie, które mówi kto może zajmować się ubojem i jak ubój ma przebiegać w przypadku poszczególnych gatunków zwierząt (drugie „uf’). Mamy nawet Parlamentarny Zespół Przyjaciół Zwierząt, którego członkowie korzystają z uboju. Muszą więc być przekonani, jako przyjaciele, że cierpienia jest tam tylko tyle ile trzeba, żeby zwierzę zabić. Wiadomo przecież, że przyjaciół zabija się tylko humanitarnie (trzecie „uf”). Muszą wierzyć, że osoba pełnoletnia po zawodówce i trzymiesięcznej praktyce w ubojni z pewnością będzie żywo zainteresowana tym, by zwierzęciu zadać ni mniej ni więcej tylko to minimum cierpienia, które będzie miała skrzętnie wyliczone. Muszą ufać, że nie tylko nastawienie pracowników będzie nosiło cechy ochrony podczas zabijania, ale że również cały sprzęt działać będzie bez zarzutu, a zwierzęta będą spokojne i z losem swym pogodzone. Rozporządzenie opiera się chyba na takim założeniu, gdyż drób i króliki, zgodnie z pkt 4 par 7, wolno podwieszać i ogłuszać pod warunkiem, że będą sobie wisieć „rozluźnione”. Kto był ze zwierzętami u weterynarza wie najlepiej jak bywają tam zrelaksowane, zatem w ubojni zapewne można uzyskać podobny efekt, szczególnie gdy zawisną głową w dół. Nie od dzisiaj wiadomo, że zwierzęta oddają nam się z ufnością (kolejne uf).

Nasze humanitarne przepisy, których najczęściej nie znamy, wydają nam się jeszcze bardziej humanitarne, gdy zestawimy je z inną, obcą praktyką zabijania. Tak było już wielokrotnie podczas kampanii przeciwko ubojowi rytualnemu, gdzie humanitaryzm polskiego uboju świecił jasnym światłem obnażając barbarzyński mrok tego gorszego, okrutnego uboju, podczas którego przekraczane jest minimum cierpienia potrzebnego do przerobienia zwierzęcia w porządny stek czy hamburgera. Humanitarny i niezawodny ubojowiec, humanitarne, zawsze udane ogłuszenie w 800 milionach przypadków rocznie – nasza cywilizacyjna zdobycz w ochronie zwierząt (podczas zabijania) starły się z cywilizacją, która za punkt honoru stawia sobie, by zwierzęta cierpiały parę minut dłużej.  Niejeden humanitarysta mógł dać upust antysemityzmowi, dla którego znalazł przecież namacalne podstawy.

Kampania przeciwko ubojowi rytualnemu, a także przepisy, które mają umożliwić nazywanie uboju humanitarnym skupiają się na odpowiedzi na pytanie: JAK należy zwierzęta zabijać. Równocześnie nie dopuszczają do stawiania pytania: CZY można zwierzęta zabijać? A dokładniej: czy można, z moralnego punktu widzenia, zabijać zwierzęta dla steku, hamburgera, mleka do kawy, jajecznicy? Czy można usprawiedliwić zabijanie, które służy podtrzymaniu mojego stylu życia? I rodzi to kolejne pytania: Jeśli odpowiadam sobie, że tak, można zabijać zwierzęta z wymienionych wyżej powodów,  to w jaki sposób dochodzę do wniosku, że krowom można to robić a psom już nie? Tylko na podstawie tradycyjnego podziału na domowe i gospodarskie? I nie jest to zachęta do zabijania także psów, lecz pytanie o to, dlaczego przechodzimy do porządku dziennego z zabijaniem krów (i innych zwierząt). Dla większości z nas nie jest to przecież kwestia naszego życia, bo możemy stosować dietę roślinną.

Humanitarny ubój to ściema podobnie jak byłby nią humanitarny rozbój, humanitarne włamanie lub humanitarny gwałt. Ubój, podobnie jak rozbój, włamanie i gwałt, jest zadaniem krzywdy - niezasłużonej i niekoniecznej. Etykieta „humanitarności” może więc służyć tylko jako jedno: wielka zasłona dymna. Gdyby pomoc humanitarna dawana przez PAH znaczyła tyle co „humanitarny” w kontekście uboju zwierząt należałoby przed taką pomocą przestrzegać.

Czytaj więcej:
- Ustawa o ochronie zwierząt (link)
- Rozporządzenie Ministra Rolnictwa i rozwoju wsi z 9 września 2004 roku w sprawie kwalifikacji osób uprawnionych do zawodowego uboju oraz warunków i metod uboju i uśmiercania zwierząt (link)



wtorek, 13 września 2016

Brzydkie słowo na "E"

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Dla przedsiębiorców i ekologów jest to przede wszystkim pozyskiwanie i używanie zasobów naturalnych. Firmy widzą w tym okazję do rozwoju i zarabiania pieniędzy, zaś organizacje ekologiczne dostrzegają nadużywanie, zanieczyszczanie i niszczenie środowiska naturalnego. Dla ludzi zaangażowanych w działania na rzecz praw człowieka będzie to często dotyczyć krajów rozwijających się i oznaczać wyzysk ludzi jako taniej siły roboczej w afrykańskich kopalniach czy fabrykach odzieży w Bangladeszu. Wreszcie dla tych, którzy działają na rzecz praw zwierząt i propagują weganizm to słowo będzie kojarzyć się z zabijaniem dzikich zwierząt, szczególnie rybołówstwem, a także – jeśli nie przede wszystkim – z hodowaniem zwierząt na mięso, skóry i futra oraz dla mleka i jaj. Nasze brzydkie słowo to "eksploatacja".

Słownik języka polskiego PWN przedstawia parę definicji tego pojęcia:

1. «wydobywanie bogactw naturalnych»
2. «użytkowanie maszyn, urządzeń itp.»
3. «maksymalne wykorzystanie kogoś albo czegoś»
4. «ciągnięcie zysków z cudzej pracy najemnej»
5. «wykorzystywanie czegoś w sposób racjonalny»

Zasoby/bogactwa naturalne mogą oznaczać wydobywane z ziemi za pomocą specjalistycznego sprzętu materiały takie jak węgiel, ropa, złoto czy diamenty. Zasobami są też rzeczy, które wydają się znajdować na wyciągnięcie ręki, choć nie są już tak odnawialne jak kiedyś, bo tempo ich zużywania wyprzedza odtwarzanie: słodka woda, ziemia czy drzewa. Pojęcie „zasobów naturalnych” bierze się z antropocentrycznej wizji życia na Ziemi, według której ludzie są posiadaczami, zarządcami i użytkownikami wszystkiego co napotkają. Konsumpcja zasobów naturalnych to szeroko pojęte ich używanie, przetwarzanie, przekształcanie, pochłanianie, zużywanie i wyrzucanie. Antropocentryczne podejście jest podzielane przez firmy i większość organizacji ekologicznych. Wspólnym mianownikiem jest koncentracja na człowieku jako konsumencie zasobów i jego niepodważalnym prawie do konsumowania. Różnica leży w podejściu do tej konsumpcji. Jedni chcą jak najwięcej zarobić, stawiają sobie krótkowzroczne cele, byle konsumować intensywnie; drudzy pragną, by zasobów starczyło na dłużej i namawiają do konsumpcji bardziej oszczędnej. Jedni skupiają się na obecnym pokoleniu konsumentów, drudzy pytają: Co konsumować będą wasze dzieci i wnuki?. 

W podejściu antropocentrycznym „zasobami naturalnymi” nazywane są także dzikie zwierzęta, z których korzysta się podobnie jak z paliw kopalnych, wody i roślin. Przykładem eksploatacji zwierząt jako zasobów naturalnych, na niewyobrażalną skalę, jest rybołówstwo. Relatywnie skromne jego dopełnienie stanowią polowania na lądzie, a także wędkarstwo. Zwierzęta gładko włącza się do kategorii „zasoby” dlatego, że antropocentryzm idzie w dość zgodnej parze z szowinizmem gatunkowym. Istoty zdolne do odczuwania i myślenia, którym nie jest wszystko jedno co się z nimi dzieje, uznajemy za surowiec do wykorzystania, materiał do używania, zadawaną krzywdę usprawiedliwiamy faktem, że dotyka ona istoty nienależące do naszego gatunku. Rybacy chcą łowić bez ograniczeń i zarabiają na życie zabijając ryby. Mogą mieć taką pracę, bo miliony ludzi jedzą ryby. Poza wyjątkowymi sytuacjami, wynika to z przyzwyczajenia i preferencji smakowych, nie z konieczności. Ryby to w oczach rybaków i konsumentów zasób i surowiec, jak chociażby grzyby.

Organizacje ekologiczne także traktują dzikie zwierzęta jako zasoby naturalne. Nie są w tym ani odrobinę mniej szowinistyczne niż reszta społeczeństwa. Zwracają tylko uwagę na fakt, że niektórych zasobów jest mniej niż innych. Obserwują dynamikę ich zużywania. Klasyfikują zwierzęta według gatunków i stopnia zagrożenia wyginięciem. Opracowują przewodniki po racjonalnej eksploatacji zwierzęcych „zasobów” doradzając konsumentom: jedz ryby „A”, ogranicz konsumpcję ryb „B”, nie jedz ryb „C” („Jaka ryba? Poradnik konsumenta” WWF, czy „Dobra ryba. Poradnik konsumencki” Greenpeace).

Gdybyśmy zastosowali analogiczne rozumowanie wobec ludzi, dzieląc ich na grupy mniej, bardziej lub w ogóle nie narażone na wyginięcie, moglibyśmy dojść do absurdalnych, rasistowskich wniosków w stylu: najbardziej trzeba oszczędzać Kaszubów, trochę mniej Norwegów, a ochroną Chińczyków na razie nie potrzeba zawracać sobie głowy. Nie mówiąc już o tym, że oprócz gradacji wartości życia według kryterium częstości występowania, należałoby dodać akceptację na zabijanie w zasadzie motywowane przyzwyczajeniem do określonego stylu życia (zarabiania na życie i konsumpcji).

No tak, aplikowanie takiego sposobu myślenia do ludzi powoduje dreszcze obrzydzenia. Natomiast do takiego myślenia o zwierzętach jako o zasobach, surowcu zdążyliśmy się przyzwyczaić. Czy przyzwyczajenie jest jednak dobrym uzasadnieniem? Tradycja eksploatacji ludzi, m.in. niewolnictwa, też ma długą brodę, ale nie zyskuje dzięki niej legitymizacji. Dlatego stosunek do zwierząt jak do zasobów trzeba przemyśleć, szczególnie jeśli zdamy sobie sprawę, że oprócz ludzi są jedynymi istotami na Ziemi zdolnymi do cierpienia, podatnymi na krzywdę. To kryterium odróżnia je w zasadniczy sposób od węgla, ropy naftowej, sosny czy dębu. Popierając tak formułowaną ochronę środowiska, popieramy szowinizm gatunkowy, tyle że w wydaniu oszczędnościowym: Marian, ogranicz konsumpcję pstrągów tęczowych, żeby twoje dzieci miały szansę nacieszyć się ich konsumpcją.

Jesteśmy też przyzwyczajeni, kulturowo wdrożeni od dziecka, do korzystania z eksploatacji zwierząt specjalnie w tym celu hodowanych na mięso, skóry, wełnę i futra oraz dla mleka i jajek. Do tego rodzaju eksploatacji szczególnie pasuje definicja „«maksymalne wykorzystanie kogoś albo czegoś» oraz wykorzystywanie czegoś w sposób racjonalny” (choć z racjonalnością należałoby tutaj trochę podyskutować). Hodowla polega na maksymalizacji wykorzystania. Należy w jak najkrótszym czasie, z wykorzystaniem jak najmniejszej ilości energii i jedzenia wyhodować jak największe kurczęta, które przełożą się w rzeźni na jak największą ilość mięsa. Należy od każdej krowy uzyskać jak największą laktację, tak by coraz mniej krów produkowało coraz więcej mleka. Należy tak podkręcić owulację u kur, żeby pracowała na jak najszybszych obrotach, produkując zawrotną jak na ptaka liczbę jaj rocznie. Kury są tanie, można je łatwo wymieniać, wysyłając „zużytą” partię do rzeźni, kupując partię nowych. Wystarczy, by oszalała owulacja trwała rok, dwa lata. Wystarczy, by odpowiednio duży odsetek zwierząt wytrzymał do końca cyklu produkcyjnego. Pozostałe mogą poumierać, to i tak się opłaca. Nazywam to eksploatacją w podobnym znaczeniu do eksploatacji ludzi w krajach trzeciego świata. Wspólnym mianownikiem jest przedmiotowe traktowanie i krzywda.

Racjonalność hodowli wydaje się opierać na dwóch filarach – maksymalizacji produkcji (nic nie ma się zmarnować: zadbamy o to, by sprzedać mleko, zabić cielęta na cielęcinę, a zużytą krowę mleczną przerobić na mięso i jej skórę na buty i torebki) i traktowaniu zwierząt jak surowce i maszyny, a więc poddaniu niesfornej natury uniformizacji dzięki selekcji hodowlanej, a następnie wykorzystywanie zwierząt zgodnie z „przeznaczeniem”. Podręczniki dla hodowców, uczelnie kształcące przyszłych rolników pomagają oceniać i traktować zwierzęta właśnie pod kątem parametrów i „użytkowania”. Racjonalny proces musi oczywiście być emocjonalnie neutralny, w czym w sukurs przychodzi język: żywiec rzeźny, mleczność krów, nieśność kur, wydajność, brakowanie (sprzedaż do rzeźni zwierząt np. niepłodnych krów), ubój.

Nieracjonalne w tym antropocentrycznym układzie jest dla hodowcy ponoszenie kosztów leczenia przekraczających zyski, czy trzymanie zwierząt niedochodowych. Nieracjonalne jest dla obywatela  czy obywatelki wychodzenie poza szowinistyczny paradygmat poprzez zadawanie pytań: czy mamy prawo zadawać cierpienie i zabijać skoro tego nie musimy robić? Dlaczego płacimy za krzywdzenie i zabijanie, skoro możemy żyć na diecie roślinnej? Czym zawiniła świnia, że spokojnie przytakujemy, gdy jedzie do rzeźni? Nieracjonalne ma być to, co mogłoby zbliżyć nas do zwątpienia, do zakwestionowania eksploatacji zwierząt, do zdania sobie sprawy z faktu, że nigdy nie zrobilibyśmy własnemu psu tego, za co płacimy w odniesieniu do świni, krowy czy kury. Nikt jednak nie chce być nazywany nieracjonalnym więc trzymamy dyscyplinę niezadawania niewygodnych pytań.


Nie lubimy jednak słowa „eksploatacja”, kiedy po prostu robimy zakupy na obiad. Ono jest takie duże i jakby na wyrost. Nie pasuje do zwykłego wózka, który pchamy przed sobą w supermarkecie i do ładnych opakowań parówek, mleka czy jajek. My zwykli obywatele jak moglibyśmy mieć coś wspólnego z eksploatacją zwierząt. Przecież my zwierzęta lubimy, a nawet kochamy. A jednak, nie wybierając weganizmu, wybieramy właśnie to: eksploatację zwierząt. Choć produkty takie jak warzywa, owoce, makaron, ryż, nieskórzane buty, swetry niezawierające wełny, czy kurtki bez futrzanych obszyć są na wyciągnięcie ręki. 


poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Nie tylko Harambe

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Goryl Harambe zginął naprawdę. 28 maja 2016 roku, na wybiegu ogrodu zoologicznego w Cincinnati. Jednak ogrom reakcji, szczególnie w internecie, dodał tej śmierci wymiaru symbolicznego. Śmierć Harambe symbolem jest jednak niejednoznacznym. Dla jednych smutek i złość z nią związane mówią o ludzkiej fascynacji dzikimi zwierzętami, która czasem (tylko czasem) kosztuje życie zwierzęcia. Dla innych smutek i złość świadczą o ludzkiej dominacji nad dzikimi zwierzętami, która regularnie odbywa się kosztem zwierząt (śmierć Harambe jest tu tylko ekstremalnym przykładem takiego “kosztu”), więc należy tylko zmodyfikować funkcjonowanie ogrodów zoologicznych. Dla części fascynatów zoo, śmierć Harambe kosztem uratowania dziecka była okazją do hejtu skierowanego przeciwko “złej” matce chłopca, a nawet przeciwko nieobecnemu na miejscu zdarzenia ojcu. 

Ponieważ medialne śmierci ikonicznych zwierząt dzieją się w kontekście niemedialnych rzeźni odbierających życie miliardom zwierząt nieikonicznych oraz w związku z faktem, że chłopiec i jego rodzice byli czarni, chcę postawić dodatkowe pytania:
Ilu spośród ludzi opłakujących śmierć goryla w zoo korzysta równocześnie z ogrodów zoologicznych, a ilu jest przeciwnych trzymaniu tam i rozmnażaniu dzikich zwierząt i dlaczego? 

W naszej pamięci, sięgającej dwa pokolenia wstecz (opowieści naszych dziadków i rodziców), ogrody zoologiczne są stałą częścią krajobrazu miejskiego. Można wręcz powiedzieć, że mieszkańcy miast, które nie mają zoo, z zazdrością patrzą na sąsiadów posiadających takie miejsce. Wiadomo, że jeśli chodziła babcia i mama, pójdę i ja. Formy rozrywki i spędzania wolnego czasu często się “dziedziczy” (i wzbogaca tym, co nowe) specjalnie się nad tym nie zastanawiając. A jeśli nas kto zapyta, zawsze mamy dyżurne racjonalizacje: edukacja  - bo na filmie to nie to samo, co zobaczyć słonia na żywo; i ochrona zagrożonych gatunków  -  zadowalamy się deklaracją dyrektorów ogrodów zoologicznych, nie pytając jaki odsetek zwierząt trzymanych w zoo kiedykolwiek trafi na wolność.
Amerykański etolog poznawczy Marc Bekoff podpowiada nam jak moglibyśmy w sposób nieszablonowy podejść do sprawy Harambe. Zamiast rozważać wte i wewte wysokość ogrodzenia, szczelność barierki, możliwość zastosowania środka usypiającego zamiast broni palnej, czy nieostrożność rodzica, Bekoff pyta “Po pierwsze dlaczego Harambe w ogóle był w zoo?” i proponuje zaprzestanie hodowli dzikich zwierząt, stopniowe zamykanie ogrodów zoologicznych i przerzucenie uwolnionych środków na ochronę środowiska naturalnego, gdzie zwierzęta żyją na wolności.

Ile spośród osób opłakujących śmierć Harambe na codzień korzysta z eksploatacji zwierząt, (której częścią jest przecież zabijanie) jedząc mięso, nabiał i jaja?

Nawet gdybyśmy dzięki zoo mieli porządną edukację (zamiast zwykłego zaspokojenia ciekawości), to warto się zastanowić jaką cenę mają za to płacić zwierzęta. Takie pytanie zadają przeciwnicy ogrodów zoologicznych zapominając niestety o kontekście, w jakim pada to pytanie. Większość osób, które chcą pokazać dziecku jak duży w rzeczywistości jest tygrys albo jak słoń macha trąbą, już odpowiedzieli sobie na inne pytanie: jaką cenę mają płacić zwierzęta za ich nawyki dotyczące jedzenia i ubierania się. Jedzą schabowe, na chleb kładą ser żółty, smażą jajecznicę. Noszą skórzane buty i wełniane swetry oraz kurtki obszyte futrem. No dobra, niektórzy zdecydowali się na sztuczne futerko w odpowiedzi na kampanie antyfutrzarskie, ale pozostałych nawyków nie zmienili. Pewnie warto zadać sobie pytanie na ile są to świadome, samodzielne wybory, a na ile “odziedziczony” sposób odżywiania się i ubierania. Pewnie łatwo jest uzmysłowić sobie, że te wybory nie wynikają z okrucieństwa. Niemniej te wybory świadczą o cichym (a czasem głośnym) przyzwoleniu na krzywdzenie zwierząt dla podtrzymania określonego stylu życia konsumentów i określonego sposobu zarabiania na życie hodowców, rzeźników, przetwórców i restauratorów. 

Przeciwnicy ogrodów zoologicznych mogą sami być nieweganami i dzielić zwierzęta na te lepsze (słonie, tygrysy, goryle, przede wszystkim gatunki zagrożone) i te gorsze (hodowane na mięso i dla mleka lub jaj krowy, świnie i kury). Zatem walczą o zamykanie ogrodów, bo współczują zamkniętym w nich zwierzętom i równocześnie korzystają z eksploatacji innych zwierząt, bo … są do tego przyzwyczajeni. 

Jeśli zaś weganie angażują się w publiczny sprzeciw wobec ogrodów zoologicznych, to mają do wyboru dwie drogi: albo zestawią krzywdę zwierząt w przemyśle rozrywkowym i spożywczym jako różne formy tego samego problemu, czyli eksploatacji zwierząt; albo będą udawać (na potrzeby tej kampanii), że szeroki kontekst powszechnej eksploatacji zwierząt nie istnieje i że ogrody zoologiczne są raczej wyjątkiem od reguły dobrego traktowania zwierząt przez społeczeństwo. Dopiero wtedy pytanie “czy edukacja dzieci ma się odbywać kosztem zwierząt w zoo” nabiera sensu. Usuńmy zoo, a edukacja dzieci będzie już przebiegać wzorowo z poszanowaniem zwierząt. A co ze szkolną stołówką serwującą mięso, nabiał i jajka? A co z rodzicami serwującymi w domu to samo? Nie, zoo nie jest wyjątkiem. Raczej wpisuje się w dobrze znaną regułę.  

Czarowanie rzeczywistości nie zmienia jej. Żyjemy w społeczeństwie, którego kultura jest głęboko szowinistyczna gatunkowo (zwierzęta pewnych gatunków traktujemy wyjątkowo źle tylko dlatego, że należą do tych gatunków – “bo to tylko świnia, nie pies”, “bo to tylko kura, nie kot”) i potrzebna jest zmiana paradygmatu, a więc na początek podważanie jego podstaw (tak jak podważa się rasizm czy seksizm). Dokoptowanie dzikich zwierząt z zoo do obecnej grupy “pupilów” (przede wszystkim psów i kotów) tylko wzmacnia jako “słuszną” zasadę dzielenia zwierząt na pupilów i grupę, którą można wykorzystywać i krzywdzić. Jako błąd wskazuje się wtedy tylko zaliczenie niektórych gatunków do niewłaściwej grupy. 

Ilu spośród ludzi złych na rodziców chłopca, który dostał się na wybieg Harambe, pochopnie oskarżyło ich o patologię rodzinną tylko dlatego, albo głównie dlatego, że rodzina ta była czarna? 

Obywatelka Cincinnati utworzyła petycję "Justice for Harambe" skierowaną do dyrektora zoo, w którym zginął Harambe oraz do służb zajmujących się ochroną dzieci w hrabstwie Hamilton. Trzy dni po wypadku było pod nią ponad 350 tysięcy podpisów, potem tempo podpisywania zwolniło, ale i tak liczba blisko 512 tysięcy osiągnięta wczoraj jest duża. Nie powiem "imponująca", bo ta petycja w ogóle mi nie imponuje. Wbrew zapewnieniom autorki, wygląda dokładnie jak polowanie na czarownice. Po pierwsze, oskarżenie pada wobec obydwojga rodziców, choć na miejscu zdarzenia była tylko matka z trójką pozostałych dzieci. Po drugie, oskarżenie jest nieuzasadnionym uogólnieniem: incydent jest od razu zaklasyfikowany jako zaniedbanie (a nie wypadek) i włączony w szerokie spektrum rzekomej patologicznej sytuacji w domu dziecka. Autorka petycji żąda zbadania środowiska rodzinnego, aby uchronić (sic!) dziecko i jego rodzeństwo (sic!) od dalszych (sic!) przypadków zaniedbania przez rodziców. Oświadczenie prokuratora hrabstwa Hamilton o odstąpieniu od postawienia zarzutów matce i pomyślna wizyta pracowników opieku społecznej zostały przyjęte przez autorkę petycji z niezadowoleniem! Przecież ona wiedziała od samego początku jak się rzeczy mają. Wielu zadaje pytanie czy kolor skóry oskarżanej rodziny miał znaczenie dla pochopności tego oskarżenia.
Przy okazji śmierci Harambe i niewątpliwie w związku z faktem, że chłopiec, który wpadł na wybieg goryla był czarny, pojawiło się też hasło All Lives Matter – szczególnie na internecie w postaci memów czy tweetów. Hasło to jako pierwszy wypowiedzieć miał w 2015 roku Martin O’Malley amerykański biały polityk działający na rzecz praw człowieka w odpowiedzi, czy też w kontrze, do ruchu Black Lives Matter powstałym w 2013 roku. Ruch Black Lives Matter zapoczątkowała działaczka społeczna Alicia Garza publikując na Facebooku “A love letter to black people” w odpowiedzi na kolejne uniewinnienie sprawcy zabójstwa nieuzbrojonego czarnego mężczyzny, właściwie nastolatka – 17-letniego Trayvona Martina w Sanford na Florydzie. Zabójca pełnił rolę strażnika obywatelskiego na chronionym osiedlu, a ofiara była gościem mieszkanki tego osiedla. 

W ostatnich latach w USA doszło do szeregu zabójstw nieuzbrojonych czarnych nastolatków i dorosłych, a sprawcami części z nich byli policjanci. Black Lives Matter jest ruchem sprzeciwu wobec brutalności policji wobec czarnych, profilowaniu etnicznemu przestępców, a więc przeciwko współczesnym formom rasizmu wobec czarnych. Black Lives Matter ma obecnie ponad 30 oddziałów w Stanach Zjednoczonych, a hasło “All Lives Matter” jest często odbierane jako niechęć do konfrontowania się z rasizmem wobec czarnych, jako schowanie go pod dywan poprzez wrzucenie do ogólnego worka z problemami trapiącymi ludzkość. Żadna analogia nie jest idealna, ale spróbuję mimo wszystko. Na polskim gruncie odpowiednikiem ruchu Black Lives Matter byłby ruch przeciwko przemocy domowej wobec kobiet, zaś ekwiwalentem kontrhasła “All Lives Matter” – stwierdzenie, że każdy może być ofiarą przemocy domowej (również mężczyzna).
Jeden z czarnych blogerów komentując to hasło w kontekście Harambe zatytułował swój artykuł “All Lives Matter When it’s a Black Gorilla, not a Black Man”. No właśnie. Tym bardziej więc prawa zwierząt powinny iść w parze z prawami człowieka, z wyczuciem wrażliwego kontekstu, jakim niewątpliwie w USA jest dyskryminacja czarnych obywateli i obywatelek.

Ilu spośród ludzi wściekłych na dyrekcję ogrodu zoologicznego, że zabiła, a nie uśpiła, goryla, żądałaby uśpienia, gdyby na wybiegu znalazło się ich dziecko? 

To pytanie pozostawię bez komentarza.
Walka o prawa zwierząt nie jest walką o wygodny i dobrze zabezpieczony wybieg dla hodowanych goryli. Nie jest też ustanawianiem hierarchii ważności życia zwierząt, gdzie na szczycie są zwierzęta należące do gatunków zagrożonych, potem zwierzęta domowe, a na końcu zwierzęta dzikie niezagrożonych gatunków i zwierzęta hodowane na mięso, skóry i futra czy dla mleka i jaj. Prawa zwierząt czerpią z ideologii praw człowieka, poszerzając krąg istot znaczących moralnie o czujące ból zwierzęta. Ból czuł Harambe, czuje go też każda krowa, świnia czy kura wieziona na rzeź. Nie ma między nimi różnicy co do podstawowych praw, podobnie jak nie ma różnicy między człowiekiem o wysokim i niskim IQ jeśli chodzi o podstawowe prawa człowieka.

Chcesz wiedzieć więcej?
1. Why was Harambe the Gorilla in a Zoo in the First Place?, Marc Bekoff, Scientific American (link)
2, The Matter of Black Lives, Jelani Cobb, New Yorker (link)
3.Here's Why It Hurts When People Say, "All Lives Matter", L-Mani S. Viney, Vanity Fair (link)
4. Why "All Lives Matter" Is Such a Perilous Phrase, Daniel Victor, New York Times (link)
5. All lives Matter When It's a Black Gorilla Not A Black Man, Antoine Allen, anoinespeaks.co.uk (link)
6. Moje poprzednie teksty związane z Harambe (link1, link2).

niedziela, 7 sierpnia 2016

Stereotypy o weganizmie: weganizm jest drogi

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Przekonanie, że weganizm jest drogi jest podzielane najczęściej przez … niewegan. Nie ma w tym nic dziwnego, bo stereotypy najczęściej są utrzymywane przy życiu przez ludzi, którzy nie znają zbyt dobrze zjawiska poddawanego stereotypom. Ludzie ci patrzą na takie zjawisko z dystansu i nie poznają go bliżej. Następnie, opierając się na fragmentarycznych skojarzeniach, tworzą uogólnienia. Stereotyp jest gotowy. 

Mądrość ludowa głosi, że w każdym stereotypie jest ziarno prawdy. Choć mądrość ludowa nie zawsze ma rację, spróbujmy zobaczyć skąd bierze się to przekonanie o drożyźnie weganizmu.  Skoro autorami tego stereotypu są nieweganie, spójrzmy na weganizm także z ich perspektywy.

Każdy nieweganin je produkty odzwierzęce (to oczywiste) i rzadko je tak nazywa, dzieląc je raczej na mięso, wędliny, nabiał i jaja. Każdy nieweganin je też produkty roślinne (to mniej oczywiste) i rzadko je tak nazywa, mówiąc raczej o warzywach i owocach, pieczywie, makaronie, kaszach i ryżach; czasem przypomina sobie o orzechach (z podkategorią orzeszków ziemnych jako przekąską); z rzadka wspomina o pestkach słonecznika czy dyni. W książkach kucharskich tradycyjnej kuchni polskiej potrawy dzieli się na zupy, dania mięsne, mączne i jarskie oraz desery.

W większości niewegańskich dań kuchni polskiej miesza się składniki odzwierzęce z roślinnymi: w schabowym znajdzie się mięso ze świni, kurze jajko, mąka pszenna i olej słonecznikowy; w kanapkach - chleb pszenny lub żytni, ser krowi lub wędlina ze świni/kury, sałata i pomidor; w mizerii - ogórek i śmietana z krowiego mleka; w cieście pierogowym obok mąki pszennej nierzadko jajko, a w farszu pierogowym mięso ze zwierząt, szpinak często łączony ze śmietaną lub kapusta z grzybami czasem doprawiana tłuszczem ze świni. Skoro składniki odzwierzęce i roślinne mieszają się w różnych daniach, dla niewegan ostry podział "roślinne kontra zwierzęce" praktycznie nie istnieje. Kiedy mają spojrzeć na produkty żywnościowe dzieląc ją na te dwie grupy często mają z tym problem. Nie dlatego, że coś jest nie tak z ich inteligencją. Po prostu nie są przyzwyczajeni do myślenia takimi kategoriami.

W kuchni wegetariańskiej usuwa się mięso i wędliny, ale dania równie często pozostają mieszanką produktów odzwierzęcych i roślinnych: chleb z serem krowim i pomidorem, zupa pomidorowa zabielana krowią śmietaną, ciasto pierogowe z jajkiem, sałatka warzywna z sosem majonezowym (jajecznym) czy wiosenne nowalijki z sosem jogurtowym (jogurt z krowiego mleka). Wegetarianie nie odrzucają produktów odzwierzęcych; podnoszą alarm tylko w przypadku mięsa i innych części ciał zwierząt.

Wszystkie wyżej wymieniane produkty roślinne jedzone przez niewegan to równocześnie produkty wegańskie. Wymienię je raz jeszcze: kasza, ryż, makaron (w zasadzie zasługują na liczbę mnogą ze względu na różnorodność), fasola, groch, ciecierzyca, soczewica (rośliny strączkowe), inne warzywa (tu można wymieniać bez końca), owoce (również imponująca grupa) i wreszcie orzechy i pestki. Te produkty w większości są tanie, być może poza bardziej egzotycznymi nowościami. Kupowanie sezonowych warzyw i owoców pozwala korzystać z niskich cen, a poza sezonem wiele warzyw można kupić w mrożonkach.

Jednak kiedy nieweganie mówią, że weganizm jest drogi, nie odnoszą się do powyższych produktów, które stanowią 80-90 procent diety wegańskiej, ale do tych 10-20 procent produktów wegańskich,  których sami nie jedzą: tofu, wegańskiego mleka, jogurtów i gotowych zastępników mięsa i wędlin. Te produkty są faktycznie droższe od ich odzwierzęcych pierwowzorów - oto nasze ziarno prawdy. Ziarno to de facto ma rozmiar niewielki, ale rośnie w oczach tych, którzy na podstawie fragmentarycznych skojarzeń tworzą z niego główną oś znanego nam stereotypu.

Niemniej nawet w przypadku tych produktów sytuacja jest dynamiczna. Ich różnorodność na naszym rynku rośnie, ich ceny spadają. 10 lat temu można było dostać 1 rodzaj mleka roślinnego. W tej chwili dostępnych jest paręnaście rodzajów różnych producentów. Poza tym ilość gotowców w diecie roślinnej można różnicować. Niektórzy jedzą je często, inni nie jedzą ich w ogóle, jeszcze inni częściowo zastępują tańszymi produktami przygotowywanymi w domu: np. pasztetami i pastami na chleb. Tak na marginesie dopowiem, że gotowce, za wyjątkiem mleka sojowego i tofu, nie są specjalnie zdrowe. Lepiej jeść je z umiarem bazując jednak na zbożach (kasze, ryże, makarony pełnoziarniste), roślinach strączkowych, innych warzywach (szczególnie tych zielonolistnych), owocach i z dodatkiem orzechów i pestek.

Stereotyp “weganizm jest drogi” zawiera jeszcze jedną dezinformację: sprowadza weganizm do diety. Dieta stanowi dużą część weganizmu, ale bynajmniej na tym sprawa się nie kończy. Weganizm to unikanie produktów odzwierzęcych wynikające z szacunku wobec zwierząt i świadomości, że produkty te związane są z krzywdzeniem zwierząt (w tym z zabijaniem). Produkty odzwierzęce to nie tylko jedzenie, ale także ubrania zrobione ze skóry, wełny czy futra, a także usługi związane z wykorzystywaniem zwierząt: cyrk ze zwierzętami, jeździectwo, wyścigi konne, ogrody zoologiczne, delfinaria, hodowla i sprzedaż psów, kotów i innych zwierząt. 
Weganizm definiuje się bardziej jako unikanie niż nieużywanie produktów odzwierzęcych, bo żyjemy w świecie, gdzie eksploatacja zwierząt dzieje się na tak ogromną skalę (w Polsce zabija się w związku z produkcją spożywczą ponad 800 milionów ptaków i ssaków rocznie), że produkty tej eksploatacji znajdziemy nie tylko w sklepie spożywczym czy odzieżowym ale także w farbach, smarach, gumie czy asfalcie. Weganizm polega więc przede wszystkim na nieużywaniu produktów dla których bezpośrednio eksploatuje się zwierzęta: ciał zwierząt (mięsa, wędlin, skór, wełny, futer), mleka zwierząt i jego przetworów oraz jaj. Weganie nie płacą też za usługi związane z krzywdzeniem zwierząt (choć niektórzy mają problem z przyjęciem do wiadomości, że jeździectwo jest taką usługą).


Jeśli szacunek ma mieć jakiekolwiek znaczenie, musi oznaczać odmowę krzywdzenia. Nie mogę mówić, że szanuję zwierzęta, a następnie wyciągać portfel i płacić za ich eksploatację. Weganizm nie jest więc modą żywieniową, która na podstawie bliżej nieznanej teorii dietetycznej każe wyrzucić z diety nie tylko mięso, ale nabiał i jaja. Nieporozumieniem jest stawianie weganizmu w jednym szeregu z witarianizmem, dietą bezglutenową czy frutarianizmem. Weganizm jest postawą szacunku wobec zwierząt i odmową eksploatacji.


Weganizm jest odmową dyskryminacji ze względu na przynależność gatunkową, podobnie jak feminizm jest odmową dyskryminacji ze względu na przynależność do płci żeńskiej, czy antyrasizm – odmową dyskryminacji ze względu na przynależność do grupy nieposiadającej białego koloru skóry. Weganizm poszerza definicję “Innego” – tego, kogo można skrzywdzić dyskryminacją i prześladowaniem. Zwierzę zdolne do odczuwania bólu i cierpienia jest takim innym, w przeciwieństwie rośliny czy przedmiotu, których skrzywdzić się nie da.  Zamiast w dziale “kulinaria” stawiajmy weganizm w sekcji “sprawiedliwość społeczna”. Książki kucharskie są co najwyżej o diecie roślinnej.

niedziela, 24 lipca 2016

Sen nocy letniej

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

- Cześć, pochodzę z książki Douglasa Adamsa „Restauracja na końcu Wszechświata”. Byłam tam kelnerką  i oferowałam swoje ciało na obiad. Oczywiście pełna fikcja literacka. A do naszego miasteczka przybyłam już po śmierci autora - przywitała się krowa.

- Witaj, świetnie mówisz po polsku  – odpowiedziała z uśmiechem polska łaciata, która nie uciekła z transportu do rzeźni.  Ten wyczyn nie udał się też milionom jej kuzynek i tysiącom sióstr urodzonych ze sztucznego zapłodnienia nasieniem anonimowego ojca. Były hodowane dla trójpaku: mleko, cielęcina, wołowina. – Jestem Katarzyna. A ty jak masz na imię? – zapytała.

- W zasadzie Douglas zostawił mi wolną rękę w tym zakresie. Mówcie mi Daisy – odpowiedziała Daisy, która zajmowała niewielkie gospodarstwo 15 minut na kopytach od ścisłego centrum gęsto zaludnionego, tfu, zazwierzęconego miasteczka, do którego pozostali przybyli po zmartwychwstaniu, czy - jak kto woli – po przejściu przez Tęczowy Most.

- Mam na imię Zofia. Ja też sama wybrałam swoje imię – przywitała się kura o pięknym, brązowym upierzeniu, które zdążyło już odrosnąć, podobnie jak uda, skrzydła, piersi i głowa. Przybyłam tu, kiedy nie udało mi się załapać na Meat Free Monday. Najwyraźniej organizator akcji, Paul McCartney, zaleca troskę  o zwierzęta tylko na początku tygodnia. I to tylko o te z nas hodowane na mięso. We wtorek wsadzono mnie do ciężarówki, bo znosiłam już za mało jajek, a wieczorem odebrano mi to, na czym - według etyka Petera Singera – zwierzętom nieszczególnie zależy.

- Odebrano Ci życie – pokiwała ze smutkiem Daisy. Paul był kiedyś, że tak powiem, bardziej całotygodniowy w kwestii niejedzenia mięsa – dodała z nutą sarkazmu. – Ale faktycznie, nabiał i jajka wcinał bez zastanowienia. A Peter, lepiej nie mówić. Wyzwalać zwierzęta chce tylko od cierpienia. Ludzie czytają jego książki bez zrozumienia i nazywają go ojcem praw zwierząt. Prawa zwierząt bez prawa do życia? Ech – westchnęła Daisy.

- Kunegunda – przywitała się krótko świnia, którą (po tym jak wydała na świat wiele prosiąt) jedzono z umiarem. – Jestem ofiarą kampanii „Ograniczaj mięso”. Podobne do Meat Free Monday. Jeden czort. W ulotce brak informacji, że nie da się zabić zwierzęcia „tylko trochę” oraz że trzy kotlety w tygodniu zamiast siedmiu też wymagają zabicia jakiejś świni. Nie uwzględniono też faktu, że ludzie się samooszukują: mówią, że jedzą mniej i sami w to wierzą, podczas gdy tak naprawdę jedzą tyle samo albo nawet więcej. 

Wszechświatowa krowa (obecnie małomiasteczkowa Daisy) westchnęła głęboko. Na co zdała się ironia Adamsa, skoro nikt jej nie załapał? Jak można uwierzyć, że zwierzę samo oddaje się do zjedzenia? A jednak witryny sklepów mięsnych były wytapetowane wizerunkami uśmiechniętych zwierząt. Z kartonów mleka uśmiechały się „wypasione” krowy. Ludzie uspokajali się myśląc, że „przecież one są hodowane właśnie po to”. Wierzyli, że to robi moralną różnicę. Mit o nieuniknionym przeznaczeniu i o wolontariacie zwierząt poświęcających się dla ludzkości był doniosły i całkiem przyjemny. Nie mówiąc już o tym, że niektórzy nie potrzebowali nawet tego.

- Dlaczego „Kunegunda”? Nie próbowałaś czegoś bardziej swojskiego? – zaciekawiła się Daisy.  

- Swojskości to miałam po uszy w kojcu porodowym. Małorolne gospodarstwo, dwadzieścia stanowisk, dużo odebranych mi dzieci i dużo niesprzątanego gówna. Swojska bezwzględność i swojski smród. Esencja nieprzemysłowej eksploatacji. Moje imię to jedyna rzecz, która pozwalała mi pamiętać, że jestem zwierzęciem, a nie maszyną czy śmieciem.

- Mówią - odezwała się Daisy - że należy zlikwidować fermy przemysłowe i będziemy mieli z powrotem raj na ziemi: małe gospodarstwa, gdzie ręka rolnika czule głaszcze zwierzęta  i głaskać przestaje tylko wtedy, gdy zwierzęta oddalą się pląsając po trawie i ręka staje się za krótka. 

- Tak, przytaknęła Kundegunda, tak mówią. No, może nie nazywają tego rajem na ziemi. Nie są na tyle bezczelni. Ale sugerują, że w tym leży rozwiązanie problemu. Muszę przyznać, że jestem do tego nastawiona bardzo sceptycznie. Może ciasnota i gówno utrudniają mi przyjęcie dobrej nowiny. A może fakt, że w tym raju też odbierają i zabijają moje dzieci. A, i byłabym całkiem zapomniała, również fakt, że mnie też w końcu wsadzili do transportu do rzeźni. Pewnie z troski o mój macierzyński instynkt: żebym mogła spotkać się z moimi dziećmi w zaświatach.

- Trochę grubymi nićmi to szyte – zadumała się Zofia. Skoro byli tak pełni troski, czemu nie ujawnili jej od samego początku, tylko chowali, jak dobry prezent pod choinkę. To jedno, a drugie – przecież oni nie wierzą, że zwierzęta żyją po śmierci. Kunegundo, chyba dokonałaś projekcji własnej troski na twoich „gospodarzy”.

- Fakt - westchnęła Kunegunda. W najlepszym razie wydawali się obojętni.

- Profesor Zimbardo, ten od Stanfordzkiego Eksperymentu Więziennego, twierdzi, że zachowanie ludzi w dużej mierze zależy od sytuacji, w jakiej się znajdą i od roli, jaką pełnią. Studenci-strażnicy zachowywali się podle wobec studentów-więźniów, bo taka rola przypadła im w udziale. Nieraz siły działające na nas w danej sytuacji są istotniejsze niż nasz charakter czy osobowość. Może gospodarze nie są tacy źli sami z siebie, tylko fakt, że grają rolę rolników przed sobą nawzajem i przed społeczeństwem sprawia, że się tak zachowują - stwierdziła Katarzyna.

- Oglądałam wykład z nim na Youtube’ie - dorzuciła Zofia. - Letnicy mieli go na laptopie. Byłam akurat w pobliżu po zniesieniu jajka. Pamiętajcie, że Zimbardo nie zwalniał sprawców z odpowiedzialności. Twierdził tylko, że siły sytuacyjne mogą być czymś w rodzaju okoliczności łagodzących. Od siebie dodam, że coś mi się widzi, że rolnicy grają rolę rolników, a konsumenci konsumentów w społeczeństwie, gdzie ramy relacji między ludźmi a innymi zwierzętami nakreśla szowinizm gatunkowy. A może zapędziłam się w interpretacji?

Pianie koguta obudziło Marię. Otworzyła oczy i poczuła pod policzkiem fakturę papieru. Zasnęła czytając „Restaurację na końcu Wszechświata”. Na ekranie laptopa zastygł bez ruchu profesor Zimbardo wygłaszający wykład o efekcie Lucyfera na SWPS. Maria związała włosy w mało staranny kucyk, narzuciła rozpinany sweter na sukienkę, w której zasnęła i wyszła z wynajmowanego pokoju. Gospodarstwo agroturystyczne, w którym spędzała urlop, miało dużo zwierząt. Kątem oka zauważyła odjeżdżającą spod płotu ciężarówkę. Szybkim krokiem przemierzyła podwórze i weszła do obory. Łaciata i Mućka stały tak jak wczoraj, choć wyglądały na niespokojne. Ich dzieci w oborze już nie było. 


______ 
Dowiedz się więcej:

1. Ubojnia kur poprodukcyjnych (link)
2. A jeśli dzień życia nioski to strata 7 groszy na dzień... (link)
3. Mleko z krowy jak deszcz z chmury? Nie do końca. Po drodze są cielęta. (link)
4. Peter Singer zawsze był (i jest) utylitarystą i nigdy tego nie ukrywał. Nie jest zwolennikiem praw zwierząt. (link)
5. Najbardziej znane teorie praw zwierząt opracowali: filozof Tom Regan (link) i prawnik Gary Francione (link)
6. A, no i profesor Zimbardo! Nie tylko o banalności zła ale i o banalności dobra (link)



niedziela, 21 lutego 2016

Futro z norek - nie, cyrk ze zwierzętami - tak. O hermetyczności kampanii jednotematycznych

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Kampanie jednotematyczne

Wśród organizacji zajmujących się tematem zwierząt, kampanie jednotematyczne zajmują dość ważne miejsce. Tak zwane single issue campaigns (czyli SICs), to mniej lub bardziej rozbudowane działania, mniej lub bardziej rozciągnięte w czasie, których celem jest najczęściej lokalna zmiana prawa.  Zmiana prawa może dotyczyć zmiany formy wykorzystywania zwierząt (np. większe klatki) albo zakazu danej formy wykorzystywania zwierząt (np. zakaz cyrku ze zwierzętami). 

W Polsce najbardziej znane kampanie tego typu to cyrk bez zwierząt (której celem jest zakaz występów zwierząt w cyrkach w Polsce), Dzień bez futra/antyfutro (której celem jest wprowadzenie krajowego zakazu ferm futrzarskich) czy Zerwijmy łańcuchy (której celem jest zakaz trzymania psów na łańcuchach). Gama działań w ramach kampanii jest szeroka, od informowania, edukowania i przekonywania obywateli i obywatelek, poprzez współpracę z mediami aż do kontaktów z parlamentarzystami mających na celu wprowadzenie nowelizacji Ustawy o ochronie zwierząt, tak aby pojawiła się w niej pożądana zmiana czy zakaz. 

Są też kampanie wychodzące poza granice państwowe.  Na poziomie Unii Europejskiej prowadzono kampanię przeciwko klatkom bateryjnym (której celem była zmiana na nieco większe klatki dla kur znoszących jaja). W wielu krajach, w tym w Polsce, prowadzono kampanię Stop rzezi fok w Kanadzie, której celem było nakłonienie rządu Kanady do wprowadzenia krajowego zakazu polowań na foki.   

Czas
Kampanie są zazwyczaj bardzo rozciągnięte w czasie. Nawet najprostsza wydawałoby się kampania jaką jest cyrk bez zwierząt, trwa od ponad 25 lat. Dopiero teraz wydaje się nabierać rozpędu, kiedy kolejni burmistrzowie, idąc w ślad za prezydentem Słupska Robertem Biedroniem, podpisują rozporządzenia zakazujące wynajmowania terenów gminnych cyrkom ze zwierzętami. Sezon wiosenno-letni pokaże jednak czy  terenów gminnych jest wystarczająco dużo, by zniechęcić cyrki do poszukiwania terenów prywatnych, na których mogłyby stanąć.  Kampania wydawałaby się prosta choćby z dwóch względów: po pierwsze nie trudno jest dowieść, że tresowane zwierzęta zaspokajają raczej trywialne zachcianki niż poważne potrzeby; po drugie z tego biznesu żyje relatywnie bardzo mała grupa ludzi i nie stanowi on ważnej gałęzi gospodarki i silnej grupy nacisku, tak jak branża jajczarska czy futrzarska. A jednak okazuje się, że nawet taki temat nie jest łatwy do przeprowadzenia. Zarządzenia miejskich władz mogą nie wystarczyć  i dopiero wprowadzenie zakazu na terenie całego kraju uniemożliwi prowadzenie tego typu biznesu w Polsce. Czas pokaże, kiedy uda się to zrobić. 

Wracając do tematu wszystkich kampanii ogółem, do czasu upływającego między rozpoczęciem kampanii a przegłosowaniem danej zmiany w Parlamencie należy doliczyć czas na wejście w życie nowego prawa. Dyrektywa unijna zakazująca klatek bateryjnych została przegłosowana w 1999 roku, a nakazywała wejście w życie zakazu w 2012 roku. Natomiast wejście w życie prawa nie musi wcale znaczyć zastosowania się do niego. W styczniu 2012 roku 15 krajów członkowskich, w tym Wielka Brytania i Polska, zgłosiły unijnemu Stałemu Komitetowi ds. Łańcucha Żywnościowego i Zdrowia Zwierząt, że na ich terenie wciąż działali producenci, którzy nie dostosowali się do wymogów dyrektywy. [1] A przecież mieli na to 13 lat.

Ograniczony zakres

Większość kampanii jednotematycznych ma dość ograniczony zakres. Już na samym początku zostaje on w taki sposób określony, a z biegiem czasu zdarza się, że ulega dalszemu ograniczeniu. 

Tresura dzikich zwierząt
Kampania cyrk bez zwierząt dotyczy tylko cyrków, nie innych form tresury zwierząt, np. w tresury psów myśliwskich do atakowania zwierząt leśnych czy tresury delfinów do komercyjnych pokazów w stacjonarnych delfinariach. Z biegiem czasu, część zwolenników cyrku bez zwierząt, daje się przekonać do walki o cyrk bez zwierząt dzikich jako etap na drodze do zakazu cyrku ze zwierzętami w ogóle. Zwolennicy zakazu ferm futrzarskich od samego początku zajmują się fermami, na których hodowane są zwierzęta dzikie – przede wszystkim norki, lisy i jenoty, praktycznie wykluczając z tematu króliki. Z biegiem czasu niektórzy zmieniają kampanię postulując zakaz tylko ferm z lisami i jenotami.

Polowania komercyjne
Kampania przeciwko polowaniom na foki od początku obrała sobie za cel tylko Kanadę (tam zabija się najwięcej fok, ale nie jest to jedyny kraj, gdzie takie polowania mają miejsce). Należy jeszcze zwrócić uwagę, a może należałoby to zrobić na początku, że kampania ta wyróżnia polowanie na foki spośród dziesiątków, jeśli nie setek rodzajów polowań na zwierzęta wielu innych gatunków. Z biegiem czasu w Unii Europejskiej kampania przyjęła inny obrót – ograniczono się do polowań komercyjnych i wprowadzono zakaz importu produktów z takich właśnie polowań.

Klatki 550cm2

Kampania przeciwko klatkom bateryjnym, często mylnie brana za kampanię przeciwko klatkom w ogóle, miała na celu poszerzenie drastycznie małej powierzchni, na której wegetowały kury znoszące jaja niezapłodnione przeznaczone do konsumpcji (w przeciwieństwie do jaj zapłodnionych przeznaczonych do „produkcji” kolejnych kur czy kurczaków). Tu ograniczenie było podobne jak w przypadku fok. Z założenia kampania dotyczyła tylko kur, choć trzymanie w małych klatkach dotyczy też innych rodzajów chowu, choćby królików na mięso i futra czy norek i lisów na futra. 

Wracając do powierzchni, na której wolno było trzymać kury, wynosiła ona 550cm2, czyli okolicę kartki A4. Cykl eksploatacji takiego zwierzęcia trwa 1-2 lat. W tym czasie zwierzę jest przetrzymywane w klatce i nigdy nie wypuszczane. Następnie grupa wycieńczonych ptaków, tzn. tych, które jeszcze nie umarły, zostaje odtransportowana do rzeźni.  Rozpisałam się, ale jest o czym, prawda? Zwolennicy kampanii ostatecznie przystali na zwiększenie tej powierzchni do 750cm2. Podpowiem, że kartka A4 ma 630cm2. Niewielka to była zmiana, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że zwierzęta są zamknięte tam nie przez dzień czy tydzień ale rok lub dwa lata. 

Czasem trzeba zmienić gatunek na bardziej znajomy, by uzmysłowić co znaczy dana sytuacja dla zwierząt gatunku znanego bardzo słabo. Wyobraźmy więc sobie, że radujemy się na wieść, że koty trzymane w małych transporterach przez rok lub dwa dla sierści, z której będą piękne swetry, zostają przeniesione do odrobinę większych transporterów, gdzie mogą wyciągnąć jedną łapę i umyć sobie nią twarz i uszy i pozostaną tam przez rok czy dwa bez wypuszczania a następnie zostaną odwiezione do rzeźni (wyobraźmy sobie też, że są rzeźnie dla kotów). Radością to nas nie napawa, prawda? 

A zmiana klatek 550 na 750cm2 i dołożenie do tego żerdki i gniazda była opisywana samymi superlatywami, jako postęp, zwycięstwo. Mówiono o zakazie klatek bateryjnych, powtarzano to tyle razy, że w końcu uwierzono, że to prawdziwe „victory”, że to znak cywilizowanego świata, który dobrze traktuje zwierzęta. Czyżby? Ale to jeszcze nie koniec zwężającego się zakresu kampanii. Zmiana ta nie dotyczy ferm do 350 zwierząt i ferm, gdzie hoduje się kury matki znoszące zapłodnione jaja, z których wykluwają się pisklęta płci żeńskiej sprzedawane na fermy jajczarskie i pisklęta płci męskiej traktowane jako odpad i zabijane wkrótce po wykluciu. Zmiana ta nie dotyczy także długości przetrzymywania zwierząt na ograniczonej przestrzeni i braku leczenia urazów fizycznych, a także założenia przyjmowanego rutynowo, że część zwierząt po prostu nie dożyje do końca cyklu eksploatacji. 

Etapowanie i hermetyczność

Koszty strategii
Oczywiście wielu zwolenników i zwolenniczek etapowości przyjmuje ją do wiadomości jako strategię umożliwiającą dotarcie do upragnionego końca: zakazu występów jakichkolwiek zwierząt w cyrkach, czy zakazu wszystkich ferm futrzarskich. Faktycznie, łatwiej jest wprowadzić mniejszą zmianę niż większą. Pytanie jakim odbywa się to kosztem. Czy jest to pytanie sugerujące, że każda taka kampania powinna się zwinąć, a jej uczestnicy zająć czymś innym? Nie. Uważam jednak, że pytanie takie trzeba stawiać właśnie ze względu na zwierzęta. 

Rozkładając na etapy, wchodząc w takie a nie inne koalicje, wykorzystując takich a nie innych ekspertów, posyła się w świat określony przekaz. I należy pamiętać, że większość odbiorców to ludzie przyzwyczajeni do eksploatacji niektórych zwierząt i biorący w niej udział (nie w sposób sadystyczny, ale z przyzwyczajenia, wygody, dla przyjemności) jedząc mięso, nabiał, jaja, nosząc skóry, wełnę, czasem nawet futro. Wyłuskanie pojedynczego tematu dla takich odbiorców zawsze będzie sygnałem, że to ten właśnie sposób eksploatacji jest zły lub przynajmniej gorszy niż inne. To będzie założenie domyślne. Mówienie tylko o danej formie eksploatacji podczas danej kampanii i nienawiązywanie do żadnych innych form eksploatacji tylko wzmocni to założenie. A tak często kampanie jednotematyczne wyglądają. Osoby popierające zakaz cyrków ze zwierzętami mogą to robić w kurtkach z kapturem obszytym futrzanym kołnierzem. Osoby popierające zakaz ferm futrzarskich mogą nie mieć problemu z chodzeniem do cyrku ze zwierzętami. Jedni i drudzy zapewne nie mają żadnego problemu z jedzeniem mięsa, nie mówiąc już o jedzeniu jajek, nawet importowanych spoza Unii. 

Zakładnicy
Rozłożenie na etapy czyni argumentację jeszcze bardziej hermetyczną. Już nie rozmawiamy o tresurze zwierząt w cyrku, ale o tym, że tresura dzikich zwierząt jest dla nich udręką. Już nie rozmawiamy o wszystkich polowaniach na foki, tylko o tych komercyjnych. Już nie dyskutujemy o życiu i śmierci na fermie futrzarskiej ale o podobieństwie lisów i jenotów do psów. Zakładnikami tego etapu stają się odpowiednio zwierzęta udomowione wykorzystywane w cyrkach, foki zabijane na użytek własny myśliwych czy wreszcie norki tak niepodobne do psów. Jeśli kampanie jednotematyczne można porównać do zamkniętych szuflad, to etapowanie kampanii jednotematycznych to już szuflady w szufladach.

Ramy interpretacyjne
Szuflandia utrwala się w głowach odbiorców tak prowadzonych kampanii i często zaraża również aktywistów i aktywistki. Wszyscy bowiem jesteśmy podatni na efekt ram interpretacyjnych, czyli sformułowanie zagadnienia, które nam zaserwowano. Hermetyczność kampanii wspiera przekonanie, że poszczególne tematy się nie łączą, utrudnia wyjście poza ramy i dostrzeżenie analogii, połączeń. Można gorąco wspierać kampanię antyfutrzarską i równocześnie jeść jajka od zwierząt dręczonych w bardzo podobny sposób jak lisy czy norki. Można popierać argument, że nie powinniśmy płacić za krzywdę zwierząt dla naszej przyjemności popierając zakaz cyrku ze zwierzętami i równocześnie nosić skórzane buty czy jeść mięso czy nabiał tłumacząc, że bardzo się lubi te produkty i nie wyobraża się sobie bez nich życia. 

Hermetyczność kampanii nie służy zwierzętom. Czy kampanie mogą być niehermetyczne? Czy leży w nich taki potencjał? Jeśli tak, to rzadko jest realizowany.

Przypisy
http://www.theranger.co.uk/news/Director-of-Policy-report-24th-January-2012_21705.html