Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania stereotypy, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania stereotypy, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

czwartek, 22 września 2016

Stereotypy o weganizmie: weganizm to dieta

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Stefan był weganinem. Jadł i jadł. Usta mu się nie zamykały. Pracowicie przeżuwał liście sałaty, skrzętnie chrupał marchew, łapczywie wysysał sok z pomarańczy, dopychał bananem (bez skojarzeń), ale ciągle chodził głodny. Strączki dawały wycisk jego jelitom, lecz nie dawał za wygraną. Próbował też korzonków i jagód. Chodził na grzyby.  Przed snem, zamiast baranów, liczył sobie wystające żebra.

Wróć. Stefan był weganinem. Jadł dostarczające pożywnego białka rośliny strączkowe, a pozostałe aminokwasy egzogenne dostarczał sobie ze zbóż. W jadłospisie ważne miejsce miały zielonolistne warzywa. Stefan nie zapominał o  orzechach i pestkach. Codziennie jadł też owoce. Z odrazą patrzył na tłuszcze nasycone i tłuszcze trans. Bilansował białko, węglowodany i tłuszcze nienasycone. Ważył się i mierzył co tydzień. Ćwiczył. Jego skóra była gładka, bicepsy twarde w dotyku, a brzuch płaski. Był Bogiem. No dobra, był nieśmiertelny.

Wróć. Stefan był weganinem. Miał gdzieś kalorie i składniki pokarmowe. Był obżartuchem, a przecież na diecie roślinnej najeść można się i to nieźle. Jadł ciasta, pączki, czekolady, cukierki, gofry, torty i lody. Uwielbiał wegańskie burgery. Wybrzydzał. Jego cera była w porządku, ale spodnie przestały się dopinać. Kupił następną parę i jadł dalej. Mieszkał w Warszawie, więc nawet nie musiał sobie tego wszystkiego sam przygotowywać. Kupował. Żałował trochę, że nie mieszka w Berlinie. Tam dopiero roślinożercy mieli używanie.

Wróć.  Stefan był weganinem. Dlaczego więc narracje kompulsywnie skupiają się na jedzeniu? Bo weganizm jest stereotypowo utożsamiany z dietą, a dieta roślinna sama obrasta we własne stereotypy: ma być albo uboga i niesycąca, albo związana ze zdrowym stylem życia, albo modna i wielkomiejska. Razem stereotypy te tworzą chmurę, która zasłania sedno sprawy – etyczny wymiar weganizmu.

Kto więc tak naprawdę jest weganinem? Weganinem/weganką jest osoba, która jest przeciwna eksploatacji zwierząt i okrucieństwu wobec nich i stara się wykluczyć w stopniu możliwym i wykonalnym wszystkie formy eksploatacji i okrucieństwa wobec zwierząt w związku z produkcją żywności, ubrań czy w jakimkolwiek innym celu; co za tym idzie promuje rozwój i wykorzystywanie alternatyw wolnych od składników odzwierzęcych i niezwiązanych ze zwierzętami, które to alternatywy są korzystne dla ludzi, zwierząt i środowiska. W taki sposób definicja weganizmu oficjalnie sformułowana przez The Vegan Society w 1979 roku przekłada się na pojedynczego weganina lub wegankę.

Owszem, produkcja żywności jest na pierwszym miejscu. Stąd zapewne skojarzenie weganizmu z dietą, ale widać równocześnie, że jest to tylko jeden z wielu elementów, których wspólnym mianownikiem jest eksploatacja zwierząt. Zwierzęta są wykorzystywane, krzywdzone i zabijane z premedytacją (w przeciwieństwie do przypadkowego zranienia czy zabicia) nie tylko w produkcji mięsa, mleka i jajek, ale także w powiązanej produkcji skór i wełny, oraz w produkcji futer a nawet jedwabiu. Jest też wiele przykładów eksploatacji w przemyśle rozrywkowym i hobbystycznym: pokazy tresury lwów, słoni czy koni w cyrkach, pokazy tresury delfinów i orek w wodnych parkach rozrywki, tresura koni do jazdy konnej, wyścigi koni i chartów, gonienie byków w Pampelunie, korrida czy rodeo. Zwierzęta są też tresowane do filmów (owczarki niemieckie w „Czterej Pancerni i pies”, prosięta, psy, szympansica Chrissy i inne szympansy w „Babe 2: pig in the city”).

Eksploatacja dotyczy zarówno zwierząt udomowionych jak też zwierząt dzikich, szczególnie ryb w rybołówstwie. Istnieje także cały sektor hodowli zwierząt domowych, których cechy fizyczne i psychiczne mają być podporządkowane naszym gustom i celom: przede wszystkim psy kanapowe, salonowe, wystawowe i użytkowe, a także koty, króliki czy fretki o różnej długości i kolorze sierści. Miłośnicy ras  przyjmują do wiadomości lub puszczają mimo uszu, że wzorzec rasy bywa szkodliwy dla zwierząt go spełniających (począwszy od długich tułowi na krótkich nogach jamników, poprzez spłaszczone twarzoczaszki persów i buldogów, do ras dużych i miniaturowych). Oczywiście zwierzęta są też eksploatowane w testach składników i produktów (np. kosmetyki) oraz w badaniach biomedycznych.

Produkcja żywności jest wymieniona jako pierwsza, bo jest to sektor, który eksploatuje największą liczbę zwierząt. W skali globalnej jest to 60 miliardów zwierząt lądowych rocznie (głównie kury, potem indyki, świnie, krowy, owce, kozy). Jeśli chodzi o ryby, to albo są one łapane w sieci w morzach i oceanach, albo hodowane na fermach. Nie ma dokładnych danych dotyczących liczby tych zwierząt zabijanych rocznie. Są tylko szacunki produkcji w tonach. W statystykach FAO ryby, skorupiaki i mięczaki są umieszczone razem, a ich "produkcja" jest podzielona na rybołówstwo i akwakulturę. W 2014 roku, rybołówstwo było odpowiedzialne globalnie za blisko 93,5 mln ton zabitych zwierząt, zaś akwakultura blisko 74 mln ton. Dorsze bałtyckie średnio ważą około 2kg, karpie są zabijane, gdy osiągają wagę około 2kg, łososie dorastają do 24 kg, tuńczyki błękitnopłetwe - 350 kg. Dzięki znajomości średniej masy ciała i liczby ton poszczególnego gatunku można obliczyć średnią liczbę ryb danego gatunku zabitych rocznie.  W Polsce zwierząt lądowych zabija się około 800 milionów rocznie. Podobnie jak w skali globalnej, większość tej liczby stanowią kurczęta (tzw. brojlery zabijane w wieku około 6 tygodni) oraz kury (z ferm jajczarskich wysyłane do rzeźni w wieku 1-2 lat).

Weganizm jest kojarzony z dietą nie tyle z powodu skali eksploatacji zwierząt w przemyśle spożywczym, o której często nie mamy pojęcia, ile z prostego względu, że jedzenie jest czynnością, którą wykonujemy bardzo często. Jemy posiłki parę razy dziennie, zakupy spożywcze robimy parę razy w tygodniu, niektórzy z nas codziennie gotują, inni chodzą regularnie do stołówek, barów i restauracji. Częstotliwość kupowania produktów spożywczych, przygotowywania dań i myślenia o jedzeniu jest nieporównywalnie większa od częstotliwości kupowania butów i płaszczy czy decydowania się na jakiś rodzaj rozrywki.

Ograniczanie weganizmu do diety jest nie tylko niezgodne z rzeczywistością (Stefan, który jest na diecie roślinnej ale kupuje skórzane buty, wełniane swetry i kurtki z futrzanym obszyciem nie jest weganinem), ale utrudnia zrozumienie o co w weganizmie chodzi. Weganizm utożsamiony z dietą wrzuca się do worka z witarianizmem, frutarianizmem, dietą bezglutenową, dietą wg grupy krwi, dietą paleo czy dietami odchudzającymi albo zapewniającymi wieczne zdrowie i młodość. Staje się on wtedy jedną z opcji, którą dobieramy według własnych upodobań lub obsesji albo z polecenia guru żywieniowych.

Skupianie się na diecie może opóźnić lub zniwelować zainteresowanie kwestiami etycznymi, czyli eksploatacją zwierząt.  Pominięcie rozmowy o wykorzystywaniu i zabijaniu zwierząt i zastąpienie jej roztrząsaniem listy składników skojarzy weganizm z religią, szczególnie z koszernością, i ustawi weganizm jako jeszcze jeden sposób odżywiania. Dziś zjem schabowego w restauracji z tradycyjną polską kuchnią, jutro pójdę ze znajomymi do restauracji wietnamskiej, a w weekend zajrzymy do wegańskiego baru na roślinnego burgera. Wegańska restauracja stanie się wtedy kolejną propozycją kuchni „etnicznej”, której możemy sobie próbować, od której możemy stronić, lub którą tolerujemy u naszych znajomych. Kuchenna część poranka w komercyjnej stacji TV wita specjalistę od kurzej wątróbki, a za 15 minut zaprosi do stołu blogerkę, która zrobi roślinną wersję tego dania.

Weganizm nie jest alternatywnym stylem życia czy kulturową odmianą kuchni. Jest sprzeciwem wobec eksploatacji zwierząt. Postuluje wziąć na poważnie to, co większość z nas już dawno temu przyznała – nie można zadawać niepotrzebnego cierpienia zwierzętom; nie można zabijać zwierząt bez ważnego powodu. Dość dobrze radzimy sobie z tym przekonaniem, gdy oczami wyobraźni w miejscu „zwierzęcia” postawimy psa czy kota (choć jak widać w przypadku hodowli i handlu zwierzętami domowymi pozostaje wiele do życzenia). Weganizm wynika z dość prostego założenia: na eksploatację nie zasługuje żadne zwierzę, które myśli, czuje i chce żyć. Założenie to idzie w parze z wnioskiem: dopóki mam wybór, nie przykładam ręki do eksploatacji zwierząt. 


 Czytaj więcej:
- Podróż po statystykach dotyczących eksploatacji ryb -



poniedziałek, 31 grudnia 2018

Pozwolisz, że zamówię cheeseburgera? I inne pytania (zadawane weganom)

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Jakiś czas temu napisałam tekst o tym, dlaczego weganizm jest czasem kojarzony z religią. To był wpis z serii o stereotypach na temat weganizmu. Napisałam, że utożsamianie weganizmu z religią bierze się z bardzo powierzchownej analogii: skoro większość znanych Polakom ograniczeń w diecie jest związanych z religią katolicką, (czasem z judaizmem i islamem), to weganizm, kojarzony głównie z ograniczeniami w diecie, też musi być jakąś religią. 

W inny, interesujący sposób, wytłumaczyła to prawniczka i weganka Sherry F. Colb, autorka książki „Mind if I Order the Cheeseburger”, pisząc w odniesieniu do tytułowego pytania: 

Etyczny weganin ma rzeczywiście coś wspólnego z wyznawcami jakiejś wiary: silne przekonanie, że pewne działania, które ludzie mogą legalnie realizować, są mimo to szkodliwe i najlepiej byłoby ich unikać. Dla weganina, podobnie jak dla osoby religijnej, różne podejścia do konsumpcji produktów odzwierzęcych nie są równoważne: jedno z tych podejść (weganizm) jest najlepsze, a pozostałe (różne wersje nieweganizmu) nie są wystarczające. Między innymi dlatego właśnie etycznemu weganinowi niezręcznie jest konfrontować się z pytaniem „Będzie Ci przeszkadzać, jeśli zamówię cheeseburgera (lub omlet lub kanapkę z kurczakiem)?” Uczciwa odpowiedź dla wielu wegan może brzmieć „Tak, będzie mi to przeszkadzać.” Etyczni weganie, podobnie jak członkowie jakiejkolwiek grupy, których łączą etyczne przekonania, w odniesieniu do pewnych pytań odrzucają pogląd, że kwestionowane zachowanie, tutaj: konsumpcja produktów odzwierzęcych, „nie jest właściwa dla nas, ale dla was jak najbardziej” tak jak kariera stomatologa lub siedmiogodzinny sen może nie jest dobrym wyborem dla jednych, ale dla innych ludzi i owszem.* 



Faktycznie, jeśli ktoś ocenia jako etycznie negatywną powszechnie akceptowaną i stosowaną praktykę, to stawia się poza domyślnym etycznym konsensusem większości i może przez tę większość zostać zidentyfikowany jako wyznawca jakiejś religii, lub gorzej, z członek sekty. Choć Colb jest Amerykanką i pochodzi z religijnej żydowskiej rodziny, to jej obserwacja pasuje także do polskich realiów. Myślę, że są dla tego pasowania dwa powody. 

Po pierwsze, w kraju tak jednorodnym religijnie jak Polska, gdzie ponad 90 procent osób pozostaje w bliższej lub dalszej, ale praktycznie nigdy nie zerwanej, zażyłości z Kościołem Katolickim, stawiam tezę, że tej większości przekonania na temat co jest moralnie dobre a co złe kojarzą się z wiarą/religią/kościołem. Jest tak między innymi dlatego, że to Kościół najwięcej o tym mówi, a poza nim ludzie trafiają w tym temacie na pustkę. Faktycznie brakuje systematycznej, powszechnie dostępnej alternatywy, by o dobru i złu rozmawiać w oderwaniu od religii. Wystarczy spojrzeć na kulawą historię nauczania etyki w szkołach i porównać ją z intensywną katechezą. W takich warunkach przekonanie, że np. ateiści nie mają kręgosłupa moralnego może padać na podatny grunt. Dobrze przyjmie się też przekonanie, że ktoś mówiący o etyce inaczej niż Kościół Katolicki zapewne jest wyznawcą jakiejś religii. 

Po drugie, nie wiem dokładnie jak ma się katolicyzm w innych krajach, ale w Polsce większość katolików (znowu moja obserwacja) zarazem uznaje się za członków Kościoła i nie stosuje się do wielu zasad jego nauki. Oficjalnie wierni nie sprzeciwiają się na przykład zakazowi stosunku przerywanego i używania środków antykoncepcyjnych czy zakazowi seksu przedmałżeńskiego. W praktyce, nic nie świadczy o tym, by się do tych zakazów powszechnie stosowali. Istnieje więc spory rozziew pomiędzy zgodnym kiwaniem głowami podczas kazania księdza, a niezgodnym z nim faktycznym podejściem do seksu i zapobiegania ciąży. To oczywiście nie jedyny przykład hipokryzji, ale taki, który dotyczy większości wiernych w znacznym okresie ich życia. To (nomen omen) rodzi pewną kulturę etycznego bycia i życia, kulturę nonszalancji, patrzenia z góry na tych, którzy naprawdę wierzą w jakieś zasady i starają się ich przestrzegać, którzy charakteryzują się żarliwością i starannością. Być może stąd protekcjonalny stosunek wielu polskich katolików do Świadków Jehowy i przekonanie, że jasne sprecyzowanie etycznych zasad i poważne ich traktowanie wiązać się musi z jakąś inną niż katolicyzm religią. Stąd nietrudno o potraktowanie weganizmu jako jakiejś religii, która rządzi się swoimi prawami. Protekcjonalny stosunek nie zachęca do próby zrozumienia, raczej dystansuje. Etykieta religii lub sekty przykleja się do weganizmu tym łatwiej. 

Choć Sherry Colb rozumie, skąd wzięło się skojarzenie weganizmu z religią, autorka myśli tej nie przyklaskuje. Podobnie jak w przypadku pozostałych pytań, które analizuje w swojej książce, Colb przedstawia nam jasną, zrozumiałą i przemyślaną odpowiedź. Czym różnią się religie od weganizmu? Dlaczego weganin krytykujący niewegan za jedzenie produktów odzwierzęcych jest jednak w innej pozycji niż katolik krytykujący muzułmanów za nieprzyjmowanie komunii? Oddam głos autorce:

Pomimo opisanego podobieństwa między etycznymi weganami a praktykującymi członkami grup religijnych, różnica między weganami a nieweganami pod pewnym względem jest zupełnie inna niż różnica między członkami różnych związków wyznaniowych. Kiedy jakaś religia jako jedyna zabrania określonej praktyki, wyznawcy tej religii nie mają wspólnej płaszczyzny z wyznawcami innej religii, aby odnieść się do tej praktyki. Wyobraźmy sobie katolika, który mówi do muzułmanina „Powinieneś przyjąć komunię, bo w ten sposób możesz okazać szacunek wobec Jezusa, Syna Bożego, który przyjął ciało, aby zbawić świat od grzechu.” 
Choć islam uznaje Jezusa za proroka, to nie przyjmuje chrześcijańskiego przekonania, że Jezus był Synem Boga. Zatem muzułmanie nie odczuwają potrzeby, by poprzez komunię okazywać szacunek boskiemu pochodzeniu Jezusa. Gdyby więc katolik nalegał, by muzułmanin przyjął komunię, mógłby wydać się nietolerancyjny, bo oznaczałoby to, że narzuca innej osobie stricte katolickie przekonania na temat rzeczywistości, a co za tym idzie, na temat moralności.
W przeciwieństwie do tego, etyczni weganie posiadają podstawowe przekonania na temat rzeczywistości, które są zasadniczo zbieżne z przekonaniami znajomych niewegan. Weganie i większość niewegan dzielą wiele przekonań, w tym, co najistotniejsze, że niepotrzebne zadawanie zwierzętom cierpienia i śmierci jest czymś, czego nie powinniśmy robić. (…) 
Ponieważ weganie i nieweganie dzielą te podstawowe wartości, które są fundamentem weganizmu, wydaje się rozsądne, że weganie zachęcają przyjaciół, którzy nie są weganami, żeby dali szansę weganizmowi. Wegańska perspektywa polega na tym, że wartości, które już - jako ludzkie społeczeństwo - uznajemy wskazują na weganizm jako bardziej pokojowy i moralnie spójny sposób życia. Weganie dostrzegają, że instytucje stojące za produkcją i konsumpcją jedzenia i odzieży aktywnie ukrywają prawdę dotyczącą tego, co dzieje się ze zwierzętami, których używamy, właśnie dlatego, że ta prawda byłaby głęboko raniąca dla tak wielu konsumentów, zarówno wegan jak i niewegan.*


Trudno mi dodać coś od siebie. Myślę, że Sherry Colb ujęła to doskonale. Jak zresztą wiele innych tematów tej książki. Autorka nie tylko uważnie, dokładnie i inteligentnie odpowiada na często zadawane weganom pytania (w tym nieśmiertelne pytanie o to, czy rośliny czują ból; i uwaga – spoiler – Colb zgodnie ze współczesną wiedzą potwierdza, że nie czują), ale także z empatią, cierpliwością i bez cienia złośliwości (za co ją podziwiam) szuka źródeł tych pytań.

Jestem weganką od 2005 roku i wiele już zdążyłam od tamtego czasu przeczytać i obejrzeć, a mimo to czytałam książkę Colb z wielkim zainteresowaniem i podziwem dla starannej, eleganckiej, empatycznej i – co także ważne – oryginalnej analizy. Jak podkreśla sama autorka, książka jest zarówno dla osób zadających te pytania i zainteresowanych weganizmem jak i dla tych, którzy do tej pory nie byli usatysfakcjonowani swoimi odpowiedziami.

* Fragmenty książki "Mind if I Order the Cheeseburger" - w moim tłumaczeniu
________________________________________ 

Czytaj i oglądaj dalej:
  • Sherry F. Colb "Mind if I Order the Cheeseburger" (link do ebooka)
  • Prezentacja Sherry F. Colb i Michaela Dorfa nt tej książki 56 min - video (link)
  • Mój tekst "To kolejna religia! - stereotypy o weganizmie" (link)




niedziela, 23 lipca 2017

To kolejna religia! - stereotypy o weganizmie

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Dlaczego wielu ludziom weganizm kojarzy się z religią? Być może dlatego, że najczęściej mówi się o nim w kontekście niejedzenia pewnych rzeczy. “Pewnych rzeczy” zaś, to mało powiedziane. Chodzi bowiem o rzeczy centralne dla doświadczenia smaku i sytości w standardowej, tradycyjnej polskiej diecie, rzeczy, od których potrawy mają nawet swoje nazwy: kurczak po takiemu czy owemu, bitki cielęce z czymś tam, śledź w czymś tam, i tak dalej. Mięso jest królem polskiego stołu. Dworem króla są ryby (w kulinarnej nomenklaturze nie są mięsem), nabiał i jaja. Jeśli więc znika król i jego świta, to wniosek jest prosty: albo ktoś jest bardzo biedny (mniej zamożni, ale nie bardzo biedni ludzie jedzą po prostu tańsze mięso, nabiał i jaja) albo chory, albo, i tu zmierzamy do stereotypu: religia nakazuje mu ascezę, wprowadza zakaz radowania się życiem w jego kulinarnej odsłonie.

W Polsce wszelkie ograniczenia w jedzeniu mięsa (ale nie ryb) wiodą ku religii katolickiej. Katolicy chcący być w zgodzie z przykazaniami kościelnymi nie jedzą mięsa ssaków i ptaków w piątki, Środę Popielcową i w Wielki Piątek, a podążając ścieżką tradycji – także w Wigilię. Część Polaków kojarzy też pewnie, że ograniczenia w jedzeniu mięsa dotyczą także judaizmu i islamu. Wiedzą to szczególnie ci, którzy rzucą pod meczet głowę świni (potocznie zwaną “świńską głową” - tak jakby “świńskość” była rodzajem materiału, jak jest to np. w złożeniach typu: plastikowa piłka), w nadziei, że urażą muzułmanów, którzy - właśnie ze względów religijnych - świń nie jedzą. Czasem zdarzają się też skojarzenia z religiami Wschodu, gdzie zaleca się (choć nie zawsze) niejedzenie zwierząt, a więc do listy pokarmów “zakazanych” lub niewskazanych wchodzi mięso ssaków, ptaków i ryby.

W zderzeniu z taką paletą religijnych skojarzeń, nietrudno o zaklasyfikowanie weganizmu (często mylonego z wegetarianizmem) do grupy religii, a jako że ma relatywnie mało zwolenników, to kolejnym logicznym krokiem wydaje się nazwanie go sektą i obśmianie, szczególnie że nie tylko wyłącza mięso ssaków i ptaków oraz ryby (jak wegetarianizm), ale także nabiał i  jaja. Co więcej, weganizm  nie zatrzymuje się na kuchni, lecz przetrzepuje mocno garderobę wyrzucając skóry, futro, wełnę i jedwab; grzebie także w naszych kosmetykach i chemii gospodarczej w poszukiwaniu alternatyw bez składników odzwierzęcych i nietestowanych na zwierzętach; nakłania do omijania cyrków ze zwierzętami, delfinariów czy stadnin. Słowem, weganizm wierci dziurę w całym, dobrze już poukładanym i oswojonym świecie. Jak tu nie myśleć o weganach jak o sekciarzach-masochistach, którzy lubią sobie poograniczać tu i tam. A może jeszcze w domu dodatkowo chłoszczą swoje ciała?

Choć skojarzeniom tym trudno odmówić logiki, to fakty są zgoła odmienne. Weganizm powstał nie z patrzenia w niebo, lecz z obserwacji tego, co robimy zwierzętom tu, na ziemi. Powstał też nie po to, by zaspokajać osobiste potrzeby rozwoju duchowego, ale by sprzeciwiać się krzywdzie i eksploatacji zwierząt, o których nauka (a nie Bóg) mówi, że są zdolne do odczuwania cierpienia i nie jest im wszystko jedno, co się z nimi dzieje. Założycielami ruchu byli ludzie świeccy, a wieloletni lider The Vegan Society,  Donald Watson, nigdy nie zabiegał o pozycję nieomylnego guru.

Warto dodać, że Towarzystwo Wegańskie powstało w 1944 roku, jeszcze przed rozwojem ferm przemysłowych. Nie było więc odpowiedzią na intensyfikację cierpienia jakie ma miejsce w masowej produkcji mięsa, mleka czy jajek, lecz po prostu ogólnym sprzeciwem wobec krzywdzenia zwierząt, które ma miejsce zawsze wtedy, gdy wykorzystujemy je jako narzędzia, maszyny czy surowiec, niezależnie od skali przedsięwzięcia. Odrywanie cieląt od matek w produkcji mleka ma przecież miejsce zawsze, niezależnie od wielkości gospodarstwa. Krowy, które przestały zachodzić w ciążę lub produkować dużo mleka są zabijane niezależnie od wielkości gospodarstwa. Podobnie jest z kurami, które nie znoszą “wystarczającej” liczby jaj. Nie mówiąc już o wszystkich zwierzętach hodowanych bezpośrednio na mięso.

Jeśli uważamy, że zabicie psa, by uzyskać smaczne mięso, jest krzywdą wobec psa, to trzeba niezłej akrobatyki umysłowej, żeby nie ujrzeć żadnej krzywdy w zabijaniu świń, krów czy kur. Wątpliwości w odniesieniu do krzywdy ryb rozwieje nam znowu nauka, nie fragmenty świętej księgi. Niedowiarkom polecam nieprzyjmowanie spraw na wiarę, lecz przyjrzenie się rzeczywistości, przeanalizowanie mechanizmów wykorzystywania zwierząt. Jeśli nie chcą czytać artykułów na stronach prowegańskich, niech zaczną od podręczników zootechniki.

Tak, weganizm zaleca mieć oczy szeroko otwarte i wbrew pozorom nie obiecuje raju na ziemi. No dobra, są weganie, którzy obiecują gruszki na wierzbie w odniesieniu do zdrowia i urody przekonując, że dieta roślinna jest najlepszą z diet i jeśli ktoś ją stosuje to (a) jest zdrowy, (b) nie zachoruje, (c) nie zestarzeje się, (d) ma ostre branie, ale podstawa weganizmu to sprzeciw wobec krzywdzenia zwierząt i faktycznie, ta postawa w praktyce najlepiej służy temu celowi, również pośrednio – bo produkcja żywności roślinnej jest najmniej obciążająca dla środowiska, zatem weganie mniej szkodzą terenom, które są domem dzikich zwierząt. Wracając do zdrowia, właściwie prowadzona dieta roślinna wpisuje się w spektrum tzw plant-based diets - jest to czołówka diet sprzyjających zdrowiu, więc tak czy owak skorzystamy.

Niektórzy nieweganie kojarzą weganizm z religią, gdy widzą, z jakim obrzydzeniem niektórzy weganie reagują na widok mięsa, lub, gdy nie chcą zjeść zupy ugotowanej na wyjętych przecież później z garnka kościach, albo gdy wahają się czy iść do restauracji, gdzie tych samych patelni używa się do robienia mięsnych i bezmięsnych potraw, czy wreszcie gdy nie chcą zjeść sałatki z odrobiną krowiego jogurtu. To kojarzy się z koszernością, a więc znowu mamy trop religijny. Czy jednak ci sami weganie kojarzyliby swoją postawę z religią, gdyby takie same odczucia i wątpliwości towarzyszyły im w restauracji, w której chcieliby zjeść coś roślinnego, bo serwowano by tam psie i kocie mięso i mleko? Co ciekawe, to bardziej sensowne i racjonalne (mniej arbitralne) wydaje się odczuwanie dyskomfortu wobec WSZYSTKICH produktów odzwierzęcych jeśli wiemy, że krowa, kura, pies i kot cierpią tak samo i tak samo chcą żyć. Zatem jeśli coś może się nam kojarzyć z koszernością (co nie znaczy, że skojarzenie jest właściwe) to właśnie wybiórcze obrzydzenie wobec psiego mięsa.

Szybkie skojarzenia łatwo wiodą na manowce. Szybkie skojarzenia weganizmu z sektą pozwalają łatwo go obśmiać i odrzucić. Jednak weganizm wskazuje nam coś ogromnie ważnego – nie jesteśmy jedynymi myślącymi, czującymi ból i chcącymi żyć istotami na Ziemi, zatem sprzeciw wobec przemocy nie może obejmować wyłącznie naszego gatunku, a mimo to wciąż tego nie zauważamy. Jest to wciąż ogromne i bolesne przeoczenie.




poniedziałek, 12 marca 2018

Uniwersalny zegar przemocy tyka

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Przemoc wobec kobiet
Co 40 sekund jakaś kobieta w Polsce doświadcza aktu przemocy. Co 2,5 doby przemoc w rodzinie prowadzi do śmierci kobiety. Co 7 minut na Policję trafia zgłoszenie dotyczące przemocy w rodzinie. To „zegar przemocowy”, który swoim tykaniem przypomina, że o prawa kobiet w Polsce trzeba wciąż walczyć, także w obronie ich zdrowia i życia. Opracowała go prof. Beata Gruszczyńska z Katedry Kryminologii Uniwersytetu Warszawskiego.

Według badań poświęconych przemocy wobec kobiet przeprowadzonych w Polsce w 2012 roku z inicjatywy FRA (Agencji Praw Podstawowych Komisji Europejskiej) wynika, że co trzecia kobieta była w swoim życiu ofiarą przemocy ze strony mężczyzny, w ciągu roku przemocy doznało 6% kobiet, czyli 800 tysięcy kobiet w wieku 18-69 lat. Co szósty przypadek to przemoc ze strony partnera kobiety. Tylko 30% aktów przemocy zostało zgłoszonych Policji. 

Prawo
Amnesty International zachęca do podpisania petycji „Polska wolna od przemocy wobec kobiet” skierowanej do Premiera, Sejmu i Senatu oraz do Pełnomocnika Rządu ds. Społeczeństwa Obywatelskiego i Równego Traktowania. Petycja domaga się wdrożenia podpisanej i ratyfikowanej przez Polskę Konwencji Rady Europy o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej z 11 maja 2011 roku. W polskim prawodawstwie wciąż brakuje definicji przemocy ekonomicznej, właściwej definicji gwałtu opartej na braku świadomej zgody na akt seksualny oraz skutecznych mechanizmów izolowania sprawców przemocy od osób narażonych na przemoc. 

Przemoc domowa, w tym przemoc fizyczna, psychiczna, seksualna czy wciąż niedostrzegana przez nasze prawo przemoc ekonomiczna, to tylko jeden z aspektów dyskryminacji kobiet. Ta dyskryminacja nie zaczyna się w domu i w domu się nie kończy. Społeczeństwo podtrzymuje i rozprzestrzenia szkodliwe stereotypy nie tylko w sferze prywatnej, ale także w edukacji szkolnej (w zeszłym roku usunięto wymóg edukacji antydyskryminacyjnej), w środowisku pracy, gdzie im wyższy szczebel tym mniej kobiet, oraz w polityce, gdzie wciąż chyli się czoła przed najbardziej patriarchalną i zmaskulinizowaną organizacją na świecie – Kościołem Katolickim.

Prawa kobiet
W Dniu Kobiet kobiety mówią o prawach kobiet i zmagają się z niekończącymi się próbami narzucania im męskiej, często seksistowskiej a nawet mizoginistycznej narracji. Akcja #MeToo, czy sprzeciw wobec zaostrzeniu już i tak restrykcyjnego prawa dotyczącego dostępu do aborcji pojawiły się przecież w wyniku wciąż istniejącej kultury uprzedmiotowienia kobiet, gdzie kobiety mają zaspokajać cudze potrzeby, cudze ambicje i cudze pragnienia.

Prawa zwierząt
Jak pisze dr hab. prof. Dorota Probucka w swojej książce "Filozoficzne podstawy praw zwierząt" "propagowanie od końca lat siedemdziesiątych XX wieku idei praw zwierząt ma pewien związek z postmodernistyczną falą praw czwartej generacji postulującą ochronę różnych, dotychczas deprecjonowanych grup. Dyskryminacja ta dotyczy między innymi rasy, płci, orientacji seksualnej albo wieku. Stąd postulowane prawa kobiet, dzieci, osób niepełnosprawnych, homoseksualistów." 

Faktycznie twórcy filozoficznych podstaw praw zwierząt, Tom Regan czy Gary Francione, nawiązują do kryteriów dyskryminacji wewnątrzgatunkowej, czyli dyskryminacji ludzi przez innych ludzi, i wskazują, że kolejnym arbitralnym kryterium na podstawie którego dochodzi do dyskryminacji, obok rasy, płci, orientacji seksualnej i wieku jest przynależność gatunkowa. Skoro bowiem przynajmniej niektóre zwierzęta – te zdolne do odczuwania – posiadają podobny do ludzi interes w tym, by wieść swoje życie i unikać negatywnych doświadczeń (bólu i cierpienia), to podobne interesy powinniśmy traktować podobnie, bez względu na to czy mówimy o interesie człowieka czy krowy. Tego wymagają podstawowe zasady sprawiedliwego, równego traktowania. I jeśli mówimy „masz prawo do życia człowieku, ale nie masz prawa do życia krowo”, to stosujemy szowinizm gatunkowy. Kiedy tworzymy system eksploatacji zwierząt polegający na odmówieniu im prawa do życia i unikania bólu i cierpienia, system, który de facto polega na zadawaniu bólu, cierpienia i zabijaniu zwierząt, uczestniczymy w systemowym, zinstytucjonalizowanym szowinizmie gatunkowym.

Wzajemne zasilanie się dyskryminacji
Różne formy dyskryminacji wzajemnie się karmią i podsycają. Relację wspierania się seksizmu i szowinizmu gatunkowego w zachodniej kulturze patriarchalnej opisała blisko 30 lat temu w swojej wciąż aktualnej książce „The Sexual Politics of Meat” amerykańska feministka i weganka Carol J. Adams. Opisała i zilustrowała przykładami jak procesy uprzedmiotowienia, kawałkowania i konsumpcji przejawiają się zarówno w seksistowskim podejściu do kobiet jak i w szowinistycznym podejściu do zwierząt ułatwiając przemoc fizyczną, psychiczną i symboliczną. Zarówno zabite już i pokawałkowane zwierzęta  przedstawiane w seksualizowanej formie jak i kobiety prezentowane jako atrakcyjny towar, poddane tym procesom, stają się przedmiotami konsumpcji, obiektami bez biografii i indywidualności.

Sexual politics of meat - po polsku [zdjęcie z sieci]
Amerykański historyk Charles Patterson w swojej książce "Wieczna Treblinka" twierdzi, że udomowienie, eksploatacja i uprzemysłowienie eksploatacji zwierząt były (i są) sposobem w jaki ludzie przećwiczyli dominację stosowaną następnie wobec innych ludzi. Nazywanie wrogów nazwami zwierząt, szczególnie tych zaliczanych do kategorii "szkodnik" często poprzedza akty agresji fizycznej i ludobójstwa.

Niestety także w ruchu prozwierzęcym dochodzi do dyskryminującego, pełnego pogardy i nienawiści traktowania ludzi – seksizm (nienawistne portretowowanie kobiet w kampaniach antyfutrzarskich) czy rasizm (ubliżanie Azjatom w kampaniach przeciwko zabijaniu psów na mięso, Żydom w akcjach przeciwko ubojowi rytualnemu). W działających już jak korporacje dużych organizacjach miała swoją odsłonę, na razie w USA, akcja #MeToo, o czym pisze także dziś Carol J.Adams. Socjolożka, feministka i weganka Correy Lee Wrenn zauważa problem takiej dyskryminacji. Opisuje i krytykuje utrwalanie wizerunku kobiety-gadżetu/przedmiotu w wielu akcjach amerykańskiej organizacji PETA. Wrenn, na szczęście nie ona jedyna, podkreśla konieczność podejścia intersekcjonalnego w walce o prawa zwierząt, czyli takich działań, które za oczywistość przyjmują, że skoro ruch na rzecz praw zwierząt jest ruchem na rzecz sprawiedliwości społecznej, musi w swoich działaniach uwzględniać prawa człowieka. Nie ma sensownej walki o prawa zwierząt, kiedy równocześnie depcze się po prawach człowieka. 

Chcemy prawa zwierząt do szacunku takiego jakie mają ludzie, szanujmy ludzi. Nie chodzi o szacunek za zasługi, lecz poszanowanie podstawowych praw, w tym wolności od dyskryminującego traktowania. 



W ciągu 60 sekund w ubojniach w Polsce zabija się 1522 zwierzęta. Żadne z tych zdarzeń nie zostanie zgłoszone na Policji. Ustawa o ochronie zwierząt na to pozwala. Wolno odbierać życiae ponad 800 milionom czujących zwierząt lądowych (np. kur, świń, krów) rocznie i nikt nie wie dokładnie jakiej liczbie czujących zwierząt wodnych (ryb) w ramach systemowej eksploatacji, która jest oficjalną formą brutalnej i butnej dyskryminacji: my ludzie stawiamy na piedestale naszą chęć prowadzenia określonego stylu życia, choć moglibyśmy go zmodyfikować; godzimy się, że cenę za to płacą zwierzęta wystawiane na ból, cierpienie i śmierć. Ludzie zaangażowani w walkę o prawa zwierząt i promocję weganizmu jako niezbędnej podstawy w naszej relacji ze zwierzętami mają co robić. 

Walcząc z dyskryminacją nie dyskryminujmy
Jednak w ferworze działań prozwierzęcych odpowiedzialnym aktywistom nie wolno zapominać o różnych formach wciąż żywej dyskryminacji ludzi. Skoro co 40 sekund jakaś kobieta w Polsce doświadcza aktu przemocy, nie można odtwarzać kolejnych mizoginistycznych aktów przemocy (nawet symbolicznie) w kampaniach antyfutrzarskich (nie mówiąc już o tym, że nie ma różnicy między futrem a skórą). Skoro Polska nigdy nie uwolniła się od antysemityzmu, co w ostatnim czasie staje się ponownie mocno odczuwalne, każdy kto zechce angażować się w akcje przeciwko ubojowi rytualnemu i drastycznie go przeciwstawiać „standardowemu” ubojowi (zamiast pokazywać, że żaden ubój nie jest ani humanitarny ani etyczny) musi zdać sobie sprawę, że będzie mieć swój udział w sianiu rasowej nienawiści. 

Prawa zwierząt są i mam nadzieję, że będą zawsze związane z prawami człowieka. Są ruchem na rzecz sprawiedliwości społecznej. Włączając w działania prozwierzęce seksizm czy rasizm, zaprzeczamy sprawiedliwości i tworzymy coś na kształt klubu uprzywilejowanych, którzy pod swoją opiekę biorą po prostu ulubioną grupę pupili.

------

Czytaj dalej
  • Renata Durda "Świadek przemocy w bliskich relacjach. Co robić, aby nie zaszkodzić sobie i innym" w: Akademia Praw Kobiet - wykłady o przemocy wobec kobiet, Fundacja Feminoteka, Warszawa 2015
  • Prof. Beata Gruszczyńska, Uniwersytet Warszawski, Katedra Kryminologii i Polityki Kryminalnej, Instytut Wymiaru Sprawiedliwości "Kobieta-ofiara przestępstw w badaniach kryminologicznych" - Konferencja "Pomoc kobietom ofiarom przestępstw" Sejm RP, 5 marca 2013
  • Petycja Amnesty International (LINK)
  • "Fabryka patriotów. PiS wyrzuca edukację antydyskryminacyjną ze szkół", Agata Czarnacka, wyborcza.pl, 3 lipca 2017 (LINK)
  • Więcej o książce „The Sexual Politics of Meat” (LINK
  • Blog Correy Lee Wrenn (LINK
  • "Humane Society CEO resigns amid sexual harassment allegations" w- politico.com (LINK



niedziela, 8 września 2019

Zwierzenia zwierząt w Tygodniku Powszechnym - recenzja

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Parę tygodni temu w punkcie z gazetami mój wzrok przyciągnęła wściekle zielona okładka specjalnego wydania Tygodnika Powszechnego. Cały numer o zwierzętach! W ślad za ekscytacją podążyły zaraz próby poskromienia moich, oczywiście prowegańskich oczekiwań. Choć nadzieję doceniam jako dobrą siłę napędową życia i działania, to myślę też, że trzeba cały czas czuć ziemię pod stopami, a ta, po której stąpam wciąż zaludniona jest przez idee i praktykę nieprzyjazną zwierzętom. 

W ostatnich latach w Polsce coraz więcej pisze się o zwierzętach w kontekście etycznych aspektów ludzko-zwierzęcych relacji i na temat umysłów zwierząt – ich zdolności do myślenia, przeżywania emocji i cierpienia. To dobrze. Mam w domu numer antropologicznych Kontekstów poświęcony zwierzętom - „Żywoty zwierząt”  z 2009 roku (okładka z małpą) czy numer katolickiego Znaku z 2013 roku, gdzie tematem przewodnim były zwierzęta – „Prawo do zabijania” (okładka z prosięciem trzymanym na rękach w opiekuńczym geście). Z pewnością coraz więcej (choć wciąż bardzo mało) jest oznak analizowania dotychczas nienaruszalnej (świeckiej czy religijnej) hierarchii ziemskich bytów, na której szczycie bezwzględne rządy sprawuje człowiek, jednak jeszcze rzadziej przekłada się to na postulaty szacunku wobec zwierząt. Dotyczy to szczególnie tych zwierząt, których eksploatację uczymy się traktować jak oczywistą i przezroczystą od dziecka. Dostęp do jajek, mleka, mięsa, skóry i wełny traktujemy prawie jak podstawowe prawa człowieka mocno protestując, gdy ktoś postuluje choćby ograniczenie mięsa.

Choć nie żyjemy już w paradygmacie zwierzęcia – maszyny (no prawie), to jednak wymyśliliśmy inny paradygmat, który pozwala nam łączyć dobre samopoczucie (etyczne) z podążaniem za dokonaniami nauki (tak, wiem, że niektóre zwierzęta czują ból) i z nieprzerwaną eksploatacją zwierząt (stała podaż jaj, nabiału i mięsa). Tym wygodnym paradygmatem jest podejście dobrostanowe. Angielski filozof Jeremy Bentham z jednej strony wyszedł przed szereg w XVIII wieku postulując, że cierpienie liczy się niezależnie od gatunku, z drugiej zaś wrócił do szeregu nie postulując zaprzestania zabijania zwierząt dla jedzenia. Mówił tylko, że zwierzętom należy oszczędzić niepotrzebnego cierpienia. Jeśli jednak nie podważa się całej machiny eksploatacji, to „niepotrzebne cierpienie” jest tylko tym, co można pominąć bez zatrzymywania wdrożonych już ścieżek wykorzystywania i zabijania zwierząt. Na tym właśnie polega podejście dobrostanowe, które nie podważa eksploatacji zwierząt, lecz tylko ją reguluje. Zamiarem regulacji jest eliminacja „niepotrzebnego cierpienia”. 

Tak więc biorąc do ręki kolejną pozycję na temat zwierząt, przyglądam się jej właśnie pod tym kątem – na ile obecne i pochwalane jest w niej podejście dobrostanowe (nic nowego) i na ile i w jakim kierunku wychodzi się poza ten paradygmat, choć oczywiście patrzę też na inne kwestie.

Moją małą recenzję tego numeru podzieliłam na aspekty w moim odczuciu pozytywne, ciekawe, czy negatywne. Omówiłam też parę rzeczy, które są przedstawione błędnie oraz takie, których mi brakuje. Niektóre tematy znajdują się w dwóch przeciwstawnych kategoriach, bo jak to w życiu – wielowymiarowość i złożoność jak najbardziej się zdarza.

Co pozytywnego?
Po pierwsze, z zadowoleniem przyjmuję fakt, że postępowy polski tygodnik katolicki poświęcił wydanie specjalne zwierzętom. To ważny sygnał dla czytelników i czytelniczek pisma. Czasopism traktujących zwierzęta jako hobby nie brakuje. To wydanie specjalne nie wpisuje się w ten trend. Zamiast tego porusza filozoficzne i etyczne aspekty relacji ludzko-zwierzęcych.

Po drugie, w różnych artykułach tego numeru, dyskutowana jest pozycja człowieka na Ziemi, wśród zwierząt. Jest to jak na tygodnik katolicki przystało namysł teologiczny (człowiek i reszta Stworzenia, apel księdza Stanisława Musiała o nową, szanującą zwierzęta teologię XXI wieku), ale też bardziej ogólnie filozoficzny (jesteśmy i ludźmi i zwierzętami – przekonuje profesor prawa i filozof Bartosz Brożek), z mocną wkładką ewolucjonistyczną (ciekawy wywiad z Fransem de Waalem) i literacką (Olga Tokarczuk).

Po trzecie, dobrze, że znalazło się miejsce dla przynajmniej jednego artykułu dotyczącego weganizmu („Barykada z warzyw” Macieja Jakubowiaka), a także dla wyrazistego, popularnego dziennikarza i katolika Szymona Hołowni, który dosadnie krytykuje wiele negatywnych aspektów polskiego katolicyzmu, a temat zwierząt interesuje go do tego stopnia, że napisał o nich książkę (przyznam, że jeszcze nie czytałam). 

 Po czwarte, cieszę się, że miałam okazję przeczytać pełne szacunku i uważności dla zwierząt teksty księdza Stanisława Musiała – o jego znajomości z kotką Kasjopeją, dzięki której zawaliła się mu „piramidalna konstrukcja świata” z człowiekiem na wierzchołku i smutna konstatacja o miejscu zwierząt w ludzkim świecie „Także zwierzęta będą nas sądzić”.

Co ciekawego?
Nie wątpię, że z poznawczego punktu widzenia, spośród artykułów i wywiadów a także polecanych przez Adama Pluszkę (a dostępnych na polskim rynku) książek, każdy znajdzie coś ciekawego dla siebie. 

Mnie bardzo zaciekawiła propozycja bycia uważnym towarzyszem konia (niejako odwrócenie ról tradycyjnie przypisanych w jeździectwie) autorstwa Doroty Kozińskiej. Równocześnie dodam, że nie jestem zwolenniczką jeździectwa w żadnej postaci. 

Podobał mi się też artykuł o orientacji w przestrzeni, która jest związana z tworzeniem map w głowie „Myślę, więc wiem, gdzie jestem”. Warto przeczytać artykuł o używaniu narzędzi przez zwierzęta „Narzędzia, spółka zoo”, a także wywiad z filozofem i nurkiem Peterem Godfreyem-Smithem o świadomości i inteligencji poza światem kręgowców „Obca inteligencja” (artykuł poświęcony ośmiornicom).



Co negatywnego?
Negatywne są rzeczy, których w zasadzie się spodziewałam. Problem eksploatacji zwierząt jest chyba największym dylematem, z jakim mamy do czynienia współcześnie, a został potraktowany niewspółmiernie do swojej wagi. Poświęcono mu tylko cztery z blisko pięćdziesięciu artykułów numeru. Część tę nazwano „Dylematem mięsożercy”, czym w arbitralny sposób ograniczono zakres tej eksploatacji, a przecież w równie bezwzględny, często brutalny i zawsze zakończony zabijaniem sposób traktuje się zwierzęta hodowane dla mleka i jaj. Jedynie artykuł Macieja Jakubowiaka traktuje o weganizmie. 

Ponadto, zarówno w tej części jak i w całym numerze dominuje jednak paradygmat dobrostanowy, w którym prawo człowieka do zabijania zwierząt pozostaje niezakwestionowane; omawia się więc tylko sposoby ograniczania cierpienia. Ten paradygmat wyznacza ramy myślenia, sposób i treść zadawanych pytań i obszar, w jakim szukamy odpowiedzi. W tym paradygmacie role są rozdane: człowiek jest czasem hodowcą a przede wszystkim konsumentem zwierząt, zwierzęta zaś czującym ale jednak żywcem rzeźnym. Pytamy tylko o to jak eksploatować zwierzęta – jak zmieniać prawo, jakie poprawiać warunki chowu, jakie formy hodowli są najlepsze, jak ma funkcjonować rzeźnia, ile mięsa jeść, ile powinno kosztować mięso, nabiał, jaja. 

Poza horyzontem naszych rozmyślań pozostaje kluczowa kwestia, udowodniona przez medycynę i dietetyków, co do której istnieje konsensus: że odpowiednio zaplanowana dieta roślinna jest odpowiednia na każdym etapie życia. Poza horyzontem pozostaje więc wniosek, że istnieją warunki, w których eksploatacja zwierząt nie jest konieczna i nie musimy stale pytać i głowić się nad tym JAK eksploatować zwierzęta, bo najpierw powinniśmy zawsze pytać CZY to jest konieczne. Paradygmat dobrostanowy pozwala trzymać się z daleka od pytania „CZY” i pochyla się, często bardzo drobiazgowo, nad pytaniem JAK. Ze zdumieniem przeczytałam właśnie w części „Dylemat mięsożercy” wywiad z Andrzejem Kruszewiczem, który nie zawracając sobie głowy pytaniem CZY, oskarża ludzi jedzących mięso z marketu o hipokryzję (zamiatanie sprawy pod dywan), wegan o potrzebę czucia się lepszymi (choć przyznaje, że wegetarianizm to jedyna szansa dla planety) i chyba najbardziej szacunkiem darzy myśliwych, którzy zabijają sami dla pozyskania mięsa (a czy hipokryzją nie jest „zapomnieć” dodać, że mięso nie jest potrzebne do życia?). 

Niepokojąca i moim zdaniem potencjalnie szkodliwa kwestia to wypowiedź na temat przeżywania bólu przez zwierzęta w wywiadzie z Zenonem Kruczyńskim – jakoby zwierzęta były w bólu rozluźnione i doznawały ulgi w bólu dzięki wyciu. Szczerze mówiąc nie wyobrażam sobie rozluźnionego w bólu psa, któremu ktoś stanął na łapie. A wycie, krzyk jest przede wszystkim reakcją na ból, któremu należałoby zaradzić, szczególnie jeśli jesteśmy opiekunami zwierzęcia.  

Co się nie zgadza?
Jest parę większych i parę drobnych kwestii. W artykule „Pierwsi spośród równych” Tomasz Targański przypisuje pierwszeństwo (chronologiczne) „destrukcji dominujących w świecie zachodnim schematów mówienia i myślenia o zwierzętach” filozofowi Peterowi Singerowi mówiąc o napisanej przez Singera w 1975 roku książce „Wyzwolenie zwierząt”. Dodaje też, że książka ta „stała się pierwszym ważnym głosem w walce o prawa zwierząt”. Myślę, że nikt nie ujmuje Singerowi jego roli w dekonstrukcji szowinizmu gatunkowego, rozwoju ruchu wegetariańskiego czy w działaniach na rzecz polepszenia tzw dobrostanu zwierząt hodowanych w przemyśle spożywczym. 

Niemniej, Singer na pewno nie był pierwszym głosem. Choćby bezpośrednio przed nim był Richard Ryder, który wprowadził termin „speciesism” czyli szowinizm gatunkowy (Singer ten temat rozwinął i spopularyzował w „Wyzwoleniu zwierząt”). Należy też dodać, że Singer, jako utylitarysta, nie popiera praw zwierząt, a z biegiem lat postulat politycznego bojkotu mięsa coraz częściej występuje u niego w towarzystwie z nieprzemysłowymi formami chowu i hodowli zwierząt. Tomasz Targański błędnie stwierdza, że mniej radykalnym od Singera nurtem jest abolicjonizm. Jest dokładnie odwrotnie, bo to abolicjonizm postuluje zaprzestanie eksploatacji (i każdego wykorzystywania) zwierząt.

W artykule „Dylemat mięsożercy” Michał Olszewski poddaje pod wątpliwość możliwość żywienia dzieci dietą bezmięsną. Nie mogę przejść obok tego bez komentarza. Największa na świecie  organizacja dietetyków amerykańska Academy of Nutrition and Dietetics od ponad 20 lat co parę lat wydaje stanowisko na temat diet wegetariańskich, w tym diet wegańskich, czyli bez mięsa, nabiału i jajek. I jest to stanowisko pozytywne, potwierdzające, że nie tylko dieta bezmięsna, ale i całkowicie roślinna dieta, pod warunkiem dobrego ułożenia, jest odpowiednia na każdym etapie życia, zatem także u dzieci. Stanowisko to jest przedstawiane na podstawie analizy dostępnych badań, a tych jest coraz więcej. Zrozumiałabym zatem, gdyby Michał Olszewski skupił się na pytaniu o to jak wygląda odpowiednia dieta roślinna, skąd rodzice mają czerpać taką wiedzę, czy istnieje w Polsce sensowny dostęp do dietetyków, którzy się na tym znają i potrafią dobrze doradzić. To są jak najbardziej zasadne pytania i wątpliwości. Wątpliwości co do diety bezmięsnej nie ma.

Dwie drobniejsze kwestie: myślę, że przeciwstawianie (smakowe) kiełbasy wieprzowej kiełbasie z tofu jest trochę, jakby to powiedzieć, nie na czasie (ten sam artykuł Michała Olszewskiego). Chciałabym, żebyśmy przynajmniej dawali nieznającym tematu czytelnikom do zrozumienia, że obecnie, także w Polsce, kiełbasy roślinne raczej nie są robione z tofu (de facto często z pszenicy) i podejrzewam, że przynajmniej część z nich jest smakowo nie do odróżnienia od kiełbasy z mięsa. Druga drobna sprawa dotyczy weganizmu w artykule Macieja Jakubowiaka. Sądzę, że trochę się zapędził pakując do definicji weganizmu picie wody z kranu. To tak na marginesie.

Czego mi brakuje?
Brakuje mi oczywiście zmiany paradygmatu, kwestionowania podejścia dobrostanowego, w którym do bólu analizuje się jak eksploatować zwierzęta, pomijając pytanie: czy robienie tego jest akceptowalne wtedy, gdy możemy tego nie robić. Innymi słowy, brakuje mi mówienia o prawach zwierząt, choć, tak jak wspominałam, zwiastuny tego podejścia się pojawiają, choćby w słowach księdza Musiała. Oby było tego coraz więcej, również w kontekście myśli chrześcijańskiej.

Czytaj więcej:
  • Wydanie specjalne "Zwierzenia zwierząt" Tygodnika Powszechnego, lipiec 2019 [link]
  • Stanowisko Academy of Nutrition and Dietetics nt diet wegetariańskich, w tym diety wegańskiej po angielsku [link]
  • O abolicjonistycznym podejściu do praw zwierząt [link]
  • O prawach zwierząt wg Toma Regana [link]
  • Stereotypy o weganizmie [link, link]



niedziela, 7 sierpnia 2016

Stereotypy o weganizmie: weganizm jest drogi

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Przekonanie, że weganizm jest drogi jest podzielane najczęściej przez … niewegan. Nie ma w tym nic dziwnego, bo stereotypy najczęściej są utrzymywane przy życiu przez ludzi, którzy nie znają zbyt dobrze zjawiska poddawanego stereotypom. Ludzie ci patrzą na takie zjawisko z dystansu i nie poznają go bliżej. Następnie, opierając się na fragmentarycznych skojarzeniach, tworzą uogólnienia. Stereotyp jest gotowy. 

Mądrość ludowa głosi, że w każdym stereotypie jest ziarno prawdy. Choć mądrość ludowa nie zawsze ma rację, spróbujmy zobaczyć skąd bierze się to przekonanie o drożyźnie weganizmu.  Skoro autorami tego stereotypu są nieweganie, spójrzmy na weganizm także z ich perspektywy.

Każdy nieweganin je produkty odzwierzęce (to oczywiste) i rzadko je tak nazywa, dzieląc je raczej na mięso, wędliny, nabiał i jaja. Każdy nieweganin je też produkty roślinne (to mniej oczywiste) i rzadko je tak nazywa, mówiąc raczej o warzywach i owocach, pieczywie, makaronie, kaszach i ryżach; czasem przypomina sobie o orzechach (z podkategorią orzeszków ziemnych jako przekąską); z rzadka wspomina o pestkach słonecznika czy dyni. W książkach kucharskich tradycyjnej kuchni polskiej potrawy dzieli się na zupy, dania mięsne, mączne i jarskie oraz desery.

W większości niewegańskich dań kuchni polskiej miesza się składniki odzwierzęce z roślinnymi: w schabowym znajdzie się mięso ze świni, kurze jajko, mąka pszenna i olej słonecznikowy; w kanapkach - chleb pszenny lub żytni, ser krowi lub wędlina ze świni/kury, sałata i pomidor; w mizerii - ogórek i śmietana z krowiego mleka; w cieście pierogowym obok mąki pszennej nierzadko jajko, a w farszu pierogowym mięso ze zwierząt, szpinak często łączony ze śmietaną lub kapusta z grzybami czasem doprawiana tłuszczem ze świni. Skoro składniki odzwierzęce i roślinne mieszają się w różnych daniach, dla niewegan ostry podział "roślinne kontra zwierzęce" praktycznie nie istnieje. Kiedy mają spojrzeć na produkty żywnościowe dzieląc ją na te dwie grupy często mają z tym problem. Nie dlatego, że coś jest nie tak z ich inteligencją. Po prostu nie są przyzwyczajeni do myślenia takimi kategoriami.

W kuchni wegetariańskiej usuwa się mięso i wędliny, ale dania równie często pozostają mieszanką produktów odzwierzęcych i roślinnych: chleb z serem krowim i pomidorem, zupa pomidorowa zabielana krowią śmietaną, ciasto pierogowe z jajkiem, sałatka warzywna z sosem majonezowym (jajecznym) czy wiosenne nowalijki z sosem jogurtowym (jogurt z krowiego mleka). Wegetarianie nie odrzucają produktów odzwierzęcych; podnoszą alarm tylko w przypadku mięsa i innych części ciał zwierząt.

Wszystkie wyżej wymieniane produkty roślinne jedzone przez niewegan to równocześnie produkty wegańskie. Wymienię je raz jeszcze: kasza, ryż, makaron (w zasadzie zasługują na liczbę mnogą ze względu na różnorodność), fasola, groch, ciecierzyca, soczewica (rośliny strączkowe), inne warzywa (tu można wymieniać bez końca), owoce (również imponująca grupa) i wreszcie orzechy i pestki. Te produkty w większości są tanie, być może poza bardziej egzotycznymi nowościami. Kupowanie sezonowych warzyw i owoców pozwala korzystać z niskich cen, a poza sezonem wiele warzyw można kupić w mrożonkach.

Jednak kiedy nieweganie mówią, że weganizm jest drogi, nie odnoszą się do powyższych produktów, które stanowią 80-90 procent diety wegańskiej, ale do tych 10-20 procent produktów wegańskich,  których sami nie jedzą: tofu, wegańskiego mleka, jogurtów i gotowych zastępników mięsa i wędlin. Te produkty są faktycznie droższe od ich odzwierzęcych pierwowzorów - oto nasze ziarno prawdy. Ziarno to de facto ma rozmiar niewielki, ale rośnie w oczach tych, którzy na podstawie fragmentarycznych skojarzeń tworzą z niego główną oś znanego nam stereotypu.

Niemniej nawet w przypadku tych produktów sytuacja jest dynamiczna. Ich różnorodność na naszym rynku rośnie, ich ceny spadają. 10 lat temu można było dostać 1 rodzaj mleka roślinnego. W tej chwili dostępnych jest paręnaście rodzajów różnych producentów. Poza tym ilość gotowców w diecie roślinnej można różnicować. Niektórzy jedzą je często, inni nie jedzą ich w ogóle, jeszcze inni częściowo zastępują tańszymi produktami przygotowywanymi w domu: np. pasztetami i pastami na chleb. Tak na marginesie dopowiem, że gotowce, za wyjątkiem mleka sojowego i tofu, nie są specjalnie zdrowe. Lepiej jeść je z umiarem bazując jednak na zbożach (kasze, ryże, makarony pełnoziarniste), roślinach strączkowych, innych warzywach (szczególnie tych zielonolistnych), owocach i z dodatkiem orzechów i pestek.

Stereotyp “weganizm jest drogi” zawiera jeszcze jedną dezinformację: sprowadza weganizm do diety. Dieta stanowi dużą część weganizmu, ale bynajmniej na tym sprawa się nie kończy. Weganizm to unikanie produktów odzwierzęcych wynikające z szacunku wobec zwierząt i świadomości, że produkty te związane są z krzywdzeniem zwierząt (w tym z zabijaniem). Produkty odzwierzęce to nie tylko jedzenie, ale także ubrania zrobione ze skóry, wełny czy futra, a także usługi związane z wykorzystywaniem zwierząt: cyrk ze zwierzętami, jeździectwo, wyścigi konne, ogrody zoologiczne, delfinaria, hodowla i sprzedaż psów, kotów i innych zwierząt. 
Weganizm definiuje się bardziej jako unikanie niż nieużywanie produktów odzwierzęcych, bo żyjemy w świecie, gdzie eksploatacja zwierząt dzieje się na tak ogromną skalę (w Polsce zabija się w związku z produkcją spożywczą ponad 800 milionów ptaków i ssaków rocznie), że produkty tej eksploatacji znajdziemy nie tylko w sklepie spożywczym czy odzieżowym ale także w farbach, smarach, gumie czy asfalcie. Weganizm polega więc przede wszystkim na nieużywaniu produktów dla których bezpośrednio eksploatuje się zwierzęta: ciał zwierząt (mięsa, wędlin, skór, wełny, futer), mleka zwierząt i jego przetworów oraz jaj. Weganie nie płacą też za usługi związane z krzywdzeniem zwierząt (choć niektórzy mają problem z przyjęciem do wiadomości, że jeździectwo jest taką usługą).


Jeśli szacunek ma mieć jakiekolwiek znaczenie, musi oznaczać odmowę krzywdzenia. Nie mogę mówić, że szanuję zwierzęta, a następnie wyciągać portfel i płacić za ich eksploatację. Weganizm nie jest więc modą żywieniową, która na podstawie bliżej nieznanej teorii dietetycznej każe wyrzucić z diety nie tylko mięso, ale nabiał i jaja. Nieporozumieniem jest stawianie weganizmu w jednym szeregu z witarianizmem, dietą bezglutenową czy frutarianizmem. Weganizm jest postawą szacunku wobec zwierząt i odmową eksploatacji.


Weganizm jest odmową dyskryminacji ze względu na przynależność gatunkową, podobnie jak feminizm jest odmową dyskryminacji ze względu na przynależność do płci żeńskiej, czy antyrasizm – odmową dyskryminacji ze względu na przynależność do grupy nieposiadającej białego koloru skóry. Weganizm poszerza definicję “Innego” – tego, kogo można skrzywdzić dyskryminacją i prześladowaniem. Zwierzę zdolne do odczuwania bólu i cierpienia jest takim innym, w przeciwieństwie rośliny czy przedmiotu, których skrzywdzić się nie da.  Zamiast w dziale “kulinaria” stawiajmy weganizm w sekcji “sprawiedliwość społeczna”. Książki kucharskie są co najwyżej o diecie roślinnej.