piątek, 9 sierpnia 2019

Komu obywatelstwo? - recenzja "Zoopolis"

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

To dobrze, że teorią praw zwierząt, a także jej praktycznym wymiarem, interesują się ludzie różnych zawodów – filozofowie, co oczywiste, ale też prawnicy, socjolodzy, psycholodzy czy, jak w przypadku „Zoopolis”, politolodzy. Co prawda mówi się, że młotkowy wszystko będzie chciał załatwić młotkiem, a nie każdy problem przypomina akurat gwóźdź, to jednak rosnąca liczba specjalistów używających do analizy swoich wyspecjalizowanych narzędzi może ostatecznie, na zasadzie komplementarności, coraz lepiej dostrzegać poszczególne aspekty praw zwierząt i proponować adekwatne rozwiązania. Temat to przecież bardzo złożony i jeśli ma w sobie coś z gwoździa, to z pewnością jest to gwóźdź będący częścią większej całości.  

I faktycznie, dogłębna  znajomość danej dziedziny pomaga drążyć temat pod określonym kątem. Filozofowie rozwijają kwestie związane z etyką np. pytają o granice wspólnoty moralnej – czy mają do niej należeć tylko ludzie? Prawnicy zastanawiają się, jakie zastosowanie może mieć prawo np. czy ma być tylko narzędziem dyscyplinującym nas do respektowania uznanych praw i obowiązków czy też wyznaczać nowe horyzonty naszych zobowiązań i nowe granice naszej wolności. Psycholodzy zwracają uwagę na fakt, że nie jesteśmy tylko i wyłącznie racjonalni, bo nasze myślenie i postępowanie zależą także od emocji, preferencji, mechanizmów obronnych, myślenia opartego na skrótach myślowych, presji społecznej czy okoliczności, w jakich się znaleźliśmy. Socjolodzy zaś, zamiast analizować poszczególnych ludzi, przyglądają się społeczeństwu bardziej z lotu ptaka i np. pytają, na czym polega zmiana społeczna.

Jak to się przekłada na „Zoopolis”? Sue Donaldson jest filozofką, a Will Kymlicka – filozofem politycznym, którego głównym polem zainteresowań jest wielokulturowość, prawa mniejszości i teoria obywatelstwa. Niewątpliwie przez taki właśnie filtr przechodzi w „Zoopolis” teoria praw zwierząt. Patrząc na zwierzęta przez pryzmat rodzaju relacji, w jakie z nimi wchodzimy, i w jakie one wchodzą lub nie chcą wchodzić z nami (autorzy podkreślają sprawczość, preferencje i wolę pochodzące również ze strony zwierząt), Donaldson i Kymlicka (D&K) wykorzystują teorię obywatelstwa i terminy z nią związane, by naszkicować pożądane ramy tych relacji i reguły, jakie powinny nimi rządzić.



Nasze relacje ze zwierzętami i podział zwierząt na grupy 
D&K podkreślają, że tradycyjna teoria praw zwierząt w różnych odsłonach mówi tylko o dwóch grupach zwierząt i ma wobec nich bardzo konkretne zamiary: 1) zwierzęta udomowione, którymi należy się opiekować, ale zarazem przestać rozmnażać i doprowadzić w praktyce do wymarcia gatunków udomowionych, bo ten rodzaj relacji wiąże się z całkowitym uzależnieniem, wykorzystywaniem, przemocą i eksploatacją, i 2) zwierzęta dzikie, które należy zostawić w świętym spokoju tam, gdzie żyją z dala od ludzi. Według autorów „Zoopolis” ani podział na udomowione i dzikie, ani realizacja praw poprzez doprowadzenie do wymarcia czy zostawienie w spokoju nie odpowiadają złożonej rzeczywistości naszych relacji, ani nie realizują w pełni praw zwierząt. 

Biorąc pod uwagę kryterium relacji ludzie – zwierzęta, D&K dzielą zwierzęta na trzy grupy: udomowione, dzikie i liminalne, te ostatnie zawieszone gdzieś pomiędzy światem pierwszej i drugiej grupy - nie udomowione, ale równocześnie mieszkające blisko ludzi, np. szczury, wróble czy gołębie.  W każdej z grup autorzy obserwują dalsze podziały w zależności od stosunku ludzi do danej grupy zwierząt, czy mniej lub bardziej elastycznej zależności zwierząt od nas, itd. 

D&K podtrzymują podstawowy postulat teorii praw zwierząt, czyli prawa negatywne dla zwierząt charakteryzujących się doznaniowością (sentience): prawo do niebycia torturowanym, zabijanym, prawo do niebycia traktowanym jak przedmiot, prawo do niebycia czyjąś własnością. Autorzy uzupełniają jednak te postulaty o teorię obywatelstwa, prawa pozytywne i obowiązki. 

W przypadku zwierząt udomowionych proponują wprowadzenie statusu obywatelstwa wzorując się do pewnego stopnia na postulatach wychodzących ze środowiska ruchu na rzecz osób z niepełnosprawnością intelektualną, gdzie zależność nie musi się automatycznie wiązać z utratą godności i krzywdzącym wykorzystaniem, zaś sprawczość jest zdolnością stopniowalną, rozpostartą na pewnym spektrum i może realizować się w relacjach zaufania z opiekunem. Opiekun odczytuje potrzeby, pragnienia i preferencje komunikowane przez podopiecznego i jest jego społecznym i politycznym reprezentantem, dzięki czemu politykę społeczną kształtuje się z uwzględnieniem tak reprezentowanych grup, co może według autorów znaleźć zastosowanie także w przypadku zwierząt udomowionych. W tak skonstruowanym świecie z pewnością nie ma miejsca na eksploatację zwierząt przynoszącą im cierpienie i śmierć. Niemniej, D&K dopuszczają formy relacji charakteryzujące się według nich wymianą korzyści – ludzie opiekujący się kurami i jedzący ich jajka, czy też ludzie utrzymujący stada owiec, by te „pielęgnowały” krajobraz. Obowiązkiem nałożonym na zwierzęta udomowione byłaby socjalizacja do życia w społeczności ludzko-zwierzęcej (np. dla psa mieszkającego w mieście byłaby to umiejętność chodzenia po schodach, jeżdżenia windą, spokojnego zachowania wobec mijających przechodniów, rowerów, samochodów), przy czym autorzy sugerują, że socjalizacja taka powinna odbywać się też w drugą stronę (co wybiórczo już ma miejsce, kiedy dzieci uczą się w szkole jak rozumieć język ciała, szczekanie i zachowanie psów). 

W odniesieniu do zwierząt dzikich D&K podkreślają brak tak ścisłego rozgraniczenia geograficznego  siedzib ludzkich od siedlisk zwierząt, co w praktyce uniemożliwia "załatwienie" tematu postulatem „dajmy im święty spokój”. Po pierwsze wiele zwierząt migruje (np. bociany) i przemieszcza się przez terytoria zamieszkałe przez ludzi narażając się na obrażenia, choroby i śmierć, kiedy przechodzą przez drogi, przelatują przez miasta, dostają się w strefy zanieczyszczonego powietrza, wody i gleby. Po drugie, siedziby ludzkie się rozrastają, zagarniając coraz większe tereny, zabierając tym samym miejsce życia zwierząt. W związku z tą złożonością relacji i aktywnym, biernym i przypadkowym wpływem, jaki wywieramy na życie zwierząt dzikich i przy równoczesnej odrębności takich zwierząt od nas, autorzy proponują zastosowanie terminu suwerenność plasującego się w ramach prawa międzynarodowego. Według D&K różne gatunki zwierząt dzikich powinniśmy traktować jak odrębne narody mające prawo do terytorium, zachowania własnej autonomii i przestrzegania wobec nich zasad sprawiedliwości. Autorzy podkreślają, że akceptacja suwerenności, w uznaniu której ludzie są tylko gośćmi wchodząc na terytorium zwierząt, jest czymś innym niż zarządzanie przyrodą („stewardship”), gdzie ludzie pełnią rolę kierowników np. parku narodowego. D&K zaznaczają też, że suwerenność nie wyklucza ingerencji czy interwencji w życie indywidualnych zwierząt (pomoc łosiowi, który utknął na lodowej krze) czy populacji (szczepienie) pod warunkiem, że respektujemy ich autonomię. Suwerenność musi też zakładać jakąś formę współistnienia tam, gdzie terytoria się nakładają lub przecinają.

Dla zwierząt liminalnych D&K przewidzieli status rezydentury, która uznaje obecność tych zwierząt i nie pozwala traktować ich jako szkodników, ale zarazem – ze względu na brak relacji zażyłości i zaufania – ma charakter bardziej ograniczonych praw i obowiązków niż status współobywateli, jakim cieszyć się mają zwierzęta udomowione. Choć mamy prawo ograniczać ich populację i obecność, to w modelu proponowanym przez D&K musielibyśmy wykazywać się pomysłowością i inteligencją, by robić to w sposób niepowodujący cierpienia ani zabijania zwierząt liminalnych. Przykładem jest tworzenie gołębników w określonych miejscach miasta i stosowanie środków antykoncepcyjnych dla przybywających tam gołębi.



Warunki dla realizowania sprawiedliwości
D&K uzupełniają swoją teorię o ważne podkreślenie, za filozofem Johnem Rawlsem: o ile sprawiedliwość jest konieczna, o tyle by była możliwa muszą być spełnione pewne warunki. „Ludzie są winni innym sprawiedliwość, gdy poszanowanie praw innych nie zagraża ich własnej egzystencji.” Tam, gdzie wyboru nie ma, nie ma możliwości realizowania sprawiedliwości (mieszkam np. w domu opieki, gdzie jem to, co akurat będzie dostępne). Jednak tam, gdzie wybór jest, nie ma powodu odwoływać się do sytuacji, gdzie wyboru nie ma (mam dostęp do diety roślinnej, ale przytaczam hipotetyczne sytuacje, w których nie miałbym wyboru i „dzięki” tym przykładom, uważam, że mam prawo jeść produkty zwierzęce). Zaś tam, gdzie wyboru nie ma, można dążyć do uzyskania okoliczności, w których wybór będzie możliwy (popierać politykę dostępu do diety roślinnej w sektorze publicznym - domy opieki, szpitale, szkoły, itp.) .

Sprawczość
Jedną z ważnych dla mnie rzeczy poruszanych w książce zarówno w odniesieniu do zwierząt udomowionych, dzikich i liminalnych jest sprawczość. Autorzy podkreślają tam wielokrotnie, że to nie tylko ludzie decydują o kontaktach ze zwierzętami, ale zwierzęta także mają tu w miarę możliwości coś do powiedzenia i zamiast pewnego siebie paternalizmu powinniśmy wyostrzyć nasze zmysły, aby zacząć na to zwracać baczniejszą uwagę. Z tą ostrożnością spotkałam się już kiedyś, w książce Andrew Westolla „Szympansy z Azylu Fauna” i jestem wdzięczna za każdym razem, gdy ktoś o tym mówi lub pisze, bo zbyt często my, ludzie, przyjmujemy podejście paternalistyczne, że wiemy lepiej, lub (ewentualnie), że eksperci wiedzą lepiej i że generalnie to wystarczy nam wiedza o gatunku, by wiedzieć „co i jak” na temat każdego przedstawiciela takiej grupy zwierząt. 

Wątpliwości i pytania i podziękowania
Choć książkę czytałam z zainteresowaniem i uważam, że wnosi celne spostrzeżenia co do niekompletności dotychczasowego spojrzenia na prawa zwierząt (brak praw pozytywnych i zwierząt liminalnych), to przyglądając się instytucji udomowienia mam spore wątpliwości co do możliwości jej naprawy. Teorię obywatelstwa, suwerenności i rezydentury przyjęłabym jako potrzebną na etap przejściowy, w którym dążylibyśmy – z jednej strony – do znaczącego poprawienia relacji ze zwierzętami udomowionymi, dzikimi i liminalnymi (biorąc pod uwagę nie tylko kwestie sprawiedliwości i opieki tam, gdzie to konieczne, wybierając weganizm, ale też wykazując się uwagą wyczuloną na wolę, preferencje i sprawczość zwierząt), a z drugiej strony – jednak do ograniczenia populacji zwierząt udomowionych nie poprzez robienie im krzywdy, lecz poprzez zapobieganie ich rozmnażaniu. 

Pewien niedosyt zostawiła we mnie część praktyczna książki. Autorzy narzekali na brak wyobraźni ze strony dotychczasowych opracowań. Sami nie zaoferowali jednak zbyt wielu przykładów. Słyszałam, że są w trakcie pisania kolejnej książki. Mam nadzieję, że tam swoją teorię i możliwą praktykę wyłożą w dalszych szczegółach.

Na koniec dodam, że cieszę się, że Sue Donaldson i Will Kymlicka opracowali swoją teorię, a także, że doszło do wydania tej książki w Polsce (Oficyna 21) i że dzięki pracy tłumaczy (Marii Wańkowicz i Michała Stefańskiego) tak dobrze mi się ją czytało za darmo, bo książkę wypożyczyłam z Biblioteki Praw Zwierząt prowadzonej przez Iwonę Kossowską. 

Czytaj i oglądaj dalej:
  • Wywiad z Willem Kymlicką (33min) [link]
  • Link do wydawnictwa Oficyna [link]
  • Link do Biblioteki Praw Zwierząt [link]

wtorek, 18 czerwca 2019

Jak osiągać cele, czyli dobre chęci są dobre tylko na dobry początek

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Co zrobić, żeby nie opchać się przekąskami, które na przyjęciu co chwilę podtyka nam uprzejmy kelner? Być weganinem? Tak, to dobry trop, skoro większość przyjęć i serwowanych na nich przekąsek nie jest wegańska. Załóżmy jednak, że jest to wegańskie przyjęcie, Ty nie masz żadnych alergii i równocześnie naprawdę nie chcesz pochłonąć kolejnej bomby kalorycznej. Badaczka Tracy Mann podpowiada, że pomocna będzie strategia w formacie „jeśli – to” obejmująca zarówno odpowiedź na pytanie kiedy/gdzie (na rzeczonym przyjęciu) i pomysł na to, jakie będzie nasze działanie. A więc: jeśli znajdziesz się na przyjęciu to do jednej ręki weź napój a do drugiej serwetkę. W ten sposób utrudnisz sobie bezmyślne zabieranie przekąsek z tacy i na pewno zjesz ich dużo mniej. Ta strategia, której przykładem jest nasz sprytny trik z zajętymi rękami to jedna ze skutecznych metod realizacji obranego celu: tzw. intencja wdrożeniowa. O niej więcej poniżej. 

Na Traci Mann wpadłam w księgarni. Nie spotkałam oczywiście samej badaczki, ale jej książkę, którą z zainteresowaniem wzięłam do ręki. Z jednej strony nie lubię diet, z drugiej jednak temat odżywiania się interesuje mnie do pewnego stopnia. „Bzdiety. Czego nie powie Ci dietetyk” – taki tytuł zdecydowanie przyciągnął moją uwagę. Mann nie jest dietetyczką, choć naukowo zajmuje się tematem jedzenia. Robi to jednak z nieco innej strony, bardziej psychologicznej. Prowadzi badania z zakresu dość młodej dziedziny - psychologii zdrowia. Oczywiście interesują ją też efekty zdrowotne, ale najbardziej – w swojej książce – skupia się samym procesie osiągania celów zdrowotnych, rzeczach które w tym pomagają i które stają nam przeszkodzie. Tak, Mann skupia się na zdrowiu, nie na względach estetycznych.  Badaczka na szczęście nie zaprzęga psychologii do tego, by doradzać nam jak osiągać cele estetyczne kosztem zdrowia (schudnąć za wszelką cenę), lecz by lepiej dbać o zdrowie, czego efektem ubocznym mogą być kwestie estetyczne (zdrowiej jeść, regularnie się ruszać i osiągnąć optymalną dla swojego organizmu masę ciała). Takie podejście bardzo mi się spodobało.

Im jestem starsza, tym bardziej interesuje mnie zdrowe odżywianie (takie, które służy zdrowiu; nie zaś takie, w którym występują wyłącznie zdrowe produkty) i aktywność fizyczna służąca zdrowiu. Równocześnie wiem jak łatwo jest wcinać śmieciowe jedzenie (dużo częściej niż podpowiada to zdrowy rozsądek) i jak prosta droga wiedzie ku braku aktywności fizycznej (nigdy nie byłam z natury ruchliwa). Przy tym wszystkim, po naczytaniu się Roya Baumeistera nie wierzę już w silną wolę i same dobre intencje. Dlatego podoba mi się zawarta w książce propozycja Mann, która nie każe iść pod prąd naszych naturalnych skłonności i stawać się bohaterami, którzy zdobywają kolejne odznaki na stromej ścieżce zdrowego stylu życia. Zamiast tego badaczka sugeruje działania, które zamiast walczyć z naszą naturą sprytnie wykorzystują rosnącą wiedzę o psychologii człowieka, np. to, że jesteśmy bardziej leniwi i nawykowi niż pracowici i kreatywni.  Tym samym jej propozycja staje się bardziej osiągalna i zrównoważona, możliwa do zastosowania w dłuższej perspektywie. Streszczę ją następująco: zidentyfikuj co jest dobre, a co złe (dla twojego zdrowia), a następnie ułatwiaj sobie rzeczy dobre i utrudniaj rzeczy złe. Traci Mann podaje nam szereg strategii tego ułatwiania i utrudniania. Przykład z bankietu jest akurat jedną ze strategii utrudniających i zarazem metodą opracowaną przez innego badacza. Postanowiłam się na niej skupić, bo jest to metoda dość dobrze przebadana, której skuteczności empirycznie dowiedziono. Może służyć właśnie w ułatwianiu sobie zdrowszego życia, a sądzę, że będzie też przydatna we wdrażaniu diety roślinnej. 



Czym więc jest intencja wdrożeniowa zwana też intencją implementacyjną (implementation intention)? Jest to technika opracowana i zbadana przez niemieckiego badacza Petera Gollwitzera, która pomaga wprowadzać w życie obrane cele. Sam Gollwitzer, w swoim artykule z 1999 roku, gdzie szczegółowo opisuje tę technikę, przypomina, że dobrymi intencjami wybrukowane jest piekło. Nie zamierza bynajmniej tym stwierdzeniem podkopywać na wstępie wniosków własnej pracy badawczej. Podkreśla tylko różnicę między zwykłym zamiarem/intencją osiągnięcia celu np. „Chcę schudnąć 10 kg”, a właśnie badaną techniką, czyli intencją wdrożeniową, która ma stanowić pomost między wstępnym zamiarem a zrealizowanym celem. Same zamiary, nawet jeśli silne, często nie są wystarczające, by skutecznie realizować cele. Pokazują to nie tylko przysłowia, ale także badania naukowe.  

Powiedzmy, że naszym celem jest nieobjadanie się w restauracji. Nasza intencja wdrożeniowa, zgodnie z teorią Gollwitzera, ma za zadanie trzy rzeczy: (1) zidentyfikować okazje do działania (wizyta w restauracji), (2) zidentyfikować pożądane zachowanie (zjeść najpierw sałatkę), (3) połączyć z wyprzedzeniem okazje z pożądanym zachowaniem w formacie „jeśli – to”, tak aby gdy nadejdzie okazja, mieć już gotową odpowiedź: Jeśli pójdę do restauracji, najpierw zamówię sałatkę. Tym sposobem jesteśmy bardziej świadomi nadarzających się okazji (czasem nie są tak oczywiste jak wizyta w restauracji) i łatwiej nam z nich skorzystać, ponieważ przygotowana zawczasu intencja wdrożeniowa sprawia, że przystępujemy do działania pewniej i  skuteczniej. 

Co ciekawe, Gollwitzer wykazał, że takie intencje pomagają nam odciążyć się psychicznie. Dlaczego? Bo kiedy mamy przygotowany plan działania i nadarza się odpowiednia okazja, miejsce czy pora, wówczas działamy jakby z automatu, nie angażując już emocji i intelektu, tak jakbyśmy wcześniej ustawili autopilota. Jest to efekt zbadany naukowo. Sama wypróbowałam go na sobie i potwierdzam, że istnieje. Pomaga eliminować męczące deliberacje, które zdarzają się nam wszystkim, np.: co mam zjeść na obiad, hm, sama nie wiem, a może zamówię coś przez telefon, a może jednak coś ugotuję, a może pójdę do sklepu po pierogi. Intencje wdrożeniowe znacznie zwiększają skuteczność zwykłych intencji nie tylko dlatego, że dają nam do ręki bardzo konkretne, praktyczne narzędzia, ale oszczędzają nam psychicznego i emocjonalnego zmęczenia. 

Jeśli uważasz, że masz słaby charakter albo nie masz siły na realizację celów, a marazm już dawno zagościł w twoim codziennym życiu, weź pod uwagę fakt, że badania dotyczące intencji wdrożeniowych były z powodzeniem przeprowadzane także na osobach, które ze względu na swoją sytuację zdrowotną mają szczególnie pod górkę w kwestii koncentracji i realizowania zamierzeń. Były to osoby na odwyku od narkotyków. 

Jak pisze Gollwitzer, osoby leczące się z uzależnienia od narkotyków, muszą być świadomie skupione na kontroli głodu narkotykowego. To znacząco zaburza kontrolę zwykłych codziennych czynności, np. punktualne przybycie na posiłek do szpitalnej jadalni. Jedno z badań opisywanych przez badacza miało miejsce w szpitalu i dotyczyło pacjentów leczących się z uzależnienia od opiatów. Pacjenci mieli przygotować się do wyjścia ze szpitala i w ramach przygotowania ich do poszukiwania pracy administracja szpitala poprosiła pacjentów o przygotowanie CV przed wypisem. Większość zapomniała tego zrobić. Badacze postanowili sprawdzić skuteczność intencji implementacyjnych na takich pacjentach. Osoby wciąż wykazujące objawy odstawienia narkotyków zostały podzielone na dwie grupy. Wszyscy badani zostali poproszeni rano o przygotowanie krótkiego CV na godzinę 17:00 tego samego dnia. Tylko w jednej z tych grup wydano dodatkową instrukcję, prosząc by pacjenci określili dokładnie kiedy i gdzie zamierzają to CV napisać. Drugą grupę poproszono o sformułowanie intencji wdrożeniowych ale zupełnie nie związanych z zadaniem. O godzinie 17-tej żaden z pacjentów z grupy z jedną instrukcją nie złożył swojego CV. W grupie z intencją wdrożeniową dotyczącą CV, przygotowane dokumenty przedstawiło 80 procent badanych.

Intencje wdrożeniowe pomogły też studentom napisać relację z Wigilii i wysłać ją badaczom w ciągu 48 godzin od tego święta. Musieli tylko określić dokładnie gdzie i kiedy napiszą swój tekst.

Metoda ta okazuje się też skuteczna w przypadku dbania o zdrowie, gdzie działania niekoniecznie są bardzo przyjemne, a pozytywne skutki odległe w czasie. Kobiety, które określiły kiedy i gdzie dokonają samobadania piersi, wykonały to badanie (100%), podczas gdy kobiety, które tylko zadeklarowały intencję takiego badania zrealizowały swój zamiar w 53%. Określenie gdzie i kiedy będą brać witaminę pomogło badanym w regularnej suplementacji. W kolejnym badaniu osoby po operacji wymiany stawu sformułowały intencje wdrożeniowe dotyczące 32 czynności, które zaczną wykonywać po operacji. Osoby te wdrożyły 18 czynności wcześniej niż badani z grupy kontrolnej, w której nie zastosowano intencji implementacyjnej. 

Intencje wdrożeniowe łączono też badawczo z motywacją polegającą na ostrzeżeniu badanych przed negatywnymi skutkami braku aktywności fizycznej. Samo "straszenie" chorobami zwiększyło  uczestnictwo w ćwiczeniach z 29 do 39 procent studentów. Natomiast połączenie tej negatywnej motywacji z intencją wdrożeniową zwiększyło uczestnictwo do 91%.

Jakie mogą być propozycje zastosowania w przypadku przechodzenia na weganizm? Jako że ta metoda jest pomocna zarówno przy zabieraniu się za jakąś czynność jak i przy nieodstępowaniu od czynności, kiedy coś odwraca naszą uwagę, możemy ją wykorzystać zarówno do rozpoczęcia działania jak i do jego kontynuacji. Będziemy lepiej przygotowani i gotowi a także mniej psychicznie zmęczeni. Dotyczy to szczególnie diety roślinnej, bardziej niż innych aspektów weganizmu. 
Jeśli dopiero zabieramy się za dietę roślinną, dobrym pomysłem będzie poeksperymentowanie w  ograniczonym, „ogarnialnym” zakresie, np. śniadań, którego celem jest zorientowanie się jakie jedzenie będzie smaczne i sycące, oraz wprowadzenie na stałe wegańskich śniadań. Pamiętajmy, że naszym celem jest trwałe przejście na weganizm a nie miesięczna dieta. Dlatego powinniśmy się w tym dobrze czuć. Proponuję, by w pierwszych dwóch tygodniach zastosować intencję wdrożeniową „kiedy mam zjeść śniadanie, wybieram wegańską wersję śniadania, robię zdjęcie temu co zjadałam i zapisuję co zjadłam i czy było to smaczne i sycące. Np. Kanapka z tofu i pomidorem + banan i garść orzechów włoskich. Smaczne 5/10, sycące 7/10. 



Oczywiście wymaga to wcześniejszego przygotowania się (zakupu wegańskich produktów, przeglądnięcia paru blogów, zapisania 5-10 sugestii) i zdecydowania, gdzie będziemy robić notatki. Najprościej robić je w smartfonie, którym będziemy robić zdjęcia. Każdy ma też inny styl życia – jedni jedzą śniadanie w domu i taka intencja będzie wystarczająca. Jeśli ktoś je śniadanie w pracy/szkole – musi opracować intencję wdrożeniową zgodną z warunkami, w których funkcjonuje. Tak czy owak, po dwóch tygodniach mamy już do dyspozycji 15 spożytych śniadań i informację, co nam smakowało a co nie, co było sycące a co nie. I na dodatek będziemy też pewnie pamiętać czy łatwo było coś przygotować i będziemy też mieć orientację co do kosztów. Możemy już wtedy zmienić naszą intencję wdrożeniową na: kiedy mam zjeść śniadanie wybieram smaczne i sycące opcje z mojej listy. Podobną metodę możemy następnie zastosować do obiadów i kolacji, a także trudniejszych aspektów takich jak jedzenie na mieście, czy spotkania rodzinne.

Jakie intencje wdrożeniowe były pomocne dla mnie? W tym roku zastosowałam z powodzeniem trzy intencje wdrożeniowe dotyczące diety i aktywności fizycznej. Należę do tej grupy ludzi, którzy mają problem z zabieraniem się za różne zadania, nachodzą mnie różne myśli – a może by tak tego dziś nie zrobić, a może nie teraz, a może coś innego, a w sumie to sama nie wiem, itp. Jest to bardzo męczące, często bardziej od samego zadania! Informacja, że intencje wdrożeniowe powodują działanie na autopilocie i pomagają uniknąć tych nieznośnych dywagacji była dla mnie bardzo zachęcająca. I rzeczywiście, dobrze pomyślane intencje wdrożeniowe okazały się strzałem w dziesiątkę. Po pierwsze chciałam jeść więcej owoców i sałaty zarówno dla wartości odżywczych jak i dla obniżenia kaloryczności całodziennego jedzenia. Jedzenie tego na koniec posiłku nie ma sensu, bo jak się już najem tego, co najbardziej lubię, to ochota na owoc i zieleninę mi mija. Zastosowałam więc pomysł z książki Tracy Mann – to co masz zjeść, jedz najpierw. Moja intencja wdrożeniowa brzmiała: Kiedy przychodzi czas na posiłek, zaczynam od owocu lub surowego warzywa i sałaty lub selera naciowego. I faktycznie zadziałało.

Po drugie, moja aktywność fizyczna składa się głównie z robienia gimnastyki i jeżdżenia na rowerze. Zastanawiałam się przez chwilę od czego zaczynam i kiedy już wiedziałam co jest takim działaniem wywoławczym ułożyłam dwie intencje: dla gimnastyki: Kiedy przychodzi czas na gimnastykę kładę na podłodze karimatę; dla roweru: Kiedy przychodzi czas na rower, zakładam legginsy. I moje mordercze dywagacje wyrzuciłam za okno. W znakomitej większości przypadków autopilot włącza się bez problemu.

Co było po 1999 roku, kiedy Gollwitzer napisał swój artykuł o intencjach implementacyjnych? Kolejne lata przyniosły sporo badań w tym temacie. Na internecie znalazłam metaanalizę 94 takich eksperymentów opracowaną przez Gollwitzera we współpracy z innym badaczem – Paschalem Sheeranem. Wnioski są pozytywne. Warto korzystać z tej prostej metody urzeczywistniania naszych celów.

Co Gollwitzer mówi o samych celach? To też bardzo interesujące, ale to będzie już temat na inny wpis na moim blogu.

Czytaj więcej:
  • "Czy pozytywne myślenie działa" - mój wpis na pokrewny [link]
  • Książka Traci Mann "Bzdiety. Czego nie powie Ci dietetyk" [link]
  • Artykuł: Peter Gollwitzer - Implementation Intentions. Strong Effects of Simple Plans, First pub. in: The American Psychologist 54 (1999), 7, pp. 493-503 [link]
  • Artykuł: Peter M.Gollwitzer, Paschal Sheeran - Implementation Intentions and Goal Achievement: A Meta-Analysis of Effects and Processes, Article in Advances in Experimental Social Psychology - December 2006 [link]
  • Książka: Roy Baumeister "Siła woli" [link]




sobota, 25 maja 2019

Nie je czy ogranicza - co mówi ta statystyka?

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Dla portali internetowych podstawa to kuszący tytuł. Taki, któremu żadna myszka się nie oprze. Zaskakujący i intrygujący. Niekoniecznie językowo wyszukany. Ani mądry. Wystarczy, że pobudzi emocje, zaciekawi i skłoni użytkownika do kliknięcia w link, a portal dostanie kolejne wyświetlenie znajdujących się na nim treści. I reklam. 

Taką pełną emocji niecierpliwość wywołał (nie tylko we mnie) tytuł chętnie udostępnianego na Facebooku artykułu „Już 4 na 10 Polaków ogranicza lub nie je mięsa”. Zaraz, 4 na 10, czyli 40 procent? To blisko połowa! Blisko połowa kochającego schabowe narodu nie je mięsa lub je ogranicza?! Trzeba to sprawdzić. Nie oparłam się i kliknęłam. Muszę przyznać, że mimo rosnącej ekscytacji, od razu przeczuwałam, że z tą statystyką coś jest nie tak. Faktycznie, to rozum bronił się przed falą obezwładniającego optymizmu. 

Co znalazłam w artykule?

W artykule podano nazwę agencji, która przeprowadziła badanie (IQS), nazwisko jednej z osób tam pracujących i wypowiadających się na temat badania, metodę badania (CAWI –ankieta elektroniczna wypełniana samodzielnie przez badanego; do badania wykorzystano także platformę analizy treści netdive) oraz liczbę badanych (500). 

Tekst przedstawił definicję fleksitarianizmu jako „diety polegającej na spożywaniu ograniczonej ilości posiłków mięsnych” i trochę demograficznych danych statystycznych (zakładam, że wszystkie pochodzą z badania). Choć sposób podania informacji był niestety dość chaotyczny, to parę stwierdzeń nawet zastanawiających. Postanowiłam jednak skupić się tylko na tytułowej statystyce i jej składowych – niejedzeniu mięsa i jego ograniczaniu (fleksitarianizmie). 

W artykule na temat tytułowej statystyki mamy dwie wzmianki:

  • "43 proc. Polaków deklaruje, że nie je w ogóle lub stara się ograniczać jedzenie mięsa - wynika z raportu agencji IQS." oraz
  • "39 proc. badanych nie je mięsa bądź ogranicza je ze względów etycznych."

Czy te 39 procent to pomyłka czy dodatkowa informacja? Jeśli dodatkowa informacja, to można zinterpretować ją tak, że znacząca większość z tych 43 procent to osoby motywowane etyką. Podkreślę, że biorąc pod uwagę chaotyczność tekstu i brak skomentowania tej dodatkowej statystyki (39 proc), biorę pod uwagę, że może to jednak być pomyłka i żadnego wniosku o etyce wyciągnąć nie można. 

Czego w artykule nie znalazłam?

BRAK AUTORA
Zacznijmy od tego, że nie wiadomo kto jest autorem artykułu. To zazwyczaj nie wróży dobrze wiarygodności treści, za którą w końcu nikt nie bierze osobistej odpowiedzialności.

BRAK NAZWY BADANIA
Artykuł nie podaje też nazwy badania ani czasu jego przeprowadzenia. Nie można więc łatwo zidentyfikować, o które badanie chodzi, by poszukać go w sieci. Nie wiadomo, czy jakiś klient zlecił badanie czy też agencja IQS zrobiła je z własnej inicjatywy. To bywa istotne.

BRAK REFLEKSJI NAD TERMINEM FLEKSITARIANIZM
W artykule nie zwrócono uwagi na fakt, że podana definicja fleksitarianizmu jest tak ogólna, że może pasować do ogromnej populacji – w zasadzie każdego, kto będzie skłonny myśleć o sobie, że ogranicza spożycie mięsa, bo jest w stanie przypomnieć sobie ze dwie okazje, w których nie zjadł mięsa (choć mógł). Termin „ograniczenie” nie jest przecież w tej definicji ograniczony. Nie wpisano go w żadne obiektywne ramy ilościowe. Nie ma na przykład obiektywnie określonej górnej granicy wyrażonej choćby w liczbie posiłków tygodniowo, od której to ograniczanie by się zaczynało. Niech by nawet górna granica wynosiła 20 posiłków tygodniowo. Wtedy wiedzielibyśmy, że ten kto ogranicza je co najwyżej 19 posiłków. Nie ma tym bardziej szczegółowych zakresów (np. 15-19 posiłków tygodniowo, 10-14 posiłków tygodniowo, 1-9 posiłków tygodniowo), w które konsumenci mogli by się wpisać. 

BRAK REFLEKSJI NAD TERMINEM MIĘSO
 Co więcej, termin „mięso” bywa przez ludzi różnie interpretowany. Najszerszą definicję mięsa mają wegetarianie, dla których jest to jakakolwiek część ciała jakiegokolwiek zwierzęcia (a więc nie tylko stek wołowy czy kotlet schabowy, ale także pierś z kurczaka, filet z ryby, ośmiornice, małże, owady) na ciepło, ale i na zimno (wędliny), mięśnie i organy (wątróbka, itp.) w ilości dużej i małej (np. skwarki). Dla wielu osób jednak mięso najczęściej oznacza produkty z ssaków i ptaków. Ryby w tradycji kulinarnej to nie mięso, co doskonale widać w niezliczonych książkach kucharskich i menu restauracji. Podobnie rzecz się ma z tzw.  owocami morza. Dla jeszcze innych mięsem nie jest kurczak czy indyk. Część osób zapytana o jedzenie mięsa będzie przypominać sobie tylko okoliczności jedzenia go na ciepło i nie pomyślą o wędlinach. Wiele osób nie zawraca sobie nawet głowy myśleniem, że zupa ugotowana na kościach ma coś wspólnego z mięsem. Skwarki czy kawałki kurczaka w sałatce też będą pomijalne.

BRAK REFLEKSJI NAD WIARYGODNOŚCIĄ DEKLARACJI LUDZI
Jednak nawet gdybyśmy pokonali powyższe trudności dookreślając ilość posiłków i kategorie produktów zaliczanych jako mięsne, to dalej musielibyśmy stawić czoła jednej dość nieprzyjemnej dla nas (jako gatunku) informacji: mamy tendencję do niedoszacowywania ilości konsumowanego jedzenia. Być może zapominamy, albo się sami oszukujemy.   

BRAK INFORMACJI JAKI PROCENT POLAKÓW NIE JE MIĘSA
No i rzecz podstawowa, artykuł ostatecznie nie podaje nam jaki procent Polaków nie je mięsa!  Czy autora to nie interesowało?



Czego się dowiaduję szukając badania w sieci?
Kiedy poszukałam trochę w internecie, znalazłam stronę agencji badań rynku IQS i dotarłam na jej stronie do darmowego fragmentu raportu „Fleksitarianie nadchodzą (trend ograniczania konsumpcji mięsa)” opracowanego na podstawie badania, o którym mówił artykuł przyciągający czytelników (użytkowników) do portalu wirtualne media.

Warto zaznaczyć, że agencja przytoczyła szerszą definicję fleksitarianizmu, która trochę dokładniej opisuje, co fleksitarianizm miałby oznaczać w odniesieniu do spożycia mięsa:

Fleksitarianizm to dieta polegająca na spożywaniu ograniczonej ilości posiłków mięsnych. Dodatkowo, za fleksitarian uznaje się osoby spożywające mięso tylko okazjonalnie (np. poza domem), a stosujące w swoim domu dietę wegetariańską lub wegańską. Pojęcie to zostało użyte po raz pierwszy przez Lindę Anthony w 1992r.
Oczywiście problematycznym nadal jest fakt, że fleksitarianizm pozostaje terminem słabo określonym. Furtką dla jego różnego rozumienia jest tutaj słowo „okazjonalnie”, które może znaczyć różne rzeczy dla różnych ludzi. 

Podobnie jak w artykule, także w dostępnym fragmencie raportu nie znalazłam informacji, czy do ankiety przyjęto jakąś definicję mięsa. Szczegółowe wyniki ankiety przedstawione na poniższym slajdzie mogą nam sugerować, że jednak wykluczono z definicji mięsa ryby (wegetarianie nie będą zachwyceni), ale nie ma pewności co do innych kwestii, o których wspomniałam powyżej. 

slajd z raportu "Fleksitarianie nadchodzą" opracowanego przez agencję IQS
Sprawę komplikuje także fakt, o którym już wspomniałam, że wszyscy mamy tendencję do niedoszacowywania ilości jedzenia w kontekście produktów, których (rzekomo) chcemy unikać. W zetknięciu z dość ogólnymi pytaniami, możemy „popłynąć” w naszych odpowiedziach. Rezultaty takiej ankiety będą tym mniej miarodajne. 

Interesujący nas slajd, z atrakcyjną statystyką „43 procent Polaków je mniej lub w ogóle nie je mięsa” faktycznie pojawia się w raporcie, ale spójrzmy co się na te 43 procent składa:

Pod kątem spożycia mięsa występują tu tylko dwie dość dobrze określone i zarazem mikroskopijne  ilościowo kategorie:
  • 1 procent Polaków deklaruje "nie jem w ogóle mięsa oraz produktów pochodzenia zwierzęcego" (to będą w takim razie weganie)
  • 1 procent Polaków deklaruje "nie jem w ogóle mięsa, ale jem ryby" (oj, ankieta o niejedzeniu mięsa pominęła wegetarian!)
Pozostałe kategorie, jak można się było spodziewać, są mniej precyzyjne:
  • 9 procent Polaków deklaruje "Bardzo ograniczam jedzenie mięsa" (możemy kibicować, ale nie wiemy tak naprawdę czy przyklaskujemy dobrym intencjom czy faktycznym działaniom, a jeśli tym drugim, to co one dokładnie oznaczają?)
  • 31 procent Polaków mówi "ograniczam trochę jedzenie mięsa"  (najszersza  i zarazem najbardziej rozmyta znaczeniowo kategoria)
Jak widać wrzucenie do jednego worka kategorii konkretnej i rozmytej może dać bardzo atrakcyjną, klikalną statystykę. Najprawdopodobniej większość czytelników lajkuje i z radością udostępnia link do artykułu, który podnosi na duchu. Jak widać raczej bezpodstawnie! 

Wnioski:
  1. Kiedy oglądamy statystyki, zwracajmy uwagę na to, czy mówią one o jasno sprecyzowanych kategoriach. Im bardziej precyzyjne kategorie, tym bardziej konkretne informacje otrzymujemy. „Osoby niejedzące mięsa” – to kategoria dużo bardziej precyzyjna niż „Osoby ograniczające mięso”.
  2. Jeśli sklejono kategorię bardziej precyzyjną z kategorią rozmytą i uzyskano okazały procent, zachowajmy zachwyt na chwilę, kiedy przyjrzymy się sprawie bliżej (może już nie będzie się czym zachwycać. W końcu 2 procent w garści to już nie 43 procent, niestety na dachu!).
  3. Nowe nazwy niekoniecznie oznaczają nowe trendy. Fleksitarianizm to być może modne słowo, ale o ludziach deklarujących ograniczanie mięsa wiemy nie od dziś.
  4. Ograniczanie czegokolwiek niepożądanego brzmi dobrze tylko na pierwszy rzut oka. Problem polega na tym, że najczęściej „ograniczanie” jest terminem rozmytym znaczeniowo i na to nakłada się dodatkowo tendencja ludzi do niepamiętania ile jedzą lub samooszukiwania się szczególnie jeśli ograniczanie podpowiada im rozsądek, a produkt konsumują chętnie. Jeśli więc mówimy o fleksitarianizmie, to tak naprawdę … nie wiemy o czym mówimy. 
  5. Zastanówmy się czy używane w statystyce terminy są dobrze zdefiniowane. Czy opisano je na potrzeby ankiety, albo czy w języku potocznym ich znaczenie jest dobrze znane. Jak widać w praktyce termin „mięso” jest rozumiany różnie i bez doprecyzowania, będziemy mieć poważne nieścisłości. Jak widać również „fleksitarianizm” jest pojęciem bardzo pojemnym, do tego stopnia, że prawie każdy może się pod niego podpiąć.
  6. Jeśli leży nam na sercu  dobro zwierząt, pamiętajmy, że mięso nie wyczerpuje problemu eksploatacji zwierząt w przemyśle spożywczym. Osoby niejedzące mięsa mogą jeść ryby, a niejedzące mięsa i ryb wciąż spożywają (być może więcej) nabiału i jaj. Myślmy nie tylko o rzeczach, które są przedstawione, ale też o tych, które wypadły poza ramy przedstawionego obrazka. 

Czytaj dalej:

  • artykuł omawiany w moim tekście [LINK]
  • strona agencji IQS, gdzie można znaleźć fragment raportu „Fleksitarianie nadchodzą (trend ograniczania konsumpcji mięsa)” [LINK]
  • o fleksitarianizmie w aktywizmie prozwierzęcym , krytycznie pisze socjolożka Corey Lee Wrenn [LINK]



sobota, 13 kwietnia 2019

Czy pozytywne myślenie działa?

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Mówi się, że pozytywne myślenie jest podstawą sukcesu, ale jak zwykle rzeczywistość jest nieco bardziej skomplikowana (i zarazem bardzo inspirująca), o czym miałam okazję się dowiedzieć oglądając wykład dr Ewy Jarczewskiej-Gerc, psycholożki społecznej i trenerki biznesu. Jak to ja, postanowiłam odnieść wiadomości uzyskane podczas wykładu do zmiany, jaką jest przejście na weganizm.

Dr Ewa Jarczewska-Gerc pracuje na Uniwersytecie SWPS i zajmuje się psychologią motywacji, efektywnością i wytrwałością w działaniu oraz symulacjami mentalnymi. Wykład „Rozwój vs pseudorozwój. Dlaczego łatwo się pomylić?”, nagrany w styczniu 2019 roku, obejrzałam niedawno na kanale SWPS na youtube.

Podstawowym elementem rozwoju jest zmiana, a rozwój osobisty związany jest ze zmianami świadomymi, w których realizację wkładamy wysiłek. Dr Jarczewska-Gerc  mówi, że w naszym podejściu do zmiany możemy skupić się na pożądanym wyniku wieńczącym zmianę lub na procesie, w który angażujemy się, by zmianę zrealizować. Badania, w tym doświadczenia przeprowadzane przez prelegentkę, wskazują, że podejście zorientowane na proces (nie na wynik) jest dużo skuteczniejsze. Dotyczy to na przykład takich kwestii jak odchudzanie, ograniczenie palenia papierosów, osiągnięcie dobrych wyników na egzaminach czy dobrze zrealizowane wystąpienie publiczne.

I właśnie w podejściu do zmiany, w tym orientacji na wynik lub proces, pojawia się pojęcie pozytywnego myślenia a także, o czym opowiada dr Jarczewska-Gerc, myślenie negatywne. I co ciekawe, ani myślenie pozytywne nie jest jednoznacznie pozytywne, ani myślenie negatywne jednoznacznie negatywne. Dlaczego? 



Dwa optymizmy i dwa pesymizmy
Okazuje się, że możemy wyróżnić po dwie podkategorie każdego z tych podejść. Bierny optymizm jest typową orientacją na wynik. Skupiam się na sukcesie, wyobrażam sobie siebie 20 kg szczuplejszą, niepalącą, odbierającą dyplom ukończenia prestiżowej uczelni. Zaczynam wierzyć, że wizualizacja samego sukcesu mi go przybliży, podczas gdy jest to mylne przekonanie. Dowodzą tego badania dając ewidentnie przewagę tzw. aktywnemu optymizmowi, który sprawia, że oczekując pozytywnych wyników własnych działań, skupiamy się na procesie, planujemy i realizujemy kolejne działania i poszukujemy satysfakcji w tej aktywności. Wtedy dobry wynik staje się niejako produktem ubocznym tego, w co się angażujemy.  W negatywnym myśleniu, mamy oczywiście do czynienia z pesymizmem depresyjnym, gdzie zawsze szklanka jest do połowy pusta i we wszystkim widzimy przeszkody nie do pokonania. Natomiast jest jeszcze pesymizm defensywny, który pomaga zidentyfikować problemy po to, aby przygotować odpowiedni plan ich rozwiązania. 

Jak to się przekłada na przejście na weganizm? Najwyraźniej w dokonywaniu zmiany, czy w pomocy jej dokonania, przydatne jest podejście zorientowane na proces, łączące aktywny optymizm z dodatkiem pesymizmu defensywnego. Generalnie skupiamy się na tym, że cel jest osiągalny (przewaga optymizmu) i zabieramy się za określenie planu, krok po kroku, który doprowadzi nas do tej zmiany (optymizm aktywny!). W przypadku weganizmu jest sporo rzeczy, które możemy zaplanować, choćby przygotować listę produktów, jakie dobrze mieć zawsze na stanie i je zakupić, spisać ulubione produkty lub dania roślinne, które już lubimy, a także takie produkty lub dania niewegańskie, których zamienniki chętnie byśmy znaleźli, poszukać je i wypróbować. W ramach optymizmu aktywnego, możemy przygotować listę przykładowych śniadań, obiadów, kolacji, deserów i przekąsek i je wypróbować w pierwszych paru tygodniach, zrobić rozeznanie w sklepach z butami i odzieżą a także w opcjach dotyczących kosmetyków i środków czystości. Pamiętamy przy tym, że optymizm aktywny pomaga nam skupić się na działaniu, a satysfakcją jest często przyjemność niespodziewanych odkryć kulinarnych i bardzo ważne poczucie sprawczości. 

Natomiast pesymizm defensywny przyda nam się w przygotowaniu planu działania w sytuacjach kryzysowych, kiedy na przykład zachce nam się zjeść kotlet schabowy czy krowi ser, a także kiedy spotkamy się z nieprzyjemnymi żartami ze strony znajomych czy rodziny. Co ciekawe, wizualizacja naszej reakcji na problem uruchamia części mózgu odpowiedzialne za ruch i pomaga później lepiej zrealizować działanie w rzeczywistości. Pamiętajmy jednak, by przewagę w naszym działaniu miał optymizm aktywny, bo – jak ostrzega dr Jarczewska-Gerc – pesymizm defensywny jest bardzo wypalający. Psycholożka podkreśla także, że jak w każdej zmianie, musimy pamiętać o celu, który wyznacza nam drogę, bo wówczas łatwiej pozostać w trybie samokontroli (gdzie właśnie radzimy sobie z różnymi drobnymi problemami, mimo zmęczenia czy smutku, bo przyświeca nam ta głębsza satysfakcja) zamiast popadać w tryb samoregulacji (gdzie najważniejsze staje się zadbanie o dobre samopoczucie tu i teraz i np. zjedzenie kotleta, do którego jesteśmy wciąż przyzwyczajeni). 

Myślę, że ważną wskazówką dla aktywistów jest to, by nie pomijać wartości pesymizmu defensywnego. Jeśli ktoś przedstawia potencjalne przeszkody, może robi to właśnie po to, żebyśmy pomogli mu ułożyć plan ich pokonania. Trzeba po prostu zobaczyć, czy na taki plan zareaguje pozytywnie. 

Dobra psychologia, podparta teorią i praktyką, może wymiernie pomóc. Warto z niej korzystać.

Czytaj dalej:
  • a raczej oglądaj: wykład, na którym opiera się mój dzisiejszy wpis, dr Ewa Jarczewska-Gerc "Rozwój vs pseudorozwój. Dlaczego łatwo się pomylić? (32min) (LINK)




niedziela, 24 marca 2019

U nas też duszą, proszę Pana

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Widzieliście te przezroczyste breloczki do kluczy z małymi rybkami albo żółwikami w środku? Żywe zwierzęta zamknięte w plastikowym opakowaniu, gdzie jest trochę wody i tlen, który szybko się skończy. Zdolne do cierpienia istoty potraktowane jak jednorazowe gadżety. To nie do pomyślenia, prawda? Nasze oburzenie rośnie. Kto mógł wpaść na taki pomysł i kto to kupuje? Kiedy dowiadujemy się, że proceder ma miejsce w Chinach, nasze oburzenie rośnie jeszcze bardziej, ale zdziwienie jakby maleje. No tak, Chińczycy. Jak oni tak mogą?!

Pewnie dowiedzieliście się o tym w internecie. Ja też. Swoją drogą warto by sprawdzić na ile wiarygodne to informacje. Owszem, na szybko da się wyszukać parę petycji do chińskiego rządu, ale ich istnienie i treść nie pomagają nam zbytnio w weryfikacji tej sprawy, szczególnie jeśli petycje są stworzone przez indywidualne osoby (a nie przez organizacje) i zawierają wyłącznie apel okraszony retoryką „opinii światowej” oburzonej tym, co się „tam” wyprawia. Ale ten post jest o czymś innym, więc nie będę zajmować się weryfikacją breloczków. Przyjmijmy, że to prawda.

Co dla mnie istotne w takim właśnie temacie, i wielu mu podobnych, to ich potencjał do aktywowania uprzedzeń, utrwalania stereotypów, nadmiernego wzniecania emocji, zaspokajania potrzeby nowości, dawania poczucia wyższości i wrażenia, że robi się coś ważnego dla zwierząt i – niestety - odwracanie uwagi od mniej „atrakcyjnych”, a bardziej pozytywnych i często pożytecznych rzeczy, które możemy robić na rzecz lepszego świata.

Jeśli chodzi o stosunek Chińczyków do zwierząt, to przeciętny polski użytkownik Facebooka, który lubi psy i koty i czyta wiadomości o zwierzętach, na pewno zetknął się z Festiwalem psiego mięsa w Yulinie. Szokująca dla konsumenta świń, cieląt i kurcząt informacja o jedzeniu psów połączona z praktycznie nikłą wiedzą na temat Chin (oprócz tego, że jest to państwo w Azji, gdzie mieszka bardzo dużo ludzi, którzy mają skośne oczy i nie są biali) w dość prosty sposób skłania do aktywowania negatywnego uprzedzenia (są też uprzedzenia pozytywne) do całej grupy narodowościowej, czy nawet rasowej. Wniosek z tych skąpych informacji jest oczywiście uogólniający, co widać często w petycjach, według których jedzenie psów, w przeciwieństwie do jedzenia świń, kur, czy cieląt, ma świadczyć o niższości kultury chińskiej i jej barbarzyństwie, a zarazem (domyślnie) o wyższości i ucywilizowaniu kultury zachodniej, czyli naszej. 

Temat sprzedawania breloczków z żywymi zwierzętami w Chinach odgrywa bardzo podobną rolę do tematu Festiwalu w Yulinie. Cementuje nasze uprzedzenia, daje łatwe uzasadnienie dla rasizmu, pozwala "bezkosztowo" poczuć się lepszym i bardziej cywilizowanym, bez jakiejkolwiek refleksji nad własną kulturą i własnym postępowaniem. Nie daje okazji do zastanowienia, cóż takiego różni psa od świni, nie w naszych oczach, lecz w nich samych, ich chęci do życia, potrzebach i pragnieniach. Nie skłania do refleksji, że jeśli mięsa jeść nie trzeba (a nie trzeba, podobnie jak nie trzeba jeść nabiału czy jajek), to de facto świnie cierpią i umierają dla naszej przyjemności. I nie jest to miła refleksja, ale może posłużyć do zmiany naszego zachowania. Kiedy mocno skupiamy się na innych, odcinamy się od własnego doświadczenia, szczególnie jeśli siebie postawimy na pomniku. 

Równocześnie takie nowinki są niezwykle atrakcyjne dla naszych umysłów niezmordowanie poszukujących nowości – nowych informacji, najlepiej wywołujących intensywne emocje, sensacyjnych w tonie, walczących o naszą uwagę w potoku wiadomości. którymi zalewa nas internet i media społecznościowe w szczególności. Intensywność emocji przeżywanych podczas odbioru takiej informacji myli nam się często z jej istotnością. Szybkie podpisywanie i intensywne udostępnianie petycji bierzemy za działanie właściwe i konieczne, nawet jeśli wiemy, że ciągnie za sobą ogon rasistowskiego hejtu, który łatwo nam jest zbagatelizować, szczególnie  jeśli nie dotyczy nas ani nikogo bliskiego.

Presja czasowa (podpisz już teraz!), temat przyciągający uwagę swoją „egzotycznością”, sugestia, że odbiorca petycji należy do tej lepszej cywilizacji i silne emocje to mieszanka, której trudno się oprzeć. Często towarzyszy temu pewien szantaż emocjonalny. Sprawa zostaje przedstawiona w taki sposób, że albo podpiszesz petycję, albo zawiedziesz zwierzęta, które czekają na Twoją pomoc. Na stole, w zasięgu wzroku, jest wybór: tylko ta petycja albo wielkie okrągłe, budzące poczucie winy zero. Jeśli mieliśmy jeszcze jakieś wątpliwości, choćby te dotyczące rasizmu, to ulegamy. Myślę, że niedobrze, bo rasizm, mowa nienawiści i przemoc na tym tle są rzeczywistością coraz bardziej codzienną, a działać dla zwierząt w sposób współgrający z prawami człowieka możemy przecież na wiele sposobów.

Wracając do duszących się za sprawą człowieka zwierząt,  temat breloczków przywiódł mi na myśl rodzimy przykład jednodniowych kurzych piskląt. Takie pisklęta wylęgają się w bardzo dużych ilościach nie pod czujnym okiem kurzych matek, ale w przedsiębiorstwach zwanych wylęgarniami. To miejsca, skąd hodowcy kupują pisklęta do odchowu tzw. brojlerów na mięso i skąd kupowane są pisklęta płci żeńskiej, które będą służyć jako maszyny do znoszenia jajek na fermach jajczarskich. I w tych wylęgarniach odbywa się selekcja. W przypadku kurcząt, które będą hodowane na mięso, "odpadem" będą ewidentnie chore pisklęta. W przypadku przyszłych kur niosek, z oczywistych względów "odpadem" będą kogutki (nie opłaca się ich hodować na mięso). 

I zgodnie z odpowiednim rozporządzeniem, takie zwierzęta można zabijać (to jest w produkcji zwierzęcej praktycznie pewnik dla wszystkich zwierząt) i należy to robić w jeden z dwóch sposobów: albo z użyciem „urządzeń mechanicznych powodujących natychmiastową śmierć” albo stosując dwutlenek węgla. To pierwsze może oznaczać zgniatanie lub mielenie, to drugie komorę gazową – duszenie. Podobno ta – podkreślę, że niezawiniona - śmierć zadana w taki właśnie sposób jest stosunkowo szybka i bezbolesna. 

Mam co do tego pewne wątpliwości. Zasadzają się one w zasadzie na dwóch kwestiach: masowość działania i status tych zwierząt. Odwiedziłam parę stron wylęgarni. Niewątpliwie, wyspecjalizowane zakłady tego typu muszą mieć masowy przerób, żeby utrzymać się na rynku. Jedna z nich chwaliła się, że rocznie wylęga się tam 90 milionów piskląt. Nieźle, prawda? Dziennie wychodzi 250 tysięcy zwierząt. Powiedzmy, że 10 procent nie będzie dobrze rokować (to była wylęgarnia kurcząt na mięso), to do zabicia będzie 25 tysięcy zwierząt dziennie. Nawet zwierzęta przedstawiające wartość rynkową (bo będą mięsem albo maszyną do jajek), indywidualnie kosztują bardzo mało i w razie choroby/urazu nie są leczone. Co dopiero więc może mieć miejsce w przypadku zwierząt, które dosłownie są dla producenta odpadem, czyli śmieciem? 

Czy sugeruję, że w związku z tym będą regularnie łamane przepisy (nawet takie, które umówmy się – służą szybkiej likwidacji "żywych śmieci")? Niekoniecznie. Niech i każda wylęgarnia ma swoje „urządzenia mechaniczne” i komory, gdzie wpuszcza dwutlenek węgla. Wyobraźmy sobie jednak, że ma do przerobu te 25 tysięcy zwierząt dziennie. Jedne zgniotą się od razu, inne niekoniecznie, jedne uduszą się od razu inne niekoniecznie. Wyobraźmy sobie potem taki martwo-żywy odpad dogorywający w plastikowych workach, gotowy do wywiezienia. Czy ktoś będzie dogniatał lub doduszał, żeby te zwierzęta, które jeszcze żyją, szybko umarły? Pomęczmy trochę własną wyobraźnię. To ćwiczenie nie będzie tak atrakcyjne jak petycja w sprawie „barbarzyńców” o innym kolorze skóry, ale może pomóc zmierzyć się z rzeczywistością bliżej domu, w której niekiedy bierzemy czynny udział kupując coś, co po prostu do tej pory uważaliśmy za żywność, niezbędny element naszego codziennego życia.



Oczywiście, jak to ja,  zmierzam do kwestii krzywdy zwierząt, która dzieje się tuż za rogiem, i której nie da się tak łatwo przyporządkować do kogoś innego i która, ostatecznie skłania do refleksji nad lepszym sposobem życia nie jakichś tam onych, których mamy petycją ucywilizować, tylko każdego z nas. Tym lepszym pod wieloma względami wyborem jest weganizm. Choć sama zmiana wielu nawyków żywieniowych i codziennych jest pewnym wyzwaniem, to tak naprawdę weganizm – jeśli się przyjrzymy mu na spokojnie – jest takim minimum – po prostu paktem o nieagresji w stosunku do zwierząt w takim zakresie, jaki jest możliwy i wykonalny w dzisiejszym świecie.

Co do pożytecznych rzeczy, które możemy robić nie pod presją czasu, nie pod wpływem emocjonalnego szantażu, jest ich wiele, choćby propagowanie tej nieagresji, pomoc schronisku (są różne typy schronisk – psów i kotów, ale też wielu innych zwierząt), adopcja zwierząt bezdomnych, pomoc organizacjom, które zajmują się adopcjami. To działanie pożyteczne, często bardzo wymierne i pomocne. Równocześnie dbajmy o to, by sprzeciwiać się rasizmowi i ksenofobii, jeśli w takich działaniach się pojawi.  A jeśli zdarzy się sensowna petycja, to podpisujmy ją po namyśle.


Czytaj dalej:

  • Chcesz zobaczyć to rozporządzenie? Proszę bardzo. (LINK)
  • Więcej o diecie wegańskiej opowie wam dietetyczka specjalizujący się w dietach roślinnych Iwona Kibil (LINK do video bloga) i link do bloga (LINK)


niedziela, 24 lutego 2019

Naprawdę idealna?

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Moją uwagę zwrócił ostatnio artykuł "Dieta wegańska najlepsza dla sportowców" na portalu ekologia.pl. Jak widzę taki idealistyczny, jednoznaczny tytuł to myślę sobie: oho! Albo przynęta dla klikających, żeby przynajmniej weszli na stronę, albo kolejny przykład idealizowania diety roślinnej, albo obie te rzeczy na raz. 

Ok, klikam (widać ja też łapię przynętę, tyle że z innego powodu). 

Skoro artykuł jest o jakimś badaniu, to od razu szukam nazwy badania, nazwisk autorów i linku do abstraktu. Nic takiego tu nie znajduję. Niestety, nie jestem zdziwiona, bo w wielu doniesieniach medialnych to standard, oczywiście bardzo zły. Co prawda jest przekręcone imię i nazwisko jednego z autorów badania: "powiedział dr Neala Barnarda" (powinno być "powiedział dr Neal Barnard"), ale z tego artykułu nie dowiemy się, jaki jest związek tej osoby z badaniem (jest głównym autorem tego badania). Przeczytamy tylko, że „dr Neala Barnarda” jest z George Washington University School of Medicine. 

Dobrze że przynajmniej jest nazwa czasopisma, gdzie badanie opublikowano. Szukam, szukam, uff, w końcu znajduję. Przyznam, że chwilę mi to zajęło, bo w artykule, z którego ekologia.pl czerpie doniesienie, linku do badania też nie ma. Jest tam jednak parę nazwisk autorów badania zidentyfikowanych jako autorzy badania (ważne!). O badaniu za chwilę.

Jaki jest stosunek treści artykułu do atrakcyjnego tytułu o wyższości diety wegańskiej w sporcie? Zdecydowanie niejednoznaczny. Dlaczego? Bo za korzyściami zdrowotnymi w artykule stoją następujące czynniki:
  • weganizm, czyli nie tylko dieta. Ciekawe jak na układ sercowo-naczyniowy wpływa na przykład noszenie nieskórzanych butów sportowych, czy korzystanie z płynu pod prysznic nietestowanego na zwierzętach  
  • dieta oparta na roślinach, czyli taka, gdzie rośliny stanowią większość składników diety i gdzie mogą się znaleźć, w mniejszości, składniki nieroślinne, a więc odzwierzęce – do diety wegańskiej blisko, ale to jednak nie to samo (chyba że zapowie się na początku artykułu, że będzie się stosować te terminy wymiennie)
  • dieta bezmięsna, czyli zawierająca rośliny, nabiał i jaja. Nabiał i jaja nigdy wegańskie nie były.
  • dieta niskotłuszczowa, w tym wegetariańska, czyli albo dieta zawierająca rośliny, mięso, nabiał i jaja, albo rośliny, nabiał i jaja z zastrzeżeniem, że jedna i druga ma niską zawartość tłuszczu (roślinnego i zwierzęcego). Co to ma wspólnego z dietą roślinną?
Jak powyższe ma się do wpadającego w oko tytułu? Nie za bardzo. I pytanie na marginesie: Skąd się tam nagle wzięła dieta niskotłuszczowa? (ja akurat wiem, ale dla czytelnika nieznającego powiązania autorów z organizacją, która zajmuje się usilnym promowaniem jednej wersji diety roślinnej – niskotłuszczowej diety roślinnej nie będzie to jasne, tym bardziej, że ta niskotłuszczowa dieta na ekologia.pl zamienia się w dietę z wszystkimi składnikami odzwierzęcymi. Na czele tej organizacji, czyli Physicians Committee for Responsible Medicine, stoi autor badania Neal Barnard).

Jak wygląda artykuł, na którym bazowano polskie doniesienie? Po pierwsze, już tytuł jest mniej jednoznaczny i mniej wykluczający inne diety. „Athletes can thrive on plant-based diets” na stronie health.usnews.com , czyli „Sportowcy mogą kwitnąć/świetnie funkcjonować na dietach opartych na roślinach”. Po pierwsze „mogą” robi dużą różnicę. Mogą, ale nie muszą. Po drugie, słowo "dieta" nie bez powodu użyte jest w liczbie mnogiej, bo dietę opartą na roślinach można układać na różne sposoby. Warto więc  pamiętać, że nie musi to być dieta niskotłuszczowa, ani dieta w pełni roślinna. Co więcej, jeśli sportowcy mogą świetnie radzić sobie na dietach opartych na roślinnych, nie wyklucza to stwierdzenia, że mogą sobie radzić także na innych dietach. Widzimy, że ekologia.pl wybrała tytuł nieporównywalnie bardziej jednoznaczny, wykluczający inne opcje. 

Jak odzwierciedlono tu wnioski z badania, do którego nie podano linku ani w polskim ani w amerykańskim artykule? Jest tam mowa zarówno o „plant-based” jak i „vegan” diets, przy czym zastrzeżono, że terminy te są w opracowaniu używane jako wymienne i oznaczające dietę roślinną. Niemniej, w badaniu przewija się też dieta wegetariańska (mogąca zawierać jajka i nabiał), a więc wyniki nie dotyczą tylko diety roślinnej. Ponadto, tekst ostrożnie traktuje związki przyczynowo-skutkowe, co najczęściej przejawia się tym, że zamiast pisać, że coś wpływa na coś, pisze się tam (jak i w wielu innych badaniach), że coś może wpływać na coś. 

Tej ostrożności brakuje polskiemu artykułowi, co od razu wzbudza moją nieufność, mimo tego, że nie jestem dietetyczką ani nie specjalizuję się w tym temacie amatorsko. Od razu zaznaczę więc, że mój tekst porusza tylko parę kwestii, nie jest w żaden sposób wyczerpujący. Staram się tylko korzystać z podstawowych zasad ostrożności przy czytaniu doniesień o wpływie różnych czynników na zdrowie, w szczególności zaś ostrożność tę rezerwuję dla tematu, który jest związany z aktywizmem prozwierzęcym. Zachęcam też do takiej ostrożności czytelników i czytelniczki, w tym osoby zajmujące się aktywizmem.

Hurra optymizm, pochopne idealizowanie diety roślinnej nie służą sprawie i nie jestem pierwszą osobą, która o tym pisze. Nie służy też sprawie utożsamianie weganizmu z dietą, co tutaj też ma miejsce (wybranie diety roślinnej dla dokonań sportowych nie równa się przejściu na weganizm).

Co służy promowaniu weganizmu? Z pewnością staranne poszukiwanie opartych na dowodach naukowych odpowiedzi na pytanie: jak żyć zdrowo na diecie roślinnej? Weganizm to co prawda dużo więcej niż dieta, ale to właśnie unikanie produktów odzwierzęcych w jedzeniu jest sprzeciwem wobec największej machiny przemocy wobec zwierząt – produkcji mleka, mięsa i jaj. 



Czytaj dalej:
  • Tekst oryginalnego badania "Plant-Based Diets for Cardiovascular Safety and Performance in Endurance Sports", Neal D. Barnard, David M. Goldman, James F. Loomis, Hana Kahleova, Susan M. Levin, Stephen Neabore and Travis C. Batts; Nutrients 2019, 11(1), 130; doi:10.3390/nu11010130 (link)
  • Artykuł na ekologia.pl (link), 
  • artykuł, na bazie którego powstał polski artykuł z ekologia.pl (link)
  • artykuł dietetyczki Virginii Messiny o idealizowaniu diety roślinnej w kontekście urody "Preventing ex-vegans" (link)
  • Jak czytać badania naukowe - poradnik dla laików - Damian Parol (link)




niedziela, 17 lutego 2019

Weganizm - etyka, praktyka, aktywizm

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Jeśli chodzi o nasz stosunek do zwierząt, żyjemy w świecie pełnym paradoksów. Z jednej strony powszechnie deklarujemy empatię wobec zwierząt, uważamy, że niepotrzebne zadawanie cierpienia zwierzętom jest złe i faktycznie zakazujemy zadawania takiego cierpienia zwierzętom domowym. Z drugiej zaś strony nasz świat jest pełen legalnej przemocy wobec zwierząt, którą – jako społeczeństwo konsumentów - powszechnie i masowo realizujemy za pośrednictwem hodowców i rzeźników i rybaków wobec zwierząt takich jak kury, świnie, krowy czy ryby. 

W tym paradoksalnym świecie, weganizm jako indywidualna odmowa udziału nie tylko w potępianej, ale i w tej legalnej, powszechnej przemocy wobec zwierząt, a także jako ruch na rzecz sprawiedliwości społecznej wymaga zarówno mocnych przekonań etycznych oraz ugruntowanej, codziennej praktyki jak i propagowania, które jest uczciwe, rzetelne, podkreślające aspekt etyczny i praktyczny, a także oparte na znajomości ludzkiej natury i współgrające z jej możliwościami i ograniczeniami.

Kto dostaje pytania, a kto nie musi przygotowywać żadnych odpowiedzi?
Jest dość oczywiste, że w świecie legalnej, masowej przemocy wobec zwierząt, z której żyją znaczące gałęzie przemysłu spożywczego, odzieżowego i rozrywkowego, rynek jest wręcz zalany produktami i usługami związanymi z tą przemocą. Idę do sklepu spożywczego, wita mnie lada chłodnicza z mięsem i serami, wchodzę do cukierni, praktycznie wszystkie ciastka i ciasta zawierają masło, śmietanę, mleko, jaja lub przynajmniej jeden z tych składników. Do drzwi puka pan z obwoźnym cateringiem oferując kurczaka w sosie słodko-kwaśnym, schabowego lub rybę. W sklepie obuwniczym standardem są buty ze skóry, uznawane za lepsze od butów z tworzywa sztucznego. Jeśli chcę jeździć konno i mam odpowiednie zasoby, kluby jeździeckie czekają na mój przyjazd. 

Ekspedientka nie pyta: „Dlaczego chce Pani mięso?” Kasjerka nie zastanawia się na głos „Czy ta Pani naprawdę musi kupić ten ser?” W sklepie obuwniczym nie witają mnie pytaniem „Czy jest Pani przeciwna zadawaniu niepotrzebnego cierpienia? Jeśli tak, to zapraszamy do działu butów bez skóry”. Rezerwując jazdę nie usłyszę „Czy zastanawiała się Pani co się dzieje z końmi, na których nasz klub już przestał zarabiać?” Nikt nie zadaje takich pytań właśnie dlatego, że to cierpienie i ta przemoc jest legalna, domyślnie uznaje się ją za dopuszczalną, jedni na niej zarabiają, inni z niej korzystają, a czy jest potrzebna? Tak, jest to przemoc potrzebna do utrzymania rynku takich właśnie produktów i usług. Poruszając się po tym rynku jako producenci, sprzedawcy i kupujący, pozostajemy nie niepokojeni.

Inaczej jest w przypadku weganizmu. Kto odmawia udziału w legalnej, powszechnej praktyce, nawet jeśli nie powie wyraźnie, że jego odmowa ma charakter etyczny, a nie religijny czy alergiczny, musi się liczyć z tym, że nie przejdzie niezauważony. To jemu zostaną zaserwowane różne miny, uśmieszki, wyrazy zdziwienia, zaciekawienia, czasem wrogości, złośliwości. To on dostanie serię pytań, bo się wyróżnia i niepokoi albo denerwuje. Dlatego napisałam, że weganizm wymaga mocnych przekonań etycznych, które jesteśmy w stanie wyjaśniać, których potrafimy bronić, i których nie wstydzimy się trzymać. To wbrew pozorom bywa wyzwanie. 

Nadzieja i wyzwania: rzeczywistość 
Interesując się losem zwierząt i propagując weganizm trzeba pamiętać, że paradoksalny świat w jakim żyjemy oferuje pewną nadzieję, ale zarazem stanowi duże wyzwanie. 

Nadzieja bierze się stąd, że mamy dobry punkt wyjścia - deklarację większości ludzi o empatii wobec zwierząt i przekonanie tychże ludzi, że cierpienie zwierząt nie jest czymś obojętnym i nie powinno być niepotrzebnie zadawane. Istnieje więc płaszczyzna, w ramach której można sensownie o weganizmie rozmawiać. Wiemy też, że dieta roślinna, stanowiąca podstawę praktycznej strony weganizmu, oferuje szereg korzyści zdrowotnych i doskonale współgra z potrzebami dzisiejszego świata, w którym niezwłocznie potrzebna jest zmiana stylu życia w celu ograniczania naszego wpływu na środowisko. 

Wyzwania wynikają z trudności, jakie niesie społeczna i psychologiczna rzeczywistość. Ludzie są przyzwyczajeni do zmniejszania sprzeczności między własną deklaracją empatii wobec zwierząt a korzystaniem z przemocy wobec nich np. poprzez dzielenie zwierząt na dwie, oddzielne kategorie: te do kochania i te do wykorzystywania. Ten podział nie rodzi się w każdej głowie sam z siebie, tylko jest produktem wychowania przez rodzinę, otoczenie, szkołę, reklamę i kulturę. Dlatego też to, jak traktowane są zwierzęta domowe według wielu z nas świadczy o tym, jakim ktoś jest człowiekiem, zaś sfera jedzenia i gotowania produktów z/od tych innych zwierząt, która jest przecież ściśle związana krzywdzeniem zwierząt, jest zazwyczaj traktowana jako obszar indywidualnych preferencji, zdrowia, niemający nic wspólnego z etyką. Podobnie wygląda sfera odzieży i mody. 

Wyzwaniem jest więc zasypywanie (we własnej lub cudzej głowie) utrwalonego tradycją, choć arbitralnego przecież, podziału między świnią a psem, kurą a papugą, krową a żubrem, karpiem a a złotą rybką. Istotne jest też włączanie dziedzin takich jak kuchnia czy szafa do sfery, gdzie pytania etyczne są jak najbardziej na miejscu, gdzie rozmowa niekoniecznie kończy się na zdrowiu i preferencjach estetycznych. Nie jest trudno zaskoczyć brutalnym video, zszokować i sprowokować krótkotrwały efekt bazujący na przerażeniu i odrazie, albo  przekonać kogoś do sprzeciwu wobec wyborów, których sam nigdy nie dokonywał, np. osoby, która nigdy nie była na polowaniu do potępienia myślistwa.  Wyzwaniem jest zachęcić do samodzielnej refleksji nad sprawą, która wymaga spojrzenia na swoje własne, nie cudze, deklaracje i wybory. Ostatecznie,  tylko człowiek, który z własnej wolnej woli, nieprzymuszony podejmie decyzję, by zerwać z wybiórczą empatią, ma szansę znaleźć w sobie emocjonalnie i racjonalnie motywację, by dostosować swoje zachowanie do tego, co ma głęboko w sercu, i je utrwalić. 

Wyzwaniem jest też niewątpliwie presja społeczna, te pytania i uwagi, które z pewnością padną jeśli wybierzemy weganizm, i które nie zawsze będą miłe i kulturalne. Trzeba będzie nauczyć się na nie odpowiadać, czasem ich unikać. Prawdopodobnie przyda się więcej asertywności, ale też wrażliwości i umiejętności zachowania w niezręcznych sytuacjach. Dobra wiadomość jest taka, że najpewniej nasze umiejętności interpersonalne się poprawią, zweryfikujemy też jakość naszych znajomości i przyjaźni: być może niektóre się poluzują, inne zaś wzmocnią, pojawią się też nowe, których wcześniej się nie spodziewaliśmy. 

Tradycyjna dieta zawierająca nabiał, mięso i jaja jest nie tyle świadomym wyborem, co wyuczonym od dziecka zachowaniem, zestawem nawyków, których zmiana wymaga co prawda na początku pewnej motywacji i wysiłku, ale wcale nie żąda heroizmu. Po drugiej stronie nie czeka przecież codzienne zmaganie, lecz zestaw zmodyfikowanych nawyków. Wyzwaniem jest więc nie tyle ćwiczenie silnej woli ile pogłębienie wiedzy na temat zmiany nawyków. Ta wiedza może przydać się też w wielu innych przypadkach, choćby wtedy, gdy chcemy wprowadzić w życie więcej ruchu, albo gdy chcemy zlikwidować niezdrowy nawyk podjadania słodyczy, czy rzucić palenie.

Obecnie coraz więcej sfer życia podlega komercjalizacji. Zdrowie, żywność, dieta i kuchnia, podobnie jak odzież czy hobby i rozrywka nie są tu wyjątkiem. W takich okolicznościach, najbardziej pożądaną aktywnością ludzi jest konsumpcja. Człowiek-konsument, który jest coraz bardziej przekonany, że kolejne pragnienia i ochoty to tak naprawdę niezbywalne potrzeby jest idealnym przedmiotem dla biznesu i handlu. Człowiek-przedmiot, który myśli, że jest podmiotem, jest bardziej podatny na perswazję i manipulację, których celem jest po prostu coraz większy obrót pieniędzmi niezależnie od dobra człowieka-konsumenta, który w wyniku presji społecznej i presji czasu ulega złudzeniu, że niezmordowanie kupując produkty i usługi zyska zdrowie, przyjaciół, uznanie, a nawet miłość. 

Na rynku mamy zalew diet, których twórcy/sprzedawcy obiecują nam wieczną młodość, uzdrowienie z ciężkich chorób. Nie mając dużo czasu i obawiając się o własne zdrowie, dajemy się nabrać pustym obietnicom i zarobić ich sprzedawcom, by po jakimś czasie, rozczarowani, dać uwieść się (i zapłacić) następnym guru. Co więcej, gdy kwestie zdrowia, a więc także diety, podlegają prawom wolnego rynku, diety można reklamować tak jak każdy inny produkt, diety sensowne, sprzyjające zdrowiu mogą być mniej popularne od diet śmieciowych jeśli te drugie mają lepszy marketing. Produkty mogą być tanie i powszechnie dostępne jeśli się dobrze sprzedają, nawet  jeśli ich produkcja łączy się z krzywdą konsumentów, zwierząt i jest szkodliwa dla środowiska, co ponownie odbija się na zdrowiu ludzi i zwierząt. Tak jest niestety z produktami odzwierzęcymi. Reklamy bardzo często wprowadzają w błąd nie tylko sugerując, że produkt jest zdrowy dla ludzi ale także roztaczając wizję sielanki zwierząt, podczas gdy reklamowany produkt związany jest głównie z cierpieniem i śmiercią zwierząt. 

Człowiek-konsument jest najbardziej cenny (dosłownie, bo najlepiej się na nim zarabia), gdy działa w oparciu o intuicje i daje się ponieść emocjom. Gorzej, jeśli znajdzie czas na to, żeby zatrzymać galopujące emocje, skupić się i znaleźć czas, żeby przemyśleć sprawę, dokształcić się, pomyśleć o bliższej i dalszej perspektywie, nie tylko o sobie i własnej rodzinie i zwierzętach domowych, ale o sąsiadach, dzielnicy, mieście, kraju i świecie, w którym żyje i o zwierzętach, o których nauczył się myśleć tak, jakby były produktami. Wyzwanie stanowi być w takich okolicznościach myślącym i współczującym człowiekiem-obywatelem. 

Nadzieja i wyzwania: aktywizm
Im dłuższą historię ma ruch wegański, tym większe stoi za tym doświadczenie. Raz lepsze, raz gorsze, ale można się z niego uczyć, raz na własnych błędach, innym razem na cudzych. Dobrym znakiem jest, że aktywiści coraz chętniej korzystają z dorobku nauk takich jak socjologia, psychologia, psychologia społeczna, ekonomia, nauka o środowisku, ale też filozofia i etyka. Bardzo dobrze się dzieje, że mamy, również w Polsce, coraz więcej dietetyków znających się na diecie roślinnej, lub wręcz specjalizujących się w tej dziedzinie. Cieszy mnogość blogów pokazujących kuchnię roślinną w różnych odsłonach, także w wydaniu na skromną kieszeń. Dobrze, że bary i restauracje coraz częściej wiedzą co znaczy kuchnia roślinna i prawidłowo oznaczają takie dania. Produkty roślinne w marketach i na placach były zawsze, ale teraz jest też coraz większy wybór półproduktów i dań gotowych. 

Niestety, oprócz wyzwań, jakie stawia rzeczywistość, kolejne wyzwania wynikają często z samego aktywizmu prowegańskiego. Stoją za tym różne przyczyny, czasem brak wiedzy, czasem niecierpliwość i pragnienie pójścia na skróty, innym razem przekonanie, że cel uświęca środki. Nie mnie oceniać, kiedy która przyczyna przeważa. Patrzę raczej po prostu na to, co widać gołym okiem i do tego zazwyczaj się odnoszę. 

Podzieliłam aktywizm prowegański na 3 segmenty: zdrowie, styl życia, etyka i w ramach tych segmentów poruszam wyzwania, które moim zdaniem są istotne.


1. Zdrowie 
1.1 idealizowanie diety roślinnej
Ponieważ dieta roślinna jest centralnym punktem praktykowania weganizmu (to w ramach produkcji żywności – na mięso/ryby, dla mleka i jajek - krzywdzimy najwięcej zwierząt), aktywiści koncentrując się na jedzeniu często posuwają się do idealizowania diety roślinnej. Naciągają korzyści zdrowotne, mitologizują dietę roślinną jako niezawodny lek na większość chorób cywilizacyjnych i sposób na szczupłą sylwetkę, gładką skórę i wieczną młodość. Podsuwają anegdotyczne przykłady, które mają służyć jako dowód w tej sprawie. 

Przykładem takiego nierzetelnego podejścia jest film „What the Health”. Jego sążnistą krytykę przedstawiła doświadczona amerykańska dietetyczka Virginia Messina, która sama jest weganką i zajmuje się dietami roślinnymi, ale jej podejście różni się znacząco od tego, co zaprezentowali autorzy filmu. Zamiast idealizować, Messina po prostu bada dietę roślinną i skupia się na odpowiedzi na pytanie, które najbardziej powinno interesować wszystkich aktywistów i wegan: jak stosować dietę roślinną z korzyścią dla własnego zdrowia? Zainteresowanych odsyłam do jej bloga i książek, które napisała sama lub we współpracy z podobnie nastawionymi dietetykami.

Idealizowanie diety, nie dość że nieuczciwe, to ma raczej krótkie nogi. Może tak łatwo przyciągnąć jak i łatwo odepchnąć osoby, które licząc na cudowny efekt go nie uzyskają i pobiegną szukać kolejnej obiecującej propozycji. Pisząc właśnie o tym, Messina przytaczała badanie, które wskazało, że większość byłych wegetarian rekrutuje się spośród osób, które wybrało zdrowie jako główny motywator. W kolejnym badaniu większość byłych wegetarian wskazała, że mogą osiągnąć takie same korzyści z innej diety, co potwierdzałoby marną wartość naciąganych obietnic. I nic w tym dziwnego.

1.2 demonizowanie produktów odzwierzęcych
Drugą stroną tej samej monety jest oskarżanie produktów odzwierzęcych o całe zło, stawianie ich w jednym rzędzie z trucizną, podczas gdy badania zarówno dotyczące korzyści zdrowotnych jak i szkodliwości różnych produktów zwierzęcych pokazują, że jest to sprawa dużo bardziej złożona. Najczęściej dużo zależy od predyspozycji konkretnej osoby, a jeśli chodzi o same produkty, to bierze się pod uwagę ich rodzaj (np. mięso czerwone czy białe), rodzaj przygotowania (np. gotowanie, smażenie, grillowanie) czy ilość (7 czy 2 razy w tygodniu, 10 czy 30 gramów), itp. 

I znowu demonizowanie jest podejściem nieuczciwym (lub nierzetelnym) i ma krótkie nogi, bo opiera się na wybiórczym stosowaniu literatury naukowej i jej nieumiejętnej interpretacji. Jest więc równie dobrze mieczem obosiecznym, bo propagując takie wybiórcze podejście do badań naukowych, aktywiści de facto podają rękę zwolennikom diet bogatych w produkty odzwierzęce, a także przeciwnikom diet roślinnych, którzy także chętnie sięgają wybiórczo po różne badania. Przerzucanie się argumentami w tej „grze” jest niepoważne i prowadzi tylko do dalszej dezorientacji odbiorców takich pseudoinformacji. 

Rzetelne wnioski płynące z badań nad wpływem diety na zdrowie nie są może tak spektakularne i atrakcyjnie jednoznaczne, ale tylko one są warte zastosowania. W przypadku wyboru diety roślinnej, po prostu dają szansę stosować ją dobrze i dokonać trwałego wyboru. Straszeni produktami odzwierzęcymi adepci diety roślinnej, często też dają się nastraszyć kolejnymi wybiórczymi badaniami i stosują kolejne ograniczenia – odrzucając np. soję, gluten czy przechodząc na dietę surową. Kolejne, nieuzasadnione ograniczenia, czynią taką dietę roślinną coraz trudniejszą czasowo i izolującą społecznie i są, niestety, dobrym sposobem na ostateczne się z nią pożegnanie, a co za tym idzie porzucenie w ogóle idei weganizmu i tego co za nią stoi – sprzeciwu wobec eksploatacji zwierząt. Te zwierzęta ponownie stają się dla byłych użytkowników diety roślinnej przezroczyste.

1.3 utożsamianie diety roślinnej z weganizmem
Często za wezwaniem „Wybierz weganizm” stoi wyłącznie zachęta do wybrania diety roślinnej. Dobrze jeśli w odpowiedzi na pytanie „Dlaczego?” jest mowa o zwierzętach, o szacunku do ich życia i zdrowia i o niesprawiedliwości krzywdzenia zwierząt. Jednak jeśli pozostaniemy przy samej diecie, to po pierwsze ignorujemy krzywdę zwierząt z ręki człowieka, która dzieje się też w innych dziedzinach naszej aktywności – rynku odzieży, kosmetyków, usług związanych z hobby i rozrywką, eksperymentów militarnych, a także pozostawiamy bez dyskusji prawdopodobnie najtrudniejsze pytania - te związane z medycznymi eksperymentami na zwierzętach. Po drugie zaś, ryzykujemy zamknięcie ruchu sprawiedliwości społecznej w sferze kulinariów, diet odchudzających lub gorzej, w segmencie podejrzanych samozwańczych guru sprzedających diety-cud. 

O ile mówienie o próbowaniu diety roślinnej ma sens, o tyle próbowanie weganizmu jest trochę jak próbowanie praw człowieka. Spróbuj praw człowieka na 30 dni brzmi raczej kuriozalnie, bo postaw etycznych nie próbuje się jak kiszonych ogórków. Można co najwyżej się z nimi zapoznać i je przyjąć lub odrzucić. Choć skróty myślowe są kuszące, to powinniśmy ich jednak unikać, lub rozwijać i wyjaśniać, tak aby weganizm był częściej postrzegany jako to, czym jest w istocie – ruch na rzecz sprawiedliwości społecznej, który wychodzi poza nasz gatunek, obejmując zwierzęta zdolne do odczuwania bólu, dla których liczy się ich własne życie i zdrowie.

1.4 zalety poruszania kwestii zdrowotnej
W zwracaniu uwagi na zdrowotne aspekty diety roślinnej jest oczywiście pewien potencjał. Po pierwsze dobrze zaplanowana dieta wegańska faktycznie przynosi korzyści szczególnie pod względem zapobiegania i leczenia choroby niedokrwiennej serca, niektórych nowotworów, cukrzycy, nadciśnienia czy otyłości. Po drugie, biorąc pod uwagę współczesne dokonania psychologii  wiemy o sprzężeniu pomiędzy działaniem a pojawiającym się już po fakcie przekonaniem o słuszności tego działania. Najpierw coś robimy, a potem próbujemy znaleźć uzasadnienie dla działania. 

Oczywiście sam fakt zabrania się za jakieś działanie nie bierze się znikąd, tyle że nie znaczy to, że jest wynikiem jakichś przemyśleń. Korzystanie z krzywdy zwierząt, szczególnie w zakresie jedzenia mięsa, ryb, nabiału i jajek, zazwyczaj wynika z nawyków wyrobionych w dzieciństwie i ogólnych stwierdzeń powtarzanych przez opiekunów i rzadko weryfikowanych w całości przez dorosłe już dzieci. Stąd również w przypadku nawyków mających już 20, 30 czy 50 lat, zapytani dlaczego jedzą mięso, nabiał czy jaja, dorośli albo sięgają do wspomnianych maksym, albo na bieżąco wymyślają uzasadnienia. Jeśli nie mają za sobą doświadczenia stosowania diety roślinnej, mogą również wymyślać na bieżąco argumenty przeciw jej przyjęciu. 

Jednak jeśli spróbowali takiego jedzenia, dali radę i im smakowało, prawdopodobnie chętniej przyznają, że dieta taka jest możliwa, chętniej przyjrzą się jej zdrowotnym zaletom i bardzo prawdopodobne, że będą bardziej otwarci na zwierzęta, których jak się okazuje jeść nie muszą. Najpewniej programy prowadzące początkujących wegan poprzez wysyłanie im gotowych przepisów czy jadłospisów oraz porad jak je przygotować czy gdzie dostać półprodukty czy gotowe dania mają dużą wartość praktyczną pod warunkiem, że ich agenda nie wpada w pułapki argumentu zdrowotnego (idealizowanie diety roślinnej, demonizowanie produktów odzwierzęcych, utożsamianie weganizmu z dietą roślinną).

2. Styl życia 
2.1 Przekształcanie ruchu sprawiedliwości społecznej w ruch konsumencki
Ponieważ w wielu sytuacjach w dzisiejszym społeczeństwie funkcjonujemy także lub głównie jako konsumenci, w aktywizmie prowegańskim pojawia się silna pokusa traktowania weganizmu jako wyboru konsumenckiego, gdzie miarą postępu jest po prostu poszerzająca się paleta wyborów odpowiednich dla wegan – przede wszystkim wegańskich opcji jedzeniowych w restauracjach i marketach, a także odzieży bez dodatków z wełny, skóry czy futra. Z jednej strony nic w tym złego, bo rzeczywiście funkcjonowanie w społeczeństwie, gdzie domyślną opcją jest opcja niewegańska, bywa wyzwaniem i z zadowoleniem przyjmujemy kolejną informację, że w pizzerii za rogiem mają już wegańskie pizze, w szkolnej stołówce i w szpitalu dostaniemy roślinny obiad, a w sklepie obuwniczym kupimy buty nie ze skóry zarówno do biegania jak i na uroczystą okazję. Jednak z drugiej zaś strony, traktowanie weganizmu jako wyboru konsumenckiego paradoksalnie przeciwdziała propagowaniu go jako ruchu sprawiedliwości społecznej. 

Zmienię na chwilę temat, żeby na innym przykładzie to lepiej unaocznić. Gdybyśmy wychowanie dzieci zgodnie z prawami dziecka potraktowali właśnie jako wybór konsumencki, to rodzice niebijący dzieci byliby mile widziani jako konsumenci wszelakich usług z tym związanych, np. książek, pomocy edukacyjnych, przedszkoli zapewniających niebijące wychowanie w całej placówce lub w wybranych grupach, itp. Tacy rodzice byliby jedną z wielu grup konsumenckich, gdzie pierwszorzędną zasadą rządzącą ich współistnienie jest niewchodzenie sobie w paradę. Ich segment mógłby powiększać się na zasadzie czystej dobrowolności, ale nie miałby podstaw do uniwersalizacji swojej postawy, ani do dążenia do zmiany prawa, tak by bicie i inne formy przemocy były zakazane, albo by państwo było zobowiązane do tworzenia programów edukacyjnych przeciwdziałających przemocy wobec dzieci. 

Konsumencki ruch rodziców niebijących dzieci byłby więc de facto przede wszystkim skupiony na prawach rodziców. Tym samym, pośrednio, wspierałby prawa ruchów konsumenckich innych rodziców, którzy wybrali formy wychowania dopuszczające bicie. Skutkiem ubocznym istnienia takiego ruchu byłoby niebicie niektórych dzieci – tych, które miały szczęście urodzić się rodzicom należącym do bezprzemocowego ruchu konsumenckiego, a także akceptowalne bicie innych dzieci, których rodzice należą do innego segmentu konsumenckiego. Takie postawienie sprawy, w pewien sposób cementowałoby zastany porządek (bicie dzieci), robiąc tylko dodatkowe miejsce dla tych, którzy pragną żyć inaczej (swoich dzieci nie bijąc). 

Podobnie rzecz zaczyna się mieć wtedy, kiedy ruch prowegański zaczyna być ruchem konsumenckim na rzecz praw wegan, gdzie status zwierząt jest podobny do hipotetycznego statusu dzieci w powyższym przykładzie. Zamiast kwestionować eksploatację zwierząt, konsumencki ruch wegański skupia się na prawach wegan i chwali – jako prowegańskie – podmioty, które eksploatują zwierzęta i, żeby więcej zarobić, szykują także roślinne opcje dla swoich, ludzkich, klientów. W pamięci utkwił mi slogan wymyślony przez właściciela sieci mięsno-nabiałowej burgerowni, który po wprowadzeniu roślinnych opcji, napisał na swoim profilu na Facebooku hasztagi #Go meat #go vegan. 

Czasem linia między propagowaniem etycznego weganizmu, który musi też patrzeć na praktyczne aspekty, a propagowaniem segmentu dla wegańskich konsumentów jest cienka. Niemniej nie zwalnia to aktywistów ruchu sprawiedliwości społecznej od szukania działań, które propagują uniwersalne wartości etyczne, a zatem niekrzywdzenie zwierząt jako ogólnie pożądaną postawę, którą należy propagować powszechnie, a nie rezerwować prawo do niej dla tych, którym to się akurat podoba.



3. Etyka 
3.1 Ukonkretnić te dalekie zwierzęta 
Weganizm zasadza się na etyce, podobnie jak prawa człowieka. Bez porównania tego, co uważamy za dobre lub złe w traktowaniu ludzi z dobrem i złem w traktowaniu zwierząt nie byłoby weganizmu. Często refleksja na temat zwierząt w naszym społeczeństwie sprowadza się do stwierdzenia, że należy opiekować się zwierzętami domowymi i nie robić im krzywdy. Weganizm idzie dalej, wskazując, że jeśli czymś złym jest zabicie lub skrzywdzenie psa czy kota, kiedy nie było ku temu ważnej przyczyny (na przykład obrona przed atakującym zwierzęciem), to podobnie czymś złym jest  zabijanie lub krzywdzenie innych zwierząt, takich jak krowy, kury czy świnie mimo tego że jest to obecnie społecznie akceptowane. 

Ta refleksja jest bardziej wymagająca, bo idzie w kontrze do społecznego i indywidualnego doświadczenia. Podczas gdy rzeczywiście nie ma etycznej różnicy między skrzywdzeniem psa i skrzywdzeniem świni, gdy w obydwu przypadkach nie ma ważnej przyczyny, to propagując weganizm musimy pamiętać, że społeczne uwarunkowania obydwu sytuacji są diametralnie różne. Po pierwsze krzywdzenie psów najczęściej odbywa się z pierwszej ręki i wiąże się z większą świadomością krzywdy zadawanej z obojętności lub okrucieństwa. Natomiast krzywdzenie świń i innych zwierząt „gospodarskich” odbywa się z drugiej lub entej ręki i najczęściej osoba kupująca produkty odzwierzęce jest od tego odseparowana fizycznie, emocjonalnie i murem nieświadomości. To nie zmniejsza wagi krzywdy świni, ale czyni ją - zarówno krzywdę jak i zwierzę - bardziej abstrakcyjną i trudniejszą do wyobrażenia, przyjęcia postawy empatii i sprzeciwu. Jest to z pewnością wyzwanie dla aktywizmu jak ukonkretnić tę krzywdę i uczynić ją równie ważną jak krzywda psa czy kota.

3.2 Ukonkretnić odpowiedzialność
Kolejną kwestią jest oczywiście rozmyta odpowiedzialność biorąca się z faktu, że pomiędzy naszą decyzją o wypiciu szklanki mleka stoi wiele innych, cudzych decyzji dotyczących życia i śmierci anonimowych zwierząt. Ukonkretnienie odpowiedzialności jest trudne tak w przypadku krzywdy odległych zwierząt jak i odległych ludzi, np. tych, którzy toną na Morzu Śródziemnym i na dodatek mają inny niż tutejszy, „domyślny” kolor skóry. To wyzwanie o niekończącej się dacie przydatności.

3.3 Postawa a nawyki
Choć nie ma etycznej różnicy między kupowaniem (a) nabiału, jaj czy mięsa a (b) kupowaniem skórzanych butów czy futra (za każdym z tych produktów stoi krzywda zwierząt i żaden nie jest nam potrzebny, bo potrzeby żywieniowe i odzieżowe możemy załatwić inaczej), to praktyczna różnica między (a) i (b) jest bardzo duża. W przypadku jedzenia nie możemy co prawda mówić o nałogach (jak chcieliby z pewnością miłośnicy sera), ale z pewnością możemy, a nawet musimy zgodzić się, że są to nawyki praktykowane codziennie. W przypadku odzieży mamy do czynienia z decyzjami bardziej świadomymi (choć często obarczonymi uprzedzeniami, jak to, że w nieskórzanych butach nogi bardziej się pocą). 

Ta różnica między codziennym nawykiem a decyzją podejmowaną raz na jakiś czas jest kluczowa i musi znajdować odzwierciedlenie w aktywizmie. Potrzebna jest wiedza, że nawyki są drugą naturą człowieka, ale że tak jak się ich uczymy, podobnie możemy się ich oduczać lub zastępować innymi. Potrzebna jest świadomość dynamiki takich zmian, zarówno tego, że ludzie mają różne tempo, jak i faktu, że po drodze zdarzają się różne wpadki i nie ma się co temu dziwić ani za to karać. Samo pokazywanie nowych przepisów i dań nie wystarczy. Trzeba przekazywać również tę wiedzę w praktyczny i przystępny sposób, zachęcać i pokazywać, że przejście na dietę roślinną nie jest codziennym heroizmem silnej woli lecz zmodyfikowanym zestawem nawyków, które wejdą w krew tak, jak wcześniej w krew weszło jedzenie mięsa na obiad.

3.4 Żyć  pod presją społeczną
Nawet jeśli postawa szacunku wobec wszystkich myślących i czujących zwierząt jest nam bliska, to większości bliska jest też potrzeba bycia podobnym do innych, niewychylania się, konformizmu. Obawa przed wytknięciem palcem, wyśmianiem, czy niezręczną sytuacją jest realna, często znajduje urzeczywistnienie w różnych sytuacjach społecznych. Nie ma co jej wyśmiewać jako nieważnej w porównaniu z cierpieniem zwierząt ani uznawać jako dobry powód do rezygnacji z weganizmu na rzecz postaw ze spektrum fleksitarianizmu. Aktywiści mogą za to pracować nad własnymi umiejętnościami interpersonalnymi, szukać odpowiedniej wiedzy z tego zakresu i dzielić się nią z osobami, które chcą, by ich codzienne wybory odzwierciedlały, mimo trudności, ich postawę etyczną.

Weganizm ma ogromny potencjał dobra zarówno dla zwierząt jak i dla ludzi, jest także bardzo obiecującym kierunkiem ze względu na oszczędność zasobów i ograniczenie zanieczyszczenia środowiska, które działa z korzyścią dla ludzi i wolno żyjących zwierząt. Jest wyzwaniem, które warto przyjąć i mądrze propagować. 


Czytaj dalej:
  • Virginia Messina (dietetyczka) - recenzja filmu „What the Health” (link)
  • Virginia Messina (dietetyczka) – seria artykułów „Preventing ex-vegans” (link)
  • Mój artykuł o przekształcaniu ruchu wegańskiego w segment konsumencki (link)
  • Recenzja świetnej książki Charlesa Duhigga o zmianie nawyków „Siła nawyku” na stronie Stowarzyszenia Empatia (link)
  • Rozmowa z psycholożką Joanną Bylinką-Stoch na temat bycia weganinem wśród przyjaciół, rodziny – nagranie video Stowarzyszenia Empatia (link)
  • Blogi w języku polskim dietetyków specjalizujących się w dietach roślinnych (Iwona Kibil, Damian Parol)