niedziela, 25 sierpnia 2019

Jak zmierzyć, kto liczy się moralnie?

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Ted Bundy porywał, torturował, gwałcił i zabijał kobiety. Przez 24 lata Josef Fritzl więził w piwnicy swoją córkę. Gwałcił ją a później więził też trójkę poczętych w ten sposób dzieci. Jest dla nas oczywiste, że jeden i drugi dopuszczał się rażących naruszeń praw człowieka: krzywdzenia, odebrania wolności i życia bez ważnej, usprawiedliwiającej przyczyny, np. w obronie własnej. Prawa człowieka zakładają, że wszyscy ludzie są równi, a wolność jednych (na przykład do spełniania swoich pragnień, nieważne czy zdrowych czy chorych) ograniczają prawa innych ludzi do życia, wolności a także wolności od tortur. W 1948 roku ONZ uchwaliła Deklarację praw człowieka w odpowiedzi na zbrodnie, jakich naziści dopuścili się podczas II Wojny Światowej. Były to już nie tylko indywidualne, ale przerażające w swej systemowości krzywdy o ogromnej (jak na Europę) skali.

Z prawami człowieka jest jednak ten kłopot, że choć stanowią ważne narzędzie w walce o sprawiedliwość dla ludzi, to nie wyczerpują tematu krzywdy i sprawiedliwości, który dotyczy innych istot. Moglibyśmy się temu sprzeciwić mówiąc, że przecież prawa mogą mieć tylko osoby racjonalne, zdolne do rozumienia pojęcia praw i sprawiedliwości, a także do przyjęcia na siebie obowiązków moralnych. Zauważmy jednak, że prawa człowieka w ich podstawowym wymiarze stosują się także do dzieci i ludzi z ciężkimi upośledzeniami mózgu, którzy czasowo lub trwale pozbawieni są powyższych zdolności dostępnych ludziom dorosłym nieposiadającym takich ograniczeń lub niepełnosprawności. Pisząc „istoty” mam na myśli zwierzęta, a pisząc „zwierzęta” dodam, że i to wymagać będzie dookreślenia, bo o ile można sensownie mówić o krzywdzie świni to o krzywdzie gąbki (która też jest zwierzęciem) już trudno.

Odpowiedzią na tę lukę w etycznym krajobrazie jest poszukiwanie kryterium innego niż przynależność do gatunku Homo sapiens. Innymi słowy, wychodzimy poza nasz własny gatunek i rozglądamy się, kto powinien liczyć się moralnie. Kto ma psa czy kota przynajmniej intuicyjnie przyzna, że jest to słuszny kierunek. 



Etyka praw zwierząt analogicznie do praw człowieka, postuluje, że część zwierząt (spełniających pewne kryteria związane z posiadaniem centralnego układu nerwowego) tym różnią się od przedmiotów martwych (np. krzesła) lub pewnej klasy obiektów żywych (np. drzewa czy gąbki), że posiadają przyrodzoną i nieredukowalną wartość podlegającą ochronie. Ta wartość jest przeciwieństwem wartości instrumentalnej przypisywanej przedmiotom, która rośnie lub maleje w zależności od tego za ile ktoś jest gotów dany przedmiot sprzedać lub kupić. Biedny czy bogaty, stary czy młody, samotny czy posiadający rodzinę, czarny czy biały, kobieta czy mężczyzna, dziecko czy dorosły – każdy człowiek posiada taką samą wartość od urodzenia do śmierci, nie może się jej zrzec na przykład sprzedając się w niewolę, a inni nie mogą go krzywdzić, by zaspokoić własne interesy czy żądze. 

Etyka praw zwierząt postuluje analogicznie do praw człowieka i wbrew obecnie obowiązującemu podejściu „humanitarnej eksploatacji” ochronę zwierząt jako nośników takiej właśnie nieredukowalnej i nieinstrumentalnej wartości. Respektować prawa zwierząt to w skrócie uznać, że ich prawo do życia, spełniania swoich potrzeb i pragnień jest tak ważne jak analogiczne prawa człowieka i że nie możemy tych praw gwałcić traktując zwierzęta jako środki do realizacji naszych celów, jakby zwierzęta były po prostu surowcami, narzędziami czy maszynami. Respektować prawa zwierząt to powstrzymywać się od eksploatacji, nawet takiej, którą dziś określa się mianem humanitarnej.

Skoro jednak nie chodzi o wszystkie zwierzęta, to czy możemy wyznaczyć gatunki, o które na pewno chodzi? W powszechnym przekonaniu do tych gatunków należy zaliczyć domowe psy i koty. Ludzie w krajach Zachodu, do którego kulturową przynależność zgłaszamy, sprzeciwiają się powszechnie zjadaniu psów w Chinach, żądają wycofania psów i kotów z eksperymentów medycznych i oburzają się, gdy ktoś znęca się nad tymi zwierzętami lub zaniedbując prowadzi do ich cierpienia. Zatrzymanie się na psach i kotach, czy jeszcze paru innych gatunkach zwierząt trzymanych jako domowi towarzysze, byłoby jednak oparte na podobnie podejrzanej wybiórczości co ograniczenie się wyłącznie do Homo sapiens. „Świnie nie powinny mieć praw, bo zbyt lubię schabowe” – powiedziane w Polsce byłoby przecież dokładnie takim samym argumentem, jak „Psy nie powinny mieć praw, bo zbyt lubimy ich mięso” – zadeklarowane w Chinach.

Twórca pierwszej teorii praw zwierząt, amerykański filozof i ioczywiście zwolennik praw człowieka Tom Regan robiąc przegląd dotychczasowych teorii sprawiedliwości zaproponował kryterium „podmiotu życia” (subject of a life), które obejmowałoby przynajmniej jednoroczne (i starsze) ssaki oraz ludzi. Kryterium to opisał w książce z 1983 roku pt „The Case for Animal Rights”:

Być podmiotem życia, w sensie, który będzie tu używany, oznacza więcej niż bycie tylko żywym i więcej niż bycie tylko świadomym. Być podmiotem życia to być jednostką charakteryzującą się cechami omówionymi w pierwszych rozdziałach niniejszej książki; znaczy to, że jednostki są podmiotami życia, jeśli mają przekonania i pragnienia; zdolność postrzegania zmysłowego, pamięć i poczucie przyszłości, w tym przyszłości własnej; życie emocjonalne wraz z odczuwaniem przyjemności i bólu; interesy w zakresie preferencji i dobrostanu; zdolność do inicjowania działań w celu realizowania swoich pragnień i celów; psychofizyczną tożsamość rozciągającą się w czasie; a także jednostkowy dobrostan, który oznacza, że życie, którego doświadczają odbierają jako dobre lub złe, w logiczny sposób niezależnie od ich przydatności dla kogoś innego czy bycia przedmiotem czyichś interesów.

Dlaczego zaczął akurat od jednorocznych ssaków? Podejrzewam, że kiedy to pisał, taka granica wydawała się bezpieczna. Dodał jednak, że nie ma pewności, gdzie granicę tę należałoby wyznaczyć. Pozostawił więc sprawę otwartą, zależną od poszerzania naszej wiedzy. Dziś naukowcy obserwują cechy podmiotów życia u większości kręgowców.



Twórcą kolejnej teorii praw zwierząt, obecnie określanej mianem abolistycznego podejścia do praw zwierząt jest amerykański prawnik Gary Francione, który za kryterium wystarczające do postulowania praw zwierząt przyjmuje doznaniowość („sentience”) i definiuje ją tak:

Istota czująca/doznająca to istota, która ma podmiotową świadomość; istota, która ma interesy, tzn. preferencje, pragnienia czy oczekiwania.
Przejawiamy szowinizm gatunkowy, kiedy twierdzimy, że istota musi mieć umysł podobny do ludzkiego, żeby liczyć się moralnie. Innymi słowy, szowinistycznym jest twierdzenie, że dana istota musi posiadać refleksję na temat samoświadomości lub być zdolna do myślenia pojęciami, lub mieć ogólną zdolność do doświadczania życia tak, jak doświadczają go ludzie, aby mieć prawo do niebycia używaną jako rzecz/zasób. Dopóki jest to ktoś, kto ma podmiotową świadomość i komu na jego własny sposób zależy na tym co się z nim dzieje, dopóty jest to wystarczający warunek do posiadania moralnego prawa do niebycia używanym jako rzecz/zasób.

Francione proponuje zatem niższy niż Regan próg, który dana istota musi przekroczyć, by można było mówić o jej prawach. O jakie zwierzęta chodzi w tym przypadku? Na pewno będą to kręgowce. Francione uważa też, że z pewnością będą to też niektóre bezkręgowce, np. homary. Co do owadów – uznaje, że żadnej pewności nie ma, lecz woli mylić się na ich korzyść i mówi, że celowo ich nie zabija.

W przypadku obydwu kryteriów, zarówno Regan jak i Francione, postulują odejście od eksploatacji zwierząt jako pierwszy i najważniejszy krok w uregulowaniu naszych relacji ze zwierzętami, wypełnieniu etycznej luki, którą pomijamy kończąc sprawę sprawiedliwości na prawach człowieka lub ograniczając się do porządnego zajmowania się psami i kotami. Odejście od eksploatacji to oczywiście weganizm. Czy zawsze możliwy? Być może nie. Ale niewątpliwie z moralnego punktu widzenia konieczny tam, gdzie wykonalny.

Dlaczego nie pozostać przy wygodnym szowinizmie gatunkowym? Angielski psycholog, Richard Ryder, twórca tego pojęcia (speciesism), w eseju na temat (nie)zasadności eksperymentów na zwierzętach z 1974 roku puścił wodze wyobraźni i napisał:

A jak należałoby postąpić wobec Marsjan, gdyby doszło do ich lądowania? Czy byłoby rzeczą etyczną przeprowadzenie na nich wiwisekcji? Ale chwileczkę, przykład ten nastręcza bowiem pewne trudności; zwłaszcza wtedy, gdy okaże się, że przeciętny współczynnik inteligencji Marsjanina wynosi 1000 jednostek, a nie 100 i gdy uświadomimy sobie, że są oni całkowicie uodpornieni na rakiety, broń chemiczną i wyrafinowane argumenty filozoficzne.
„…Niech wszyscy lekarze i studenci medycyny stawią się natychmiast w celu poddania się wiwisekcji. Przykro nam, że musimy podjąć takie kroki – nie jesteśmy sadystami, ale musimy poddać was eksperymentom, aby uzupełnić naszą wiedzę o anatomii i fizjologii człowieka..
Będzie to w końcu z korzyścią nie tylko dla naszego gatunku, lecz także dla waszego. Możliwe, że przysługują wam pewne rudymentarne zdolności do odczuwania bólu, a niektórzy spośród was mogą być nawet zdolni do najprostszych form rozumowania, byłoby jednak z naszej strony zwykłym sentymentalizmem, gdybyśmy przyznali wam jakiekolwiek prawa moralne. Jest niedorzecznością porównywać was z Marsjanami. Dobro Marsjan nade wszystko. Proszę nie myśleć sobie, że zamierzamy zadawać wam jakiekolwiek niepotrzebne cierpienie, lub że nie lubimy ludzi – przeciwnie, wielu spośród nas ma swoich własnych ludzkich ulubieńców”. 
Pewnego dnia tak właśnie mogłoby się wydarzyć i wówczas my sami zajmiemy miejsce prześladowanych.
Hmm, no właśnie. Także tego…

Czytaj/oglądaj dalej:
  • "The Case for Animal Rights", Tom Regan - dostępna w Bibliotece Praw Zwierząt [link]
  • Artykuł o "sentience" na stronie Gary'ego Francione [link]
  • Richard Ryder wyjaśnia pojęcie szowinizmu gatunkowego - video 3min40 [link]



niedziela, 18 sierpnia 2019

Jak (nie)konkretnie wygląda twój cel?

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Ograniczam słodycze. Ograniczam papierosy. Ograniczam mięso. Jak często słyszymy takie deklaracje? Co konkretnie znaczą? Co z nich konkretnie wynika w średniej i dłuższej perspektywie czasowej? Czy prowadzą do osiągnięcia jakiegoś celu? Jeśli tak, to jakiego? 

Powiem szczerze, że o ile osoba przedstawiająca taką deklarację może być z siebie bardzo zadowolona (przynajmniej na razie), to ja do takiego oświadczenia podchodzę z dużą podejrzliwością. Dlaczego? Bo właściwie nie wiem, co ono konkretnie znaczy. 

Od czego liczymy to ograniczanie?
Gdybym przynajmniej wiedziała jaki był punkt wyjścia, np. jeden pączek dziennie, to  mogłabym przyjąć wersję minimum tego „ograniczania”: mniej niż jeden pączek dziennie. Choć w zasadzie to nadal nie mówiłoby mi wiele, bo trudno wyobrazić sobie osobę, która zaczyna smakowitego pączka i dla dobra sprawy odstawia go na bok w pół drogi między talerzem a ustami. 

Prawdopodobnie lepszą wartością początkową byłaby informacja ile pączków ktoś zjada w ciągu tygodnia lub miesiąca, np. 7 tygodniowo lub 30 miesięcznie. Wtedy „ograniczam” – znaczyłoby pewnie nie więcej niż 6 tygodniowo lub 29 pączków miesięcznie. Jednak trudno mi sobie wyobrazić tak pilne zliczanie pączków przez cały miesiąc, więc wartość początkową prawdopodobnie łatwiej byłoby komuś często jedzącemu pączki obliczyć na przykładzie dwóch, trzech tygodni liczonych odrębnie i wyciągnięciu średniej tygodniowej. 

A i tak podejrzewam, że ustalenie czarno na białym ile pączków rzeczywiście zjada, byłoby dla wielu osób nie lada wyzwaniem. Łatwiej bowiem mówić mniej więcej „chyba jem za dużo pączków” niż stanąć oko w oko z konkretną liczbą. To jak złapanie na gorącym uczynku, prawda?

Tak więc już na początku stajemy przed problemem ustalenia wartości początkowej, szczególnie w przypadku często spożywanego jedzenia, niewykluczone, że także w przypadku papierosów, szczególnie jeśli w domu jest zawsze zapas i niekoniecznie pamiętamy, kiedy została otwarta kolejna paczka. 

Niekonkretny cel 
Deklaracje bez określonej wartości początkowej (nieraz nawet wobec samego siebie) już na starcie są więc mało konkretne. Rozmywają się jeszcze bardziej, kiedy cel nie zostaje w związku z tym skonkretyzowany i ogranicza się do stwierdzenia „chcę to ograniczyć”.

To jak w końcu Ci poszło?
Brak konkretów utrudnia następnie realizację celu, bo co niby mielibyśmy konkretnie realizować? Brak ram czasowych tym łatwiej pozwala nam na odsuwanie sprawy na kolejny dzień, tydzień lub miesiąc, albo łatwe przerywanie niespecyficznego planu, który być może jest tak naprawdę głównie w głowie. 

Jak dobrze określić cel?
Psycholodzy zajmujący się osiąganiem celów, oprócz szeregu wskazówek co do realizacji naszych zamierzeń, mają też sporo do powiedzenia na temat określania celów. Małe podsumowanie tych zaleceń miałam okazję przeczytać w naukowym artykule psychologa Petera Gollwitzera, o którym pisałam już na tym blogu. O ile ograniczanie słodyczy może pomóc lepiej się odżywiać, o tyle psychologia określania i realizowania celów interesuje mnie, przynajmniej na potrzeby tego bloga, w kontekście skuteczniejszego promowania weganizmu i faktu, że wiele organizacji promuje „ograniczanie mięsa” lub „ograniczanie produktów odzwierzęcych”, które są w moim przekonaniu celami tak niespecyficznymi, że niewartymi promowania nawet z punktu widzenia psychologii, a co dopiero praw zwierząt.

Golwitzer w swoim podsumowaniu pisze, że:
lepszy jest cel trudny i konkretny niż trudny i ogólny/niekonkretny
lepszy jest cel krótkoterminowy niż cel odległy
lepiej formułować cel jako naukę (chcę się nauczyć jak coś robić) niż jako test umiejętności
lepiej formułować cel jako promujący właściwe zachowanie niż cel zapobiegający niewłaściwym zachowaniom



Ograniczanie jest najczęściej celem pozornie łatwym i zazwyczaj mało konkretnym. Rekomendowanie go jest w gruncie rzeczy zaleceniem, które trudno dookreślić i którego realizację ciężko byłoby sprawdzić. Przejście na weganizm jest dla wielu osób celem trudnym i konkretnym, co wbrew pozorom, a zgodnie z nauką o celach jest potencjalnie korzystne i obiecujące. Równocześnie biorąc pod uwagę pozostałe punkty, warto formułować ten cel w sposób ułatwiający jego realizację. 

Jeśli może wydawać się celem odległym, warto podzielić go na mniejsze cele krótkoterminowe w formie pożądanych zachowań, np. jedzenie wegańskich śniadań (pierwszy tydzień), następnie jedzenie wegańskich obiadów (kolejne 2 tygodnie), jedzenie wegańskich kolacji (tydzień), kupowanie już tylko wegańskich ubrań (od razu), kupowanie wegańskich kosmetyków (3 miesiące, w tym rozeznanie tematu, marek, sklepów itp.), itd. Oczywiście kolejność i czas realizacji celów są tylko przykładowe. Warto pamiętać o formułowaniu celów jako nauki, podczas której nasze umiejętności stopniowo rosną i mamy też prawo do błędów, zamiast budować tor przeszkód, na którym zlicza się "skuchy". 

Po dalsze wskazówki dotyczące realizacji celów, w tym – przechodzenia na weganizm – zapraszam do wpisu „Jak osiągać cele, czyli dobre chęci są dobre tylko na dobry początek”.

Czytaj dalej:
Artykuł: Peter Gollwitzer - Implementation Intentions. Strong Effects of Simple Plans, First pub. in: The American Psychologist 54 (1999), 7, pp. 493-503 [link]


piątek, 9 sierpnia 2019

Komu obywatelstwo? - recenzja "Zoopolis"

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

To dobrze, że teorią praw zwierząt, a także jej praktycznym wymiarem, interesują się ludzie różnych zawodów – filozofowie, co oczywiste, ale też prawnicy, socjolodzy, psycholodzy czy, jak w przypadku „Zoopolis”, politolodzy. Co prawda mówi się, że młotkowy wszystko będzie chciał załatwić młotkiem, a nie każdy problem przypomina akurat gwóźdź, to jednak rosnąca liczba specjalistów używających do analizy swoich wyspecjalizowanych narzędzi może ostatecznie, na zasadzie komplementarności, coraz lepiej dostrzegać poszczególne aspekty praw zwierząt i proponować adekwatne rozwiązania. Temat to przecież bardzo złożony i jeśli ma w sobie coś z gwoździa, to z pewnością jest to gwóźdź będący częścią większej całości.  

I faktycznie, dogłębna  znajomość danej dziedziny pomaga drążyć temat pod określonym kątem. Filozofowie rozwijają kwestie związane z etyką np. pytają o granice wspólnoty moralnej – czy mają do niej należeć tylko ludzie? Prawnicy zastanawiają się, jakie zastosowanie może mieć prawo np. czy ma być tylko narzędziem dyscyplinującym nas do respektowania uznanych praw i obowiązków czy też wyznaczać nowe horyzonty naszych zobowiązań i nowe granice naszej wolności. Psycholodzy zwracają uwagę na fakt, że nie jesteśmy tylko i wyłącznie racjonalni, bo nasze myślenie i postępowanie zależą także od emocji, preferencji, mechanizmów obronnych, myślenia opartego na skrótach myślowych, presji społecznej czy okoliczności, w jakich się znaleźliśmy. Socjolodzy zaś, zamiast analizować poszczególnych ludzi, przyglądają się społeczeństwu bardziej z lotu ptaka i np. pytają, na czym polega zmiana społeczna.

Jak to się przekłada na „Zoopolis”? Sue Donaldson jest filozofką, a Will Kymlicka – filozofem politycznym, którego głównym polem zainteresowań jest wielokulturowość, prawa mniejszości i teoria obywatelstwa. Niewątpliwie przez taki właśnie filtr przechodzi w „Zoopolis” teoria praw zwierząt. Patrząc na zwierzęta przez pryzmat rodzaju relacji, w jakie z nimi wchodzimy, i w jakie one wchodzą lub nie chcą wchodzić z nami (autorzy podkreślają sprawczość, preferencje i wolę pochodzące również ze strony zwierząt), Donaldson i Kymlicka (D&K) wykorzystują teorię obywatelstwa i terminy z nią związane, by naszkicować pożądane ramy tych relacji i reguły, jakie powinny nimi rządzić.



Nasze relacje ze zwierzętami i podział zwierząt na grupy 
D&K podkreślają, że tradycyjna teoria praw zwierząt w różnych odsłonach mówi tylko o dwóch grupach zwierząt i ma wobec nich bardzo konkretne zamiary: 1) zwierzęta udomowione, którymi należy się opiekować, ale zarazem przestać rozmnażać i doprowadzić w praktyce do wymarcia gatunków udomowionych, bo ten rodzaj relacji wiąże się z całkowitym uzależnieniem, wykorzystywaniem, przemocą i eksploatacją, i 2) zwierzęta dzikie, które należy zostawić w świętym spokoju tam, gdzie żyją z dala od ludzi. Według autorów „Zoopolis” ani podział na udomowione i dzikie, ani realizacja praw poprzez doprowadzenie do wymarcia czy zostawienie w spokoju nie odpowiadają złożonej rzeczywistości naszych relacji, ani nie realizują w pełni praw zwierząt. 

Biorąc pod uwagę kryterium relacji ludzie – zwierzęta, D&K dzielą zwierzęta na trzy grupy: udomowione, dzikie i liminalne, te ostatnie zawieszone gdzieś pomiędzy światem pierwszej i drugiej grupy - nie udomowione, ale równocześnie mieszkające blisko ludzi, np. szczury, wróble czy gołębie.  W każdej z grup autorzy obserwują dalsze podziały w zależności od stosunku ludzi do danej grupy zwierząt, czy mniej lub bardziej elastycznej zależności zwierząt od nas, itd. 

D&K podtrzymują podstawowy postulat teorii praw zwierząt, czyli prawa negatywne dla zwierząt charakteryzujących się doznaniowością (sentience): prawo do niebycia torturowanym, zabijanym, prawo do niebycia traktowanym jak przedmiot, prawo do niebycia czyjąś własnością. Autorzy uzupełniają jednak te postulaty o teorię obywatelstwa, prawa pozytywne i obowiązki. 

W przypadku zwierząt udomowionych proponują wprowadzenie statusu obywatelstwa wzorując się do pewnego stopnia na postulatach wychodzących ze środowiska ruchu na rzecz osób z niepełnosprawnością intelektualną, gdzie zależność nie musi się automatycznie wiązać z utratą godności i krzywdzącym wykorzystaniem, zaś sprawczość jest zdolnością stopniowalną, rozpostartą na pewnym spektrum i może realizować się w relacjach zaufania z opiekunem. Opiekun odczytuje potrzeby, pragnienia i preferencje komunikowane przez podopiecznego i jest jego społecznym i politycznym reprezentantem, dzięki czemu politykę społeczną kształtuje się z uwzględnieniem tak reprezentowanych grup, co może według autorów znaleźć zastosowanie także w przypadku zwierząt udomowionych. W tak skonstruowanym świecie z pewnością nie ma miejsca na eksploatację zwierząt przynoszącą im cierpienie i śmierć. Niemniej, D&K dopuszczają formy relacji charakteryzujące się według nich wymianą korzyści – ludzie opiekujący się kurami i jedzący ich jajka, czy też ludzie utrzymujący stada owiec, by te „pielęgnowały” krajobraz. Obowiązkiem nałożonym na zwierzęta udomowione byłaby socjalizacja do życia w społeczności ludzko-zwierzęcej (np. dla psa mieszkającego w mieście byłaby to umiejętność chodzenia po schodach, jeżdżenia windą, spokojnego zachowania wobec mijających przechodniów, rowerów, samochodów), przy czym autorzy sugerują, że socjalizacja taka powinna odbywać się też w drugą stronę (co wybiórczo już ma miejsce, kiedy dzieci uczą się w szkole jak rozumieć język ciała, szczekanie i zachowanie psów). 

W odniesieniu do zwierząt dzikich D&K podkreślają brak tak ścisłego rozgraniczenia geograficznego  siedzib ludzkich od siedlisk zwierząt, co w praktyce uniemożliwia "załatwienie" tematu postulatem „dajmy im święty spokój”. Po pierwsze wiele zwierząt migruje (np. bociany) i przemieszcza się przez terytoria zamieszkałe przez ludzi narażając się na obrażenia, choroby i śmierć, kiedy przechodzą przez drogi, przelatują przez miasta, dostają się w strefy zanieczyszczonego powietrza, wody i gleby. Po drugie, siedziby ludzkie się rozrastają, zagarniając coraz większe tereny, zabierając tym samym miejsce życia zwierząt. W związku z tą złożonością relacji i aktywnym, biernym i przypadkowym wpływem, jaki wywieramy na życie zwierząt dzikich i przy równoczesnej odrębności takich zwierząt od nas, autorzy proponują zastosowanie terminu suwerenność plasującego się w ramach prawa międzynarodowego. Według D&K różne gatunki zwierząt dzikich powinniśmy traktować jak odrębne narody mające prawo do terytorium, zachowania własnej autonomii i przestrzegania wobec nich zasad sprawiedliwości. Autorzy podkreślają, że akceptacja suwerenności, w uznaniu której ludzie są tylko gośćmi wchodząc na terytorium zwierząt, jest czymś innym niż zarządzanie przyrodą („stewardship”), gdzie ludzie pełnią rolę kierowników np. parku narodowego. D&K zaznaczają też, że suwerenność nie wyklucza ingerencji czy interwencji w życie indywidualnych zwierząt (pomoc łosiowi, który utknął na lodowej krze) czy populacji (szczepienie) pod warunkiem, że respektujemy ich autonomię. Suwerenność musi też zakładać jakąś formę współistnienia tam, gdzie terytoria się nakładają lub przecinają.

Dla zwierząt liminalnych D&K przewidzieli status rezydentury, która uznaje obecność tych zwierząt i nie pozwala traktować ich jako szkodników, ale zarazem – ze względu na brak relacji zażyłości i zaufania – ma charakter bardziej ograniczonych praw i obowiązków niż status współobywateli, jakim cieszyć się mają zwierzęta udomowione. Choć mamy prawo ograniczać ich populację i obecność, to w modelu proponowanym przez D&K musielibyśmy wykazywać się pomysłowością i inteligencją, by robić to w sposób niepowodujący cierpienia ani zabijania zwierząt liminalnych. Przykładem jest tworzenie gołębników w określonych miejscach miasta i stosowanie środków antykoncepcyjnych dla przybywających tam gołębi.



Warunki dla realizowania sprawiedliwości
D&K uzupełniają swoją teorię o ważne podkreślenie, za filozofem Johnem Rawlsem: o ile sprawiedliwość jest konieczna, o tyle by była możliwa muszą być spełnione pewne warunki. „Ludzie są winni innym sprawiedliwość, gdy poszanowanie praw innych nie zagraża ich własnej egzystencji.” Tam, gdzie wyboru nie ma, nie ma możliwości realizowania sprawiedliwości (mieszkam np. w domu opieki, gdzie jem to, co akurat będzie dostępne). Jednak tam, gdzie wybór jest, nie ma powodu odwoływać się do sytuacji, gdzie wyboru nie ma (mam dostęp do diety roślinnej, ale przytaczam hipotetyczne sytuacje, w których nie miałbym wyboru i „dzięki” tym przykładom, uważam, że mam prawo jeść produkty zwierzęce). Zaś tam, gdzie wyboru nie ma, można dążyć do uzyskania okoliczności, w których wybór będzie możliwy (popierać politykę dostępu do diety roślinnej w sektorze publicznym - domy opieki, szpitale, szkoły, itp.) .

Sprawczość
Jedną z ważnych dla mnie rzeczy poruszanych w książce zarówno w odniesieniu do zwierząt udomowionych, dzikich i liminalnych jest sprawczość. Autorzy podkreślają tam wielokrotnie, że to nie tylko ludzie decydują o kontaktach ze zwierzętami, ale zwierzęta także mają tu w miarę możliwości coś do powiedzenia i zamiast pewnego siebie paternalizmu powinniśmy wyostrzyć nasze zmysły, aby zacząć na to zwracać baczniejszą uwagę. Z tą ostrożnością spotkałam się już kiedyś, w książce Andrew Westolla „Szympansy z Azylu Fauna” i jestem wdzięczna za każdym razem, gdy ktoś o tym mówi lub pisze, bo zbyt często my, ludzie, przyjmujemy podejście paternalistyczne, że wiemy lepiej, lub (ewentualnie), że eksperci wiedzą lepiej i że generalnie to wystarczy nam wiedza o gatunku, by wiedzieć „co i jak” na temat każdego przedstawiciela takiej grupy zwierząt. 

Wątpliwości i pytania i podziękowania
Choć książkę czytałam z zainteresowaniem i uważam, że wnosi celne spostrzeżenia co do niekompletności dotychczasowego spojrzenia na prawa zwierząt (brak praw pozytywnych i zwierząt liminalnych), to przyglądając się instytucji udomowienia mam spore wątpliwości co do możliwości jej naprawy. Teorię obywatelstwa, suwerenności i rezydentury przyjęłabym jako potrzebną na etap przejściowy, w którym dążylibyśmy – z jednej strony – do znaczącego poprawienia relacji ze zwierzętami udomowionymi, dzikimi i liminalnymi (biorąc pod uwagę nie tylko kwestie sprawiedliwości i opieki tam, gdzie to konieczne, wybierając weganizm, ale też wykazując się uwagą wyczuloną na wolę, preferencje i sprawczość zwierząt), a z drugiej strony – jednak do ograniczenia populacji zwierząt udomowionych nie poprzez robienie im krzywdy, lecz poprzez zapobieganie ich rozmnażaniu. 

Pewien niedosyt zostawiła we mnie część praktyczna książki. Autorzy narzekali na brak wyobraźni ze strony dotychczasowych opracowań. Sami nie zaoferowali jednak zbyt wielu przykładów. Słyszałam, że są w trakcie pisania kolejnej książki. Mam nadzieję, że tam swoją teorię i możliwą praktykę wyłożą w dalszych szczegółach.

Na koniec dodam, że cieszę się, że Sue Donaldson i Will Kymlicka opracowali swoją teorię, a także, że doszło do wydania tej książki w Polsce (Oficyna 21) i że dzięki pracy tłumaczy (Marii Wańkowicz i Michała Stefańskiego) tak dobrze mi się ją czytało za darmo, bo książkę wypożyczyłam z Biblioteki Praw Zwierząt prowadzonej przez Iwonę Kossowską. 

Czytaj i oglądaj dalej:
  • Wywiad z Willem Kymlicką (33min) [link]
  • Link do wydawnictwa Oficyna [link]
  • Link do Biblioteki Praw Zwierząt [link]

wtorek, 18 czerwca 2019

Jak osiągać cele, czyli dobre chęci są dobre tylko na dobry początek

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Co zrobić, żeby nie opchać się przekąskami, które na przyjęciu co chwilę podtyka nam uprzejmy kelner? Być weganinem? Tak, to dobry trop, skoro większość przyjęć i serwowanych na nich przekąsek nie jest wegańska. Załóżmy jednak, że jest to wegańskie przyjęcie, Ty nie masz żadnych alergii i równocześnie naprawdę nie chcesz pochłonąć kolejnej bomby kalorycznej. Badaczka Tracy Mann podpowiada, że pomocna będzie strategia w formacie „jeśli – to” obejmująca zarówno odpowiedź na pytanie kiedy/gdzie (na rzeczonym przyjęciu) i pomysł na to, jakie będzie nasze działanie. A więc: jeśli znajdziesz się na przyjęciu to do jednej ręki weź napój a do drugiej serwetkę. W ten sposób utrudnisz sobie bezmyślne zabieranie przekąsek z tacy i na pewno zjesz ich dużo mniej. Ta strategia, której przykładem jest nasz sprytny trik z zajętymi rękami to jedna ze skutecznych metod realizacji obranego celu: tzw. intencja wdrożeniowa. O niej więcej poniżej. 

Na Traci Mann wpadłam w księgarni. Nie spotkałam oczywiście samej badaczki, ale jej książkę, którą z zainteresowaniem wzięłam do ręki. Z jednej strony nie lubię diet, z drugiej jednak temat odżywiania się interesuje mnie do pewnego stopnia. „Bzdiety. Czego nie powie Ci dietetyk” – taki tytuł zdecydowanie przyciągnął moją uwagę. Mann nie jest dietetyczką, choć naukowo zajmuje się tematem jedzenia. Robi to jednak z nieco innej strony, bardziej psychologicznej. Prowadzi badania z zakresu dość młodej dziedziny - psychologii zdrowia. Oczywiście interesują ją też efekty zdrowotne, ale najbardziej – w swojej książce – skupia się samym procesie osiągania celów zdrowotnych, rzeczach które w tym pomagają i które stają nam przeszkodzie. Tak, Mann skupia się na zdrowiu, nie na względach estetycznych.  Badaczka na szczęście nie zaprzęga psychologii do tego, by doradzać nam jak osiągać cele estetyczne kosztem zdrowia (schudnąć za wszelką cenę), lecz by lepiej dbać o zdrowie, czego efektem ubocznym mogą być kwestie estetyczne (zdrowiej jeść, regularnie się ruszać i osiągnąć optymalną dla swojego organizmu masę ciała). Takie podejście bardzo mi się spodobało.

Im jestem starsza, tym bardziej interesuje mnie zdrowe odżywianie (takie, które służy zdrowiu; nie zaś takie, w którym występują wyłącznie zdrowe produkty) i aktywność fizyczna służąca zdrowiu. Równocześnie wiem jak łatwo jest wcinać śmieciowe jedzenie (dużo częściej niż podpowiada to zdrowy rozsądek) i jak prosta droga wiedzie ku braku aktywności fizycznej (nigdy nie byłam z natury ruchliwa). Przy tym wszystkim, po naczytaniu się Roya Baumeistera nie wierzę już w silną wolę i same dobre intencje. Dlatego podoba mi się zawarta w książce propozycja Mann, która nie każe iść pod prąd naszych naturalnych skłonności i stawać się bohaterami, którzy zdobywają kolejne odznaki na stromej ścieżce zdrowego stylu życia. Zamiast tego badaczka sugeruje działania, które zamiast walczyć z naszą naturą sprytnie wykorzystują rosnącą wiedzę o psychologii człowieka, np. to, że jesteśmy bardziej leniwi i nawykowi niż pracowici i kreatywni.  Tym samym jej propozycja staje się bardziej osiągalna i zrównoważona, możliwa do zastosowania w dłuższej perspektywie. Streszczę ją następująco: zidentyfikuj co jest dobre, a co złe (dla twojego zdrowia), a następnie ułatwiaj sobie rzeczy dobre i utrudniaj rzeczy złe. Traci Mann podaje nam szereg strategii tego ułatwiania i utrudniania. Przykład z bankietu jest akurat jedną ze strategii utrudniających i zarazem metodą opracowaną przez innego badacza. Postanowiłam się na niej skupić, bo jest to metoda dość dobrze przebadana, której skuteczności empirycznie dowiedziono. Może służyć właśnie w ułatwianiu sobie zdrowszego życia, a sądzę, że będzie też przydatna we wdrażaniu diety roślinnej. 



Czym więc jest intencja wdrożeniowa zwana też intencją implementacyjną (implementation intention)? Jest to technika opracowana i zbadana przez niemieckiego badacza Petera Gollwitzera, która pomaga wprowadzać w życie obrane cele. Sam Gollwitzer, w swoim artykule z 1999 roku, gdzie szczegółowo opisuje tę technikę, przypomina, że dobrymi intencjami wybrukowane jest piekło. Nie zamierza bynajmniej tym stwierdzeniem podkopywać na wstępie wniosków własnej pracy badawczej. Podkreśla tylko różnicę między zwykłym zamiarem/intencją osiągnięcia celu np. „Chcę schudnąć 10 kg”, a właśnie badaną techniką, czyli intencją wdrożeniową, która ma stanowić pomost między wstępnym zamiarem a zrealizowanym celem. Same zamiary, nawet jeśli silne, często nie są wystarczające, by skutecznie realizować cele. Pokazują to nie tylko przysłowia, ale także badania naukowe.  

Powiedzmy, że naszym celem jest nieobjadanie się w restauracji. Nasza intencja wdrożeniowa, zgodnie z teorią Gollwitzera, ma za zadanie trzy rzeczy: (1) zidentyfikować okazje do działania (wizyta w restauracji), (2) zidentyfikować pożądane zachowanie (zjeść najpierw sałatkę), (3) połączyć z wyprzedzeniem okazje z pożądanym zachowaniem w formacie „jeśli – to”, tak aby gdy nadejdzie okazja, mieć już gotową odpowiedź: Jeśli pójdę do restauracji, najpierw zamówię sałatkę. Tym sposobem jesteśmy bardziej świadomi nadarzających się okazji (czasem nie są tak oczywiste jak wizyta w restauracji) i łatwiej nam z nich skorzystać, ponieważ przygotowana zawczasu intencja wdrożeniowa sprawia, że przystępujemy do działania pewniej i  skuteczniej. 

Co ciekawe, Gollwitzer wykazał, że takie intencje pomagają nam odciążyć się psychicznie. Dlaczego? Bo kiedy mamy przygotowany plan działania i nadarza się odpowiednia okazja, miejsce czy pora, wówczas działamy jakby z automatu, nie angażując już emocji i intelektu, tak jakbyśmy wcześniej ustawili autopilota. Jest to efekt zbadany naukowo. Sama wypróbowałam go na sobie i potwierdzam, że istnieje. Pomaga eliminować męczące deliberacje, które zdarzają się nam wszystkim, np.: co mam zjeść na obiad, hm, sama nie wiem, a może zamówię coś przez telefon, a może jednak coś ugotuję, a może pójdę do sklepu po pierogi. Intencje wdrożeniowe znacznie zwiększają skuteczność zwykłych intencji nie tylko dlatego, że dają nam do ręki bardzo konkretne, praktyczne narzędzia, ale oszczędzają nam psychicznego i emocjonalnego zmęczenia. 

Jeśli uważasz, że masz słaby charakter albo nie masz siły na realizację celów, a marazm już dawno zagościł w twoim codziennym życiu, weź pod uwagę fakt, że badania dotyczące intencji wdrożeniowych były z powodzeniem przeprowadzane także na osobach, które ze względu na swoją sytuację zdrowotną mają szczególnie pod górkę w kwestii koncentracji i realizowania zamierzeń. Były to osoby na odwyku od narkotyków. 

Jak pisze Gollwitzer, osoby leczące się z uzależnienia od narkotyków, muszą być świadomie skupione na kontroli głodu narkotykowego. To znacząco zaburza kontrolę zwykłych codziennych czynności, np. punktualne przybycie na posiłek do szpitalnej jadalni. Jedno z badań opisywanych przez badacza miało miejsce w szpitalu i dotyczyło pacjentów leczących się z uzależnienia od opiatów. Pacjenci mieli przygotować się do wyjścia ze szpitala i w ramach przygotowania ich do poszukiwania pracy administracja szpitala poprosiła pacjentów o przygotowanie CV przed wypisem. Większość zapomniała tego zrobić. Badacze postanowili sprawdzić skuteczność intencji implementacyjnych na takich pacjentach. Osoby wciąż wykazujące objawy odstawienia narkotyków zostały podzielone na dwie grupy. Wszyscy badani zostali poproszeni rano o przygotowanie krótkiego CV na godzinę 17:00 tego samego dnia. Tylko w jednej z tych grup wydano dodatkową instrukcję, prosząc by pacjenci określili dokładnie kiedy i gdzie zamierzają to CV napisać. Drugą grupę poproszono o sformułowanie intencji wdrożeniowych ale zupełnie nie związanych z zadaniem. O godzinie 17-tej żaden z pacjentów z grupy z jedną instrukcją nie złożył swojego CV. W grupie z intencją wdrożeniową dotyczącą CV, przygotowane dokumenty przedstawiło 80 procent badanych.

Intencje wdrożeniowe pomogły też studentom napisać relację z Wigilii i wysłać ją badaczom w ciągu 48 godzin od tego święta. Musieli tylko określić dokładnie gdzie i kiedy napiszą swój tekst.

Metoda ta okazuje się też skuteczna w przypadku dbania o zdrowie, gdzie działania niekoniecznie są bardzo przyjemne, a pozytywne skutki odległe w czasie. Kobiety, które określiły kiedy i gdzie dokonają samobadania piersi, wykonały to badanie (100%), podczas gdy kobiety, które tylko zadeklarowały intencję takiego badania zrealizowały swój zamiar w 53%. Określenie gdzie i kiedy będą brać witaminę pomogło badanym w regularnej suplementacji. W kolejnym badaniu osoby po operacji wymiany stawu sformułowały intencje wdrożeniowe dotyczące 32 czynności, które zaczną wykonywać po operacji. Osoby te wdrożyły 18 czynności wcześniej niż badani z grupy kontrolnej, w której nie zastosowano intencji implementacyjnej. 

Intencje wdrożeniowe łączono też badawczo z motywacją polegającą na ostrzeżeniu badanych przed negatywnymi skutkami braku aktywności fizycznej. Samo "straszenie" chorobami zwiększyło  uczestnictwo w ćwiczeniach z 29 do 39 procent studentów. Natomiast połączenie tej negatywnej motywacji z intencją wdrożeniową zwiększyło uczestnictwo do 91%.

Jakie mogą być propozycje zastosowania w przypadku przechodzenia na weganizm? Jako że ta metoda jest pomocna zarówno przy zabieraniu się za jakąś czynność jak i przy nieodstępowaniu od czynności, kiedy coś odwraca naszą uwagę, możemy ją wykorzystać zarówno do rozpoczęcia działania jak i do jego kontynuacji. Będziemy lepiej przygotowani i gotowi a także mniej psychicznie zmęczeni. Dotyczy to szczególnie diety roślinnej, bardziej niż innych aspektów weganizmu. 
Jeśli dopiero zabieramy się za dietę roślinną, dobrym pomysłem będzie poeksperymentowanie w  ograniczonym, „ogarnialnym” zakresie, np. śniadań, którego celem jest zorientowanie się jakie jedzenie będzie smaczne i sycące, oraz wprowadzenie na stałe wegańskich śniadań. Pamiętajmy, że naszym celem jest trwałe przejście na weganizm a nie miesięczna dieta. Dlatego powinniśmy się w tym dobrze czuć. Proponuję, by w pierwszych dwóch tygodniach zastosować intencję wdrożeniową „kiedy mam zjeść śniadanie, wybieram wegańską wersję śniadania, robię zdjęcie temu co zjadałam i zapisuję co zjadłam i czy było to smaczne i sycące. Np. Kanapka z tofu i pomidorem + banan i garść orzechów włoskich. Smaczne 5/10, sycące 7/10. 



Oczywiście wymaga to wcześniejszego przygotowania się (zakupu wegańskich produktów, przeglądnięcia paru blogów, zapisania 5-10 sugestii) i zdecydowania, gdzie będziemy robić notatki. Najprościej robić je w smartfonie, którym będziemy robić zdjęcia. Każdy ma też inny styl życia – jedni jedzą śniadanie w domu i taka intencja będzie wystarczająca. Jeśli ktoś je śniadanie w pracy/szkole – musi opracować intencję wdrożeniową zgodną z warunkami, w których funkcjonuje. Tak czy owak, po dwóch tygodniach mamy już do dyspozycji 15 spożytych śniadań i informację, co nam smakowało a co nie, co było sycące a co nie. I na dodatek będziemy też pewnie pamiętać czy łatwo było coś przygotować i będziemy też mieć orientację co do kosztów. Możemy już wtedy zmienić naszą intencję wdrożeniową na: kiedy mam zjeść śniadanie wybieram smaczne i sycące opcje z mojej listy. Podobną metodę możemy następnie zastosować do obiadów i kolacji, a także trudniejszych aspektów takich jak jedzenie na mieście, czy spotkania rodzinne.

Jakie intencje wdrożeniowe były pomocne dla mnie? W tym roku zastosowałam z powodzeniem trzy intencje wdrożeniowe dotyczące diety i aktywności fizycznej. Należę do tej grupy ludzi, którzy mają problem z zabieraniem się za różne zadania, nachodzą mnie różne myśli – a może by tak tego dziś nie zrobić, a może nie teraz, a może coś innego, a w sumie to sama nie wiem, itp. Jest to bardzo męczące, często bardziej od samego zadania! Informacja, że intencje wdrożeniowe powodują działanie na autopilocie i pomagają uniknąć tych nieznośnych dywagacji była dla mnie bardzo zachęcająca. I rzeczywiście, dobrze pomyślane intencje wdrożeniowe okazały się strzałem w dziesiątkę. Po pierwsze chciałam jeść więcej owoców i sałaty zarówno dla wartości odżywczych jak i dla obniżenia kaloryczności całodziennego jedzenia. Jedzenie tego na koniec posiłku nie ma sensu, bo jak się już najem tego, co najbardziej lubię, to ochota na owoc i zieleninę mi mija. Zastosowałam więc pomysł z książki Tracy Mann – to co masz zjeść, jedz najpierw. Moja intencja wdrożeniowa brzmiała: Kiedy przychodzi czas na posiłek, zaczynam od owocu lub surowego warzywa i sałaty lub selera naciowego. I faktycznie zadziałało.

Po drugie, moja aktywność fizyczna składa się głównie z robienia gimnastyki i jeżdżenia na rowerze. Zastanawiałam się przez chwilę od czego zaczynam i kiedy już wiedziałam co jest takim działaniem wywoławczym ułożyłam dwie intencje: dla gimnastyki: Kiedy przychodzi czas na gimnastykę kładę na podłodze karimatę; dla roweru: Kiedy przychodzi czas na rower, zakładam legginsy. I moje mordercze dywagacje wyrzuciłam za okno. W znakomitej większości przypadków autopilot włącza się bez problemu.

Co było po 1999 roku, kiedy Gollwitzer napisał swój artykuł o intencjach implementacyjnych? Kolejne lata przyniosły sporo badań w tym temacie. Na internecie znalazłam metaanalizę 94 takich eksperymentów opracowaną przez Gollwitzera we współpracy z innym badaczem – Paschalem Sheeranem. Wnioski są pozytywne. Warto korzystać z tej prostej metody urzeczywistniania naszych celów.

Co Gollwitzer mówi o samych celach? To też bardzo interesujące, ale to będzie już temat na inny wpis na moim blogu.

Czytaj więcej:
  • "Czy pozytywne myślenie działa" - mój wpis na pokrewny [link]
  • Książka Traci Mann "Bzdiety. Czego nie powie Ci dietetyk" [link]
  • Artykuł: Peter Gollwitzer - Implementation Intentions. Strong Effects of Simple Plans, First pub. in: The American Psychologist 54 (1999), 7, pp. 493-503 [link]
  • Artykuł: Peter M.Gollwitzer, Paschal Sheeran - Implementation Intentions and Goal Achievement: A Meta-Analysis of Effects and Processes, Article in Advances in Experimental Social Psychology - December 2006 [link]
  • Książka: Roy Baumeister "Siła woli" [link]




sobota, 25 maja 2019

Nie je czy ogranicza - co mówi ta statystyka?

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Dla portali internetowych podstawa to kuszący tytuł. Taki, któremu żadna myszka się nie oprze. Zaskakujący i intrygujący. Niekoniecznie językowo wyszukany. Ani mądry. Wystarczy, że pobudzi emocje, zaciekawi i skłoni użytkownika do kliknięcia w link, a portal dostanie kolejne wyświetlenie znajdujących się na nim treści. I reklam. 

Taką pełną emocji niecierpliwość wywołał (nie tylko we mnie) tytuł chętnie udostępnianego na Facebooku artykułu „Już 4 na 10 Polaków ogranicza lub nie je mięsa”. Zaraz, 4 na 10, czyli 40 procent? To blisko połowa! Blisko połowa kochającego schabowe narodu nie je mięsa lub je ogranicza?! Trzeba to sprawdzić. Nie oparłam się i kliknęłam. Muszę przyznać, że mimo rosnącej ekscytacji, od razu przeczuwałam, że z tą statystyką coś jest nie tak. Faktycznie, to rozum bronił się przed falą obezwładniającego optymizmu. 

Co znalazłam w artykule?

W artykule podano nazwę agencji, która przeprowadziła badanie (IQS), nazwisko jednej z osób tam pracujących i wypowiadających się na temat badania, metodę badania (CAWI –ankieta elektroniczna wypełniana samodzielnie przez badanego; do badania wykorzystano także platformę analizy treści netdive) oraz liczbę badanych (500). 

Tekst przedstawił definicję fleksitarianizmu jako „diety polegającej na spożywaniu ograniczonej ilości posiłków mięsnych” i trochę demograficznych danych statystycznych (zakładam, że wszystkie pochodzą z badania). Choć sposób podania informacji był niestety dość chaotyczny, to parę stwierdzeń nawet zastanawiających. Postanowiłam jednak skupić się tylko na tytułowej statystyce i jej składowych – niejedzeniu mięsa i jego ograniczaniu (fleksitarianizmie). 

W artykule na temat tytułowej statystyki mamy dwie wzmianki:

  • "43 proc. Polaków deklaruje, że nie je w ogóle lub stara się ograniczać jedzenie mięsa - wynika z raportu agencji IQS." oraz
  • "39 proc. badanych nie je mięsa bądź ogranicza je ze względów etycznych."

Czy te 39 procent to pomyłka czy dodatkowa informacja? Jeśli dodatkowa informacja, to można zinterpretować ją tak, że znacząca większość z tych 43 procent to osoby motywowane etyką. Podkreślę, że biorąc pod uwagę chaotyczność tekstu i brak skomentowania tej dodatkowej statystyki (39 proc), biorę pod uwagę, że może to jednak być pomyłka i żadnego wniosku o etyce wyciągnąć nie można. 

Czego w artykule nie znalazłam?

BRAK AUTORA
Zacznijmy od tego, że nie wiadomo kto jest autorem artykułu. To zazwyczaj nie wróży dobrze wiarygodności treści, za którą w końcu nikt nie bierze osobistej odpowiedzialności.

BRAK NAZWY BADANIA
Artykuł nie podaje też nazwy badania ani czasu jego przeprowadzenia. Nie można więc łatwo zidentyfikować, o które badanie chodzi, by poszukać go w sieci. Nie wiadomo, czy jakiś klient zlecił badanie czy też agencja IQS zrobiła je z własnej inicjatywy. To bywa istotne.

BRAK REFLEKSJI NAD TERMINEM FLEKSITARIANIZM
W artykule nie zwrócono uwagi na fakt, że podana definicja fleksitarianizmu jest tak ogólna, że może pasować do ogromnej populacji – w zasadzie każdego, kto będzie skłonny myśleć o sobie, że ogranicza spożycie mięsa, bo jest w stanie przypomnieć sobie ze dwie okazje, w których nie zjadł mięsa (choć mógł). Termin „ograniczenie” nie jest przecież w tej definicji ograniczony. Nie wpisano go w żadne obiektywne ramy ilościowe. Nie ma na przykład obiektywnie określonej górnej granicy wyrażonej choćby w liczbie posiłków tygodniowo, od której to ograniczanie by się zaczynało. Niech by nawet górna granica wynosiła 20 posiłków tygodniowo. Wtedy wiedzielibyśmy, że ten kto ogranicza je co najwyżej 19 posiłków. Nie ma tym bardziej szczegółowych zakresów (np. 15-19 posiłków tygodniowo, 10-14 posiłków tygodniowo, 1-9 posiłków tygodniowo), w które konsumenci mogli by się wpisać. 

BRAK REFLEKSJI NAD TERMINEM MIĘSO
 Co więcej, termin „mięso” bywa przez ludzi różnie interpretowany. Najszerszą definicję mięsa mają wegetarianie, dla których jest to jakakolwiek część ciała jakiegokolwiek zwierzęcia (a więc nie tylko stek wołowy czy kotlet schabowy, ale także pierś z kurczaka, filet z ryby, ośmiornice, małże, owady) na ciepło, ale i na zimno (wędliny), mięśnie i organy (wątróbka, itp.) w ilości dużej i małej (np. skwarki). Dla wielu osób jednak mięso najczęściej oznacza produkty z ssaków i ptaków. Ryby w tradycji kulinarnej to nie mięso, co doskonale widać w niezliczonych książkach kucharskich i menu restauracji. Podobnie rzecz się ma z tzw.  owocami morza. Dla jeszcze innych mięsem nie jest kurczak czy indyk. Część osób zapytana o jedzenie mięsa będzie przypominać sobie tylko okoliczności jedzenia go na ciepło i nie pomyślą o wędlinach. Wiele osób nie zawraca sobie nawet głowy myśleniem, że zupa ugotowana na kościach ma coś wspólnego z mięsem. Skwarki czy kawałki kurczaka w sałatce też będą pomijalne.

BRAK REFLEKSJI NAD WIARYGODNOŚCIĄ DEKLARACJI LUDZI
Jednak nawet gdybyśmy pokonali powyższe trudności dookreślając ilość posiłków i kategorie produktów zaliczanych jako mięsne, to dalej musielibyśmy stawić czoła jednej dość nieprzyjemnej dla nas (jako gatunku) informacji: mamy tendencję do niedoszacowywania ilości konsumowanego jedzenia. Być może zapominamy, albo się sami oszukujemy.   

BRAK INFORMACJI JAKI PROCENT POLAKÓW NIE JE MIĘSA
No i rzecz podstawowa, artykuł ostatecznie nie podaje nam jaki procent Polaków nie je mięsa!  Czy autora to nie interesowało?



Czego się dowiaduję szukając badania w sieci?
Kiedy poszukałam trochę w internecie, znalazłam stronę agencji badań rynku IQS i dotarłam na jej stronie do darmowego fragmentu raportu „Fleksitarianie nadchodzą (trend ograniczania konsumpcji mięsa)” opracowanego na podstawie badania, o którym mówił artykuł przyciągający czytelników (użytkowników) do portalu wirtualne media.

Warto zaznaczyć, że agencja przytoczyła szerszą definicję fleksitarianizmu, która trochę dokładniej opisuje, co fleksitarianizm miałby oznaczać w odniesieniu do spożycia mięsa:

Fleksitarianizm to dieta polegająca na spożywaniu ograniczonej ilości posiłków mięsnych. Dodatkowo, za fleksitarian uznaje się osoby spożywające mięso tylko okazjonalnie (np. poza domem), a stosujące w swoim domu dietę wegetariańską lub wegańską. Pojęcie to zostało użyte po raz pierwszy przez Lindę Anthony w 1992r.
Oczywiście problematycznym nadal jest fakt, że fleksitarianizm pozostaje terminem słabo określonym. Furtką dla jego różnego rozumienia jest tutaj słowo „okazjonalnie”, które może znaczyć różne rzeczy dla różnych ludzi. 

Podobnie jak w artykule, także w dostępnym fragmencie raportu nie znalazłam informacji, czy do ankiety przyjęto jakąś definicję mięsa. Szczegółowe wyniki ankiety przedstawione na poniższym slajdzie mogą nam sugerować, że jednak wykluczono z definicji mięsa ryby (wegetarianie nie będą zachwyceni), ale nie ma pewności co do innych kwestii, o których wspomniałam powyżej. 

slajd z raportu "Fleksitarianie nadchodzą" opracowanego przez agencję IQS
Sprawę komplikuje także fakt, o którym już wspomniałam, że wszyscy mamy tendencję do niedoszacowywania ilości jedzenia w kontekście produktów, których (rzekomo) chcemy unikać. W zetknięciu z dość ogólnymi pytaniami, możemy „popłynąć” w naszych odpowiedziach. Rezultaty takiej ankiety będą tym mniej miarodajne. 

Interesujący nas slajd, z atrakcyjną statystyką „43 procent Polaków je mniej lub w ogóle nie je mięsa” faktycznie pojawia się w raporcie, ale spójrzmy co się na te 43 procent składa:

Pod kątem spożycia mięsa występują tu tylko dwie dość dobrze określone i zarazem mikroskopijne  ilościowo kategorie:
  • 1 procent Polaków deklaruje "nie jem w ogóle mięsa oraz produktów pochodzenia zwierzęcego" (to będą w takim razie weganie)
  • 1 procent Polaków deklaruje "nie jem w ogóle mięsa, ale jem ryby" (oj, ankieta o niejedzeniu mięsa pominęła wegetarian!)
Pozostałe kategorie, jak można się było spodziewać, są mniej precyzyjne:
  • 9 procent Polaków deklaruje "Bardzo ograniczam jedzenie mięsa" (możemy kibicować, ale nie wiemy tak naprawdę czy przyklaskujemy dobrym intencjom czy faktycznym działaniom, a jeśli tym drugim, to co one dokładnie oznaczają?)
  • 31 procent Polaków mówi "ograniczam trochę jedzenie mięsa"  (najszersza  i zarazem najbardziej rozmyta znaczeniowo kategoria)
Jak widać wrzucenie do jednego worka kategorii konkretnej i rozmytej może dać bardzo atrakcyjną, klikalną statystykę. Najprawdopodobniej większość czytelników lajkuje i z radością udostępnia link do artykułu, który podnosi na duchu. Jak widać raczej bezpodstawnie! 

Wnioski:
  1. Kiedy oglądamy statystyki, zwracajmy uwagę na to, czy mówią one o jasno sprecyzowanych kategoriach. Im bardziej precyzyjne kategorie, tym bardziej konkretne informacje otrzymujemy. „Osoby niejedzące mięsa” – to kategoria dużo bardziej precyzyjna niż „Osoby ograniczające mięso”.
  2. Jeśli sklejono kategorię bardziej precyzyjną z kategorią rozmytą i uzyskano okazały procent, zachowajmy zachwyt na chwilę, kiedy przyjrzymy się sprawie bliżej (może już nie będzie się czym zachwycać. W końcu 2 procent w garści to już nie 43 procent, niestety na dachu!).
  3. Nowe nazwy niekoniecznie oznaczają nowe trendy. Fleksitarianizm to być może modne słowo, ale o ludziach deklarujących ograniczanie mięsa wiemy nie od dziś.
  4. Ograniczanie czegokolwiek niepożądanego brzmi dobrze tylko na pierwszy rzut oka. Problem polega na tym, że najczęściej „ograniczanie” jest terminem rozmytym znaczeniowo i na to nakłada się dodatkowo tendencja ludzi do niepamiętania ile jedzą lub samooszukiwania się szczególnie jeśli ograniczanie podpowiada im rozsądek, a produkt konsumują chętnie. Jeśli więc mówimy o fleksitarianizmie, to tak naprawdę … nie wiemy o czym mówimy. 
  5. Zastanówmy się czy używane w statystyce terminy są dobrze zdefiniowane. Czy opisano je na potrzeby ankiety, albo czy w języku potocznym ich znaczenie jest dobrze znane. Jak widać w praktyce termin „mięso” jest rozumiany różnie i bez doprecyzowania, będziemy mieć poważne nieścisłości. Jak widać również „fleksitarianizm” jest pojęciem bardzo pojemnym, do tego stopnia, że prawie każdy może się pod niego podpiąć.
  6. Jeśli leży nam na sercu  dobro zwierząt, pamiętajmy, że mięso nie wyczerpuje problemu eksploatacji zwierząt w przemyśle spożywczym. Osoby niejedzące mięsa mogą jeść ryby, a niejedzące mięsa i ryb wciąż spożywają (być może więcej) nabiału i jaj. Myślmy nie tylko o rzeczach, które są przedstawione, ale też o tych, które wypadły poza ramy przedstawionego obrazka. 

Czytaj dalej:

  • artykuł omawiany w moim tekście [LINK]
  • strona agencji IQS, gdzie można znaleźć fragment raportu „Fleksitarianie nadchodzą (trend ograniczania konsumpcji mięsa)” [LINK]
  • o fleksitarianizmie w aktywizmie prozwierzęcym , krytycznie pisze socjolożka Corey Lee Wrenn [LINK]



sobota, 13 kwietnia 2019

Czy pozytywne myślenie działa?

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Mówi się, że pozytywne myślenie jest podstawą sukcesu, ale jak zwykle rzeczywistość jest nieco bardziej skomplikowana (i zarazem bardzo inspirująca), o czym miałam okazję się dowiedzieć oglądając wykład dr Ewy Jarczewskiej-Gerc, psycholożki społecznej i trenerki biznesu. Jak to ja, postanowiłam odnieść wiadomości uzyskane podczas wykładu do zmiany, jaką jest przejście na weganizm.

Dr Ewa Jarczewska-Gerc pracuje na Uniwersytecie SWPS i zajmuje się psychologią motywacji, efektywnością i wytrwałością w działaniu oraz symulacjami mentalnymi. Wykład „Rozwój vs pseudorozwój. Dlaczego łatwo się pomylić?”, nagrany w styczniu 2019 roku, obejrzałam niedawno na kanale SWPS na youtube.

Podstawowym elementem rozwoju jest zmiana, a rozwój osobisty związany jest ze zmianami świadomymi, w których realizację wkładamy wysiłek. Dr Jarczewska-Gerc  mówi, że w naszym podejściu do zmiany możemy skupić się na pożądanym wyniku wieńczącym zmianę lub na procesie, w który angażujemy się, by zmianę zrealizować. Badania, w tym doświadczenia przeprowadzane przez prelegentkę, wskazują, że podejście zorientowane na proces (nie na wynik) jest dużo skuteczniejsze. Dotyczy to na przykład takich kwestii jak odchudzanie, ograniczenie palenia papierosów, osiągnięcie dobrych wyników na egzaminach czy dobrze zrealizowane wystąpienie publiczne.

I właśnie w podejściu do zmiany, w tym orientacji na wynik lub proces, pojawia się pojęcie pozytywnego myślenia a także, o czym opowiada dr Jarczewska-Gerc, myślenie negatywne. I co ciekawe, ani myślenie pozytywne nie jest jednoznacznie pozytywne, ani myślenie negatywne jednoznacznie negatywne. Dlaczego? 



Dwa optymizmy i dwa pesymizmy
Okazuje się, że możemy wyróżnić po dwie podkategorie każdego z tych podejść. Bierny optymizm jest typową orientacją na wynik. Skupiam się na sukcesie, wyobrażam sobie siebie 20 kg szczuplejszą, niepalącą, odbierającą dyplom ukończenia prestiżowej uczelni. Zaczynam wierzyć, że wizualizacja samego sukcesu mi go przybliży, podczas gdy jest to mylne przekonanie. Dowodzą tego badania dając ewidentnie przewagę tzw. aktywnemu optymizmowi, który sprawia, że oczekując pozytywnych wyników własnych działań, skupiamy się na procesie, planujemy i realizujemy kolejne działania i poszukujemy satysfakcji w tej aktywności. Wtedy dobry wynik staje się niejako produktem ubocznym tego, w co się angażujemy.  W negatywnym myśleniu, mamy oczywiście do czynienia z pesymizmem depresyjnym, gdzie zawsze szklanka jest do połowy pusta i we wszystkim widzimy przeszkody nie do pokonania. Natomiast jest jeszcze pesymizm defensywny, który pomaga zidentyfikować problemy po to, aby przygotować odpowiedni plan ich rozwiązania. 

Jak to się przekłada na przejście na weganizm? Najwyraźniej w dokonywaniu zmiany, czy w pomocy jej dokonania, przydatne jest podejście zorientowane na proces, łączące aktywny optymizm z dodatkiem pesymizmu defensywnego. Generalnie skupiamy się na tym, że cel jest osiągalny (przewaga optymizmu) i zabieramy się za określenie planu, krok po kroku, który doprowadzi nas do tej zmiany (optymizm aktywny!). W przypadku weganizmu jest sporo rzeczy, które możemy zaplanować, choćby przygotować listę produktów, jakie dobrze mieć zawsze na stanie i je zakupić, spisać ulubione produkty lub dania roślinne, które już lubimy, a także takie produkty lub dania niewegańskie, których zamienniki chętnie byśmy znaleźli, poszukać je i wypróbować. W ramach optymizmu aktywnego, możemy przygotować listę przykładowych śniadań, obiadów, kolacji, deserów i przekąsek i je wypróbować w pierwszych paru tygodniach, zrobić rozeznanie w sklepach z butami i odzieżą a także w opcjach dotyczących kosmetyków i środków czystości. Pamiętamy przy tym, że optymizm aktywny pomaga nam skupić się na działaniu, a satysfakcją jest często przyjemność niespodziewanych odkryć kulinarnych i bardzo ważne poczucie sprawczości. 

Natomiast pesymizm defensywny przyda nam się w przygotowaniu planu działania w sytuacjach kryzysowych, kiedy na przykład zachce nam się zjeść kotlet schabowy czy krowi ser, a także kiedy spotkamy się z nieprzyjemnymi żartami ze strony znajomych czy rodziny. Co ciekawe, wizualizacja naszej reakcji na problem uruchamia części mózgu odpowiedzialne za ruch i pomaga później lepiej zrealizować działanie w rzeczywistości. Pamiętajmy jednak, by przewagę w naszym działaniu miał optymizm aktywny, bo – jak ostrzega dr Jarczewska-Gerc – pesymizm defensywny jest bardzo wypalający. Psycholożka podkreśla także, że jak w każdej zmianie, musimy pamiętać o celu, który wyznacza nam drogę, bo wówczas łatwiej pozostać w trybie samokontroli (gdzie właśnie radzimy sobie z różnymi drobnymi problemami, mimo zmęczenia czy smutku, bo przyświeca nam ta głębsza satysfakcja) zamiast popadać w tryb samoregulacji (gdzie najważniejsze staje się zadbanie o dobre samopoczucie tu i teraz i np. zjedzenie kotleta, do którego jesteśmy wciąż przyzwyczajeni). 

Myślę, że ważną wskazówką dla aktywistów jest to, by nie pomijać wartości pesymizmu defensywnego. Jeśli ktoś przedstawia potencjalne przeszkody, może robi to właśnie po to, żebyśmy pomogli mu ułożyć plan ich pokonania. Trzeba po prostu zobaczyć, czy na taki plan zareaguje pozytywnie. 

Dobra psychologia, podparta teorią i praktyką, może wymiernie pomóc. Warto z niej korzystać.

Czytaj dalej:
  • a raczej oglądaj: wykład, na którym opiera się mój dzisiejszy wpis, dr Ewa Jarczewska-Gerc "Rozwój vs pseudorozwój. Dlaczego łatwo się pomylić? (32min) (LINK)




niedziela, 24 marca 2019

U nas też duszą, proszę Pana

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Widzieliście te przezroczyste breloczki do kluczy z małymi rybkami albo żółwikami w środku? Żywe zwierzęta zamknięte w plastikowym opakowaniu, gdzie jest trochę wody i tlen, który szybko się skończy. Zdolne do cierpienia istoty potraktowane jak jednorazowe gadżety. To nie do pomyślenia, prawda? Nasze oburzenie rośnie. Kto mógł wpaść na taki pomysł i kto to kupuje? Kiedy dowiadujemy się, że proceder ma miejsce w Chinach, nasze oburzenie rośnie jeszcze bardziej, ale zdziwienie jakby maleje. No tak, Chińczycy. Jak oni tak mogą?!

Pewnie dowiedzieliście się o tym w internecie. Ja też. Swoją drogą warto by sprawdzić na ile wiarygodne to informacje. Owszem, na szybko da się wyszukać parę petycji do chińskiego rządu, ale ich istnienie i treść nie pomagają nam zbytnio w weryfikacji tej sprawy, szczególnie jeśli petycje są stworzone przez indywidualne osoby (a nie przez organizacje) i zawierają wyłącznie apel okraszony retoryką „opinii światowej” oburzonej tym, co się „tam” wyprawia. Ale ten post jest o czymś innym, więc nie będę zajmować się weryfikacją breloczków. Przyjmijmy, że to prawda.

Co dla mnie istotne w takim właśnie temacie, i wielu mu podobnych, to ich potencjał do aktywowania uprzedzeń, utrwalania stereotypów, nadmiernego wzniecania emocji, zaspokajania potrzeby nowości, dawania poczucia wyższości i wrażenia, że robi się coś ważnego dla zwierząt i – niestety - odwracanie uwagi od mniej „atrakcyjnych”, a bardziej pozytywnych i często pożytecznych rzeczy, które możemy robić na rzecz lepszego świata.

Jeśli chodzi o stosunek Chińczyków do zwierząt, to przeciętny polski użytkownik Facebooka, który lubi psy i koty i czyta wiadomości o zwierzętach, na pewno zetknął się z Festiwalem psiego mięsa w Yulinie. Szokująca dla konsumenta świń, cieląt i kurcząt informacja o jedzeniu psów połączona z praktycznie nikłą wiedzą na temat Chin (oprócz tego, że jest to państwo w Azji, gdzie mieszka bardzo dużo ludzi, którzy mają skośne oczy i nie są biali) w dość prosty sposób skłania do aktywowania negatywnego uprzedzenia (są też uprzedzenia pozytywne) do całej grupy narodowościowej, czy nawet rasowej. Wniosek z tych skąpych informacji jest oczywiście uogólniający, co widać często w petycjach, według których jedzenie psów, w przeciwieństwie do jedzenia świń, kur, czy cieląt, ma świadczyć o niższości kultury chińskiej i jej barbarzyństwie, a zarazem (domyślnie) o wyższości i ucywilizowaniu kultury zachodniej, czyli naszej. 

Temat sprzedawania breloczków z żywymi zwierzętami w Chinach odgrywa bardzo podobną rolę do tematu Festiwalu w Yulinie. Cementuje nasze uprzedzenia, daje łatwe uzasadnienie dla rasizmu, pozwala "bezkosztowo" poczuć się lepszym i bardziej cywilizowanym, bez jakiejkolwiek refleksji nad własną kulturą i własnym postępowaniem. Nie daje okazji do zastanowienia, cóż takiego różni psa od świni, nie w naszych oczach, lecz w nich samych, ich chęci do życia, potrzebach i pragnieniach. Nie skłania do refleksji, że jeśli mięsa jeść nie trzeba (a nie trzeba, podobnie jak nie trzeba jeść nabiału czy jajek), to de facto świnie cierpią i umierają dla naszej przyjemności. I nie jest to miła refleksja, ale może posłużyć do zmiany naszego zachowania. Kiedy mocno skupiamy się na innych, odcinamy się od własnego doświadczenia, szczególnie jeśli siebie postawimy na pomniku. 

Równocześnie takie nowinki są niezwykle atrakcyjne dla naszych umysłów niezmordowanie poszukujących nowości – nowych informacji, najlepiej wywołujących intensywne emocje, sensacyjnych w tonie, walczących o naszą uwagę w potoku wiadomości. którymi zalewa nas internet i media społecznościowe w szczególności. Intensywność emocji przeżywanych podczas odbioru takiej informacji myli nam się często z jej istotnością. Szybkie podpisywanie i intensywne udostępnianie petycji bierzemy za działanie właściwe i konieczne, nawet jeśli wiemy, że ciągnie za sobą ogon rasistowskiego hejtu, który łatwo nam jest zbagatelizować, szczególnie  jeśli nie dotyczy nas ani nikogo bliskiego.

Presja czasowa (podpisz już teraz!), temat przyciągający uwagę swoją „egzotycznością”, sugestia, że odbiorca petycji należy do tej lepszej cywilizacji i silne emocje to mieszanka, której trudno się oprzeć. Często towarzyszy temu pewien szantaż emocjonalny. Sprawa zostaje przedstawiona w taki sposób, że albo podpiszesz petycję, albo zawiedziesz zwierzęta, które czekają na Twoją pomoc. Na stole, w zasięgu wzroku, jest wybór: tylko ta petycja albo wielkie okrągłe, budzące poczucie winy zero. Jeśli mieliśmy jeszcze jakieś wątpliwości, choćby te dotyczące rasizmu, to ulegamy. Myślę, że niedobrze, bo rasizm, mowa nienawiści i przemoc na tym tle są rzeczywistością coraz bardziej codzienną, a działać dla zwierząt w sposób współgrający z prawami człowieka możemy przecież na wiele sposobów.

Wracając do duszących się za sprawą człowieka zwierząt,  temat breloczków przywiódł mi na myśl rodzimy przykład jednodniowych kurzych piskląt. Takie pisklęta wylęgają się w bardzo dużych ilościach nie pod czujnym okiem kurzych matek, ale w przedsiębiorstwach zwanych wylęgarniami. To miejsca, skąd hodowcy kupują pisklęta do odchowu tzw. brojlerów na mięso i skąd kupowane są pisklęta płci żeńskiej, które będą służyć jako maszyny do znoszenia jajek na fermach jajczarskich. I w tych wylęgarniach odbywa się selekcja. W przypadku kurcząt, które będą hodowane na mięso, "odpadem" będą ewidentnie chore pisklęta. W przypadku przyszłych kur niosek, z oczywistych względów "odpadem" będą kogutki (nie opłaca się ich hodować na mięso). 

I zgodnie z odpowiednim rozporządzeniem, takie zwierzęta można zabijać (to jest w produkcji zwierzęcej praktycznie pewnik dla wszystkich zwierząt) i należy to robić w jeden z dwóch sposobów: albo z użyciem „urządzeń mechanicznych powodujących natychmiastową śmierć” albo stosując dwutlenek węgla. To pierwsze może oznaczać zgniatanie lub mielenie, to drugie komorę gazową – duszenie. Podobno ta – podkreślę, że niezawiniona - śmierć zadana w taki właśnie sposób jest stosunkowo szybka i bezbolesna. 

Mam co do tego pewne wątpliwości. Zasadzają się one w zasadzie na dwóch kwestiach: masowość działania i status tych zwierząt. Odwiedziłam parę stron wylęgarni. Niewątpliwie, wyspecjalizowane zakłady tego typu muszą mieć masowy przerób, żeby utrzymać się na rynku. Jedna z nich chwaliła się, że rocznie wylęga się tam 90 milionów piskląt. Nieźle, prawda? Dziennie wychodzi 250 tysięcy zwierząt. Powiedzmy, że 10 procent nie będzie dobrze rokować (to była wylęgarnia kurcząt na mięso), to do zabicia będzie 25 tysięcy zwierząt dziennie. Nawet zwierzęta przedstawiające wartość rynkową (bo będą mięsem albo maszyną do jajek), indywidualnie kosztują bardzo mało i w razie choroby/urazu nie są leczone. Co dopiero więc może mieć miejsce w przypadku zwierząt, które dosłownie są dla producenta odpadem, czyli śmieciem? 

Czy sugeruję, że w związku z tym będą regularnie łamane przepisy (nawet takie, które umówmy się – służą szybkiej likwidacji "żywych śmieci")? Niekoniecznie. Niech i każda wylęgarnia ma swoje „urządzenia mechaniczne” i komory, gdzie wpuszcza dwutlenek węgla. Wyobraźmy sobie jednak, że ma do przerobu te 25 tysięcy zwierząt dziennie. Jedne zgniotą się od razu, inne niekoniecznie, jedne uduszą się od razu inne niekoniecznie. Wyobraźmy sobie potem taki martwo-żywy odpad dogorywający w plastikowych workach, gotowy do wywiezienia. Czy ktoś będzie dogniatał lub doduszał, żeby te zwierzęta, które jeszcze żyją, szybko umarły? Pomęczmy trochę własną wyobraźnię. To ćwiczenie nie będzie tak atrakcyjne jak petycja w sprawie „barbarzyńców” o innym kolorze skóry, ale może pomóc zmierzyć się z rzeczywistością bliżej domu, w której niekiedy bierzemy czynny udział kupując coś, co po prostu do tej pory uważaliśmy za żywność, niezbędny element naszego codziennego życia.



Oczywiście, jak to ja,  zmierzam do kwestii krzywdy zwierząt, która dzieje się tuż za rogiem, i której nie da się tak łatwo przyporządkować do kogoś innego i która, ostatecznie skłania do refleksji nad lepszym sposobem życia nie jakichś tam onych, których mamy petycją ucywilizować, tylko każdego z nas. Tym lepszym pod wieloma względami wyborem jest weganizm. Choć sama zmiana wielu nawyków żywieniowych i codziennych jest pewnym wyzwaniem, to tak naprawdę weganizm – jeśli się przyjrzymy mu na spokojnie – jest takim minimum – po prostu paktem o nieagresji w stosunku do zwierząt w takim zakresie, jaki jest możliwy i wykonalny w dzisiejszym świecie.

Co do pożytecznych rzeczy, które możemy robić nie pod presją czasu, nie pod wpływem emocjonalnego szantażu, jest ich wiele, choćby propagowanie tej nieagresji, pomoc schronisku (są różne typy schronisk – psów i kotów, ale też wielu innych zwierząt), adopcja zwierząt bezdomnych, pomoc organizacjom, które zajmują się adopcjami. To działanie pożyteczne, często bardzo wymierne i pomocne. Równocześnie dbajmy o to, by sprzeciwiać się rasizmowi i ksenofobii, jeśli w takich działaniach się pojawi.  A jeśli zdarzy się sensowna petycja, to podpisujmy ją po namyśle.


Czytaj dalej:

  • Chcesz zobaczyć to rozporządzenie? Proszę bardzo. (LINK)
  • Więcej o diecie wegańskiej opowie wam dietetyczka specjalizujący się w dietach roślinnych Iwona Kibil (LINK do video bloga) i link do bloga (LINK)