niedziela, 31 lipca 2016

Zoo: Kiedy to się wreszcie skończy?

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Pamiętacie jeszcze Harambe? Pytam, bo media coraz bardziej przypominają cyrk na kółkach (z ludźmi i zwierzętami). Coraz rzadziej przekazują zrównoważone informacje o świecie, coraz częściej wypluwają sensacje i skandale. W potopie świeżych newsów, fala najnowszej sensacji zalewa poprzednią i oszołomieni zapominamy co było wcześniej. Przypomnę więc, że Harambe był siedemnastoletnim gorylem, który mieszkał w ogrodzie zoologicznym w Cincinnati. Nie byłoby w tym nic sensacyjnego – w końcu jesteśmy przyzwyczajeni do wystawiania dzikich zwierząt dla zaspokojenia ciekawości ludzi - gdyby małe dziecko nie okazało się być bardziej ciekawe niż inni i, wykorzystując parosekundową nieuwagę matki, nie dostało się na wybieg goryli.

Jako że słowo "nie" utrudnia czasem zrozumienie, dokończę zdaniem twierdzącym: po tym jak czterolatek pokonał dość łatwą przeszkodę w postaci rzędu krzaków, natrafił na betonową ścianę, po której ześlizgnął się prosto do płytkiej fosy otaczającej wybieg goryli. Do fosy wszedł Harambe zainteresowany niespodziewanym gościem. Na przemian przyglądał się chłopczykowi, stał nad nim, a także – co można zobaczyć na video – chwycił go za rękę i ciągnął przez fosę. Tłum przyglądający się sytuacji zachowywał się głośno. Ludzie byli zaskoczeni, przerażeni i kto wie, może też podekscytowani niespodziewanym show. Pewnie robili zdjęcia. Ktoś zrobił video, które potem pojawiło się na internecie. Dziś bez digitalizacji doświadczenie jest uznawane za niekompletne, czasem wręcz za w ogóle nieprzeżyte.

Po 10 minutach pracownicy zoo zastrzelili Harambe. Po dwóch dniach dyrektor placówki tłumaczył się gęsto na zorganizowanej przez siebie konferencji prasowej. Bynajmniej nie z tego, że na terenie jego zoo zabezpieczenie wybiegu było tak słabe, że mógł je bez problemu pokonać czterolatek. Dyrektor tłumaczył się z decyzji o zabiciu Harambe. Incydent, którego rezultatem była śmierć goryla, wzbudził protest wielu ludzi. Jedni uważali, że goryl nie miał złych zamiarów i że na pewno nic by się nie stało (chyba pomylili dzikie zwierzę, które znalazło się w totalnie nowej i stresującej sytuacji do postaci z filmu rysunkowego). Inni sądzili, że można było unieszkodliwić Harambe środkiem usypiającym (choć dyrektor zoo stwierdził, że środek usypiający nie działa od razu i w pierwszej fazie może nawet pobudzić zwierzę). Byli też tacy, tych gniewu dyrektor bać się nie musiał, którzy zrzucili całą winę na matkę (a nawet na nieobecnego przy zdarzeniu ojca, za którego kryminalną przeszłość z zapałem zabrał się brytyjski tabloid DailyMail). Autorka petycji żądającej postawienia zarzutu zaniedbania matce chłopca zebrała w ciągu dwóch tygodni ponad 500 tysięcy podpisów i była bardzo niezadowolona, kiedy Prokurator Hrabstwa Hamilton, Joe Deter, ogłosił, że matce dziecka nie zostaną postawione żadne zarzuty, gdyż był to wypadek. Ta sprawa ma też rasistowskie dno, o którym opowiem w innym poście.

Wracając do Harambe, jestem ciekawa, czy tyle sprzeciwu wzbudziłaby jego śmierć gdyby był krokodylem. Prawdopodobnie śmierć gada przeszłaby bez większego echa, gdyż sympatia koreluje ze współczuciem dużo lepiej niż lęk jaki wzbudza zwierzę. Ale czy ta sympatia dla Harambe nie jest dość powierzchowna? Czy podziw dla dorodnego gorylego samca nie jest zbyt mocno połączony z zaspokajaniem ciekawości?: ciągle za ważny argument na rzecz chodzenia do zoo i zabierania tam dzieci podaje się przekonanie, że zobaczyć na żywo to zupełnie coś innego (lepszego) niż zobaczyć na filmie.

Tyle że chodząc do zoo, popieramy instytucję, która ze zwierząt czyni eksponaty. Tak zresztą nazywają je dyrektorzy takich miejsc, dumni ze swoich hodowli i „kolekcji” zwierząt. Na usprawiedliwienie swojej działalności kierownicy takich placówek podpierają się ochroną zagrożonych gatunków. Niestety większość zwierząt urodzonych w niewoli nigdy nie trafi na wolność. Nawet gdyby ktoś zechciał je wypuścić nie poradzą sobie, bo rodzice nie mogli im przekazać umiejętności gwarantujących przetrwanie.




Z drugiej strony, wraz ze wzrastającą populacją ludzi na ziemi, kurczą się naturalne środowiska, gdzie mieszkają zwierzęta gatunków, którym grozi wyginięcie. Winna jest nie tylko bezwzględna liczba ludności ale także jej apetyt na mięso, mleko i jajka. O ile sama produkcja żywności nieodzownie wiąże się z wykorzystywaniem ziemi i wody, o tyle produkcja żywności pochodzenia zwierzęcego czyni to bardzo nieekonomicznie krzywdząc zarówno zwierzęta poddawane hodowli i zabijaniu, jak i zwierzęta dzikie, którym odbiera tak dużo miejsca do życia. Ogrody zoologiczne stają się arkami Noego, które doświadczają potopu wciąż przybierającego na sile.

Jedynym sensownym kierunkiem ratowania bioróżnorodności jest inwestowanie w ochronę środowiska naturalnego: bezpośrednio poprzez obejmowanie miejsc ochroną, tworzenie rezerwatów, itp.; oraz pośrednio: poprzez promowanie bardziej oszczędnego stylu życia, w szczególności promowanie diety roślinnej i niemarnowania żywności. W żadnym wypadku nie jest to utrzymywanie arek Noego z zamkniętymi w nich na zawsze zakładnikami, takimi jak Harambe. 

Amerykański etolog Mark Bekoff w eseju opublikowanym na stronie Scientific American stwierdza, że w debacie o śmierci Harambe należy cofnąć się o jeden krok i zadać inne pytanie: Po pierwsze, dlaczego Harambe w ogóle był w zoo? Bekoff postuluje, by w przyszłości ogrody zoologiczne zaprzestały rozmnażania zwierząt i zmieniły swój status z hodowli na opiekę nad zwierzętami urodzonymi w zoo i niezdolnymi do życia na wolności. Z czasem ogrodów zoologicznych byłoby coraz mniej, aż do ich całkowitego wygaśnięcia, a zaoszczędzone pieniądze można by wydawać na ochronę populacji dziko żyjących zwierząt. Oto kierunek, w którym powinniśmy podążać.

P.S. Ogrodowi w Cincinnati radziłabym poważnie przyglądnąć się ogrodzeniom. Musi z nimi być coś nie tak, skoro mały urwis bez większego problemu przedostał się na wybieg. Dziecku na szczęście nic się nie stało. Jednak ktoś inny – Harambe – przypłacił to życiem. Stracił wszystko co miał. Jego bliscy na pewno mocno to przeżyli. O tym jednak media już nie napisały.




Chcesz wiedzieć więcej?
  1. Esej M.Bekoffa "Why was Harambe the gorilla in a zoo in the first place?" - naprawdę warto przeczytać w całości (link)
  2. Mój poprzedni tekst o Harambe "Harambe - tylko goryl czy aż goryl" (link
  3. Strona kampanii "Nie chodzę do zoo" z filmami z polskich zoo (link) prowadzonej przez grupę Basta Inicjatywa na Rzecz Zwierząt (link)


niedziela, 24 lipca 2016

Sen nocy letniej

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

- Cześć, pochodzę z książki Douglasa Adamsa „Restauracja na końcu Wszechświata”. Byłam tam kelnerką  i oferowałam swoje ciało na obiad. Oczywiście pełna fikcja literacka. A do naszego miasteczka przybyłam już po śmierci autora - przywitała się krowa.

- Witaj, świetnie mówisz po polsku  – odpowiedziała z uśmiechem polska łaciata, która nie uciekła z transportu do rzeźni.  Ten wyczyn nie udał się też milionom jej kuzynek i tysiącom sióstr urodzonych ze sztucznego zapłodnienia nasieniem anonimowego ojca. Były hodowane dla trójpaku: mleko, cielęcina, wołowina. – Jestem Katarzyna. A ty jak masz na imię? – zapytała.

- W zasadzie Douglas zostawił mi wolną rękę w tym zakresie. Mówcie mi Daisy – odpowiedziała Daisy, która zajmowała niewielkie gospodarstwo 15 minut na kopytach od ścisłego centrum gęsto zaludnionego, tfu, zazwierzęconego miasteczka, do którego pozostali przybyli po zmartwychwstaniu, czy - jak kto woli – po przejściu przez Tęczowy Most.

- Mam na imię Zofia. Ja też sama wybrałam swoje imię – przywitała się kura o pięknym, brązowym upierzeniu, które zdążyło już odrosnąć, podobnie jak uda, skrzydła, piersi i głowa. Przybyłam tu, kiedy nie udało mi się załapać na Meat Free Monday. Najwyraźniej organizator akcji, Paul McCartney, zaleca troskę  o zwierzęta tylko na początku tygodnia. I to tylko o te z nas hodowane na mięso. We wtorek wsadzono mnie do ciężarówki, bo znosiłam już za mało jajek, a wieczorem odebrano mi to, na czym - według etyka Petera Singera – zwierzętom nieszczególnie zależy.

- Odebrano Ci życie – pokiwała ze smutkiem Daisy. Paul był kiedyś, że tak powiem, bardziej całotygodniowy w kwestii niejedzenia mięsa – dodała z nutą sarkazmu. – Ale faktycznie, nabiał i jajka wcinał bez zastanowienia. A Peter, lepiej nie mówić. Wyzwalać zwierzęta chce tylko od cierpienia. Ludzie czytają jego książki bez zrozumienia i nazywają go ojcem praw zwierząt. Prawa zwierząt bez prawa do życia? Ech – westchnęła Daisy.

- Kunegunda – przywitała się krótko świnia, którą (po tym jak wydała na świat wiele prosiąt) jedzono z umiarem. – Jestem ofiarą kampanii „Ograniczaj mięso”. Podobne do Meat Free Monday. Jeden czort. W ulotce brak informacji, że nie da się zabić zwierzęcia „tylko trochę” oraz że trzy kotlety w tygodniu zamiast siedmiu też wymagają zabicia jakiejś świni. Nie uwzględniono też faktu, że ludzie się samooszukują: mówią, że jedzą mniej i sami w to wierzą, podczas gdy tak naprawdę jedzą tyle samo albo nawet więcej. 

Wszechświatowa krowa (obecnie małomiasteczkowa Daisy) westchnęła głęboko. Na co zdała się ironia Adamsa, skoro nikt jej nie załapał? Jak można uwierzyć, że zwierzę samo oddaje się do zjedzenia? A jednak witryny sklepów mięsnych były wytapetowane wizerunkami uśmiechniętych zwierząt. Z kartonów mleka uśmiechały się „wypasione” krowy. Ludzie uspokajali się myśląc, że „przecież one są hodowane właśnie po to”. Wierzyli, że to robi moralną różnicę. Mit o nieuniknionym przeznaczeniu i o wolontariacie zwierząt poświęcających się dla ludzkości był doniosły i całkiem przyjemny. Nie mówiąc już o tym, że niektórzy nie potrzebowali nawet tego.

- Dlaczego „Kunegunda”? Nie próbowałaś czegoś bardziej swojskiego? – zaciekawiła się Daisy.  

- Swojskości to miałam po uszy w kojcu porodowym. Małorolne gospodarstwo, dwadzieścia stanowisk, dużo odebranych mi dzieci i dużo niesprzątanego gówna. Swojska bezwzględność i swojski smród. Esencja nieprzemysłowej eksploatacji. Moje imię to jedyna rzecz, która pozwalała mi pamiętać, że jestem zwierzęciem, a nie maszyną czy śmieciem.

- Mówią - odezwała się Daisy - że należy zlikwidować fermy przemysłowe i będziemy mieli z powrotem raj na ziemi: małe gospodarstwa, gdzie ręka rolnika czule głaszcze zwierzęta  i głaskać przestaje tylko wtedy, gdy zwierzęta oddalą się pląsając po trawie i ręka staje się za krótka. 

- Tak, przytaknęła Kundegunda, tak mówią. No, może nie nazywają tego rajem na ziemi. Nie są na tyle bezczelni. Ale sugerują, że w tym leży rozwiązanie problemu. Muszę przyznać, że jestem do tego nastawiona bardzo sceptycznie. Może ciasnota i gówno utrudniają mi przyjęcie dobrej nowiny. A może fakt, że w tym raju też odbierają i zabijają moje dzieci. A, i byłabym całkiem zapomniała, również fakt, że mnie też w końcu wsadzili do transportu do rzeźni. Pewnie z troski o mój macierzyński instynkt: żebym mogła spotkać się z moimi dziećmi w zaświatach.

- Trochę grubymi nićmi to szyte – zadumała się Zofia. Skoro byli tak pełni troski, czemu nie ujawnili jej od samego początku, tylko chowali, jak dobry prezent pod choinkę. To jedno, a drugie – przecież oni nie wierzą, że zwierzęta żyją po śmierci. Kunegundo, chyba dokonałaś projekcji własnej troski na twoich „gospodarzy”.

- Fakt - westchnęła Kunegunda. W najlepszym razie wydawali się obojętni.

- Profesor Zimbardo, ten od Stanfordzkiego Eksperymentu Więziennego, twierdzi, że zachowanie ludzi w dużej mierze zależy od sytuacji, w jakiej się znajdą i od roli, jaką pełnią. Studenci-strażnicy zachowywali się podle wobec studentów-więźniów, bo taka rola przypadła im w udziale. Nieraz siły działające na nas w danej sytuacji są istotniejsze niż nasz charakter czy osobowość. Może gospodarze nie są tacy źli sami z siebie, tylko fakt, że grają rolę rolników przed sobą nawzajem i przed społeczeństwem sprawia, że się tak zachowują - stwierdziła Katarzyna.

- Oglądałam wykład z nim na Youtube’ie - dorzuciła Zofia. - Letnicy mieli go na laptopie. Byłam akurat w pobliżu po zniesieniu jajka. Pamiętajcie, że Zimbardo nie zwalniał sprawców z odpowiedzialności. Twierdził tylko, że siły sytuacyjne mogą być czymś w rodzaju okoliczności łagodzących. Od siebie dodam, że coś mi się widzi, że rolnicy grają rolę rolników, a konsumenci konsumentów w społeczeństwie, gdzie ramy relacji między ludźmi a innymi zwierzętami nakreśla szowinizm gatunkowy. A może zapędziłam się w interpretacji?

Pianie koguta obudziło Marię. Otworzyła oczy i poczuła pod policzkiem fakturę papieru. Zasnęła czytając „Restaurację na końcu Wszechświata”. Na ekranie laptopa zastygł bez ruchu profesor Zimbardo wygłaszający wykład o efekcie Lucyfera na SWPS. Maria związała włosy w mało staranny kucyk, narzuciła rozpinany sweter na sukienkę, w której zasnęła i wyszła z wynajmowanego pokoju. Gospodarstwo agroturystyczne, w którym spędzała urlop, miało dużo zwierząt. Kątem oka zauważyła odjeżdżającą spod płotu ciężarówkę. Szybkim krokiem przemierzyła podwórze i weszła do obory. Łaciata i Mućka stały tak jak wczoraj, choć wyglądały na niespokojne. Ich dzieci w oborze już nie było. 


______ 
Dowiedz się więcej:

1. Ubojnia kur poprodukcyjnych (link)
2. A jeśli dzień życia nioski to strata 7 groszy na dzień... (link)
3. Mleko z krowy jak deszcz z chmury? Nie do końca. Po drodze są cielęta. (link)
4. Peter Singer zawsze był (i jest) utylitarystą i nigdy tego nie ukrywał. Nie jest zwolennikiem praw zwierząt. (link)
5. Najbardziej znane teorie praw zwierząt opracowali: filozof Tom Regan (link) i prawnik Gary Francione (link)
6. A, no i profesor Zimbardo! Nie tylko o banalności zła ale i o banalności dobra (link)



niedziela, 27 marca 2016

Przy świątecznym stole

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Matka: Stefan, ty już lepiej jedz w domu. Nie chodź do tych Chińczyków ani Turków, bo nie wiadomo, co oni tam do jedzenia wrzucają. Jeszcze jakiegoś psa dostaniesz.

Córka: Tak, tato! Mama dobrze mówi. Mogą tam nawet dać kota! A nie ma to jak mięso z kury czy krowy. One co prawda czują tak samo jak pies czy kot, ale przynajmniej umiemy się tym nie przejmować. I dobrze nam z tym.

Matka: Zosiu, pies to przyjaciel człowieka!

Córka: No dokładnie, przyjaciół się nie zjada. Co innego znajomi, albo obcy.

Matka: Nie denerwuj mnie. Chodzi o cały gatunek! Co z tego, ze innych psów nie znasz - wszystkie sa przyjaciółmi człowieka. Niektóre nawet umierają na grobach właścicieli!

Córka: Mamo, przepraszam, że się wtrącam w waszą kulinarną dyskusję, ale to bardzo dziwne co mówisz. Myślałam, że żeby się przyjaźnić, to trzeba się znać. Skoro tak bardzo cenisz przyjaciół, myślę, że powinnaś mimo wszystko popierać zjadanie tych psów, które są bezdomne. One nie są niczyimi przyjaciółmi.

Ojciec: To chyba jednak pójdę do Chińczyka. Nie dzisiaj oczywiście. W święta jemy w domu. Zjedzmy trochę żurku. Widzę, że kiełbasa dobrze pływa i jajeczko mu towarzyszy. Mówiłaś, że jajka masz od sąsiadki?

Matka: Tak, te kury tam dobrze mają. Trawy w lecie poskubią, w zimie im kurnik Maria ogrzewa.

Córka: A do weterynarza to chodzi z nimi na miejscu, czy do miasta jeździ?

Matka: Do jakiego weterynarza?

Córka: A faktycznie, przecież kury to takie zwierzęta, fenomen wśród zwierząt, co to nigdy nie chorują. Nogi nie skaleczą ani nie złamią. Nie mają problemów z sercem, nerkami czy wątrobą. Ani nawet z jajowodami, mimo że ich tak intensywnie używają. Okazy zdrowia. Odporne na wszystko.

Matka: No nie wiem, ale w każdym razie zimą mają dogrzewane.

Córka: A gdzie je Maria chowa jak umrą?

Matka: Nie rozumiem. Ona nie czeka aż umrą. Zabija je na rosół.

Córka: Nie czeka, aż się rozchorują, tylko prewencyjnie zabija. Rozumiem.

Ojciec: Ale życie mają dobre, sama słyszałaś co matka mówiła.

Córka: O tak. I na tyle krótkie, żeby się nie zdążyły rozchorować.

Ojciec: Kury są po to, żeby były jajka i mięso.

Córka: Tato, nigdy nie mogę wyjść z podziwu jak ty wszystko potrafisz tak zwięźle ująć. Ja bym tak nie potrafiła. Faktycznie, kury to maszyny do składania jajek. 200-300 rocznie. Człowiek jest geniuszem, że tak potrafi przekształcić fizjologię zwierząt. Niejeden doktorat powstał na tej podstawie. Przecież przodkowie współczesnych kur składali tylko paręnaście jaj rocznie! Dla zdrowia kur to ogromne obciążenie, ale w końcu nie muszą tego długo znosić. Rok, dwa i hop pod nóż. Tym razem na mięso.

Ojciec: Córuś, a skąd ty to wszystko wiesz?

Córka: Trochę czytam.

Ojciec: No tak. Tylko wiesz, nie przesadzaj z tym, bo jeszcze weganką zostaniesz.

Córka: No właśnie nią jestem.

Ojciec: No to masz przechlapane. Babcia tu będzie za godzinę. Do kościoła poszła. Jak się dowie, że jej żurku ani sernika nie ruszysz, to zawału dostanie.









niedziela, 21 lutego 2016

Futro z norek - nie, cyrk ze zwierzętami - tak. O hermetyczności kampanii jednotematycznych

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Kampanie jednotematyczne

Wśród organizacji zajmujących się tematem zwierząt, kampanie jednotematyczne zajmują dość ważne miejsce. Tak zwane single issue campaigns (czyli SICs), to mniej lub bardziej rozbudowane działania, mniej lub bardziej rozciągnięte w czasie, których celem jest najczęściej lokalna zmiana prawa.  Zmiana prawa może dotyczyć zmiany formy wykorzystywania zwierząt (np. większe klatki) albo zakazu danej formy wykorzystywania zwierząt (np. zakaz cyrku ze zwierzętami). 

W Polsce najbardziej znane kampanie tego typu to cyrk bez zwierząt (której celem jest zakaz występów zwierząt w cyrkach w Polsce), Dzień bez futra/antyfutro (której celem jest wprowadzenie krajowego zakazu ferm futrzarskich) czy Zerwijmy łańcuchy (której celem jest zakaz trzymania psów na łańcuchach). Gama działań w ramach kampanii jest szeroka, od informowania, edukowania i przekonywania obywateli i obywatelek, poprzez współpracę z mediami aż do kontaktów z parlamentarzystami mających na celu wprowadzenie nowelizacji Ustawy o ochronie zwierząt, tak aby pojawiła się w niej pożądana zmiana czy zakaz. 

Są też kampanie wychodzące poza granice państwowe.  Na poziomie Unii Europejskiej prowadzono kampanię przeciwko klatkom bateryjnym (której celem była zmiana na nieco większe klatki dla kur znoszących jaja). W wielu krajach, w tym w Polsce, prowadzono kampanię Stop rzezi fok w Kanadzie, której celem było nakłonienie rządu Kanady do wprowadzenia krajowego zakazu polowań na foki.   

Czas
Kampanie są zazwyczaj bardzo rozciągnięte w czasie. Nawet najprostsza wydawałoby się kampania jaką jest cyrk bez zwierząt, trwa od ponad 25 lat. Dopiero teraz wydaje się nabierać rozpędu, kiedy kolejni burmistrzowie, idąc w ślad za prezydentem Słupska Robertem Biedroniem, podpisują rozporządzenia zakazujące wynajmowania terenów gminnych cyrkom ze zwierzętami. Sezon wiosenno-letni pokaże jednak czy  terenów gminnych jest wystarczająco dużo, by zniechęcić cyrki do poszukiwania terenów prywatnych, na których mogłyby stanąć.  Kampania wydawałaby się prosta choćby z dwóch względów: po pierwsze nie trudno jest dowieść, że tresowane zwierzęta zaspokajają raczej trywialne zachcianki niż poważne potrzeby; po drugie z tego biznesu żyje relatywnie bardzo mała grupa ludzi i nie stanowi on ważnej gałęzi gospodarki i silnej grupy nacisku, tak jak branża jajczarska czy futrzarska. A jednak okazuje się, że nawet taki temat nie jest łatwy do przeprowadzenia. Zarządzenia miejskich władz mogą nie wystarczyć  i dopiero wprowadzenie zakazu na terenie całego kraju uniemożliwi prowadzenie tego typu biznesu w Polsce. Czas pokaże, kiedy uda się to zrobić. 

Wracając do tematu wszystkich kampanii ogółem, do czasu upływającego między rozpoczęciem kampanii a przegłosowaniem danej zmiany w Parlamencie należy doliczyć czas na wejście w życie nowego prawa. Dyrektywa unijna zakazująca klatek bateryjnych została przegłosowana w 1999 roku, a nakazywała wejście w życie zakazu w 2012 roku. Natomiast wejście w życie prawa nie musi wcale znaczyć zastosowania się do niego. W styczniu 2012 roku 15 krajów członkowskich, w tym Wielka Brytania i Polska, zgłosiły unijnemu Stałemu Komitetowi ds. Łańcucha Żywnościowego i Zdrowia Zwierząt, że na ich terenie wciąż działali producenci, którzy nie dostosowali się do wymogów dyrektywy. [1] A przecież mieli na to 13 lat.

Ograniczony zakres

Większość kampanii jednotematycznych ma dość ograniczony zakres. Już na samym początku zostaje on w taki sposób określony, a z biegiem czasu zdarza się, że ulega dalszemu ograniczeniu. 

Tresura dzikich zwierząt
Kampania cyrk bez zwierząt dotyczy tylko cyrków, nie innych form tresury zwierząt, np. w tresury psów myśliwskich do atakowania zwierząt leśnych czy tresury delfinów do komercyjnych pokazów w stacjonarnych delfinariach. Z biegiem czasu, część zwolenników cyrku bez zwierząt, daje się przekonać do walki o cyrk bez zwierząt dzikich jako etap na drodze do zakazu cyrku ze zwierzętami w ogóle. Zwolennicy zakazu ferm futrzarskich od samego początku zajmują się fermami, na których hodowane są zwierzęta dzikie – przede wszystkim norki, lisy i jenoty, praktycznie wykluczając z tematu króliki. Z biegiem czasu niektórzy zmieniają kampanię postulując zakaz tylko ferm z lisami i jenotami.

Polowania komercyjne
Kampania przeciwko polowaniom na foki od początku obrała sobie za cel tylko Kanadę (tam zabija się najwięcej fok, ale nie jest to jedyny kraj, gdzie takie polowania mają miejsce). Należy jeszcze zwrócić uwagę, a może należałoby to zrobić na początku, że kampania ta wyróżnia polowanie na foki spośród dziesiątków, jeśli nie setek rodzajów polowań na zwierzęta wielu innych gatunków. Z biegiem czasu w Unii Europejskiej kampania przyjęła inny obrót – ograniczono się do polowań komercyjnych i wprowadzono zakaz importu produktów z takich właśnie polowań.

Klatki 550cm2

Kampania przeciwko klatkom bateryjnym, często mylnie brana za kampanię przeciwko klatkom w ogóle, miała na celu poszerzenie drastycznie małej powierzchni, na której wegetowały kury znoszące jaja niezapłodnione przeznaczone do konsumpcji (w przeciwieństwie do jaj zapłodnionych przeznaczonych do „produkcji” kolejnych kur czy kurczaków). Tu ograniczenie było podobne jak w przypadku fok. Z założenia kampania dotyczyła tylko kur, choć trzymanie w małych klatkach dotyczy też innych rodzajów chowu, choćby królików na mięso i futra czy norek i lisów na futra. 

Wracając do powierzchni, na której wolno było trzymać kury, wynosiła ona 550cm2, czyli okolicę kartki A4. Cykl eksploatacji takiego zwierzęcia trwa 1-2 lat. W tym czasie zwierzę jest przetrzymywane w klatce i nigdy nie wypuszczane. Następnie grupa wycieńczonych ptaków, tzn. tych, które jeszcze nie umarły, zostaje odtransportowana do rzeźni.  Rozpisałam się, ale jest o czym, prawda? Zwolennicy kampanii ostatecznie przystali na zwiększenie tej powierzchni do 750cm2. Podpowiem, że kartka A4 ma 630cm2. Niewielka to była zmiana, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że zwierzęta są zamknięte tam nie przez dzień czy tydzień ale rok lub dwa lata. 

Czasem trzeba zmienić gatunek na bardziej znajomy, by uzmysłowić co znaczy dana sytuacja dla zwierząt gatunku znanego bardzo słabo. Wyobraźmy więc sobie, że radujemy się na wieść, że koty trzymane w małych transporterach przez rok lub dwa dla sierści, z której będą piękne swetry, zostają przeniesione do odrobinę większych transporterów, gdzie mogą wyciągnąć jedną łapę i umyć sobie nią twarz i uszy i pozostaną tam przez rok czy dwa bez wypuszczania a następnie zostaną odwiezione do rzeźni (wyobraźmy sobie też, że są rzeźnie dla kotów). Radością to nas nie napawa, prawda? 

A zmiana klatek 550 na 750cm2 i dołożenie do tego żerdki i gniazda była opisywana samymi superlatywami, jako postęp, zwycięstwo. Mówiono o zakazie klatek bateryjnych, powtarzano to tyle razy, że w końcu uwierzono, że to prawdziwe „victory”, że to znak cywilizowanego świata, który dobrze traktuje zwierzęta. Czyżby? Ale to jeszcze nie koniec zwężającego się zakresu kampanii. Zmiana ta nie dotyczy ferm do 350 zwierząt i ferm, gdzie hoduje się kury matki znoszące zapłodnione jaja, z których wykluwają się pisklęta płci żeńskiej sprzedawane na fermy jajczarskie i pisklęta płci męskiej traktowane jako odpad i zabijane wkrótce po wykluciu. Zmiana ta nie dotyczy także długości przetrzymywania zwierząt na ograniczonej przestrzeni i braku leczenia urazów fizycznych, a także założenia przyjmowanego rutynowo, że część zwierząt po prostu nie dożyje do końca cyklu eksploatacji. 

Etapowanie i hermetyczność

Koszty strategii
Oczywiście wielu zwolenników i zwolenniczek etapowości przyjmuje ją do wiadomości jako strategię umożliwiającą dotarcie do upragnionego końca: zakazu występów jakichkolwiek zwierząt w cyrkach, czy zakazu wszystkich ferm futrzarskich. Faktycznie, łatwiej jest wprowadzić mniejszą zmianę niż większą. Pytanie jakim odbywa się to kosztem. Czy jest to pytanie sugerujące, że każda taka kampania powinna się zwinąć, a jej uczestnicy zająć czymś innym? Nie. Uważam jednak, że pytanie takie trzeba stawiać właśnie ze względu na zwierzęta. 

Rozkładając na etapy, wchodząc w takie a nie inne koalicje, wykorzystując takich a nie innych ekspertów, posyła się w świat określony przekaz. I należy pamiętać, że większość odbiorców to ludzie przyzwyczajeni do eksploatacji niektórych zwierząt i biorący w niej udział (nie w sposób sadystyczny, ale z przyzwyczajenia, wygody, dla przyjemności) jedząc mięso, nabiał, jaja, nosząc skóry, wełnę, czasem nawet futro. Wyłuskanie pojedynczego tematu dla takich odbiorców zawsze będzie sygnałem, że to ten właśnie sposób eksploatacji jest zły lub przynajmniej gorszy niż inne. To będzie założenie domyślne. Mówienie tylko o danej formie eksploatacji podczas danej kampanii i nienawiązywanie do żadnych innych form eksploatacji tylko wzmocni to założenie. A tak często kampanie jednotematyczne wyglądają. Osoby popierające zakaz cyrków ze zwierzętami mogą to robić w kurtkach z kapturem obszytym futrzanym kołnierzem. Osoby popierające zakaz ferm futrzarskich mogą nie mieć problemu z chodzeniem do cyrku ze zwierzętami. Jedni i drudzy zapewne nie mają żadnego problemu z jedzeniem mięsa, nie mówiąc już o jedzeniu jajek, nawet importowanych spoza Unii. 

Zakładnicy
Rozłożenie na etapy czyni argumentację jeszcze bardziej hermetyczną. Już nie rozmawiamy o tresurze zwierząt w cyrku, ale o tym, że tresura dzikich zwierząt jest dla nich udręką. Już nie rozmawiamy o wszystkich polowaniach na foki, tylko o tych komercyjnych. Już nie dyskutujemy o życiu i śmierci na fermie futrzarskiej ale o podobieństwie lisów i jenotów do psów. Zakładnikami tego etapu stają się odpowiednio zwierzęta udomowione wykorzystywane w cyrkach, foki zabijane na użytek własny myśliwych czy wreszcie norki tak niepodobne do psów. Jeśli kampanie jednotematyczne można porównać do zamkniętych szuflad, to etapowanie kampanii jednotematycznych to już szuflady w szufladach.

Ramy interpretacyjne
Szuflandia utrwala się w głowach odbiorców tak prowadzonych kampanii i często zaraża również aktywistów i aktywistki. Wszyscy bowiem jesteśmy podatni na efekt ram interpretacyjnych, czyli sformułowanie zagadnienia, które nam zaserwowano. Hermetyczność kampanii wspiera przekonanie, że poszczególne tematy się nie łączą, utrudnia wyjście poza ramy i dostrzeżenie analogii, połączeń. Można gorąco wspierać kampanię antyfutrzarską i równocześnie jeść jajka od zwierząt dręczonych w bardzo podobny sposób jak lisy czy norki. Można popierać argument, że nie powinniśmy płacić za krzywdę zwierząt dla naszej przyjemności popierając zakaz cyrku ze zwierzętami i równocześnie nosić skórzane buty czy jeść mięso czy nabiał tłumacząc, że bardzo się lubi te produkty i nie wyobraża się sobie bez nich życia. 

Hermetyczność kampanii nie służy zwierzętom. Czy kampanie mogą być niehermetyczne? Czy leży w nich taki potencjał? Jeśli tak, to rzadko jest realizowany.

Przypisy
http://www.theranger.co.uk/news/Director-of-Policy-report-24th-January-2012_21705.html



poniedziałek, 4 stycznia 2016

Rukola - zanim wsiąknie w sos!

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Hmm, zobaczmy czy wegetariański = wegański.  Niektórzy twierdzą, że to terminy wymienne. A zatem co mogę zjeść jako weganka w podróży? Spójrzmy na menu Wars.pl. Z braku dań wegańskich przechodzę do tych drugich, rzekomo bliskoznacznych.

Śniadania wegetariańskie: 1. Jajecznica z 3 jaj na maśle - Być może pieczywo? 2. Panierowany camembert z płatkami migdałów i powidłami - Być może zdarte z sera migdały i łyżeczka powideł? 3. Naleśniki z serkiem waniliowym i konfiturą z wiśni - Ciasto pewnie po bożemu z mlekiem krowy-matki. Być może zatem resztka konfitury wydrapanej spod serka? Nie,dziękuję.

Przechodzę do dań głównych. 1. Pierogi ruskie - Być może - khm, chyba brak być-moża. 2. Placki ziemniaczane z jogurtem i szczypiorkiem - Być może szczypiorek i dopytajmy kelnera z czego te placki (oprócz ziemniaków). 3. Makaron penne z kurkami - Nadzieja rośnie. Sos śmietanowy, parmezan, rukola - Nadzieja spada. - Być może rukola, zanim wsiąknie w sos.

Sałatki - 1. Sałatka grecka - Być może miks sałat, oliwki, pomidor, ogórki. Uwielbiam tę wyobraźnię warzywną - pomidor, ogórek sałata. No cóż, dobre i oliwki.
Kanapki - 1. Z żółtym serem, 2. Z jajkiem, 3. Z tuńczykiem - bez komentarza.

Zupy - 1. Zupa dnia - Być może zależy jaki to dzień, ale pewnie jak codzień masełko i śmietanka.

Powtórzę: wegetariański nie równa się wegański. A menu Warsa nie odbiega szczególnie od wyobrażeń co to jest danie wegetariańskie w przeciętnej jadłodajni. Nośnikiem białka i tłuszczu jest tam w 95 procentach produkt odzwierzęcy. Rośliny strączkowe jako podstawa dania obiadowego są rzadkością. Połączenie między kuchnią jadłodajni a półkami z nabiałem roślinnym w supermarkecie wydaje się nie istnieć. Krowie sery, śmietany i masło rządzą wyobraźnią. Do tego jajo, a to sadzone, a to rozbełtane być musi. Nie, wegetariański nie równa się wegański. Poszerzanie menu wegetariańskiego, postulowanie opcji wegetariańskich prowadzi do zastępowania jednych produktów zwierzęcych innymi.

Dopiero w kuchni wegańskiej, nośnikiem białka, tłuszczu, smaku i powodem nasycenia są produkty roślinne. Kuchnia wegańska służy zarówno ludziom jak i nie korzysta z eksploatacji i zabijania zwierząt. Kuchnia wegańska przypomina sobie o całym królestwie roślin strączkowych, o  tych wszystkich fasolach, grochach, soczewicach i ciecierzycy. Robi z nich kotlety, sosy, pasty i pasztety. Kuchnia wegańska robi znakomity użytek z wegańskich tłuszczy i używa przypraw (precz bukiecie warzywny z wody - zgiń, przepadnij!). Kuchnia wegańska pławi się w smakach i kolorach, a także w kaloriach, jeśli ktoś sobie ich życzy. Trzebaż ją tylko poznać, a nie łukiem serowo-śmietanowym obchodzić.



niedziela, 11 października 2015

Co z tym stresem?

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Jak zarządzać stresem? Dlaczego zarządzać a nie zwalczać stres albo go unikać? Bo aktywizm na rzecz praw zwierząt, podobnie jak aktywizm na rzecz praw człowieka, jest nieodłącznie związany ze stresem. Kto pragnie angażować się w działania przez wiele lat i nie ulec wypaleniu, musi nauczyć się radzić sobie z niepewnością, frustracją, ze świadomością cierpienia i śmierci zwierząt i z obojętnością większości społeczeństwa. Musi równocześnie zapobiegać własnemu zobojętnieniu, które jest kuszącą alternatywą dla sprawiającej ból wrażliwości. Temat radzenia sobie ze stresem przywodzi mi na myśl następujące nazwiska: Stephen Covey, David Burns, Dean Ornish i Daniel Kahneman. Oczywiście to mój subiektywny wybór.



W swojej bestsellerowej książce na temat przywódstwa i rozwoju osobistego pt. "7 nawyków skutecznego działania", Stephen Covey mówi o nawyku proaktywności: koncentrować należy się na swoim polu wpływu, bardziej niż na polu zainteresowań. Pole wpływu to rzeczy, które mogę zrobić ja, pole zainteresowań to rzeczy, które robią inni. „Ludzie proaktywni mają własną pogodę” powiada Covey. Natomiast ludzie reaktywni bardziej zależą od środowiska zewnętrznego i łatwiej ulegają frustracji, gdy nazewnątrz pada deszcz. W rozdziale o nawyku „zaczynaj z wizją końca” Covey nie patyczkuje się z czytelniczką i od razu przechodzi do sedna. Mówiąc o końcu ma na myśli … śmierć i proponuje eksperyment myślowy polegający na wyobrażeniu sobie własnego pogrzebu. Pyta co każda z nas chciałaby usłyszeć w mowach pogrzebowych o sobie i swoim życiu. Innymi słowy pyta co w naszym życiu jest najważniejsze. Paradoksalnie to pytanie zadajemy sobie wyjątkowo rzadko. Zamiast tego wpadamy w wir życia i działania, zajmujemy się stawianiem kolejnych kroków, opracowywaniem metod sprawnego przemieszczania się z punktu A do punktu B. Covey przyrównuje to do pracowitego wchodzenia po szczeblach wysokiej drabiny bez sprawdzenia, czy jest przystawiona do właściwej ściany. No właśnie.

W książce „Najpierw rzeczy najważniejsze” o zarządzaniu czasem, Covey dzieli zadania, które sobie (mniej lub bardziej) planujemy, na cztery poręczne grupy (cztery ćwiartki): 1. Sprawy ważne i pilne, 2. Sprawy ważne i niepilne, 3. Sprawy nieważne i pilne  oraz 4. Sprawy nieważne i niepilne. Bez starannego planowania popadamy często w kołowrót ćwiartki pierwszej polegający na załatwianiu spraw ważnych, które w niewyjaśnionych okolicznościach stały się pilne (gramy rolę strażaka gaszącego pożary), aby następnie, w stanie ogólnego wyczerpania, oddawać się rzeczom niepilnym i nieważnym (np. czytaniu portali plotkarskich) z ćwiartki czwartej. Oprócz pożarów własnych zajmujemy się też często rzeczami pilnymi i nieważnymi, z których większość stanowią priorytety innych ludzi  pragnących wykorzystać nasz brak asertywności. Która ćwiartka leży wiecznie zaniedbywana? Numer dwa: rzeczy ważne lecz niepilne. To najczęsciej rozwój umysłowy, intelektualny i duchowy, dbanie o zdrowie fizyczne i psychiczne, utrzymywanie dobrych relacji z innymi ludźmi. Covey obrazowo nazywa to ostrzeniem piły, a ludzi to zaniedbujących porównuje do drwali, którzy z tępym narzędziem wyruszyli do pracy i dziwią się, że im nie wychodzi. Jak można się łatwo domyślić, zaniedbywanie tego obszaru rodzi frustrację, z którą trudno sobie szybko poradzić.

David Burns jest psychiatrą i psychoterapeutą, który spopularyzował i rozwinął terapię kognitywno-behawioralną szczególnie w leczeniu depresji i fobii. W swojej bestsellerowej książce „Feeling Good”, w części IV „Zapobieganie depresji i rozwój duchowy” spory rozdział poświęcił walce z perfekcjonizmem. Postrzegany jako zaleta, w rzeczywistości perfekcjonizm przyprawia swojego wyznawcę o tonę zmartwień. Burns przypomina, że perfekcjonizm to szkodliwa iluzja, bo tak naprawdę wszystko zawsze da się jeszcze bardziej poprawić. Perfekcjonizm jest według autora jak pięknie rzeźbiony drogowskaz wskazujący kuszącą ścieżkę, za której zakrętem stoi kamienny mur. Próbując go pokonać rozbijamy sobie głowę. Burns rzuca czytelniczkom wyzwanie „Czy potrafisz być przeciętna?” A fuj! – podskoczą niektóre urażone do żywego, przerażone upiorną wizją przeciętności. Ale zanim uciekną w popłochu, radzę przynajmniej przyjrzeć się propozycji tego, bądź co bądź uznanego naukowca i lekarza.

Przeciętność jawi się jako coś nudnego, ale życie pokazuje jak mylne jest to przekonanie. Przeciętność w rozkładzie Gaussa zajmuje tak dużo miejsca, że musi w niej być sporo ciekawych rzeczy. Przeciętność jest jak łąka usiana polnymi kwiatami, albo las świerkowy, albo zwyczajnie falujące morze. Przeciętność dzieje się codziennie, czy tego chcemy czy nie. Przyjęcie wyzwania Davida Burnsa pozwala z większą swobodą podejmować działania i być bardziej kreatywną i wydajną. Perfekcyjność nie istnieje, a nadzwyczajność jest rzadka. Jeśli wydaje nam się inaczej, to prawdopodobnie znalazłyśmy się w szponach megalomańskiej wyobraźni lub w towarzystwie podejrzanych pochlebców. 



O Deanie Ornishu czytałam już dawno temu przy okazji – no właśnie, co to była za okazja? Chyba szukałam informacji zdrowotnych związanych z dietą wegetariańską i zanteresowała mnie kwestia leczenia miażdżycy ze względu na parę spektakularnych przykładów tej choroby w mojej rodzinie. Ornish oparł swój bardzo skuteczny program leczenia i (uwaga!) cofania miażdżycy na paru filarach: dieta zbliżona do roślinnej, ruch, wsparcie bliskich i techniki redukcji stresu. Zainteresowało mnie to aktywne podejście do stresu. Nie była to typowa, kompletnie bezużyteczna porada „proszę unikać stresów”, na którą każdy uśmiecha się pod nosem  lub rozkłada ręce i idzie (stresować się) dalej, ale właśnie konkretne techniki, możliwe do wykonania, tanie lub darmowe, których zastosowanie pomaga relaksować się i jest przeciwwagą do tego, co nieuniknione w życiu. Ornish poleca jogę i medytację, ale z pewnością wachlarz możliwości jest dużo szerszy.

I wreszcie Daniel Kahneman. A co on robi w tym towarzystwie? Ten amerykański psycholog i Laureat Nagrody Nobla z 2002 roku za wkład psychologii do ekonomii, wraz z Amosem Tverskim opracował teorię perspektywy opisującą procesy decyzyjne w warunkach niepewności. Jest też autorem znakomitej książki „Pułapki myślenia. O myśleniu szybkim i wolnym”. Ta książka naprawdę pomaga, jeśli nawet nie uniknąć wszystkich pułapek (co jest oczywiście całkowicie niemożliwe), to przynajmniej zrozumieć skąd biorą się błędy w myśleniu własnym i innych ludzi. To zaś oszczędza sporą dozę frustracji. Na przykład terroryzm poprzez swoją spektakularność i ciągłe pokazywanie w mediach uruchamia tzw. kaskadę dostępności: potrafimy z dużą łatwością przywoływać obrazy i przykłady aktów terrorystycznych. To z kolei sprawia, że przeszacowujemy ich skalę i prawdopodobieństwo wystąpienia, a co za tym idzie, boimy się bardziej niż trzeba. Równocześnie poważniejsze problemy, nie tak spektakularne a więc mniej atrakcyjne dla mediów, pozostają mniej zauważane.

Przy smutnej okazji kolejnego ataku, jakiego dokonał bronią palną amerykański obywatel na innych amerykańskich obywateli, Prezydent Obama poprosił o porównanie liczby śmierci w incydentach z bronią palną w USA z liczbą śmierci obywateli amerykańskich w wyniku aktów terrorystycznych poza terenem USA w latach 2001 do 2013. Pierwsza liczba to 406,496 osób, druga - 350. Mimo że statystyki nieubłaganie pokazują, że większym problemem jest broń palna w domach zwykłych obywateli, poziom sprzeciwu wobec jej posiadania jest nieporównywalnie niższy od poziomu lęku wobec terroryzmu. Ja dodam jeszcze liczbę śmierci do których dochodzi rocznie w USA w związku z czynnym i biernym paleniem papierosów: 480,000. I czym – spośród tych trzech problemów - rząd USA powinien zajmować się najwięcej?

Bardzo nagłaśniane przypadki znęcania się nad zwierzętami wyzwalają podobny mechanizm (kaskady dostępności) niezależnie od tego jak często faktycznie występują. Im bardziej spektakularna forma eksploatowania zwierząt, tym więcej media będą o niej mówić pozostawiając w cieniu formy równie szkodliwe lecz niespektakularne. Wystarczy porównać ilość byków zabijanych rocznie w Hiszpanii podczas korridy (24 tys. w 2009 r) z liczbą byków, krów i cieląt, które zabija produkcja mięsa i mleka w tym kraju (6,0824 mln). Tu też można zapytać czym aktywistki powinny zajmować się najwięcej?

Kahneman wymienia i opisuje sporo błędów wynikających z naszego szybkiego myślenia. Książka ma jednak nie tylko wartość poznawczą, bo autor mówi też jak radzić sobie z niektórymi pułapkami, oszczędzając przy tym czas, często też pieniądze i nerwy.

Autorzy, których wymieniłam oczywiście w żaden sposób nie wyczerpują tematu radzenia sobie ze stresem. Są jednak dla mnie źródłem nieustającej inspiracji.  

Przypisy





piątek, 11 września 2015

Regionalizm

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Świadomość śmiertelności. Nie, bardziej świadomość ograniczeń. Ale zarazem lepsze rozeznanie we własnych możliwościach, lepsza koncentracja na własnym polu działania, polu wpływu. Tak, Stephen Covey. Większa świadomość kurczącego się czasu, który pozostał do działania, czytania, śmiania się. Tyle rzeczy rozpoczętych i tyle rozpraszaczy. Tyle planów na różnych etapach planowania.

Potrafię docenić fakt, że mogę robić najprostsze rzeczy. Widzieć kolory jesieni, kolor jakiego nabierają budynki w blasku słońca. Słyszeć muzykę, szum miasta. Czuć zapach metra, kawy, wędzonego tofu. Chodzić po płytach chodnikowych bez nadeptywania na przerwy. Biegać za piłką na korcie. To wszystko wciąż mogę i dużo więcej.

Nie uciekam przed zagładą. Budynek, w którym mieszkam, stoi niepodziurawiony bombami. O własnej śmierci myślę wciąż abstrakcyjnie - jako o śmiertelności. Teraz myślę sobie, że mam szczęście. Bo kiedy mówię, że to "czas pokoju", coraz bardziej wiem, że to regionalizm.