niedziela, 21 lutego 2016

Futro z norek - nie, cyrk ze zwierzętami - tak. O hermetyczności kampanii jednotematycznych

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Kampanie jednotematyczne

Wśród organizacji zajmujących się tematem zwierząt, kampanie jednotematyczne zajmują dość ważne miejsce. Tak zwane single issue campaigns (czyli SICs), to mniej lub bardziej rozbudowane działania, mniej lub bardziej rozciągnięte w czasie, których celem jest najczęściej lokalna zmiana prawa.  Zmiana prawa może dotyczyć zmiany formy wykorzystywania zwierząt (np. większe klatki) albo zakazu danej formy wykorzystywania zwierząt (np. zakaz cyrku ze zwierzętami). 

W Polsce najbardziej znane kampanie tego typu to cyrk bez zwierząt (której celem jest zakaz występów zwierząt w cyrkach w Polsce), Dzień bez futra/antyfutro (której celem jest wprowadzenie krajowego zakazu ferm futrzarskich) czy Zerwijmy łańcuchy (której celem jest zakaz trzymania psów na łańcuchach). Gama działań w ramach kampanii jest szeroka, od informowania, edukowania i przekonywania obywateli i obywatelek, poprzez współpracę z mediami aż do kontaktów z parlamentarzystami mających na celu wprowadzenie nowelizacji Ustawy o ochronie zwierząt, tak aby pojawiła się w niej pożądana zmiana czy zakaz. 

Są też kampanie wychodzące poza granice państwowe.  Na poziomie Unii Europejskiej prowadzono kampanię przeciwko klatkom bateryjnym (której celem była zmiana na nieco większe klatki dla kur znoszących jaja). W wielu krajach, w tym w Polsce, prowadzono kampanię Stop rzezi fok w Kanadzie, której celem było nakłonienie rządu Kanady do wprowadzenia krajowego zakazu polowań na foki.   

Czas
Kampanie są zazwyczaj bardzo rozciągnięte w czasie. Nawet najprostsza wydawałoby się kampania jaką jest cyrk bez zwierząt, trwa od ponad 25 lat. Dopiero teraz wydaje się nabierać rozpędu, kiedy kolejni burmistrzowie, idąc w ślad za prezydentem Słupska Robertem Biedroniem, podpisują rozporządzenia zakazujące wynajmowania terenów gminnych cyrkom ze zwierzętami. Sezon wiosenno-letni pokaże jednak czy  terenów gminnych jest wystarczająco dużo, by zniechęcić cyrki do poszukiwania terenów prywatnych, na których mogłyby stanąć.  Kampania wydawałaby się prosta choćby z dwóch względów: po pierwsze nie trudno jest dowieść, że tresowane zwierzęta zaspokajają raczej trywialne zachcianki niż poważne potrzeby; po drugie z tego biznesu żyje relatywnie bardzo mała grupa ludzi i nie stanowi on ważnej gałęzi gospodarki i silnej grupy nacisku, tak jak branża jajczarska czy futrzarska. A jednak okazuje się, że nawet taki temat nie jest łatwy do przeprowadzenia. Zarządzenia miejskich władz mogą nie wystarczyć  i dopiero wprowadzenie zakazu na terenie całego kraju uniemożliwi prowadzenie tego typu biznesu w Polsce. Czas pokaże, kiedy uda się to zrobić. 

Wracając do tematu wszystkich kampanii ogółem, do czasu upływającego między rozpoczęciem kampanii a przegłosowaniem danej zmiany w Parlamencie należy doliczyć czas na wejście w życie nowego prawa. Dyrektywa unijna zakazująca klatek bateryjnych została przegłosowana w 1999 roku, a nakazywała wejście w życie zakazu w 2012 roku. Natomiast wejście w życie prawa nie musi wcale znaczyć zastosowania się do niego. W styczniu 2012 roku 15 krajów członkowskich, w tym Wielka Brytania i Polska, zgłosiły unijnemu Stałemu Komitetowi ds. Łańcucha Żywnościowego i Zdrowia Zwierząt, że na ich terenie wciąż działali producenci, którzy nie dostosowali się do wymogów dyrektywy. [1] A przecież mieli na to 13 lat.

Ograniczony zakres

Większość kampanii jednotematycznych ma dość ograniczony zakres. Już na samym początku zostaje on w taki sposób określony, a z biegiem czasu zdarza się, że ulega dalszemu ograniczeniu. 

Tresura dzikich zwierząt
Kampania cyrk bez zwierząt dotyczy tylko cyrków, nie innych form tresury zwierząt, np. w tresury psów myśliwskich do atakowania zwierząt leśnych czy tresury delfinów do komercyjnych pokazów w stacjonarnych delfinariach. Z biegiem czasu, część zwolenników cyrku bez zwierząt, daje się przekonać do walki o cyrk bez zwierząt dzikich jako etap na drodze do zakazu cyrku ze zwierzętami w ogóle. Zwolennicy zakazu ferm futrzarskich od samego początku zajmują się fermami, na których hodowane są zwierzęta dzikie – przede wszystkim norki, lisy i jenoty, praktycznie wykluczając z tematu króliki. Z biegiem czasu niektórzy zmieniają kampanię postulując zakaz tylko ferm z lisami i jenotami.

Polowania komercyjne
Kampania przeciwko polowaniom na foki od początku obrała sobie za cel tylko Kanadę (tam zabija się najwięcej fok, ale nie jest to jedyny kraj, gdzie takie polowania mają miejsce). Należy jeszcze zwrócić uwagę, a może należałoby to zrobić na początku, że kampania ta wyróżnia polowanie na foki spośród dziesiątków, jeśli nie setek rodzajów polowań na zwierzęta wielu innych gatunków. Z biegiem czasu w Unii Europejskiej kampania przyjęła inny obrót – ograniczono się do polowań komercyjnych i wprowadzono zakaz importu produktów z takich właśnie polowań.

Klatki 550cm2

Kampania przeciwko klatkom bateryjnym, często mylnie brana za kampanię przeciwko klatkom w ogóle, miała na celu poszerzenie drastycznie małej powierzchni, na której wegetowały kury znoszące jaja niezapłodnione przeznaczone do konsumpcji (w przeciwieństwie do jaj zapłodnionych przeznaczonych do „produkcji” kolejnych kur czy kurczaków). Tu ograniczenie było podobne jak w przypadku fok. Z założenia kampania dotyczyła tylko kur, choć trzymanie w małych klatkach dotyczy też innych rodzajów chowu, choćby królików na mięso i futra czy norek i lisów na futra. 

Wracając do powierzchni, na której wolno było trzymać kury, wynosiła ona 550cm2, czyli okolicę kartki A4. Cykl eksploatacji takiego zwierzęcia trwa 1-2 lat. W tym czasie zwierzę jest przetrzymywane w klatce i nigdy nie wypuszczane. Następnie grupa wycieńczonych ptaków, tzn. tych, które jeszcze nie umarły, zostaje odtransportowana do rzeźni.  Rozpisałam się, ale jest o czym, prawda? Zwolennicy kampanii ostatecznie przystali na zwiększenie tej powierzchni do 750cm2. Podpowiem, że kartka A4 ma 630cm2. Niewielka to była zmiana, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że zwierzęta są zamknięte tam nie przez dzień czy tydzień ale rok lub dwa lata. 

Czasem trzeba zmienić gatunek na bardziej znajomy, by uzmysłowić co znaczy dana sytuacja dla zwierząt gatunku znanego bardzo słabo. Wyobraźmy więc sobie, że radujemy się na wieść, że koty trzymane w małych transporterach przez rok lub dwa dla sierści, z której będą piękne swetry, zostają przeniesione do odrobinę większych transporterów, gdzie mogą wyciągnąć jedną łapę i umyć sobie nią twarz i uszy i pozostaną tam przez rok czy dwa bez wypuszczania a następnie zostaną odwiezione do rzeźni (wyobraźmy sobie też, że są rzeźnie dla kotów). Radością to nas nie napawa, prawda? 

A zmiana klatek 550 na 750cm2 i dołożenie do tego żerdki i gniazda była opisywana samymi superlatywami, jako postęp, zwycięstwo. Mówiono o zakazie klatek bateryjnych, powtarzano to tyle razy, że w końcu uwierzono, że to prawdziwe „victory”, że to znak cywilizowanego świata, który dobrze traktuje zwierzęta. Czyżby? Ale to jeszcze nie koniec zwężającego się zakresu kampanii. Zmiana ta nie dotyczy ferm do 350 zwierząt i ferm, gdzie hoduje się kury matki znoszące zapłodnione jaja, z których wykluwają się pisklęta płci żeńskiej sprzedawane na fermy jajczarskie i pisklęta płci męskiej traktowane jako odpad i zabijane wkrótce po wykluciu. Zmiana ta nie dotyczy także długości przetrzymywania zwierząt na ograniczonej przestrzeni i braku leczenia urazów fizycznych, a także założenia przyjmowanego rutynowo, że część zwierząt po prostu nie dożyje do końca cyklu eksploatacji. 

Etapowanie i hermetyczność

Koszty strategii
Oczywiście wielu zwolenników i zwolenniczek etapowości przyjmuje ją do wiadomości jako strategię umożliwiającą dotarcie do upragnionego końca: zakazu występów jakichkolwiek zwierząt w cyrkach, czy zakazu wszystkich ferm futrzarskich. Faktycznie, łatwiej jest wprowadzić mniejszą zmianę niż większą. Pytanie jakim odbywa się to kosztem. Czy jest to pytanie sugerujące, że każda taka kampania powinna się zwinąć, a jej uczestnicy zająć czymś innym? Nie. Uważam jednak, że pytanie takie trzeba stawiać właśnie ze względu na zwierzęta. 

Rozkładając na etapy, wchodząc w takie a nie inne koalicje, wykorzystując takich a nie innych ekspertów, posyła się w świat określony przekaz. I należy pamiętać, że większość odbiorców to ludzie przyzwyczajeni do eksploatacji niektórych zwierząt i biorący w niej udział (nie w sposób sadystyczny, ale z przyzwyczajenia, wygody, dla przyjemności) jedząc mięso, nabiał, jaja, nosząc skóry, wełnę, czasem nawet futro. Wyłuskanie pojedynczego tematu dla takich odbiorców zawsze będzie sygnałem, że to ten właśnie sposób eksploatacji jest zły lub przynajmniej gorszy niż inne. To będzie założenie domyślne. Mówienie tylko o danej formie eksploatacji podczas danej kampanii i nienawiązywanie do żadnych innych form eksploatacji tylko wzmocni to założenie. A tak często kampanie jednotematyczne wyglądają. Osoby popierające zakaz cyrków ze zwierzętami mogą to robić w kurtkach z kapturem obszytym futrzanym kołnierzem. Osoby popierające zakaz ferm futrzarskich mogą nie mieć problemu z chodzeniem do cyrku ze zwierzętami. Jedni i drudzy zapewne nie mają żadnego problemu z jedzeniem mięsa, nie mówiąc już o jedzeniu jajek, nawet importowanych spoza Unii. 

Zakładnicy
Rozłożenie na etapy czyni argumentację jeszcze bardziej hermetyczną. Już nie rozmawiamy o tresurze zwierząt w cyrku, ale o tym, że tresura dzikich zwierząt jest dla nich udręką. Już nie rozmawiamy o wszystkich polowaniach na foki, tylko o tych komercyjnych. Już nie dyskutujemy o życiu i śmierci na fermie futrzarskiej ale o podobieństwie lisów i jenotów do psów. Zakładnikami tego etapu stają się odpowiednio zwierzęta udomowione wykorzystywane w cyrkach, foki zabijane na użytek własny myśliwych czy wreszcie norki tak niepodobne do psów. Jeśli kampanie jednotematyczne można porównać do zamkniętych szuflad, to etapowanie kampanii jednotematycznych to już szuflady w szufladach.

Ramy interpretacyjne
Szuflandia utrwala się w głowach odbiorców tak prowadzonych kampanii i często zaraża również aktywistów i aktywistki. Wszyscy bowiem jesteśmy podatni na efekt ram interpretacyjnych, czyli sformułowanie zagadnienia, które nam zaserwowano. Hermetyczność kampanii wspiera przekonanie, że poszczególne tematy się nie łączą, utrudnia wyjście poza ramy i dostrzeżenie analogii, połączeń. Można gorąco wspierać kampanię antyfutrzarską i równocześnie jeść jajka od zwierząt dręczonych w bardzo podobny sposób jak lisy czy norki. Można popierać argument, że nie powinniśmy płacić za krzywdę zwierząt dla naszej przyjemności popierając zakaz cyrku ze zwierzętami i równocześnie nosić skórzane buty czy jeść mięso czy nabiał tłumacząc, że bardzo się lubi te produkty i nie wyobraża się sobie bez nich życia. 

Hermetyczność kampanii nie służy zwierzętom. Czy kampanie mogą być niehermetyczne? Czy leży w nich taki potencjał? Jeśli tak, to rzadko jest realizowany.

Przypisy
http://www.theranger.co.uk/news/Director-of-Policy-report-24th-January-2012_21705.html



poniedziałek, 4 stycznia 2016

Rukola - zanim wsiąknie w sos!

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Hmm, zobaczmy czy wegetariański = wegański.  Niektórzy twierdzą, że to terminy wymienne. A zatem co mogę zjeść jako weganka w podróży? Spójrzmy na menu Wars.pl. Z braku dań wegańskich przechodzę do tych drugich, rzekomo bliskoznacznych.

Śniadania wegetariańskie: 1. Jajecznica z 3 jaj na maśle - Być może pieczywo? 2. Panierowany camembert z płatkami migdałów i powidłami - Być może zdarte z sera migdały i łyżeczka powideł? 3. Naleśniki z serkiem waniliowym i konfiturą z wiśni - Ciasto pewnie po bożemu z mlekiem krowy-matki. Być może zatem resztka konfitury wydrapanej spod serka? Nie,dziękuję.

Przechodzę do dań głównych. 1. Pierogi ruskie - Być może - khm, chyba brak być-moża. 2. Placki ziemniaczane z jogurtem i szczypiorkiem - Być może szczypiorek i dopytajmy kelnera z czego te placki (oprócz ziemniaków). 3. Makaron penne z kurkami - Nadzieja rośnie. Sos śmietanowy, parmezan, rukola - Nadzieja spada. - Być może rukola, zanim wsiąknie w sos.

Sałatki - 1. Sałatka grecka - Być może miks sałat, oliwki, pomidor, ogórki. Uwielbiam tę wyobraźnię warzywną - pomidor, ogórek sałata. No cóż, dobre i oliwki.
Kanapki - 1. Z żółtym serem, 2. Z jajkiem, 3. Z tuńczykiem - bez komentarza.

Zupy - 1. Zupa dnia - Być może zależy jaki to dzień, ale pewnie jak codzień masełko i śmietanka.

Powtórzę: wegetariański nie równa się wegański. A menu Warsa nie odbiega szczególnie od wyobrażeń co to jest danie wegetariańskie w przeciętnej jadłodajni. Nośnikiem białka i tłuszczu jest tam w 95 procentach produkt odzwierzęcy. Rośliny strączkowe jako podstawa dania obiadowego są rzadkością. Połączenie między kuchnią jadłodajni a półkami z nabiałem roślinnym w supermarkecie wydaje się nie istnieć. Krowie sery, śmietany i masło rządzą wyobraźnią. Do tego jajo, a to sadzone, a to rozbełtane być musi. Nie, wegetariański nie równa się wegański. Poszerzanie menu wegetariańskiego, postulowanie opcji wegetariańskich prowadzi do zastępowania jednych produktów zwierzęcych innymi.

Dopiero w kuchni wegańskiej, nośnikiem białka, tłuszczu, smaku i powodem nasycenia są produkty roślinne. Kuchnia wegańska służy zarówno ludziom jak i nie korzysta z eksploatacji i zabijania zwierząt. Kuchnia wegańska przypomina sobie o całym królestwie roślin strączkowych, o  tych wszystkich fasolach, grochach, soczewicach i ciecierzycy. Robi z nich kotlety, sosy, pasty i pasztety. Kuchnia wegańska robi znakomity użytek z wegańskich tłuszczy i używa przypraw (precz bukiecie warzywny z wody - zgiń, przepadnij!). Kuchnia wegańska pławi się w smakach i kolorach, a także w kaloriach, jeśli ktoś sobie ich życzy. Trzebaż ją tylko poznać, a nie łukiem serowo-śmietanowym obchodzić.



niedziela, 11 października 2015

Co z tym stresem?

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Jak zarządzać stresem? Dlaczego zarządzać a nie zwalczać stres albo go unikać? Bo aktywizm na rzecz praw zwierząt, podobnie jak aktywizm na rzecz praw człowieka, jest nieodłącznie związany ze stresem. Kto pragnie angażować się w działania przez wiele lat i nie ulec wypaleniu, musi nauczyć się radzić sobie z niepewnością, frustracją, ze świadomością cierpienia i śmierci zwierząt i z obojętnością większości społeczeństwa. Musi równocześnie zapobiegać własnemu zobojętnieniu, które jest kuszącą alternatywą dla sprawiającej ból wrażliwości. Temat radzenia sobie ze stresem przywodzi mi na myśl następujące nazwiska: Stephen Covey, David Burns, Dean Ornish i Daniel Kahneman. Oczywiście to mój subiektywny wybór.



W swojej bestsellerowej książce na temat przywódstwa i rozwoju osobistego pt. "7 nawyków skutecznego działania", Stephen Covey mówi o nawyku proaktywności: koncentrować należy się na swoim polu wpływu, bardziej niż na polu zainteresowań. Pole wpływu to rzeczy, które mogę zrobić ja, pole zainteresowań to rzeczy, które robią inni. „Ludzie proaktywni mają własną pogodę” powiada Covey. Natomiast ludzie reaktywni bardziej zależą od środowiska zewnętrznego i łatwiej ulegają frustracji, gdy nazewnątrz pada deszcz. W rozdziale o nawyku „zaczynaj z wizją końca” Covey nie patyczkuje się z czytelniczką i od razu przechodzi do sedna. Mówiąc o końcu ma na myśli … śmierć i proponuje eksperyment myślowy polegający na wyobrażeniu sobie własnego pogrzebu. Pyta co każda z nas chciałaby usłyszeć w mowach pogrzebowych o sobie i swoim życiu. Innymi słowy pyta co w naszym życiu jest najważniejsze. Paradoksalnie to pytanie zadajemy sobie wyjątkowo rzadko. Zamiast tego wpadamy w wir życia i działania, zajmujemy się stawianiem kolejnych kroków, opracowywaniem metod sprawnego przemieszczania się z punktu A do punktu B. Covey przyrównuje to do pracowitego wchodzenia po szczeblach wysokiej drabiny bez sprawdzenia, czy jest przystawiona do właściwej ściany. No właśnie.

W książce „Najpierw rzeczy najważniejsze” o zarządzaniu czasem, Covey dzieli zadania, które sobie (mniej lub bardziej) planujemy, na cztery poręczne grupy (cztery ćwiartki): 1. Sprawy ważne i pilne, 2. Sprawy ważne i niepilne, 3. Sprawy nieważne i pilne  oraz 4. Sprawy nieważne i niepilne. Bez starannego planowania popadamy często w kołowrót ćwiartki pierwszej polegający na załatwianiu spraw ważnych, które w niewyjaśnionych okolicznościach stały się pilne (gramy rolę strażaka gaszącego pożary), aby następnie, w stanie ogólnego wyczerpania, oddawać się rzeczom niepilnym i nieważnym (np. czytaniu portali plotkarskich) z ćwiartki czwartej. Oprócz pożarów własnych zajmujemy się też często rzeczami pilnymi i nieważnymi, z których większość stanowią priorytety innych ludzi  pragnących wykorzystać nasz brak asertywności. Która ćwiartka leży wiecznie zaniedbywana? Numer dwa: rzeczy ważne lecz niepilne. To najczęsciej rozwój umysłowy, intelektualny i duchowy, dbanie o zdrowie fizyczne i psychiczne, utrzymywanie dobrych relacji z innymi ludźmi. Covey obrazowo nazywa to ostrzeniem piły, a ludzi to zaniedbujących porównuje do drwali, którzy z tępym narzędziem wyruszyli do pracy i dziwią się, że im nie wychodzi. Jak można się łatwo domyślić, zaniedbywanie tego obszaru rodzi frustrację, z którą trudno sobie szybko poradzić.

David Burns jest psychiatrą i psychoterapeutą, który spopularyzował i rozwinął terapię kognitywno-behawioralną szczególnie w leczeniu depresji i fobii. W swojej bestsellerowej książce „Feeling Good”, w części IV „Zapobieganie depresji i rozwój duchowy” spory rozdział poświęcił walce z perfekcjonizmem. Postrzegany jako zaleta, w rzeczywistości perfekcjonizm przyprawia swojego wyznawcę o tonę zmartwień. Burns przypomina, że perfekcjonizm to szkodliwa iluzja, bo tak naprawdę wszystko zawsze da się jeszcze bardziej poprawić. Perfekcjonizm jest według autora jak pięknie rzeźbiony drogowskaz wskazujący kuszącą ścieżkę, za której zakrętem stoi kamienny mur. Próbując go pokonać rozbijamy sobie głowę. Burns rzuca czytelniczkom wyzwanie „Czy potrafisz być przeciętna?” A fuj! – podskoczą niektóre urażone do żywego, przerażone upiorną wizją przeciętności. Ale zanim uciekną w popłochu, radzę przynajmniej przyjrzeć się propozycji tego, bądź co bądź uznanego naukowca i lekarza.

Przeciętność jawi się jako coś nudnego, ale życie pokazuje jak mylne jest to przekonanie. Przeciętność w rozkładzie Gaussa zajmuje tak dużo miejsca, że musi w niej być sporo ciekawych rzeczy. Przeciętność jest jak łąka usiana polnymi kwiatami, albo las świerkowy, albo zwyczajnie falujące morze. Przeciętność dzieje się codziennie, czy tego chcemy czy nie. Przyjęcie wyzwania Davida Burnsa pozwala z większą swobodą podejmować działania i być bardziej kreatywną i wydajną. Perfekcyjność nie istnieje, a nadzwyczajność jest rzadka. Jeśli wydaje nam się inaczej, to prawdopodobnie znalazłyśmy się w szponach megalomańskiej wyobraźni lub w towarzystwie podejrzanych pochlebców. 



O Deanie Ornishu czytałam już dawno temu przy okazji – no właśnie, co to była za okazja? Chyba szukałam informacji zdrowotnych związanych z dietą wegetariańską i zanteresowała mnie kwestia leczenia miażdżycy ze względu na parę spektakularnych przykładów tej choroby w mojej rodzinie. Ornish oparł swój bardzo skuteczny program leczenia i (uwaga!) cofania miażdżycy na paru filarach: dieta zbliżona do roślinnej, ruch, wsparcie bliskich i techniki redukcji stresu. Zainteresowało mnie to aktywne podejście do stresu. Nie była to typowa, kompletnie bezużyteczna porada „proszę unikać stresów”, na którą każdy uśmiecha się pod nosem  lub rozkłada ręce i idzie (stresować się) dalej, ale właśnie konkretne techniki, możliwe do wykonania, tanie lub darmowe, których zastosowanie pomaga relaksować się i jest przeciwwagą do tego, co nieuniknione w życiu. Ornish poleca jogę i medytację, ale z pewnością wachlarz możliwości jest dużo szerszy.

I wreszcie Daniel Kahneman. A co on robi w tym towarzystwie? Ten amerykański psycholog i Laureat Nagrody Nobla z 2002 roku za wkład psychologii do ekonomii, wraz z Amosem Tverskim opracował teorię perspektywy opisującą procesy decyzyjne w warunkach niepewności. Jest też autorem znakomitej książki „Pułapki myślenia. O myśleniu szybkim i wolnym”. Ta książka naprawdę pomaga, jeśli nawet nie uniknąć wszystkich pułapek (co jest oczywiście całkowicie niemożliwe), to przynajmniej zrozumieć skąd biorą się błędy w myśleniu własnym i innych ludzi. To zaś oszczędza sporą dozę frustracji. Na przykład terroryzm poprzez swoją spektakularność i ciągłe pokazywanie w mediach uruchamia tzw. kaskadę dostępności: potrafimy z dużą łatwością przywoływać obrazy i przykłady aktów terrorystycznych. To z kolei sprawia, że przeszacowujemy ich skalę i prawdopodobieństwo wystąpienia, a co za tym idzie, boimy się bardziej niż trzeba. Równocześnie poważniejsze problemy, nie tak spektakularne a więc mniej atrakcyjne dla mediów, pozostają mniej zauważane.

Przy smutnej okazji kolejnego ataku, jakiego dokonał bronią palną amerykański obywatel na innych amerykańskich obywateli, Prezydent Obama poprosił o porównanie liczby śmierci w incydentach z bronią palną w USA z liczbą śmierci obywateli amerykańskich w wyniku aktów terrorystycznych poza terenem USA w latach 2001 do 2013. Pierwsza liczba to 406,496 osób, druga - 350. Mimo że statystyki nieubłaganie pokazują, że większym problemem jest broń palna w domach zwykłych obywateli, poziom sprzeciwu wobec jej posiadania jest nieporównywalnie niższy od poziomu lęku wobec terroryzmu. Ja dodam jeszcze liczbę śmierci do których dochodzi rocznie w USA w związku z czynnym i biernym paleniem papierosów: 480,000. I czym – spośród tych trzech problemów - rząd USA powinien zajmować się najwięcej?

Bardzo nagłaśniane przypadki znęcania się nad zwierzętami wyzwalają podobny mechanizm (kaskady dostępności) niezależnie od tego jak często faktycznie występują. Im bardziej spektakularna forma eksploatowania zwierząt, tym więcej media będą o niej mówić pozostawiając w cieniu formy równie szkodliwe lecz niespektakularne. Wystarczy porównać ilość byków zabijanych rocznie w Hiszpanii podczas korridy (24 tys. w 2009 r) z liczbą byków, krów i cieląt, które zabija produkcja mięsa i mleka w tym kraju (6,0824 mln). Tu też można zapytać czym aktywistki powinny zajmować się najwięcej?

Kahneman wymienia i opisuje sporo błędów wynikających z naszego szybkiego myślenia. Książka ma jednak nie tylko wartość poznawczą, bo autor mówi też jak radzić sobie z niektórymi pułapkami, oszczędzając przy tym czas, często też pieniądze i nerwy.

Autorzy, których wymieniłam oczywiście w żaden sposób nie wyczerpują tematu radzenia sobie ze stresem. Są jednak dla mnie źródłem nieustającej inspiracji.  

Przypisy





piątek, 11 września 2015

Regionalizm

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Świadomość śmiertelności. Nie, bardziej świadomość ograniczeń. Ale zarazem lepsze rozeznanie we własnych możliwościach, lepsza koncentracja na własnym polu działania, polu wpływu. Tak, Stephen Covey. Większa świadomość kurczącego się czasu, który pozostał do działania, czytania, śmiania się. Tyle rzeczy rozpoczętych i tyle rozpraszaczy. Tyle planów na różnych etapach planowania.

Potrafię docenić fakt, że mogę robić najprostsze rzeczy. Widzieć kolory jesieni, kolor jakiego nabierają budynki w blasku słońca. Słyszeć muzykę, szum miasta. Czuć zapach metra, kawy, wędzonego tofu. Chodzić po płytach chodnikowych bez nadeptywania na przerwy. Biegać za piłką na korcie. To wszystko wciąż mogę i dużo więcej.

Nie uciekam przed zagładą. Budynek, w którym mieszkam, stoi niepodziurawiony bombami. O własnej śmierci myślę wciąż abstrakcyjnie - jako o śmiertelności. Teraz myślę sobie, że mam szczęście. Bo kiedy mówię, że to "czas pokoju", coraz bardziej wiem, że to regionalizm.



poniedziałek, 13 lipca 2015

A jakie jest wasze zdanie?


Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Sportowy serwis plotkarski donosi, że pewien piłkarz-celebryta zrobił sobie zdjęcie ze strzelbą, podpisał je "czas na polowanie" i zamieścił na Instagramie. Fani mieli podzielić się na dwie grupy. Jedni wsparli swojego bohatera, inni byli oburzeni i pytali czy zabijanie zwierząt jest dla celebryty rozrywką.

Według serwisu, zdjęcie spotkało się z ostrą krytyką i w rezultacie piłkarz miał zdjąć je z internetu. Nie wiemy, czy rzeczywiście poluje. A jeśli jeszcze tego nie robił, być może do tego się przymierza. Z innych doniesień prasowych wiemy jednak, że ktoś na pewno zabija za niego. W diecie sportowca pojawiają się przecież zwierzęta, pardon, mięso. Niektóre z nich też zabito strzelbą. Dokładniej - pistoletem bolcowym. Albo bardziej tradycyjnie - nożem.

Samodzielne zabijanie wzbudza jednak więcej emocji. Od razu przed oczami stają sceny …. no właśnie, sceny zabijania,  które jako żywo nie chcą się nam wyświetlać, kiedy na stół wjeżdża „standardzik” np. schabowy z ziemniakami i kapustą. Dlatego wśród przeciwników myślistwa, znajdziemy sporo konsumentów zwierząt udomowionych (broń boże nie mylić z domowymi, no chyba że królik). Samodzielne zabijanie z broni palnej jest też wyzwaniem dla mężczyzn tak silnych, że bez problemu naciskają spust i, coraz częściej, dla kobiet, którym emancypacja kojarzy się z dorównywaniem mężczyznom w bezwzględności. Zdolność do zastrzelenia jelenia, dzika czy zająca bywa też przepustką do świata elit. Dasz bór, dasz znajomości, dasz władzę.

Na końcu sportowo-plotkarski serwis pyta: "A jakie jest wasze zdanie?" Ja też zapytam: a jakie ma być?:

(a) niech chłopak strzela do czujących istot, musi sobie jakoś wydatkować nadmiar energii, a rośliny niestety nie uciekają?
(b) niech zabija strzelbą, poćwiczy celność, przyda mu się w sporcie?
(c) niech zabija słabszych; bez tego nie będzie męski?

Plotkarski portal wbrew pozorom nie opisuje rzeczywistości bezstronnie. Strzelanie czy niestrzelanie do zwierząt to dla niego dwie równorzędne opcje. Pardon, ta pierwsza jest lepsza, bo może zwiększyć oglądalność. A skoro tak, to punkt wyjścia jest taki: mamy gdzieś zwierzęta.

Żeby się przekonać o tej tendencyjności, wyobraźcie sobie taką hipotetyczną sytuację: Sportowy serwis plotkarski donosi, że pewien sportowiec-celebryta zrobił na wakacjach w Tajlandii zdjęcie nagich dzieci, w kadrze umieścił swoją dłoń z opakowaniem prezerwatyw, podpisał je "czas na polowanie" i zamieścił na Instagramie. Następnie usunął fotografię, bo zebrał sporo negatywnych komentarzy. A serwis was pyta „Jakie jest wasze zdanie?”

sobota, 11 lipca 2015

Koniec świata

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Najnowszy koniec świata miał nastąpić 21 grudnia 2012 roku. Tak zapowiadał kalendarz Majów. Czy miał oznaczać koniec świata Majów, ludzi na Ziemi, całej Ziemi, a może Wszechświata? Niektórzy mówią jednak, że Majowie nie mieli nic takiego na myśli. A gdyby mieli, to co?

Dla Kościoła Katolickiego jedną z oznak nadchodzącej Apokalipsy było zapewne pojawienie się w sprzedaży w USA w 1960 roku tabletki antykoncepcyjnej. Gdybyż to była jedna tabletka, można by rewolucję zdusić w zarodku. Niemniej, było ich dużo więcej, a popyt rósł, również wśród katoliczek. W Polsce pojawiły się w 1966 roku. Tabletki, nie katoliczki. Te ostatnie - tysiąc lat wcześniej.

W 1968 roku encyklika Humanae Vitae przestrzegała przed antykoncepcją, która „otwiera szeroką i łatwą drogę zarówno niewierności małżeńskiej” (chyba chodzi o kobiety, mężczyznom brak pigułki nie przeszkadzał), „jak i ogólnemu upadkowi obyczajów” (ale zaraz, obyczaje mają przecież to do siebie, że się zmieniają). Papież wyraził też obawę, że mężczyźni „przyzwyczaiwszy się do stosowania praktyk antykoncepcyjnych, zatracą szacunek dla kobiet i lekceważąc ich psychofizyczną równowagę, sprowadzą je do roli narzędzia, służącego zaspokajaniu swojej egoistycznej żądzy, a w konsekwencji przestaną je uważać za godne szacunku i miłości towarzyszki życia”. Czy to nie Kościół właśnie sprowadza kobiety do roli narzędzia, kiedy oczekuje, że będą cały czas gotowe na ciążę, a jak już w nią zajdą, to mają poświęcić zdrowie i życie nawet dla płodu, który jeszcze niczego nie czuje? Czy kobieta postawiona przed takimi wymaganiami może cokolwiek planować, rozpatrywać się jako jednostka, a nie podporządkowane mężowi i dzieciom urządzenie domowo-kuchenne?. Nie mówiąc już o tym, że zdanie o żądzy sugeruje, że tylko mężczyźni mają seksualne pragnienia. Dla kobiety katoliczki koniec świata następuje chyba wówczas, gdy poważnie weźmie całą naukę stworzoną przez mizoginistycznych mężczyzn rządzących jej Kościołem.

Kolejnym końcem świata jest zgoda na małżeństwa homoseksualne w USA. Co to będzie? Czy małżeństwom heteroseksualnym zagrozi rozpad? Czy dotąd prawidłowo funkcjonujące głowy rodzin, mężowie żonom i ojcowie dzieciom odkryją uroki gejowskich pubów i zwiększą ich przychody o miliony procent w poszukiwaniu homopołówki? Czy dzieci rodzin heteroseksualnych ustawią się w kolejce do homonowożeńców z wnioskiem o adopcję? Czy opiekuńcze matki i oddane heterożony pobiegną pląsać po łąkach z innymi kobietami, a następnie zalegną z nimi w krzakach na krzykliwych kopulacjach? To po to było to całe in vitro i banki dzieci nienarodzonych, żeby przygotować się na plagę małżeństw, które po bożemu dzieci mieć nie mogą?

Mały Alvy Singer w filmie Woody’ego Allena „Annie Hall” ma depresję. Matka prowadzi go do doktora twierdząc, że to wszystko przez złe lektury. Alvy mówi, że Wszechświat się rozszerza i pewnego dnia się rozpadnie. Skoro Wszechświat jest wszystkim, to – konstatuje Alvy – będzie to koniec wszystkiego. Matka w nerwach dodaje, że Alvy przestał robić zadania domowe i tłumaczy synowi, że Wszechświat nie ma z nimi nic wspólnego. Żyją w Brooklynie, który się nie rozszerza. Doktor kiwa głową i mówi, że Brooklyn nie będzie się rozszerzał przez miliony lat. Podobnie konstatują chyba przeciwnicy środków antykoncepcyjnych, czy małżeństw homoseksualnych: stawmy opór zmianom,  przynajmniej na dłuższy czas powstrzymamy koniec świata (jaki znamy).

Koniec świata (jaki znamy) nastąpiłby również wtedy, gdyby rządy wyciągnęły praktyczne wnioski z poważnych raportów o dewastacji środowiska jaką uskuteczniamy samym rolnictwem. W 2006 roku Organizacja Narodów Zjednoczonych do spraw Wyżywienia i Rolnictwa (FAO) wydała raport „Livestock’s Long Shadow”, w którym przyznała, że produkcja zwierzęca (mięso, mleko, jaja, skóry, futra, itp.) jest odpowiedzialna za emisję większej ilości gazów cieplarnianych niż cały transport lądowy, morski i powietrzny. W 2010 roku, Program Środowiskowy Narodów Zjednoczonych (UNEP) wydał raport pt. „Assessing the Environmental Aspects of Consumption and Production”. Na stronie 82 dokumentu czytamy "Oczekuje się, że wpływ rolnictwa (na środowisko) znacząco wzrośnie w związku ze wzrostem populacji i rosnącą konsumpcją produktów odzwierzęcych. Odmiennie niż w przypadku paliw kopalnych, trudno szukać alternatyw: ludzie muszą jeść. Znaczące zmniejszenie wpływu rolnictwa byłoby możliwe tylko pod warunkiem znaczącej, globalnej zmiany diety, odejścia od produktów odzwierzęcych."

Argument ekologiczny przeciwko produkcji mięsa, mleka, jajek, a więc także i skór jest bardzo silny. Dlaczego Unia Europejska wciąż przeznacza środki na działalność, która niszczy środowisko i może być z łatwością zastąpiona inną, już istniejącą działalnością – uprawą roślin do konsumpcji dla ludzi? Pewnie byłby to koniec świata, który przynosi zyski pewnej grupie ludzi, świata, który zadowala krótkowzrocznych polityków i polityczki. Co jeszcze bardziej frapujące, trudno zrozumieć dlaczego wiele organizacji ekologicznych nie ma w swojej agendzie kampanii promującej dietę roślinną. Zauważył to ze zdumieniem autor filmu „Cowspiracy”.

Koniec świata jaki znałam nastąpił dla mnie już parę razy. Ważny koniec przyszedł 11 lat temu. Doszło do mnie, że nie ma dobrego uzasadnienia dla rzeźni, jaką urządzamy zwierzętom – dosłownie i w przenośni. Kasa? Przyzwyczajenia? Przyjemność? Przepraszam bardzo. Świat, który padł składał się z murów jakimi kultura oddzieliła mnie od zwierząt. Przypominał rodzaj wymyślnego labiryntu, wewnątrz którego byłam ja i inni ludzie. Chodziły tam też psy i zaglądały koty. Na zewnątrz stały świnie, krowy czy kury. Do środka wjeżdżały tylko jako kotlet schabowy, mleko w kartonie czy jajka w zgrabnym opakowaniu z nadrukowaną trawą. Coś musiało jednak docierać do wnętrza labiryntu. W końcu zburzyłam mury. Koniec świata jaki znałam ustąpił nowemu. Wzięłam głęboki oddech i rozejrzałam się po moim nowym świecie.



poniedziałek, 22 czerwca 2015

Pompujemy!

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Pojęcie "zwierzęta" jest jak turystyczny materac. Szybko się pompuje i jeszcze szybciej można je odpompować. Różnica jest taka, że zamiast powietrza dysponujemy treścią. Bynajmniej nie pokarmową. Choć to zależy. Jeśli ktoś je zwierzęta, to i owszem. Co gorsza, jeśli je kocha, to także. Taka to uroda tego pojęcia.

Pompowanie do granic logicznej wyporności następuje wtedy, gdy mówimy „człowiek i zwierzęta”. Pompujemy zaciekle, trzeba w końcu wcisnąć wszystkie gatunki jakby nie było olbrzymiego królestwa. Wszystkie, wszyściuteńkie – koralowce, gąbki, pszczółkę Maję, psa Lessiwróć i Irasiad, obowiązkowo fioletową krowę Milkę, wszystkie karpie, szczególnie te bożonarodzeniowe, cielęcinę, pardon, cielęta, świnie i świnki, kurczaczki wielkanocne i te z dużymi piersiami w sam raz na patelnię. Ło rany ileż ich jest, tych zwierząt, z jednym wyjątkiem: Homo sapiens.

(Owszem zdarza się zassać także niektórych ludzi, najchętniej tych mniej cywilizowanych, którzy nie mają na koncie wielkiej inkwizycji, wielkiej kolonizacji, wielkich izmów popartych nowoczesną technologią.)

Odpompowywanie też się zdarza i to całkiem często. Wystarczy powiedzieć „Kocham zwierzęta” i na obiad zjeść schabowego. „Zwierzęta” nam schudły o wszystkie świnie. Czyli bardzo, wiadomo przecież jak grube to zwierzęta. Zapić kefirem, dobić jajkami na twardo i poszły sobie krowy i kury. Zamiast na grzyby wybrać się na ryby i materac całkiem cieniuteńki. Jako kandydata do nagrody „Serce dla zwierząt” zaprosić kucharza, któremu na patelni niejedno zwierzę wyjawiło swe ostatnie sekrety i materac leży płaski jak deska.

Karolowi Darwinowi przydałaby się większa trumna, żeby łatwiej było się przewracać.