czwartek, 3 listopada 2016

Dobrostan, czyli brzydkie słowo na D

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

„Należy pytać nie o to, czy zwierzęta mogą rozumować, ani czy mogą mówić, lecz czy mogą cierpieć.” – stwierdził w 1780 roku angielski prawnik i filozof Jeremy Bentham we „Wprowadzeniu do zasad moralności i prawodawstwa”. To znany cytat, szczególnie wśród osób, którym bliski jest los zwierząt, i które czytały „Wyzwolenie zwierząt” Petera Singera. Ten australijski filozof kontynuuje spuściznę Benthama w zakresie utylitaryzmu i zajmuje się etycznymi aspektami stosunku człowieka do innych zwierząt.

Bentham jako pierwszy w zachodnim świecie stwierdził, że zdolność do cierpienia jest kryterium istotnym moralnie, ważniejszym nawet niż zdolność do rozumowania czy mowy. Wcześniej typowano tylko rozum (lub duszę) i używanie języka uznając, że charakteryzują one wyłącznie człowieka. Tym samym nasz gatunek jako jedyny liczył się moralnie. Fajna sprawa, prawda? Bentham złamał tę hegemonię i do wspólnoty moralnej, która obejmowała dotąd tylko ludzi, włączył także zwierzęta pozaludzkie zdolne do cierpienia, np. psa, konia, krowę, świnię czy kurę.

Co to znaczy „włączył zwierzęta do wspólnoty moralnej”? Bentham stwierdził, że ludzie mają wobec nowych członków moralnego kręgu bezpośrednie obowiązki. W zasadzie ograniczył te obowiązki do jednego: skoro zwierzęta są zdolne do cierpienia, człowiek jest im winien humanitarne traktowanie. Innymi słowy, człowiekowi nie wolno zadawać zwierzętom niepotrzebnego cierpienia.

Obowiązek był bezpośredni, to znaczy zachodził między człowiekiem a zwierzęciem. Złośliwe bicie strudzonego konia było niemoralne, bo człowiek zadawał niepotrzebne cierpienie właśnie jemu - koniowi, a nie dlatego, że bicie miało miejsce w obecności dzieci (co czyniłoby szkodę dzieciom), ani dlatego, że zbity koń był własnością innego człowieka (co stanowiłoby szkodę dla właściciela konia), ani dlatego, że sprawca zepsułby sobie charakter (co wyrządziłoby szkodę jemu, a w przyszłości mogłoby być szkodliwe dla innych ludzi, gdyby zaczął stosować przemoc wobec nich). Obowiązek bezpośredni powstrzymania się od zadawania niepotrzebnego cierpienia wynikał po prostu i wyłącznie z faktu, że koń był zdolny do cierpienia.

Od czasów Benthama, wystarczyła zatem zdolność do cierpienia (bez dowodzenia zdolności do rozumowania czy mowy), żeby istoty ją posiadające liczyły się moralnie. Podejście to zaakceptowano i stało się ono podstawą wszystkich regulacji prawnych dotyczących stosunku człowieka do zwierząt. W tamtym czasie było to przełomowe podejście. Pozostaje standardem do dzisiaj. Podstawowym słowem z zakresu tego podejścia jest „dobrostan”. Dlaczego więc nazywam je brzydkim słowem na „D”?

Amerykański prawnik i filozof Gary Francione, w swojej książce „Introduction to Animal Rights. Your Child or the Dog” z 2000 roku poświęcił Benthamowi cały rozdział pt. „Mieć krowę i ją zjeść: Błąd Benthama”. Nie, Francione nie odmawia angielskiemu filozofowi dokonania przełomu, o którym napisałam powyżej. Uznaje go w pełni. Informuje nas jednak o dodatkowej rzeczy, którą Betham napisał, a która słynnym cytatem już się nie stała. Otóż w tym samym dziele (Wprowadzenie do zasad moralności i prawodawstwa), zanim wypowiedział się przeciwko dręczeniu zwierząt, Bentham sprytnie zabezpieczył tyły (i spiżarnię) twierdząc, że nie ma nic złego w jedzeniu zwierząt (a więc także w ich zabijaniu na jedzenie), bo nie mają one (jego zdaniem) oczekiwań wobec przyszłości i zostają (jego zdaniem) zabite z ręki człowieka sprawniej i szybciej niż dzieje się to w naturze. 

Dokładnie tak, Bentham nie zobowiązywał siebie ani nikogo innego do wegetarianizmu czy weganizmu. Nie apelował o zniesienie hodowli zwierząt. Stwierdził tylko, że cierpienie zwierząt liczy się moralnie w takim sensie, że nie należy go zadawać niepotrzebnie. Jednak istnienie niepotrzebnego cierpienia (na przykład bicie ze złości), które jest według Benthama złe moralnie,  oznaczać nieuchronnie musi istnienie cierpienia potrzebnego, które jest według Benthama moralnie dopuszczalne. Jakie to jest cierpienie? Ano takie, które jest potrzebne do uzyskania np. mięsa, mleka czy jajek, które jeden sprzeda, a drugi kupi. Mieć krowę (nie zadawać jej niepotrzebnego cierpienia) i ją zjeść (zadać jej tylko cierpienie potrzebne). Zgrabnie, ładnie i po krzyku. Dbamy, zabijamy i zjadamy. W czym więc tkwi błąd, o którym pisze Francione?

Francione, autor abolicjonistycznego podejścia do praw zwierząt, którego analizy bardzo cenię, zwraca nam uwagę, że Jeremy Bentham był przeciwnikiem niewolnictwa ludzi, bo zdawał sobie sprawę, że instytucja niewolnictwa, która jednego człowieka traktuje jak własność drugiego, degraduje człowieka zniewolonego do kategorii rzeczy i uniemożliwia realizację jego interesów wystawiając go na łaskę i niełaskę właściciela. Owszem jeden właściciel może być łaskawy, jedna forma niewolnictwa łagodniejsza od innej, ale bycie traktowanym jak rzecz rokuje bardzo źle dla niewolnika. Interesy właściciela zawsze będą bowiem mierzone z większą starannością niż interesy człowieka zniewolonego. Bentham nie zauważył jednak analogii między niewolnictwem ludzi, które odrzucał, a statusem zwierząt jako własności, który dopuszczał. Z jednej strony równe traktowanie interesów człowieka-niewolnika i człowieka-właściciela wydawało mu się niemożliwe w praktyce; z drugiej strony przeoczył, że jeszcze bardziej niewykonalne jest nadanie wagi interesowi, które posiada zwierzę, by nie cierpieć, gdy na drugiej szalce wagi położony zostanie interes właściciela, by oszczędnie zwierzę wyhodować, z zyskiem je sprzedać i być konkurencyjnym.

Dobrostan zwierząt jest kategorią regularnie używaną właśnie w kontekście warunków chowu i hodowli zwierząt, ze szczególnym uwzględnieniem zwierząt traktowanych jako żywy surowiec (przyszłe mięso, skóra i futro) czy jako żywe maszyny (produkcja mleka, jaj czy wełny). Mówi się o nim obecnie w kontekście zwierząt legalnie trzymanych całe życie w klatkach albo w zatłoczonych pomieszczeniach, stojących we własnych odchodach, oddzielanych siłą od własnego potomstwa, unieruchamianych na całe tygodnie, okaleczanych, nieleczonych z chorób czy urazów, których nie opłaca się leczyć. Dobrostan oznacza w praktyce warunki utrzymania eksploatowanych zwierząt. 

Konsumentowi oferuje się dziś różne poziomy dobrostanu, czyli stopniowalność potrzebnego cierpienia i dyskomfortu. Można wybrać jakie cierpienie jest według naszego mniemania „potrzebne” dla zapewnienia naszego moralnego komfortu. Istnieją na przykład certyfikaty dotyczące warunków utrzymania kur znoszących jaja – oznaczone cyframi od 0 do 3. Najwyraźniej niweluje się w ten sposób coś takiego jak obiektywnie „niepotrzebne cierpienie”, które potępiłby Bentham. Każdy konsument sam kalkuluje, od jakiej dawki zaczyna się niepotrzebne, a gdzie kończy potrzebne cierpienie. Można powiedzieć – dobrostan szyty na miarę.  Mówi się o dobrostanie także w kontekście zwierząt wykorzystywanych w rozrywce (np. dobrostan słonia tresowanego w cyrku do włażenia na taboret i zabawiania publiczności) jak i  o dobrostanie zwierząt między etapami eksperymentów, które sprawiają ból i okaleczają. Dobrostan jest nieodłącznym towarzyszem eksploatacji zwierząt do tego stopnia, że jest także obecny w rzeźni. Tam mówi się - nie żartuję – o ochronie podczas zabijania.

Według Francione’a błąd Benthama tkwi w tym, że powstrzymał się on od rozważenia sytuacji zwierząt będących własnością człowieka w podobny sposób jak zrobił to w przypadku ludzkich niewolników. Status własności – dobitnie powtarza Francione – jest jednym z najgorzej rokujących dla zwierząt czynników. Dopóki zwierzęta będą traktowane jak rzeczy, czyli wyłącznie jak zasób, rzecz, środek do celu, dopóty wszelkie postulaty rozważania na poważnie choćby ich zdolności do cierpienia będą skazane na niepowodzenie.

Francione pyta: Skoro postulat włączenia zwierząt do wspólnoty moralnej i zakaz zadawania im niepotrzebnego cierpienia były tak przełomowe i stanęły u podstaw wszystkich regulacji prawnych mających dbać o dobrostan zwierząt (tzw. welfare) jak to możliwe, że w XX wieku doszło do rozwinięcia ferm przemysłowych, gdzie zintensyfikowanie produkcji tak drastycznie zwiększyło cierpienie zwierząt? Francione odpowiada: Nie można mieć krowy (dbać o nią) i ją zjadać (krzywdzić ją). Nie można zarazem traktować zwierzęcia jako istoty zdolnej do cierpienia i jako żywca rzeźnego, czy maszyny do produkcji mleka. Ci, którzy myślą, że da się to robić, sami się oszukują. Ci, którzy wiedzą, że tego zrobić się nie da, ale twardo heblują kolejne przepisy, być może próbują pomóc zmartwionym konsumentom zwierząt podtrzymać konsumpcję i względnie czyste sumienie. Jednak projekt dobrostanu w eksploatacji po prostu nie działa. To oksymoron.

Prawodawstwo dobrostanowe robi jeszcze jedną rzecz, oprócz tego, że nie działa: tak bardzo skupia naszą uwagę na pytaniu W JAKI SPOSÓB eksploatować zwierzęta, że wyklucza z naszego horyzontu myślowego pytanie CZY MUSIMY eksploatować zwierzęta. Co więcej, nawet jeśli to drugie pytanie gdzieś się pojawia, od razu jest traktowane jako radykalne, utopijne, idealistyczne, albo – co gorsza – jako wstęp do zamachu na wolność do eksploatowania zwierząt. Prawodawstwo dobrostanowe współdziała z gospodarką opartą na traktowaniu zwierząt jak rzeczy i z naszym pragnieniem, by niewielkim kosztem, mieć wrażenie, że jesteśmy cywilizowanym społeczeństwem. W końcu miarą człowieczeństwa ma być stosunek do zwierząt. No to mamy. Dobrostanowy, szyty na taką miarę, jaką akurat właściciel, hodowca, czy konsument uzna za stosowną.   



Czytaj więcej:
- Jeśli mi nie wierzycie, że można "chronić" podczas zabijania, zobaczcie na własne oczy (link



wtorek, 18 października 2016

Jak czytać, żeby doczytać: eksperymenty na zwierzętach

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

W wydaniu tygodnika „Polityka” z 12.10.2016 pojawił się artykuł Łukasza Kwiatka i Mateusza Hohola pt. „Ale mądrale!” o myśleniu przyczynowo-skutkowym u człowiekowatych, a dokładniej o eksperymentach, które mają te umiejętności sprawdzać. Pominę protekcjonalny tytuł, który pewnie nadała redakcja, a zajmę się opisem jednego z eksperymentów i tym, czego się z niego można dowiedzieć, ze szczególnym naciskiem na to, czego dowiedzieć się nie sposób.

Autorzy opisują eksperyment dość standardowo. Mój komentarz nie dotyczy więc tego konkretnego artykułu, ale raczej przeciętnego sposobu pisania o eksperymentach na zwierzętach, z którym spotykamy się w prasie popularnonaukowej.

Podstawowe elementy opisu to nazwa jednostki badawczej, nazwiska badaczy (choć nie zawsze), gatunki zwierząt poddanych eksperymentowi, rok/lata i przebieg eksperymentu oraz wnioski dotyczące samego badania i odniesienie do korzyści jakie mogą mieć z tego ludzie. W artykule mamy więc Instytut Antropologii Ewolucyjnej Maxa Plancka w Lipsku, zespół badaczy, których nazwisk akurat nie ujawniono i gatunki zwierząt na których eksperyment przeprowadzono - szympansy, bonobo, goryle i orangutany. Doświadczenie, którego ram czasowych nie znamy, odbyło się w jakimś laboratorium (jest mowa o pomieszczeniach, w których przebywają małpy) i polegało m.in. na sprawdzaniu jak zwierzęta sobie poradzą, by zdobyć pokarm, który nie jest bezpośrednio dostępny, tylko wymaga dobrania jednego z narzędzi znajdujących się w drugim pomieszczeniu.  Autorzy przytaczają wniosek sformułowany przez Michaela Tomasello, dyrektora tego instytutu i badacza naczelnych (być może był on zatem w zespole badaczy), który mówi, że zwierzęta posługiwały się „sekwencją wnioskowań przyczynowo-skutkowych o strukturze „jeżeli – to”. Dziennikarze przytaczają źródło tej wypowiedzi, którym jest książka Tomasello pt. „Historia naturalna ludzkiego myślenia”, zatem korzyścią, jaką mogą mieć z tego eksperymentu ludzie jest najwyraźniej pogłębienie samowiedzy.

No dobrze, dowiedzieliśmy się już całkiem sporo. Czego zatem w tym opisie i jemu podobnych opisach brakuje? Szczegółowych informacji o zwierzętach. Nie wiemy skąd pochodzą zwierzęta, gdzie się urodziły, gdzie mieszkają i co się z nimi stało po zakończeniu eksperymentu. Nie posiadamy nawet informacji ile zwierząt użyto do eksperymentu. W takich opisach jest to dość standardowe posunięcie: dziennikarzy interesuje tylko gatunek, zaś konkretne zwierzęta pozostają anonimowe. Nie wiemy też zazwyczaj w jaki sposób eksperyment naruszył życie tych zwierząt, jak wpłynął na ich zdrowie psychiczne i fizyczne. Bez odpowiedzi pozostaje pytanie jak „zmotywowano” zwierzęta do wzięcia udziału w eksperymencie? Czy głodzono je, żeby ich zainteresowanie zdobyciem pokarmu wzrosło? Ile razy powtarzano doświadczenie, żeby uzyskać wiarygodne rezultaty?

Jesteśmy tak przyzwyczajeni do pewnego typu narracji, że powyższe pytania rzadko, jeśli w ogóle, przychodzą nam do głowy. Jest tak podobnie w przypadku produktów odzwierzęcych – poddajemy się pewnemu szablonowemu myśleniu, według którego tak to już jest, było i będzie, że mięso, mleko i jaja są akceptowalnymi produktami spożywczymi, pochodzą z ferm, a zwierzęta są po to, żeby nam służyć. Dodajemy sobie, że prawo zabrania zadawania niepotrzebnego cierpienia i już. Szablon gotowy.

Jeśli jednak już tak się stanie, że niestandardowe pytania przyjdą nam do głowy, to bywamy bezradni, bo nie za bardzo wiemy, gdzie szukać wiarygodnych odpowiedzi, nie mówiąc już o podważaniu tego „było/jest/będzie”. Ja sama, mimo dziesięcioletniego aktywizmu, nie wiem wszystkiego, ale nauczyłam się analizować dostępne materiały dużo bardziej krytycznie i znajdować odpowiedzi na przynajmniej część pytań. I zachęcam wszystkich do krytycznego czytania, oglądania i myślenia.

Małpy, które są używane w eksperymentach odbywających się w jakichś pomieszczeniach – tak, jak w tym eksperymencie – muszą żyć w niewoli. Skąd się wzięły? Mogły zostać porwane z ich naturalnego środowiska (ale często prawo tego zabrania), mogły urodzić się w laboratoryjnych programach hodowlanych albo w ogrodach zoologicznych, które również prowadzą hodowle. Jak było w tym przypadku? Odwiedziłam stronę Instytutu, na której znalazłam Wydział Prymatologii, jednak w opisie jego działań znalazłam tylko badania prowadzone w naturze. Coś się nie zgadzało. Ten eksperyment był przecież przeprowadzany w budynku. Szukałam dalej i informacje o badaniach mnie interesujących, znalazłam dopiero w zakładce Wydziału Psychologii, który zajmuje się także zdolnościami poznawczymi naczelnych. Na samym dole znalazłam informację, że małpy nie są nigdy pozbawiane wody i jedzenia, a doświadczenia z zakresu rozwiązywania problemów, czyli takie, jak  te opisane w artykule, są przeprowadzane w oparciu o smakołyki, które zwierzęta otrzymują bardzo rzadko (i w ten sposób są bardziej zmotywowane). Można odetchnąć z ulgą, ale nie do końca. Ta uwaga świadczy bowiem o tym, że w innych ośrodkach badawczych takie eksperymenty są przeprowadzane na zwierzętach pozbawianych jedzenia i wody; Centrum zastrzega więc, że akurat ono takich rzeczy nie robi.

Kolejny link skierował mnie na stronę Wolfgang Kohler Primate Research Center (WKPRC) w Lipsku, na moje szczęście posiadającą również wersję w języku angielskim. Tam dowiedziałam się, że WKPRC jest projektem prowadzonym w ramach Instytutu we współpracy z Ogrodem Zoologicznym w Lipsku. A więc zwierzęta wykorzystane do eksperymentu mieszkają w niewoli, w zoo. Zakładka "Ape list" przedstawia zdjęcia zwierząt pogrupowane gatunkami (nie wiem dlaczego szympansy są podzielone na Grupę A i B) i krótkie opisy każdego z nich: imię, płeć, data urodzenia, imiona rodziców, miejsce urodzenia, od kiedy w zoo w Lipsku. Brak jest informacji o charakterze, upodobaniach, przyjaciołach, itp., co jest standardem w schroniskach dla takich zwierząt (np. w kanadyjskiej fundacji Fauna). Są to zwierzęta w bardzo różnym wieku, najstarsza jest szympansica Jeudi, rocznik 1966. Są też zwierzęta z lat 70., 80., 90. i urodzone w 2016 roku. Małpy albo urodziły się w Lipsku, albo pochodzą z innych miast w Niemczech, Wielkiej Brytanii, Francji a nawet USA. Pewnie zostały kupione z innych ogrodów zoologicznych. W WKPRC jest 24 szympansów, 10 bonobo, 4 goryle i 8 orangutanów. Nie wiemy ile i które z nich były użyte do tego eksperymentu.

Możemy oczywiście powiedzieć, że podobnie anonimowo traktuje się ludzi w opisach eksperymentów z ich udziałem. Jest tu jednak dość ważna różnica. Kiedy eksperyment dotyczy ludzi, spodziewać się możemy – i słusznie – że uczestnicy udzielili świadomej zgody na badanie, przed eksperymentem żyli życiem niezależnym od placówki badawczej, a po jego zakończeniu i otrzymaniu obiecanej zapłaty, życie swoje kontynuowali. W przypadku zwierząt tak nie jest. Po pierwsze, nie uzyskuje się świadomej zgody uczestników. Oczywiście trudno o taką zgodę, ale jeśli tak, to oczywistym wnioskiem nie powinno być pominięcie tego punktu i przejście do realizacji eksperymentu, lecz raczej refleksja czy można w ogóle eksperyment przeprowadzić. Odpowiedzią na to pytanie mają zajmować się komisje bioetyczne, jednak biorąc pod uwagę panujący szowinizm gatunkowy trudno o pewność, że członkowie komisji są żywo zainteresowani dobrem zwierząt. Gdyby tak było, 99,9 procent eksperymentów nigdy nie miałaby miejsca.

W opisie eksperymentów na zwierzętach używa się często tych samych określeń stosowanych w odniesieniu do ludzi: zwierzęta uczestniczyły w eksperymencie, brały w nim udział, były uczestnikami. Określenia te sugerują dobrowolność, której przecież nie było. Sugeruje się dialog i współdziałanie, podczas gdy zwierzęta są tu bezbronne i nie mają nic do powiedzenia. Tak naprawdę, zwierzęta były użyte i wykorzystane – to są właściwe słowa adekwatnie oddające rzeczywistość.

Jeśli chcemy poznać historię eksperymentu, która uwzględnia zwierzę nie jako anonimowego przedstawiciela gatunku, lecz jako istotę z własnym charakterem, upodobaniami i biografią, polecam film „Project Nim” i dwie książki: „Najbliżsi krewni” Rogera Foutsa i „Szympansy z Azylu Fauna” Andrew Westolla. Tam dowiemy się też jakie koszty fizyczne i psychiczne poniosły zwierzęta poddane eksperymentom. Dodam tylko, że o ile człowiekowate doczekały się swoich biografii, o tyle wciąż bezimienne pozostają miliony zwierząt innych gatunków poddawane eksperymentom, w szczególności myszy i szczury, i miliardy zwierząt hodowanych na mięso, dla mleka i jaj. Będzie tak dopóty, dopóki będziemy słuchać takich narracji nie przerywając.



Czytaj więcej:
  • Badania zdolności poznawczych u Człowiekowatych na Wydziale Psychologii Instytutu im. Maxa Plancka w Lipsku (link
  • Lista zwierząt w Wolfgang Kohler Primate Research Center (link
  • Fundacja Fauna, gdzie przebywają szympansy wcześniej wykorzystywane w laboratoriach czy cyrkach. Tam przebywa Loulis i Tatu - członkowie rodziny Washoe opisanej w książce „Najbliżsi krewni” (link)
  • Film „Projekt Nim” – reż. James Marsh, film dokumentalny BBC (link)
  • Porównajcie opis szympansa na stronie centrum badawczego (link) i sanctuary (link), a zobaczycie, gdzie podchodzi się do zwierzęcia jak do istoty z osobowością, uczuciami i biografią;
  • Etolog poznawczy Marc Bekoff – o wygaszaniu ogrodów zoologicznych (link)


niedziela, 2 października 2016

Brzydkie słowo na "H"

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Ha jak humanitarny. Pierwsze skojarzenie? Ładne: pomoc humanitarna. Jest niesiona ofiarom klęski żywiołowej czy wojny. Dotyczy ludzi. W Polsce najbardziej znaną organizacją angażującą się w takie działania jest Polska Akcja Humanitarna. Drugie skojarzenie? Brzydkie, karykatura pierwszego: ubój humanitarny. Jest uskuteczniany na zwierzętach wybranych gatunków. W Polsce realizują go liczne ubojnie, zwane też niekiedy zakładami mięsnymi.

Polska Akcja Humanitarna kopie studnie, by ludzie mieli wodę, prowadzi program dożywiania dzieci, dostarcza najpotrzebniejsze przedmioty – zestawy odzieży, środki higieny osobistej, koce, namioty, moskitiery. Zapewnia też pomoc medyczną. Ubojowcy zaś odbierają zwierzętom życie, czyli to, co najcenniejsze. Zadają nieodwracalną krzywdę. Ale jeśli zabijają zgodnie z odpowiednimi przepisami, nazywa się to „ubojem humanitarnym”.  Czy można sobie wyobrazić większe oddalenie od pierwotnego znaczenia słowa? Dlaczego z jednej strony wpłacamy na PAH,  z drugiej mówimy bez wysiłku: akceptuję ubój, byle robiono to humanitarnie?

”Ubój” to usankcjonowane prawem masowe zabijanie zwierząt hodowanych na mięso, skóry, futra i wełnę oraz dla mleka i jaj. Jest dozwolony przez Ustawę o ochronie zwierząt. Logicznie myślący kosmita zapoznający się z naszą kulturą i rozumiejący podstawowe znaczenia słów w języku polskim dojdzie zatem do wniosku, że ubój podpada pod ochronę zwierząt. Oczywiście, jak możemy się domyślić, Ustawa dodaje, że uśmiercanie, którego jedną z form jest ubój, może odbywać się wyłącznie w sposób „humanitarny polegający na zadawaniu przy tym minimum cierpienia fizycznego i psychicznego”. No i zajefajnie - myślimy sobie krojąc nożem i widelcem smażoną kurzą pierś lub tłukąc kotlet wieprzowy tłuczkiem do odpowiednich zwierząt, pardon, tłuczkiem do mięsa. Kosmita też póki co uspokojony. Mamy tu przecież do czynienia z … ochroną podczas zabijania. Ustawa chroni zwierzęta do samego końca. Hurra! Możemy spać i trawić spokojnie.

Zaraz, zaraz. Jeśli możemy mówić o humanitarnym uboju (tj. ochronie podczas zabijania), dlaczego akceptujemy go w odniesieniu do świni, kury czy krowy, ale już niekoniecznie wobec psa czy kota? Odpowiadamy krótko i zwięźle, my obywatele i obywatelki, oraz konsumenci i konsumentki, że pies i kot to zwierzęta domowe, a świnia, kura i krowa to zwierzęta gospodarskie. Tych pierwszych ubój nie dotyczy, dopiero tych drugich tak. Lekcja z dzieciństwa doskonale przyswojona. W ilu książeczkach człowiek się tego naczytał po tym, jak czytała nam mama (dziś coraz częściej też tata).  Masowość zabijania, widok wszystkich możliwych etapów rozcinania zwierząt „gospodarskich” na części pierwsze, a następnie pyszne z nich dania utwierdzają nas w przekonaniu, że możemy to zabijanie nazywać „ubojem”, oraz że państwo zadba o to, by ilość cierpienia fizycznego i psychicznego była minimalna. Minimalna w stosunku do czego? Ano w stosunku do tego, co trzeba zrobić, żeby zwierzę zabić.

A czy trzeba zwierzę zabić? To pytanie nie pada. Jesteśmy przecież przyzwyczajeni do zabijania, zapewnieni o jego humanitarności, działamy w kontekście ustawy o ochronie zwierząt, a ochrona ta obejmuje ubój zwierząt gospodarskich. Pytanie czy trzeba zwierzę zabić nie pada też dlatego, żeśmy już sobie na nie odpowiedzieli. Tak sprytnie, że bez zadawania. Ubój musi być przecież akceptowany na zasadzie domyślności przez społeczeństwo, które z niego na co dzień korzysta: konsumentów mięsa, mleka i jajek, sklepy, hurtownie, przetwórnie, rzeźnie i hodowców. Tak, również wegetarianie korzystają z uboju „zużytych” krów i kur, który załatwia problem karmienia i leczenia zwierząt „niewydajnych” i tym samym umożliwia masową sprzedaż nabiału i jaj w cenach ogólnodostępnych produktów żywnościowych.

Oczywiście ubój zwierząt nie dotyczy tych wegetarian, którzy zaopatrują się u dobrych i bogatych wiejskich kobiet trzymających krowy, ich potomstwo a także kury do naturalnej śmierci i opłacających rosnące rachunki za leczenie starzejących się zwierząt u zaprzyjaźnionych lekarzy weterynarii a następnie utylizujących zwłoki za dodatkową opłatą. Tacy wegetarianie oczywiście nie tykają półek z nabiałem i jajami w sklepie ani nie jedzą produktów z dodatkiem nabiału czy jaj w restauracjach.  Osobiście nie spotkałam takich wegetarian. Znam za to takich, którzy twierdzą, że kury i krowy przez nich wykorzystywane mają „dobre życie”. O śmierci jakoś nie wspominają, ale zapewne zwierzęta te dostają ochronę podczas zabijania. Wracamy zatem do uboju „humanitarnego”, który zgodnie z Ustawą o ochronie zwierząt ma dotyczyć rocznie około 800 milionów zwierząt lądowych w Polsce.

Pozostawię na chwilę bez odpowiedzi pytanie o odbieranie życia, żeby przyjrzeć się temu, co nas tak uspokaja, kiedy mówimy „byle to było humanitarnie”. Jak już wspomniałam, mamy Ustawę o ochronie zwierząt (pierwsze „uf”) i mamy akt wykonawczy do tej ustawy – rozporządzenie, które mówi kto może zajmować się ubojem i jak ubój ma przebiegać w przypadku poszczególnych gatunków zwierząt (drugie „uf’). Mamy nawet Parlamentarny Zespół Przyjaciół Zwierząt, którego członkowie korzystają z uboju. Muszą więc być przekonani, jako przyjaciele, że cierpienia jest tam tylko tyle ile trzeba, żeby zwierzę zabić. Wiadomo przecież, że przyjaciół zabija się tylko humanitarnie (trzecie „uf”). Muszą wierzyć, że osoba pełnoletnia po zawodówce i trzymiesięcznej praktyce w ubojni z pewnością będzie żywo zainteresowana tym, by zwierzęciu zadać ni mniej ni więcej tylko to minimum cierpienia, które będzie miała skrzętnie wyliczone. Muszą ufać, że nie tylko nastawienie pracowników będzie nosiło cechy ochrony podczas zabijania, ale że również cały sprzęt działać będzie bez zarzutu, a zwierzęta będą spokojne i z losem swym pogodzone. Rozporządzenie opiera się chyba na takim założeniu, gdyż drób i króliki, zgodnie z pkt 4 par 7, wolno podwieszać i ogłuszać pod warunkiem, że będą sobie wisieć „rozluźnione”. Kto był ze zwierzętami u weterynarza wie najlepiej jak bywają tam zrelaksowane, zatem w ubojni zapewne można uzyskać podobny efekt, szczególnie gdy zawisną głową w dół. Nie od dzisiaj wiadomo, że zwierzęta oddają nam się z ufnością (kolejne uf).

Nasze humanitarne przepisy, których najczęściej nie znamy, wydają nam się jeszcze bardziej humanitarne, gdy zestawimy je z inną, obcą praktyką zabijania. Tak było już wielokrotnie podczas kampanii przeciwko ubojowi rytualnemu, gdzie humanitaryzm polskiego uboju świecił jasnym światłem obnażając barbarzyński mrok tego gorszego, okrutnego uboju, podczas którego przekraczane jest minimum cierpienia potrzebnego do przerobienia zwierzęcia w porządny stek czy hamburgera. Humanitarny i niezawodny ubojowiec, humanitarne, zawsze udane ogłuszenie w 800 milionach przypadków rocznie – nasza cywilizacyjna zdobycz w ochronie zwierząt (podczas zabijania) starły się z cywilizacją, która za punkt honoru stawia sobie, by zwierzęta cierpiały parę minut dłużej.  Niejeden humanitarysta mógł dać upust antysemityzmowi, dla którego znalazł przecież namacalne podstawy.

Kampania przeciwko ubojowi rytualnemu, a także przepisy, które mają umożliwić nazywanie uboju humanitarnym skupiają się na odpowiedzi na pytanie: JAK należy zwierzęta zabijać. Równocześnie nie dopuszczają do stawiania pytania: CZY można zwierzęta zabijać? A dokładniej: czy można, z moralnego punktu widzenia, zabijać zwierzęta dla steku, hamburgera, mleka do kawy, jajecznicy? Czy można usprawiedliwić zabijanie, które służy podtrzymaniu mojego stylu życia? I rodzi to kolejne pytania: Jeśli odpowiadam sobie, że tak, można zabijać zwierzęta z wymienionych wyżej powodów,  to w jaki sposób dochodzę do wniosku, że krowom można to robić a psom już nie? Tylko na podstawie tradycyjnego podziału na domowe i gospodarskie? I nie jest to zachęta do zabijania także psów, lecz pytanie o to, dlaczego przechodzimy do porządku dziennego z zabijaniem krów (i innych zwierząt). Dla większości z nas nie jest to przecież kwestia naszego życia, bo możemy stosować dietę roślinną.

Humanitarny ubój to ściema podobnie jak byłby nią humanitarny rozbój, humanitarne włamanie lub humanitarny gwałt. Ubój, podobnie jak rozbój, włamanie i gwałt, jest zadaniem krzywdy - niezasłużonej i niekoniecznej. Etykieta „humanitarności” może więc służyć tylko jako jedno: wielka zasłona dymna. Gdyby pomoc humanitarna dawana przez PAH znaczyła tyle co „humanitarny” w kontekście uboju zwierząt należałoby przed taką pomocą przestrzegać.

Czytaj więcej:
- Ustawa o ochronie zwierząt (link)
- Rozporządzenie Ministra Rolnictwa i rozwoju wsi z 9 września 2004 roku w sprawie kwalifikacji osób uprawnionych do zawodowego uboju oraz warunków i metod uboju i uśmiercania zwierząt (link)



czwartek, 22 września 2016

Stereotypy o weganizmie: weganizm to dieta

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Stefan był weganinem. Jadł i jadł. Usta mu się nie zamykały. Pracowicie przeżuwał liście sałaty, skrzętnie chrupał marchew, łapczywie wysysał sok z pomarańczy, dopychał bananem (bez skojarzeń), ale ciągle chodził głodny. Strączki dawały wycisk jego jelitom, lecz nie dawał za wygraną. Próbował też korzonków i jagód. Chodził na grzyby.  Przed snem, zamiast baranów, liczył sobie wystające żebra.

Wróć. Stefan był weganinem. Jadł dostarczające pożywnego białka rośliny strączkowe, a pozostałe aminokwasy egzogenne dostarczał sobie ze zbóż. W jadłospisie ważne miejsce miały zielonolistne warzywa. Stefan nie zapominał o  orzechach i pestkach. Codziennie jadł też owoce. Z odrazą patrzył na tłuszcze nasycone i tłuszcze trans. Bilansował białko, węglowodany i tłuszcze nienasycone. Ważył się i mierzył co tydzień. Ćwiczył. Jego skóra była gładka, bicepsy twarde w dotyku, a brzuch płaski. Był Bogiem. No dobra, był nieśmiertelny.

Wróć. Stefan był weganinem. Miał gdzieś kalorie i składniki pokarmowe. Był obżartuchem, a przecież na diecie roślinnej najeść można się i to nieźle. Jadł ciasta, pączki, czekolady, cukierki, gofry, torty i lody. Uwielbiał wegańskie burgery. Wybrzydzał. Jego cera była w porządku, ale spodnie przestały się dopinać. Kupił następną parę i jadł dalej. Mieszkał w Warszawie, więc nawet nie musiał sobie tego wszystkiego sam przygotowywać. Kupował. Żałował trochę, że nie mieszka w Berlinie. Tam dopiero roślinożercy mieli używanie.

Wróć.  Stefan był weganinem. Dlaczego więc narracje kompulsywnie skupiają się na jedzeniu? Bo weganizm jest stereotypowo utożsamiany z dietą, a dieta roślinna sama obrasta we własne stereotypy: ma być albo uboga i niesycąca, albo związana ze zdrowym stylem życia, albo modna i wielkomiejska. Razem stereotypy te tworzą chmurę, która zasłania sedno sprawy – etyczny wymiar weganizmu.

Kto więc tak naprawdę jest weganinem? Weganinem/weganką jest osoba, która jest przeciwna eksploatacji zwierząt i okrucieństwu wobec nich i stara się wykluczyć w stopniu możliwym i wykonalnym wszystkie formy eksploatacji i okrucieństwa wobec zwierząt w związku z produkcją żywności, ubrań czy w jakimkolwiek innym celu; co za tym idzie promuje rozwój i wykorzystywanie alternatyw wolnych od składników odzwierzęcych i niezwiązanych ze zwierzętami, które to alternatywy są korzystne dla ludzi, zwierząt i środowiska. W taki sposób definicja weganizmu oficjalnie sformułowana przez The Vegan Society w 1979 roku przekłada się na pojedynczego weganina lub wegankę.

Owszem, produkcja żywności jest na pierwszym miejscu. Stąd zapewne skojarzenie weganizmu z dietą, ale widać równocześnie, że jest to tylko jeden z wielu elementów, których wspólnym mianownikiem jest eksploatacja zwierząt. Zwierzęta są wykorzystywane, krzywdzone i zabijane z premedytacją (w przeciwieństwie do przypadkowego zranienia czy zabicia) nie tylko w produkcji mięsa, mleka i jajek, ale także w powiązanej produkcji skór i wełny, oraz w produkcji futer a nawet jedwabiu. Jest też wiele przykładów eksploatacji w przemyśle rozrywkowym i hobbystycznym: pokazy tresury lwów, słoni czy koni w cyrkach, pokazy tresury delfinów i orek w wodnych parkach rozrywki, tresura koni do jazdy konnej, wyścigi koni i chartów, gonienie byków w Pampelunie, korrida czy rodeo. Zwierzęta są też tresowane do filmów (owczarki niemieckie w „Czterej Pancerni i pies”, prosięta, psy, szympansica Chrissy i inne szympansy w „Babe 2: pig in the city”).

Eksploatacja dotyczy zarówno zwierząt udomowionych jak też zwierząt dzikich, szczególnie ryb w rybołówstwie. Istnieje także cały sektor hodowli zwierząt domowych, których cechy fizyczne i psychiczne mają być podporządkowane naszym gustom i celom: przede wszystkim psy kanapowe, salonowe, wystawowe i użytkowe, a także koty, króliki czy fretki o różnej długości i kolorze sierści. Miłośnicy ras  przyjmują do wiadomości lub puszczają mimo uszu, że wzorzec rasy bywa szkodliwy dla zwierząt go spełniających (począwszy od długich tułowi na krótkich nogach jamników, poprzez spłaszczone twarzoczaszki persów i buldogów, do ras dużych i miniaturowych). Oczywiście zwierzęta są też eksploatowane w testach składników i produktów (np. kosmetyki) oraz w badaniach biomedycznych.

Produkcja żywności jest wymieniona jako pierwsza, bo jest to sektor, który eksploatuje największą liczbę zwierząt. W skali globalnej jest to 60 miliardów zwierząt lądowych rocznie (głównie kury, potem indyki, świnie, krowy, owce, kozy). Jeśli chodzi o ryby, to albo są one łapane w sieci w morzach i oceanach, albo hodowane na fermach. Nie ma dokładnych danych dotyczących liczby tych zwierząt zabijanych rocznie. Są tylko szacunki produkcji w tonach. W statystykach FAO ryby, skorupiaki i mięczaki są umieszczone razem, a ich "produkcja" jest podzielona na rybołówstwo i akwakulturę. W 2014 roku, rybołówstwo było odpowiedzialne globalnie za blisko 93,5 mln ton zabitych zwierząt, zaś akwakultura blisko 74 mln ton. Dorsze bałtyckie średnio ważą około 2kg, karpie są zabijane, gdy osiągają wagę około 2kg, łososie dorastają do 24 kg, tuńczyki błękitnopłetwe - 350 kg. Dzięki znajomości średniej masy ciała i liczby ton poszczególnego gatunku można obliczyć średnią liczbę ryb danego gatunku zabitych rocznie.  W Polsce zwierząt lądowych zabija się około 800 milionów rocznie. Podobnie jak w skali globalnej, większość tej liczby stanowią kurczęta (tzw. brojlery zabijane w wieku około 6 tygodni) oraz kury (z ferm jajczarskich wysyłane do rzeźni w wieku 1-2 lat).

Weganizm jest kojarzony z dietą nie tyle z powodu skali eksploatacji zwierząt w przemyśle spożywczym, o której często nie mamy pojęcia, ile z prostego względu, że jedzenie jest czynnością, którą wykonujemy bardzo często. Jemy posiłki parę razy dziennie, zakupy spożywcze robimy parę razy w tygodniu, niektórzy z nas codziennie gotują, inni chodzą regularnie do stołówek, barów i restauracji. Częstotliwość kupowania produktów spożywczych, przygotowywania dań i myślenia o jedzeniu jest nieporównywalnie większa od częstotliwości kupowania butów i płaszczy czy decydowania się na jakiś rodzaj rozrywki.

Ograniczanie weganizmu do diety jest nie tylko niezgodne z rzeczywistością (Stefan, który jest na diecie roślinnej ale kupuje skórzane buty, wełniane swetry i kurtki z futrzanym obszyciem nie jest weganinem), ale utrudnia zrozumienie o co w weganizmie chodzi. Weganizm utożsamiony z dietą wrzuca się do worka z witarianizmem, frutarianizmem, dietą bezglutenową, dietą wg grupy krwi, dietą paleo czy dietami odchudzającymi albo zapewniającymi wieczne zdrowie i młodość. Staje się on wtedy jedną z opcji, którą dobieramy według własnych upodobań lub obsesji albo z polecenia guru żywieniowych.

Skupianie się na diecie może opóźnić lub zniwelować zainteresowanie kwestiami etycznymi, czyli eksploatacją zwierząt.  Pominięcie rozmowy o wykorzystywaniu i zabijaniu zwierząt i zastąpienie jej roztrząsaniem listy składników skojarzy weganizm z religią, szczególnie z koszernością, i ustawi weganizm jako jeszcze jeden sposób odżywiania. Dziś zjem schabowego w restauracji z tradycyjną polską kuchnią, jutro pójdę ze znajomymi do restauracji wietnamskiej, a w weekend zajrzymy do wegańskiego baru na roślinnego burgera. Wegańska restauracja stanie się wtedy kolejną propozycją kuchni „etnicznej”, której możemy sobie próbować, od której możemy stronić, lub którą tolerujemy u naszych znajomych. Kuchenna część poranka w komercyjnej stacji TV wita specjalistę od kurzej wątróbki, a za 15 minut zaprosi do stołu blogerkę, która zrobi roślinną wersję tego dania.

Weganizm nie jest alternatywnym stylem życia czy kulturową odmianą kuchni. Jest sprzeciwem wobec eksploatacji zwierząt. Postuluje wziąć na poważnie to, co większość z nas już dawno temu przyznała – nie można zadawać niepotrzebnego cierpienia zwierzętom; nie można zabijać zwierząt bez ważnego powodu. Dość dobrze radzimy sobie z tym przekonaniem, gdy oczami wyobraźni w miejscu „zwierzęcia” postawimy psa czy kota (choć jak widać w przypadku hodowli i handlu zwierzętami domowymi pozostaje wiele do życzenia). Weganizm wynika z dość prostego założenia: na eksploatację nie zasługuje żadne zwierzę, które myśli, czuje i chce żyć. Założenie to idzie w parze z wnioskiem: dopóki mam wybór, nie przykładam ręki do eksploatacji zwierząt. 


 Czytaj więcej:
- Podróż po statystykach dotyczących eksploatacji ryb -



wtorek, 13 września 2016

Brzydkie słowo na "E"

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Dla przedsiębiorców i ekologów jest to przede wszystkim pozyskiwanie i używanie zasobów naturalnych. Firmy widzą w tym okazję do rozwoju i zarabiania pieniędzy, zaś organizacje ekologiczne dostrzegają nadużywanie, zanieczyszczanie i niszczenie środowiska naturalnego. Dla ludzi zaangażowanych w działania na rzecz praw człowieka będzie to często dotyczyć krajów rozwijających się i oznaczać wyzysk ludzi jako taniej siły roboczej w afrykańskich kopalniach czy fabrykach odzieży w Bangladeszu. Wreszcie dla tych, którzy działają na rzecz praw zwierząt i propagują weganizm to słowo będzie kojarzyć się z zabijaniem dzikich zwierząt, szczególnie rybołówstwem, a także – jeśli nie przede wszystkim – z hodowaniem zwierząt na mięso, skóry i futra oraz dla mleka i jaj. Nasze brzydkie słowo to "eksploatacja".

Słownik języka polskiego PWN przedstawia parę definicji tego pojęcia:

1. «wydobywanie bogactw naturalnych»
2. «użytkowanie maszyn, urządzeń itp.»
3. «maksymalne wykorzystanie kogoś albo czegoś»
4. «ciągnięcie zysków z cudzej pracy najemnej»
5. «wykorzystywanie czegoś w sposób racjonalny»

Zasoby/bogactwa naturalne mogą oznaczać wydobywane z ziemi za pomocą specjalistycznego sprzętu materiały takie jak węgiel, ropa, złoto czy diamenty. Zasobami są też rzeczy, które wydają się znajdować na wyciągnięcie ręki, choć nie są już tak odnawialne jak kiedyś, bo tempo ich zużywania wyprzedza odtwarzanie: słodka woda, ziemia czy drzewa. Pojęcie „zasobów naturalnych” bierze się z antropocentrycznej wizji życia na Ziemi, według której ludzie są posiadaczami, zarządcami i użytkownikami wszystkiego co napotkają. Konsumpcja zasobów naturalnych to szeroko pojęte ich używanie, przetwarzanie, przekształcanie, pochłanianie, zużywanie i wyrzucanie. Antropocentryczne podejście jest podzielane przez firmy i większość organizacji ekologicznych. Wspólnym mianownikiem jest koncentracja na człowieku jako konsumencie zasobów i jego niepodważalnym prawie do konsumowania. Różnica leży w podejściu do tej konsumpcji. Jedni chcą jak najwięcej zarobić, stawiają sobie krótkowzroczne cele, byle konsumować intensywnie; drudzy pragną, by zasobów starczyło na dłużej i namawiają do konsumpcji bardziej oszczędnej. Jedni skupiają się na obecnym pokoleniu konsumentów, drudzy pytają: Co konsumować będą wasze dzieci i wnuki?. 

W podejściu antropocentrycznym „zasobami naturalnymi” nazywane są także dzikie zwierzęta, z których korzysta się podobnie jak z paliw kopalnych, wody i roślin. Przykładem eksploatacji zwierząt jako zasobów naturalnych, na niewyobrażalną skalę, jest rybołówstwo. Relatywnie skromne jego dopełnienie stanowią polowania na lądzie, a także wędkarstwo. Zwierzęta gładko włącza się do kategorii „zasoby” dlatego, że antropocentryzm idzie w dość zgodnej parze z szowinizmem gatunkowym. Istoty zdolne do odczuwania i myślenia, którym nie jest wszystko jedno co się z nimi dzieje, uznajemy za surowiec do wykorzystania, materiał do używania, zadawaną krzywdę usprawiedliwiamy faktem, że dotyka ona istoty nienależące do naszego gatunku. Rybacy chcą łowić bez ograniczeń i zarabiają na życie zabijając ryby. Mogą mieć taką pracę, bo miliony ludzi jedzą ryby. Poza wyjątkowymi sytuacjami, wynika to z przyzwyczajenia i preferencji smakowych, nie z konieczności. Ryby to w oczach rybaków i konsumentów zasób i surowiec, jak chociażby grzyby.

Organizacje ekologiczne także traktują dzikie zwierzęta jako zasoby naturalne. Nie są w tym ani odrobinę mniej szowinistyczne niż reszta społeczeństwa. Zwracają tylko uwagę na fakt, że niektórych zasobów jest mniej niż innych. Obserwują dynamikę ich zużywania. Klasyfikują zwierzęta według gatunków i stopnia zagrożenia wyginięciem. Opracowują przewodniki po racjonalnej eksploatacji zwierzęcych „zasobów” doradzając konsumentom: jedz ryby „A”, ogranicz konsumpcję ryb „B”, nie jedz ryb „C” („Jaka ryba? Poradnik konsumenta” WWF, czy „Dobra ryba. Poradnik konsumencki” Greenpeace).

Gdybyśmy zastosowali analogiczne rozumowanie wobec ludzi, dzieląc ich na grupy mniej, bardziej lub w ogóle nie narażone na wyginięcie, moglibyśmy dojść do absurdalnych, rasistowskich wniosków w stylu: najbardziej trzeba oszczędzać Kaszubów, trochę mniej Norwegów, a ochroną Chińczyków na razie nie potrzeba zawracać sobie głowy. Nie mówiąc już o tym, że oprócz gradacji wartości życia według kryterium częstości występowania, należałoby dodać akceptację na zabijanie w zasadzie motywowane przyzwyczajeniem do określonego stylu życia (zarabiania na życie i konsumpcji).

No tak, aplikowanie takiego sposobu myślenia do ludzi powoduje dreszcze obrzydzenia. Natomiast do takiego myślenia o zwierzętach jako o zasobach, surowcu zdążyliśmy się przyzwyczaić. Czy przyzwyczajenie jest jednak dobrym uzasadnieniem? Tradycja eksploatacji ludzi, m.in. niewolnictwa, też ma długą brodę, ale nie zyskuje dzięki niej legitymizacji. Dlatego stosunek do zwierząt jak do zasobów trzeba przemyśleć, szczególnie jeśli zdamy sobie sprawę, że oprócz ludzi są jedynymi istotami na Ziemi zdolnymi do cierpienia, podatnymi na krzywdę. To kryterium odróżnia je w zasadniczy sposób od węgla, ropy naftowej, sosny czy dębu. Popierając tak formułowaną ochronę środowiska, popieramy szowinizm gatunkowy, tyle że w wydaniu oszczędnościowym: Marian, ogranicz konsumpcję pstrągów tęczowych, żeby twoje dzieci miały szansę nacieszyć się ich konsumpcją.

Jesteśmy też przyzwyczajeni, kulturowo wdrożeni od dziecka, do korzystania z eksploatacji zwierząt specjalnie w tym celu hodowanych na mięso, skóry, wełnę i futra oraz dla mleka i jajek. Do tego rodzaju eksploatacji szczególnie pasuje definicja „«maksymalne wykorzystanie kogoś albo czegoś» oraz wykorzystywanie czegoś w sposób racjonalny” (choć z racjonalnością należałoby tutaj trochę podyskutować). Hodowla polega na maksymalizacji wykorzystania. Należy w jak najkrótszym czasie, z wykorzystaniem jak najmniejszej ilości energii i jedzenia wyhodować jak największe kurczęta, które przełożą się w rzeźni na jak największą ilość mięsa. Należy od każdej krowy uzyskać jak największą laktację, tak by coraz mniej krów produkowało coraz więcej mleka. Należy tak podkręcić owulację u kur, żeby pracowała na jak najszybszych obrotach, produkując zawrotną jak na ptaka liczbę jaj rocznie. Kury są tanie, można je łatwo wymieniać, wysyłając „zużytą” partię do rzeźni, kupując partię nowych. Wystarczy, by oszalała owulacja trwała rok, dwa lata. Wystarczy, by odpowiednio duży odsetek zwierząt wytrzymał do końca cyklu produkcyjnego. Pozostałe mogą poumierać, to i tak się opłaca. Nazywam to eksploatacją w podobnym znaczeniu do eksploatacji ludzi w krajach trzeciego świata. Wspólnym mianownikiem jest przedmiotowe traktowanie i krzywda.

Racjonalność hodowli wydaje się opierać na dwóch filarach – maksymalizacji produkcji (nic nie ma się zmarnować: zadbamy o to, by sprzedać mleko, zabić cielęta na cielęcinę, a zużytą krowę mleczną przerobić na mięso i jej skórę na buty i torebki) i traktowaniu zwierząt jak surowce i maszyny, a więc poddaniu niesfornej natury uniformizacji dzięki selekcji hodowlanej, a następnie wykorzystywanie zwierząt zgodnie z „przeznaczeniem”. Podręczniki dla hodowców, uczelnie kształcące przyszłych rolników pomagają oceniać i traktować zwierzęta właśnie pod kątem parametrów i „użytkowania”. Racjonalny proces musi oczywiście być emocjonalnie neutralny, w czym w sukurs przychodzi język: żywiec rzeźny, mleczność krów, nieśność kur, wydajność, brakowanie (sprzedaż do rzeźni zwierząt np. niepłodnych krów), ubój.

Nieracjonalne w tym antropocentrycznym układzie jest dla hodowcy ponoszenie kosztów leczenia przekraczających zyski, czy trzymanie zwierząt niedochodowych. Nieracjonalne jest dla obywatela  czy obywatelki wychodzenie poza szowinistyczny paradygmat poprzez zadawanie pytań: czy mamy prawo zadawać cierpienie i zabijać skoro tego nie musimy robić? Dlaczego płacimy za krzywdzenie i zabijanie, skoro możemy żyć na diecie roślinnej? Czym zawiniła świnia, że spokojnie przytakujemy, gdy jedzie do rzeźni? Nieracjonalne ma być to, co mogłoby zbliżyć nas do zwątpienia, do zakwestionowania eksploatacji zwierząt, do zdania sobie sprawy z faktu, że nigdy nie zrobilibyśmy własnemu psu tego, za co płacimy w odniesieniu do świni, krowy czy kury. Nikt jednak nie chce być nazywany nieracjonalnym więc trzymamy dyscyplinę niezadawania niewygodnych pytań.


Nie lubimy jednak słowa „eksploatacja”, kiedy po prostu robimy zakupy na obiad. Ono jest takie duże i jakby na wyrost. Nie pasuje do zwykłego wózka, który pchamy przed sobą w supermarkecie i do ładnych opakowań parówek, mleka czy jajek. My zwykli obywatele jak moglibyśmy mieć coś wspólnego z eksploatacją zwierząt. Przecież my zwierzęta lubimy, a nawet kochamy. A jednak, nie wybierając weganizmu, wybieramy właśnie to: eksploatację zwierząt. Choć produkty takie jak warzywa, owoce, makaron, ryż, nieskórzane buty, swetry niezawierające wełny, czy kurtki bez futrzanych obszyć są na wyciągnięcie ręki. 


niedziela, 4 września 2016

Wegetarianizm i weganizm: wspólne korzenie, różny mianownik

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Trochę historii
Zacznę od początku. Od początku weganizmu i kontekstu, w jakim się rozwinął. W 1847 roku w Anglii powstało The Vegetarian Society, którego celem była promocja wegetarianizmu definiowanego jako powstrzymanie się od jedzenia mięsa, a ściślej rzecz ujmując  - jako powstrzymanie się od jedzenia zwierząt: nie tylko ssaków i ptaków ale także ryb i innych zwierząt wodnych i lądowych. Powody niejedzenia zwierząt były różne, ale, co dla weganizmu istotne, obejmowały również współczucie wobec zwierząt. 

To właśnie kwestia etycznego stosunku wobec zwierząt sprawiła, że już w latach 1909-1912 na łamach The Vegetarian Messenger wydawanym przez The Vegetarian Society, dyskutowano o tym, czy wegetarianie powinni jeść nabiał i jajka. Dyskusja odnowiła się po I Wojnie Światowej, a w 1943 roku, na zebraniu The Vegetarian Society, niejaki Donald Watson przedstawił wykład przeciwko jedzeniu nabiału, który następnie opublikowano w The Vegetarian Messenger. Kiedy Donald Watson i podobnie myśląca Elsie Shrigley zaproponowali utworzenie podgrupy wegetarian niejedzących produktów odzwierzęcych, The Vegetarian Society odmówiło twierdząc, że organizacja powinna skupiać się na propagowaniu niejedzenia mięsa. Watson, Shrigley i cztery inne osoby, które już parę lat wcześniej odrzuciły jedzenie nabiału i jaj, założyły więc osobne towarzystwo, nadając swojej filozofii i stylowi życia nazwę „veganism” a siebie nazywając „vegan”. Komentując nową nazwę, Watson stwierdził, że weganizm miał swój początek w wegetarianizmie ale był też naturalnym wnioskiem, który z wegetarianizmu należało wyciągnąć.
O co chodzi w weganizmie?
Jak zdefiniowano weganizm w latach 40. XX wieku, już po utworzeniu The Vegan Society? Bardzo prosto, w sposób, który rzeczywiście oddaje ducha tej filozofii i praktyki życiowej. Jeden z założycieli, Leslie J. Cross, powiedział, że weganizm to „emancypacja zwierząt polegająca na wyzwoleniu ich z eksploatacji z rąk człowieka”. Później dodano, że „celem weganizmu jest zakończenie wykorzystywania zwierząt przez człowieka dla produkcji żywności, innych towarów, a także zakończenie wykorzystywania zwierząt do pracy, wiwisekcji, koniec polowania na zwierzęta i wszelkich innych sposobów wykorzystywania, które są eksploatacją zwierząt przez człowieka”.
W 1976 roku, kiedy Towarzystwo zostało zarejestrowane jako organizacja charytatywna, powstała definicja, którą The Vegan Society posługuje się do dziś: "Weganizm to filozofia i sposób życia, który stara się wykluczyć - w stopniu w jakim jest to możliwe i wykonalne - wszystkie formy eksploatacji i okrucieństwa wobec zwierząt w związku z produkcją żywności, ubrań czy w jakimkolwiek innym celu; co za tym idzie weganizm promuje rozwój i wykorzystywanie alternatyw wolnych od składników odzwierzęcych i niezwiązanych ze zwierzętami, które są korzystne dla ludzi, zwierząt i środowiska."
Reasumując, weganizm to sprzeciw wobec eksploatacji zwierząt. Jak wykazali już pierwsi weganie, jeszcze przed erą ferm przemysłowych, produkcja mleka i jajek jest także formą eksploatacji zwierząt.
Ale przecież …
Ale pierwsi weganie zaczęli od wegetarianizmu – powiedzą z satysfakcją weganie, którzy sentymentem darzą czas, kiedy byli wegetarianami, albo wegetarianie, którzy chcą dowartościować swój status quo (odsuwając przejście na weganizm w bliżej nieokreśloną przyszłość lub w ogóle nie biorąc tego pod uwagę). Tak, pierwsi weganie najpierw byli wegetarianami. Byli pierwszymi osobami, które nie jedząc mięsa zdały sobie sprawę z arbitralności swojego wyboru. Skoro w niejedzeniu mięsa kierował nimi szacunek wobec zwierząt, zwrócili uwagę na fakt, że jedzenie nabiału i jaj temu szacunkowi zaprzeczało. Przestali więc konsumować te produkty i założyli The Vegan Society, żeby promować filozofię szacunku wobec zwierząt i styl życia zgodny z tą filozofią. Nigdy więcej nie obejrzeli się za siebie, nie snuli nostalgicznych opowieści o tym jak to kiedyś byli wegetarianami. Nie polecali nikomu wegetarianizmu właśnie dlatego, że wiedzieli, że – brutalnie rzecz ujmując – nie ma etycznego sensu odrzucać wołowinę i cielęcinę, a pić mleko, odmawiać jedzenia rosołu z kury a jeść jajka, nie jeść jagnięcia, ale kupować owczy ser i wełniane swetry. To trochę tak, jakby nie płacić za cyrk z tygrysami, ale iść do cyrku z wielbłądami. Albo jeszcze lepiej: nie kupić skóry z wielbłąda, ale iść do cyrku który wykorzystuje tego wielbłąda za życia i jest gotowy sprzedać go na mięso i skórę jak tylko jego stare kości, mięśnie i ścięgna przestaną dawać radę na arenie. Owszem, mięso najbardziej i najłatwiej kojarzy się z krzywdzeniem zwierząt, ale jest tylko jedną z form eksploatacji zwierząt.
Żonglerka etykietami
Kiedy rezygnujemy z rozmowy o etycznych powodach wyborów związanych ze stosunkiem do zwierząt, wrzucamy wegetarianizm i weganizm do jednego worka, a następnie zawartość worka rozsypujemy na stole kuchennym, wokół którego zaczynamy rozmawiać o diecie, to popadamy w pozbawione etycznego sensu żonglowanie etykietami i produktami. Nie je mięsa, bo jest wegetarianinem; nie je produktów odzwierzęcych, bo jest weganinem; je mięso, bo nie jest wegetarianinem. Może zjeść zupę zabielaną krowią śmietaną, bo jest wegetarianinem; nie może zjeść tej zupy, bo jest weganinem. Nie może zjeść tego sera żółtego z naturalną podpuszczką z cieląt, bo jest wegetarianinem. Może zjeść jogurt z krowiego mleka, bo jest wegetarianinem. Ta żonglerka relatywizuje kwestię stosunku do eksploatacji zwierząt i samą eksploatację. Eksploatacja zwierząt staje się czymś etycznie neutralnym jak noszenie spodni, a stosunek do eksploatacji staje się zatem kwestią preferencji tak jak preferencja do noszenia spodni. Analogiczna dyskusja w odniesieniu do spodni wygląda tak: Nie nosi spodni, bo jest zwolenniczką spódnic, nie nosi spodni i spódnic, bo jest zwolenniczką wyłącznie sukienek; nosi spodnie, spódnice i sukienki, bo lubi każdego po trochu. Spodnie, spódnica czy sukienka – co kto woli. Wegetarianizm, weganizm, dieta tradycyjna – co komu bardziej smakuje.

Świadomy wybór
Dlatego refleksja nad przyczynami wyborów, które składają się na nasz styl życia, pozwala, by wybory te były bardziej świadome. Rozpoznamy wtedy czym dyktowane są nasze wybory: tradycją rodzinną lub religijną, kulturą, w której wyrośliśmy, czy samodzielnymi przemyśleniami na temat stosunku do innych ludzi i zwierząt? Zazwyczaj takie wybory to melanż naszej samodzielności, presji społecznej i naszego konformizmu/non-komformizmu. Są rzeczy mało istotne, które możemy po prostu sobie odpuścić i poddać się presji rodziny lub grupy. Ale są rzeczy ważne, które np. tradycja rodzinna czy kultura przedstawia jako mało istotne, lub dopuszcza dużą dawkę hipokryzji pozwalającej na dobre deklaracje i złą praktykę. Tak jest właśnie w przypadku stosunku do zwierząt: z jednej strony większość zgadza się z zasadą, że nie należy zadawać niepotrzebnego cierpienia (zarówno ludziom jak i zwierzętom), a z drugiej strony większość korzysta z eksploatacji zwierząt jedząc produkty odzwierzęce (mięso, nabiał i jajka) i nosząc ubrania ze zwierząt (skórę, wełnę; futro noszone jest rzadziej).
Nie zadawać niepotrzebnego cierpienia
Zgadzamy się z zasadą, że zadawanie niepotrzebnego cierpienia i śmierci jest etycznie bardzo trudne do obrony, choć wiemy też bardzo dobrze, że zadawanie cierpienia i śmierci jest w naszym życiu nieuniknione. Zasadę tę większość z nas stosuje, kiedy mamy bezpośrednią styczność ze zwierzętami, nawet jeśli są to owady, co do których nie ma przekonujących dowodów, że są zdolne do cierpienia. Kiedy ktoś idzie chodnikiem i zobaczy żuka lub biedronkę, specjalnie zrobi większy lub mniejszy krok, żeby uniknąć nadepnięcia owada. Sprawy komplikują się oczywiście, kiedy jedziemy na rowerze, prowadzimy samochód lub przemieszczamy się autobusem. Jednak  komplikacja spowodowana nieuniknionością zabicia owadów w takich okolicznościach nie powstrzymuje nas przed robieniem dziwnych kroków na chodniku. Trudność osiągnięcia 100 procent normy nie przekłada się na popadnięcie w nihilizm. Sprawa ma się podobnie w wielu innych przypadkach. Ratujemy psa ze schroniska wiedząc, że nie uratujemy wszystkich psów. Staramy się dobrze nim opiekować i leczyć wiedząc, że nie zawsze będziemy w stanie mu pomóc – nie każdą chorobę zauważymy wystarczająco wcześnie, nie każdą będziemy w stanie wyleczyć.
Gorzej nam idzie ze stosowaniem zasady niezadawania niepotrzebnego cierpienia, gdy nie mamy bezpośredniej styczności ze zwierzętami, które są wykorzystywane i zabijane w produkcji mięsa, nabiału, jajek, skóry, wełny czy futra. Jest tak między innymi dlatego, że przyzwyczajono nas do korzystania z tych produktów zanim nauczyliśmy się mówić, czytać, pisać, krytycznie myśleć i zdobywać wiedzę. A jednak płacenie za te produkty łamie zasadę niezadawania niepotrzebnego cierpienia. Dlaczego? Hodowanie zwierząt w celu uzyskania tych produktów niewątpliwie wiąże się z cierpieniem fizycznym i psychicznym.
Cierpienie fizyczne wynika zarówno z warunków życia, w których zwierzęta doświadczają głodu, pragnienia, bólu jak i z selekcji hodowlanej, która deformuje anatomię i fizjologię. Dostęp do wody i jedzenia szczególnie u małych zwierząt trzymanych w dużych grupach zależy od tego, czy zwierzęciu uda się dostać do pokarmu czy poidła. Śmierć pewnego odsetka zwierząt wynikła z zagłodzenia, nieleczonych ran, złamań kończyn czy agresji innych zwierząt i jest wliczana w koszty produkcji. Wielu obrażeń czy chorób się nie leczy, bo to się nie opłaca, a także dlatego, że nawet gdyby ktoś zechciał to robić, byłoby to niewykonalne np. przy fermie trzymającej parędziesiąt większych czy parę tysięcy mniejszych zwierząt. Wszystko jest podporządkowane opłacalności produkcji, w tym selekcja hodowlana. Do rzeźni jadą ledwo trzymające się na nogach sześciotygodniowe kurczęta o gigantycznej jak na swój wiek posturze. Krowy, których laktacja jest dziś trzy razy większa niż sto lat temu, cierpią często na zapalenie wymion, których ciężar i rozmiar utrudnia chodzenie. W wieku 4-5 lat krowy, których laktacja się zmniejszyła, lub które nie mogą już zajść w ciążę także jadą do rzeźni.  Ubojnie kupują również roczne lub dwuletnie kury wyczerpane nieustanną owulacją, której wynikiem jest składanie 200-300 jaj rocznie. Dla porównania, dziki przodek tych ptaków składał jaj tyle ile potrzebował do przedłużenia gatunku: paręnaście rocznie. 
Zwierzęta cierpią też psychicznie nie mogąc nawiązywać relacji społecznych jakie są im potrzebne (świnie uwięzione w kojcach porodowych), lub gdy są odrywane od swoich bliskich (cielę od swojej matki parę godzin po porodzie) lub przeciwnie, gdy przebywają w zbyt dużej grupie i tłoku (kury na fermach klatkowych i bezklatkowych) lub w pobliżu innych osobników, gdy tak naprawdę potrzebny jest im samotniczy tryb życia (np. norki amerykańskie).
Całe to cierpienie i zabijanie jest niepotrzebne, bo nasze potrzeby, które dzięki takiemu zapleczu cierpienia spełniamy mogą być albo spełnione inaczej, albo nie są w ogóle potrzebami. Tak, potrzebujemy jeść i pić, potrzebujemy, żeby jedzenie miało wartościowe składniki odżywcze. Potrzebujemy ubrań. Jednak wszystkie te potrzeby możemy spełnić bez hodowania w tym celu zwierząt. Tak jak nie potrzebujemy mięsa, tak też nie potrzebujemy mleka czy jaj. Tak jak nie potrzebujemy futer, tak też nie potrzebujemy  skór i wełny. Największe na świecie stowarzyszenie dietetyków Academy of Nutrition and Dietetics (wcześniej: American Dietetic Association) potwierdza na podstawie rosnącej liczby badań, że dietą roślinną z dodatkiem suplementu B12 jesteśmy w stanie sprostać naszym potrzebom żywieniowym. Co więcej, dobrze ułożona dieta roślinna będzie służyć zdrowiu, pomagać leczyć niektóre choroby; będzie też profilaktyką chorób cywilizacyjnych takich jak cukrzyca czy choroba niedokrwienna serca. Spieszę dodać, że każdą dietę trzeba dobrze ułożyć. Źle ułożone diety zawierające produkty odzwierzęce stoją za plagą chorób cywilizacyjnych i, jak widać, powodują nie tylko niepotrzebne cierpienie zjadanych zwierząt i tych hodowanych dla mleka czy jajek, ale przyczyniają się do równie niepotrzebnego cierpienia ludzi stosujących takie diety. 
Nie zabijać niepotrzebnie
Ponieważ temat zabijania jest często pomijany, gdy koncentrujemy się tylko na tym w jakich warunkach zwierzęta żyją, uważam, że trzeba omówić go osobno. Jakby nie było, zabicie jest krzywdą i to nieodwracalną. Jak zabijanie ma się do do mięsa, mleka, jaj, skór, wełny i futer? Związek jest oczywisty w przypadku mięsa i futra. Nie ma mięsa, dosłownie, dopóki zwierzę nie zostanie zabite. Do tego czasu późniejsze mięso to po prostu mięśnie, których zwierzę używa do poruszania się, które może napinać i rozluźniać zgodnie z własną wolą; mięśnie, które tworzą układ mięśniowy. To także tkanka tłuszczowa, przylegająca do mięśni. Późniejsze mięso, to też organy wewnętrzne, np. żołądek, który zajmował się trawieniem pokarmu, jelita, w których następowało wchłanianie składników pokarmowych, wątroba, która filtrowała krew, serce, które biło w klatce piersiowej. Późniejsze mięso to też kości kończyn, żebra z tkanką mięśniową. Jeśli chodzi o futro, to pamiętam, że będąc dzieckiem myślałam, że je się strzyże, ale nie. Okazuje się, że zdziera się je razem ze skórą z norki czy lisa. Bez futra da się żyć, ale bez skóry już nie. Mówię oczywiście o tych zwierzętach i o świniach, krowach i cielętach, z których także zdziera się skóry. Jest futro – była śmierć. Jest skóra – kogoś zabito.
A mleko? Przecież leci z wymienia bez zabijania. Tak, nie trzeba zabić, żeby wydobyć mleko i na tym kończą się rozważania niejednego wegetarianina. Ale co trzeba robić, żeby produkować mleko i sprzedawać je w cenie produktu codziennej konsumpcji a nie w cenie złota? Trzeba hodować krowy zmienione selekcją hodowlaną w taki sposób, że ich organizmy produkują gigantyczne ilości mleka. Trzeba wcześnie zacząć je zapładniać i po porodzie odbierać im dzieci. Trzeba zabijać cielęta płci męskiej na cielęcinę i odchowywać cielęta płci żeńskiej na kolejne dojne krowy. Niedługo po porodzie trzeba znowu zapładniać, żeby laktacja szła za laktacją. Trzeba sprzedawać do rzeźni, kiedy krowa będzie miała mniej mleka, lub gdy będzie chora, nieopłacalna, lub gdy będą problemy z zajściem w ciążę. Trzeba zabijać, bo bez tego w koszt mleka trzeba by wliczyć utrzymanie kolejnych byczków, niepłodnych krów, utrzymanie tych wszystkich zwierząt i leczenie ich aż do śmierci. Tak, jeśli laktacja ma być utowarowiona, jeśli ma być produktem, dawać radę konkurencji, to zabijanie wpisuje się w plan działania. Zabijanie jest tu zaplanowane, dzieje się z premedytacją, jest nieodłączną częścią produkcji mleka. Analogiczne mechanizmy rządzą produkcją jajek.
Odrzucić eksploatację zwierząt
Dyskusje na temat etyczności jedzenia nabiału i jajek zaczęły się w The Vegetarian Society już na początku XX wieku, a więc parędziesiąt lat przed rozwojem przemysłowej hodowli. Zauważono więc nie intensyfikację cierpienia, ale po prostu niepotrzebne cierpienie. Zauważono, że produkcja nabiału i jaj, jest formą eksploatacji zwierząt tak jak produkcja mięsa. Zauważono wreszcie, że kury hodowane dla jajek i krowy hodowane dla mleka także są zabijane w związku z tą formą eksploatacji. Grupa, która postanowiła wziąć te obserwacje na poważnie, założyła nową organizację, nadała nową nazwę filozofii emancypacji zwierząt polegającej na wyzwoleniu z eksploatacji z rąk człowieka (tak, to właśnie pierwsza definicja weganizmu). The Vegetarian Society pozostało przy arbitralnym odrzuceniu tylko mięsa.
Niewątpliwie weganizm i wegetarianizm mają wspólne korzenie, ale nie mają wspólnego mianownika. Tylko weganizm polega na odrzuceniu eksploatacji zwierząt. Wegetarianizm przywodzi na myśl osobę, która chcąc mieć pełny obraz rzeczywistości postanowiła otworzyć tylko jedno oko. Z kolei jedzenie produktów odzwierzęcych przez ludzi, którzy teoretycznie zgadzają się z zasadą, by nie zadawać niepotrzebnego cierpienia jest patrzeniem na rzeczywistość przez pryzmat wyobrażeń i życzeń ale z zamkniętymi oczami. Co stoi na przeszkodzie, żeby otworzyć obydwoje oczu?


Chcesz wiedzieć więcej?

-O traktowaniu zwierząt jakby były towarem przeczytasz dużo na portalach takich jak farmer.pl, ppr.pl 
-Polecam też podręczniki chowu i hodowli zwierząt. Ich anatomia, fizjologia, karmienie, rozmnażanie itp. podporządkowane uzyskiwaniu określonych produktów w szybki i oszczędny sposób, umożliwiając zarabianie.
- Stanowisko Amerykańskiego Stowarzyszenia Dietetyków (obecnie Academy of Nutrition and Dietetics) na temat diet wegetariańskich (w tym wegańskiej) (link)
- O historii The Vegan Society + długi wywiad z nieżyjącym już Donaldem Watsonem, który był prezesem tej organizacji (link)