wtorek, 13 września 2016

Brzydkie słowo na "E"

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Dla przedsiębiorców i ekologów jest to przede wszystkim pozyskiwanie i używanie zasobów naturalnych. Firmy widzą w tym okazję do rozwoju i zarabiania pieniędzy, zaś organizacje ekologiczne dostrzegają nadużywanie, zanieczyszczanie i niszczenie środowiska naturalnego. Dla ludzi zaangażowanych w działania na rzecz praw człowieka będzie to często dotyczyć krajów rozwijających się i oznaczać wyzysk ludzi jako taniej siły roboczej w afrykańskich kopalniach czy fabrykach odzieży w Bangladeszu. Wreszcie dla tych, którzy działają na rzecz praw zwierząt i propagują weganizm to słowo będzie kojarzyć się z zabijaniem dzikich zwierząt, szczególnie rybołówstwem, a także – jeśli nie przede wszystkim – z hodowaniem zwierząt na mięso, skóry i futra oraz dla mleka i jaj. Nasze brzydkie słowo to "eksploatacja".

Słownik języka polskiego PWN przedstawia parę definicji tego pojęcia:

1. «wydobywanie bogactw naturalnych»
2. «użytkowanie maszyn, urządzeń itp.»
3. «maksymalne wykorzystanie kogoś albo czegoś»
4. «ciągnięcie zysków z cudzej pracy najemnej»
5. «wykorzystywanie czegoś w sposób racjonalny»

Zasoby/bogactwa naturalne mogą oznaczać wydobywane z ziemi za pomocą specjalistycznego sprzętu materiały takie jak węgiel, ropa, złoto czy diamenty. Zasobami są też rzeczy, które wydają się znajdować na wyciągnięcie ręki, choć nie są już tak odnawialne jak kiedyś, bo tempo ich zużywania wyprzedza odtwarzanie: słodka woda, ziemia czy drzewa. Pojęcie „zasobów naturalnych” bierze się z antropocentrycznej wizji życia na Ziemi, według której ludzie są posiadaczami, zarządcami i użytkownikami wszystkiego co napotkają. Konsumpcja zasobów naturalnych to szeroko pojęte ich używanie, przetwarzanie, przekształcanie, pochłanianie, zużywanie i wyrzucanie. Antropocentryczne podejście jest podzielane przez firmy i większość organizacji ekologicznych. Wspólnym mianownikiem jest koncentracja na człowieku jako konsumencie zasobów i jego niepodważalnym prawie do konsumowania. Różnica leży w podejściu do tej konsumpcji. Jedni chcą jak najwięcej zarobić, stawiają sobie krótkowzroczne cele, byle konsumować intensywnie; drudzy pragną, by zasobów starczyło na dłużej i namawiają do konsumpcji bardziej oszczędnej. Jedni skupiają się na obecnym pokoleniu konsumentów, drudzy pytają: Co konsumować będą wasze dzieci i wnuki?. 

W podejściu antropocentrycznym „zasobami naturalnymi” nazywane są także dzikie zwierzęta, z których korzysta się podobnie jak z paliw kopalnych, wody i roślin. Przykładem eksploatacji zwierząt jako zasobów naturalnych, na niewyobrażalną skalę, jest rybołówstwo. Relatywnie skromne jego dopełnienie stanowią polowania na lądzie, a także wędkarstwo. Zwierzęta gładko włącza się do kategorii „zasoby” dlatego, że antropocentryzm idzie w dość zgodnej parze z szowinizmem gatunkowym. Istoty zdolne do odczuwania i myślenia, którym nie jest wszystko jedno co się z nimi dzieje, uznajemy za surowiec do wykorzystania, materiał do używania, zadawaną krzywdę usprawiedliwiamy faktem, że dotyka ona istoty nienależące do naszego gatunku. Rybacy chcą łowić bez ograniczeń i zarabiają na życie zabijając ryby. Mogą mieć taką pracę, bo miliony ludzi jedzą ryby. Poza wyjątkowymi sytuacjami, wynika to z przyzwyczajenia i preferencji smakowych, nie z konieczności. Ryby to w oczach rybaków i konsumentów zasób i surowiec, jak chociażby grzyby.

Organizacje ekologiczne także traktują dzikie zwierzęta jako zasoby naturalne. Nie są w tym ani odrobinę mniej szowinistyczne niż reszta społeczeństwa. Zwracają tylko uwagę na fakt, że niektórych zasobów jest mniej niż innych. Obserwują dynamikę ich zużywania. Klasyfikują zwierzęta według gatunków i stopnia zagrożenia wyginięciem. Opracowują przewodniki po racjonalnej eksploatacji zwierzęcych „zasobów” doradzając konsumentom: jedz ryby „A”, ogranicz konsumpcję ryb „B”, nie jedz ryb „C” („Jaka ryba? Poradnik konsumenta” WWF, czy „Dobra ryba. Poradnik konsumencki” Greenpeace).

Gdybyśmy zastosowali analogiczne rozumowanie wobec ludzi, dzieląc ich na grupy mniej, bardziej lub w ogóle nie narażone na wyginięcie, moglibyśmy dojść do absurdalnych, rasistowskich wniosków w stylu: najbardziej trzeba oszczędzać Kaszubów, trochę mniej Norwegów, a ochroną Chińczyków na razie nie potrzeba zawracać sobie głowy. Nie mówiąc już o tym, że oprócz gradacji wartości życia według kryterium częstości występowania, należałoby dodać akceptację na zabijanie w zasadzie motywowane przyzwyczajeniem do określonego stylu życia (zarabiania na życie i konsumpcji).

No tak, aplikowanie takiego sposobu myślenia do ludzi powoduje dreszcze obrzydzenia. Natomiast do takiego myślenia o zwierzętach jako o zasobach, surowcu zdążyliśmy się przyzwyczaić. Czy przyzwyczajenie jest jednak dobrym uzasadnieniem? Tradycja eksploatacji ludzi, m.in. niewolnictwa, też ma długą brodę, ale nie zyskuje dzięki niej legitymizacji. Dlatego stosunek do zwierząt jak do zasobów trzeba przemyśleć, szczególnie jeśli zdamy sobie sprawę, że oprócz ludzi są jedynymi istotami na Ziemi zdolnymi do cierpienia, podatnymi na krzywdę. To kryterium odróżnia je w zasadniczy sposób od węgla, ropy naftowej, sosny czy dębu. Popierając tak formułowaną ochronę środowiska, popieramy szowinizm gatunkowy, tyle że w wydaniu oszczędnościowym: Marian, ogranicz konsumpcję pstrągów tęczowych, żeby twoje dzieci miały szansę nacieszyć się ich konsumpcją.

Jesteśmy też przyzwyczajeni, kulturowo wdrożeni od dziecka, do korzystania z eksploatacji zwierząt specjalnie w tym celu hodowanych na mięso, skóry, wełnę i futra oraz dla mleka i jajek. Do tego rodzaju eksploatacji szczególnie pasuje definicja „«maksymalne wykorzystanie kogoś albo czegoś» oraz wykorzystywanie czegoś w sposób racjonalny” (choć z racjonalnością należałoby tutaj trochę podyskutować). Hodowla polega na maksymalizacji wykorzystania. Należy w jak najkrótszym czasie, z wykorzystaniem jak najmniejszej ilości energii i jedzenia wyhodować jak największe kurczęta, które przełożą się w rzeźni na jak największą ilość mięsa. Należy od każdej krowy uzyskać jak największą laktację, tak by coraz mniej krów produkowało coraz więcej mleka. Należy tak podkręcić owulację u kur, żeby pracowała na jak najszybszych obrotach, produkując zawrotną jak na ptaka liczbę jaj rocznie. Kury są tanie, można je łatwo wymieniać, wysyłając „zużytą” partię do rzeźni, kupując partię nowych. Wystarczy, by oszalała owulacja trwała rok, dwa lata. Wystarczy, by odpowiednio duży odsetek zwierząt wytrzymał do końca cyklu produkcyjnego. Pozostałe mogą poumierać, to i tak się opłaca. Nazywam to eksploatacją w podobnym znaczeniu do eksploatacji ludzi w krajach trzeciego świata. Wspólnym mianownikiem jest przedmiotowe traktowanie i krzywda.

Racjonalność hodowli wydaje się opierać na dwóch filarach – maksymalizacji produkcji (nic nie ma się zmarnować: zadbamy o to, by sprzedać mleko, zabić cielęta na cielęcinę, a zużytą krowę mleczną przerobić na mięso i jej skórę na buty i torebki) i traktowaniu zwierząt jak surowce i maszyny, a więc poddaniu niesfornej natury uniformizacji dzięki selekcji hodowlanej, a następnie wykorzystywanie zwierząt zgodnie z „przeznaczeniem”. Podręczniki dla hodowców, uczelnie kształcące przyszłych rolników pomagają oceniać i traktować zwierzęta właśnie pod kątem parametrów i „użytkowania”. Racjonalny proces musi oczywiście być emocjonalnie neutralny, w czym w sukurs przychodzi język: żywiec rzeźny, mleczność krów, nieśność kur, wydajność, brakowanie (sprzedaż do rzeźni zwierząt np. niepłodnych krów), ubój.

Nieracjonalne w tym antropocentrycznym układzie jest dla hodowcy ponoszenie kosztów leczenia przekraczających zyski, czy trzymanie zwierząt niedochodowych. Nieracjonalne jest dla obywatela  czy obywatelki wychodzenie poza szowinistyczny paradygmat poprzez zadawanie pytań: czy mamy prawo zadawać cierpienie i zabijać skoro tego nie musimy robić? Dlaczego płacimy za krzywdzenie i zabijanie, skoro możemy żyć na diecie roślinnej? Czym zawiniła świnia, że spokojnie przytakujemy, gdy jedzie do rzeźni? Nieracjonalne ma być to, co mogłoby zbliżyć nas do zwątpienia, do zakwestionowania eksploatacji zwierząt, do zdania sobie sprawy z faktu, że nigdy nie zrobilibyśmy własnemu psu tego, za co płacimy w odniesieniu do świni, krowy czy kury. Nikt jednak nie chce być nazywany nieracjonalnym więc trzymamy dyscyplinę niezadawania niewygodnych pytań.


Nie lubimy jednak słowa „eksploatacja”, kiedy po prostu robimy zakupy na obiad. Ono jest takie duże i jakby na wyrost. Nie pasuje do zwykłego wózka, który pchamy przed sobą w supermarkecie i do ładnych opakowań parówek, mleka czy jajek. My zwykli obywatele jak moglibyśmy mieć coś wspólnego z eksploatacją zwierząt. Przecież my zwierzęta lubimy, a nawet kochamy. A jednak, nie wybierając weganizmu, wybieramy właśnie to: eksploatację zwierząt. Choć produkty takie jak warzywa, owoce, makaron, ryż, nieskórzane buty, swetry niezawierające wełny, czy kurtki bez futrzanych obszyć są na wyciągnięcie ręki. 


niedziela, 4 września 2016

Wegetarianizm i weganizm: wspólne korzenie, różny mianownik

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Trochę historii
Zacznę od początku. Od początku weganizmu i kontekstu, w jakim się rozwinął. W 1847 roku w Anglii powstało The Vegetarian Society, którego celem była promocja wegetarianizmu definiowanego jako powstrzymanie się od jedzenia mięsa, a ściślej rzecz ujmując  - jako powstrzymanie się od jedzenia zwierząt: nie tylko ssaków i ptaków ale także ryb i innych zwierząt wodnych i lądowych. Powody niejedzenia zwierząt były różne, ale, co dla weganizmu istotne, obejmowały również współczucie wobec zwierząt. 

To właśnie kwestia etycznego stosunku wobec zwierząt sprawiła, że już w latach 1909-1912 na łamach The Vegetarian Messenger wydawanym przez The Vegetarian Society, dyskutowano o tym, czy wegetarianie powinni jeść nabiał i jajka. Dyskusja odnowiła się po I Wojnie Światowej, a w 1943 roku, na zebraniu The Vegetarian Society, niejaki Donald Watson przedstawił wykład przeciwko jedzeniu nabiału, który następnie opublikowano w The Vegetarian Messenger. Kiedy Donald Watson i podobnie myśląca Elsie Shrigley zaproponowali utworzenie podgrupy wegetarian niejedzących produktów odzwierzęcych, The Vegetarian Society odmówiło twierdząc, że organizacja powinna skupiać się na propagowaniu niejedzenia mięsa. Watson, Shrigley i cztery inne osoby, które już parę lat wcześniej odrzuciły jedzenie nabiału i jaj, założyły więc osobne towarzystwo, nadając swojej filozofii i stylowi życia nazwę „veganism” a siebie nazywając „vegan”. Komentując nową nazwę, Watson stwierdził, że weganizm miał swój początek w wegetarianizmie ale był też naturalnym wnioskiem, który z wegetarianizmu należało wyciągnąć.
O co chodzi w weganizmie?
Jak zdefiniowano weganizm w latach 40. XX wieku, już po utworzeniu The Vegan Society? Bardzo prosto, w sposób, który rzeczywiście oddaje ducha tej filozofii i praktyki życiowej. Jeden z założycieli, Leslie J. Cross, powiedział, że weganizm to „emancypacja zwierząt polegająca na wyzwoleniu ich z eksploatacji z rąk człowieka”. Później dodano, że „celem weganizmu jest zakończenie wykorzystywania zwierząt przez człowieka dla produkcji żywności, innych towarów, a także zakończenie wykorzystywania zwierząt do pracy, wiwisekcji, koniec polowania na zwierzęta i wszelkich innych sposobów wykorzystywania, które są eksploatacją zwierząt przez człowieka”.
W 1976 roku, kiedy Towarzystwo zostało zarejestrowane jako organizacja charytatywna, powstała definicja, którą The Vegan Society posługuje się do dziś: "Weganizm to filozofia i sposób życia, który stara się wykluczyć - w stopniu w jakim jest to możliwe i wykonalne - wszystkie formy eksploatacji i okrucieństwa wobec zwierząt w związku z produkcją żywności, ubrań czy w jakimkolwiek innym celu; co za tym idzie weganizm promuje rozwój i wykorzystywanie alternatyw wolnych od składników odzwierzęcych i niezwiązanych ze zwierzętami, które są korzystne dla ludzi, zwierząt i środowiska."
Reasumując, weganizm to sprzeciw wobec eksploatacji zwierząt. Jak wykazali już pierwsi weganie, jeszcze przed erą ferm przemysłowych, produkcja mleka i jajek jest także formą eksploatacji zwierząt.
Ale przecież …
Ale pierwsi weganie zaczęli od wegetarianizmu – powiedzą z satysfakcją weganie, którzy sentymentem darzą czas, kiedy byli wegetarianami, albo wegetarianie, którzy chcą dowartościować swój status quo (odsuwając przejście na weganizm w bliżej nieokreśloną przyszłość lub w ogóle nie biorąc tego pod uwagę). Tak, pierwsi weganie najpierw byli wegetarianami. Byli pierwszymi osobami, które nie jedząc mięsa zdały sobie sprawę z arbitralności swojego wyboru. Skoro w niejedzeniu mięsa kierował nimi szacunek wobec zwierząt, zwrócili uwagę na fakt, że jedzenie nabiału i jaj temu szacunkowi zaprzeczało. Przestali więc konsumować te produkty i założyli The Vegan Society, żeby promować filozofię szacunku wobec zwierząt i styl życia zgodny z tą filozofią. Nigdy więcej nie obejrzeli się za siebie, nie snuli nostalgicznych opowieści o tym jak to kiedyś byli wegetarianami. Nie polecali nikomu wegetarianizmu właśnie dlatego, że wiedzieli, że – brutalnie rzecz ujmując – nie ma etycznego sensu odrzucać wołowinę i cielęcinę, a pić mleko, odmawiać jedzenia rosołu z kury a jeść jajka, nie jeść jagnięcia, ale kupować owczy ser i wełniane swetry. To trochę tak, jakby nie płacić za cyrk z tygrysami, ale iść do cyrku z wielbłądami. Albo jeszcze lepiej: nie kupić skóry z wielbłąda, ale iść do cyrku który wykorzystuje tego wielbłąda za życia i jest gotowy sprzedać go na mięso i skórę jak tylko jego stare kości, mięśnie i ścięgna przestaną dawać radę na arenie. Owszem, mięso najbardziej i najłatwiej kojarzy się z krzywdzeniem zwierząt, ale jest tylko jedną z form eksploatacji zwierząt.
Żonglerka etykietami
Kiedy rezygnujemy z rozmowy o etycznych powodach wyborów związanych ze stosunkiem do zwierząt, wrzucamy wegetarianizm i weganizm do jednego worka, a następnie zawartość worka rozsypujemy na stole kuchennym, wokół którego zaczynamy rozmawiać o diecie, to popadamy w pozbawione etycznego sensu żonglowanie etykietami i produktami. Nie je mięsa, bo jest wegetarianinem; nie je produktów odzwierzęcych, bo jest weganinem; je mięso, bo nie jest wegetarianinem. Może zjeść zupę zabielaną krowią śmietaną, bo jest wegetarianinem; nie może zjeść tej zupy, bo jest weganinem. Nie może zjeść tego sera żółtego z naturalną podpuszczką z cieląt, bo jest wegetarianinem. Może zjeść jogurt z krowiego mleka, bo jest wegetarianinem. Ta żonglerka relatywizuje kwestię stosunku do eksploatacji zwierząt i samą eksploatację. Eksploatacja zwierząt staje się czymś etycznie neutralnym jak noszenie spodni, a stosunek do eksploatacji staje się zatem kwestią preferencji tak jak preferencja do noszenia spodni. Analogiczna dyskusja w odniesieniu do spodni wygląda tak: Nie nosi spodni, bo jest zwolenniczką spódnic, nie nosi spodni i spódnic, bo jest zwolenniczką wyłącznie sukienek; nosi spodnie, spódnice i sukienki, bo lubi każdego po trochu. Spodnie, spódnica czy sukienka – co kto woli. Wegetarianizm, weganizm, dieta tradycyjna – co komu bardziej smakuje.

Świadomy wybór
Dlatego refleksja nad przyczynami wyborów, które składają się na nasz styl życia, pozwala, by wybory te były bardziej świadome. Rozpoznamy wtedy czym dyktowane są nasze wybory: tradycją rodzinną lub religijną, kulturą, w której wyrośliśmy, czy samodzielnymi przemyśleniami na temat stosunku do innych ludzi i zwierząt? Zazwyczaj takie wybory to melanż naszej samodzielności, presji społecznej i naszego konformizmu/non-komformizmu. Są rzeczy mało istotne, które możemy po prostu sobie odpuścić i poddać się presji rodziny lub grupy. Ale są rzeczy ważne, które np. tradycja rodzinna czy kultura przedstawia jako mało istotne, lub dopuszcza dużą dawkę hipokryzji pozwalającej na dobre deklaracje i złą praktykę. Tak jest właśnie w przypadku stosunku do zwierząt: z jednej strony większość zgadza się z zasadą, że nie należy zadawać niepotrzebnego cierpienia (zarówno ludziom jak i zwierzętom), a z drugiej strony większość korzysta z eksploatacji zwierząt jedząc produkty odzwierzęce (mięso, nabiał i jajka) i nosząc ubrania ze zwierząt (skórę, wełnę; futro noszone jest rzadziej).
Nie zadawać niepotrzebnego cierpienia
Zgadzamy się z zasadą, że zadawanie niepotrzebnego cierpienia i śmierci jest etycznie bardzo trudne do obrony, choć wiemy też bardzo dobrze, że zadawanie cierpienia i śmierci jest w naszym życiu nieuniknione. Zasadę tę większość z nas stosuje, kiedy mamy bezpośrednią styczność ze zwierzętami, nawet jeśli są to owady, co do których nie ma przekonujących dowodów, że są zdolne do cierpienia. Kiedy ktoś idzie chodnikiem i zobaczy żuka lub biedronkę, specjalnie zrobi większy lub mniejszy krok, żeby uniknąć nadepnięcia owada. Sprawy komplikują się oczywiście, kiedy jedziemy na rowerze, prowadzimy samochód lub przemieszczamy się autobusem. Jednak  komplikacja spowodowana nieuniknionością zabicia owadów w takich okolicznościach nie powstrzymuje nas przed robieniem dziwnych kroków na chodniku. Trudność osiągnięcia 100 procent normy nie przekłada się na popadnięcie w nihilizm. Sprawa ma się podobnie w wielu innych przypadkach. Ratujemy psa ze schroniska wiedząc, że nie uratujemy wszystkich psów. Staramy się dobrze nim opiekować i leczyć wiedząc, że nie zawsze będziemy w stanie mu pomóc – nie każdą chorobę zauważymy wystarczająco wcześnie, nie każdą będziemy w stanie wyleczyć.
Gorzej nam idzie ze stosowaniem zasady niezadawania niepotrzebnego cierpienia, gdy nie mamy bezpośredniej styczności ze zwierzętami, które są wykorzystywane i zabijane w produkcji mięsa, nabiału, jajek, skóry, wełny czy futra. Jest tak między innymi dlatego, że przyzwyczajono nas do korzystania z tych produktów zanim nauczyliśmy się mówić, czytać, pisać, krytycznie myśleć i zdobywać wiedzę. A jednak płacenie za te produkty łamie zasadę niezadawania niepotrzebnego cierpienia. Dlaczego? Hodowanie zwierząt w celu uzyskania tych produktów niewątpliwie wiąże się z cierpieniem fizycznym i psychicznym.
Cierpienie fizyczne wynika zarówno z warunków życia, w których zwierzęta doświadczają głodu, pragnienia, bólu jak i z selekcji hodowlanej, która deformuje anatomię i fizjologię. Dostęp do wody i jedzenia szczególnie u małych zwierząt trzymanych w dużych grupach zależy od tego, czy zwierzęciu uda się dostać do pokarmu czy poidła. Śmierć pewnego odsetka zwierząt wynikła z zagłodzenia, nieleczonych ran, złamań kończyn czy agresji innych zwierząt i jest wliczana w koszty produkcji. Wielu obrażeń czy chorób się nie leczy, bo to się nie opłaca, a także dlatego, że nawet gdyby ktoś zechciał to robić, byłoby to niewykonalne np. przy fermie trzymającej parędziesiąt większych czy parę tysięcy mniejszych zwierząt. Wszystko jest podporządkowane opłacalności produkcji, w tym selekcja hodowlana. Do rzeźni jadą ledwo trzymające się na nogach sześciotygodniowe kurczęta o gigantycznej jak na swój wiek posturze. Krowy, których laktacja jest dziś trzy razy większa niż sto lat temu, cierpią często na zapalenie wymion, których ciężar i rozmiar utrudnia chodzenie. W wieku 4-5 lat krowy, których laktacja się zmniejszyła, lub które nie mogą już zajść w ciążę także jadą do rzeźni.  Ubojnie kupują również roczne lub dwuletnie kury wyczerpane nieustanną owulacją, której wynikiem jest składanie 200-300 jaj rocznie. Dla porównania, dziki przodek tych ptaków składał jaj tyle ile potrzebował do przedłużenia gatunku: paręnaście rocznie. 
Zwierzęta cierpią też psychicznie nie mogąc nawiązywać relacji społecznych jakie są im potrzebne (świnie uwięzione w kojcach porodowych), lub gdy są odrywane od swoich bliskich (cielę od swojej matki parę godzin po porodzie) lub przeciwnie, gdy przebywają w zbyt dużej grupie i tłoku (kury na fermach klatkowych i bezklatkowych) lub w pobliżu innych osobników, gdy tak naprawdę potrzebny jest im samotniczy tryb życia (np. norki amerykańskie).
Całe to cierpienie i zabijanie jest niepotrzebne, bo nasze potrzeby, które dzięki takiemu zapleczu cierpienia spełniamy mogą być albo spełnione inaczej, albo nie są w ogóle potrzebami. Tak, potrzebujemy jeść i pić, potrzebujemy, żeby jedzenie miało wartościowe składniki odżywcze. Potrzebujemy ubrań. Jednak wszystkie te potrzeby możemy spełnić bez hodowania w tym celu zwierząt. Tak jak nie potrzebujemy mięsa, tak też nie potrzebujemy mleka czy jaj. Tak jak nie potrzebujemy futer, tak też nie potrzebujemy  skór i wełny. Największe na świecie stowarzyszenie dietetyków Academy of Nutrition and Dietetics (wcześniej: American Dietetic Association) potwierdza na podstawie rosnącej liczby badań, że dietą roślinną z dodatkiem suplementu B12 jesteśmy w stanie sprostać naszym potrzebom żywieniowym. Co więcej, dobrze ułożona dieta roślinna będzie służyć zdrowiu, pomagać leczyć niektóre choroby; będzie też profilaktyką chorób cywilizacyjnych takich jak cukrzyca czy choroba niedokrwienna serca. Spieszę dodać, że każdą dietę trzeba dobrze ułożyć. Źle ułożone diety zawierające produkty odzwierzęce stoją za plagą chorób cywilizacyjnych i, jak widać, powodują nie tylko niepotrzebne cierpienie zjadanych zwierząt i tych hodowanych dla mleka czy jajek, ale przyczyniają się do równie niepotrzebnego cierpienia ludzi stosujących takie diety. 
Nie zabijać niepotrzebnie
Ponieważ temat zabijania jest często pomijany, gdy koncentrujemy się tylko na tym w jakich warunkach zwierzęta żyją, uważam, że trzeba omówić go osobno. Jakby nie było, zabicie jest krzywdą i to nieodwracalną. Jak zabijanie ma się do do mięsa, mleka, jaj, skór, wełny i futer? Związek jest oczywisty w przypadku mięsa i futra. Nie ma mięsa, dosłownie, dopóki zwierzę nie zostanie zabite. Do tego czasu późniejsze mięso to po prostu mięśnie, których zwierzę używa do poruszania się, które może napinać i rozluźniać zgodnie z własną wolą; mięśnie, które tworzą układ mięśniowy. To także tkanka tłuszczowa, przylegająca do mięśni. Późniejsze mięso, to też organy wewnętrzne, np. żołądek, który zajmował się trawieniem pokarmu, jelita, w których następowało wchłanianie składników pokarmowych, wątroba, która filtrowała krew, serce, które biło w klatce piersiowej. Późniejsze mięso to też kości kończyn, żebra z tkanką mięśniową. Jeśli chodzi o futro, to pamiętam, że będąc dzieckiem myślałam, że je się strzyże, ale nie. Okazuje się, że zdziera się je razem ze skórą z norki czy lisa. Bez futra da się żyć, ale bez skóry już nie. Mówię oczywiście o tych zwierzętach i o świniach, krowach i cielętach, z których także zdziera się skóry. Jest futro – była śmierć. Jest skóra – kogoś zabito.
A mleko? Przecież leci z wymienia bez zabijania. Tak, nie trzeba zabić, żeby wydobyć mleko i na tym kończą się rozważania niejednego wegetarianina. Ale co trzeba robić, żeby produkować mleko i sprzedawać je w cenie produktu codziennej konsumpcji a nie w cenie złota? Trzeba hodować krowy zmienione selekcją hodowlaną w taki sposób, że ich organizmy produkują gigantyczne ilości mleka. Trzeba wcześnie zacząć je zapładniać i po porodzie odbierać im dzieci. Trzeba zabijać cielęta płci męskiej na cielęcinę i odchowywać cielęta płci żeńskiej na kolejne dojne krowy. Niedługo po porodzie trzeba znowu zapładniać, żeby laktacja szła za laktacją. Trzeba sprzedawać do rzeźni, kiedy krowa będzie miała mniej mleka, lub gdy będzie chora, nieopłacalna, lub gdy będą problemy z zajściem w ciążę. Trzeba zabijać, bo bez tego w koszt mleka trzeba by wliczyć utrzymanie kolejnych byczków, niepłodnych krów, utrzymanie tych wszystkich zwierząt i leczenie ich aż do śmierci. Tak, jeśli laktacja ma być utowarowiona, jeśli ma być produktem, dawać radę konkurencji, to zabijanie wpisuje się w plan działania. Zabijanie jest tu zaplanowane, dzieje się z premedytacją, jest nieodłączną częścią produkcji mleka. Analogiczne mechanizmy rządzą produkcją jajek.
Odrzucić eksploatację zwierząt
Dyskusje na temat etyczności jedzenia nabiału i jajek zaczęły się w The Vegetarian Society już na początku XX wieku, a więc parędziesiąt lat przed rozwojem przemysłowej hodowli. Zauważono więc nie intensyfikację cierpienia, ale po prostu niepotrzebne cierpienie. Zauważono, że produkcja nabiału i jaj, jest formą eksploatacji zwierząt tak jak produkcja mięsa. Zauważono wreszcie, że kury hodowane dla jajek i krowy hodowane dla mleka także są zabijane w związku z tą formą eksploatacji. Grupa, która postanowiła wziąć te obserwacje na poważnie, założyła nową organizację, nadała nową nazwę filozofii emancypacji zwierząt polegającej na wyzwoleniu z eksploatacji z rąk człowieka (tak, to właśnie pierwsza definicja weganizmu). The Vegetarian Society pozostało przy arbitralnym odrzuceniu tylko mięsa.
Niewątpliwie weganizm i wegetarianizm mają wspólne korzenie, ale nie mają wspólnego mianownika. Tylko weganizm polega na odrzuceniu eksploatacji zwierząt. Wegetarianizm przywodzi na myśl osobę, która chcąc mieć pełny obraz rzeczywistości postanowiła otworzyć tylko jedno oko. Z kolei jedzenie produktów odzwierzęcych przez ludzi, którzy teoretycznie zgadzają się z zasadą, by nie zadawać niepotrzebnego cierpienia jest patrzeniem na rzeczywistość przez pryzmat wyobrażeń i życzeń ale z zamkniętymi oczami. Co stoi na przeszkodzie, żeby otworzyć obydwoje oczu?


Chcesz wiedzieć więcej?

-O traktowaniu zwierząt jakby były towarem przeczytasz dużo na portalach takich jak farmer.pl, ppr.pl 
-Polecam też podręczniki chowu i hodowli zwierząt. Ich anatomia, fizjologia, karmienie, rozmnażanie itp. podporządkowane uzyskiwaniu określonych produktów w szybki i oszczędny sposób, umożliwiając zarabianie.
- Stanowisko Amerykańskiego Stowarzyszenia Dietetyków (obecnie Academy of Nutrition and Dietetics) na temat diet wegetariańskich (w tym wegańskiej) (link)
- O historii The Vegan Society + długi wywiad z nieżyjącym już Donaldem Watsonem, który był prezesem tej organizacji (link)

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Stereotypy o weganizmie: weganizm jest trudny

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Kiedy tylko Stefan otworzył oczy, oblał go zimny pot. To miał być kolejny dzień walki. Heroicznej – dodajmy - walki z apetytem na kurczaka. Walczył tak od dziesięciu lat, odpychając kolejne pokusy. Uciekał przed widokiem mięsa, szerokim łukiem omijał dział jogurtów i serów. W nocy dręczyły go jajecznicowe koszmary. Ale trwał na posterunku. Siła woli była jego tarczą. Smagany pragnieniem boczku, sera żółtego i kefiru tęsknił, ale nie dawał za wygraną. Czy tak wegan postrzegają nieweganie mówiąc: „Ja cię podziwiam, bo ja bym tak nie mógł”?

Karykatura karykaturą, ale wśród niewegan panuje przekonanie, że weganizm jest trudny, bo ma wymagać codziennych wyrzeczeń: weganin Stefan codziennie ma odmawiać sobie produktów odzwierzęcych, które przecież tak bardzo lubił. Ma to przypominać powtarzany w nieskończoność eksperyment z białym niedźwiedziem.  Badacz mówi uczestnikowi eksperymentu: „Masz jedno zadanie - nie myśl o białym niedźwiedziu." I o czym uczestnik będzie teraz myślał przede wszystkim? Jeśli porównalibyśmy weganizm z dietą odchudzającą,  to skoro kogoś, kto się odchudza dręczą wizje czekolady i frytek, weganina na pewno prześladuje smak i zapach ulubionych dań z mięsa, nabiału i jaj.

W tym stereotypie jest ziarno prawdy, ale … tylko ziarno. Przedstawiony obraz weganizmu jest niepełny i zniekształcony. Czego w nim brakuje i co jest przekręcone?

Po pierwsze, dieta roślinna jest tylko częścią weganizmu. Patrząc całościowo, weganizm definiuje się jako postawę szacunku wobec wszystkich zwierząt (poza prostymi organizmami niezdolnymi do odczuwania, takimi jak koralowce). Szacunek ten zdecydowanie wychodzi poza krąg zwierząt domowych. Oczywisty dla większości sprzeciw wobec krzywdzenia psa czy kota rozciąga się po prostu na zwierzęta, które nasza kultura niespecjalnie bierze pod uwagę. Weganizm jest postawą, która łączy poglądy z praktyką podobnie jak szacunek wobec psa łączy sprzeciw wobec krzywdzenia psa z niekrzywdzeniem go. Szacunek nie odnosi się do dokonań, ale do zdolności do odczuwania bólu i do cierpienia. Szacunek wyklucza przemoc, albo bardzo ją utrudnia: możemy mieć opory nawet, kiedy mamy uderzyć w samoobronie. 

Kiedy zdamy sobie sprawę, że krzywdzenie świni, kury czy krowy jest tak samo złe jak krzywdzenie psa, jesteśmy już weganami w sferze poglądów. Dołączenie do tego zachowania, które odzwierciedla te poglądy jest czymś logicznym, zrozumiałym i pożądanym i powinno być tylko kwestią czasu (niezbyt długiego). Oczywiście brak odpowiednich przyzwyczajeń sprawia, że musimy szereg rzeczy na nowo zorganizować, albo przeorganizować, ale jeśli uważamy to za słuszne, to etyczna motywacja pomoże nam szukać i znaleźć odpowiednie rozwiązania. 

Istnieją badania, które podpowiadają, że motywacja etyczna pozwala podtrzymać nasze nowe zachowanie dłużej niż bardziej chwiejne motywacje dietetyczne. Stefan, który przeszedł na weganizm chcąc być fair wobec zwierząt będzie weganinem dłużej (mamy nadzieję, że na dobre), niż Jola, która szuka diety do budowania tkanki mięśniowej czy Marek, która wypróbowuje, która dieta najłatwiej pozwoli mu utrzymać szczupłą, chłopięcą sylwetkę. Wreszcie psychologia pozytywna mówi, że jesteśmy bardziej szczęśliwi żyjąc w zgodzie z naszymi wartościami, a większość z nas nie chce przecież świadomie zadawać zwierzętom cierpienia.
Weganizm to nie tylko dieta, a więc co jeszcze? Szacunek wobec zwierząt skłania nas także do noszenia ubrań, które nie są zrobione ze skóry, wełny futra czy jedwabiu. W drogerii wybieramy kosmetyki i środki czystości niezawierające produktów odzwierzęcych i nietestowane na zwierzętach. Wybierając rozrywkę omijamy cyrk ze zwierzętami, delfinaria, ogrody zoologiczne. Jeździmy na rowerze zamiast na koniach, słoniach czy wielbłądach. Tak jak nie wyobrażaliśmy sobie dotąd jedzenia psów czy noszenia futra z kota, podobnie odnosimy się do produktów z innych zwierząt. Niektórzy mówią, że to nie ma sensu, bo produkty z rzeźni znajdziemy też w asfalcie, gumie i farbach, a lekarstwa są testowane na zwierzętach. To jednak trochę tak, jakby mówić, że nie ma sensu być fair wobec ludzi tam, gdzie to możliwe, skoro zawsze znajdą się produkty wytworzone kosztem wyzysku ludzi w krajach rozwijających się. Tam, gdzie mamy wybór, dokonujmy dobrych wyborów. 

Weganin Stefan odganiający rok za rokiem pokusę boczku, żółtego sera czy kefiru to zniekształcony obraz weganizmu. Stefan nie musi cały czas używać silnej woli nie tylko dlatego, że świnia, krowa czy kura nie różni się dla niego od psa. Jest też tak dlatego, że zachowania, które wykonujemy codziennie, a więc na przykład to, co jemy na śniadanie, obiad czy kolację są nawykami żywieniowymi. Weganin przechodząc na dietę roślinną faktycznie na początku będzie robić rzeczy nowe i będą one wymagać większego wysiłku umysłowego, podobnie jak wybranie nowej trasy z pracy do domu, ale po jakimś czasie, to co nowe stanie się „stare” i wejdzie w nawyk. Wtedy nie będzie wymagać większego myślenia, niż to, co robiliśmy wcześniej.
Reporter gazety New York Times zebrał najważniejsze badania dotyczące nawyków i napisał bestseller przetłumaczony na 31 języków pt. „Siła nawyku”.  Rozbiera w niej nawyk na czynniki pierwsze opisując tak zwaną pętlę nawyku. Nawykowe zachowanie rozpoczyna się wskazówką (może nią być pora dnia), która zachęca nas do podjęcia nawykowego zachowania, a kończy się nagrodą, dla której to zachowanie było zrealizowane. W przypadku jedzenia wskazówką może być właśnie pora dnia, zachowaniem będzie oczywiście jedzenie, a nagrodą – tu możemy się zdziwić – mogą być bardzo różne rzeczy. Najbardziej oczywiste to zaspokojenie głodu, czy zjedzenie czegoś smacznego, ale także dbanie o zdrowie, odstresowanie się, zrelaksowanie się, spędzenie czasu z rodziną czy przyjaciółmi.

Wszystkie te „nagrody” możemy osiągać na diecie roślinnej, warto sobie tylko uświadomić po co w danej chwili sięgamy po jedzenie. Planując dietę roślinną powinniśmy więc znaleźć produkty lub dania, które są sycące, smaczne, zdrowe, przypominają nam nasze „comfort food”, mogą posmakować naszym bliskim czy zaimponować znajomym.  Nie muszą być wszystkim naraz, bo nie zawsze chcemy, żeby spełniały wszystkie te warunki. Sycąca kanapka z hummusem nie musi nadawać się na instagrama, a pyszny koktajl nie musi być równocześnie sycący, i tak dalej. Podobnie rzecz się ma z ubraniami – co innego do uprawiania sportu, co innego do pracy, co innego na uroczysty ślub.
Ponieważ na początku możemy być wciąż pod wpływem starych nawyków, które w momencie wystąpienia wskazówki (określona pora dnia czy napad głodu) mogą dawać o sobie znać, w uczeniu się nowych nawyków bardzo pomoże nam planowanie. A więc na początku faktycznie włożymy trochę pracy, ale potem nasze nowe nawyki będą jak dobrze dopasowane buty (oczywiście nie ze skóry). Jeśli więc wiem, że w ciągu dnia lubię zjeść coś słodkiego, zaplanuję sobie wcześniej słodkie przekąski (np. daktyle, czy gorzką czekoladę). Jeśli wiem, że na obiad chcę zjeść coś bardzo sycącego, zaplanuję i ugotuję lub kupię wypróbowane wcześniej dania. 
Tak więc to, co nieweganom wydaje się trudne, w rzeczywistości stając się nawykiem robi się proste, wręcz automatyczne. Jest jednak inna rzecz, na którą warto zwrócić uwagę. Są to relacje z otoczeniem. Ludzie na wieść o weganizmie Stefana zachowują się różnie. Starzy znajomi się przyzwyczaili, w końcu jest jaki jest już od 10 lat. Niektórzy dzięki niemu też przeszli na weganizm. Są też tacy, którym to przeszkadza – albo nie lubią odmienności, albo obecność Stefana wzbudza poczucie winy, albo mają jeszcze inny powód, którego nie odkryją przed Stefanem. Mogą zachowywać się bardzo uprzejmie albo bardzo nieuprzejmie, czasami złośliwie, czasami protekcjonalnie ("ten Stefan to strasznie wrażliwy"). Właśnie w relacjach międzyludzkich jest czasem więcej trudności niż w zmianie jednych nawyków na inne. Polecam spotkanie z psycholożką Joanną Bylinką-Stoch, które zorganizowało Stowarzyszenie Empatia pt. "Jak być weganinem wśród niewegan?”. Oprócz, dobrej, etycznej motywacji, zwiększonego planowania na samym początku, przyda się nam dawka wiedzy i pozytywnego nastawienia.

Chcesz wiedzieć więcej?
  1. Dietetyczka Virginia Messina o zbawiennym wpływie motywacji etycznej na trwałość przejścia na dietę roślinną (tłumaczenie na język polski na blogu Empatii - link)
  2. Wystąpienie Charlesa Duhigga, autora bestselleru "Siła nawyku" na TED talk (16 minut - link
  3. Kwestia (wegańskiego nawyku), Magda Ulinowicz - recenzja "Siły nawyku" (link)
  4. Mały diagram - jak wykształcać trwałe nawyki (znowu Charles Duhigg) (link
  5. Spotkanie z psycholożką Joanną Bylinką-Stoch "Jak być weganinem wśród niewegan?". Miałam przyjemność współprowadzić i przygotować to spotkanie z Joanną Andrusiewicz. (link)


poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Nie tylko Harambe

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Goryl Harambe zginął naprawdę. 28 maja 2016 roku, na wybiegu ogrodu zoologicznego w Cincinnati. Jednak ogrom reakcji, szczególnie w internecie, dodał tej śmierci wymiaru symbolicznego. Śmierć Harambe symbolem jest jednak niejednoznacznym. Dla jednych smutek i złość z nią związane mówią o ludzkiej fascynacji dzikimi zwierzętami, która czasem (tylko czasem) kosztuje życie zwierzęcia. Dla innych smutek i złość świadczą o ludzkiej dominacji nad dzikimi zwierzętami, która regularnie odbywa się kosztem zwierząt (śmierć Harambe jest tu tylko ekstremalnym przykładem takiego “kosztu”), więc należy tylko zmodyfikować funkcjonowanie ogrodów zoologicznych. Dla części fascynatów zoo, śmierć Harambe kosztem uratowania dziecka była okazją do hejtu skierowanego przeciwko “złej” matce chłopca, a nawet przeciwko nieobecnemu na miejscu zdarzenia ojcu. 

Ponieważ medialne śmierci ikonicznych zwierząt dzieją się w kontekście niemedialnych rzeźni odbierających życie miliardom zwierząt nieikonicznych oraz w związku z faktem, że chłopiec i jego rodzice byli czarni, chcę postawić dodatkowe pytania:
Ilu spośród ludzi opłakujących śmierć goryla w zoo korzysta równocześnie z ogrodów zoologicznych, a ilu jest przeciwnych trzymaniu tam i rozmnażaniu dzikich zwierząt i dlaczego? 

W naszej pamięci, sięgającej dwa pokolenia wstecz (opowieści naszych dziadków i rodziców), ogrody zoologiczne są stałą częścią krajobrazu miejskiego. Można wręcz powiedzieć, że mieszkańcy miast, które nie mają zoo, z zazdrością patrzą na sąsiadów posiadających takie miejsce. Wiadomo, że jeśli chodziła babcia i mama, pójdę i ja. Formy rozrywki i spędzania wolnego czasu często się “dziedziczy” (i wzbogaca tym, co nowe) specjalnie się nad tym nie zastanawiając. A jeśli nas kto zapyta, zawsze mamy dyżurne racjonalizacje: edukacja  - bo na filmie to nie to samo, co zobaczyć słonia na żywo; i ochrona zagrożonych gatunków  -  zadowalamy się deklaracją dyrektorów ogrodów zoologicznych, nie pytając jaki odsetek zwierząt trzymanych w zoo kiedykolwiek trafi na wolność.
Amerykański etolog poznawczy Marc Bekoff podpowiada nam jak moglibyśmy w sposób nieszablonowy podejść do sprawy Harambe. Zamiast rozważać wte i wewte wysokość ogrodzenia, szczelność barierki, możliwość zastosowania środka usypiającego zamiast broni palnej, czy nieostrożność rodzica, Bekoff pyta “Po pierwsze dlaczego Harambe w ogóle był w zoo?” i proponuje zaprzestanie hodowli dzikich zwierząt, stopniowe zamykanie ogrodów zoologicznych i przerzucenie uwolnionych środków na ochronę środowiska naturalnego, gdzie zwierzęta żyją na wolności.

Ile spośród osób opłakujących śmierć Harambe na codzień korzysta z eksploatacji zwierząt, (której częścią jest przecież zabijanie) jedząc mięso, nabiał i jaja?

Nawet gdybyśmy dzięki zoo mieli porządną edukację (zamiast zwykłego zaspokojenia ciekawości), to warto się zastanowić jaką cenę mają za to płacić zwierzęta. Takie pytanie zadają przeciwnicy ogrodów zoologicznych zapominając niestety o kontekście, w jakim pada to pytanie. Większość osób, które chcą pokazać dziecku jak duży w rzeczywistości jest tygrys albo jak słoń macha trąbą, już odpowiedzieli sobie na inne pytanie: jaką cenę mają płacić zwierzęta za ich nawyki dotyczące jedzenia i ubierania się. Jedzą schabowe, na chleb kładą ser żółty, smażą jajecznicę. Noszą skórzane buty i wełniane swetry oraz kurtki obszyte futrem. No dobra, niektórzy zdecydowali się na sztuczne futerko w odpowiedzi na kampanie antyfutrzarskie, ale pozostałych nawyków nie zmienili. Pewnie warto zadać sobie pytanie na ile są to świadome, samodzielne wybory, a na ile “odziedziczony” sposób odżywiania się i ubierania. Pewnie łatwo jest uzmysłowić sobie, że te wybory nie wynikają z okrucieństwa. Niemniej te wybory świadczą o cichym (a czasem głośnym) przyzwoleniu na krzywdzenie zwierząt dla podtrzymania określonego stylu życia konsumentów i określonego sposobu zarabiania na życie hodowców, rzeźników, przetwórców i restauratorów. 

Przeciwnicy ogrodów zoologicznych mogą sami być nieweganami i dzielić zwierzęta na te lepsze (słonie, tygrysy, goryle, przede wszystkim gatunki zagrożone) i te gorsze (hodowane na mięso i dla mleka lub jaj krowy, świnie i kury). Zatem walczą o zamykanie ogrodów, bo współczują zamkniętym w nich zwierzętom i równocześnie korzystają z eksploatacji innych zwierząt, bo … są do tego przyzwyczajeni. 

Jeśli zaś weganie angażują się w publiczny sprzeciw wobec ogrodów zoologicznych, to mają do wyboru dwie drogi: albo zestawią krzywdę zwierząt w przemyśle rozrywkowym i spożywczym jako różne formy tego samego problemu, czyli eksploatacji zwierząt; albo będą udawać (na potrzeby tej kampanii), że szeroki kontekst powszechnej eksploatacji zwierząt nie istnieje i że ogrody zoologiczne są raczej wyjątkiem od reguły dobrego traktowania zwierząt przez społeczeństwo. Dopiero wtedy pytanie “czy edukacja dzieci ma się odbywać kosztem zwierząt w zoo” nabiera sensu. Usuńmy zoo, a edukacja dzieci będzie już przebiegać wzorowo z poszanowaniem zwierząt. A co ze szkolną stołówką serwującą mięso, nabiał i jajka? A co z rodzicami serwującymi w domu to samo? Nie, zoo nie jest wyjątkiem. Raczej wpisuje się w dobrze znaną regułę.  

Czarowanie rzeczywistości nie zmienia jej. Żyjemy w społeczeństwie, którego kultura jest głęboko szowinistyczna gatunkowo (zwierzęta pewnych gatunków traktujemy wyjątkowo źle tylko dlatego, że należą do tych gatunków – “bo to tylko świnia, nie pies”, “bo to tylko kura, nie kot”) i potrzebna jest zmiana paradygmatu, a więc na początek podważanie jego podstaw (tak jak podważa się rasizm czy seksizm). Dokoptowanie dzikich zwierząt z zoo do obecnej grupy “pupilów” (przede wszystkim psów i kotów) tylko wzmacnia jako “słuszną” zasadę dzielenia zwierząt na pupilów i grupę, którą można wykorzystywać i krzywdzić. Jako błąd wskazuje się wtedy tylko zaliczenie niektórych gatunków do niewłaściwej grupy. 

Ilu spośród ludzi złych na rodziców chłopca, który dostał się na wybieg Harambe, pochopnie oskarżyło ich o patologię rodzinną tylko dlatego, albo głównie dlatego, że rodzina ta była czarna? 

Obywatelka Cincinnati utworzyła petycję "Justice for Harambe" skierowaną do dyrektora zoo, w którym zginął Harambe oraz do służb zajmujących się ochroną dzieci w hrabstwie Hamilton. Trzy dni po wypadku było pod nią ponad 350 tysięcy podpisów, potem tempo podpisywania zwolniło, ale i tak liczba blisko 512 tysięcy osiągnięta wczoraj jest duża. Nie powiem "imponująca", bo ta petycja w ogóle mi nie imponuje. Wbrew zapewnieniom autorki, wygląda dokładnie jak polowanie na czarownice. Po pierwsze, oskarżenie pada wobec obydwojga rodziców, choć na miejscu zdarzenia była tylko matka z trójką pozostałych dzieci. Po drugie, oskarżenie jest nieuzasadnionym uogólnieniem: incydent jest od razu zaklasyfikowany jako zaniedbanie (a nie wypadek) i włączony w szerokie spektrum rzekomej patologicznej sytuacji w domu dziecka. Autorka petycji żąda zbadania środowiska rodzinnego, aby uchronić (sic!) dziecko i jego rodzeństwo (sic!) od dalszych (sic!) przypadków zaniedbania przez rodziców. Oświadczenie prokuratora hrabstwa Hamilton o odstąpieniu od postawienia zarzutów matce i pomyślna wizyta pracowników opieku społecznej zostały przyjęte przez autorkę petycji z niezadowoleniem! Przecież ona wiedziała od samego początku jak się rzeczy mają. Wielu zadaje pytanie czy kolor skóry oskarżanej rodziny miał znaczenie dla pochopności tego oskarżenia.
Przy okazji śmierci Harambe i niewątpliwie w związku z faktem, że chłopiec, który wpadł na wybieg goryla był czarny, pojawiło się też hasło All Lives Matter – szczególnie na internecie w postaci memów czy tweetów. Hasło to jako pierwszy wypowiedzieć miał w 2015 roku Martin O’Malley amerykański biały polityk działający na rzecz praw człowieka w odpowiedzi, czy też w kontrze, do ruchu Black Lives Matter powstałym w 2013 roku. Ruch Black Lives Matter zapoczątkowała działaczka społeczna Alicia Garza publikując na Facebooku “A love letter to black people” w odpowiedzi na kolejne uniewinnienie sprawcy zabójstwa nieuzbrojonego czarnego mężczyzny, właściwie nastolatka – 17-letniego Trayvona Martina w Sanford na Florydzie. Zabójca pełnił rolę strażnika obywatelskiego na chronionym osiedlu, a ofiara była gościem mieszkanki tego osiedla. 

W ostatnich latach w USA doszło do szeregu zabójstw nieuzbrojonych czarnych nastolatków i dorosłych, a sprawcami części z nich byli policjanci. Black Lives Matter jest ruchem sprzeciwu wobec brutalności policji wobec czarnych, profilowaniu etnicznemu przestępców, a więc przeciwko współczesnym formom rasizmu wobec czarnych. Black Lives Matter ma obecnie ponad 30 oddziałów w Stanach Zjednoczonych, a hasło “All Lives Matter” jest często odbierane jako niechęć do konfrontowania się z rasizmem wobec czarnych, jako schowanie go pod dywan poprzez wrzucenie do ogólnego worka z problemami trapiącymi ludzkość. Żadna analogia nie jest idealna, ale spróbuję mimo wszystko. Na polskim gruncie odpowiednikiem ruchu Black Lives Matter byłby ruch przeciwko przemocy domowej wobec kobiet, zaś ekwiwalentem kontrhasła “All Lives Matter” – stwierdzenie, że każdy może być ofiarą przemocy domowej (również mężczyzna).
Jeden z czarnych blogerów komentując to hasło w kontekście Harambe zatytułował swój artykuł “All Lives Matter When it’s a Black Gorilla, not a Black Man”. No właśnie. Tym bardziej więc prawa zwierząt powinny iść w parze z prawami człowieka, z wyczuciem wrażliwego kontekstu, jakim niewątpliwie w USA jest dyskryminacja czarnych obywateli i obywatelek.

Ilu spośród ludzi wściekłych na dyrekcję ogrodu zoologicznego, że zabiła, a nie uśpiła, goryla, żądałaby uśpienia, gdyby na wybiegu znalazło się ich dziecko? 

To pytanie pozostawię bez komentarza.
Walka o prawa zwierząt nie jest walką o wygodny i dobrze zabezpieczony wybieg dla hodowanych goryli. Nie jest też ustanawianiem hierarchii ważności życia zwierząt, gdzie na szczycie są zwierzęta należące do gatunków zagrożonych, potem zwierzęta domowe, a na końcu zwierzęta dzikie niezagrożonych gatunków i zwierzęta hodowane na mięso, skóry i futra czy dla mleka i jaj. Prawa zwierząt czerpią z ideologii praw człowieka, poszerzając krąg istot znaczących moralnie o czujące ból zwierzęta. Ból czuł Harambe, czuje go też każda krowa, świnia czy kura wieziona na rzeź. Nie ma między nimi różnicy co do podstawowych praw, podobnie jak nie ma różnicy między człowiekiem o wysokim i niskim IQ jeśli chodzi o podstawowe prawa człowieka.

Chcesz wiedzieć więcej?
1. Why was Harambe the Gorilla in a Zoo in the First Place?, Marc Bekoff, Scientific American (link)
2, The Matter of Black Lives, Jelani Cobb, New Yorker (link)
3.Here's Why It Hurts When People Say, "All Lives Matter", L-Mani S. Viney, Vanity Fair (link)
4. Why "All Lives Matter" Is Such a Perilous Phrase, Daniel Victor, New York Times (link)
5. All lives Matter When It's a Black Gorilla Not A Black Man, Antoine Allen, anoinespeaks.co.uk (link)
6. Moje poprzednie teksty związane z Harambe (link1, link2).

niedziela, 7 sierpnia 2016

Stereotypy o weganizmie: weganizm jest drogi

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Przekonanie, że weganizm jest drogi jest podzielane najczęściej przez … niewegan. Nie ma w tym nic dziwnego, bo stereotypy najczęściej są utrzymywane przy życiu przez ludzi, którzy nie znają zbyt dobrze zjawiska poddawanego stereotypom. Ludzie ci patrzą na takie zjawisko z dystansu i nie poznają go bliżej. Następnie, opierając się na fragmentarycznych skojarzeniach, tworzą uogólnienia. Stereotyp jest gotowy. 

Mądrość ludowa głosi, że w każdym stereotypie jest ziarno prawdy. Choć mądrość ludowa nie zawsze ma rację, spróbujmy zobaczyć skąd bierze się to przekonanie o drożyźnie weganizmu.  Skoro autorami tego stereotypu są nieweganie, spójrzmy na weganizm także z ich perspektywy.

Każdy nieweganin je produkty odzwierzęce (to oczywiste) i rzadko je tak nazywa, dzieląc je raczej na mięso, wędliny, nabiał i jaja. Każdy nieweganin je też produkty roślinne (to mniej oczywiste) i rzadko je tak nazywa, mówiąc raczej o warzywach i owocach, pieczywie, makaronie, kaszach i ryżach; czasem przypomina sobie o orzechach (z podkategorią orzeszków ziemnych jako przekąską); z rzadka wspomina o pestkach słonecznika czy dyni. W książkach kucharskich tradycyjnej kuchni polskiej potrawy dzieli się na zupy, dania mięsne, mączne i jarskie oraz desery.

W większości niewegańskich dań kuchni polskiej miesza się składniki odzwierzęce z roślinnymi: w schabowym znajdzie się mięso ze świni, kurze jajko, mąka pszenna i olej słonecznikowy; w kanapkach - chleb pszenny lub żytni, ser krowi lub wędlina ze świni/kury, sałata i pomidor; w mizerii - ogórek i śmietana z krowiego mleka; w cieście pierogowym obok mąki pszennej nierzadko jajko, a w farszu pierogowym mięso ze zwierząt, szpinak często łączony ze śmietaną lub kapusta z grzybami czasem doprawiana tłuszczem ze świni. Skoro składniki odzwierzęce i roślinne mieszają się w różnych daniach, dla niewegan ostry podział "roślinne kontra zwierzęce" praktycznie nie istnieje. Kiedy mają spojrzeć na produkty żywnościowe dzieląc ją na te dwie grupy często mają z tym problem. Nie dlatego, że coś jest nie tak z ich inteligencją. Po prostu nie są przyzwyczajeni do myślenia takimi kategoriami.

W kuchni wegetariańskiej usuwa się mięso i wędliny, ale dania równie często pozostają mieszanką produktów odzwierzęcych i roślinnych: chleb z serem krowim i pomidorem, zupa pomidorowa zabielana krowią śmietaną, ciasto pierogowe z jajkiem, sałatka warzywna z sosem majonezowym (jajecznym) czy wiosenne nowalijki z sosem jogurtowym (jogurt z krowiego mleka). Wegetarianie nie odrzucają produktów odzwierzęcych; podnoszą alarm tylko w przypadku mięsa i innych części ciał zwierząt.

Wszystkie wyżej wymieniane produkty roślinne jedzone przez niewegan to równocześnie produkty wegańskie. Wymienię je raz jeszcze: kasza, ryż, makaron (w zasadzie zasługują na liczbę mnogą ze względu na różnorodność), fasola, groch, ciecierzyca, soczewica (rośliny strączkowe), inne warzywa (tu można wymieniać bez końca), owoce (również imponująca grupa) i wreszcie orzechy i pestki. Te produkty w większości są tanie, być może poza bardziej egzotycznymi nowościami. Kupowanie sezonowych warzyw i owoców pozwala korzystać z niskich cen, a poza sezonem wiele warzyw można kupić w mrożonkach.

Jednak kiedy nieweganie mówią, że weganizm jest drogi, nie odnoszą się do powyższych produktów, które stanowią 80-90 procent diety wegańskiej, ale do tych 10-20 procent produktów wegańskich,  których sami nie jedzą: tofu, wegańskiego mleka, jogurtów i gotowych zastępników mięsa i wędlin. Te produkty są faktycznie droższe od ich odzwierzęcych pierwowzorów - oto nasze ziarno prawdy. Ziarno to de facto ma rozmiar niewielki, ale rośnie w oczach tych, którzy na podstawie fragmentarycznych skojarzeń tworzą z niego główną oś znanego nam stereotypu.

Niemniej nawet w przypadku tych produktów sytuacja jest dynamiczna. Ich różnorodność na naszym rynku rośnie, ich ceny spadają. 10 lat temu można było dostać 1 rodzaj mleka roślinnego. W tej chwili dostępnych jest paręnaście rodzajów różnych producentów. Poza tym ilość gotowców w diecie roślinnej można różnicować. Niektórzy jedzą je często, inni nie jedzą ich w ogóle, jeszcze inni częściowo zastępują tańszymi produktami przygotowywanymi w domu: np. pasztetami i pastami na chleb. Tak na marginesie dopowiem, że gotowce, za wyjątkiem mleka sojowego i tofu, nie są specjalnie zdrowe. Lepiej jeść je z umiarem bazując jednak na zbożach (kasze, ryże, makarony pełnoziarniste), roślinach strączkowych, innych warzywach (szczególnie tych zielonolistnych), owocach i z dodatkiem orzechów i pestek.

Stereotyp “weganizm jest drogi” zawiera jeszcze jedną dezinformację: sprowadza weganizm do diety. Dieta stanowi dużą część weganizmu, ale bynajmniej na tym sprawa się nie kończy. Weganizm to unikanie produktów odzwierzęcych wynikające z szacunku wobec zwierząt i świadomości, że produkty te związane są z krzywdzeniem zwierząt (w tym z zabijaniem). Produkty odzwierzęce to nie tylko jedzenie, ale także ubrania zrobione ze skóry, wełny czy futra, a także usługi związane z wykorzystywaniem zwierząt: cyrk ze zwierzętami, jeździectwo, wyścigi konne, ogrody zoologiczne, delfinaria, hodowla i sprzedaż psów, kotów i innych zwierząt. 
Weganizm definiuje się bardziej jako unikanie niż nieużywanie produktów odzwierzęcych, bo żyjemy w świecie, gdzie eksploatacja zwierząt dzieje się na tak ogromną skalę (w Polsce zabija się w związku z produkcją spożywczą ponad 800 milionów ptaków i ssaków rocznie), że produkty tej eksploatacji znajdziemy nie tylko w sklepie spożywczym czy odzieżowym ale także w farbach, smarach, gumie czy asfalcie. Weganizm polega więc przede wszystkim na nieużywaniu produktów dla których bezpośrednio eksploatuje się zwierzęta: ciał zwierząt (mięsa, wędlin, skór, wełny, futer), mleka zwierząt i jego przetworów oraz jaj. Weganie nie płacą też za usługi związane z krzywdzeniem zwierząt (choć niektórzy mają problem z przyjęciem do wiadomości, że jeździectwo jest taką usługą).


Jeśli szacunek ma mieć jakiekolwiek znaczenie, musi oznaczać odmowę krzywdzenia. Nie mogę mówić, że szanuję zwierzęta, a następnie wyciągać portfel i płacić za ich eksploatację. Weganizm nie jest więc modą żywieniową, która na podstawie bliżej nieznanej teorii dietetycznej każe wyrzucić z diety nie tylko mięso, ale nabiał i jaja. Nieporozumieniem jest stawianie weganizmu w jednym szeregu z witarianizmem, dietą bezglutenową czy frutarianizmem. Weganizm jest postawą szacunku wobec zwierząt i odmową eksploatacji.


Weganizm jest odmową dyskryminacji ze względu na przynależność gatunkową, podobnie jak feminizm jest odmową dyskryminacji ze względu na przynależność do płci żeńskiej, czy antyrasizm – odmową dyskryminacji ze względu na przynależność do grupy nieposiadającej białego koloru skóry. Weganizm poszerza definicję “Innego” – tego, kogo można skrzywdzić dyskryminacją i prześladowaniem. Zwierzę zdolne do odczuwania bólu i cierpienia jest takim innym, w przeciwieństwie rośliny czy przedmiotu, których skrzywdzić się nie da.  Zamiast w dziale “kulinaria” stawiajmy weganizm w sekcji “sprawiedliwość społeczna”. Książki kucharskie są co najwyżej o diecie roślinnej.

niedziela, 31 lipca 2016

Zoo: Kiedy to się wreszcie skończy?

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Pamiętacie jeszcze Harambe? Pytam, bo media coraz bardziej przypominają cyrk na kółkach (z ludźmi i zwierzętami). Coraz rzadziej przekazują zrównoważone informacje o świecie, coraz częściej wypluwają sensacje i skandale. W potopie świeżych newsów, fala najnowszej sensacji zalewa poprzednią i oszołomieni zapominamy co było wcześniej. Przypomnę więc, że Harambe był siedemnastoletnim gorylem, który mieszkał w ogrodzie zoologicznym w Cincinnati. Nie byłoby w tym nic sensacyjnego – w końcu jesteśmy przyzwyczajeni do wystawiania dzikich zwierząt dla zaspokojenia ciekawości ludzi - gdyby małe dziecko nie okazało się być bardziej ciekawe niż inni i, wykorzystując parosekundową nieuwagę matki, nie dostało się na wybieg goryli.

Jako że słowo "nie" utrudnia czasem zrozumienie, dokończę zdaniem twierdzącym: po tym jak czterolatek pokonał dość łatwą przeszkodę w postaci rzędu krzaków, natrafił na betonową ścianę, po której ześlizgnął się prosto do płytkiej fosy otaczającej wybieg goryli. Do fosy wszedł Harambe zainteresowany niespodziewanym gościem. Na przemian przyglądał się chłopczykowi, stał nad nim, a także – co można zobaczyć na video – chwycił go za rękę i ciągnął przez fosę. Tłum przyglądający się sytuacji zachowywał się głośno. Ludzie byli zaskoczeni, przerażeni i kto wie, może też podekscytowani niespodziewanym show. Pewnie robili zdjęcia. Ktoś zrobił video, które potem pojawiło się na internecie. Dziś bez digitalizacji doświadczenie jest uznawane za niekompletne, czasem wręcz za w ogóle nieprzeżyte.

Po 10 minutach pracownicy zoo zastrzelili Harambe. Po dwóch dniach dyrektor placówki tłumaczył się gęsto na zorganizowanej przez siebie konferencji prasowej. Bynajmniej nie z tego, że na terenie jego zoo zabezpieczenie wybiegu było tak słabe, że mógł je bez problemu pokonać czterolatek. Dyrektor tłumaczył się z decyzji o zabiciu Harambe. Incydent, którego rezultatem była śmierć goryla, wzbudził protest wielu ludzi. Jedni uważali, że goryl nie miał złych zamiarów i że na pewno nic by się nie stało (chyba pomylili dzikie zwierzę, które znalazło się w totalnie nowej i stresującej sytuacji do postaci z filmu rysunkowego). Inni sądzili, że można było unieszkodliwić Harambe środkiem usypiającym (choć dyrektor zoo stwierdził, że środek usypiający nie działa od razu i w pierwszej fazie może nawet pobudzić zwierzę). Byli też tacy, tych gniewu dyrektor bać się nie musiał, którzy zrzucili całą winę na matkę (a nawet na nieobecnego przy zdarzeniu ojca, za którego kryminalną przeszłość z zapałem zabrał się brytyjski tabloid DailyMail). Autorka petycji żądającej postawienia zarzutu zaniedbania matce chłopca zebrała w ciągu dwóch tygodni ponad 500 tysięcy podpisów i była bardzo niezadowolona, kiedy Prokurator Hrabstwa Hamilton, Joe Deter, ogłosił, że matce dziecka nie zostaną postawione żadne zarzuty, gdyż był to wypadek. Ta sprawa ma też rasistowskie dno, o którym opowiem w innym poście.

Wracając do Harambe, jestem ciekawa, czy tyle sprzeciwu wzbudziłaby jego śmierć gdyby był krokodylem. Prawdopodobnie śmierć gada przeszłaby bez większego echa, gdyż sympatia koreluje ze współczuciem dużo lepiej niż lęk jaki wzbudza zwierzę. Ale czy ta sympatia dla Harambe nie jest dość powierzchowna? Czy podziw dla dorodnego gorylego samca nie jest zbyt mocno połączony z zaspokajaniem ciekawości?: ciągle za ważny argument na rzecz chodzenia do zoo i zabierania tam dzieci podaje się przekonanie, że zobaczyć na żywo to zupełnie coś innego (lepszego) niż zobaczyć na filmie.

Tyle że chodząc do zoo, popieramy instytucję, która ze zwierząt czyni eksponaty. Tak zresztą nazywają je dyrektorzy takich miejsc, dumni ze swoich hodowli i „kolekcji” zwierząt. Na usprawiedliwienie swojej działalności kierownicy takich placówek podpierają się ochroną zagrożonych gatunków. Niestety większość zwierząt urodzonych w niewoli nigdy nie trafi na wolność. Nawet gdyby ktoś zechciał je wypuścić nie poradzą sobie, bo rodzice nie mogli im przekazać umiejętności gwarantujących przetrwanie.




Z drugiej strony, wraz ze wzrastającą populacją ludzi na ziemi, kurczą się naturalne środowiska, gdzie mieszkają zwierzęta gatunków, którym grozi wyginięcie. Winna jest nie tylko bezwzględna liczba ludności ale także jej apetyt na mięso, mleko i jajka. O ile sama produkcja żywności nieodzownie wiąże się z wykorzystywaniem ziemi i wody, o tyle produkcja żywności pochodzenia zwierzęcego czyni to bardzo nieekonomicznie krzywdząc zarówno zwierzęta poddawane hodowli i zabijaniu, jak i zwierzęta dzikie, którym odbiera tak dużo miejsca do życia. Ogrody zoologiczne stają się arkami Noego, które doświadczają potopu wciąż przybierającego na sile.

Jedynym sensownym kierunkiem ratowania bioróżnorodności jest inwestowanie w ochronę środowiska naturalnego: bezpośrednio poprzez obejmowanie miejsc ochroną, tworzenie rezerwatów, itp.; oraz pośrednio: poprzez promowanie bardziej oszczędnego stylu życia, w szczególności promowanie diety roślinnej i niemarnowania żywności. W żadnym wypadku nie jest to utrzymywanie arek Noego z zamkniętymi w nich na zawsze zakładnikami, takimi jak Harambe. 

Amerykański etolog Mark Bekoff w eseju opublikowanym na stronie Scientific American stwierdza, że w debacie o śmierci Harambe należy cofnąć się o jeden krok i zadać inne pytanie: Po pierwsze, dlaczego Harambe w ogóle był w zoo? Bekoff postuluje, by w przyszłości ogrody zoologiczne zaprzestały rozmnażania zwierząt i zmieniły swój status z hodowli na opiekę nad zwierzętami urodzonymi w zoo i niezdolnymi do życia na wolności. Z czasem ogrodów zoologicznych byłoby coraz mniej, aż do ich całkowitego wygaśnięcia, a zaoszczędzone pieniądze można by wydawać na ochronę populacji dziko żyjących zwierząt. Oto kierunek, w którym powinniśmy podążać.

P.S. Ogrodowi w Cincinnati radziłabym poważnie przyglądnąć się ogrodzeniom. Musi z nimi być coś nie tak, skoro mały urwis bez większego problemu przedostał się na wybieg. Dziecku na szczęście nic się nie stało. Jednak ktoś inny – Harambe – przypłacił to życiem. Stracił wszystko co miał. Jego bliscy na pewno mocno to przeżyli. O tym jednak media już nie napisały.




Chcesz wiedzieć więcej?
  1. Esej M.Bekoffa "Why was Harambe the gorilla in a zoo in the first place?" - naprawdę warto przeczytać w całości (link)
  2. Mój poprzedni tekst o Harambe "Harambe - tylko goryl czy aż goryl" (link
  3. Strona kampanii "Nie chodzę do zoo" z filmami z polskich zoo (link) prowadzonej przez grupę Basta Inicjatywa na Rzecz Zwierząt (link)


niedziela, 24 lipca 2016

Sen nocy letniej

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

- Cześć, pochodzę z książki Douglasa Adamsa „Restauracja na końcu Wszechświata”. Byłam tam kelnerką  i oferowałam swoje ciało na obiad. Oczywiście pełna fikcja literacka. A do naszego miasteczka przybyłam już po śmierci autora - przywitała się krowa.

- Witaj, świetnie mówisz po polsku  – odpowiedziała z uśmiechem polska łaciata, która nie uciekła z transportu do rzeźni.  Ten wyczyn nie udał się też milionom jej kuzynek i tysiącom sióstr urodzonych ze sztucznego zapłodnienia nasieniem anonimowego ojca. Były hodowane dla trójpaku: mleko, cielęcina, wołowina. – Jestem Katarzyna. A ty jak masz na imię? – zapytała.

- W zasadzie Douglas zostawił mi wolną rękę w tym zakresie. Mówcie mi Daisy – odpowiedziała Daisy, która zajmowała niewielkie gospodarstwo 15 minut na kopytach od ścisłego centrum gęsto zaludnionego, tfu, zazwierzęconego miasteczka, do którego pozostali przybyli po zmartwychwstaniu, czy - jak kto woli – po przejściu przez Tęczowy Most.

- Mam na imię Zofia. Ja też sama wybrałam swoje imię – przywitała się kura o pięknym, brązowym upierzeniu, które zdążyło już odrosnąć, podobnie jak uda, skrzydła, piersi i głowa. Przybyłam tu, kiedy nie udało mi się załapać na Meat Free Monday. Najwyraźniej organizator akcji, Paul McCartney, zaleca troskę  o zwierzęta tylko na początku tygodnia. I to tylko o te z nas hodowane na mięso. We wtorek wsadzono mnie do ciężarówki, bo znosiłam już za mało jajek, a wieczorem odebrano mi to, na czym - według etyka Petera Singera – zwierzętom nieszczególnie zależy.

- Odebrano Ci życie – pokiwała ze smutkiem Daisy. Paul był kiedyś, że tak powiem, bardziej całotygodniowy w kwestii niejedzenia mięsa – dodała z nutą sarkazmu. – Ale faktycznie, nabiał i jajka wcinał bez zastanowienia. A Peter, lepiej nie mówić. Wyzwalać zwierzęta chce tylko od cierpienia. Ludzie czytają jego książki bez zrozumienia i nazywają go ojcem praw zwierząt. Prawa zwierząt bez prawa do życia? Ech – westchnęła Daisy.

- Kunegunda – przywitała się krótko świnia, którą (po tym jak wydała na świat wiele prosiąt) jedzono z umiarem. – Jestem ofiarą kampanii „Ograniczaj mięso”. Podobne do Meat Free Monday. Jeden czort. W ulotce brak informacji, że nie da się zabić zwierzęcia „tylko trochę” oraz że trzy kotlety w tygodniu zamiast siedmiu też wymagają zabicia jakiejś świni. Nie uwzględniono też faktu, że ludzie się samooszukują: mówią, że jedzą mniej i sami w to wierzą, podczas gdy tak naprawdę jedzą tyle samo albo nawet więcej. 

Wszechświatowa krowa (obecnie małomiasteczkowa Daisy) westchnęła głęboko. Na co zdała się ironia Adamsa, skoro nikt jej nie załapał? Jak można uwierzyć, że zwierzę samo oddaje się do zjedzenia? A jednak witryny sklepów mięsnych były wytapetowane wizerunkami uśmiechniętych zwierząt. Z kartonów mleka uśmiechały się „wypasione” krowy. Ludzie uspokajali się myśląc, że „przecież one są hodowane właśnie po to”. Wierzyli, że to robi moralną różnicę. Mit o nieuniknionym przeznaczeniu i o wolontariacie zwierząt poświęcających się dla ludzkości był doniosły i całkiem przyjemny. Nie mówiąc już o tym, że niektórzy nie potrzebowali nawet tego.

- Dlaczego „Kunegunda”? Nie próbowałaś czegoś bardziej swojskiego? – zaciekawiła się Daisy.  

- Swojskości to miałam po uszy w kojcu porodowym. Małorolne gospodarstwo, dwadzieścia stanowisk, dużo odebranych mi dzieci i dużo niesprzątanego gówna. Swojska bezwzględność i swojski smród. Esencja nieprzemysłowej eksploatacji. Moje imię to jedyna rzecz, która pozwalała mi pamiętać, że jestem zwierzęciem, a nie maszyną czy śmieciem.

- Mówią - odezwała się Daisy - że należy zlikwidować fermy przemysłowe i będziemy mieli z powrotem raj na ziemi: małe gospodarstwa, gdzie ręka rolnika czule głaszcze zwierzęta  i głaskać przestaje tylko wtedy, gdy zwierzęta oddalą się pląsając po trawie i ręka staje się za krótka. 

- Tak, przytaknęła Kundegunda, tak mówią. No, może nie nazywają tego rajem na ziemi. Nie są na tyle bezczelni. Ale sugerują, że w tym leży rozwiązanie problemu. Muszę przyznać, że jestem do tego nastawiona bardzo sceptycznie. Może ciasnota i gówno utrudniają mi przyjęcie dobrej nowiny. A może fakt, że w tym raju też odbierają i zabijają moje dzieci. A, i byłabym całkiem zapomniała, również fakt, że mnie też w końcu wsadzili do transportu do rzeźni. Pewnie z troski o mój macierzyński instynkt: żebym mogła spotkać się z moimi dziećmi w zaświatach.

- Trochę grubymi nićmi to szyte – zadumała się Zofia. Skoro byli tak pełni troski, czemu nie ujawnili jej od samego początku, tylko chowali, jak dobry prezent pod choinkę. To jedno, a drugie – przecież oni nie wierzą, że zwierzęta żyją po śmierci. Kunegundo, chyba dokonałaś projekcji własnej troski na twoich „gospodarzy”.

- Fakt - westchnęła Kunegunda. W najlepszym razie wydawali się obojętni.

- Profesor Zimbardo, ten od Stanfordzkiego Eksperymentu Więziennego, twierdzi, że zachowanie ludzi w dużej mierze zależy od sytuacji, w jakiej się znajdą i od roli, jaką pełnią. Studenci-strażnicy zachowywali się podle wobec studentów-więźniów, bo taka rola przypadła im w udziale. Nieraz siły działające na nas w danej sytuacji są istotniejsze niż nasz charakter czy osobowość. Może gospodarze nie są tacy źli sami z siebie, tylko fakt, że grają rolę rolników przed sobą nawzajem i przed społeczeństwem sprawia, że się tak zachowują - stwierdziła Katarzyna.

- Oglądałam wykład z nim na Youtube’ie - dorzuciła Zofia. - Letnicy mieli go na laptopie. Byłam akurat w pobliżu po zniesieniu jajka. Pamiętajcie, że Zimbardo nie zwalniał sprawców z odpowiedzialności. Twierdził tylko, że siły sytuacyjne mogą być czymś w rodzaju okoliczności łagodzących. Od siebie dodam, że coś mi się widzi, że rolnicy grają rolę rolników, a konsumenci konsumentów w społeczeństwie, gdzie ramy relacji między ludźmi a innymi zwierzętami nakreśla szowinizm gatunkowy. A może zapędziłam się w interpretacji?

Pianie koguta obudziło Marię. Otworzyła oczy i poczuła pod policzkiem fakturę papieru. Zasnęła czytając „Restaurację na końcu Wszechświata”. Na ekranie laptopa zastygł bez ruchu profesor Zimbardo wygłaszający wykład o efekcie Lucyfera na SWPS. Maria związała włosy w mało staranny kucyk, narzuciła rozpinany sweter na sukienkę, w której zasnęła i wyszła z wynajmowanego pokoju. Gospodarstwo agroturystyczne, w którym spędzała urlop, miało dużo zwierząt. Kątem oka zauważyła odjeżdżającą spod płotu ciężarówkę. Szybkim krokiem przemierzyła podwórze i weszła do obory. Łaciata i Mućka stały tak jak wczoraj, choć wyglądały na niespokojne. Ich dzieci w oborze już nie było. 


______ 
Dowiedz się więcej:

1. Ubojnia kur poprodukcyjnych (link)
2. A jeśli dzień życia nioski to strata 7 groszy na dzień... (link)
3. Mleko z krowy jak deszcz z chmury? Nie do końca. Po drodze są cielęta. (link)
4. Peter Singer zawsze był (i jest) utylitarystą i nigdy tego nie ukrywał. Nie jest zwolennikiem praw zwierząt. (link)
5. Najbardziej znane teorie praw zwierząt opracowali: filozof Tom Regan (link) i prawnik Gary Francione (link)
6. A, no i profesor Zimbardo! Nie tylko o banalności zła ale i o banalności dobra (link)