poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Stereotypy o weganizmie: weganizm jest trudny

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Kiedy tylko Stefan otworzył oczy, oblał go zimny pot. To miał być kolejny dzień walki. Heroicznej – dodajmy - walki z apetytem na kurczaka. Walczył tak od dziesięciu lat, odpychając kolejne pokusy. Uciekał przed widokiem mięsa, szerokim łukiem omijał dział jogurtów i serów. W nocy dręczyły go jajecznicowe koszmary. Ale trwał na posterunku. Siła woli była jego tarczą. Smagany pragnieniem boczku, sera żółtego i kefiru tęsknił, ale nie dawał za wygraną. Czy tak wegan postrzegają nieweganie mówiąc: „Ja cię podziwiam, bo ja bym tak nie mógł”?

Karykatura karykaturą, ale wśród niewegan panuje przekonanie, że weganizm jest trudny, bo ma wymagać codziennych wyrzeczeń: weganin Stefan codziennie ma odmawiać sobie produktów odzwierzęcych, które przecież tak bardzo lubił. Ma to przypominać powtarzany w nieskończoność eksperyment z białym niedźwiedziem.  Badacz mówi uczestnikowi eksperymentu: „Masz jedno zadanie - nie myśl o białym niedźwiedziu." I o czym uczestnik będzie teraz myślał przede wszystkim? Jeśli porównalibyśmy weganizm z dietą odchudzającą,  to skoro kogoś, kto się odchudza dręczą wizje czekolady i frytek, weganina na pewno prześladuje smak i zapach ulubionych dań z mięsa, nabiału i jaj.

W tym stereotypie jest ziarno prawdy, ale … tylko ziarno. Przedstawiony obraz weganizmu jest niepełny i zniekształcony. Czego w nim brakuje i co jest przekręcone?

Po pierwsze, dieta roślinna jest tylko częścią weganizmu. Patrząc całościowo, weganizm definiuje się jako postawę szacunku wobec wszystkich zwierząt (poza prostymi organizmami niezdolnymi do odczuwania, takimi jak koralowce). Szacunek ten zdecydowanie wychodzi poza krąg zwierząt domowych. Oczywisty dla większości sprzeciw wobec krzywdzenia psa czy kota rozciąga się po prostu na zwierzęta, które nasza kultura niespecjalnie bierze pod uwagę. Weganizm jest postawą, która łączy poglądy z praktyką podobnie jak szacunek wobec psa łączy sprzeciw wobec krzywdzenia psa z niekrzywdzeniem go. Szacunek nie odnosi się do dokonań, ale do zdolności do odczuwania bólu i do cierpienia. Szacunek wyklucza przemoc, albo bardzo ją utrudnia: możemy mieć opory nawet, kiedy mamy uderzyć w samoobronie. 

Kiedy zdamy sobie sprawę, że krzywdzenie świni, kury czy krowy jest tak samo złe jak krzywdzenie psa, jesteśmy już weganami w sferze poglądów. Dołączenie do tego zachowania, które odzwierciedla te poglądy jest czymś logicznym, zrozumiałym i pożądanym i powinno być tylko kwestią czasu (niezbyt długiego). Oczywiście brak odpowiednich przyzwyczajeń sprawia, że musimy szereg rzeczy na nowo zorganizować, albo przeorganizować, ale jeśli uważamy to za słuszne, to etyczna motywacja pomoże nam szukać i znaleźć odpowiednie rozwiązania. 

Istnieją badania, które podpowiadają, że motywacja etyczna pozwala podtrzymać nasze nowe zachowanie dłużej niż bardziej chwiejne motywacje dietetyczne. Stefan, który przeszedł na weganizm chcąc być fair wobec zwierząt będzie weganinem dłużej (mamy nadzieję, że na dobre), niż Jola, która szuka diety do budowania tkanki mięśniowej czy Marek, która wypróbowuje, która dieta najłatwiej pozwoli mu utrzymać szczupłą, chłopięcą sylwetkę. Wreszcie psychologia pozytywna mówi, że jesteśmy bardziej szczęśliwi żyjąc w zgodzie z naszymi wartościami, a większość z nas nie chce przecież świadomie zadawać zwierzętom cierpienia.
Weganizm to nie tylko dieta, a więc co jeszcze? Szacunek wobec zwierząt skłania nas także do noszenia ubrań, które nie są zrobione ze skóry, wełny futra czy jedwabiu. W drogerii wybieramy kosmetyki i środki czystości niezawierające produktów odzwierzęcych i nietestowane na zwierzętach. Wybierając rozrywkę omijamy cyrk ze zwierzętami, delfinaria, ogrody zoologiczne. Jeździmy na rowerze zamiast na koniach, słoniach czy wielbłądach. Tak jak nie wyobrażaliśmy sobie dotąd jedzenia psów czy noszenia futra z kota, podobnie odnosimy się do produktów z innych zwierząt. Niektórzy mówią, że to nie ma sensu, bo produkty z rzeźni znajdziemy też w asfalcie, gumie i farbach, a lekarstwa są testowane na zwierzętach. To jednak trochę tak, jakby mówić, że nie ma sensu być fair wobec ludzi tam, gdzie to możliwe, skoro zawsze znajdą się produkty wytworzone kosztem wyzysku ludzi w krajach rozwijających się. Tam, gdzie mamy wybór, dokonujmy dobrych wyborów. 

Weganin Stefan odganiający rok za rokiem pokusę boczku, żółtego sera czy kefiru to zniekształcony obraz weganizmu. Stefan nie musi cały czas używać silnej woli nie tylko dlatego, że świnia, krowa czy kura nie różni się dla niego od psa. Jest też tak dlatego, że zachowania, które wykonujemy codziennie, a więc na przykład to, co jemy na śniadanie, obiad czy kolację są nawykami żywieniowymi. Weganin przechodząc na dietę roślinną faktycznie na początku będzie robić rzeczy nowe i będą one wymagać większego wysiłku umysłowego, podobnie jak wybranie nowej trasy z pracy do domu, ale po jakimś czasie, to co nowe stanie się „stare” i wejdzie w nawyk. Wtedy nie będzie wymagać większego myślenia, niż to, co robiliśmy wcześniej.
Reporter gazety New York Times zebrał najważniejsze badania dotyczące nawyków i napisał bestseller przetłumaczony na 31 języków pt. „Siła nawyku”.  Rozbiera w niej nawyk na czynniki pierwsze opisując tak zwaną pętlę nawyku. Nawykowe zachowanie rozpoczyna się wskazówką (może nią być pora dnia), która zachęca nas do podjęcia nawykowego zachowania, a kończy się nagrodą, dla której to zachowanie było zrealizowane. W przypadku jedzenia wskazówką może być właśnie pora dnia, zachowaniem będzie oczywiście jedzenie, a nagrodą – tu możemy się zdziwić – mogą być bardzo różne rzeczy. Najbardziej oczywiste to zaspokojenie głodu, czy zjedzenie czegoś smacznego, ale także dbanie o zdrowie, odstresowanie się, zrelaksowanie się, spędzenie czasu z rodziną czy przyjaciółmi.

Wszystkie te „nagrody” możemy osiągać na diecie roślinnej, warto sobie tylko uświadomić po co w danej chwili sięgamy po jedzenie. Planując dietę roślinną powinniśmy więc znaleźć produkty lub dania, które są sycące, smaczne, zdrowe, przypominają nam nasze „comfort food”, mogą posmakować naszym bliskim czy zaimponować znajomym.  Nie muszą być wszystkim naraz, bo nie zawsze chcemy, żeby spełniały wszystkie te warunki. Sycąca kanapka z hummusem nie musi nadawać się na instagrama, a pyszny koktajl nie musi być równocześnie sycący, i tak dalej. Podobnie rzecz się ma z ubraniami – co innego do uprawiania sportu, co innego do pracy, co innego na uroczysty ślub.
Ponieważ na początku możemy być wciąż pod wpływem starych nawyków, które w momencie wystąpienia wskazówki (określona pora dnia czy napad głodu) mogą dawać o sobie znać, w uczeniu się nowych nawyków bardzo pomoże nam planowanie. A więc na początku faktycznie włożymy trochę pracy, ale potem nasze nowe nawyki będą jak dobrze dopasowane buty (oczywiście nie ze skóry). Jeśli więc wiem, że w ciągu dnia lubię zjeść coś słodkiego, zaplanuję sobie wcześniej słodkie przekąski (np. daktyle, czy gorzką czekoladę). Jeśli wiem, że na obiad chcę zjeść coś bardzo sycącego, zaplanuję i ugotuję lub kupię wypróbowane wcześniej dania. 
Tak więc to, co nieweganom wydaje się trudne, w rzeczywistości stając się nawykiem robi się proste, wręcz automatyczne. Jest jednak inna rzecz, na którą warto zwrócić uwagę. Są to relacje z otoczeniem. Ludzie na wieść o weganizmie Stefana zachowują się różnie. Starzy znajomi się przyzwyczaili, w końcu jest jaki jest już od 10 lat. Niektórzy dzięki niemu też przeszli na weganizm. Są też tacy, którym to przeszkadza – albo nie lubią odmienności, albo obecność Stefana wzbudza poczucie winy, albo mają jeszcze inny powód, którego nie odkryją przed Stefanem. Mogą zachowywać się bardzo uprzejmie albo bardzo nieuprzejmie, czasami złośliwie, czasami protekcjonalnie ("ten Stefan to strasznie wrażliwy"). Właśnie w relacjach międzyludzkich jest czasem więcej trudności niż w zmianie jednych nawyków na inne. Polecam spotkanie z psycholożką Joanną Bylinką-Stoch, które zorganizowało Stowarzyszenie Empatia pt. "Jak być weganinem wśród niewegan?”. Oprócz, dobrej, etycznej motywacji, zwiększonego planowania na samym początku, przyda się nam dawka wiedzy i pozytywnego nastawienia.

Chcesz wiedzieć więcej?
  1. Dietetyczka Virginia Messina o zbawiennym wpływie motywacji etycznej na trwałość przejścia na dietę roślinną (tłumaczenie na język polski na blogu Empatii - link)
  2. Wystąpienie Charlesa Duhigga, autora bestselleru "Siła nawyku" na TED talk (16 minut - link
  3. Kwestia (wegańskiego nawyku), Magda Ulinowicz - recenzja "Siły nawyku" (link)
  4. Mały diagram - jak wykształcać trwałe nawyki (znowu Charles Duhigg) (link
  5. Spotkanie z psycholożką Joanną Bylinką-Stoch "Jak być weganinem wśród niewegan?". Miałam przyjemność współprowadzić i przygotować to spotkanie z Joanną Andrusiewicz. (link)


poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Nie tylko Harambe

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Goryl Harambe zginął naprawdę. 28 maja 2016 roku, na wybiegu ogrodu zoologicznego w Cincinnati. Jednak ogrom reakcji, szczególnie w internecie, dodał tej śmierci wymiaru symbolicznego. Śmierć Harambe symbolem jest jednak niejednoznacznym. Dla jednych smutek i złość z nią związane mówią o ludzkiej fascynacji dzikimi zwierzętami, która czasem (tylko czasem) kosztuje życie zwierzęcia. Dla innych smutek i złość świadczą o ludzkiej dominacji nad dzikimi zwierzętami, która regularnie odbywa się kosztem zwierząt (śmierć Harambe jest tu tylko ekstremalnym przykładem takiego “kosztu”), więc należy tylko zmodyfikować funkcjonowanie ogrodów zoologicznych. Dla części fascynatów zoo, śmierć Harambe kosztem uratowania dziecka była okazją do hejtu skierowanego przeciwko “złej” matce chłopca, a nawet przeciwko nieobecnemu na miejscu zdarzenia ojcu. 

Ponieważ medialne śmierci ikonicznych zwierząt dzieją się w kontekście niemedialnych rzeźni odbierających życie miliardom zwierząt nieikonicznych oraz w związku z faktem, że chłopiec i jego rodzice byli czarni, chcę postawić dodatkowe pytania:
Ilu spośród ludzi opłakujących śmierć goryla w zoo korzysta równocześnie z ogrodów zoologicznych, a ilu jest przeciwnych trzymaniu tam i rozmnażaniu dzikich zwierząt i dlaczego? 

W naszej pamięci, sięgającej dwa pokolenia wstecz (opowieści naszych dziadków i rodziców), ogrody zoologiczne są stałą częścią krajobrazu miejskiego. Można wręcz powiedzieć, że mieszkańcy miast, które nie mają zoo, z zazdrością patrzą na sąsiadów posiadających takie miejsce. Wiadomo, że jeśli chodziła babcia i mama, pójdę i ja. Formy rozrywki i spędzania wolnego czasu często się “dziedziczy” (i wzbogaca tym, co nowe) specjalnie się nad tym nie zastanawiając. A jeśli nas kto zapyta, zawsze mamy dyżurne racjonalizacje: edukacja  - bo na filmie to nie to samo, co zobaczyć słonia na żywo; i ochrona zagrożonych gatunków  -  zadowalamy się deklaracją dyrektorów ogrodów zoologicznych, nie pytając jaki odsetek zwierząt trzymanych w zoo kiedykolwiek trafi na wolność.
Amerykański etolog poznawczy Marc Bekoff podpowiada nam jak moglibyśmy w sposób nieszablonowy podejść do sprawy Harambe. Zamiast rozważać wte i wewte wysokość ogrodzenia, szczelność barierki, możliwość zastosowania środka usypiającego zamiast broni palnej, czy nieostrożność rodzica, Bekoff pyta “Po pierwsze dlaczego Harambe w ogóle był w zoo?” i proponuje zaprzestanie hodowli dzikich zwierząt, stopniowe zamykanie ogrodów zoologicznych i przerzucenie uwolnionych środków na ochronę środowiska naturalnego, gdzie zwierzęta żyją na wolności.

Ile spośród osób opłakujących śmierć Harambe na codzień korzysta z eksploatacji zwierząt, (której częścią jest przecież zabijanie) jedząc mięso, nabiał i jaja?

Nawet gdybyśmy dzięki zoo mieli porządną edukację (zamiast zwykłego zaspokojenia ciekawości), to warto się zastanowić jaką cenę mają za to płacić zwierzęta. Takie pytanie zadają przeciwnicy ogrodów zoologicznych zapominając niestety o kontekście, w jakim pada to pytanie. Większość osób, które chcą pokazać dziecku jak duży w rzeczywistości jest tygrys albo jak słoń macha trąbą, już odpowiedzieli sobie na inne pytanie: jaką cenę mają płacić zwierzęta za ich nawyki dotyczące jedzenia i ubierania się. Jedzą schabowe, na chleb kładą ser żółty, smażą jajecznicę. Noszą skórzane buty i wełniane swetry oraz kurtki obszyte futrem. No dobra, niektórzy zdecydowali się na sztuczne futerko w odpowiedzi na kampanie antyfutrzarskie, ale pozostałych nawyków nie zmienili. Pewnie warto zadać sobie pytanie na ile są to świadome, samodzielne wybory, a na ile “odziedziczony” sposób odżywiania się i ubierania. Pewnie łatwo jest uzmysłowić sobie, że te wybory nie wynikają z okrucieństwa. Niemniej te wybory świadczą o cichym (a czasem głośnym) przyzwoleniu na krzywdzenie zwierząt dla podtrzymania określonego stylu życia konsumentów i określonego sposobu zarabiania na życie hodowców, rzeźników, przetwórców i restauratorów. 

Przeciwnicy ogrodów zoologicznych mogą sami być nieweganami i dzielić zwierzęta na te lepsze (słonie, tygrysy, goryle, przede wszystkim gatunki zagrożone) i te gorsze (hodowane na mięso i dla mleka lub jaj krowy, świnie i kury). Zatem walczą o zamykanie ogrodów, bo współczują zamkniętym w nich zwierzętom i równocześnie korzystają z eksploatacji innych zwierząt, bo … są do tego przyzwyczajeni. 

Jeśli zaś weganie angażują się w publiczny sprzeciw wobec ogrodów zoologicznych, to mają do wyboru dwie drogi: albo zestawią krzywdę zwierząt w przemyśle rozrywkowym i spożywczym jako różne formy tego samego problemu, czyli eksploatacji zwierząt; albo będą udawać (na potrzeby tej kampanii), że szeroki kontekst powszechnej eksploatacji zwierząt nie istnieje i że ogrody zoologiczne są raczej wyjątkiem od reguły dobrego traktowania zwierząt przez społeczeństwo. Dopiero wtedy pytanie “czy edukacja dzieci ma się odbywać kosztem zwierząt w zoo” nabiera sensu. Usuńmy zoo, a edukacja dzieci będzie już przebiegać wzorowo z poszanowaniem zwierząt. A co ze szkolną stołówką serwującą mięso, nabiał i jajka? A co z rodzicami serwującymi w domu to samo? Nie, zoo nie jest wyjątkiem. Raczej wpisuje się w dobrze znaną regułę.  

Czarowanie rzeczywistości nie zmienia jej. Żyjemy w społeczeństwie, którego kultura jest głęboko szowinistyczna gatunkowo (zwierzęta pewnych gatunków traktujemy wyjątkowo źle tylko dlatego, że należą do tych gatunków – “bo to tylko świnia, nie pies”, “bo to tylko kura, nie kot”) i potrzebna jest zmiana paradygmatu, a więc na początek podważanie jego podstaw (tak jak podważa się rasizm czy seksizm). Dokoptowanie dzikich zwierząt z zoo do obecnej grupy “pupilów” (przede wszystkim psów i kotów) tylko wzmacnia jako “słuszną” zasadę dzielenia zwierząt na pupilów i grupę, którą można wykorzystywać i krzywdzić. Jako błąd wskazuje się wtedy tylko zaliczenie niektórych gatunków do niewłaściwej grupy. 

Ilu spośród ludzi złych na rodziców chłopca, który dostał się na wybieg Harambe, pochopnie oskarżyło ich o patologię rodzinną tylko dlatego, albo głównie dlatego, że rodzina ta była czarna? 

Obywatelka Cincinnati utworzyła petycję "Justice for Harambe" skierowaną do dyrektora zoo, w którym zginął Harambe oraz do służb zajmujących się ochroną dzieci w hrabstwie Hamilton. Trzy dni po wypadku było pod nią ponad 350 tysięcy podpisów, potem tempo podpisywania zwolniło, ale i tak liczba blisko 512 tysięcy osiągnięta wczoraj jest duża. Nie powiem "imponująca", bo ta petycja w ogóle mi nie imponuje. Wbrew zapewnieniom autorki, wygląda dokładnie jak polowanie na czarownice. Po pierwsze, oskarżenie pada wobec obydwojga rodziców, choć na miejscu zdarzenia była tylko matka z trójką pozostałych dzieci. Po drugie, oskarżenie jest nieuzasadnionym uogólnieniem: incydent jest od razu zaklasyfikowany jako zaniedbanie (a nie wypadek) i włączony w szerokie spektrum rzekomej patologicznej sytuacji w domu dziecka. Autorka petycji żąda zbadania środowiska rodzinnego, aby uchronić (sic!) dziecko i jego rodzeństwo (sic!) od dalszych (sic!) przypadków zaniedbania przez rodziców. Oświadczenie prokuratora hrabstwa Hamilton o odstąpieniu od postawienia zarzutów matce i pomyślna wizyta pracowników opieku społecznej zostały przyjęte przez autorkę petycji z niezadowoleniem! Przecież ona wiedziała od samego początku jak się rzeczy mają. Wielu zadaje pytanie czy kolor skóry oskarżanej rodziny miał znaczenie dla pochopności tego oskarżenia.
Przy okazji śmierci Harambe i niewątpliwie w związku z faktem, że chłopiec, który wpadł na wybieg goryla był czarny, pojawiło się też hasło All Lives Matter – szczególnie na internecie w postaci memów czy tweetów. Hasło to jako pierwszy wypowiedzieć miał w 2015 roku Martin O’Malley amerykański biały polityk działający na rzecz praw człowieka w odpowiedzi, czy też w kontrze, do ruchu Black Lives Matter powstałym w 2013 roku. Ruch Black Lives Matter zapoczątkowała działaczka społeczna Alicia Garza publikując na Facebooku “A love letter to black people” w odpowiedzi na kolejne uniewinnienie sprawcy zabójstwa nieuzbrojonego czarnego mężczyzny, właściwie nastolatka – 17-letniego Trayvona Martina w Sanford na Florydzie. Zabójca pełnił rolę strażnika obywatelskiego na chronionym osiedlu, a ofiara była gościem mieszkanki tego osiedla. 

W ostatnich latach w USA doszło do szeregu zabójstw nieuzbrojonych czarnych nastolatków i dorosłych, a sprawcami części z nich byli policjanci. Black Lives Matter jest ruchem sprzeciwu wobec brutalności policji wobec czarnych, profilowaniu etnicznemu przestępców, a więc przeciwko współczesnym formom rasizmu wobec czarnych. Black Lives Matter ma obecnie ponad 30 oddziałów w Stanach Zjednoczonych, a hasło “All Lives Matter” jest często odbierane jako niechęć do konfrontowania się z rasizmem wobec czarnych, jako schowanie go pod dywan poprzez wrzucenie do ogólnego worka z problemami trapiącymi ludzkość. Żadna analogia nie jest idealna, ale spróbuję mimo wszystko. Na polskim gruncie odpowiednikiem ruchu Black Lives Matter byłby ruch przeciwko przemocy domowej wobec kobiet, zaś ekwiwalentem kontrhasła “All Lives Matter” – stwierdzenie, że każdy może być ofiarą przemocy domowej (również mężczyzna).
Jeden z czarnych blogerów komentując to hasło w kontekście Harambe zatytułował swój artykuł “All Lives Matter When it’s a Black Gorilla, not a Black Man”. No właśnie. Tym bardziej więc prawa zwierząt powinny iść w parze z prawami człowieka, z wyczuciem wrażliwego kontekstu, jakim niewątpliwie w USA jest dyskryminacja czarnych obywateli i obywatelek.

Ilu spośród ludzi wściekłych na dyrekcję ogrodu zoologicznego, że zabiła, a nie uśpiła, goryla, żądałaby uśpienia, gdyby na wybiegu znalazło się ich dziecko? 

To pytanie pozostawię bez komentarza.
Walka o prawa zwierząt nie jest walką o wygodny i dobrze zabezpieczony wybieg dla hodowanych goryli. Nie jest też ustanawianiem hierarchii ważności życia zwierząt, gdzie na szczycie są zwierzęta należące do gatunków zagrożonych, potem zwierzęta domowe, a na końcu zwierzęta dzikie niezagrożonych gatunków i zwierzęta hodowane na mięso, skóry i futra czy dla mleka i jaj. Prawa zwierząt czerpią z ideologii praw człowieka, poszerzając krąg istot znaczących moralnie o czujące ból zwierzęta. Ból czuł Harambe, czuje go też każda krowa, świnia czy kura wieziona na rzeź. Nie ma między nimi różnicy co do podstawowych praw, podobnie jak nie ma różnicy między człowiekiem o wysokim i niskim IQ jeśli chodzi o podstawowe prawa człowieka.

Chcesz wiedzieć więcej?
1. Why was Harambe the Gorilla in a Zoo in the First Place?, Marc Bekoff, Scientific American (link)
2, The Matter of Black Lives, Jelani Cobb, New Yorker (link)
3.Here's Why It Hurts When People Say, "All Lives Matter", L-Mani S. Viney, Vanity Fair (link)
4. Why "All Lives Matter" Is Such a Perilous Phrase, Daniel Victor, New York Times (link)
5. All lives Matter When It's a Black Gorilla Not A Black Man, Antoine Allen, anoinespeaks.co.uk (link)
6. Moje poprzednie teksty związane z Harambe (link1, link2).

niedziela, 7 sierpnia 2016

Stereotypy o weganizmie: weganizm jest drogi

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Przekonanie, że weganizm jest drogi jest podzielane najczęściej przez … niewegan. Nie ma w tym nic dziwnego, bo stereotypy najczęściej są utrzymywane przy życiu przez ludzi, którzy nie znają zbyt dobrze zjawiska poddawanego stereotypom. Ludzie ci patrzą na takie zjawisko z dystansu i nie poznają go bliżej. Następnie, opierając się na fragmentarycznych skojarzeniach, tworzą uogólnienia. Stereotyp jest gotowy. 

Mądrość ludowa głosi, że w każdym stereotypie jest ziarno prawdy. Choć mądrość ludowa nie zawsze ma rację, spróbujmy zobaczyć skąd bierze się to przekonanie o drożyźnie weganizmu.  Skoro autorami tego stereotypu są nieweganie, spójrzmy na weganizm także z ich perspektywy.

Każdy nieweganin je produkty odzwierzęce (to oczywiste) i rzadko je tak nazywa, dzieląc je raczej na mięso, wędliny, nabiał i jaja. Każdy nieweganin je też produkty roślinne (to mniej oczywiste) i rzadko je tak nazywa, mówiąc raczej o warzywach i owocach, pieczywie, makaronie, kaszach i ryżach; czasem przypomina sobie o orzechach (z podkategorią orzeszków ziemnych jako przekąską); z rzadka wspomina o pestkach słonecznika czy dyni. W książkach kucharskich tradycyjnej kuchni polskiej potrawy dzieli się na zupy, dania mięsne, mączne i jarskie oraz desery.

W większości niewegańskich dań kuchni polskiej miesza się składniki odzwierzęce z roślinnymi: w schabowym znajdzie się mięso ze świni, kurze jajko, mąka pszenna i olej słonecznikowy; w kanapkach - chleb pszenny lub żytni, ser krowi lub wędlina ze świni/kury, sałata i pomidor; w mizerii - ogórek i śmietana z krowiego mleka; w cieście pierogowym obok mąki pszennej nierzadko jajko, a w farszu pierogowym mięso ze zwierząt, szpinak często łączony ze śmietaną lub kapusta z grzybami czasem doprawiana tłuszczem ze świni. Skoro składniki odzwierzęce i roślinne mieszają się w różnych daniach, dla niewegan ostry podział "roślinne kontra zwierzęce" praktycznie nie istnieje. Kiedy mają spojrzeć na produkty żywnościowe dzieląc ją na te dwie grupy często mają z tym problem. Nie dlatego, że coś jest nie tak z ich inteligencją. Po prostu nie są przyzwyczajeni do myślenia takimi kategoriami.

W kuchni wegetariańskiej usuwa się mięso i wędliny, ale dania równie często pozostają mieszanką produktów odzwierzęcych i roślinnych: chleb z serem krowim i pomidorem, zupa pomidorowa zabielana krowią śmietaną, ciasto pierogowe z jajkiem, sałatka warzywna z sosem majonezowym (jajecznym) czy wiosenne nowalijki z sosem jogurtowym (jogurt z krowiego mleka). Wegetarianie nie odrzucają produktów odzwierzęcych; podnoszą alarm tylko w przypadku mięsa i innych części ciał zwierząt.

Wszystkie wyżej wymieniane produkty roślinne jedzone przez niewegan to równocześnie produkty wegańskie. Wymienię je raz jeszcze: kasza, ryż, makaron (w zasadzie zasługują na liczbę mnogą ze względu na różnorodność), fasola, groch, ciecierzyca, soczewica (rośliny strączkowe), inne warzywa (tu można wymieniać bez końca), owoce (również imponująca grupa) i wreszcie orzechy i pestki. Te produkty w większości są tanie, być może poza bardziej egzotycznymi nowościami. Kupowanie sezonowych warzyw i owoców pozwala korzystać z niskich cen, a poza sezonem wiele warzyw można kupić w mrożonkach.

Jednak kiedy nieweganie mówią, że weganizm jest drogi, nie odnoszą się do powyższych produktów, które stanowią 80-90 procent diety wegańskiej, ale do tych 10-20 procent produktów wegańskich,  których sami nie jedzą: tofu, wegańskiego mleka, jogurtów i gotowych zastępników mięsa i wędlin. Te produkty są faktycznie droższe od ich odzwierzęcych pierwowzorów - oto nasze ziarno prawdy. Ziarno to de facto ma rozmiar niewielki, ale rośnie w oczach tych, którzy na podstawie fragmentarycznych skojarzeń tworzą z niego główną oś znanego nam stereotypu.

Niemniej nawet w przypadku tych produktów sytuacja jest dynamiczna. Ich różnorodność na naszym rynku rośnie, ich ceny spadają. 10 lat temu można było dostać 1 rodzaj mleka roślinnego. W tej chwili dostępnych jest paręnaście rodzajów różnych producentów. Poza tym ilość gotowców w diecie roślinnej można różnicować. Niektórzy jedzą je często, inni nie jedzą ich w ogóle, jeszcze inni częściowo zastępują tańszymi produktami przygotowywanymi w domu: np. pasztetami i pastami na chleb. Tak na marginesie dopowiem, że gotowce, za wyjątkiem mleka sojowego i tofu, nie są specjalnie zdrowe. Lepiej jeść je z umiarem bazując jednak na zbożach (kasze, ryże, makarony pełnoziarniste), roślinach strączkowych, innych warzywach (szczególnie tych zielonolistnych), owocach i z dodatkiem orzechów i pestek.

Stereotyp “weganizm jest drogi” zawiera jeszcze jedną dezinformację: sprowadza weganizm do diety. Dieta stanowi dużą część weganizmu, ale bynajmniej na tym sprawa się nie kończy. Weganizm to unikanie produktów odzwierzęcych wynikające z szacunku wobec zwierząt i świadomości, że produkty te związane są z krzywdzeniem zwierząt (w tym z zabijaniem). Produkty odzwierzęce to nie tylko jedzenie, ale także ubrania zrobione ze skóry, wełny czy futra, a także usługi związane z wykorzystywaniem zwierząt: cyrk ze zwierzętami, jeździectwo, wyścigi konne, ogrody zoologiczne, delfinaria, hodowla i sprzedaż psów, kotów i innych zwierząt. 
Weganizm definiuje się bardziej jako unikanie niż nieużywanie produktów odzwierzęcych, bo żyjemy w świecie, gdzie eksploatacja zwierząt dzieje się na tak ogromną skalę (w Polsce zabija się w związku z produkcją spożywczą ponad 800 milionów ptaków i ssaków rocznie), że produkty tej eksploatacji znajdziemy nie tylko w sklepie spożywczym czy odzieżowym ale także w farbach, smarach, gumie czy asfalcie. Weganizm polega więc przede wszystkim na nieużywaniu produktów dla których bezpośrednio eksploatuje się zwierzęta: ciał zwierząt (mięsa, wędlin, skór, wełny, futer), mleka zwierząt i jego przetworów oraz jaj. Weganie nie płacą też za usługi związane z krzywdzeniem zwierząt (choć niektórzy mają problem z przyjęciem do wiadomości, że jeździectwo jest taką usługą).


Jeśli szacunek ma mieć jakiekolwiek znaczenie, musi oznaczać odmowę krzywdzenia. Nie mogę mówić, że szanuję zwierzęta, a następnie wyciągać portfel i płacić za ich eksploatację. Weganizm nie jest więc modą żywieniową, która na podstawie bliżej nieznanej teorii dietetycznej każe wyrzucić z diety nie tylko mięso, ale nabiał i jaja. Nieporozumieniem jest stawianie weganizmu w jednym szeregu z witarianizmem, dietą bezglutenową czy frutarianizmem. Weganizm jest postawą szacunku wobec zwierząt i odmową eksploatacji.


Weganizm jest odmową dyskryminacji ze względu na przynależność gatunkową, podobnie jak feminizm jest odmową dyskryminacji ze względu na przynależność do płci żeńskiej, czy antyrasizm – odmową dyskryminacji ze względu na przynależność do grupy nieposiadającej białego koloru skóry. Weganizm poszerza definicję “Innego” – tego, kogo można skrzywdzić dyskryminacją i prześladowaniem. Zwierzę zdolne do odczuwania bólu i cierpienia jest takim innym, w przeciwieństwie rośliny czy przedmiotu, których skrzywdzić się nie da.  Zamiast w dziale “kulinaria” stawiajmy weganizm w sekcji “sprawiedliwość społeczna”. Książki kucharskie są co najwyżej o diecie roślinnej.

niedziela, 31 lipca 2016

Zoo: Kiedy to się wreszcie skończy?

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Pamiętacie jeszcze Harambe? Pytam, bo media coraz bardziej przypominają cyrk na kółkach (z ludźmi i zwierzętami). Coraz rzadziej przekazują zrównoważone informacje o świecie, coraz częściej wypluwają sensacje i skandale. W potopie świeżych newsów, fala najnowszej sensacji zalewa poprzednią i oszołomieni zapominamy co było wcześniej. Przypomnę więc, że Harambe był siedemnastoletnim gorylem, który mieszkał w ogrodzie zoologicznym w Cincinnati. Nie byłoby w tym nic sensacyjnego – w końcu jesteśmy przyzwyczajeni do wystawiania dzikich zwierząt dla zaspokojenia ciekawości ludzi - gdyby małe dziecko nie okazało się być bardziej ciekawe niż inni i, wykorzystując parosekundową nieuwagę matki, nie dostało się na wybieg goryli.

Jako że słowo "nie" utrudnia czasem zrozumienie, dokończę zdaniem twierdzącym: po tym jak czterolatek pokonał dość łatwą przeszkodę w postaci rzędu krzaków, natrafił na betonową ścianę, po której ześlizgnął się prosto do płytkiej fosy otaczającej wybieg goryli. Do fosy wszedł Harambe zainteresowany niespodziewanym gościem. Na przemian przyglądał się chłopczykowi, stał nad nim, a także – co można zobaczyć na video – chwycił go za rękę i ciągnął przez fosę. Tłum przyglądający się sytuacji zachowywał się głośno. Ludzie byli zaskoczeni, przerażeni i kto wie, może też podekscytowani niespodziewanym show. Pewnie robili zdjęcia. Ktoś zrobił video, które potem pojawiło się na internecie. Dziś bez digitalizacji doświadczenie jest uznawane za niekompletne, czasem wręcz za w ogóle nieprzeżyte.

Po 10 minutach pracownicy zoo zastrzelili Harambe. Po dwóch dniach dyrektor placówki tłumaczył się gęsto na zorganizowanej przez siebie konferencji prasowej. Bynajmniej nie z tego, że na terenie jego zoo zabezpieczenie wybiegu było tak słabe, że mógł je bez problemu pokonać czterolatek. Dyrektor tłumaczył się z decyzji o zabiciu Harambe. Incydent, którego rezultatem była śmierć goryla, wzbudził protest wielu ludzi. Jedni uważali, że goryl nie miał złych zamiarów i że na pewno nic by się nie stało (chyba pomylili dzikie zwierzę, które znalazło się w totalnie nowej i stresującej sytuacji do postaci z filmu rysunkowego). Inni sądzili, że można było unieszkodliwić Harambe środkiem usypiającym (choć dyrektor zoo stwierdził, że środek usypiający nie działa od razu i w pierwszej fazie może nawet pobudzić zwierzę). Byli też tacy, tych gniewu dyrektor bać się nie musiał, którzy zrzucili całą winę na matkę (a nawet na nieobecnego przy zdarzeniu ojca, za którego kryminalną przeszłość z zapałem zabrał się brytyjski tabloid DailyMail). Autorka petycji żądającej postawienia zarzutu zaniedbania matce chłopca zebrała w ciągu dwóch tygodni ponad 500 tysięcy podpisów i była bardzo niezadowolona, kiedy Prokurator Hrabstwa Hamilton, Joe Deter, ogłosił, że matce dziecka nie zostaną postawione żadne zarzuty, gdyż był to wypadek. Ta sprawa ma też rasistowskie dno, o którym opowiem w innym poście.

Wracając do Harambe, jestem ciekawa, czy tyle sprzeciwu wzbudziłaby jego śmierć gdyby był krokodylem. Prawdopodobnie śmierć gada przeszłaby bez większego echa, gdyż sympatia koreluje ze współczuciem dużo lepiej niż lęk jaki wzbudza zwierzę. Ale czy ta sympatia dla Harambe nie jest dość powierzchowna? Czy podziw dla dorodnego gorylego samca nie jest zbyt mocno połączony z zaspokajaniem ciekawości?: ciągle za ważny argument na rzecz chodzenia do zoo i zabierania tam dzieci podaje się przekonanie, że zobaczyć na żywo to zupełnie coś innego (lepszego) niż zobaczyć na filmie.

Tyle że chodząc do zoo, popieramy instytucję, która ze zwierząt czyni eksponaty. Tak zresztą nazywają je dyrektorzy takich miejsc, dumni ze swoich hodowli i „kolekcji” zwierząt. Na usprawiedliwienie swojej działalności kierownicy takich placówek podpierają się ochroną zagrożonych gatunków. Niestety większość zwierząt urodzonych w niewoli nigdy nie trafi na wolność. Nawet gdyby ktoś zechciał je wypuścić nie poradzą sobie, bo rodzice nie mogli im przekazać umiejętności gwarantujących przetrwanie.




Z drugiej strony, wraz ze wzrastającą populacją ludzi na ziemi, kurczą się naturalne środowiska, gdzie mieszkają zwierzęta gatunków, którym grozi wyginięcie. Winna jest nie tylko bezwzględna liczba ludności ale także jej apetyt na mięso, mleko i jajka. O ile sama produkcja żywności nieodzownie wiąże się z wykorzystywaniem ziemi i wody, o tyle produkcja żywności pochodzenia zwierzęcego czyni to bardzo nieekonomicznie krzywdząc zarówno zwierzęta poddawane hodowli i zabijaniu, jak i zwierzęta dzikie, którym odbiera tak dużo miejsca do życia. Ogrody zoologiczne stają się arkami Noego, które doświadczają potopu wciąż przybierającego na sile.

Jedynym sensownym kierunkiem ratowania bioróżnorodności jest inwestowanie w ochronę środowiska naturalnego: bezpośrednio poprzez obejmowanie miejsc ochroną, tworzenie rezerwatów, itp.; oraz pośrednio: poprzez promowanie bardziej oszczędnego stylu życia, w szczególności promowanie diety roślinnej i niemarnowania żywności. W żadnym wypadku nie jest to utrzymywanie arek Noego z zamkniętymi w nich na zawsze zakładnikami, takimi jak Harambe. 

Amerykański etolog Mark Bekoff w eseju opublikowanym na stronie Scientific American stwierdza, że w debacie o śmierci Harambe należy cofnąć się o jeden krok i zadać inne pytanie: Po pierwsze, dlaczego Harambe w ogóle był w zoo? Bekoff postuluje, by w przyszłości ogrody zoologiczne zaprzestały rozmnażania zwierząt i zmieniły swój status z hodowli na opiekę nad zwierzętami urodzonymi w zoo i niezdolnymi do życia na wolności. Z czasem ogrodów zoologicznych byłoby coraz mniej, aż do ich całkowitego wygaśnięcia, a zaoszczędzone pieniądze można by wydawać na ochronę populacji dziko żyjących zwierząt. Oto kierunek, w którym powinniśmy podążać.

P.S. Ogrodowi w Cincinnati radziłabym poważnie przyglądnąć się ogrodzeniom. Musi z nimi być coś nie tak, skoro mały urwis bez większego problemu przedostał się na wybieg. Dziecku na szczęście nic się nie stało. Jednak ktoś inny – Harambe – przypłacił to życiem. Stracił wszystko co miał. Jego bliscy na pewno mocno to przeżyli. O tym jednak media już nie napisały.




Chcesz wiedzieć więcej?
  1. Esej M.Bekoffa "Why was Harambe the gorilla in a zoo in the first place?" - naprawdę warto przeczytać w całości (link)
  2. Mój poprzedni tekst o Harambe "Harambe - tylko goryl czy aż goryl" (link
  3. Strona kampanii "Nie chodzę do zoo" z filmami z polskich zoo (link) prowadzonej przez grupę Basta Inicjatywa na Rzecz Zwierząt (link)


niedziela, 24 lipca 2016

Sen nocy letniej

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

- Cześć, pochodzę z książki Douglasa Adamsa „Restauracja na końcu Wszechświata”. Byłam tam kelnerką  i oferowałam swoje ciało na obiad. Oczywiście pełna fikcja literacka. A do naszego miasteczka przybyłam już po śmierci autora - przywitała się krowa.

- Witaj, świetnie mówisz po polsku  – odpowiedziała z uśmiechem polska łaciata, która nie uciekła z transportu do rzeźni.  Ten wyczyn nie udał się też milionom jej kuzynek i tysiącom sióstr urodzonych ze sztucznego zapłodnienia nasieniem anonimowego ojca. Były hodowane dla trójpaku: mleko, cielęcina, wołowina. – Jestem Katarzyna. A ty jak masz na imię? – zapytała.

- W zasadzie Douglas zostawił mi wolną rękę w tym zakresie. Mówcie mi Daisy – odpowiedziała Daisy, która zajmowała niewielkie gospodarstwo 15 minut na kopytach od ścisłego centrum gęsto zaludnionego, tfu, zazwierzęconego miasteczka, do którego pozostali przybyli po zmartwychwstaniu, czy - jak kto woli – po przejściu przez Tęczowy Most.

- Mam na imię Zofia. Ja też sama wybrałam swoje imię – przywitała się kura o pięknym, brązowym upierzeniu, które zdążyło już odrosnąć, podobnie jak uda, skrzydła, piersi i głowa. Przybyłam tu, kiedy nie udało mi się załapać na Meat Free Monday. Najwyraźniej organizator akcji, Paul McCartney, zaleca troskę  o zwierzęta tylko na początku tygodnia. I to tylko o te z nas hodowane na mięso. We wtorek wsadzono mnie do ciężarówki, bo znosiłam już za mało jajek, a wieczorem odebrano mi to, na czym - według etyka Petera Singera – zwierzętom nieszczególnie zależy.

- Odebrano Ci życie – pokiwała ze smutkiem Daisy. Paul był kiedyś, że tak powiem, bardziej całotygodniowy w kwestii niejedzenia mięsa – dodała z nutą sarkazmu. – Ale faktycznie, nabiał i jajka wcinał bez zastanowienia. A Peter, lepiej nie mówić. Wyzwalać zwierzęta chce tylko od cierpienia. Ludzie czytają jego książki bez zrozumienia i nazywają go ojcem praw zwierząt. Prawa zwierząt bez prawa do życia? Ech – westchnęła Daisy.

- Kunegunda – przywitała się krótko świnia, którą (po tym jak wydała na świat wiele prosiąt) jedzono z umiarem. – Jestem ofiarą kampanii „Ograniczaj mięso”. Podobne do Meat Free Monday. Jeden czort. W ulotce brak informacji, że nie da się zabić zwierzęcia „tylko trochę” oraz że trzy kotlety w tygodniu zamiast siedmiu też wymagają zabicia jakiejś świni. Nie uwzględniono też faktu, że ludzie się samooszukują: mówią, że jedzą mniej i sami w to wierzą, podczas gdy tak naprawdę jedzą tyle samo albo nawet więcej. 

Wszechświatowa krowa (obecnie małomiasteczkowa Daisy) westchnęła głęboko. Na co zdała się ironia Adamsa, skoro nikt jej nie załapał? Jak można uwierzyć, że zwierzę samo oddaje się do zjedzenia? A jednak witryny sklepów mięsnych były wytapetowane wizerunkami uśmiechniętych zwierząt. Z kartonów mleka uśmiechały się „wypasione” krowy. Ludzie uspokajali się myśląc, że „przecież one są hodowane właśnie po to”. Wierzyli, że to robi moralną różnicę. Mit o nieuniknionym przeznaczeniu i o wolontariacie zwierząt poświęcających się dla ludzkości był doniosły i całkiem przyjemny. Nie mówiąc już o tym, że niektórzy nie potrzebowali nawet tego.

- Dlaczego „Kunegunda”? Nie próbowałaś czegoś bardziej swojskiego? – zaciekawiła się Daisy.  

- Swojskości to miałam po uszy w kojcu porodowym. Małorolne gospodarstwo, dwadzieścia stanowisk, dużo odebranych mi dzieci i dużo niesprzątanego gówna. Swojska bezwzględność i swojski smród. Esencja nieprzemysłowej eksploatacji. Moje imię to jedyna rzecz, która pozwalała mi pamiętać, że jestem zwierzęciem, a nie maszyną czy śmieciem.

- Mówią - odezwała się Daisy - że należy zlikwidować fermy przemysłowe i będziemy mieli z powrotem raj na ziemi: małe gospodarstwa, gdzie ręka rolnika czule głaszcze zwierzęta  i głaskać przestaje tylko wtedy, gdy zwierzęta oddalą się pląsając po trawie i ręka staje się za krótka. 

- Tak, przytaknęła Kundegunda, tak mówią. No, może nie nazywają tego rajem na ziemi. Nie są na tyle bezczelni. Ale sugerują, że w tym leży rozwiązanie problemu. Muszę przyznać, że jestem do tego nastawiona bardzo sceptycznie. Może ciasnota i gówno utrudniają mi przyjęcie dobrej nowiny. A może fakt, że w tym raju też odbierają i zabijają moje dzieci. A, i byłabym całkiem zapomniała, również fakt, że mnie też w końcu wsadzili do transportu do rzeźni. Pewnie z troski o mój macierzyński instynkt: żebym mogła spotkać się z moimi dziećmi w zaświatach.

- Trochę grubymi nićmi to szyte – zadumała się Zofia. Skoro byli tak pełni troski, czemu nie ujawnili jej od samego początku, tylko chowali, jak dobry prezent pod choinkę. To jedno, a drugie – przecież oni nie wierzą, że zwierzęta żyją po śmierci. Kunegundo, chyba dokonałaś projekcji własnej troski na twoich „gospodarzy”.

- Fakt - westchnęła Kunegunda. W najlepszym razie wydawali się obojętni.

- Profesor Zimbardo, ten od Stanfordzkiego Eksperymentu Więziennego, twierdzi, że zachowanie ludzi w dużej mierze zależy od sytuacji, w jakiej się znajdą i od roli, jaką pełnią. Studenci-strażnicy zachowywali się podle wobec studentów-więźniów, bo taka rola przypadła im w udziale. Nieraz siły działające na nas w danej sytuacji są istotniejsze niż nasz charakter czy osobowość. Może gospodarze nie są tacy źli sami z siebie, tylko fakt, że grają rolę rolników przed sobą nawzajem i przed społeczeństwem sprawia, że się tak zachowują - stwierdziła Katarzyna.

- Oglądałam wykład z nim na Youtube’ie - dorzuciła Zofia. - Letnicy mieli go na laptopie. Byłam akurat w pobliżu po zniesieniu jajka. Pamiętajcie, że Zimbardo nie zwalniał sprawców z odpowiedzialności. Twierdził tylko, że siły sytuacyjne mogą być czymś w rodzaju okoliczności łagodzących. Od siebie dodam, że coś mi się widzi, że rolnicy grają rolę rolników, a konsumenci konsumentów w społeczeństwie, gdzie ramy relacji między ludźmi a innymi zwierzętami nakreśla szowinizm gatunkowy. A może zapędziłam się w interpretacji?

Pianie koguta obudziło Marię. Otworzyła oczy i poczuła pod policzkiem fakturę papieru. Zasnęła czytając „Restaurację na końcu Wszechświata”. Na ekranie laptopa zastygł bez ruchu profesor Zimbardo wygłaszający wykład o efekcie Lucyfera na SWPS. Maria związała włosy w mało staranny kucyk, narzuciła rozpinany sweter na sukienkę, w której zasnęła i wyszła z wynajmowanego pokoju. Gospodarstwo agroturystyczne, w którym spędzała urlop, miało dużo zwierząt. Kątem oka zauważyła odjeżdżającą spod płotu ciężarówkę. Szybkim krokiem przemierzyła podwórze i weszła do obory. Łaciata i Mućka stały tak jak wczoraj, choć wyglądały na niespokojne. Ich dzieci w oborze już nie było. 


______ 
Dowiedz się więcej:

1. Ubojnia kur poprodukcyjnych (link)
2. A jeśli dzień życia nioski to strata 7 groszy na dzień... (link)
3. Mleko z krowy jak deszcz z chmury? Nie do końca. Po drodze są cielęta. (link)
4. Peter Singer zawsze był (i jest) utylitarystą i nigdy tego nie ukrywał. Nie jest zwolennikiem praw zwierząt. (link)
5. Najbardziej znane teorie praw zwierząt opracowali: filozof Tom Regan (link) i prawnik Gary Francione (link)
6. A, no i profesor Zimbardo! Nie tylko o banalności zła ale i o banalności dobra (link)



niedziela, 27 marca 2016

Przy świątecznym stole

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Matka: Stefan, ty już lepiej jedz w domu. Nie chodź do tych Chińczyków ani Turków, bo nie wiadomo, co oni tam do jedzenia wrzucają. Jeszcze jakiegoś psa dostaniesz.

Córka: Tak, tato! Mama dobrze mówi. Mogą tam nawet dać kota! A nie ma to jak mięso z kury czy krowy. One co prawda czują tak samo jak pies czy kot, ale przynajmniej umiemy się tym nie przejmować. I dobrze nam z tym.

Matka: Zosiu, pies to przyjaciel człowieka!

Córka: No dokładnie, przyjaciół się nie zjada. Co innego znajomi, albo obcy.

Matka: Nie denerwuj mnie. Chodzi o cały gatunek! Co z tego, ze innych psów nie znasz - wszystkie sa przyjaciółmi człowieka. Niektóre nawet umierają na grobach właścicieli!

Córka: Mamo, przepraszam, że się wtrącam w waszą kulinarną dyskusję, ale to bardzo dziwne co mówisz. Myślałam, że żeby się przyjaźnić, to trzeba się znać. Skoro tak bardzo cenisz przyjaciół, myślę, że powinnaś mimo wszystko popierać zjadanie tych psów, które są bezdomne. One nie są niczyimi przyjaciółmi.

Ojciec: To chyba jednak pójdę do Chińczyka. Nie dzisiaj oczywiście. W święta jemy w domu. Zjedzmy trochę żurku. Widzę, że kiełbasa dobrze pływa i jajeczko mu towarzyszy. Mówiłaś, że jajka masz od sąsiadki?

Matka: Tak, te kury tam dobrze mają. Trawy w lecie poskubią, w zimie im kurnik Maria ogrzewa.

Córka: A do weterynarza to chodzi z nimi na miejscu, czy do miasta jeździ?

Matka: Do jakiego weterynarza?

Córka: A faktycznie, przecież kury to takie zwierzęta, fenomen wśród zwierząt, co to nigdy nie chorują. Nogi nie skaleczą ani nie złamią. Nie mają problemów z sercem, nerkami czy wątrobą. Ani nawet z jajowodami, mimo że ich tak intensywnie używają. Okazy zdrowia. Odporne na wszystko.

Matka: No nie wiem, ale w każdym razie zimą mają dogrzewane.

Córka: A gdzie je Maria chowa jak umrą?

Matka: Nie rozumiem. Ona nie czeka aż umrą. Zabija je na rosół.

Córka: Nie czeka, aż się rozchorują, tylko prewencyjnie zabija. Rozumiem.

Ojciec: Ale życie mają dobre, sama słyszałaś co matka mówiła.

Córka: O tak. I na tyle krótkie, żeby się nie zdążyły rozchorować.

Ojciec: Kury są po to, żeby były jajka i mięso.

Córka: Tato, nigdy nie mogę wyjść z podziwu jak ty wszystko potrafisz tak zwięźle ująć. Ja bym tak nie potrafiła. Faktycznie, kury to maszyny do składania jajek. 200-300 rocznie. Człowiek jest geniuszem, że tak potrafi przekształcić fizjologię zwierząt. Niejeden doktorat powstał na tej podstawie. Przecież przodkowie współczesnych kur składali tylko paręnaście jaj rocznie! Dla zdrowia kur to ogromne obciążenie, ale w końcu nie muszą tego długo znosić. Rok, dwa i hop pod nóż. Tym razem na mięso.

Ojciec: Córuś, a skąd ty to wszystko wiesz?

Córka: Trochę czytam.

Ojciec: No tak. Tylko wiesz, nie przesadzaj z tym, bo jeszcze weganką zostaniesz.

Córka: No właśnie nią jestem.

Ojciec: No to masz przechlapane. Babcia tu będzie za godzinę. Do kościoła poszła. Jak się dowie, że jej żurku ani sernika nie ruszysz, to zawału dostanie.









niedziela, 21 lutego 2016

Futro z norek - nie, cyrk ze zwierzętami - tak. O hermetyczności kampanii jednotematycznych

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Kampanie jednotematyczne

Wśród organizacji zajmujących się tematem zwierząt, kampanie jednotematyczne zajmują dość ważne miejsce. Tak zwane single issue campaigns (czyli SICs), to mniej lub bardziej rozbudowane działania, mniej lub bardziej rozciągnięte w czasie, których celem jest najczęściej lokalna zmiana prawa.  Zmiana prawa może dotyczyć zmiany formy wykorzystywania zwierząt (np. większe klatki) albo zakazu danej formy wykorzystywania zwierząt (np. zakaz cyrku ze zwierzętami). 

W Polsce najbardziej znane kampanie tego typu to cyrk bez zwierząt (której celem jest zakaz występów zwierząt w cyrkach w Polsce), Dzień bez futra/antyfutro (której celem jest wprowadzenie krajowego zakazu ferm futrzarskich) czy Zerwijmy łańcuchy (której celem jest zakaz trzymania psów na łańcuchach). Gama działań w ramach kampanii jest szeroka, od informowania, edukowania i przekonywania obywateli i obywatelek, poprzez współpracę z mediami aż do kontaktów z parlamentarzystami mających na celu wprowadzenie nowelizacji Ustawy o ochronie zwierząt, tak aby pojawiła się w niej pożądana zmiana czy zakaz. 

Są też kampanie wychodzące poza granice państwowe.  Na poziomie Unii Europejskiej prowadzono kampanię przeciwko klatkom bateryjnym (której celem była zmiana na nieco większe klatki dla kur znoszących jaja). W wielu krajach, w tym w Polsce, prowadzono kampanię Stop rzezi fok w Kanadzie, której celem było nakłonienie rządu Kanady do wprowadzenia krajowego zakazu polowań na foki.   

Czas
Kampanie są zazwyczaj bardzo rozciągnięte w czasie. Nawet najprostsza wydawałoby się kampania jaką jest cyrk bez zwierząt, trwa od ponad 25 lat. Dopiero teraz wydaje się nabierać rozpędu, kiedy kolejni burmistrzowie, idąc w ślad za prezydentem Słupska Robertem Biedroniem, podpisują rozporządzenia zakazujące wynajmowania terenów gminnych cyrkom ze zwierzętami. Sezon wiosenno-letni pokaże jednak czy  terenów gminnych jest wystarczająco dużo, by zniechęcić cyrki do poszukiwania terenów prywatnych, na których mogłyby stanąć.  Kampania wydawałaby się prosta choćby z dwóch względów: po pierwsze nie trudno jest dowieść, że tresowane zwierzęta zaspokajają raczej trywialne zachcianki niż poważne potrzeby; po drugie z tego biznesu żyje relatywnie bardzo mała grupa ludzi i nie stanowi on ważnej gałęzi gospodarki i silnej grupy nacisku, tak jak branża jajczarska czy futrzarska. A jednak okazuje się, że nawet taki temat nie jest łatwy do przeprowadzenia. Zarządzenia miejskich władz mogą nie wystarczyć  i dopiero wprowadzenie zakazu na terenie całego kraju uniemożliwi prowadzenie tego typu biznesu w Polsce. Czas pokaże, kiedy uda się to zrobić. 

Wracając do tematu wszystkich kampanii ogółem, do czasu upływającego między rozpoczęciem kampanii a przegłosowaniem danej zmiany w Parlamencie należy doliczyć czas na wejście w życie nowego prawa. Dyrektywa unijna zakazująca klatek bateryjnych została przegłosowana w 1999 roku, a nakazywała wejście w życie zakazu w 2012 roku. Natomiast wejście w życie prawa nie musi wcale znaczyć zastosowania się do niego. W styczniu 2012 roku 15 krajów członkowskich, w tym Wielka Brytania i Polska, zgłosiły unijnemu Stałemu Komitetowi ds. Łańcucha Żywnościowego i Zdrowia Zwierząt, że na ich terenie wciąż działali producenci, którzy nie dostosowali się do wymogów dyrektywy. [1] A przecież mieli na to 13 lat.

Ograniczony zakres

Większość kampanii jednotematycznych ma dość ograniczony zakres. Już na samym początku zostaje on w taki sposób określony, a z biegiem czasu zdarza się, że ulega dalszemu ograniczeniu. 

Tresura dzikich zwierząt
Kampania cyrk bez zwierząt dotyczy tylko cyrków, nie innych form tresury zwierząt, np. w tresury psów myśliwskich do atakowania zwierząt leśnych czy tresury delfinów do komercyjnych pokazów w stacjonarnych delfinariach. Z biegiem czasu, część zwolenników cyrku bez zwierząt, daje się przekonać do walki o cyrk bez zwierząt dzikich jako etap na drodze do zakazu cyrku ze zwierzętami w ogóle. Zwolennicy zakazu ferm futrzarskich od samego początku zajmują się fermami, na których hodowane są zwierzęta dzikie – przede wszystkim norki, lisy i jenoty, praktycznie wykluczając z tematu króliki. Z biegiem czasu niektórzy zmieniają kampanię postulując zakaz tylko ferm z lisami i jenotami.

Polowania komercyjne
Kampania przeciwko polowaniom na foki od początku obrała sobie za cel tylko Kanadę (tam zabija się najwięcej fok, ale nie jest to jedyny kraj, gdzie takie polowania mają miejsce). Należy jeszcze zwrócić uwagę, a może należałoby to zrobić na początku, że kampania ta wyróżnia polowanie na foki spośród dziesiątków, jeśli nie setek rodzajów polowań na zwierzęta wielu innych gatunków. Z biegiem czasu w Unii Europejskiej kampania przyjęła inny obrót – ograniczono się do polowań komercyjnych i wprowadzono zakaz importu produktów z takich właśnie polowań.

Klatki 550cm2

Kampania przeciwko klatkom bateryjnym, często mylnie brana za kampanię przeciwko klatkom w ogóle, miała na celu poszerzenie drastycznie małej powierzchni, na której wegetowały kury znoszące jaja niezapłodnione przeznaczone do konsumpcji (w przeciwieństwie do jaj zapłodnionych przeznaczonych do „produkcji” kolejnych kur czy kurczaków). Tu ograniczenie było podobne jak w przypadku fok. Z założenia kampania dotyczyła tylko kur, choć trzymanie w małych klatkach dotyczy też innych rodzajów chowu, choćby królików na mięso i futra czy norek i lisów na futra. 

Wracając do powierzchni, na której wolno było trzymać kury, wynosiła ona 550cm2, czyli okolicę kartki A4. Cykl eksploatacji takiego zwierzęcia trwa 1-2 lat. W tym czasie zwierzę jest przetrzymywane w klatce i nigdy nie wypuszczane. Następnie grupa wycieńczonych ptaków, tzn. tych, które jeszcze nie umarły, zostaje odtransportowana do rzeźni.  Rozpisałam się, ale jest o czym, prawda? Zwolennicy kampanii ostatecznie przystali na zwiększenie tej powierzchni do 750cm2. Podpowiem, że kartka A4 ma 630cm2. Niewielka to była zmiana, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że zwierzęta są zamknięte tam nie przez dzień czy tydzień ale rok lub dwa lata. 

Czasem trzeba zmienić gatunek na bardziej znajomy, by uzmysłowić co znaczy dana sytuacja dla zwierząt gatunku znanego bardzo słabo. Wyobraźmy więc sobie, że radujemy się na wieść, że koty trzymane w małych transporterach przez rok lub dwa dla sierści, z której będą piękne swetry, zostają przeniesione do odrobinę większych transporterów, gdzie mogą wyciągnąć jedną łapę i umyć sobie nią twarz i uszy i pozostaną tam przez rok czy dwa bez wypuszczania a następnie zostaną odwiezione do rzeźni (wyobraźmy sobie też, że są rzeźnie dla kotów). Radością to nas nie napawa, prawda? 

A zmiana klatek 550 na 750cm2 i dołożenie do tego żerdki i gniazda była opisywana samymi superlatywami, jako postęp, zwycięstwo. Mówiono o zakazie klatek bateryjnych, powtarzano to tyle razy, że w końcu uwierzono, że to prawdziwe „victory”, że to znak cywilizowanego świata, który dobrze traktuje zwierzęta. Czyżby? Ale to jeszcze nie koniec zwężającego się zakresu kampanii. Zmiana ta nie dotyczy ferm do 350 zwierząt i ferm, gdzie hoduje się kury matki znoszące zapłodnione jaja, z których wykluwają się pisklęta płci żeńskiej sprzedawane na fermy jajczarskie i pisklęta płci męskiej traktowane jako odpad i zabijane wkrótce po wykluciu. Zmiana ta nie dotyczy także długości przetrzymywania zwierząt na ograniczonej przestrzeni i braku leczenia urazów fizycznych, a także założenia przyjmowanego rutynowo, że część zwierząt po prostu nie dożyje do końca cyklu eksploatacji. 

Etapowanie i hermetyczność

Koszty strategii
Oczywiście wielu zwolenników i zwolenniczek etapowości przyjmuje ją do wiadomości jako strategię umożliwiającą dotarcie do upragnionego końca: zakazu występów jakichkolwiek zwierząt w cyrkach, czy zakazu wszystkich ferm futrzarskich. Faktycznie, łatwiej jest wprowadzić mniejszą zmianę niż większą. Pytanie jakim odbywa się to kosztem. Czy jest to pytanie sugerujące, że każda taka kampania powinna się zwinąć, a jej uczestnicy zająć czymś innym? Nie. Uważam jednak, że pytanie takie trzeba stawiać właśnie ze względu na zwierzęta. 

Rozkładając na etapy, wchodząc w takie a nie inne koalicje, wykorzystując takich a nie innych ekspertów, posyła się w świat określony przekaz. I należy pamiętać, że większość odbiorców to ludzie przyzwyczajeni do eksploatacji niektórych zwierząt i biorący w niej udział (nie w sposób sadystyczny, ale z przyzwyczajenia, wygody, dla przyjemności) jedząc mięso, nabiał, jaja, nosząc skóry, wełnę, czasem nawet futro. Wyłuskanie pojedynczego tematu dla takich odbiorców zawsze będzie sygnałem, że to ten właśnie sposób eksploatacji jest zły lub przynajmniej gorszy niż inne. To będzie założenie domyślne. Mówienie tylko o danej formie eksploatacji podczas danej kampanii i nienawiązywanie do żadnych innych form eksploatacji tylko wzmocni to założenie. A tak często kampanie jednotematyczne wyglądają. Osoby popierające zakaz cyrków ze zwierzętami mogą to robić w kurtkach z kapturem obszytym futrzanym kołnierzem. Osoby popierające zakaz ferm futrzarskich mogą nie mieć problemu z chodzeniem do cyrku ze zwierzętami. Jedni i drudzy zapewne nie mają żadnego problemu z jedzeniem mięsa, nie mówiąc już o jedzeniu jajek, nawet importowanych spoza Unii. 

Zakładnicy
Rozłożenie na etapy czyni argumentację jeszcze bardziej hermetyczną. Już nie rozmawiamy o tresurze zwierząt w cyrku, ale o tym, że tresura dzikich zwierząt jest dla nich udręką. Już nie rozmawiamy o wszystkich polowaniach na foki, tylko o tych komercyjnych. Już nie dyskutujemy o życiu i śmierci na fermie futrzarskiej ale o podobieństwie lisów i jenotów do psów. Zakładnikami tego etapu stają się odpowiednio zwierzęta udomowione wykorzystywane w cyrkach, foki zabijane na użytek własny myśliwych czy wreszcie norki tak niepodobne do psów. Jeśli kampanie jednotematyczne można porównać do zamkniętych szuflad, to etapowanie kampanii jednotematycznych to już szuflady w szufladach.

Ramy interpretacyjne
Szuflandia utrwala się w głowach odbiorców tak prowadzonych kampanii i często zaraża również aktywistów i aktywistki. Wszyscy bowiem jesteśmy podatni na efekt ram interpretacyjnych, czyli sformułowanie zagadnienia, które nam zaserwowano. Hermetyczność kampanii wspiera przekonanie, że poszczególne tematy się nie łączą, utrudnia wyjście poza ramy i dostrzeżenie analogii, połączeń. Można gorąco wspierać kampanię antyfutrzarską i równocześnie jeść jajka od zwierząt dręczonych w bardzo podobny sposób jak lisy czy norki. Można popierać argument, że nie powinniśmy płacić za krzywdę zwierząt dla naszej przyjemności popierając zakaz cyrku ze zwierzętami i równocześnie nosić skórzane buty czy jeść mięso czy nabiał tłumacząc, że bardzo się lubi te produkty i nie wyobraża się sobie bez nich życia. 

Hermetyczność kampanii nie służy zwierzętom. Czy kampanie mogą być niehermetyczne? Czy leży w nich taki potencjał? Jeśli tak, to rzadko jest realizowany.

Przypisy
http://www.theranger.co.uk/news/Director-of-Policy-report-24th-January-2012_21705.html