sobota, 28 września 2019

O hipokryzji (okiem) myśliwego

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Ostatnio zrecenzowałam wydanie specjalne Tygodnika Powszechnego poświęcone zwierzętom. Zebrano tam artykuły i wywiady opublikowane w tym czasopiśmie w ciągu ostatnich dwóch dekad. Dziś omówię jeden z tych tekstów, wywiad z człowiekiem, który napisał książkę o hipokryzji wobec zwierząt będąc zarazem założycielem azylu dla ptaków, nieweganinem i myśliwym. 

Za Wikipedią, Andrzej Kruszewicz, autor książki „Hipokryzja. Nasze relacje ze zwierzętami”, to polski ornitolog, podróżnik, założyciel i szef Azylu dla Ptaków w warszawskim zoo, dyrektor warszawskiego zoo, z wykształcenia lekarz weterynarii, autor i tłumacz wielu publikacji z zakresu ornitologii, i wreszcie założyciel i honorowy członek Stołecznego Towarzystwa Ochrony Ptaków. Jak już wspomniałam, Kruszewicz nie stroni od produktów odzwierzęcych, jest myśliwym (choć obecnie nie poluje) i nauczycielem przyszłych myśliwych. 

Przyznam, że hipokryzja interesuje mnie żywo od czasu, kiedy dostrzegłam ją u siebie i zaczęłam się z nią zmagać. Przyglądam się jej też u innych. Z dużym zdziwieniem przyjęłam więc informację, że książkę o hipokryzji w stosunku do zwierząt napisał ktoś taki jak Andrzej Kruszewicz. Czyżby książka ta była spowiedzią grzesznika? A jeśli tak, to czy jest tam postanowienie poprawy? Nie skusiłam się dotąd na tę pozycję, bo recenzje sugerowały raczej mentorski charakter utworu i  uznanie ze strony myśliwych.  Swoją drogą wydawca jego książki – Oficyna wydawnicza Oikos – wita nas na swojej stronie internetowej okładką miesięcznika „Brać Łowiecka”.

Przejdźmy do wywiadu. Jak Kruszewicz rozumie hipokryzję?

Cytat 1
Kto jest hipokrytą?
AK: W relacjach ze zwierzętami wszyscy wykazujemy się hipokryzją. Z różnych powodów i na różne sposoby.
Bo jeśli ktoś deklaruje szlachetną postawę wobec zwierząt, jak wegetarianizm, ale nie sprawdza, skąd bierze się mleko, które pije, to jest nie w porządku. Podobnie z kupowaniem produktów na oleju palmowym.
Albo śliwek w środku zimy, które pochodzą z Paragwaju. 

Cytat 2
Co jest źródłem tej hipokryzji? Dieta? Urbanizacja? Dobrobyt?
AK: Dobrobyt psychiczny. Świadomie zamiatamy pewne sprawy pod dywan, żeby ich nie widzieć. Proszę zwrócić uwagę jak pakowane jest mięso w supermarkecie. Ono nie może przypominać zwierzęcia.
Kilka lat temu wybuchła afera, gdy jedna z sieci sprzedawała w całości zafoliowane prosiaki. Całą świnkę sprzedawali, no skandal. A gdyby nie miała główki, albo wcześniej podzielono ją na pół, to byłoby w porządku? To jest hipokryzja. Jemy mięso, ale celowo unikamy stwierdzenia, że to jest zwierzę, które trzeba zabić. I ktoś musi to zrobić.
(…)
Zabicie zwierzęcia jest zawsze aktem przemocy, którym się chwalić nie należy. Natomiast z całą pewnością zabicie zwierzęcia dzikiego w jego naturalnym środowisku jest łagodniejszą formą zdobycia pożywienia niż hodowanie go poprzez dręczenie, a potem wożenie do rzeźni na ubój, gdzie czeka w kolejce na śmierć. 

Z pewnością hipokryzja towarzyszy nam wszystkim w różnych aspektach życia i nie jest to żadne odkrycie. Jednak mówienie, że hipokryzja dotyczy każdego jest nie tylko truizmem, ale także prostym sposobem na rozmycie tematu. To tak jakby dyskusję o kradzieży rozpocząć od stwierdzenia, że „każdemu przecież zdarzyło się kiedyś coś ukraść, prawda?” albo na początku dyskusji o rasizmie rzucić: „Kto z nas nie ma żadnych uprzedzeń, niech pierwszy rzuci kamieniem”. Wszyscy poczują się trochę winni i stwierdzą, że w zasadzie z ostrą krytyką zjawiska należy się powstrzymać, bo za chwilę im także zostanie coś wytknięte. 

Wydaje się, że Kruszewicz stosuje właśnie tę taktykę. Wytyka hipokryzję wszystkim. Winni są konsumenci spokojnie kupujący mięso w markecie, i oburzający się dopiero wtedy, gdy forma sprzedawanego mięsa zbyt dosłownie przypomina im, że stoi za tym zabicie zwierzęcia. Winni są też wegetarianie, którzy w podobnym spokoju kupują mleko nie życząc sobie wytykania, co stoi za jego produkcją (nie wiem dlaczego Kruszewicz pomija jajka).  Kruszewicz zakreśla krąg winy szeroko, bo wspomina też olej palmowy, a nawet zakupy sprowadzanych z daleka owoców (nie rozumiem odniesienia do zwierząt w przypadku tego ostatniego). Doprawdy imponujące horyzonty myślowe. Można skonstatować, że pewnie niczego nie pominął. 

Kruszewicz szykuje dla nas ciekawą konkluzję: na bohaterów walczących z hipokryzją wyrastają w jego opowieści myśliwi, którzy samodzielnie, bez oglądania się za kimś, kto by ich wyręczył, bez zamykania oczu i zamiatania sprawy pod dywan stosują przemoc, by zabić zwierzę i pozyskać jego mięso. Co więcej, Kruszewicz podkreśla, że myślistwo jest w sumie najmniej przemocowym sposobem zdobycia mięsa, biorąc pod uwagę fakt, że zwierzę do chwili śmierci nie jest dręczone przez człowieka. Czy można się dziwić, że książka spodobała się myśliwym? 

Mam duży problem z takim podejściem, choć zgadzam się, że za spokojnym kupowaniem mięsa i mleka (a także jajek) stoi społecznie akceptowana forma hipokryzji i że zwierzę zabite w lesie cierpiało mniej niż to poddane hodowli, transportowi i ubojowi. Skąd mój problem? Bo myślę, że konstruktywna rozmowa o hipokryzji w stosunku do zwierząt powinna skupiać się na redukowaniu tejże hipokryzji poprzez podnoszenie standardów zachowania, zachęcanie, byśmy równali w górę, ku szlachetnym aspiracjom.  

Jeśli zamierzamy redukować hipokryzję wytwarzającą się na przykład wokół powierzchownie rozumianej poprawności politycznej, to chcemy zachęcać ludzi, by rzeczywiście zachowywali się lepiej, by w relacjach międzyludzkich było coraz więcej wzajemnego szacunku i coraz mniej seksizmu, rasizmu i innych form dyskryminacji. Niczym konstruktywnym nie jest natomiast redukowanie hipokryzji poprzez zachęcanie ludzi do równania w dół – odcięcia się od szlachetnych aspiracji i powrót do grubiańskiego i krzywdzącego seksizmu czy rasizmu realizowanego bez wstydu i poczucia winy.

Kruszewicz przyjmuje strategię równania w dół. Maluje obraz społeczeństwa pełnego hipokryzji nie po to, by szukać recepty na eliminowanie krzywdzenia zwierząt, lecz by pochwalić tych, którzy bezwstydnie dopuszczają się niepożądanego społecznie zachowania właśnie za to, że robią to bez wstydu i poczucia winy. Ma jakąś propozycję? Tak, zachęca do ograniczania jedzenia mięsa, pozyskiwania go z gospodarstw ekologicznych lub od myśliwych. Mam wątpliwości co do autentyczności jego troski o zwierzęta, bo zadziwia mnie sposób, w jaki odpowiada na zadane mu w wywiadzie niezwykle ważne pytanie: 

Czyli nie unikniemy roli morderców zwierząt?
AK: Ludzie mają często silną potrzebę czucia się lepszymi od innych. Ruch wegetariański czy wegański jest bardzo młody. Dzisiejsi weganie wychowali się na ogół na mięsie, ich rodzice jedzą mięso, jest ono wszechobecne. A taki weganin czy wegetarianin często próbuje zaglądać innym do garnka, ferować wyroki. Nie je i poucza innych. Nie jesz mięsa, w porządku, to twoja decyzja. Kojarzy pan na pewno smak umami, niedawno opisany.
Słynny piąty smak.
AK:Jest związany z mięsem, to właściwie smak mięsa. 3,5 proc. ludzkości go nie odczuwa, mięso jest dla nich bez smaku. Jeśil ktoś taki zostaje wegetarianinem – to zrozumiałe. Ale jeśli ta sama osoba, poucza innych w kwestii mięsa, to tak, jakby eunuch zalecał wszystkim wstrzemięźliwość seksualną.

Trudno sobie wyobrazić bardziej istotne pytanie niż to, czy możemy zrzucić ze swoich barków brzemię zabijania zwierząt. Choć dla większości ludzi zabicie zwierzęcia jest łatwiejsze do przyjęcia niż zabicie człowieka, wciąż nie przyjmujemy tego łatwo, stąd przecież bierze się potrzeba hipokryzji. Nikt jedzący ciasto marchewkowe nie odczuwa dyskomfortu na wzmiankę o wyrwaniu z ziemi marchewki. Jedząc kotleta schabowego większość woli nie słuchać wzmianek o rzeźni. I Kruszewicz otrzymując tak kapitalne pytanie odpowiada klucząc. Tym samym autor „Hipokryzji” zamiata sprawę pod dywan.

Oczywiście nie oczekuję od niego zdolności jasnowidza. Nikt z nas nie jest w stanie przewidzieć przyszłości ludzkości. Niemniej przydałoby się przynajmniej przedstawienie dostępnych ludziom opcji. Autor książki o hipokryzji twierdzący, że jakoś zależy mu na losie zwierząt, jest to winien zarówno zwierzętom jak i swoim czytelnikom. Nie przyjmuję za dobrą monetę ewentualnej niewiedzy. Pisząc na ten temat trzeba takie podstawowe rzeczy wiedzieć. Skoro nie mówi tego Kruszewicz, powiem to ja: jeśli chcemy unikać roli morderców, mamy do wyboru dużo więcej niż ograniczanie mięsa, a to jest jedyna możliwość jaka na dzień dzisiejszy przychodzi Kruszewiczowi do głowy, lub przechodzi przez gardło. Kruszewicz zamiata pod dywan opcję, która jest odpowiednim wyborem dla tych, którzy nie chcą ani kontynuować swojego udziału w krzywdzie zwierząt, ani być hipokrytami, którzy tylko udają, że im na zwierzętach zależy. Takim odpowiednim wyborem jest weganizm, którego definicję przytaczam za  za The Vegan Society:

Weganizm to filozofia i sposób życia, który stara się wykluczyć - w stopniu w jakim jest to możliwe i wykonalne - wszystkie formy eksploatacji i okrucieństwa wobec zwierząt w związku z produkcją żywności, ubrań czy w jakimkolwiek innym celu; co za tym idzie weganizm promuje rozwój i wykorzystywanie alternatyw wolnych od składników odzwierzęcych i niezwiązanych ze zwierzętami, które są korzystne dla ludzi, zwierząt i środowiska.


Dlaczego Kruszewicz o tym nie wspomina? Dlaczego marnuje czas czytelników podśmiechując się z wegetarian i wegan zamiast z miejsca omówić weganizm? Dlaczego krytykowanie jedzenia zwierząt i produktów odzwierzęcych sprowadza do kwestii „zaglądania do cudzego garnka”. Przecież zna różnicę między wyciągnięciem z ziemi korzenia marchewki a zabiciem świni, dzika, kury, krowy czy jelenia. Sam potwierdził, że zabicie zwierzęcia to akt przemocy. Czy uważałby również, że krytykowanie międzyludzkiej przemocy domowej można sprowadzać do „zaglądania do cudzej sypialni”? Dlaczego raz zwierzęta liczą się dla niego do tego stopnia, że podejmuje się napisania całej książki o hipokryzji w nie uderzającej i nawet zaleca jedzenie mniej mięsa (choć dziwnym trafem „zapomina” o ograniczeniu mleka i jaj), a innym razem zwierzęta nie liczą się wcale, kiedy ważniejsze okazują się preferencje amatorów umami? Co ciekawe, smak umami nie występuje tylko w mięsie. Mają go też niektóre produkty roślinne, takie jak suszone pomidory, oliwki czy sos sojowy - to informacja na marginesie i małe zdziwienie, że Kruszewicz tego nie wie. Ale nawet gdyby rzeczywiście tylko mięso miało smak umami, to – jak zauważono – umami jest dopiero piątym smakiem, wciąż mamy do dyspozycji cztery pozostałe i nieskończone wręcz możliwości żonglowania nimi w obrębie kuchni roślinnej. Teza, że kuchnia bez mięsa to kuchnia bez smaku jest więc z gruntu fałszywa i świadczyć może co najwyżej o braku wyobraźni.

Mięso nie jest naturalną potrzebą człowieka, a chyba to zdaje się sugerować Kruszewicz porównując zdolność do smakowania mięsa do seksualności, a jedzenie mięsa do uprawiania seksu. Wbrew temu co twierdzi autor „Hipokryzji” codzienne jedzenie mięsa ma bardzo krótką historię – na Zachodzie rozpoczętą dopiero po II wojnie światowej. Jest to historia krótsza niż niejedzenie mięsa na Wschodzie. Wcześniej dla większości ludzi jedzenie mięsa, w przeciwieństwie do uprawiania seksu, było doświadczeniem sporadycznym. 

Wracając do weganizmu – jest to świetne rozwiązanie, praktykowane przez miliony ludzi na całym świecie, wychodzące daleko poza samą dietę roślinną, bazujące równocześnie na mocnym kontakcie z rzeczywistością (podkreślające, że robimy to co możliwe i wykonalne) i wyrażające troskę o przyszłość angażując nas do pracy nad lepszymi rozwiązaniami w każdej dziedzinie życia. Dietę roślinną wspiera nauka. Największa na świecie organizacja dietetyków – amerykańska Academy of Nutrition and Dietetics, co parę lat wydaje stanowisko na temat diet wegetariańskich i roślinnych i na podstawie analizy rosnącej liczby badań i potwierdza, że dobrze zaplanowana dieta roślinna jest odpowiednia na każdym etapie życia. Dlaczego, do cholery, Kruszewicz o tym nie wspomina? Globalne odejście od produkcji zwierzęcej byłoby też korzystne dla środowiska, a więc także dla ludzi i dzikich zwierząt. Dlaczego w kontekście środowiska Kruszewicz mówi tylko o wegetarianizmie, do którego jak sądzi będziemy kiedyś tam zmuszeni?

Niesmaczne i niepokojące skojarzenia z seksem Kruszewicz ma nie tylko w kontekście jedzenia mięsa.

Zabrałby Pan dziecko na polowanie?
AK: Ja mam dorosłe dzieci, to inna sytuacja. Kilka lat temu wziąłem syna. Poszliśmy do lasu, siedliśmy na skraju łąki, obserwowaliśmy jakiegoś zająca, kozła. Podobało mu się, że mamy ze sobą broń. Ale nie był przy żadnym strzale, ani tym bardziej przy patroszeniu. Wracając do pytania, 18-latka na polowanie bym zabrał, kazał stanąć gdzieś z tyłu. A jak to powinno wyglądać prawnie? Może 16 lat to dobry wiek? Jeśli nie karzemy 16-latków za seks, to czemu zabraniać im udziału w polowaniach? 

Czy to porównanie nie wskazuje przypadkiem, że zabijanie zwierząt kojarzy się Kruszewiczowi jako coś przyjemnego, choć zarezerwowanego dla dorosłych? Skoro już musiał użyć jakiegoś porównania (udając, że mięso to konieczność), mógł choćby odnieść się do takiej rzeczy jak praca - zmuszanie do niej dzieci jest karalne.  O polowaniu mówi też, że „samo polowanie to duży wysiłek fizyczny, który nawet lubię, ale nie mam na to czasu.” W sumie, w świetle takich wypowiedzi, nie powinno mnie dziwić pominięcie weganizmu. Po co weganizm komuś, kto mimo deklaracji, że krzywda zwierząt nie jest mu obojętna, w zasadzie deklaruje, że smak umami jest ważniejszy a zabijanie sprawia przyjemność. Zastanawiam się też, po co komuś takiemu książka o hipokryzji w odniesieniu do zwierząt? Chyba że posłużyła jako wielka miotła do zamiecenia własnych śmieci pod dywan.

Czytaj dalej:

  • Recenzja specjalnego wydania Tygodnika Powszechnego o zwierzętach (link
  • Inne teksty na tym blogu związane z tematem myślistwa (link, link, link)


niedziela, 8 września 2019

Zwierzenia zwierząt w Tygodniku Powszechnym - recenzja

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Parę tygodni temu w punkcie z gazetami mój wzrok przyciągnęła wściekle zielona okładka specjalnego wydania Tygodnika Powszechnego. Cały numer o zwierzętach! W ślad za ekscytacją podążyły zaraz próby poskromienia moich, oczywiście prowegańskich oczekiwań. Choć nadzieję doceniam jako dobrą siłę napędową życia i działania, to myślę też, że trzeba cały czas czuć ziemię pod stopami, a ta, po której stąpam wciąż zaludniona jest przez idee i praktykę nieprzyjazną zwierzętom. 

W ostatnich latach w Polsce coraz więcej pisze się o zwierzętach w kontekście etycznych aspektów ludzko-zwierzęcych relacji i na temat umysłów zwierząt – ich zdolności do myślenia, przeżywania emocji i cierpienia. To dobrze. Mam w domu numer antropologicznych Kontekstów poświęcony zwierzętom - „Żywoty zwierząt”  z 2009 roku (okładka z małpą) czy numer katolickiego Znaku z 2013 roku, gdzie tematem przewodnim były zwierzęta – „Prawo do zabijania” (okładka z prosięciem trzymanym na rękach w opiekuńczym geście). Z pewnością coraz więcej (choć wciąż bardzo mało) jest oznak analizowania dotychczas nienaruszalnej (świeckiej czy religijnej) hierarchii ziemskich bytów, na której szczycie bezwzględne rządy sprawuje człowiek, jednak jeszcze rzadziej przekłada się to na postulaty szacunku wobec zwierząt. Dotyczy to szczególnie tych zwierząt, których eksploatację uczymy się traktować jak oczywistą i przezroczystą od dziecka. Dostęp do jajek, mleka, mięsa, skóry i wełny traktujemy prawie jak podstawowe prawa człowieka mocno protestując, gdy ktoś postuluje choćby ograniczenie mięsa.

Choć nie żyjemy już w paradygmacie zwierzęcia – maszyny (no prawie), to jednak wymyśliliśmy inny paradygmat, który pozwala nam łączyć dobre samopoczucie (etyczne) z podążaniem za dokonaniami nauki (tak, wiem, że niektóre zwierzęta czują ból) i z nieprzerwaną eksploatacją zwierząt (stała podaż jaj, nabiału i mięsa). Tym wygodnym paradygmatem jest podejście dobrostanowe. Angielski filozof Jeremy Bentham z jednej strony wyszedł przed szereg w XVIII wieku postulując, że cierpienie liczy się niezależnie od gatunku, z drugiej zaś wrócił do szeregu nie postulując zaprzestania zabijania zwierząt dla jedzenia. Mówił tylko, że zwierzętom należy oszczędzić niepotrzebnego cierpienia. Jeśli jednak nie podważa się całej machiny eksploatacji, to „niepotrzebne cierpienie” jest tylko tym, co można pominąć bez zatrzymywania wdrożonych już ścieżek wykorzystywania i zabijania zwierząt. Na tym właśnie polega podejście dobrostanowe, które nie podważa eksploatacji zwierząt, lecz tylko ją reguluje. Zamiarem regulacji jest eliminacja „niepotrzebnego cierpienia”. 

Tak więc biorąc do ręki kolejną pozycję na temat zwierząt, przyglądam się jej właśnie pod tym kątem – na ile obecne i pochwalane jest w niej podejście dobrostanowe (nic nowego) i na ile i w jakim kierunku wychodzi się poza ten paradygmat, choć oczywiście patrzę też na inne kwestie.

Moją małą recenzję tego numeru podzieliłam na aspekty w moim odczuciu pozytywne, ciekawe, czy negatywne. Omówiłam też parę rzeczy, które są przedstawione błędnie oraz takie, których mi brakuje. Niektóre tematy znajdują się w dwóch przeciwstawnych kategoriach, bo jak to w życiu – wielowymiarowość i złożoność jak najbardziej się zdarza.

Co pozytywnego?
Po pierwsze, z zadowoleniem przyjmuję fakt, że postępowy polski tygodnik katolicki poświęcił wydanie specjalne zwierzętom. To ważny sygnał dla czytelników i czytelniczek pisma. Czasopism traktujących zwierzęta jako hobby nie brakuje. To wydanie specjalne nie wpisuje się w ten trend. Zamiast tego porusza filozoficzne i etyczne aspekty relacji ludzko-zwierzęcych.

Po drugie, w różnych artykułach tego numeru, dyskutowana jest pozycja człowieka na Ziemi, wśród zwierząt. Jest to jak na tygodnik katolicki przystało namysł teologiczny (człowiek i reszta Stworzenia, apel księdza Stanisława Musiała o nową, szanującą zwierzęta teologię XXI wieku), ale też bardziej ogólnie filozoficzny (jesteśmy i ludźmi i zwierzętami – przekonuje profesor prawa i filozof Bartosz Brożek), z mocną wkładką ewolucjonistyczną (ciekawy wywiad z Fransem de Waalem) i literacką (Olga Tokarczuk).

Po trzecie, dobrze, że znalazło się miejsce dla przynajmniej jednego artykułu dotyczącego weganizmu („Barykada z warzyw” Macieja Jakubowiaka), a także dla wyrazistego, popularnego dziennikarza i katolika Szymona Hołowni, który dosadnie krytykuje wiele negatywnych aspektów polskiego katolicyzmu, a temat zwierząt interesuje go do tego stopnia, że napisał o nich książkę (przyznam, że jeszcze nie czytałam). 

 Po czwarte, cieszę się, że miałam okazję przeczytać pełne szacunku i uważności dla zwierząt teksty księdza Stanisława Musiała – o jego znajomości z kotką Kasjopeją, dzięki której zawaliła się mu „piramidalna konstrukcja świata” z człowiekiem na wierzchołku i smutna konstatacja o miejscu zwierząt w ludzkim świecie „Także zwierzęta będą nas sądzić”.

Co ciekawego?
Nie wątpię, że z poznawczego punktu widzenia, spośród artykułów i wywiadów a także polecanych przez Adama Pluszkę (a dostępnych na polskim rynku) książek, każdy znajdzie coś ciekawego dla siebie. 

Mnie bardzo zaciekawiła propozycja bycia uważnym towarzyszem konia (niejako odwrócenie ról tradycyjnie przypisanych w jeździectwie) autorstwa Doroty Kozińskiej. Równocześnie dodam, że nie jestem zwolenniczką jeździectwa w żadnej postaci. 

Podobał mi się też artykuł o orientacji w przestrzeni, która jest związana z tworzeniem map w głowie „Myślę, więc wiem, gdzie jestem”. Warto przeczytać artykuł o używaniu narzędzi przez zwierzęta „Narzędzia, spółka zoo”, a także wywiad z filozofem i nurkiem Peterem Godfreyem-Smithem o świadomości i inteligencji poza światem kręgowców „Obca inteligencja” (artykuł poświęcony ośmiornicom).



Co negatywnego?
Negatywne są rzeczy, których w zasadzie się spodziewałam. Problem eksploatacji zwierząt jest chyba największym dylematem, z jakim mamy do czynienia współcześnie, a został potraktowany niewspółmiernie do swojej wagi. Poświęcono mu tylko cztery z blisko pięćdziesięciu artykułów numeru. Część tę nazwano „Dylematem mięsożercy”, czym w arbitralny sposób ograniczono zakres tej eksploatacji, a przecież w równie bezwzględny, często brutalny i zawsze zakończony zabijaniem sposób traktuje się zwierzęta hodowane dla mleka i jaj. Jedynie artykuł Macieja Jakubowiaka traktuje o weganizmie. 

Ponadto, zarówno w tej części jak i w całym numerze dominuje jednak paradygmat dobrostanowy, w którym prawo człowieka do zabijania zwierząt pozostaje niezakwestionowane; omawia się więc tylko sposoby ograniczania cierpienia. Ten paradygmat wyznacza ramy myślenia, sposób i treść zadawanych pytań i obszar, w jakim szukamy odpowiedzi. W tym paradygmacie role są rozdane: człowiek jest czasem hodowcą a przede wszystkim konsumentem zwierząt, zwierzęta zaś czującym ale jednak żywcem rzeźnym. Pytamy tylko o to jak eksploatować zwierzęta – jak zmieniać prawo, jakie poprawiać warunki chowu, jakie formy hodowli są najlepsze, jak ma funkcjonować rzeźnia, ile mięsa jeść, ile powinno kosztować mięso, nabiał, jaja. 

Poza horyzontem naszych rozmyślań pozostaje kluczowa kwestia, udowodniona przez medycynę i dietetyków, co do której istnieje konsensus: że odpowiednio zaplanowana dieta roślinna jest odpowiednia na każdym etapie życia. Poza horyzontem pozostaje więc wniosek, że istnieją warunki, w których eksploatacja zwierząt nie jest konieczna i nie musimy stale pytać i głowić się nad tym JAK eksploatować zwierzęta, bo najpierw powinniśmy zawsze pytać CZY to jest konieczne. Paradygmat dobrostanowy pozwala trzymać się z daleka od pytania „CZY” i pochyla się, często bardzo drobiazgowo, nad pytaniem JAK. Ze zdumieniem przeczytałam właśnie w części „Dylemat mięsożercy” wywiad z Andrzejem Kruszewiczem, który nie zawracając sobie głowy pytaniem CZY, oskarża ludzi jedzących mięso z marketu o hipokryzję (zamiatanie sprawy pod dywan), wegan o potrzebę czucia się lepszymi (choć przyznaje, że wegetarianizm to jedyna szansa dla planety) i chyba najbardziej szacunkiem darzy myśliwych, którzy zabijają sami dla pozyskania mięsa (a czy hipokryzją nie jest „zapomnieć” dodać, że mięso nie jest potrzebne do życia?). 

Niepokojąca i moim zdaniem potencjalnie szkodliwa kwestia to wypowiedź na temat przeżywania bólu przez zwierzęta w wywiadzie z Zenonem Kruczyńskim – jakoby zwierzęta były w bólu rozluźnione i doznawały ulgi w bólu dzięki wyciu. Szczerze mówiąc nie wyobrażam sobie rozluźnionego w bólu psa, któremu ktoś stanął na łapie. A wycie, krzyk jest przede wszystkim reakcją na ból, któremu należałoby zaradzić, szczególnie jeśli jesteśmy opiekunami zwierzęcia.  

Co się nie zgadza?
Jest parę większych i parę drobnych kwestii. W artykule „Pierwsi spośród równych” Tomasz Targański przypisuje pierwszeństwo (chronologiczne) „destrukcji dominujących w świecie zachodnim schematów mówienia i myślenia o zwierzętach” filozofowi Peterowi Singerowi mówiąc o napisanej przez Singera w 1975 roku książce „Wyzwolenie zwierząt”. Dodaje też, że książka ta „stała się pierwszym ważnym głosem w walce o prawa zwierząt”. Myślę, że nikt nie ujmuje Singerowi jego roli w dekonstrukcji szowinizmu gatunkowego, rozwoju ruchu wegetariańskiego czy w działaniach na rzecz polepszenia tzw dobrostanu zwierząt hodowanych w przemyśle spożywczym. 

Niemniej, Singer na pewno nie był pierwszym głosem. Choćby bezpośrednio przed nim był Richard Ryder, który wprowadził termin „speciesism” czyli szowinizm gatunkowy (Singer ten temat rozwinął i spopularyzował w „Wyzwoleniu zwierząt”). Należy też dodać, że Singer, jako utylitarysta, nie popiera praw zwierząt, a z biegiem lat postulat politycznego bojkotu mięsa coraz częściej występuje u niego w towarzystwie z nieprzemysłowymi formami chowu i hodowli zwierząt. Tomasz Targański błędnie stwierdza, że mniej radykalnym od Singera nurtem jest abolicjonizm. Jest dokładnie odwrotnie, bo to abolicjonizm postuluje zaprzestanie eksploatacji (i każdego wykorzystywania) zwierząt.

W artykule „Dylemat mięsożercy” Michał Olszewski poddaje pod wątpliwość możliwość żywienia dzieci dietą bezmięsną. Nie mogę przejść obok tego bez komentarza. Największa na świecie  organizacja dietetyków amerykańska Academy of Nutrition and Dietetics od ponad 20 lat co parę lat wydaje stanowisko na temat diet wegetariańskich, w tym diet wegańskich, czyli bez mięsa, nabiału i jajek. I jest to stanowisko pozytywne, potwierdzające, że nie tylko dieta bezmięsna, ale i całkowicie roślinna dieta, pod warunkiem dobrego ułożenia, jest odpowiednia na każdym etapie życia, zatem także u dzieci. Stanowisko to jest przedstawiane na podstawie analizy dostępnych badań, a tych jest coraz więcej. Zrozumiałabym zatem, gdyby Michał Olszewski skupił się na pytaniu o to jak wygląda odpowiednia dieta roślinna, skąd rodzice mają czerpać taką wiedzę, czy istnieje w Polsce sensowny dostęp do dietetyków, którzy się na tym znają i potrafią dobrze doradzić. To są jak najbardziej zasadne pytania i wątpliwości. Wątpliwości co do diety bezmięsnej nie ma.

Dwie drobniejsze kwestie: myślę, że przeciwstawianie (smakowe) kiełbasy wieprzowej kiełbasie z tofu jest trochę, jakby to powiedzieć, nie na czasie (ten sam artykuł Michała Olszewskiego). Chciałabym, żebyśmy przynajmniej dawali nieznającym tematu czytelnikom do zrozumienia, że obecnie, także w Polsce, kiełbasy roślinne raczej nie są robione z tofu (de facto często z pszenicy) i podejrzewam, że przynajmniej część z nich jest smakowo nie do odróżnienia od kiełbasy z mięsa. Druga drobna sprawa dotyczy weganizmu w artykule Macieja Jakubowiaka. Sądzę, że trochę się zapędził pakując do definicji weganizmu picie wody z kranu. To tak na marginesie.

Czego mi brakuje?
Brakuje mi oczywiście zmiany paradygmatu, kwestionowania podejścia dobrostanowego, w którym do bólu analizuje się jak eksploatować zwierzęta, pomijając pytanie: czy robienie tego jest akceptowalne wtedy, gdy możemy tego nie robić. Innymi słowy, brakuje mi mówienia o prawach zwierząt, choć, tak jak wspominałam, zwiastuny tego podejścia się pojawiają, choćby w słowach księdza Musiała. Oby było tego coraz więcej, również w kontekście myśli chrześcijańskiej.

Czytaj więcej:
  • Wydanie specjalne "Zwierzenia zwierząt" Tygodnika Powszechnego, lipiec 2019 [link]
  • Stanowisko Academy of Nutrition and Dietetics nt diet wegetariańskich, w tym diety wegańskiej po angielsku [link]
  • O abolicjonistycznym podejściu do praw zwierząt [link]
  • O prawach zwierząt wg Toma Regana [link]
  • Stereotypy o weganizmie [link, link]



niedziela, 1 września 2019

Chcesz jeszcze pospacerować? - o sprawczości zwierząt

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

[…]Christine jest świetnym piechurem. Ze swoim (zmarłym już) psim towarzyszem Juliusem potrafiła robić co dzień parogodzinne wyprawy. Zawsze uważała, że były to spacery Juliusa, jego najważniejsze chwile w ciągu dnia, w związku z czym, na ile to możliwe, powinna pozwalać mu decydować o trasie i długości spaceru, o tym czy będą się po drodze bawić, czy będzie pływał w rzece, itd. Julius zazwyczaj chodził bez smyczy i po prostu wskazywał drogę. Zdarzało się, że przystawał gdzieś na dłużej, żeby coś obwąchać. Gdy w tym czasie Christine docierała do miejsca, w którym należało zdecydować o dalszym kierunku spaceru, i wybierała niewłaściwą drogę, Julius zatrzymywał się dokładnie w miejscu podjęcia przez nią decyzji, siadał i czekał, aż Christine spojrzy za siebie, zrozumie, że popełniła błąd i wróci na trasę, którą tego dnia wybrał on. Innymi słowy, Julius nie tylko dokonywał wyboru trasy, ale także rozumiał, że to jego przywilej. 
[Autorka książki „Tajemne życie psów”] Thomas dostrzegła istotne różnice indywidualne w zakresie zdolności poszczególnych psów [będących pod jej opieką], jak też ich preferencji dotyczących tego, jak i z kim pragnęłyby spędzać czas. Na ogół pozwalała psom swobodnie przechadzać się po ulicach Cambridge (stan Massachussets). Najlepiej radził sobie pod tym względem Mischa – urządzał nieraz długie eskapady, nigdy się nie gubił, omijał samochody i inne niebezpieczeństwa związane z życiem w mieście. Wielką miłośniczką wędrówek była również Maria, ponieważ jednak nie posiadała w ogóle zmysłu orientacji, gubiła się niemal zawsze, gdy nie było z nią Mischy. W końcu znalazła proste rozwiązanie: siadała na ganku czyjegoś domu i czekała, aż ktoś ją zauważy, sprawdzi oznaczenia na jej obroży i zadzwoni do Thomas, żeby ją odebrać. Okazało się to szybko strategią niezawodną, dlatego też Maria stosowała ją często. I jest to znów klasyczny przykład sprawczości zależnej. Maria uwielbia wędrówki, ponieważ jednak jest kompletnie pozbawiona zmysłu orientacji musi odnaleźć ludzi, którzy mogliby w jej życiu pełnić kluczową rolę wspomagającą, stanowiliby rodzaj rusztowania wspierającego jej autonomię. 

Przykłady psów realizujących swoje psie zamiary z wydatną pomocą ludzi przedstawili w niedawno recenzowanej przeze mnie książce „Zoopolis” Sue Donaldson i Will Kymlicka. W swojej politycznej teorii praw zwierząt wykorzystali teorię obywatelstwa, by zaproponować dla zwierząt udomowionych status naszych współobywateli. W tym właśnie kontekście napisali o sprawczości zależnej (dependent agency). Co znaczy to pojęcie? Sama sprawczość jest terminem używanym między innymi w psychologii i socjologii i oznacza zdolność do podejmowania intencjonalnych działań, aby zrealizować swoje cele. Natomiast sprawczość zależna oznacza realizowanie takich celów z pomocą pośrednika. W powyższych przykładach spacerujących psów, pośrednikami są ludzie. Donaldson i Kymlicka podkreślają, że zwierzęta, które mają preferencje, interesy i pragnienia (pamiętajmy, że nie są to wszystkie zwierzęta), posiadają też sprawczość. Zwierzęta udomowione są zaś szczególnym przypadkiem. Udomowienie polegało bowiem, między innymi, na wzmocnieniu cech umożliwiających zwierzętom zaufanie człowiekowi, komunikowanie się z nim i kooperację. Dlatego oprócz sprawczości polegającej na samodzielnym realizowaniu swoich zamiarów (tam, gdzie to możliwe), zwierzęta udomowione zdecydowanie bardziej niż nieudomowione mogą przejawiać także sprawczość zależną, oczywiście pod warunkiem współpracy ze strony człowieka.

Donaldson I Kymlicka nie wymyślili pojęcia sprawczości zależnej. Adaptowali je na potrzeby swojej teorii praw zwierząt ze współczesnych teorii obywatelstwa osób niepełnosprawnych intelektualnie. Zwolennicy sprawczości zależnej mówią, że choć osoby niepełnosprawne intelektualnie  nie są w stanie samodzielnie realizować swoich preferencji, pragnień i planów, to dzięki bliskiej, opartej na zaufaniu i uważności, relacji z opiekunem, od którego zależą, mogą komunikować to, czego pragną i potrzebują, prowadząc w ten sposób do realizacji swojej sprawczości. Teoretycy podkreślają, że każda osoba z niepełnosprawnością intelektualną, mimo niskiego IQ, ma prawo do wyrażania swojej woli i jej realizowania. Przeciwieństwem takiego zindywidualizowanego podejścia jest zaklasyfikowanie wszystkich osób niepełnosprawnych do jednorodnej grupy, wobec której realizuje się ogólne, z góry narzucone wytyczne opieki i ochrony. Donaldson i Kymlicka przekonują w „Zoopolis”, że zwierzęta udomowione mogą również korzystać z tak realizowanej sprawczości i mają do tego prawo.

Czy sprawczość i sprawczość zależna dotyczą tylko zwierząt domowych? Nie. Donaldson i Kymlicka przedstawiają też przykład krów wybierających rośliny do zjedzenia na pastwisku. Dodam, że w wielu schroniskach typu „sanctuary”, gdzie w godnych warunkach żyją zwierzęta uratowane przed eksploatacją, można zaobserwować jak wyrażają one i realizują swoje preferencje, komunikują swoje zamiary i chętnie korzystają w tym z pomocy człowieka. Chów na mleko, jaja czy mięso jest przeciwieństwem realizowania sprawczości zwierząt, bo w imię realizacji ludzkich celów zwierzętom odbiera się nie tylko możliwość realizowania pragnień i preferencji, ale też niejednokrotnie podstawowych potrzeb – ruchu, dostępu do światła, opieki nad potomstwem, dostępu do troskliwego rodzica czy unikania dyskomfortu i cierpienia.

Czy zwierzęta udomowione mogłyby realizować swoje pragnienia i zamiary w dowolny sposób? Czy o to chodzi autorom? Czy to w ogóle jest możliwe i wykonalne? Czy psy powinny być zawsze gotowe na głaskanie?  Czy koty powinny mieć możliwość łapania i zabijania ptaków? Czy psy powinny być puszczane luzem na samodzielne wędrówki? Czy powinniśmy pozwalać psom i kotom wybierać partnerów i dowolnie się rozmnażać? Z pewnością nie da się odpowiedzieć twierdząco na te wszystkie pytania. Warto jednak pamiętać, że sprawczość i wolność w przypadku ludzi też jest ograniczona między innymi prawami innych, a także różnymi uwarunkowaniami społecznymi. Niemniej, temat sprawczości pozostaje bardzo ważny, bo stawia przed nami wyzwanie: zamiast twierdzić „ja wiem najlepiej, czego ci potrzeba”, nadstawiajmy uszy, otwierajmy oczy i próbujmy dostrzegać i umożliwiać sprawczość zwierząt. Zaczynając od prostych rzeczy, takich jak jedzenie, głaskanie i spacer. D&K metodą prób i błędów ustalili na przykład, że ulubionymi produktami ich psa Cody’ego są koper włoski, jarmuż i marchew. Czy wiecie, co lubią, a czego nie lubią zwierzęta, które są pod waszą opieką? Czy bierzecie to pod uwagę?



Czytaj i oglądaj dalej:
Moja recenzja „Zoopolis” [link]
Psy, które pokazują, że masz je głaskać [link]
Koty też potrafią pokazać, że zależy im na głaskaniu [link]


niedziela, 25 sierpnia 2019

Jak zmierzyć, kto liczy się moralnie?

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Ted Bundy porywał, torturował, gwałcił i zabijał kobiety. Przez 24 lata Josef Fritzl więził w piwnicy swoją córkę. Gwałcił ją a później więził też trójkę poczętych w ten sposób dzieci. Jest dla nas oczywiste, że jeden i drugi dopuszczał się rażących naruszeń praw człowieka: krzywdzenia, odebrania wolności i życia bez ważnej, usprawiedliwiającej przyczyny, np. w obronie własnej. Prawa człowieka zakładają, że wszyscy ludzie są równi, a wolność jednych (na przykład do spełniania swoich pragnień, nieważne czy zdrowych czy chorych) ograniczają prawa innych ludzi do życia, wolności a także wolności od tortur. W 1948 roku ONZ uchwaliła Deklarację praw człowieka w odpowiedzi na zbrodnie, jakich naziści dopuścili się podczas II Wojny Światowej. Były to już nie tylko indywidualne, ale przerażające w swej systemowości krzywdy o ogromnej (jak na Europę) skali.

Z prawami człowieka jest jednak ten kłopot, że choć stanowią ważne narzędzie w walce o sprawiedliwość dla ludzi, to nie wyczerpują tematu krzywdy i sprawiedliwości, który dotyczy innych istot. Moglibyśmy się temu sprzeciwić mówiąc, że przecież prawa mogą mieć tylko osoby racjonalne, zdolne do rozumienia pojęcia praw i sprawiedliwości, a także do przyjęcia na siebie obowiązków moralnych. Zauważmy jednak, że prawa człowieka w ich podstawowym wymiarze stosują się także do dzieci i ludzi z ciężkimi upośledzeniami mózgu, którzy czasowo lub trwale pozbawieni są powyższych zdolności dostępnych ludziom dorosłym nieposiadającym takich ograniczeń lub niepełnosprawności. Pisząc „istoty” mam na myśli zwierzęta, a pisząc „zwierzęta” dodam, że i to wymagać będzie dookreślenia, bo o ile można sensownie mówić o krzywdzie świni to o krzywdzie gąbki (która też jest zwierzęciem) już trudno.

Odpowiedzią na tę lukę w etycznym krajobrazie jest poszukiwanie kryterium innego niż przynależność do gatunku Homo sapiens. Innymi słowy, wychodzimy poza nasz własny gatunek i rozglądamy się, kto powinien liczyć się moralnie. Kto ma psa czy kota przynajmniej intuicyjnie przyzna, że jest to słuszny kierunek. 



Etyka praw zwierząt analogicznie do praw człowieka, postuluje, że część zwierząt (spełniających pewne kryteria związane z posiadaniem centralnego układu nerwowego) tym różnią się od przedmiotów martwych (np. krzesła) lub pewnej klasy obiektów żywych (np. drzewa czy gąbki), że posiadają przyrodzoną i nieredukowalną wartość podlegającą ochronie. Ta wartość jest przeciwieństwem wartości instrumentalnej przypisywanej przedmiotom, która rośnie lub maleje w zależności od tego za ile ktoś jest gotów dany przedmiot sprzedać lub kupić. Biedny czy bogaty, stary czy młody, samotny czy posiadający rodzinę, czarny czy biały, kobieta czy mężczyzna, dziecko czy dorosły – każdy człowiek posiada taką samą wartość od urodzenia do śmierci, nie może się jej zrzec na przykład sprzedając się w niewolę, a inni nie mogą go krzywdzić, by zaspokoić własne interesy czy żądze. 

Etyka praw zwierząt postuluje analogicznie do praw człowieka i wbrew obecnie obowiązującemu podejściu „humanitarnej eksploatacji” ochronę zwierząt jako nośników takiej właśnie nieredukowalnej i nieinstrumentalnej wartości. Respektować prawa zwierząt to w skrócie uznać, że ich prawo do życia, spełniania swoich potrzeb i pragnień jest tak ważne jak analogiczne prawa człowieka i że nie możemy tych praw gwałcić traktując zwierzęta jako środki do realizacji naszych celów, jakby zwierzęta były po prostu surowcami, narzędziami czy maszynami. Respektować prawa zwierząt to powstrzymywać się od eksploatacji, nawet takiej, którą dziś określa się mianem humanitarnej.

Skoro jednak nie chodzi o wszystkie zwierzęta, to czy możemy wyznaczyć gatunki, o które na pewno chodzi? W powszechnym przekonaniu do tych gatunków należy zaliczyć domowe psy i koty. Ludzie w krajach Zachodu, do którego kulturową przynależność zgłaszamy, sprzeciwiają się powszechnie zjadaniu psów w Chinach, żądają wycofania psów i kotów z eksperymentów medycznych i oburzają się, gdy ktoś znęca się nad tymi zwierzętami lub zaniedbując prowadzi do ich cierpienia. Zatrzymanie się na psach i kotach, czy jeszcze paru innych gatunkach zwierząt trzymanych jako domowi towarzysze, byłoby jednak oparte na podobnie podejrzanej wybiórczości co ograniczenie się wyłącznie do Homo sapiens. „Świnie nie powinny mieć praw, bo zbyt lubię schabowe” – powiedziane w Polsce byłoby przecież dokładnie takim samym argumentem, jak „Psy nie powinny mieć praw, bo zbyt lubimy ich mięso” – zadeklarowane w Chinach.

Twórca pierwszej teorii praw zwierząt, amerykański filozof i ioczywiście zwolennik praw człowieka Tom Regan robiąc przegląd dotychczasowych teorii sprawiedliwości zaproponował kryterium „podmiotu życia” (subject of a life), które obejmowałoby przynajmniej jednoroczne (i starsze) ssaki oraz ludzi. Kryterium to opisał w książce z 1983 roku pt „The Case for Animal Rights”:

Być podmiotem życia, w sensie, który będzie tu używany, oznacza więcej niż bycie tylko żywym i więcej niż bycie tylko świadomym. Być podmiotem życia to być jednostką charakteryzującą się cechami omówionymi w pierwszych rozdziałach niniejszej książki; znaczy to, że jednostki są podmiotami życia, jeśli mają przekonania i pragnienia; zdolność postrzegania zmysłowego, pamięć i poczucie przyszłości, w tym przyszłości własnej; życie emocjonalne wraz z odczuwaniem przyjemności i bólu; interesy w zakresie preferencji i dobrostanu; zdolność do inicjowania działań w celu realizowania swoich pragnień i celów; psychofizyczną tożsamość rozciągającą się w czasie; a także jednostkowy dobrostan, który oznacza, że życie, którego doświadczają odbierają jako dobre lub złe, w logiczny sposób niezależnie od ich przydatności dla kogoś innego czy bycia przedmiotem czyichś interesów.

Dlaczego zaczął akurat od jednorocznych ssaków? Podejrzewam, że kiedy to pisał, taka granica wydawała się bezpieczna. Dodał jednak, że nie ma pewności, gdzie granicę tę należałoby wyznaczyć. Pozostawił więc sprawę otwartą, zależną od poszerzania naszej wiedzy. Dziś naukowcy obserwują cechy podmiotów życia u większości kręgowców.



Twórcą kolejnej teorii praw zwierząt, obecnie określanej mianem abolistycznego podejścia do praw zwierząt jest amerykański prawnik Gary Francione, który za kryterium wystarczające do postulowania praw zwierząt przyjmuje doznaniowość („sentience”) i definiuje ją tak:

Istota czująca/doznająca to istota, która ma podmiotową świadomość; istota, która ma interesy, tzn. preferencje, pragnienia czy oczekiwania.
Przejawiamy szowinizm gatunkowy, kiedy twierdzimy, że istota musi mieć umysł podobny do ludzkiego, żeby liczyć się moralnie. Innymi słowy, szowinistycznym jest twierdzenie, że dana istota musi posiadać refleksję na temat samoświadomości lub być zdolna do myślenia pojęciami, lub mieć ogólną zdolność do doświadczania życia tak, jak doświadczają go ludzie, aby mieć prawo do niebycia używaną jako rzecz/zasób. Dopóki jest to ktoś, kto ma podmiotową świadomość i komu na jego własny sposób zależy na tym co się z nim dzieje, dopóty jest to wystarczający warunek do posiadania moralnego prawa do niebycia używanym jako rzecz/zasób.

Francione proponuje zatem niższy niż Regan próg, który dana istota musi przekroczyć, by można było mówić o jej prawach. O jakie zwierzęta chodzi w tym przypadku? Na pewno będą to kręgowce. Francione uważa też, że z pewnością będą to też niektóre bezkręgowce, np. homary. Co do owadów – uznaje, że żadnej pewności nie ma, lecz woli mylić się na ich korzyść i mówi, że celowo ich nie zabija.

W przypadku obydwu kryteriów, zarówno Regan jak i Francione, postulują odejście od eksploatacji zwierząt jako pierwszy i najważniejszy krok w uregulowaniu naszych relacji ze zwierzętami, wypełnieniu etycznej luki, którą pomijamy kończąc sprawę sprawiedliwości na prawach człowieka lub ograniczając się do porządnego zajmowania się psami i kotami. Odejście od eksploatacji to oczywiście weganizm. Czy zawsze możliwy? Być może nie. Ale niewątpliwie z moralnego punktu widzenia konieczny tam, gdzie wykonalny.

Dlaczego nie pozostać przy wygodnym szowinizmie gatunkowym? Angielski psycholog, Richard Ryder, twórca tego pojęcia (speciesism), w eseju na temat (nie)zasadności eksperymentów na zwierzętach z 1974 roku puścił wodze wyobraźni i napisał:

A jak należałoby postąpić wobec Marsjan, gdyby doszło do ich lądowania? Czy byłoby rzeczą etyczną przeprowadzenie na nich wiwisekcji? Ale chwileczkę, przykład ten nastręcza bowiem pewne trudności; zwłaszcza wtedy, gdy okaże się, że przeciętny współczynnik inteligencji Marsjanina wynosi 1000 jednostek, a nie 100 i gdy uświadomimy sobie, że są oni całkowicie uodpornieni na rakiety, broń chemiczną i wyrafinowane argumenty filozoficzne.
„…Niech wszyscy lekarze i studenci medycyny stawią się natychmiast w celu poddania się wiwisekcji. Przykro nam, że musimy podjąć takie kroki – nie jesteśmy sadystami, ale musimy poddać was eksperymentom, aby uzupełnić naszą wiedzę o anatomii i fizjologii człowieka..
Będzie to w końcu z korzyścią nie tylko dla naszego gatunku, lecz także dla waszego. Możliwe, że przysługują wam pewne rudymentarne zdolności do odczuwania bólu, a niektórzy spośród was mogą być nawet zdolni do najprostszych form rozumowania, byłoby jednak z naszej strony zwykłym sentymentalizmem, gdybyśmy przyznali wam jakiekolwiek prawa moralne. Jest niedorzecznością porównywać was z Marsjanami. Dobro Marsjan nade wszystko. Proszę nie myśleć sobie, że zamierzamy zadawać wam jakiekolwiek niepotrzebne cierpienie, lub że nie lubimy ludzi – przeciwnie, wielu spośród nas ma swoich własnych ludzkich ulubieńców”. 
Pewnego dnia tak właśnie mogłoby się wydarzyć i wówczas my sami zajmiemy miejsce prześladowanych.
Hmm, no właśnie. Także tego…

Czytaj/oglądaj dalej:
  • "The Case for Animal Rights", Tom Regan - dostępna w Bibliotece Praw Zwierząt [link]
  • Artykuł o "sentience" na stronie Gary'ego Francione [link]
  • Richard Ryder wyjaśnia pojęcie szowinizmu gatunkowego - video 3min40 [link]



niedziela, 18 sierpnia 2019

Jak (nie)konkretnie wygląda twój cel?

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Ograniczam słodycze. Ograniczam papierosy. Ograniczam mięso. Jak często słyszymy takie deklaracje? Co konkretnie znaczą? Co z nich konkretnie wynika w średniej i dłuższej perspektywie czasowej? Czy prowadzą do osiągnięcia jakiegoś celu? Jeśli tak, to jakiego? 

Powiem szczerze, że o ile osoba przedstawiająca taką deklarację może być z siebie bardzo zadowolona (przynajmniej na razie), to ja do takiego oświadczenia podchodzę z dużą podejrzliwością. Dlaczego? Bo właściwie nie wiem, co ono konkretnie znaczy. 

Od czego liczymy to ograniczanie?
Gdybym przynajmniej wiedziała jaki był punkt wyjścia, np. jeden pączek dziennie, to  mogłabym przyjąć wersję minimum tego „ograniczania”: mniej niż jeden pączek dziennie. Choć w zasadzie to nadal nie mówiłoby mi wiele, bo trudno wyobrazić sobie osobę, która zaczyna smakowitego pączka i dla dobra sprawy odstawia go na bok w pół drogi między talerzem a ustami. 

Prawdopodobnie lepszą wartością początkową byłaby informacja ile pączków ktoś zjada w ciągu tygodnia lub miesiąca, np. 7 tygodniowo lub 30 miesięcznie. Wtedy „ograniczam” – znaczyłoby pewnie nie więcej niż 6 tygodniowo lub 29 pączków miesięcznie. Jednak trudno mi sobie wyobrazić tak pilne zliczanie pączków przez cały miesiąc, więc wartość początkową prawdopodobnie łatwiej byłoby komuś często jedzącemu pączki obliczyć na przykładzie dwóch, trzech tygodni liczonych odrębnie i wyciągnięciu średniej tygodniowej. 

A i tak podejrzewam, że ustalenie czarno na białym ile pączków rzeczywiście zjada, byłoby dla wielu osób nie lada wyzwaniem. Łatwiej bowiem mówić mniej więcej „chyba jem za dużo pączków” niż stanąć oko w oko z konkretną liczbą. To jak złapanie na gorącym uczynku, prawda?

Tak więc już na początku stajemy przed problemem ustalenia wartości początkowej, szczególnie w przypadku często spożywanego jedzenia, niewykluczone, że także w przypadku papierosów, szczególnie jeśli w domu jest zawsze zapas i niekoniecznie pamiętamy, kiedy została otwarta kolejna paczka. 

Niekonkretny cel 
Deklaracje bez określonej wartości początkowej (nieraz nawet wobec samego siebie) już na starcie są więc mało konkretne. Rozmywają się jeszcze bardziej, kiedy cel nie zostaje w związku z tym skonkretyzowany i ogranicza się do stwierdzenia „chcę to ograniczyć”.

To jak w końcu Ci poszło?
Brak konkretów utrudnia następnie realizację celu, bo co niby mielibyśmy konkretnie realizować? Brak ram czasowych tym łatwiej pozwala nam na odsuwanie sprawy na kolejny dzień, tydzień lub miesiąc, albo łatwe przerywanie niespecyficznego planu, który być może jest tak naprawdę głównie w głowie. 

Jak dobrze określić cel?
Psycholodzy zajmujący się osiąganiem celów, oprócz szeregu wskazówek co do realizacji naszych zamierzeń, mają też sporo do powiedzenia na temat określania celów. Małe podsumowanie tych zaleceń miałam okazję przeczytać w naukowym artykule psychologa Petera Gollwitzera, o którym pisałam już na tym blogu. O ile ograniczanie słodyczy może pomóc lepiej się odżywiać, o tyle psychologia określania i realizowania celów interesuje mnie, przynajmniej na potrzeby tego bloga, w kontekście skuteczniejszego promowania weganizmu i faktu, że wiele organizacji promuje „ograniczanie mięsa” lub „ograniczanie produktów odzwierzęcych”, które są w moim przekonaniu celami tak niespecyficznymi, że niewartymi promowania nawet z punktu widzenia psychologii, a co dopiero praw zwierząt.

Golwitzer w swoim podsumowaniu pisze, że:
lepszy jest cel trudny i konkretny niż trudny i ogólny/niekonkretny
lepszy jest cel krótkoterminowy niż cel odległy
lepiej formułować cel jako naukę (chcę się nauczyć jak coś robić) niż jako test umiejętności
lepiej formułować cel jako promujący właściwe zachowanie niż cel zapobiegający niewłaściwym zachowaniom



Ograniczanie jest najczęściej celem pozornie łatwym i zazwyczaj mało konkretnym. Rekomendowanie go jest w gruncie rzeczy zaleceniem, które trudno dookreślić i którego realizację ciężko byłoby sprawdzić. Przejście na weganizm jest dla wielu osób celem trudnym i konkretnym, co wbrew pozorom, a zgodnie z nauką o celach jest potencjalnie korzystne i obiecujące. Równocześnie biorąc pod uwagę pozostałe punkty, warto formułować ten cel w sposób ułatwiający jego realizację. 

Jeśli może wydawać się celem odległym, warto podzielić go na mniejsze cele krótkoterminowe w formie pożądanych zachowań, np. jedzenie wegańskich śniadań (pierwszy tydzień), następnie jedzenie wegańskich obiadów (kolejne 2 tygodnie), jedzenie wegańskich kolacji (tydzień), kupowanie już tylko wegańskich ubrań (od razu), kupowanie wegańskich kosmetyków (3 miesiące, w tym rozeznanie tematu, marek, sklepów itp.), itd. Oczywiście kolejność i czas realizacji celów są tylko przykładowe. Warto pamiętać o formułowaniu celów jako nauki, podczas której nasze umiejętności stopniowo rosną i mamy też prawo do błędów, zamiast budować tor przeszkód, na którym zlicza się "skuchy". 

Po dalsze wskazówki dotyczące realizacji celów, w tym – przechodzenia na weganizm – zapraszam do wpisu „Jak osiągać cele, czyli dobre chęci są dobre tylko na dobry początek”.

Czytaj dalej:
Artykuł: Peter Gollwitzer - Implementation Intentions. Strong Effects of Simple Plans, First pub. in: The American Psychologist 54 (1999), 7, pp. 493-503 [link]


piątek, 9 sierpnia 2019

Komu obywatelstwo? - recenzja "Zoopolis"

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

To dobrze, że teorią praw zwierząt, a także jej praktycznym wymiarem, interesują się ludzie różnych zawodów – filozofowie, co oczywiste, ale też prawnicy, socjolodzy, psycholodzy czy, jak w przypadku „Zoopolis”, politolodzy. Co prawda mówi się, że młotkowy wszystko będzie chciał załatwić młotkiem, a nie każdy problem przypomina akurat gwóźdź, to jednak rosnąca liczba specjalistów używających do analizy swoich wyspecjalizowanych narzędzi może ostatecznie, na zasadzie komplementarności, coraz lepiej dostrzegać poszczególne aspekty praw zwierząt i proponować adekwatne rozwiązania. Temat to przecież bardzo złożony i jeśli ma w sobie coś z gwoździa, to z pewnością jest to gwóźdź będący częścią większej całości.  

I faktycznie, dogłębna  znajomość danej dziedziny pomaga drążyć temat pod określonym kątem. Filozofowie rozwijają kwestie związane z etyką np. pytają o granice wspólnoty moralnej – czy mają do niej należeć tylko ludzie? Prawnicy zastanawiają się, jakie zastosowanie może mieć prawo np. czy ma być tylko narzędziem dyscyplinującym nas do respektowania uznanych praw i obowiązków czy też wyznaczać nowe horyzonty naszych zobowiązań i nowe granice naszej wolności. Psycholodzy zwracają uwagę na fakt, że nie jesteśmy tylko i wyłącznie racjonalni, bo nasze myślenie i postępowanie zależą także od emocji, preferencji, mechanizmów obronnych, myślenia opartego na skrótach myślowych, presji społecznej czy okoliczności, w jakich się znaleźliśmy. Socjolodzy zaś, zamiast analizować poszczególnych ludzi, przyglądają się społeczeństwu bardziej z lotu ptaka i np. pytają, na czym polega zmiana społeczna.

Jak to się przekłada na „Zoopolis”? Sue Donaldson jest filozofką, a Will Kymlicka – filozofem politycznym, którego głównym polem zainteresowań jest wielokulturowość, prawa mniejszości i teoria obywatelstwa. Niewątpliwie przez taki właśnie filtr przechodzi w „Zoopolis” teoria praw zwierząt. Patrząc na zwierzęta przez pryzmat rodzaju relacji, w jakie z nimi wchodzimy, i w jakie one wchodzą lub nie chcą wchodzić z nami (autorzy podkreślają sprawczość, preferencje i wolę pochodzące również ze strony zwierząt), Donaldson i Kymlicka (D&K) wykorzystują teorię obywatelstwa i terminy z nią związane, by naszkicować pożądane ramy tych relacji i reguły, jakie powinny nimi rządzić.



Nasze relacje ze zwierzętami i podział zwierząt na grupy 
D&K podkreślają, że tradycyjna teoria praw zwierząt w różnych odsłonach mówi tylko o dwóch grupach zwierząt i ma wobec nich bardzo konkretne zamiary: 1) zwierzęta udomowione, którymi należy się opiekować, ale zarazem przestać rozmnażać i doprowadzić w praktyce do wymarcia gatunków udomowionych, bo ten rodzaj relacji wiąże się z całkowitym uzależnieniem, wykorzystywaniem, przemocą i eksploatacją, i 2) zwierzęta dzikie, które należy zostawić w świętym spokoju tam, gdzie żyją z dala od ludzi. Według autorów „Zoopolis” ani podział na udomowione i dzikie, ani realizacja praw poprzez doprowadzenie do wymarcia czy zostawienie w spokoju nie odpowiadają złożonej rzeczywistości naszych relacji, ani nie realizują w pełni praw zwierząt. 

Biorąc pod uwagę kryterium relacji ludzie – zwierzęta, D&K dzielą zwierzęta na trzy grupy: udomowione, dzikie i liminalne, te ostatnie zawieszone gdzieś pomiędzy światem pierwszej i drugiej grupy - nie udomowione, ale równocześnie mieszkające blisko ludzi, np. szczury, wróble czy gołębie.  W każdej z grup autorzy obserwują dalsze podziały w zależności od stosunku ludzi do danej grupy zwierząt, czy mniej lub bardziej elastycznej zależności zwierząt od nas, itd. 

D&K podtrzymują podstawowy postulat teorii praw zwierząt, czyli prawa negatywne dla zwierząt charakteryzujących się doznaniowością (sentience): prawo do niebycia torturowanym, zabijanym, prawo do niebycia traktowanym jak przedmiot, prawo do niebycia czyjąś własnością. Autorzy uzupełniają jednak te postulaty o teorię obywatelstwa, prawa pozytywne i obowiązki. 

W przypadku zwierząt udomowionych proponują wprowadzenie statusu obywatelstwa wzorując się do pewnego stopnia na postulatach wychodzących ze środowiska ruchu na rzecz osób z niepełnosprawnością intelektualną, gdzie zależność nie musi się automatycznie wiązać z utratą godności i krzywdzącym wykorzystaniem, zaś sprawczość jest zdolnością stopniowalną, rozpostartą na pewnym spektrum i może realizować się w relacjach zaufania z opiekunem. Opiekun odczytuje potrzeby, pragnienia i preferencje komunikowane przez podopiecznego i jest jego społecznym i politycznym reprezentantem, dzięki czemu politykę społeczną kształtuje się z uwzględnieniem tak reprezentowanych grup, co może według autorów znaleźć zastosowanie także w przypadku zwierząt udomowionych. W tak skonstruowanym świecie z pewnością nie ma miejsca na eksploatację zwierząt przynoszącą im cierpienie i śmierć. Niemniej, D&K dopuszczają formy relacji charakteryzujące się według nich wymianą korzyści – ludzie opiekujący się kurami i jedzący ich jajka, czy też ludzie utrzymujący stada owiec, by te „pielęgnowały” krajobraz. Obowiązkiem nałożonym na zwierzęta udomowione byłaby socjalizacja do życia w społeczności ludzko-zwierzęcej (np. dla psa mieszkającego w mieście byłaby to umiejętność chodzenia po schodach, jeżdżenia windą, spokojnego zachowania wobec mijających przechodniów, rowerów, samochodów), przy czym autorzy sugerują, że socjalizacja taka powinna odbywać się też w drugą stronę (co wybiórczo już ma miejsce, kiedy dzieci uczą się w szkole jak rozumieć język ciała, szczekanie i zachowanie psów). 

W odniesieniu do zwierząt dzikich D&K podkreślają brak tak ścisłego rozgraniczenia geograficznego  siedzib ludzkich od siedlisk zwierząt, co w praktyce uniemożliwia "załatwienie" tematu postulatem „dajmy im święty spokój”. Po pierwsze wiele zwierząt migruje (np. bociany) i przemieszcza się przez terytoria zamieszkałe przez ludzi narażając się na obrażenia, choroby i śmierć, kiedy przechodzą przez drogi, przelatują przez miasta, dostają się w strefy zanieczyszczonego powietrza, wody i gleby. Po drugie, siedziby ludzkie się rozrastają, zagarniając coraz większe tereny, zabierając tym samym miejsce życia zwierząt. W związku z tą złożonością relacji i aktywnym, biernym i przypadkowym wpływem, jaki wywieramy na życie zwierząt dzikich i przy równoczesnej odrębności takich zwierząt od nas, autorzy proponują zastosowanie terminu suwerenność plasującego się w ramach prawa międzynarodowego. Według D&K różne gatunki zwierząt dzikich powinniśmy traktować jak odrębne narody mające prawo do terytorium, zachowania własnej autonomii i przestrzegania wobec nich zasad sprawiedliwości. Autorzy podkreślają, że akceptacja suwerenności, w uznaniu której ludzie są tylko gośćmi wchodząc na terytorium zwierząt, jest czymś innym niż zarządzanie przyrodą („stewardship”), gdzie ludzie pełnią rolę kierowników np. parku narodowego. D&K zaznaczają też, że suwerenność nie wyklucza ingerencji czy interwencji w życie indywidualnych zwierząt (pomoc łosiowi, który utknął na lodowej krze) czy populacji (szczepienie) pod warunkiem, że respektujemy ich autonomię. Suwerenność musi też zakładać jakąś formę współistnienia tam, gdzie terytoria się nakładają lub przecinają.

Dla zwierząt liminalnych D&K przewidzieli status rezydentury, która uznaje obecność tych zwierząt i nie pozwala traktować ich jako szkodników, ale zarazem – ze względu na brak relacji zażyłości i zaufania – ma charakter bardziej ograniczonych praw i obowiązków niż status współobywateli, jakim cieszyć się mają zwierzęta udomowione. Choć mamy prawo ograniczać ich populację i obecność, to w modelu proponowanym przez D&K musielibyśmy wykazywać się pomysłowością i inteligencją, by robić to w sposób niepowodujący cierpienia ani zabijania zwierząt liminalnych. Przykładem jest tworzenie gołębników w określonych miejscach miasta i stosowanie środków antykoncepcyjnych dla przybywających tam gołębi.



Warunki dla realizowania sprawiedliwości
D&K uzupełniają swoją teorię o ważne podkreślenie, za filozofem Johnem Rawlsem: o ile sprawiedliwość jest konieczna, o tyle by była możliwa muszą być spełnione pewne warunki. „Ludzie są winni innym sprawiedliwość, gdy poszanowanie praw innych nie zagraża ich własnej egzystencji.” Tam, gdzie wyboru nie ma, nie ma możliwości realizowania sprawiedliwości (mieszkam np. w domu opieki, gdzie jem to, co akurat będzie dostępne). Jednak tam, gdzie wybór jest, nie ma powodu odwoływać się do sytuacji, gdzie wyboru nie ma (mam dostęp do diety roślinnej, ale przytaczam hipotetyczne sytuacje, w których nie miałbym wyboru i „dzięki” tym przykładom, uważam, że mam prawo jeść produkty zwierzęce). Zaś tam, gdzie wyboru nie ma, można dążyć do uzyskania okoliczności, w których wybór będzie możliwy (popierać politykę dostępu do diety roślinnej w sektorze publicznym - domy opieki, szpitale, szkoły, itp.) .

Sprawczość
Jedną z ważnych dla mnie rzeczy poruszanych w książce zarówno w odniesieniu do zwierząt udomowionych, dzikich i liminalnych jest sprawczość. Autorzy podkreślają tam wielokrotnie, że to nie tylko ludzie decydują o kontaktach ze zwierzętami, ale zwierzęta także mają tu w miarę możliwości coś do powiedzenia i zamiast pewnego siebie paternalizmu powinniśmy wyostrzyć nasze zmysły, aby zacząć na to zwracać baczniejszą uwagę. Z tą ostrożnością spotkałam się już kiedyś, w książce Andrew Westolla „Szympansy z Azylu Fauna” i jestem wdzięczna za każdym razem, gdy ktoś o tym mówi lub pisze, bo zbyt często my, ludzie, przyjmujemy podejście paternalistyczne, że wiemy lepiej, lub (ewentualnie), że eksperci wiedzą lepiej i że generalnie to wystarczy nam wiedza o gatunku, by wiedzieć „co i jak” na temat każdego przedstawiciela takiej grupy zwierząt. 

Wątpliwości i pytania i podziękowania
Choć książkę czytałam z zainteresowaniem i uważam, że wnosi celne spostrzeżenia co do niekompletności dotychczasowego spojrzenia na prawa zwierząt (brak praw pozytywnych i zwierząt liminalnych), to przyglądając się instytucji udomowienia mam spore wątpliwości co do możliwości jej naprawy. Teorię obywatelstwa, suwerenności i rezydentury przyjęłabym jako potrzebną na etap przejściowy, w którym dążylibyśmy – z jednej strony – do znaczącego poprawienia relacji ze zwierzętami udomowionymi, dzikimi i liminalnymi (biorąc pod uwagę nie tylko kwestie sprawiedliwości i opieki tam, gdzie to konieczne, wybierając weganizm, ale też wykazując się uwagą wyczuloną na wolę, preferencje i sprawczość zwierząt), a z drugiej strony – jednak do ograniczenia populacji zwierząt udomowionych nie poprzez robienie im krzywdy, lecz poprzez zapobieganie ich rozmnażaniu. 

Pewien niedosyt zostawiła we mnie część praktyczna książki. Autorzy narzekali na brak wyobraźni ze strony dotychczasowych opracowań. Sami nie zaoferowali jednak zbyt wielu przykładów. Słyszałam, że są w trakcie pisania kolejnej książki. Mam nadzieję, że tam swoją teorię i możliwą praktykę wyłożą w dalszych szczegółach.

Na koniec dodam, że cieszę się, że Sue Donaldson i Will Kymlicka opracowali swoją teorię, a także, że doszło do wydania tej książki w Polsce (Oficyna 21) i że dzięki pracy tłumaczy (Marii Wańkowicz i Michała Stefańskiego) tak dobrze mi się ją czytało za darmo, bo książkę wypożyczyłam z Biblioteki Praw Zwierząt prowadzonej przez Iwonę Kossowską. 

Czytaj i oglądaj dalej:
  • Wywiad z Willem Kymlicką (33min) [link]
  • Link do wydawnictwa Oficyna [link]
  • Link do Biblioteki Praw Zwierząt [link]

wtorek, 18 czerwca 2019

Jak osiągać cele, czyli dobre chęci są dobre tylko na dobry początek

Od 1.01.2020 zapraszam na moją nową stronę Slowasawazne.pl

Co zrobić, żeby nie opchać się przekąskami, które na przyjęciu co chwilę podtyka nam uprzejmy kelner? Być weganinem? Tak, to dobry trop, skoro większość przyjęć i serwowanych na nich przekąsek nie jest wegańska. Załóżmy jednak, że jest to wegańskie przyjęcie, Ty nie masz żadnych alergii i równocześnie naprawdę nie chcesz pochłonąć kolejnej bomby kalorycznej. Badaczka Tracy Mann podpowiada, że pomocna będzie strategia w formacie „jeśli – to” obejmująca zarówno odpowiedź na pytanie kiedy/gdzie (na rzeczonym przyjęciu) i pomysł na to, jakie będzie nasze działanie. A więc: jeśli znajdziesz się na przyjęciu to do jednej ręki weź napój a do drugiej serwetkę. W ten sposób utrudnisz sobie bezmyślne zabieranie przekąsek z tacy i na pewno zjesz ich dużo mniej. Ta strategia, której przykładem jest nasz sprytny trik z zajętymi rękami to jedna ze skutecznych metod realizacji obranego celu: tzw. intencja wdrożeniowa. O niej więcej poniżej. 

Na Traci Mann wpadłam w księgarni. Nie spotkałam oczywiście samej badaczki, ale jej książkę, którą z zainteresowaniem wzięłam do ręki. Z jednej strony nie lubię diet, z drugiej jednak temat odżywiania się interesuje mnie do pewnego stopnia. „Bzdiety. Czego nie powie Ci dietetyk” – taki tytuł zdecydowanie przyciągnął moją uwagę. Mann nie jest dietetyczką, choć naukowo zajmuje się tematem jedzenia. Robi to jednak z nieco innej strony, bardziej psychologicznej. Prowadzi badania z zakresu dość młodej dziedziny - psychologii zdrowia. Oczywiście interesują ją też efekty zdrowotne, ale najbardziej – w swojej książce – skupia się samym procesie osiągania celów zdrowotnych, rzeczach które w tym pomagają i które stają nam przeszkodzie. Tak, Mann skupia się na zdrowiu, nie na względach estetycznych.  Badaczka na szczęście nie zaprzęga psychologii do tego, by doradzać nam jak osiągać cele estetyczne kosztem zdrowia (schudnąć za wszelką cenę), lecz by lepiej dbać o zdrowie, czego efektem ubocznym mogą być kwestie estetyczne (zdrowiej jeść, regularnie się ruszać i osiągnąć optymalną dla swojego organizmu masę ciała). Takie podejście bardzo mi się spodobało.

Im jestem starsza, tym bardziej interesuje mnie zdrowe odżywianie (takie, które służy zdrowiu; nie zaś takie, w którym występują wyłącznie zdrowe produkty) i aktywność fizyczna służąca zdrowiu. Równocześnie wiem jak łatwo jest wcinać śmieciowe jedzenie (dużo częściej niż podpowiada to zdrowy rozsądek) i jak prosta droga wiedzie ku braku aktywności fizycznej (nigdy nie byłam z natury ruchliwa). Przy tym wszystkim, po naczytaniu się Roya Baumeistera nie wierzę już w silną wolę i same dobre intencje. Dlatego podoba mi się zawarta w książce propozycja Mann, która nie każe iść pod prąd naszych naturalnych skłonności i stawać się bohaterami, którzy zdobywają kolejne odznaki na stromej ścieżce zdrowego stylu życia. Zamiast tego badaczka sugeruje działania, które zamiast walczyć z naszą naturą sprytnie wykorzystują rosnącą wiedzę o psychologii człowieka, np. to, że jesteśmy bardziej leniwi i nawykowi niż pracowici i kreatywni.  Tym samym jej propozycja staje się bardziej osiągalna i zrównoważona, możliwa do zastosowania w dłuższej perspektywie. Streszczę ją następująco: zidentyfikuj co jest dobre, a co złe (dla twojego zdrowia), a następnie ułatwiaj sobie rzeczy dobre i utrudniaj rzeczy złe. Traci Mann podaje nam szereg strategii tego ułatwiania i utrudniania. Przykład z bankietu jest akurat jedną ze strategii utrudniających i zarazem metodą opracowaną przez innego badacza. Postanowiłam się na niej skupić, bo jest to metoda dość dobrze przebadana, której skuteczności empirycznie dowiedziono. Może służyć właśnie w ułatwianiu sobie zdrowszego życia, a sądzę, że będzie też przydatna we wdrażaniu diety roślinnej. 



Czym więc jest intencja wdrożeniowa zwana też intencją implementacyjną (implementation intention)? Jest to technika opracowana i zbadana przez niemieckiego badacza Petera Gollwitzera, która pomaga wprowadzać w życie obrane cele. Sam Gollwitzer, w swoim artykule z 1999 roku, gdzie szczegółowo opisuje tę technikę, przypomina, że dobrymi intencjami wybrukowane jest piekło. Nie zamierza bynajmniej tym stwierdzeniem podkopywać na wstępie wniosków własnej pracy badawczej. Podkreśla tylko różnicę między zwykłym zamiarem/intencją osiągnięcia celu np. „Chcę schudnąć 10 kg”, a właśnie badaną techniką, czyli intencją wdrożeniową, która ma stanowić pomost między wstępnym zamiarem a zrealizowanym celem. Same zamiary, nawet jeśli silne, często nie są wystarczające, by skutecznie realizować cele. Pokazują to nie tylko przysłowia, ale także badania naukowe.  

Powiedzmy, że naszym celem jest nieobjadanie się w restauracji. Nasza intencja wdrożeniowa, zgodnie z teorią Gollwitzera, ma za zadanie trzy rzeczy: (1) zidentyfikować okazje do działania (wizyta w restauracji), (2) zidentyfikować pożądane zachowanie (zjeść najpierw sałatkę), (3) połączyć z wyprzedzeniem okazje z pożądanym zachowaniem w formacie „jeśli – to”, tak aby gdy nadejdzie okazja, mieć już gotową odpowiedź: Jeśli pójdę do restauracji, najpierw zamówię sałatkę. Tym sposobem jesteśmy bardziej świadomi nadarzających się okazji (czasem nie są tak oczywiste jak wizyta w restauracji) i łatwiej nam z nich skorzystać, ponieważ przygotowana zawczasu intencja wdrożeniowa sprawia, że przystępujemy do działania pewniej i  skuteczniej. 

Co ciekawe, Gollwitzer wykazał, że takie intencje pomagają nam odciążyć się psychicznie. Dlaczego? Bo kiedy mamy przygotowany plan działania i nadarza się odpowiednia okazja, miejsce czy pora, wówczas działamy jakby z automatu, nie angażując już emocji i intelektu, tak jakbyśmy wcześniej ustawili autopilota. Jest to efekt zbadany naukowo. Sama wypróbowałam go na sobie i potwierdzam, że istnieje. Pomaga eliminować męczące deliberacje, które zdarzają się nam wszystkim, np.: co mam zjeść na obiad, hm, sama nie wiem, a może zamówię coś przez telefon, a może jednak coś ugotuję, a może pójdę do sklepu po pierogi. Intencje wdrożeniowe znacznie zwiększają skuteczność zwykłych intencji nie tylko dlatego, że dają nam do ręki bardzo konkretne, praktyczne narzędzia, ale oszczędzają nam psychicznego i emocjonalnego zmęczenia. 

Jeśli uważasz, że masz słaby charakter albo nie masz siły na realizację celów, a marazm już dawno zagościł w twoim codziennym życiu, weź pod uwagę fakt, że badania dotyczące intencji wdrożeniowych były z powodzeniem przeprowadzane także na osobach, które ze względu na swoją sytuację zdrowotną mają szczególnie pod górkę w kwestii koncentracji i realizowania zamierzeń. Były to osoby na odwyku od narkotyków. 

Jak pisze Gollwitzer, osoby leczące się z uzależnienia od narkotyków, muszą być świadomie skupione na kontroli głodu narkotykowego. To znacząco zaburza kontrolę zwykłych codziennych czynności, np. punktualne przybycie na posiłek do szpitalnej jadalni. Jedno z badań opisywanych przez badacza miało miejsce w szpitalu i dotyczyło pacjentów leczących się z uzależnienia od opiatów. Pacjenci mieli przygotować się do wyjścia ze szpitala i w ramach przygotowania ich do poszukiwania pracy administracja szpitala poprosiła pacjentów o przygotowanie CV przed wypisem. Większość zapomniała tego zrobić. Badacze postanowili sprawdzić skuteczność intencji implementacyjnych na takich pacjentach. Osoby wciąż wykazujące objawy odstawienia narkotyków zostały podzielone na dwie grupy. Wszyscy badani zostali poproszeni rano o przygotowanie krótkiego CV na godzinę 17:00 tego samego dnia. Tylko w jednej z tych grup wydano dodatkową instrukcję, prosząc by pacjenci określili dokładnie kiedy i gdzie zamierzają to CV napisać. Drugą grupę poproszono o sformułowanie intencji wdrożeniowych ale zupełnie nie związanych z zadaniem. O godzinie 17-tej żaden z pacjentów z grupy z jedną instrukcją nie złożył swojego CV. W grupie z intencją wdrożeniową dotyczącą CV, przygotowane dokumenty przedstawiło 80 procent badanych.

Intencje wdrożeniowe pomogły też studentom napisać relację z Wigilii i wysłać ją badaczom w ciągu 48 godzin od tego święta. Musieli tylko określić dokładnie gdzie i kiedy napiszą swój tekst.

Metoda ta okazuje się też skuteczna w przypadku dbania o zdrowie, gdzie działania niekoniecznie są bardzo przyjemne, a pozytywne skutki odległe w czasie. Kobiety, które określiły kiedy i gdzie dokonają samobadania piersi, wykonały to badanie (100%), podczas gdy kobiety, które tylko zadeklarowały intencję takiego badania zrealizowały swój zamiar w 53%. Określenie gdzie i kiedy będą brać witaminę pomogło badanym w regularnej suplementacji. W kolejnym badaniu osoby po operacji wymiany stawu sformułowały intencje wdrożeniowe dotyczące 32 czynności, które zaczną wykonywać po operacji. Osoby te wdrożyły 18 czynności wcześniej niż badani z grupy kontrolnej, w której nie zastosowano intencji implementacyjnej. 

Intencje wdrożeniowe łączono też badawczo z motywacją polegającą na ostrzeżeniu badanych przed negatywnymi skutkami braku aktywności fizycznej. Samo "straszenie" chorobami zwiększyło  uczestnictwo w ćwiczeniach z 29 do 39 procent studentów. Natomiast połączenie tej negatywnej motywacji z intencją wdrożeniową zwiększyło uczestnictwo do 91%.

Jakie mogą być propozycje zastosowania w przypadku przechodzenia na weganizm? Jako że ta metoda jest pomocna zarówno przy zabieraniu się za jakąś czynność jak i przy nieodstępowaniu od czynności, kiedy coś odwraca naszą uwagę, możemy ją wykorzystać zarówno do rozpoczęcia działania jak i do jego kontynuacji. Będziemy lepiej przygotowani i gotowi a także mniej psychicznie zmęczeni. Dotyczy to szczególnie diety roślinnej, bardziej niż innych aspektów weganizmu. 
Jeśli dopiero zabieramy się za dietę roślinną, dobrym pomysłem będzie poeksperymentowanie w  ograniczonym, „ogarnialnym” zakresie, np. śniadań, którego celem jest zorientowanie się jakie jedzenie będzie smaczne i sycące, oraz wprowadzenie na stałe wegańskich śniadań. Pamiętajmy, że naszym celem jest trwałe przejście na weganizm a nie miesięczna dieta. Dlatego powinniśmy się w tym dobrze czuć. Proponuję, by w pierwszych dwóch tygodniach zastosować intencję wdrożeniową „kiedy mam zjeść śniadanie, wybieram wegańską wersję śniadania, robię zdjęcie temu co zjadałam i zapisuję co zjadłam i czy było to smaczne i sycące. Np. Kanapka z tofu i pomidorem + banan i garść orzechów włoskich. Smaczne 5/10, sycące 7/10. 



Oczywiście wymaga to wcześniejszego przygotowania się (zakupu wegańskich produktów, przeglądnięcia paru blogów, zapisania 5-10 sugestii) i zdecydowania, gdzie będziemy robić notatki. Najprościej robić je w smartfonie, którym będziemy robić zdjęcia. Każdy ma też inny styl życia – jedni jedzą śniadanie w domu i taka intencja będzie wystarczająca. Jeśli ktoś je śniadanie w pracy/szkole – musi opracować intencję wdrożeniową zgodną z warunkami, w których funkcjonuje. Tak czy owak, po dwóch tygodniach mamy już do dyspozycji 15 spożytych śniadań i informację, co nam smakowało a co nie, co było sycące a co nie. I na dodatek będziemy też pewnie pamiętać czy łatwo było coś przygotować i będziemy też mieć orientację co do kosztów. Możemy już wtedy zmienić naszą intencję wdrożeniową na: kiedy mam zjeść śniadanie wybieram smaczne i sycące opcje z mojej listy. Podobną metodę możemy następnie zastosować do obiadów i kolacji, a także trudniejszych aspektów takich jak jedzenie na mieście, czy spotkania rodzinne.

Jakie intencje wdrożeniowe były pomocne dla mnie? W tym roku zastosowałam z powodzeniem trzy intencje wdrożeniowe dotyczące diety i aktywności fizycznej. Należę do tej grupy ludzi, którzy mają problem z zabieraniem się za różne zadania, nachodzą mnie różne myśli – a może by tak tego dziś nie zrobić, a może nie teraz, a może coś innego, a w sumie to sama nie wiem, itp. Jest to bardzo męczące, często bardziej od samego zadania! Informacja, że intencje wdrożeniowe powodują działanie na autopilocie i pomagają uniknąć tych nieznośnych dywagacji była dla mnie bardzo zachęcająca. I rzeczywiście, dobrze pomyślane intencje wdrożeniowe okazały się strzałem w dziesiątkę. Po pierwsze chciałam jeść więcej owoców i sałaty zarówno dla wartości odżywczych jak i dla obniżenia kaloryczności całodziennego jedzenia. Jedzenie tego na koniec posiłku nie ma sensu, bo jak się już najem tego, co najbardziej lubię, to ochota na owoc i zieleninę mi mija. Zastosowałam więc pomysł z książki Tracy Mann – to co masz zjeść, jedz najpierw. Moja intencja wdrożeniowa brzmiała: Kiedy przychodzi czas na posiłek, zaczynam od owocu lub surowego warzywa i sałaty lub selera naciowego. I faktycznie zadziałało.

Po drugie, moja aktywność fizyczna składa się głównie z robienia gimnastyki i jeżdżenia na rowerze. Zastanawiałam się przez chwilę od czego zaczynam i kiedy już wiedziałam co jest takim działaniem wywoławczym ułożyłam dwie intencje: dla gimnastyki: Kiedy przychodzi czas na gimnastykę kładę na podłodze karimatę; dla roweru: Kiedy przychodzi czas na rower, zakładam legginsy. I moje mordercze dywagacje wyrzuciłam za okno. W znakomitej większości przypadków autopilot włącza się bez problemu.

Co było po 1999 roku, kiedy Gollwitzer napisał swój artykuł o intencjach implementacyjnych? Kolejne lata przyniosły sporo badań w tym temacie. Na internecie znalazłam metaanalizę 94 takich eksperymentów opracowaną przez Gollwitzera we współpracy z innym badaczem – Paschalem Sheeranem. Wnioski są pozytywne. Warto korzystać z tej prostej metody urzeczywistniania naszych celów.

Co Gollwitzer mówi o samych celach? To też bardzo interesujące, ale to będzie już temat na inny wpis na moim blogu.

Czytaj więcej:
  • "Czy pozytywne myślenie działa" - mój wpis na pokrewny [link]
  • Książka Traci Mann "Bzdiety. Czego nie powie Ci dietetyk" [link]
  • Artykuł: Peter Gollwitzer - Implementation Intentions. Strong Effects of Simple Plans, First pub. in: The American Psychologist 54 (1999), 7, pp. 493-503 [link]
  • Artykuł: Peter M.Gollwitzer, Paschal Sheeran - Implementation Intentions and Goal Achievement: A Meta-Analysis of Effects and Processes, Article in Advances in Experimental Social Psychology - December 2006 [link]
  • Książka: Roy Baumeister "Siła woli" [link]