niedziela, 14 października 2018

Weganizm jako segment konsumencki?

Stany Zjednoczone, grudzień 1955 roku. Rosa Parks wsiada do autobusu w Montgomery w stanie Alabama. Kupuje bilet i zajmuje miejsce w tylnej części autobusu. Autobus przejeżdża kolejne trzy przystanki, na każdym wsiadają kolejni pasażerowie. Autobus zapełnia się, nie ma już miejsc siedzących dla nowo przybyłych. Kierowca autobusu wstaje, zbliża się do miejsca, gdzie siedzi Parks i zwraca się do niej i trzech innych osób, żeby wstały i zwolniły miejsce pasażerom, którzy wsiedli. Pasażerowie, których kierowca zamierza pozbawić miejsc siedzących są czarni. Nowi pasażerowie, którzy mają usiąść na ich miejscach są biali. Rosa Parks odmawia zwolnienia miejsca. Kierowca wzywa policję, która aresztuje Parks. Sąd skazuje Rosę Parks na grzywnę za złamanie prawa. 

Prawo, którego przykładem jest nakazywanie Afroamerykanom siadanie z tyłu autobusu i zwalnianie miejsca białym w razie tłoku, to jedno z tzw. praw Jima Crowa, czyli instytucjonalnego rasizmu. Postawa Rosy Parks, za którą przyjdzie jej zapłacić nie tylko grzywnę w sądzie, jest odmową uznania segregacji rasowej. Rosa Parks nie ma dość stania w autobusie. Ma dość bycia traktowaną jak obywatel drugiej kategorii, ma dość bycia poniżaną. Jej protest jest częścią działań ruchu na rzecz praw obywatelskich dla afroamerykańskich obywateli USA, na rzecz prawnej i faktycznej równości wszystkich obywateli i obywatelek, przeciwko rasizmowi. 

Afroamerykańscy mieszkańcy Montgomery stanowiący 70 procent pasażerów miejskich autobusów podejmują bojkot tego transportu i przez ponad rok docierają do pracy na piechotę, albo podwożą się wzajemnie samochodami. Pół roku później sąd orzeka, że prawo segregacji rasowej w autobusach w Alabamie jest niezgodne z konstytucją. Ale zwycięstwo pozostaje na razie teoretyczne. W rzeczywistości, postanowienie sądu wzbudza agresję i przemoc ze strony części białych, uprzywilejowanych mieszkańców miasta, a władze miasta wprowadzają nowe przepisy wzmacniające segregację w innych obszarach życia. Niemniej walka o równość wobec prawa trwa i nie schodzi z agendy ruchu. Jest jego celem.

Wyobraźmy sobie teraz, że Rosa Parks przyjmuje inne podejście. Niezadowolona z ograniczeń, jakim podlega w autobusie, ulega namowom przedstawiciela autobusów miejskich, który podpowiada jej i innym osobom biorącym udział w bojkocie, że oto powstaje osobna linia autobusów, w których za nieco wyższą opłatą Afroamerykanie będą mogli jeździć osobno, wygodnie, bez siadania tylko z tyłu, bez ustępowania białym miejsca. Idealne rozwiązanie, no może trochę droższe, ale za komfort trzeba zapłacić. Bojkot zostaje przerwany, Afroamerykanie jeżdżą swoimi autobusami, biali swoimi, autobusy miejskie są zadowolone, bo teraz nawet więcej zarabiają (przypomnijmy, że Afroamerykanie w Montgomery stanowią 70 procent pasażerów transportu miejskiego). 

Rosa Parks bierze udział w dorocznych obchodach Dnia Afroamerykanów urządzanego przez Autobusy Miejskie. W tym dniu zaproszona na scenę chwali firmę przewozową za proaktywny stosunek do problemów Afroamerykanów w Ameryce. Losuje z kapelusza 3 szczęśliwe losy, które pozwolą trzem Afroamerykanom podróżować za darmo przez kolejny miesiąc. Ruch na rzecz praw obywatelskich w Montgomery zostaje przekształcony w zaspokajanie niektórych potrzeb konsumenckich. Mimo pozornej, lokalnej poprawy samopoczucia, segregacja trwa w najlepsze. Dochodzą tylko podmioty, które są w gruncie rzeczy obojętne na dyskryminację Afroamerykanów, ale „podłączają się”, bo dostrzegają możliwość osiągnięcia zysków. 

Choć alternatywny scenariusz z Rosą Parks w roli głównej jest tylko wytworem mojej wyobraźni, to przekształcanie ruchu na rzecz sprawiedliwości społecznej w segment konsumencki nie jest wymysłem, lecz rzeczywistością. Uniwersalne postulaty zyskują zainteresowanie biznesu, który podchodzi do nich jak do konsumenckiego popytu i odpowiada skrojoną według swojego zamysłu podażą. Tam, gdzie głównym motorem działania jest generowanie zysków, zgodność z postulatami ruchu społecznego nie jest wykluczona, ale nie jest też w ogóle potrzebna. Produkty lub usługi mogą służyć sprawie, ale jeśli jej nie służą, ale świetnie swoją przydatność udają i sprzedaż rośnie, to też dobrze. Co więcej, kiedy uniwersalne postulaty zostają zamienione w potrzeby konsumenckie, momentalnie tracą na swojej uniwersalności. Stają się po prostu potrzebami konkretnych klientów, tak samo ważnymi jak potrzeby innych konsumentów.

Również ruch na rzecz praw zwierząt podlega tym mechanizmom. Promocja weganizmu coraz częściej koncentruje się na zaspokajaniu potrzeb konsumpcyjnych wegan, zamiast na sprzeciwie wobec szowinizmu gatunkowego i eksploatacji zwierząt. Burgerownia, która wprowadza obok mięsno-serowego menu burgery wegańskie, staje się partnerem organizacji promującej weganizm. Właściciel restauracji, zachęcając do stołowania się w jego lokalach, wstawia na swoim profilu fejsbukowym dwa „bratnie” hasztagi: #gomeat #govegan. Tak właśnie wygląda przekształcanie uniwersalnych postulatów etycznych w zapotrzebowanie segmentu konsumenckiego, na które odpowiada spostrzegawczy i  kreatywny biznesmen. To, że biznes zauważa nowych potencjalnych konsumentów nie dziwi. Niepokojące jest takie partnerstwo. Organizacja z założenia prowegańska bierze tym samym udział w utwierdzaniu ludzi w przekonaniu, że weganizm to nic innego jak opcja dla wegan.

Niedawne pojawienie się wegańskich parówek na sieci stacji benzynowych zostało powitane z entuzjazmem wartym lepszej sprawy. Weganie prześcigali się w oświadczeniach, że już „spełnili wegański obowiązek” i zjedli rzeczoną parówkę, najlepiej więcej niż jedną. To, że można to  - nawet żartem – postrzegać konsumpcję jako rodzaj promocji weganizmu, jest co najmniej zastanawiające. Co więcej, wątpliwości pojedynczych osób co do faktu, że parówki te produkują zakłady mięsne, były ochoczo wyśmiewane przez „pragmatycznych” wegan. Owszem, żyjemy w świecie, gdzie coraz większą rolę na rynku spożywczym odgrywają duże koncerny, które z jednej strony zarabiają olbrzymie pieniądze na eksploatacji zwierząt (zdarza się, że i ludzi), a z drugiej zaczynają też zarabiać na produktach wegańskich. 

Jednak może właśnie dlatego, zamiast zaciekle konsumować, trzeba zwrócić uwagę na tę dynamikę i na fakt, że spycha ona weganizm do roli segmentu konsumenckiego. W takim scenariuszu postulaty poszanowania praw zwierząt i sprzeciwu wobec eksploatacji wyparowują. Pozostają tylko konsumenci, których część dostaje to, czego się domaga – produkty roślinne. Postulaty stają się preferencjami – ty preferujesz burgera wegańskiego, a kolega burgera wołowego. Burgerownia zaprasza  Ciebie i kolegę. A stacja benzynowa świętuje Dzień Wegetarianizmu w uznaniu dla preferencji niektórych swoich klientów. 

Czy stawianie na konsumpcję i przekształcanie etycznych postulatów w preferencje konsumenckie może wypchnąć weganizm z niszy, zmieniać nastawienie ludzi do zwierząt i do ich eksploatacji?  A czy dostępność indyjskich restauracji zmienia nastawienie ludzi do hinduizmu? Weganizm to nie tylko dieta i nie tylko konsumpcja. A już na pewno nie konsumpcjonizm. Weganizm, choć skupia się na zwierzętach, to nie tylko prawa zwierząt, ale także prawa ludzi, ruch społeczny na rzecz pokoju i sprawiedliwości zapoczątkowany w czasie II wojny światowej. Jeśli skutecznie zredukujemy go do segmentu konsumenckiego, to będziemy mieć koniec ruchu.





sobota, 6 października 2018

Zwierzęta jednak umierają

Ostatnio, przy okazji rozmowy o czymś zupełnie innym, wspomniałam komuś o śmierci mojego kota. Powiedziałam, że umarł. Dokładnie tak się wyraziłam. Natychmiast padła riposta: Kasiu, zwierzęta „zdychają”, nie „umierają”.

Czy była to uwaga lingwistyczna? Wiem, że dziennikarzom piszącym o zwierzętach, takie „błędy” się poprawia. Tak jakby była to kwestia tak samo oczywista jak to, że słowo but pisze się przez „u” otwarte. Tak jakby język w obecnym kształcie był taki od zawsze, więc jakiekolwiek zmiany nie są mile widziane. Tak jakby obecny swój kształt język zawdzięczał wysokiej komisji, która tylko poprawność językową miała na względzie. 

A przecież język jest żywy i cały czas się zmienia. Nie mówimy już nie tylko językiem Jana Kochanowskiego, ale różnice potrafią być odczuwalne nawet między bezpośrednio po sobie następującymi pokoleniami. Wrażenie niezmienności języka jest tak samo złudne jak niezmienność tradycji, a nawet jak niezmienność dogmatów w Kościele Katolickim. Najświeższy katolicki dogmat o wniebowzięciu Maryi został ogłoszony przez papieża dopiero w 1950 roku. Dwa lata wcześniej ówczesny polski minister  przemysłu Hilary Minc zainicjował projekt "karp na każdym wigilijnym stole". Jak widać, nawet niezmienna tradycja i wielowiekowa nauka Kościoła mogą mieć raptem około 70 lat. 

Język się zmienia, a jego kształt zależy również od światopoglądów i ideologii, tyle że światopogląd dominujący jest często uważany za tak oczywisty, że jego językowe przejawy są „przezroczyste” – nie dyskutuje się o nich, a jeśli ktoś je zakwestionuje, od razu większość stwierdza, że podważane jest to, co jest przecież normalne, naturalne i prawidłowe. W kulturze patriarchalnej to mężczyźni dominują w polityce, prestiżowych zawodach, kadrach kierowniczych spółek, nie mówiąc już o Kościele Katolickim. Język właśnie to odzwierciedla i męskie nazwy zawodów są „normalne”, szczególnie jeśli są to zawody lub stanowiska prestiżowe, takie jak profesor, chirurg, minister, prezes czy prezydent. Formy żeńskie są mile widziane w zawodach, w których tradycyjnie w kulturze patriarchalnej dominują kobiety – przedszkolanka, pielęgniarka, sekretarka, opiekunka czy sprzątaczka. Tych form nikt nie oprotestowuje. Ale jak ktoś zaczyna „kombinować” i używać słów takich jak „psycholożka, profesorka, biolożka, prezydentka, to podnosi się często bunt, w którym kpina przeplata się z oburzeniem i strachem, że już za chwilę zostanie to prawnie narzucone, czego – tak na marginesie – wcale się nie postuluje. 

Podobnie rzecz się ma z oczywistością dominującej ideologii szowinizmu gatunkowego, która udaje neutralne powietrze, a w rzeczywistości odbija się mocno na języku. „Zdychać” to tylko jeden z wielu przykładów, które spełniają zapotrzebowanie na uwypuklenie przyjętej hierarchii z człowiekiem na czele i oddzieleniem człowieka od innych zwierząt do tego stopnia, że zaprzecza się nawet teorii ewolucji Darwina. Słynny naukowiec podkreślał przecież, że różnica między człowiekiem a zwierzętami jest różnicą stopnia, a nie rodzaju. W świetle tej teorii nasza tożsamość nie kończy się na cechach charakterystycznych dla naszego gatunku. Oprócz tego, jesteśmy też ssakami, kręgowcami, zwierzętami. Bycie człowiekiem jest komplementarne wobec bycia zwierzęciem. 

W ideologii szowinizmu gatunkowego człowiek może brzmieć godnie tylko poprzez oddzielenie się od całego Królestwa zwierząt i dominację nad innymi zwierzętami. Człowiek musi więc zaprzeczyć swemu pochodzeniu i cechom, które współdzieli ze zwierzętami. Podobnie jak w patriarchacie, mężczyźni macho za wszelką cenę muszą zaprzeczać posiadaniu cech uznawanych za kobiece, bo uznają to za degradujące. Niestety do cech wciąż uważanych za kobiece należą empatia i współczucie, życzliwość. Patriarchat wspiera więc szowinizm gatunkowy, bo najwyraźniej wzniesienie się na wyżyny człowieczeństwa w patriarchalnym wydaniu musi oznaczać brutalną dominację, wodzostwo zamiast konsekwentnego wzmacniania empatii i wykorzystywania swojej siły do ochrony słabszych, nie tylko ludzi ale i czujących zwierząt nienależących do naszego gatunku.

Opanowany przez szowinistycznego człowieka świat jest oczywiście pełen eksploatacji zwierząt. Większość z nas została wychowana na gatunkowych szowinistów. Nie musieliśmy się w ogóle wysilać w tym kierunku. Ta ideologia jest dominująca i większościowa, dlatego jest dla większości przezroczysta. Patrzymy więc z oczywistą obojętnością, nieraz z pogardą, szczególnie na te zwierzęta,  z których eksploatacji korzystamy. 

Zarówno pod względem częstotliwości korzystania jak i liczby eksploatowanych zwierząt, najistotniejsza eksploatacja zwierząt to przerabianie ich na jedzenie – mięso, wędliny, mleko, jogurty, sery i jaja. Całe słownictwo kulinarne jest uprzedmiotowieniem zwierząt. Nigdzie nie jest to tak oczywiste jak właśnie w kuchni. Ciała zwierząt już nie należą do nich. Są własnością konsumentów. Naruszenie integralności cielesnej rozpoczęte w rzeźni, tu tylko się kontynuuje i jest zasadą naczelną. Język kulinarny odzwierciedla i utrwala procesy ćwiartowania jednostek, odzierania ich z bycia jednostkami, istotami. Zwierzęta kręgowe (ptaki, ssaki, ryby), w większości posiadające świadomość, pamięć, zdolność do myślenia, odczuwania emocji,  uczenia się, stają się kulinarną masą, wsadem do naszych garnków i piekarników. 

W języku kulinarnym są słowa specjalne, pokazujące zwierzęce ciało jako produkt spożywczy - wieprzowina, jagnięcina, karkówka, cynaderki, albo słowa zdrobniałe, które momentalnie kierują naszą uwagę ku konsumpcji - skrzydełka nie służą już do latania, nóżki do chodzenia, wątróbka do oczyszczania krwi z toksyn. Są też słowa występujące w podstawowej formie, ale pozbawione w kuchni ich pierwotnych znaczeń („jaja” już nie są związane z rozmnażaniem się ptaków, „krowie mleko” jest oddzielone od laktacji i cielęcia, „cały kurczak” nie jest już pełnym życia ciekawskim ptakiem - to korpus martwego zwierzęcia pozbawiony głowy, wnętrzności i piór, a „zdrowe” ryby nie są nawet żywe, o ich zdrowiu nie wspominając. 

Wszelkie odniesienia do anatomii zwierząt odnoszą się tylko do metod kulinarnej obróbki i smaku potraw. Wszelkie odniesienia do zdrowia dotyczą oczywiście zdrowia konsumentów, nie zabitych lub eksploatowanych dla mleka czy jaj zwierząt. Język kulinarny zamyka drzwi przed naszą empatią. Kiedy jemy zwierzęta, język kulinarny pomaga nam cieszyć się smakiem i odciąć od nieciekawych skojarzeń.

Większość ludzi nie poluje, więc szokuje ich język myśliwych, który pełen jest eufemizmów i zmyłek. Farba znaczy krew (książkę pod tym tytułem napisał były myśliwy), ambona to miejsce, z którego się strzela, a zwierzyna to zwierzęta „przeznaczone” do bycia celem polowania. Niemniej, język ten jest zbieżny z językiem kulinarnym w jednej, najistotniejszej kwestii – skutecznego uprzedmiotowienia zwierząt.

Język pogardy wobec zwierząt wdziera się również do naszej mowy, kiedy mówimy o negatywnych cechach ludzi. Lubimy wtedy porównania do zwierząt, tak jakby to krowy były źle wychowane (co za bydło), świnie lubiły robić innym krzywdę (co za świństwo) lub kojarzyć wszystko z seksem (ale świński dowcip), tak jakby wszystkie owce były głupie i myślały tak samo (co za barany), tak jakby człowiek nie był zdolny do okrucieństwa (co za bestialstwo) ,tak jakbyśmy nie chcieli po prostu przyjąć do wiadomości, że człowiek potrafi robić dobre i złe, mądre i głupie rzeczy.

Język jest realnym i mocnym narzędziem. Możemy go używać mniej lub bardziej świadomie. Jeśli odrzuciliśmy dominującą ideologię i nie chcemy już jej wspierać, na pewno wymaga to większej uwagi, często zmiany starych nawyków, czasem nawet odwagi. Ale bez „nowych” użytkowniczek i użytkowników, drzwi kuchni pozostaną szczelnie zamknięte, a w niej,  w piekarniku, nadal będą piec się czyjeś skrzydła, zaś w kartonie będzie stało odebrane komuś mleko. 

Dlatego odpierając zarzut powtórzyłam, że przynajmniej według mnie zwierzęta jednak umierają. 






wtorek, 4 września 2018

Jaki weganizm jest mile widziany?

Weganizm wchodzi  dziś do mainstreamu, choć wciąż jest niszowy. W swojej niszy występuje zaś w paru „odmianach” usytuowanych bliżej lub dalej od swojego oryginalnego kształtu z lat 40. XX wieku i oryginalnej definicji opracowanej przez The Vegan Society w w latach 70. Weganizm jest różnie postrzegany, odbierany, wykorzystywany i promowany. W jakich „odmianach” weganizm jest mile widziany, a w jakiej wciąż nie za bardzo? Dlaczego w związku z weganizmem regularnie pojawia się irytujące hasło „wszystko albo nic” i co ono tak naprawdę znaczy? 

Mile widziane odmiany weganizmu


Weganizm jako jedna z modnych diet? Wchodzi całkiem nieźle. Popierają go nawet burgerownie przerabiające na co dzień setki kilogramów mięsa, sera i jajek. W końcu na takim weganizmie można zarobić: wie o tym inteligentny przedsiębiorca i do standardowej oferty dorzuci produkty „odpowiednie dla wegan”. Jak to zgrabnie ujął pewien biznesmen reklamując poszerzone menu swojej restauracji: #gomeat #govegan. A więc modna dieta, czyli kolejny segment konsumencki.

Weganizm jako sposób na utrzymanie zdrowia, urody i długowieczności? Proszę bardzo. Promotorów „cudownej” roślinnej diety nie brakuje (dieta cudowna jest bardziej atrakcyjna niż dieta po prostu zdrowa). Wszyscy prędzej czy później będziemy mieć problemy ze zdrowiem, nasza młodzieńcza uroda przygaśnie i przyjdzie się zmierzyć ze starzeniem skóry, chorobami i zbliżającą się śmiercią. Z nadzieją słuchamy więc opowieści o ozdrowieńczych właściwościach diety roślinnej, oglądamy filmiki o dziarskich dziewięćdziesięcioletnich weganach biegających maratony lub wyginających się w trudnych jogicznych pozycjach. Jeśli zaś roślinna dieta nie spełni oczekiwań zawsze będzie można przerzucić się na coś innego, np. paleo. 

Weganizm dla środowiska? Owszem, coraz częściej czytamy w raportach naukowych, że produkcja zwierzęca jest najbardziej marnotrawnym sposobem produkcji żywności (marnującym cenne zasoby) i produkującym dużo zanieczyszczeń.  Tutaj argument za dietą roślinną, która jest częścią weganizmu, jest rzeczywiście poważny, choć de facto ze względów ekologicznych wystarczyłoby, gdybyśmy wszyscy stosowali dietę opartą na roślinach, niekoniecznie stuprocentowo roślinną. 

Weganizm jako jedna z opcji na liście „co możesz zrobić dla zwierząt? Da radę. Zawsze można wybrać coś innego z listy.  Choćby podpisać petycję lub ustawić stały przelew dla organizacji, która w naszym imieniu będzie działać dla zwierząt. 



Mniej apetyczny weganizm etyczny


Co wspólnego mają ze sobą te mile widziane formy weganizmu? Po pierwsze, ograniczają weganizm do diety. Po drugie są opcjonalne, zawsze zastępowalne czymś innym. Co mają wspólnego z oryginalnym weganizmem grupy, która w 1944 roku odłączyła się w Anglii od Towarzystwa Wegetariańskiego i utworzyła Towarzystwo Wegańskie? Najlepiej będzie jeśli po prostu przypomnę definicję:

"Weganizm to filozofia i sposób życia, który stara się wykluczyć - w stopniu w jakim jest to możliwe i wykonalne - wszystkie formy eksploatacji i okrucieństwa wobec zwierząt w związku z produkcją żywności, ubrań czy w jakimkolwiek innym celu; co za tym idzie weganizm promuje rozwój i wykorzystywanie alternatyw wolnych od składników odzwierzęcych i niezwiązanych ze zwierzętami, które są korzystne dla ludzi, zwierząt i środowiska."

Jak widać, oryginalny weganizm jest pojęciem dużo szerszym, a sednem sprawy są zwierzęta i nasz etyczny do nich stosunek.  Weganizm zgodny z tym, jak zdefiniowało go The Vegan Society, jest dziś paradoksalnie na marginesie, wypierany przez powyżej opisane odmiany. W związku z tym bywa nazywany „etycznym weganizmem”, żeby można go było odróżnić od roślinnej diety. 

Skoro środkiem ciężkości weganizmu jest etyka, nie może być on opcjonalnym składnikiem z szerokiego repertuaru naszych prozwierzęcych zachowań. Jeśli poważnie rozmawiamy o pozytywnym stosunku do zwierząt, o autentycznym sprzeciwie wobec przemocy, eksploatacji i zabijaniu zwierząt, to staje się jasne, że weganizm nie jest żadną opcją, lecz etycznym minimum, jakie jesteśmy winni zwierzętom. Program minimum oznacza po prostu nie krzywdzić i propagować niekrzywdzenie.

Jak podkreśla definicja opracowana przez założycieli Towarzystwa Wegańskiego, weganizm należy realizować w stopniu możliwym i wykonalnym. Pierwsi weganie formułując swój postulat szacunku wobec zwierząt nie żądali zatem ani od siebie, ani od nikogo innego, bohaterstwa czy męczeństwa dla sprawy.  Byli etycznymi realistami.

Wszystko albo nic, czyli tendencyjne ramowanie weganizmu


Dlaczego zatem trudno jest promować program minimum i często towarzyszy mu paradoksalne i emocjonalnie naładowane oskarżenie „wszystko albo nic”? Na pewno nie ze względu na problem z wytłumaczeniem o co w weganizmie chodzi, skoro weganizm to po prostu sprzeciw wobec krzywdzenia zwierząt. Jednak postulat ten okazuje się dotyczyć nie tylko bliskich nam zwierząt domowych czy podziwianych zwierząt nieudomowionych, lecz także tych, o których nie mamy zwyczaju dużo myśleć – świń, krów, kur i innych tzw. zwierząt gospodarskich. 

Poza tym postulat weganizmu ingeruje w sfery życia, które uznajemy za prywatne (szczególnie jedzenie, ale także odzież i rozrywka) i etycznie neutralne (nie kojarzymy ich zazwyczaj z krzywdą zwierząt).  Stąd rodzi się słuszna skądinąd myśl, że wzięcie weganizmu na poważnie może wiązać się ze zmianami, które będą dotyczyć naszego codziennego życia. To budzi emocje, obawy, stres i spekulacje, że weganizm to jakaś skrajność. 

Oskarżenie weganizmu o skrajność, „wszystko albo nic” formułowane jest na wiele sposobów. Omówię parę z nich.

Dziecinne przewrażliwienie
Weganizm to skrajne przewrażliwienie, wybujała empatia. Zachowujmy umiar, zdrowy rozsądek, nie dajmy się zwariować – tak mówi część osób stykających się z postulatem weganizmu. 
Proponuję chwilę zastanowienia, konkretny przykład. W zasadzie smutny składnik polskiego krajobrazu – pies na krótkim łańcuchu, bez ochrony przed upałem i mrozem, często głodny, trzymany jako żywy detektor ruchu i alarm w jednej psiej, umęczonej życiem osobie. Niejednokrotnie porzucany lub zabijany, by wymienić go na nowy, sprawny „egzemplarz”.  Czy nasz sprzeciw wobec jego cierpienia i traktowania jak wymienialny przedmiot i wreszcie wobec jego zabicia nazwalibyśmy „skrajnym przewrażliwieniem”? Czy raczej zachowanie właściciela (niezasługującego na miano opiekuna) będzie skrajną nieodpowiedzialnością, brakiem przyzwoitości, a nawet okrucieństwem? 

No właśnie. Nasz sprzeciw jest zatem właściwą, rozsądną, empatyczną reakcją na dziejącą się krzywdę i niesprawiedliwość.  Weganizm też nie wchodzi w żadną skrajność. Jest takim samym sprzeciwem wobec krzywdy i niesprawiedliwości, tyle że obejmuje także inne zwierzęta. Jeśli mamy więc nazwać jakoś tę wegańską wrażliwość, to będzie to wrażliwość nie skrajna, lecz uniwersalna. Nie dziecinna (naznaczona impulsywnością i niewiedzą), lecz dojrzała, wynikająca z wiedzy i konsekwentna

Nierealistyczny idealizm
Weganie są dziecinnymi idealistami. Chcieliby raju na ziemi. Chcieliby zlikwidować całą przemoc, ból i śmierć. A tu jest ziemia, na której jedni zjadają drugich, lew poluje na antylopę. Takie jest prawdziwe życie, bądźmy realistami – powiadają niektórzy.
To prawda, że lew zjada antylopę, ale antylopa zjada rośliny. Dlaczego więc porównując się do zwierząt automatycznie widzimy się akurat w roli drapieżnika? Nasi najbliżsi krewni to przecież zwierzęta całkowicie lub prawie roślinożerne – szympansy, goryle i orangutany. Jeśli już musimy porównywać się do innych zwierząt, sensowniej byłoby spojrzeć na naczelne niż na wielkie koty. 

Oczywiście ewolucja naszego gatunku obejmująca nie tylko fizjologię naszych organizmów ale także zdolność do obróbki pokarmu pokazuje, że możemy odżywiać się na różne sposoby. Jesteśmy dużo bardziej elastyczni od naczelnych. Niemniej, współczesna wiedza z zakresu dietetyki wskazuje, że odpowiednio ułożona dieta roślinna jest zdrowa, a nawet może wspomagać leczenie i profilaktykę niektórych chorób. Jej wybór nie jest więc żadną skrajnością. 

Co więcej, dieta roślinna jest nieporówywalnie „lżejsza” dla środowiska i nie angażująca odrażającej gałęzi gospodarki jaką jest eksploatacja zwierząt. Przyjęta powszechnie pomogłaby ograniczyć przestrzeń, na której produkuje się żywność dla ludzi, a tym samym pozwoliłaby zachować więcej miejsca dla dzikich zwierząt. Wybór weganizmu, którego lwią częścią jest roślinna dieta, wydaje się więc wyborem nie tylko wykazującym odpowiedni poziom wrażliwości społecznej, ekologicznej i prozwierzęcej, ale także na wskroś rozsądnym i realistycznym. Weganie nie bujają w obłokach. 


Skrajny postulat. Po prostu faszyzm.
To już nie wystarczy nie nosić futra i nie chodzić do cyrku ze zwierzętami? Nie wystarczy, że adoptowaliśmy psa i kota? Mamy iść pod wegańskie dyktando i podporządkować życie zwierzętom? Chcą mi mówić co mam kłaść sobie na talerzu? To już nawet wegetarianizm nie wystarczy? Chcą nam wszystkiego zabronić. Nie damy sobą rządzić – mówią niektórzy z oburzeniem i niepokojem.
Kampanie jednotematyczne, takie jak postulowany zakaz ferm futrzarskich czy cyrków ze zwierzętami, w pewnym stopniu mogą mieć negatywny wpływ na postrzeganie weganizmu. Tak mocno skupiają się na swoim temacie, że powodują efekt soczewki. Wałkowanie negatywnego obrazu futer sprawia, że wielu ludzi wzdraga się z oburzenia na widok kobiety w futrze równocześnie czując się bardzo swobodnie w skórzanych butach i wełnianym płaszczu. W kampanii przeciwko cyrkom ze zwierzętami często powtarza się, że chodząc do takiego cyrku dzieci uczą się przedmiotowego traktowania zwierząt, ale równocześnie kampania ta funkcjonuje bez dysonansu poznawczego w szkołach, gdzie przedmiotowe traktowanie zwierząt jest na porządku dziennym - podręczniki uczą przecież, że krowa daje mleko, a stołówki codziennie serwują produkty pochodzące z miejsc, gdzie zwierzęta są traktowane jak maszyny czy surowiec. 

Adopcje zwierząt domowych najczęściej są postrzegane na tyle wąsko i w oderwaniu od bardziej uniwersalnych praw zwierząt, że zdarzają się (nierzadko) imprezy promujące adopcje, gdzie serwuje się produkty pochodzące z eksploatacji zwierząt niedomowych.

To na tym tle padają oskarżenia o wtrącanie się w prywatne sprawy, nakazywanie czy zakazywanie czegoś. Jest to tło naczyń rozłączonych. Brakuje ukazania, że produkcja futer, skór i wełny ma wspólny mianownik – krzywdę zwierząt. Że produkcja mięsa, mleka i jaj jest możliwa tylko wtedy, gdy traktujemy zwierzęta instrumentalnie – jak maszyny i surowiec. Że skoro jest coś nie w porządku z przedmiotowym traktowaniem słonia w cyrku, to także jest problem z traktowaniem  krowy jak maszyny do mleka czy świni jak maszyny do produkcji prosiąt (wieprzowiny). Że kury, świnie czy krowy tak samo jak koty czy psy czują strach i ból,  przywiązanie i przyjemność, chcą żyć. 

Potrzebny jest pejzaż naczyń połączonych, gdzie widać znak równości między cierpieniem świni i psa, gdzie budzi się taka sama niezgoda na przedmiotowe traktowanie kury i kota. Wtedy mamy szansę dostrzec, że jeśli prywatną sprawą nie jest bicie psa, to neutralnym wyborem nie jest jedzenie jajek, nabiału i mięsa, noszenie skór, wełny czy futer.

Jeśli chodzi o masowy i przygniatający wpływ, to ma go raczej machina marketingowa branż opartych o eksploatację zwierząt, nie weganie promujący etyczny weganizm. To właśnie ta machina wykazuje się bezwzględnością nie tylko wobec zwierząt ale także ludzi. Biznesowi zależy na tym, by sprzedać jak najwięcej. Sprzedaż jak największej ilości spożywczych produktów odzwierzęcych stoi jednak w sprzeczności z zaleceniami współczesnej dietetyki, według której zdrowa dieta to taka, w której produkty odzwierzęce się ogranicza. Można swobodnie stwierdzić, że branże te instrumentalnie traktują nie tylko zwierzęta, ale i ludzi potrzebnych im tylko do zarabiania pieniędzy. Z kolei spójny z prawami zwierząt i przeciwny przemocy etyczny weganizm jest także zgodny z prawami człowieka. Zarówno zwierzęta jak i ludzie są tutaj podmiotami, więc weganizm nie może mieć nic wspólnego z faszyzmem. To kompletne nieporozumienie. 

Radykalna asceza
Cóż nam zostanie, jakaś marchewka i sałata. Suche jedzenie bez smaku. Zapach i smak tektury. Godziny spędzone w kuchni, żeby ugotować coś, co i tak nie będzie smakować. Zero smacznych słodyczy. Plastikowe buty  i śmierdzące nogi – utyskują nieweganie.
„Wszystko albo nic” bywa przekonaniem, że weganizm zabiera wszystko, co swojskie, smaczne i wygodne i nie zostawia nic dobrego w zamian. To tak zwana fałszywa dychotomia, czyli przedstawienie sprawy w postaci dwóch odrębnych, wykluczających się możliwości, a nawet przeciwieństw: swojskiego, smacznego i wygodnego nieweganizmu i obcego, niesmacznego i niewygodnego weganizmu. 

To podejście charakterystyczne dla tych, którzy nie znają weganizmu z własnego doświadczenia i swoje przekonania czerpią z tego, jak weganizm sobie wyobrażają. Skąd bierze się takie podejście i dlaczego nie odzwierciedla rzeczywistości? Bierze się prawdopodobnie z obawy, jaką żywi większość z nas przed zmianą.  Szczególnie nie lubimy zmian, które wymagają od nas zmiany nawyków. 

Ale, po pierwsze, czy weganizm oznacza przejście z trybu całkiem swojskie na tryb całkowicie obcy? Zastanówmy się przez chwilę. Nie będąc weganami jemy już przecież trochę rzeczy, które są roślinne i nie są to tylko owoce. Warto przyjrzeć się swojemu obecnemu menu i zobaczyć co roślinnego jemy i nam to smakuje – co już jest swojskie. Nie będąc weganami nosimy wiele ubrań, które są z włókien naturalnych lub syntetycznych. Te rzeczy będą nam nadal towarzyszyć. Nie ma więc dychotomii swojskie teraz tylko obce później. Co najwyżej zostawimy za sobą część swojskości, ale także część zabierzemy ze sobą. 

Smak jest kwestią gustu, ale też skojarzeń. Polska kuchnia jest skoncentrowana na produktach odzwierzęcych i one mają nieść główny smak i sytość. To jednak cecha tej kuchni, a nie brak możliwości po stronie kuchni roślinnej. Faktycznie, robienia smacznej i sycącej kuchni roślinnej trzeba się nauczyć, ale szczególnie dziś, przy tak dużej liczbie przepisów na internecie, warsztatów i wydanych książek na ten temat nie stanowi wielkiego wyzwania. Większość wegan, wbrew pozorom, stwierdza, że wachlarz wyborów kulinarnych nie zawęził się im, lecz poszerzył. I nie jest to hasło marketingowe. Po prostu często okazuje się, jak wielu produktów roślinnych wcześniej nie jedliśmy i jak mało potrafiliśmy zrobić nawet z najprostszych roślin, takich jak choćby fasola czy marchewka.

Z wygodą bywa różnie, ale z biegiem czasu jest coraz łatwiej – raz, że weganizm przestaje być dla nas czymś nowym i jest już po prostu zestawem trochę innych nawyków, - dwa, że rośnie dostępność gotowych produktów wegańskich w sklepach i dań w restauracjach. 

Purytańskie zadęcie
Mamy studiować skład każdego produktu? Chyba ze sklepu przed północą nie wyjdziemy. Co komu zaszkodziło jedno jajko czy trochę mleka do kawy? A jeśli znajdę się w szpitalu bez dostępu do diety wegańskiej? A jeśli będę biedna to mam boso chodzić i nie przyjąć darowanych mi skórzanych butów? Czy tu chodzi o zwierzęta, czy o jakąś wydumaną czystość? – dopytują niektórzy, niestety także propagatorzy rzekomo pragmatycznego podejścia

Tak się składa, że masowa eksploatacja zwierząt generuje olbrzymią ilość składników, które branża spożywcza (i nie tylko) wykorzystuje, bo są ogólnie dostępne i tanie. Dlatego możemy się natknąć na tłuszcz wieprzowy w niektórych pierogach z kapustą i grzybami, żelatynę w galaretce, sery krowie w pesto, jajka i masło w większości tradycyjnych wypieków. Faktycznie trzeba pooglądać etykiety, żeby ominąć takie niespodzianki. Jednak w miarę szybko opanowujemy tę kwestię, ogarniamy większość standardowo kupowanych produktów i z pewnością nie siedzimy z tego powodu dłużej w sklepie. 

Komu zaszkodziło jajko i trochę mleka? Odpowiednio – kurze i krowie. Patrząc na mały kawałek produktu trudno uwierzyć, że stoi za nim instrumentalne traktowanie i eksploatacja. Niemniej tak właśnie jest. Otrzeźwiającą lekturą są portale hodowców i rolników. Nie pozostawiają wątpliwości co do tego, że na straconej pozycji są zwierzęta wepchnięte w sytuację, gdzie są traktowane jak maszyna do produkcji jajek czy mleka. Ich narodziny, życie i śmierć podlegają logice wydajności i opłacalności. Jeśli mamy problem z wyobrażeniem sobie tego, warto przywołać w pamięci tzw. pseudohodowle – suki traktowane jak maszyny rozpłodowe bez względu na ich zdrowie i życie traktowane są tak samo jak krowy i kury na "standardowych" fermach (dużych i małych). 

Sprzeciw wobec eksploatacji tych mniej widocznych zwierząt, jakimi są kury, krowy czy świnie, wymaga większego wysiłku, większej wyobraźni, ale nie jest bardziej purytański niż sprzeciw wobec instrumentalnego traktowania zwierząt domowych.

A jeśli znajdę się w trudnej sytuacji, w szpitalu, na bezludnej wyspie, w obozie dla uchodźców, w biedzie zależna od innych, to zrobię to, co będzie możliwe i wykonalne, nie muszę być bohaterką ani męczennicą. Tak radzili już pierwsi weganie w latach 40. XX wieku. Już wtedy weganizm był odpowiednio wrażliwą, racjonalną i rozsądną odpowiedzią na eksploatację zwierząt. Pamiętacie ich definicję weganizmu? 

____________________ 

Czytaj dalej:

  • Multum przepisów kuchni wegańskiej - Weganizm Spróbujesz (link)
  • Kwestia (wegańskiego) nawyku - blog Stowarzyszenia Empatia (link)
  • Dieta roślinna odpowiednia w każdym wieku - stanowisko największej na świecie organizacji dietetyków - amerykańskiej Academy of Nutrition and Dietetics (dawniej American Dietetic Association) (link)
  • Corey Lee Wrenn "The politics of the pure vegan myth" (link)
  • Raporty dotyczące środowiska i dotykające produkcji zwierzęcej - m.in. Livestock's Long Shadow (FAO, 2006), Assessing the Environmental Impacts of Consumption and Production. Priority Products and Materials (UNEP, 2010), Feeding a Thirsty World (Stockholm International Water Institute, SIWI, 2012)
  • Recenzja filmu "What the Health", w szczególności segmentu o zdrowiu, w którym autorzy nieźle odjechali obiecując cudowne właściwości diety roślinnej zamiast po prostu powiedzieć o jej całkiem fajnych walorach. Czyli jak NIE NALEŻY opowiadać o weganizmie. Recenzję napisała Virginia Messina - dietetyczka o wieloletnim stażu specjalizująca się w diecie roślinnej i autorka szeregu książek na ten temat (link)



poniedziałek, 23 lipca 2018

Szara strefa jaj i mleka, czyli dlaczego mam złe zdanie o wegetarianizmie

Zwierzętom potrzebny jest nasz weganizm, a ze strony organizacji działających na rzecz wszystkich zwierząt - konsekwentna promocja weganizmu. Mówiłam to wiele razy i zamierzam powtarzać. O które zwierzęta chodzi? O te gnębione, krzywdzone i zabijane w ramach legalnej, społecznie wciąż akceptowanej, masowej eksploatacji. Nie tylko na przemysłowych fermach, ale także w średnich i małych gospodarstwach. Nie tylko na mięso, ale także dla mleka, jaj, skór i wełny. To przede wszystkim. Bo skala właśnie tej eksploatacji jest największa. Bo odpowiedzialni nie są jacyś tam oni, ale my wszyscy, którzy często mówimy, że lubimy zwierzęta i równocześnie kupujemy mleko, sery, jaja, mięso, skórzane buty, wełniane płaszcze. Złym standardem jest to, że lubimy psy i koty, a o tych eksploatowanych myśleć nie chcemy i nie musimy. Odpowiedzialne są też organizacje zajmujące się tematem zwierząt, które nie przeciwdziałają temu złemu standardowi – organizacje promujące wyższość jednych zwierząt nad innymi, niewyrażające sprzeciwu wobec eksploatacji zwierząt, czy pozornie krytykujące eksploatację poprzez atakowanie arbitralnie wybranej formy eksploatacji. W tym artykule zajmę się właśnie kwestią wybiórczego atakowania eksploatacji zwierząt - promocją wegetarianizmu.

Nasza równoległa sympatia wobec niewielu i obojętność, często pogarda, wobec większości zwierząt nie bierze się znikąd. Nie wynika też ze szczególnych cech kotów i psów i kompletnego braku takich cech u zwierząt poddawanych eksploatacji. Jesteśmy po prostu tak wychowywani. Zidentyfikowany przez angielskiego psychologa Richarda Rydera szowinizm gatunkowy to kolejna forma wyuczonej dyskryminacji, tym razem nie międzyludzkiej, lecz skierowanej od ludzi do zwierząt. Kryterium pozwalającym na zignorowanie podstawowych potrzeb, naruszanie integralności cielesnej, zniewolenie i odbieranie życia staje się tu gatunek, a dokładniej fakt, że czujące i myślące istoty nie należą do naszego gatunku. To otwiera przyzwolenie na eksploatację, zaś fakt, że niektóre psy i koty, będą w tym układzie dobrze traktowane, trzeba uznać za wyjątek od bezwzględnej, szowinistycznej reguły. Zresztą trochę głębsza analiza pozwala dostrzec, że hodowle zwierząt domowych również za cel mają przede wszystkim zaspokojenie potrzeb i pragnień człowieka, nawet za cenę zdrowia zwierząt.

Wychowani w szowinizmie gatunkowym, od dzieciństwa zostajemy zatopieni w stylu życia opartym na eksploatacji zwierząt. Dostajemy do jedzenia mięso, nabiał i jaja, a do ubrania skórzane buty, wełniane swetry, itp. Wcale nie musimy chodzić do cyrku ze zwierzętami, ani nosić futrzanych kurtek, żeby zanurzenie w eksploatacji zwierząt było pełne. Do zabawy dostajemy głównie zabawki przedstawiające zwierzęta domowe i dzikie, najchętniej niezamieszkujące naszej strefy klimatycznej (egzotyczne!). O zwierzętach eksploatowanych są specjalne książeczki („indyk daje mięso, krowa daje mleko). Wychowanie w tym zakresie jest jak staranna architektura krajobrazu: nasze pole widzenia i nasze horyzonty myślowe w odniesieniu do zwierząt zostają precyzyjnie wyznaczone. Niemniej, choć nasza empatia i myślenie w tym względzie wyglądają po latach jak dobrze przystrzyżony żywopłot (podobny do żywopłotów naszych sąsiadów), to – tak jak  jak rośliny – nasza empatia i myślenie mogą zacząć odrastać i przyjmować takie kształty, jakie sami postanowimy im nadać. Gdybyśmy przyjmowali 1:1 to, w jaki sposób wychowali nas rodzice, wszyscy rodzice byliby zadowoleni, że dzieci są takie jakie „miały być”. Tak jednak nie jest, nasze poglądy są często różne od poglądów naszych rodziców, a sprzeciw wobec wielu form dyskryminacji międzyludzkiej staje się coraz mocniejszy. Zauważalne stają się też krytyczne głosy na temat szowinizmu gatunkowego. Trzeba jednak o tym dużo mówić, krytykować eksploatację zwierząt jako taką i wyraźnie formułować postulat weganizmu.

Jak to jest z tym weganizmem? Często bywa kłopot nawet z jego definicją. Dziś przeżywamy coś na kształt mody na kuchnię roślinną, szczególnie w wersji bezglutenowej, i weganizm najczęściej kojarzy się z dietą. Padają pytania „Czy weganizm jest zdrowy?”, „Czy można zbudować masę mięśniową na weganizmie?” Jednak redukowanie weganizmu do diety jest szkodliwym uproszczeniem.

Podanie definicji weganizmu wymaga zawsze mini wycieczki w przeszłość. Pierwsze Towarzystwo Wegańskie powstało w 1944 roku przeciwstawiając się pozycji Towarzystwa Wegetariańskiego, które nie zamierzało rezygnować z jajek i mleka. Założyciele nowej grupy zdali sobie sprawę, że krzywda dzieje się nie tylko zwierzętom zabijanym na mięso, lecz także zwierzętom wykorzystywanym na różne inne sposoby przez człowieka. W 1976 roku, kiedy Towarzystwo zostało zarejestrowane jako organizacja charytatywna, powstała definicja, którą The Vegan Society posługuje się do dziś:

"Weganizm to filozofia i sposób życia, który stara się wykluczyć - w stopniu w jakim jest to możliwe i wykonalne - wszystkie formy eksploatacji i okrucieństwa wobec zwierząt w związku z produkcją żywności, ubrań czy w jakimkolwiek innym celu; co za tym idzie weganizm promuje rozwój i wykorzystywanie alternatyw wolnych od składników odzwierzęcych i niezwiązanych ze zwierzętami, które są korzystne dla ludzi, zwierząt i środowiska."

Tak jak napisałam wcześniej, promocja wegetarianizmu to wybiórcze atakowanie eksploatacji zwierząt. Chów zwierząt na mięso jest tylko jedną z wielu form eksploatacji zwierząt. Nawet jeśli pozostaniemy w sferze produkcji żywności, to chów zwierząt na mleko wiąże się tak samo ze zniewoleniem zwierząt, naruszaniem ich integralności cielesnej,  szkodzeniem ich zdrowiu fizycznemu i psychicznemu i zabijaniem. Krowy "mleczne" podlegają selekcji hodowlanej, której celem jest duża i intensywna produkcja mleka, co wiąże się z bolesnymi zapaleniami wymion i chorymi stawami. Produkcja mleka wymaga zapładniania (najczęściej sztucznego), ciąży i porodu i odrywania maleńkich cieląt od matek, które chcą się nimi zajmować i karmić. Warunki w jakich krowy żyją, jedzenie jakie dostają, ilość ruchu lub bezruchu jaki przychodzi im w udziale - wszystko jest podporządkowane produkcji mleka. Wreszcie "zużyte" krowy (niezdolne do dalszego rozmnażania i porodów lub zwyczajnie nie wyrabiający mlecznej "normy") są odwożone do rzeźni. Krowy są traktowane tak, jakby były maszynami. Używane, zużywane, wyrzucane. W czym to jest lepsze od produkcji mięsa? Nie potrafię powiedzieć.



Taki sam schemat selekcji hodowlanej, wykorzystaniu organizmów i pozbawienia życia ma miejsce w produkcji jajek. Nie ma żadnego powodu, by traktować lżej produkcję mleka i jajek, ani by uważać, że promocja diety bezmięsnej to działanie na rzecz zwierząt, jeśli tak to co najwyżej na rzecz świń.

Niemniej, promocja wegetarianizmu trwa i trudno mi zrozumieć jakie stoją za nią przesłanki. Niewątpliwie łatwiej wyobrazić sobie związek między krzywdzeniem zwierząt a mięsem, niż między krzywdzeniem zwierząt a pysznym serkiem czy jajecznicą. O ile jednak jest to zrozumiałe na poziomie indywidualnej osoby, o tyle przestaje to być zrozumiałe, gdy organizacje i grupy regularnie podchwytują to skojarzenie i wałkują je na wiele sposobów utrwalając tym samym podział na niedobre mięso i domyślnie lub dosłownie „spoko” nabiał i jaja. Często wegetarianizm zostaje też doklejony do weganizmu, jakby to były równorzędne postawy wobec zwierząt. Żeby nie być gołosłowną przytoczę parę przykładów.

Towarzystwo Wegetariańskie, z którego w 1944 roku wyłoniło się Towarzystwo Wegańskie, do dziś w swoich przepisach kulinarnych pozostawiło nabiał i jajka najwyraźniej odwracając się od rzeczywistości, negując krzywdę zwierząt na fermach mlecznych i jajecznych. Na stronie Towarzystwa Wegetariańskiego, w zakładce "Animals", czytamy, że "współczucie wobec zwierząt jest jednym z głównych powodów, dla których ludzie przechodzą na wegetarianizm", po czym następuje zestawienie informacji dotyczących zwierząt hodowanych na mięso (listę rozpoczynają świnie). Brakuje informacji o zwierzętach eksploatowanych dla mleka i jajek. Pozostają w szarej strefie może dlatego, że gdyby z tej strefy wyszły to trzeba by aktualizować hasło o współczuciu i przyznać rację tym, którzy głośno mówili już w 1944 roku, że odpowiedzią na krzywdę zwierząt jest weganizm, nie wegetarianizm.

Międzynarodowa Unia Wegetariańska, która ustanowiła Światowy Dzień Wegetarianizmu w 1977 roku, też wstawia nabiał i jaja do tej szarej strefy, pisząc, że z jednej strony nie promuje żadnych produktów odzwierzęcych, ale z drugiej strony rozumie, że wielu wegetarian ujmuje nabiał, jaja czy miód w swojej diecie. Dlaczego pobłażliwie patrzy na nabiał i jaja (nad miodem można by się jeszcze zastanawiać, skoro nie pochodzi od kręgowców), podczas gdy dla mięsa jest zdecydowany szlaban? Unia dokonuje też momentami sklejenia wegetarianizmu z weganizmem: pisze „wegetarianizm/weganizm” lub „weg*anizm”. W części pytania/odpowiedzi czytamy: „Dlaczego wegetarianizm/weganizm?” - "Horror okrutnych praktyk nieodłącznie związanych z chowem zwierząt gospodarskich, drobiu i z fermami mlecznymi jest prawdopodobnie najbardziej powszechnym powodem przyjęcia "weg*anizmu ...". Że jak? Straszne praktyki na tych wszystkich fermach mają prowadzić do musowego rzucenia mięsa i dowolnego potraktowania mleka i jajek? Coś tu głęboko nie gra. Albo stosuje się tu podwójne standardy dla porównywalnych form eksploatacji, albo – po raz kolejny – podsuwam swój wniosek: spycha się do szarej strefy eksploatację na mleko i jaja, a więc także wszystkie śmietanki do kawy, pizze z serem, jajecznice, itp.

Fundacja Viva od wielu lat organizuje Tydzień Wegetarianizmu. Od dawna się zastanawiam, dlaczego nie zdecydowali się wreszcie promować weganizmu, szczególnie że pokazują od czasu do czasu na czym polega eksploatacja na nabiał i jajka, a ostatnio nawet ruszyli z antymleczną kampanią bilbordową. Głównym programem w ramach Tygodnia Wegetarianizmu jest „Zostań wege na 30 dni”. Podobno przepisy przesyłane uczestnikom są roślinne, ale opis tego programu brzmi tak:

Lubisz smak mięsa? Nie wyobrażasz sobie bez niego porządnego obiadu? Nie rozumiesz wegetarian, którzy świadomie rezygnują z mięsa? Uważasz ich dietę za ubogą, prowadzącą do niedoborów?
A może wręcz przeciwnie? Nie chcesz dłużej przyczyniać się do krzywdy zwierząt, ale przyzwyczajenie bierze górę i nie potrafisz zrezygnować z mięsa? Nie wiesz, jak powinna wyglądać zbilansowana, pełnowartościowa dieta wegetariańska? Nie jesteś pewien, jak się do tego zabrać? Niezależnie od tego, czy lubisz smak mięsa, czy chciałbyś je wyrzucić ze swojej diety „zostań wege na 30 dni”!

Czego ma się spodziewać przeciętny uczestnik jak nie diety, w której nie będzie mięsa? W jaki sposób miałby dojść do wniosku, że czekająca go próba 30 dni będzie próbą diety również bez nabiału i jaj? Czy nie jest to ewidentne skierowanie uwagi na mięso i całkowite pominięcie kwestii nabiału i jaj? A więc zepchnięcie ich do szarej strefy? Niby nie będzie ich w przepisach, ale zapowiedź wcale nie sugeruje, że ktoś miałby z nich rezygnować. Jeśli będzie chciał zostać „wege” na 30 dni lub wegetarianinem, nic nie stoi na przeszkodzie, by do proponowanych dań dorzucił sobie jajko, plaster sera żółtego czy dodał do zupy krowią śmietanę. W końcu to próba diety bezmięsnej. Z jednej strony promocja „diety bezmięsnej”, z drugiej menu bez mięsa, nabiału i jaj, ale bez wskazania użytkownikowi, że cokolwiek jest z tymi produktami nie tak. Zabawa w kotka i myszkę? Po co, dlaczego?

Podczas ostatniego Tygodnia Wegetarianizmu, w debacie „W jak Wybór” wzięli udział sami wegetarianie, a kiedy na koniec spotkania z widowni padło pytanie „to kiedy weganizm”, trzy osoby wypowiedziały się wymijająco, jedna przyznała, że kiedyś to nastąpi, a ostatnia stwierdziła, że wegetarianizm jest dla niej głównie zdrowym stylem życia. A więc W jak wegetarianizm. Wybór niejedzenia mięsa i bycia spoko z jedzeniem nabiału i jaj. Szara strefa trzyma się mocno.

Lektura postów i regulaminów grup typu „wegetarianie i weganie” pokazuje jak dobrze ma się akceptacja dla nabiału i jaj.

Fragment regulaminu grupy typu „wegetarianie i weganie”:

Grupa ta docelowo jest grupą zrzeszającą wegetarian oraz wegan, jeśli znajdzie się tutaj przepis na potrawę z jajkiem czy mlekiem nie jest to zachęta do obrażania autora czy zachęcania go do odrzucenia tych produktów. Wypowiedzi tego typu będą usuwane, a autor otrzyma wyciszenie stosowne do przewinienia, dwa wyciszenia.

Grupa tego typu nie tylko potwierdza, że jajka i mleko to produkty akceptowane, ale zakazuje wręcz krytykowania takich produktów, a więc – de facto – zakazuje promocji weganizmu! Co mogą w tej grupie robić weganie? Siedzieć cicho, przynajmniej w odniesieniu do eksploatacji zwierząt na jajka i mleko. Ta eksploatacja ma – zgodnie z regulaminem grupy – pozostać przezroczysta. Wspólnym mianownikiem jest tylko brak akceptacji dla mięsa. Tylko mięso jest niemile widzianym produktem.

Kolejny fragment regulaminu podobnej grupy:

Do grupy zapraszamy osoby o ugruntowanym poglądzie na kwestię prawa zwierząt pozaludzkich do życia, bądź osoby szczerze zainteresowane weg(etari)ańską filozofią,
(…)
Zabronione jest promowanie produktów zawierających mięso w jakikolwiek sposób, również w formie linków do artykułów zawierających takie treści (wyjątkiem są akcje mające na celu odfałszowanie zakłamanych kampanii promujących produkty odzwierzęce). Przepisy kulinarne również nie mogą zawierać mięsa w żadnej postaci.

Co to jest „weg(etari)ańska filozofia”? Czy to podejście, w którym nie należy jeść mięsa, ale można jeść nabiał i jaja udając, że nie mają one nic wspólnego z eksploatacją zwierząt? W jaki sposób członkowie grupy mają „ugruntowany pogląd na kwestię praw zwierząt”, czy to znowu jest rodzaj wybiórczego gruntowania albo wybiórczych praw zwierząt, np. świń i kurcząt hodowanych na mięso, ale już nie krów eksploatowanych dla mleka czy kur hodowanych dla jajek? Dlaczego jednoznacznie zabronione jest promowanie produktów zawierających mięso, ale już nie ma takiego zakazu dla innych produktów czy usług możliwych do uzyskania tylko w wyniku eksploatacji zwierząt?

Różne wydarzenia typu „wege” dają pełną akceptację dla eksploatacji zwierząt dla mleka i jaj:

Menu wydarzenia „niedzielne wege śniadanie” w restauracji:
 
Szakszuka
Chili sin carne
Pieczone pomidory z ziołami
Zapiekanka jajeczna z ziemniakami francuskimi i pieczarkami
Quesadilla z oliwkami i suszonymi pomidorami
Grzanki z jajkiem sadzonym i rukolą
Chrupiące boczniaki z sosem czosnkowym
Karmelizowane młode marchewki z kozim serem i orzechami włoskimi
Sałatka z jarmużu z batatem, selerem, miętą i quinoą
Miks sałat ze szparagami i groszkiem cukrowym
Pasty — jajeczna, buraczana, z batata i z pieczonego kalafiora
Hummus z sezamem

Wege Festiwal w Lublinie!:

Lokalne restauracje z całej Polski chcące pokazać Wam wegetariańskie oraz wegańskie smakołyki.
Super okazja by pysznie zjeść oraz przekonać się do wegetariańskich oraz wegańskich dań! :)

Powtórzę zatem: zwierzętom potrzebna jest konsekwentna promocja weganizmu. Nie opartego na arbitralnym wyborze wegetarianizmu, nie rozmytego znaczeniowo „wege”, nie postaw redukcjonistycznych pod tytułem „dziś zjedz jedno skrzydełko zamiast dwóch i pokaż, że zależy Ci na zwierzętach”.  

Zwierzęta zasługują na to, byśmy poświęcili czas na edukowanie siebie i innych o złu eksploatacji, która zmienia zwierzęta w przedmioty, surowiec, maszyny i narzędzia. Zwierzęta zasługują na to, byśmy krytycznie przyjrzeli się własnemu szowinizmowi gatunkowemu, który sprawia, że mamy do tej eksploatacji obojętny stosunek. Wybiórcze skupianie się na mięsie nie tylko w żaden sposób tego nie załatwia, ale zamazuje ludziom rzeczywistość.



Nawet jeśli przyjmiemy założenie, że nie jest łatwo z dnia na dzień odrzucić eksploatację zwierząt w szowinistycznym gatunkowo świecie, który domyślnie serwuje nam produkty eksploatacji zwierząt każdego dnia, to jasne przedstawienie gdzie leży problem pomoże nam bardziej niż wodzenie nas za nos. Człowiek, który zrozumie znaczenie weganizmu wybierze go znacznie szybciej, niż ten, komu regularnie wbijać się będzie do głowy, że to mięso jest problemem. Mając na celu weganizm, osoba taka szybciej sięgnie po mleka roślinne, zainteresuje się wyłącznie roślinnymi pastami, zamiast kanapkę z szynką zastąpić kanapką z krowim serem, szybciej dowie się o wegańskim majonezie (i jak go tanio zrobić) zamiast zajadać się sałatkami z majonezem jajecznym. Przykładów jest wiele.

Zwierzętom potrzebny jest nasz weganizm, wybierajmy go i promujmy.



poniedziałek, 2 lipca 2018

Ile praw zwierząt w prawach zwierząt?

Na X Ogólnopolskim Kongresie Kobiet w czerwcu 2018 roku zostało zorganizowane „Centrum zwierząt”. Nie była to premiera tego tematu, bo Na Kongresie Kobiet o zwierzętach mówiono już wcześniej, na przykład podczas dyskusji w ramach „Centrum Zielone” w 2017 roku. Niemniej, w tym roku, spośród czterech paneli dyskusyjnych, szczególnie zainteresował mnie jeden, gdyż miał w swoim tytule prawa zwierząt. 

Kiedy słyszę lub widzę termin prawa zwierząt w głowie zapalają mi się dwa światła – zielone i pomarańczowe. Zielony to kolor nadziei, że wreszcie mówimy o zwierzętach na poważnie. Prawa zwierząt to przecież koncepcja rozwinięta w różny sposób przez filozofa Toma Regana i prawnika i filozofa Gary’ego Francione’a – w jednym i w drugim przypadku mająca wspólny mianownik: sprzeciw wobec eksploatacji zwierząt i, co za tym idzie, weganizm. Pomarańczowy to ostrzeżenie „Uważaj z tą nadzieją”, bo, jak pokazuje już wieloletnia praktyka, termin prawa zwierząt jest regularnie nadużywany: stosuje się go tam, gdzie w ogóle nikt nie sprzeciwia się eksploatacji. O „prawach zwierząt” mówi się bardzo często tam, gdzie de facto rozmowa dotyczy regulowania warunków eksploatacji, np. przeniesienia kur eksploatowanych dla jaj z klatek do budynków bez klatek, skrócenia transportu zwierząt wiezionych do rzeźni itp. 

Byłam zatem ciekawa ale i ostrożna w swoich oczekiwaniach, kiedy postanowiłam obejrzeć udostępniony na Facebooku panel pt. „Dlaczego feministki powinny walczyć o prawa zwierząt”. 

Organizatorem Centrum Zwierząt, a więc i tego panelu, była Fundacja Alberta Schweitzera, która na swojej stronie internetowej deklaruje, że jej celem długoterminowym jest „doprowadzenie do zakończenia chowu przemysłowego i popularyzacja wegańskiego stylu życia”, a strategia skupia się na dwóch filarach: (1) współpracy z firmami polegającej na zachęcaniu ich, by przestały sprzedawać „produkty, które są wynikiem szczególnie okrutnych procedur (na przykład jaja z chowu bateryjnego), ale by także rozszerzały i ulepszały swój asortyment produktów roślinnych.” oraz na (2) edukacji konsumentów, dla których uruchomiono kampanię Vegan Taste Week, „aby dotrzeć do możliwie największej liczby osób i skutecznie nakłonić je do ponownego przemyślenia ich wyborów”.  Fundacja działa więc w temacie zwierząt hodowanych na mięso, mleko, jaja i futra, jednak nie sprzeciwia się jednoznacznie eksploatacji zwierząt (tylko jej przemysłowej formie), nie postuluje weganizmu tylko chce go popularyzować (moralny obowiązek a popularny styl życia to jednak różne sprawy), zaś na swojej stronie w ogóle nie odwołuje się do teorii praw zwierząt. 

Tyle organizator. A jak wyglądał panel? Udział wzięły: prowadząca spotkanie przedstawicielka fundacji Karolina Skowron, pisarka, autorka „Prowadź swój pług przez kości umarłych” Olga Tokarczuk, adwokatka zajmująca się sprawami łamania Ustawy o ochronie zwierząt i sprawami przemocy domowej Karolina Kuszlewicz, historyczka sztuki, autorka bloga „Nie-zła sztuka” zajmująca się animal studies na Wydziale Artes Liberales Uniwersytetu Warszawskiego Dorota Łagodzka oraz dr Justyna Włodarczyk - z Zakładu Literatury Amerykańskiej Uniwersytetu Warszawskiego, zajmująca się m.in. animal studies i teorią feministyczną.

Rozmawiano o ciekawych i istotnych sprawach.
Olga Tokarczuk mówiła, że odchodzi w przeszłość hierarchiczny model traktowania przyrody. Choć nie zgadzam się, że taki trend ma miejsce – jest to zbyt optymistyczne twierdzenie – to myślę, że zdecydowanie i ludziom i zwierzętom pozaludzkim przydałoby się, gdyby ludzie przyjęli taką antyhierarchiczną, bardziej egalitarną perspektywę. Być może czując się bardziej braćmi i siostrami zwierząt, czy po prostu współmieszkańcami tej samej planety, bylibyśmy bardziej skłonni przyjąć jako właściwą i zdroworozsądkową postawę samoograniczenia, o której wspominała pisarka. 

Dodałabym, że powinno to w pierwszym rzędzie dotyczyć Europy i Ameryki Północnej, gdzie styl życia oparty na konsumpcji, szczególnie produktów pochodzenia zwierzęcego, krzywdzi bezpośrednio eksploatowane zwierzęta, ale także zabiera miejsce do życia dzikim zwierzętom zamieniając ich dom w pola upraw przeznaczane na paszę, a także zatruwa środowisko i napędza produkcję gazów cieplarnianych. Cierpimy z tego powodu wszyscy i nie ma w tym cierpieniu sprawiedliwości, bo choć najbardziej szkodzą bogaci, to największy ciężar muszą nieść na swoich barkach ludzie najbiedniejsi i niczemu winne zwierzęta.

Karolina Kuszlewicz mówiła o tym, że przemoc ma uniwersalny charakter przejawiający się poczuciem władzy sprawcy nad słabszą od niego ofiarą, a także o tym, że zdarza się i to nie rzadko, że przemoc domowa (najczęściej mężczyzn wobec kobiet i dzieci) łączy się z przemocą tych samych sprawców wobec zwierząt. Zdarza się – jak potwierdziły to badania w USA – że przemoc wobec zwierząt poprzedza przemoc wobec dzieci. 

Przemoc fizyczna wobec zwierząt domowych jest też realizowana przez sprawcę jako przemoc psychiczna wobec kobiety, która jest opiekunką zwierzęcia. Wreszcie kobiety bywają też zmuszane do seksu ze zwierzętami. Kuszlewicz podkreśliła, że w Polsce związki między przemocą domową a przemocą wobec zwierząt nie są dostrzegane: jeśli odkryta zostanie przemoc wobec zwierzęcia domowego, to policja nie interesuje się, czy przypadkiem nie kryje się za tym także przemoc wobec ludzkich członków rodziny sprawcy. Z kolei kobiety uciekające przed przemocą do schronisk nie są tam przyjmowane ze zwierzętami.

Dorota Łagodzka zwróciła uwagę zebranych na język jako narzędzie dewaluacji nie tylko kobiet ale i zwierząt. Kiedy używamy słów oznaczających zwierzęta (np. wredna suka, kura domowa, stara krowa, głupia kwoka) wyrażamy nie tylko patriarchalne uprzedzenia redukujące kobiety do istot bardziej biologicznych, mniej refleksyjnych, ale tym samym pokazujemy nasz brak szacunku do zwierząt pozaludzkich. Ponadto, kiedy chcemy wyrazić oburzenie złem wyrządzanym przez ludzi, lubimy używać metafor i porównań związanych ze zwierzętami: gwałciciel zachował się „jak zwierzę”, jego czyn był „nieludzki”. Jak zauważyła Łagodzka, paradoksalne jest to, że mianem „nieludzkich” określamy czyny, do których zdolni są tylko ludzie. 

Justyna Włodarczyk dodała do dyskusji perspektywę historyczną, w której ukazała jak idee praw kobiet i lepszego traktowania zwierząt spotykały się już w działaniach sufrażystek XIX wieku. Podczas zebrania Ligii Humanitarnej przeciwnej zadawaniu niepotrzebnego cierpienia istotom czującym, Lizzy Lind zachęcała do połączenia ruchów humanitarnych – sufrażystek, przeciwników wiwisekcji, przeciwników kar cielesnych i kary śmierci, pacyfistów i wegetarian. 

Włodarczyk poczyniła ciekawą obserwację, że choć w pewnym okresie ruch prozwierzęcy zajmował się intensywnie cierpieniem zwierząt wykorzystywanych przez ludzi klasy pracującej, to po pewnym czasie zajął się także przewinieniami klasy wyższej.  Najpierw walczono o zakaz walk psów czy o zakaz ciągnięcia wózków przez psy, - to drugie dla wielu ludzi nie było fanaberią lecz sposobem na utrzymanie się. Wyglądało to trochę jak oświecanie „ciemnego ludu” przez bogatych, którzy wcale nie mieli czystego konta jeśli chodzi o stosunek do zwierząt. Natomiast pod koniec wieku XIX, gdy w ruchu prozwierzęcym pojawiło się więcej kobiet i część z nich zaczęła studiować medycynę, większą uwagę zaczęto zwracać na wiwisekcję. Ostrze krytyki zwróciło się wówczas przeciwko naukowcom i lekarzom, którzy do tej pory sami mówili innym jak żyć. Justyna Włodarczyk zwróciła też uwagę, że nie powinniśmy tworzyć dychotomii: pomoc ludziom vs pomoc zwierzętom, gdy tak naprawdę możemy robić jedno i drugie. 

Co mnie zaskoczyło i czego zabrakło.
W debacie było parę kwestii, które mnie zaskoczyły, zdziwiły lub zirytowały. Pierwsza prelegentka Olga Tokarczuk rozwijając myśl o samoograniczeniu stwierdziła, że oznacza to ograniczenie jedzenia mięsa. W publicznych dyskusjach o krzywdzeniu zwierząt, raz za razem dokonuje się tej arbitralnej koncentracji na jedzeniu mięsa i równocześnie spycha się na margines, albo całkowicie poza ramy dyskusji, picie mleka, jedzenie nabiału i jaj i inne formy krzywdzenia zwierząt. Rozmowa schodzi wówczas na ograniczanie lub niejedzenie mięsa, a nie na weganizm. 

Dyskusje te raz za razem stanowią krok wstecz, zamiast w przód. Skupiając naszą uwagę na mięsie, oddalają rozmowę o eksploatacji zwierząt, której dokładnie takim samym przykładem jak produkcja mięsa jest produkcja jaj i mleka. We wszystkich rodzajach eksploatacji, zwierzę, jego ciało i jego życie jest traktowane przedmiotowo – jako surowiec (zwierzęta hodowane na mięso) lub maszyna (zwierzęta używane do produkcji jaj, mleka czy do „produkcji” zwierząt, np. matki prosiąt czy matki kur niosek). Ciało poddane selekcji hodowlanej ma być dobrym surowcem lub sprawną maszyną, ma służyć producentom i konsumentom. Życie jest dawane i odbierane zgodnie z planem produkcji, cięcia kosztów, generowania zysków i konkurencyjnej ceny. 

Jak mówi filozof praw zwierząt Gary Francione, wegetarianizm (a więc wybieranie niejedzenia mięsa, podczas gdy je się nabiał i jaja) nie jest postawą bardziej spójną, niż twierdzenie, że moralnie złe jest jedzenie mięsa z łaciatych krów, ale nie jest moralnie złe jedzenie mięsa z krów, które łaciate nie są. Nie ma zatem prawdziwej dyskusji o niepotrzebnym cierpieniu zwierząt, ich krzywdzeniu i eksploatacji, a szczególnie o prawach zwierząt, gdy dowolnie wybieramy sobie jakąś formę krzywdzenia (na mięso) i pomijamy inne. Taka dyskusja z założenia jest niewłaściwa, niesłusznie okrojona, nieuczciwa.

Druga kwestia wypowiedziana przez Tokarczuk jeszcze bardziej mnie zdziwiła. Przytoczę ją jednak dlatego, że wpisuje się w pewien szerszy trend obecny w ruchu prozwierzęcym, więc warto się do niej odnieść. Olga Tokarczuk powiedziała, że oprócz ograniczenia jedzenia mięsa powinniśmy wrócić do „tradycyjnych sposobów pozyskiwania mięsa”. Muszę powiedzieć, że trochę wbiło mnie w krzesło, tym bardziej, że żadna z panelistek na to nie zareagowała. Nie sądzę, żeby Tokarczuk, autorka antymyśliwskiej książki „Prowadź swój pług przez kości umarłych” sugerowała, że wszyscy powinni ruszyć do lasu na polowanie. Druga opcja, która wydała mi się znacznie bardziej prawdopodobna, to tradycyjne gospodarstwa rolne przeciwstawiane przemysłowym fermom. 

Faktycznie w ruchu prozwierzęcym jest silny trend do krytykowania nie eksploatacji zwierząt jako takiej tylko właśnie ferm przemysłowych, a więc sposobu, w jaki eksploatuje się zwierzęta. Szereg organizacji, w tym organizator debaty,  prowadzi kampanie mające na celu reformę przemysłowej hodowli zwierząt. 

Kampanie te mają na celu ograniczenie najbardziej „przemysłowych” form i metod chowu zwierząt (obecnie np. jajek „trójek” od kur trzymanych w klatkach). Równocześnie jednak promują inne, rzekomo lepsze formy chowu zwierząt. Takim kampaniom towarzyszą dwa rodzaje obrazów – zdjęcia i filmy krytykowanej formy chowu – odstręczające, pokazujące urazy, rany, cierpienie i nieżywe zwierzęta, oraz zdjęcia zwierząt zadbanych w przyjemnym, rustykalnym otoczeniu w bliżej niezidentyfikowanych okolicznościach. Jako że pierwsza seria obrazów dotyczyła krytykowanej formy chowu, to te przyjemne, niepodpisane obrazy poprzez skojarzenie, sugerują nam, że oto widzimy zwierzęta żyjące w tej drugiej, niekrytykowanej formie chowu. Odbiorca dostaje komunikat, że po wyeliminowaniu formy zwalczanej przez kampanię, zwierzęta będą szczęśliwe, a on będzie mógł nadal być konsumentem zwierząt, tym razem z czystym sumieniem.  

Być może więc stwierdzenie o „powrocie do tradycyjnych sposobów pozyskiwania mięsa” jest echem takich kampanii chcących reformować przemysłową hodowlę zwierząt.  Problem w tym, że znowu nie dotykamy tu w ogóle praw zwierząt (do niebycia przedmiotem eksploatacji), a sugerowane rozwiązania, poprzez swoją zmniejszoną wydajność (choćby potrzebę większej powierzchni dla hodowanych zwierząt) nie są rozwiązaniem dla planety, na której ludzka populacja nie maleje, ale wciąż rośnie. 

Co więcej, mamy już sporo przykładów jak kończy się reformowanie przemysłowej hodowli:  powstają kolejne formy przemysłowej hodowli, gdzie zwierzęta też cierpią, tylko w nieco innych okolicznościach. Pokazuje to wiele zdjęć i filmów realizowanych na „eko” fermach. Dlaczego tak się dzieje? Nieodmiennie składa się na to parę czynników: masowość produkcji (fermy „eko” też mają dużo zwierząt, szczególnie jeśli są to małe zwierzęta, takie jak kury), chęć zarobku, konkurencja na rynku i klienci nie zamierzający jednak płacić zbyt wiele za swoje czyste sumienie.

Mówiąc o  przemocy wobec ludzi i zwierząt Karolina Kuszlewicz poruszała się przede wszystkim w obrębie przemocy nielegalnej i karalnej. Nawet nawiązując do sprawy sprzedaży żywych karpi bez wody, w której Sąd Najwyższy postanowił o kasacji prawomocnego wyroku uniewinniającego sprzedawców od zarzutu znęcania się nad zwierzętami, adwokatka wciąż mówiła o przemocy, która - choć ewidentnie kontrowersyjna – ma szansę jednak zostać uznana za karalną. Mam duży problem z tym podejściem, szczególnie jeśli spotkanie nazywa się debatą o prawach zwierząt. Dlaczego? Bo znakomita większość przemocy wobec zwierząt jest legalna. Żyjemy w społeczeństwie (i w świecie), w którym normą jest szowinizm gatunkowy (analogiczna do seksizmu i rasizmu forma dyskryminacji – ze względu na gatunek), a jego przejawem jest powszechna eksploatacja zwierząt – traktowanie ich jak surowca, narzędzia i maszyny, których narodziny, sposób życia i śmierć są podporządkowane naszym celom, które wycierpią się tyle ile trzeba i zostaną zabite wtedy, kiedy trzeba, żeby na półkach było mięso, nabiał, jaja a na sklepowych wieszakach skórzane kurtki i wełniane płaszcze, itp. 

Owszem, przemoc wobec zwierząt domowych jest bardziej widoczna, bo bardziej emocjonalnie na nią reagujemy i chętniej o niej rozmawiamy, ale jest tak właśnie dlatego, że wychowujemy się do życia w świecie, w którym zwierzęta domowe do pewnego stopnia stanowią wyjątek od reguły. Regułą zaś jest akceptacja przemocy tak powszechna, że aż oczywista i tak oczywista, że kompletnie dla nas, jako społeczeństwa, przezroczysta.  To ponad 800 milionów zwierząt „gospodarskich” hodowanych na fermach i zabijanych w rzeźniach rocznie. To tony ryb zabijanych w ramach rybołówstwa. To ta przemoc jest legalna, niekaralna, oczywista i przezroczysta. 

Nasza obojętność na tę legalną przemoc nie jest jednak wrodzona, lecz wyuczona, a więc i odwracalna, o czym świadczy rosnąca liczba wegan. Dlatego szczególnie na spotkaniach, które w swojej nazwie mają prawa zwierząt, rozmowy o tym nie tylko nie powinno zabraknąć, ale powinien być to temat centralny. Tutaj absolutnie nie był. Gdzieś pobocznie, dość nieśmiało była mowa o zmianie diety. To za mało, zdecydowanie za mało!

Wielkim nieobecnym w debacie o prawach zwierząt były więc prawa zwierząt i weganizm. Wydaje się, że prawa zwierząt stały się atrakcyjną frazą, której używa się, żeby zasugerować, że debata, film, książka czy organizacja poważnie podejmuje temat zwierząt. Jednak bardzo często taka debata, film, książka czy organizacja wcale prawami zwierząt się nie zajmują: nie odwołują się w ogóle do najważniejszych twórców teorii praw zwierząt – do profesora Toma Regana czy profesora Gary’ego Francione’a, nie sprzeciwiają się (albo robią to bardzo niejednoznacznie) eksploatacji zwierząt i nie mówią o weganizmie jako podstawowym obowiązku moralnym wynikającym z poszanowania praw zwierząt. Nieżyjący już Tom Regan pisał, że prawa zwierząt to prawo zwierząt do szacunku. Gary Francione pisze i mówi, że prawa zwierząt to prawo do niebycia traktowanym jak czyjaś własność. Każde z tych podejść wyklucza eksploatację zwierząt. Nie da się bowiem szanować i eksploatować. Nie da się traktować podmiotowo i równocześnie eksploatować, nawet jeśli eksploatację zreformuje się w taki czy inny sposób. Nie da się też szanować zwierzęta, traktować je podmiotowo i równocześnie być konsumentem produktów pochodzących z eksploatacji. 

W świecie opartym na eksploatacji zwierząt weganizm musi być w centrum debaty o prawach zwierząt, a nie na jej obrzeżach. Tak się często nie dzieje, bo taka debata musiałaby być o nas – zwykłych obywatelach i obywatelkach, o naszych zaniechaniach, o naszej odpowiedzialności, o codziennych wyborach, o instytucjonalnej formie szowinizmu gatunkowego. Łatwiej prowadzi się rozmowy, które są o innych – psychopatach, okrutnikach, o myśliwych, o Azjatach jedzących psy. W debacie zabrakło przedstawienia prelegentek właśnie pod tym kątem. Nie zadano prostego pytania: czy są Panie wegankami? W takiej debacie i w takim świecie, w jakim obecnie żyjemy, to ważna informacja. W debacie na temat praw zwierząt mogą oczywiście brać udział ich zwolennicy i przeciwnicy, ale powinniśmy, jako odbiorcy, znać odpowiedź na to podstawowe, sytuujące w debacie pytanie. Osoby deklarujące poparcie dla praw zwierząt a niebędące wegankami na wejściu tracą na wiarygodności i trącą hipokryzją.

Proporcje debaty o prawach zwierząt moglibyśmy  obrócić dopiero w świecie, w którym prawa zwierząt miałyby ugruntowaną pozycję i większość ludzi byłaby weganami. Nie jesteśmy jednak w takim momencie i nie zbliżymy się do niego poświęcając nieproporcjonalnie małą ilość czasu na rozmowę o szowinizmie gatunkowym i eksploatacji zwierząt dla przemysłu spożywczego i weganizmie. 




niedziela, 10 czerwca 2018

Dlaczego ciągle rozmawiamy o okrucieństwie


Okrucieństwo najczęściej rozumiemy jako zadawanie komuś cierpienia dla własnej przyjemności. Sprawcą kierują sadystyczne skłonności.  – A masz! Kopnę cię i jak zawyjesz z bólu, to będę się z tego cieszył. 

W okrucieństwie najczęściej chodzi o zadawanie cierpienia fizycznego, ale można też być okrutnym powodując strach, przerażenie, grożąc i upokarzając. – Słuchaj mnie gówniarzu, bo jak nie, to popamiętasz! – Do niczego się nie nadajesz! Jak mogłem się ożenić z takim zerem!

Okrucieństwo to zatem tandem przemocowego działania i sadystycznej skłonności. Skoro tak, to nie możemy go stwierdzić tylko na podstawie tego, co stało się ofierze. Musimy znać stan umysłu sprawcy. Czy kopnął, bo się wystraszył, czy dlatego, by sprawić ból i się z tego cieszyć? Czy groził karą za nieposłuszeństwo z lęku o dziecko, czy dlatego, że chciał, by drżało przed nim ze strachu? Czy nazwał żonę zerem, bo był zmęczony i rozczarowany małżeństwem, czy dlatego, że chciał nad nią dominować poprzez upokarzanie i wprawianie w poczucie bezradności?

Kiedy mówimy o okrucieństwie, zazwyczaj myślimy także, że działanie jest podejmowane bezpośrednio przez sprawcę, bez pośredników, pomocników, czy najętych do tego wykonawców. Sprawca sam używa do okrutnego czynu własnej ręki, pasa, noża lub słowa lub wykorzystując relację podległości – przewagę finansową, status społeczny, pozycję władzy. Przemocowy rodzic, mąż, szef, szanowany urzędnik, polityk.

Okrucieństwo oczywiście odnosi się także do działań ludzi wobec zwierząt. Najczęściej będzie to przemoc fizyczna, ale jak najbardziej może być to także wzbudzanie strachu, drażnienie, wyuczanie bezradności. Ponieważ okrucieństwo kojarzymy ze stanem umysłu sprawcy i z działaniem bezpośrednim, przykłady, które od razu przychodzą na myśl to ludzie znęcający się nad zwierzętami domowymi, myśliwi, naukowcy przeprowadzający eksperymenty na zwierzętach i rzeźnicy. 

Skojarzenie z okrucieństwem nasuwa się natychmiast w zetknięciu ze „spektakularnymi” przypadkami zadawania cierpienia i śmierci psom czy kotom. Szczególnie jeśli sprawcy nie odnoszą korzyści finansowej z popełnianych czynów, to wniosek wyciąga się sam: muszą to robić dla przyjemności. Wszystko się zgadza: jest (domyślny) stan umysłu i działanie bezpośrednie. Diagnoza: okrucieństwo. Ponieważ sadyzm w czystej postaci wzbudza odrazę, doniesienia o takich czynach są bardzo „klikalne”, wywołują lawinę komentarzy nawołujących do zemsty i wyrażających regułę „oko za oko” i są potem łatwo przywoływane z pamięci jako sztandarowe przypadki okrucieństwa wobec zwierząt. 

Myślistwo jest postrzegane podobnie. Znowu mamy do czynienia z działaniem bezpośrednim (choć często sprawcę wyposażonego w nowoczesną broń palną może od ofiary dzielić całkiem spora odległość). Jeśli zaś chodzi o stan umysłu, czy skłonności polujących, to mocne wskazówki daje nam już sama branża preparowania trofeów myśliwskich i rytuał robienia sobie zdjęć z martwymi ofiarami upozowanymi na żywe, lecz ułożone w pozycji poddańczej. Czy jest to przyjemność płynąca z zadawania cierpienia, czy może ekscytacja zabijaniem jako najwyższą formą sprawowania kontroli nad czyimś życiem? Tak czy owak pewne tropy wiodą ku okrucieństwu. Gdyby chodziło tylko o przykry obowiązek regulowania przyrody (jeśli ktoś już wierzy w taką regulację), nie byłoby trofeów i zdjęć z zabitymi zwierzętami. I znowu, jeśli tak na to spojrzymy, to budzi się odraza. Co ciekawe, odrazy nie budzi raczej ani pokrewne myślistwu wędkarstwo, ani rybołówstwo - gałąź gospodarki polegająca na polowaniu na dzikie ryby.

Wielu zapyta retorycznie, kto chciałby zostać rzeźnikiem, gdyby nie odczuwał przyjemności z zabijania? Rzeczywiście, przeciętnemu człowiekowi trudno sobie wyobrazić wybór zawodu polegającego na zabijaniu od rana do wieczora. Dlatego rzeźnicy nie cieszą się społecznym szacunkiem i zaufaniem. Większość z nas nie zabija zwierząt kręgowych, a większość tych, którzy to robią (np. na wsi, albo w mieście przed Wigilią), nie robią tego aż tak często. Nasz brak szacunku do rzeźników przeradza się w odrazę, gdy oglądamy nagrania z rzeźni robione przez aktywistów, gdzie pracownicy rzeźni nie tylko wykonują legalne czynności niezbędne do odebrania zwierzęciu życia, ale także łamią prawo niejako nadprogramowo bijąc czy kopiąc zwierzęta. Szczególnie to cierpienie nazwane w kontekście rzeźni „niepotrzebnym” postrzegamy jako okrucieństwo.

Przez internet przewija się wiele zdjęć i filmów z eksperymentów na zwierzętach. Testowanie żrących substancji na skórze i oczach, podawanie dożołądkowo trucizny, by sprawdzić w jakim tempie zwierzęta będą umierać, oddzielanie młodych od matek, by obserwować rozwój choroby sierocej, wyuczanie bezradności poprzez pokazanie zwierzęciu, że cokolwiek by nie zrobiło, to i tak nie uniknie porażenia prądem. Słowem, scenariusze jak z horroru. Włosy stają dęba, wielu ludzi popiera kampanie przeciwko eksperymentom na zwierzętach i podejrzewa eksperymentatorów o skłonności do okrucieństwa. 

Filozof Tom Regan w książce „The Case for Animal Rights” pisze, że okrucieństwo może być nie tylko czynne, ale także bierne: można nie tylko bić ofiarę, ale np. powstrzymać się od jej karmienia. Głodzenie, choć mniej spektakularne niż okaleczanie, także prowadzi do cierpienia. Okrucieństwo, jak pisze Regan, może wynikać nie tylko z przyjemności z zadawania komuś cierpienia (sadyzm), ale także z obojętności na czyjeś cierpienie („nieludzki” brak litości). Przy tak poszerzonej definicji okrucieństwa wciąż skupiamy się na stanie umysłu sprawcy, ale zdajemy sobie sprawę, że nie każdy sprawca będzie sadystą. Będziemy mogli również zastanowić się, z czego wynika obojętność, czym jest brak litości.

Wydawałoby się, że rozprawiając się z okrucieństwem, zakończymy niepotrzebne cierpienie zwierząt. Jednak w zderzeniu z rzeczywistością, ta intuicja okazuje się błędem. Uważam, że dopóki rozmawiamy wyłącznie o okrucieństwie, rozumianym jako czyny wymagające określonego stanu umysłu sprawcy i jego bezpośredniego kontaktu z ofiarą, dopóty dotykamy tylko czubka góry lodowej problemu, jakim jest niepotrzebne krzywdzenie zwierząt. 

Czubek góry lodowej jest metaforą często używaną dla zobrazowania skali problemu i sposobu jego postrzegania. I faktycznie, skala krzywdzenia zwierząt jest ogromna, podczas gdy my skupiamy się na niewielkim ułamku problemu. Choć koncentrujemy się na okrucieństwie, to siłą napędową krzywdzenia zwierząt wcale nie jest ani sadystyczne okrucieństwo, ani nawet brak litości. 

Czym jest zatem góra lodowa, której tylko czubek dostrzegamy? Dowiemy się tego dopiero wtedy, gdy odłożymy na bok emocjonujące nas okrucieństwo dotyczące znęcania się nad zwierzętami domowymi, dzikimi i nadprogramowym zadawaniu cierpienia zwierzętom w rzeźni. W samej Polsce rocznie cierpi i umiera przedwcześnie ponad 800 milionów zwierząt gospodarskich i prawdopodobnie drugie tyle ryb. Nie jest to związane z okrucieństwem, którego dopuszcza się dla własnej przyjemności armia sadystów. To gałąź gospodarki oparta na legalnej eksploatacji i zabijaniu zwierząt, która pozwala pewnej grupie ludzi zarabiać na życie, a większości społeczeństwa prowadzić styl życia, którego stałym elementem jest konsumpcja produktów takie jak jaja, mleko i plejada produktów nabiałowych, mięso, wędliny, odzież skórzana, wełniana czy futrzana. Eksploatacja ta wiąże się z zadawaniem fizycznego i psychicznego cierpienia setkom milionów zwierząt i z przedwczesnym ich zabijaniem. Oto nasza góra lodowa, którą pomijamy milczeniem, skupiając nieproporcjonalną ilość uwagi na jej czubku – czyli okrucieństwie wobec zwierząt definiowanym przede wszystkim jako sadyzm lub brak litości.



Jeśli zdarza nam się spojrzeć na naszą, zazwyczaj niedostrzeganą, górę lodową to tylko na tę część, gdzie znajdują się szeroko rozumiani producenci – hodowcy, przewoźnicy i rzeźnicy. Spoglądamy na nich z odrazą głównie wtedy, gdy dopuszczają się zachowań, które wychodzą poza zapewnienie produktów, których obecności żądamy w sklepach z żywnością i odzieżą oraz w restauracjach i na stołówkach. Dopiero to nadmiarowe w naszym mniemaniu,  niepotrzebne cierpienie nazywamy  okrucieństwem. 

Natomiast każde cierpienie i śmierć zadane w ramach regularnej produkcji jest dla nas tak oczywiste, że nie pojawia się w polu widzenia. Gdyby ktoś nas przycisnął, musielibyśmy z lekkim zażenowaniem przyznać, że to jest właśnie „potrzebne” cierpienie i śmierć. Ale potrzebne do czego? Odpowiedzią nie ma się za bardzo czym chwalić, bo musielibyśmy przyznać, że chodzi o utrzymanie gałęzi gospodarki (choć można zamiast tego produkować żywność roślinną i odzież bez skóry, wełny i futra) i utrzymanie naszego stylu życia (choć do życia wystarczy nam dieta roślinna i odzież z włókien roślinnych lub sztucznych). Czy można to nazwać sadyzmem? Skąd! Przecież nikt nie odczuwa przyjemności z cierpienia zwierząt. Na pewno nie konsumenci. Czy można to nazwać brakiem litości? Być może bywa tak w przypadku producentów, ale przecież konsumentów o to  oskarżać nie można. Oni nie mają styczności ze zwierzętami, z których eksploatacji korzystają. Konsumując jaja, sery, mleko czy mięso, nosząc skórzane buty i kurtki czy wełniane swetry nie muszą nawet minuty poświęcić myśleniu o tych "niewidocznych" zwierzętach. 

Znam to z autopsji, nie musiałam o tym myśleć ani nikomu się z tego tłumaczyć. Tak działa systemowy szowinizm gatunkowy, czyli przekonanie, że zwierzęta są z założenia gorsze od człowieka i w związku z tym można je traktować instrumentalnie, jak zasoby, narzędzia, surowiec i maszyny. Ich interesy, nawet najważniejsze takie jak życie i zdrowie, mogą być podporządkowane naszym, nawet stosunkowo trywialnym, interesom takim jak styl życia. Mimo tego, że odrzucamy sadyzm, jako niezgodny z naszym stylem życia, to nie odrzucamy eksploatacji zwierząt. Okazuje się, że jest ona zgodna z naszym stylem życia, a nawet stanowi dla niego niezbędne zaplecze. Jaki mamy do niej stosunek, żyjąc w systemowym szowinizmie gatunkowym – utrwalanym przez wychowanie, edukację i kulturę? Obojętny. 

Jest to obojętność tak oczywista, że aż przezroczysta. Obojętność, której nie trzeba artykułować, definiować, usprawiedliwiać ani bronić. Paradoksalnie im bardziej oburzamy się aktami okrucieństwa, tym nasza obojętność wobec eksploatacji zwierząt pozostaje nienaruszona. Możemy podpisywać dziesiątki petycji w sprawie ukarania sprawcy brutalnego zabicia psa, jedzenia psów w Chinach, zabijania fok w Kanadzie (ostatnio też w Polsce), bicia słoni w cyrkach i równocześnie spokojnie jeść na śniadanie jajecznicę, iść do pracy w skórzanych butach, zamówić w restauracji kotleta schabowego, a na kolację zrobić sobie chleb z żółtym serem.

Dopóki będziemy się skupiać na cudzym okrucieństwie i nie zabierzemy się za nasz własny szowinizm gatunkowy i naszą obojętność wobec eksploatacji zwierząt, dopóty góra lodowa jaką jest krzywdzenie zwierząt nie zacznie topnieć i pozostanie wielka, twarda i niewzruszona. Weganizm nie jest żadnym heroicznym czynem ani niezwykłym przedsięwzięciem, którego realizacja zajmuje 20 lat. Jest przekroczeniem obojętności, wzięciem odpowiedzialności we własne ręce, a z praktycznego punktu widzenia – po prostu zestawem zmodyfikowanych nawyków. 



niedziela, 27 maja 2018

Zwierzę wciąż jest rzeczą

1.
Surowiec do dalszej obróbki pochodzi wyłącznie od najlepszych, starannie wyselekcjonowanych hodowców drobiu. Nasze relacje z dostawcami oparte są na wzajemnym zaufaniu w oparciu o długoletnią współpracę. Gwarantuje to najlepsze korzyści dla naszych klientów - świeży towar, płynność dostaw, najlepszą jakość.

To prezentacja firmy "drobiowo.pl Zakład rozbioru drobiu"

A teraz jeszcze raz, innymi słowami, z pominięciem marketingu, a z uwzględnieniem mniej przyjemnych szczegółów zaplecza tej sytuacji. „Zakład rozbioru drobiu” to miejsce, w którym ćwiartuje się zabite w rzeźni kury, kaczki, gęsi i indyki. Czasem taki zakład jest połączony z rzeźnią, choć nie zawsze tak jest. Drobiowo.pl przedstawia nam swoich dostawców, którymi są ubojnie, zatem możemy się domyślić, że sam ubojni nie posiada. „Surowcem do dalszej obróbki” są ciała zwierząt. „Obróbka” to poćwiartowanie tych ciał w taki sposób, by uzyskać elementy wymienione w zakładce „Oferta”, a więc np. „kurczak tuszka”, „skrzydełka kurczaka”, „noga z kurczaka” czy „porcja rosołowa”. Jak stwierdza opis na stronie, „świeży towar”, czyli zgrabnie poćwiartowane ciała, mogą od Drobiowo.pl zakupić klienci. Kim są klienci? Prawdopodobnie hurtownie albo sklepy, być może restauracje. Z kolei ich klientami będą osoby fizyczne, indywidualni konsumenci tychże ciał. 

2.
Brakowanie krów mlecznych jest jednym z głównych czynników decydujących o opłacalności produkcji mleka. Zbyt wysokie wartości tego wskaźnika wpływają niekorzystnie na ostateczny wynik ekonomiczny.Brakowanie można podzielić na dwie zasadnicze kategorie: ekonomiczne i biologiczne. To pierwsze jest świadomym działaniem hodowcy wynikającym z selekcji i mającym na celu podniesienie wartości hodowlanej stada. Natomiast drugie jest niezamierzone, do którego zmusza wynikająca z różnych przyczyn niezdolność do dalszej produkcji.

To fragment artykułu ze strony farmer.pl.

A teraz jeszcze raz, trochę innymi słowami. „Brakowanie” w żargonie hodowlanym oznacza pozbycie się zwierzęcia niespełniającego się w roli, którą przypisał mu hodowca. „Krowa mleczna” też należy do żargonu hodowlanego, tyle że jest to słowo, które weszło do powszechnego obiegu do tego stopnia, że nawet wykształceni ludzie często myślą, że krowa „daje mleko” (tak jak chmura deszcz). Prawda jest taka, że krowa ma mleko dokładnie z tego samego powodu co każdy inny ssak – w wyniku ciąży i porodu. Różnica między krową a np. kotką jest jednak taka, że selekcja hodowlana ukierunkowana na produkcję mleka sprawiła, że laktacje krowy są parokrotnie większe niż byłyby bez tej selekcji. Niemniej laktacje wciąż wymagają płodności, zapłodnienia, ciąży i porodu. Jeśli krowa nie wytwarza (po porodzie) zamierzonej przez hodowcę ilości mleka, wówczas obniża „wartość hodowlaną stada”, co stanowi dobry powód do tego, żeby się jej pozbyć. Dobrym powodem jest też na przykład problem krowy z zajściem w ciążę. Bez tego nie będzie mleka i zysku. Krowa, która nie może być środkiem do celu (zysku) staje się darmozjadem. Na czym polega pozbycie się zwierzęcia gospodarskiego nienadającego się do założonej funkcji? Na wysłaniu do rzeźni. 

3.
Brakowanie niosek w systemie klatkowym jest stosunkowo łatwiejsze ze względu na niewielką ilość kur w klatce oraz łatwość ich obserwacji i izolowania. W chowie na ściółce i to szczególnie przy dużych populacjach drobiu jest to działalność dość pracochłonna, ale niewąpliwe korzyści wynikające z brakowania niosek nie znoszących jaj stanowią argument przemawiający za powszechnym jego wprowadzeniem do praktyki produkcyjne.

To fragment  ze strony portalhodowcy.pl 

I znowu, innymi słowami. Brakowanie kur oznacza dla nich to samo co brakowanie dla krów. Hodowcy robią to z podobnych powodów: pozbywają się kur znoszących mało jaj i obniżających „wartość hodowlaną stada”. Kury hodowane dla jaj są trzymane w małych klatkach lub w dużych pomieszczeniach. W dużych pomieszczeniach jest ich dużo, niemniej zarówno w przypadku klatek jak i dużych hal, hodowcy znaleźli sposób, żeby rozpoznać „darmozjady” i się ich pozbyć, bo najważniejszy jest zysk i konkurencyjność na rynku. 

Zarówno krowy trzymane dla mleka jak kury dla jaj są dla hodowcy/producenta maszynami, które mają osiągać określoną wydajność. W przypadku niesprawnego działania, maszyny idą na złom (czyli w tym przypadku do rzeźni).

4.
Spencer to duży czarny i piękny fryzyjski ogier, który ma wyjątkowo łatwy i przyjazny charakter. Ten ogier ma 4 lata i ma świetną budowę i jest bardzo przystojny. Spencer ma 3 dobre chody i jest w 100% bezpieczny w siodle. Spencer zna ruch i lubi jeździć na szlakach i w las. Łatwe do pokonania przez początkujących i amatorów oraz rodzinę. Spencer ma super charakter i będzie fantastycznym koniem do rekreacyjnej jazdy, ale ma też talent do wyższych poziomów ujeżdżenia!

To ogłoszenie ze strony galopuje.pl 

Innymi słowami, opis konia jak opis samochodu lub motocykla. Atrakcyjny środek transportu i narzędzie rekreacji. Nic dodać, nic ująć. Czy Spencer ma coś do powiedzenia? Może przywiązał się do miejsca, ludzi i zwierząt, gdzie spędził swoje paroletnie życie? Czy był zadowolony, gdy tresowano go do noszenia ludzi na sobie? Co stanie się, gdy przestanie być atrakcyjny dla kolejnego właściciela? Co będzie z nim, gdy nie będzie już zdolny do „3 dobrych chodów”?

5.
Zwierzę, jako istota żyjąca, zdolna do odczuwania cierpienia, nie jest rzeczą. Człowiek jest mu winien poszanowanie, ochronę i opiekę.
To pierwszy artykuł polskiej Ustawy o ochronie zwierząt. 

A teraz jeszcze raz, z szerszym kontekstem. Ustawa, której fragment zacytowałam, powstała w 1997 roku i, sądząc po nazwie, powinna mieć na celu ochronę zwierząt. Przytoczony przeze mnie artykuł zdaje się to potwierdzać. 

Niestety, podane wcześniej przykłady działań podejmowanych wobec zwierząt przeczą Ustawie, bo okazuje się, że traktowanie zwierząt jak rzecz, odmawianie im ochrony, właściwej opieki i szacunku jest legalne. Wolno traktować zwierzęta jak surowiec (hodując je na mięso), maszyny (hodując je dla mleka, jaj) czy narzędzie do uprawiania sportu i rekreacji (np. konie). Wolno rozmnażać zwierzęta po to, by ich potomstwo stało się takim samym surowcem, maszyną czy narzędziem jak rodzice. Nie przypadkowo, lecz planowo. Nie z konieczności, lecz by na nich zarobić zaspokajając popyt wynikający ze społecznej akceptacji dla realizowania określonego stylu życia, który zasadza się na eksploatacji zwierząt. 

Społeczna akceptacja dla przedkładania znakomitej większości interesów człowieka nad najbardziej podstawowe interesy zwierząt pozaludzkich to przejaw szowinizmu gatunkowego. Nasz smak, nasze przyzwyczajenia, nasza wygoda, przyjemność czy nasz zysk wydają nam się ważniejsze od zdrowia i życia zwierząt. Żyjemy w społeczeństwie, gdzie szowinizm gatunkowy jest czymś tak oczywistym i wszechobecnym, że aż przezroczystym. Jest wdrażany od najwcześniejszego dzieciństwa (kurczaczek na talerzu, jogurcik w kubeczku), w edukacji szkolną (połącz kreską kurę z jajkiem i krowę z mlekiem; zjedz na stołówce szkolnej kotleta schabowego i zupę zabielaną śmietaną) i utrwalany w całym dorosłym życiu przesiąkniętym szowinistyczną kulturą, reklamą i konsumpcją. 

Szowinistyczna gatunkowo kultura oswaja nas z utowarowieniem zwierząt. Nasz kontakt ze zwierzętami jest najczęściej kontaktem typu konsument – produkt. Ocieramy nasze stopy o zwierzęcą skórę, z której zrobione są buty, jakich tysiące par widzimy regularnie w sklepie. Jemy produkty (mięso, nabiał, jaja), które powstały dlatego, że zwierzęta są traktowane jak surowiec lub maszyny. Korzystamy z rozrywki, rekreacji i sportów, które traktują zwierzęta instrumentalnie – cyrki ze zwierzętami, jeździectwo, wyścigi koni, psów. Uprawiamy hobby polegające na hodowli zwierząt –  tworzymy rasy, gdzie bardziej interesuje nas efekt estetyczny (jakbyśmy lepili figurki z plasteliny) niż zdrowie zwierząt. Wyceniamy, sprzedajemy i kupujemy zwierzęta właśnie jak przedmioty. 

Czy trzeba się wysilić, żeby być szowinistą gatunkowym? Czy trzeba być okrutnikiem? Wręcz przeciwnie, to postawa domyślna, wystarczy płynąć z prądem. Podstawą menu każdej standardowej stołówki czy restauracji są przecież produkty eksploatacji zwierząt. W większości sytuacji dnia codziennego nikt nie zadaje pytań: Dlaczego Pan wciąż je mięso? Dlaczego Pani nie zdecydowała się przestać jeść nabiału? Dlaczego uważasz, że masz prawo nosić skórzane buty? A może wolałby Pan jednak nieskórzaną tapicerkę do samochodu, szkoda zwierząt, prawda? Jeśli ktoś zada takie pytania, to dla większości będzie to wtrącanie się w nieswoje sprawy, niekulturalne zaglądanie do talerza czy szafy. 

Czy moglibyśmy kupować, sprzedawać, konsumować zwierzęta i korzystać z ich eksploatacji, gdybyśmy rzeczywiście byli przekonani, że zwierzę nie jest rzeczą, środkiem do naszych celów, lecz czującą istotą, czyli podmiotem? Najwyraźniej gdzieś nam ta refleksja umyka, a wpływ szowinizmu gatunkowego pozostaje silny i nie do przecenienia.  

Wyjątkiem, który pokazuje naszą zdolność do dostrzeżenia w zwierzętach ich podmiotowości jest weganizm. To wciąż mało popularna odmowa traktowania zwierząt jak rzeczy (surowce, maszyny, narzędzia), sprzeciw wobec eksploatacji zwierząt i wycofanie się na tyle na ile to możliwe w dzisiejszym społeczeństwie z pozycji konsumenta zwierząt (roślinna dieta, odzież bez skór, wełny, futer, rozrywka bez wykorzystywania zwierząt). Wyjątkiem są też adopcje - wyciągnięcie ręki do udomowionych zwierząt bezdomnych, które potrzebują ochrony, opieki i szacunku. 

Czym jest zatem Ustawa o ochronie zwierząt? Czy chroni je przed przedmiotowym traktowaniem? Myślę, że częściowo odpowiedziałam na to pytanie przytaczając przykłady legalnych działań ewidentnie krzywdzących i sprowadzających zwierzęta do roli surowca, maszyny czy narzędzia. Dlaczego tak się dzieje, skoro Ustawa otwiera się tak pozytywną deklaracją żądając opieki, ochrony i szacunku dla zwierząt? 

Trzeba pamiętać, że ustawa nie powstała w kulturowej próżni, lecz w ramach społeczeństwa, w którym szowinizm gatunkowy jest powszechny i – co najważniejsze – gdzie większość deklaruje sympatię wobec zwierząt, a zarazem uczestniczy jako konsumenci w bezwzględnej eksploatacji zwierząt. Ustawa odzwierciedla to pęknięcie pomiędzy deklaracjami a praktyką, oraz proponuje znane skądinąd strategie działania, które sprowadzają się do redukowania złego samopoczucia ludzi zarazem lubiących i konsumujących zwierzęta. 

Artykuł, który zacytowałam jest deklaracją, która zgadza się z naszymi intuicjami. W praktyce deklaracja ta przekłada się na autentyczną ochronę, opiekę i szacunek wobec części zwierząt domowych (tych adoptowanych, zaopiekowanych, w przeciwieństwie do tych hodowanych dla przyjemności, kupowanych jako gadżet czy symbol statusu).  Ustawa w dalszej części odtwarza podział zwierząt według sposobu ich wykorzystywania przez człowieka (domowe, gospodarskie, laboratoryjne, wykorzystywane do celów rozrywkowych, widowiskowych, filmowych, sportowych i specjalnych). Potwierdza więc, że podział ten jest właściwy, niekwestionowany i nadrzędny w stosunku do potrzeb zwierząt związanych z ich ochroną i opieką. 

Przy takim rozdaniu kart wiemy jak nazywa się gra, w którą gramy. Jedną z głównych zasad tej gry jest szowinizm gatunkowy i przedmiotowe traktowanie zwierząt. W jakim zakresie zostanie udzielona zwierzętom ochrona i opieka (o szacunku możemy spokojnie zapomnieć)? W takim, w jakim ochrona i opieka nie będą przeszkadzać w realizacji naszych celów. W społeczeństwie nie ma oczywiście zgody na intencjonalne zadawanie cierpienia i zabijania dla przyjemności samego zabijania (okrucieństwo, sadyzm), natomiast jest pełna zgoda na zadawanie cierpienia i zabijanie w ramach tradycyjnych form eksploatacji według wymienionych w Ustawie kategorii zwierząt. 

Główną strategią podejścia do eksploatacji zwierząt, które prezentuje ta ustawa (zgodnie z powszechnie istniejącymi standardami) jest ustalanie ram i warunków eksploatacji. Sprowadza się to do odpowiedzi na pytania, np.: - ile zwierząt można upchać na metrze kwadratowym powierzchni?; -  jakie zabiegi można wykonać bez znieczulenia?; jak rzadko można usuwać odchody?; jakich urazów, obrażeń i chorób można nie leczyć, żeby nie zwiększać kosztów produkcji?; jakie choroby można dopuszczać, żeby zwiększać wydajność zwierząt-maszyn?; jak długo można eksploatować, żeby się opłacało i kiedy opłaca się już wysłać do rzeźni?; itp, itd. Te warunki utrzymywania zwierząt w trakcie ich eksploatacji to właśnie tzw. dobrostan zwierząt. 

Reasumując, ustawa o ochronie zwierząt jest prawem, które utrwala przedmiotowe podejście do zwierząt, służy do regulacji ich legalnej eksploatacji  (blisko 800 milionów zwierząt lądowych rocznie i niezliczonej liczba ryb słodkowodnych i morskich) i w niewielkim stopniu może być pomocne do karania niewielkiego zakresu przemocy wobec zwierząt, która jest nielegalna (zadawanie cierpienia dla zadawania cierpienia; niektóre przypadki zaniedbań i porzucenia zwierząt domowych, nielegalne zabijanie zwierząt). 

Kuriozalny jest zatem fakt, że Klub Gaja ustanowił Dzień Praw Zwierząt (22 maja) w związku z uchwaleniem tej ustawy. Podstawą praw zwierząt według najważniejszych filozofów zajmujących się tym tematem jest prawo do bycia traktowanym z szacunkiem (prof. Tom Regan) i prawo do niebycia czyjąś własnością (prof. Gary Francione), co w praktyce oznacza odstąpienie od ich eksploatacji. Ustawa o ochronie zwierząt nie ma nic wspólnego z prawami zwierząt, bo akceptuje ich eksploatację. 

Czy można było wtedy i czy można by dzisiaj ustanowić prawo, które respektowałoby prawa zwierząt? Oczywiście że nie. Wciąż obowiązującym paradygmatem jest szowinizm gatunkowy i konsumpcyjny stosunek do zwierząt. Dlatego nie winię twórców o to, że ustawa ma taki kształt. Niemniej ogromnym nadużyciem jest traktowanie jej jakby miała cokolwiek wspólnego z prawami zwierząt. 

Podmiotowe traktowanie zwierząt to jakościowa zmiana w myśleniu o zwierzętach. Podstawowym, niezbędnym warunkiem jest odstąpienie od eksploatacji zwierząt, czyli weganizm. Zaś w odniesieniu do zwierząt domowych będą to adopcje zwierząt. Znaczące zmiany w prawie nie nastąpią dopóki znacząca część społeczeństwa nie weźmie do serca, umysłu i nie zastosuje w praktyce życia codziennego tej prostej zasady, że zwierzę nie jest rzeczą.



----- 
Czytaj dalej:
  • Ustawa o ochronie zwierząt - ochrona zwierząt czy autoportret społeczeństwa (LINK)
  • Dobrostan, czyli brzydkie słowo na D (LINK)
  • Martwy karp, czyli święte prawo konsumenta (LINK)
  • Prawa zwierząt. Do szacunku - Tom Regan (LINK)
  • Animal Rights: Abolitionist Approach - recenzja (LINK)